Rozdział pierwszy
Pittsburgh, Pensylwania
Zwyczajne dni zmieniają życie. Toczą się jak fale, raz za razem, a my
nawet nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak daleko nas zaniosły, póki nie
dotrzemy do brzegu. Ten konkretny zwyczajny dzień był prozaicznym
czwartkiem na początku lata, kolejnym monotonnym dniem pracy z przerwą
na lunch, w której starałam się zabić czas. Nawet nie podejrzewałam, że
otwarcie aplikacji może wywrócić moje życie do góry nogami.
- To gdzie dziś zamieszkamy? - spytałam swoją koleżankę Evę, która
siedziała zgarbiona na końcu stołu i grała w Candy Crush, a jej ciało
zdawało się równie wymięte co jej prążkowana koszula. Ja postanowiłam
oddać się swojej ulubionej zabawie w wyszukiwanie domu marzeń i weszłam
w jedną z licznych aplikacji z ofertami nieruchomości, byle tylko uciec
od naszego bezbarwnego pokoju socjalnego, w którym pachniało
odgrzewanymi obiadami i przepaloną kawą.
- Wczoraj szukałyśmy w Fair Lawn, w New Jersey - przypomniałam Evie,
która ledwo na mnie spojrzała znad gierki. Fair Lawn wydawało się wprost
wyjęte z filmu Disneya, wyglądało zupełnie jak miasteczko z Zakochanego
kundla, którego moja córka Florence obejrzała chyba z dziewięćset razy,
kiedy była mała. Flo zawsze spędzała wakacje na jeżdżeniu od jednej
niani do drugiej i często lądowała przed telewizorem. Nie miałam
pieniędzy, żeby wysłać ją na letni obóz, nawet jednodniowy, a nigdy nie
mogłam sobie pozwolić na wzięcie urlopu, żeby spędzić z nią więcej
czasu. Jedynym, co mnie samej przypominało o tym, że jest lato, były
"dni lodów" organizowane przez moją szefową - kiedy temperatura
przekraczała trzydzieści pięć stopni, przynosiła dla wszystkich lody na
patyku. Ale w Pittsburghu rzadko kiedy zdarzały się takie temperatury, a mocna klimatyzacja sprawiała, że w przychodni i tak nie było czuć upału.
Nasza klinika stanowiła oddział jednego z dużych uniwersyteckich centrów
medycznych i mieściła się w niewielkim ceglanym bunkrze na obrzeżach
dzielnicy South Oakland. Mój dział, który zajmował się dokumentacją
finansową klientów, znajdował się w pozbawionym okien pomieszczeniu w samym środku budynku. Zawsze kiedy wynurzałam się z niego pod koniec
dnia, mrugając, czułam się jak morskie stworzenie głębinowe, które nigdy
nie widziało światła.
Moja mało ekscytująca praca w żadnym wypadku nie pozwoliłaby mi na kupno
domu - właśnie dlatego podczas przerwy na lunch zajmowałam się szukaniem
domu marzeń, a nie prawdziwego. Chociaż musiałam też poszukać czegoś
rzeczywistego, bo właściciel mieszkania, które wynajmowałam, znowu
zamierzał podnieść mi czynsz, a mnie nie stać było ani na centa więcej,
szczególnie za zapuszczoną jednopokojową klitkę z nieprzewidywalnym
dostępem do ciepłej wody i nadreprezentacją insektów.
Ale kto by chciał przeglądać oferty smutnych mieszkanek na wynajem w czasie przerwy obiadowej? Szukanie domu marzeń było zdecydowanie
ciekawsze.
Wczoraj znalazłam nieskazitelnie białą rezydencję kolonialną z bujnym
zielonym trawnikiem i huśtawką na ganku. To był dokładnie taki dom, w jakim mogłaby się rozgrywać akcja komedii romantycznej. Taki, w którym
szyje się patchworkowe kołdry i piecze placki z jabłkami, a potem studzi
się je na parapecie. I pewnie byłby też (seksowny) ogrodnik, który
przychodziłby kosić trawę i któremu podawałoby się później szklankę
zimnej lemoniady. Wszystko w granicach przyzwoitości, ale z potencjałem
na dobrą zabawę.
To był taki dom, w jakim wyobrażałam sobie inne dzieciaki, kiedy jeszcze
siedziałam w szkolnej ławce z burczącym brzuchem i chowałam się za
zasłoną nieprzystrzyżonych włosów. To był taki dom, gdzie pranie suszy
się na sznurkach w słońcu, a kolacja jest zawsze gotowa na szóstą.
To był dom pasujący do ludzi, którzy nie byli mną.
Dla mnie w dzieciństwie dom w ogóle nie był miejscem. Był osobą.
Christiną Lynn Copeland. Moją matką, która z całą pewnością nigdy nie
upiekła placka z jabłkami i nie studziła go na parapecie. I której stopa
za nic w świecie nie postałaby w Fair Lawn, w New Jersey. "Trzymaj się
mnie, aniołku", mówiła Tina i trzaskała balonikiem z gumy do żucia,
kradnąc dla mnie batona. "Nikt nie kocha cię tak jak mamusia". Nosiła
obcisłe dżinsy i krótkie spódniczki, a włosy farbowała na jaskrawe
kolory. Miała brzęczącą biżuterię, która błyskała w słońcu. Przeklinała,
śmiała się i płakała, uwielbiała słuchać popu, puszczała go sobie głośno
i tańczyła, czasem nawet w metrze. Żywiła się słodkimi napojami z puszki, schłodzoną wódką i wszelkiego rodzaju prochami, jakie tylko
wpadły jej w ręce. Tina była jak impreza, która zaraz miała się zacząć
albo właśnie się skończyła. Nie było nic pomiędzy.
Poruszyłam się nieswojo na krześle. Dlaczego ja w ogóle myślałam o Tinie? Znajdowała się ponad pięćset kilometrów stąd w więzieniu
federalnym w Hazelton, a ja nie widziałam się z nią od lat.
- Możemy poszukać domów przy plaży, Zoe? - spytała mnie Eva. -
Mogłybyśmy przynajmniej trochę poudawać, że korzystamy z lata.
- O, wpisz Miami - powiedziała Caitlin, jedna z pielęgniarek, która
właśnie podgrzewała sobie jakieś resztki w mikrofalówce. - Uwielbiam
Miami. A jak kupisz sobie tam dom, będę mogła cię odwiedzać.
- Ona nie kupuje domu - doprecyzowała Eva. - Ona tylko sobie wyobraża,
że kupuje dom.
- I co z tego? Wyobraź sobie, że przeprowadzasz się do Miami, a ja
wyobrażę sobie, że do ciebie przyjeżdżam.
Posłusznie zaczęłam szukać nieruchomości na sprzedaż w Miami,
odepchnąwszy od siebie myśli o wzroście czynszu i Tinie.
- W której dzielnicy? - W Miami jeszcze nigdy nie szukałam.
- Takiej niezbyt letniskowej - poradziła Caitlin. - Niech to będzie
miejsce z klasą.
Musiałam wyguglować dzielnice z klasą.
- Coconut Grove?
- Jasne, czemu nie. - Mikrofalówka zapiszczała, a Caitlin wyciągnęła
swoje jedzenie i dosiadła się do nas.
- O, spójrzcie na to. Willa w stylu śródziemnomorskim w południowej
części Coconut Grove. Ma trzy sypialnie, dwie i pół łazienki...
- Na co komu pół łazienki? - burknęła Eva. Szukanie domu marzeń psuło
jej czasem humor. Zazwyczaj kiedy zbliżał się termin spłaty karty
kredytowej.
- Jest też basen! - Migotanie niebieskiej wody na tle tropikalnych
ogrodów mnie urzekło. Obróciłam telefon tak, żeby mogły popatrzeć na
ekran. Szukanie domu marzeń było jak odwracanie kolejnych stron książki
i wyobrażanie sobie innej wersji własnego życia. Czy to w willi
śródziemnomorskiej w Miami, czy w starym drewnianym domu w Minnesocie -
w każdym z tych miejsc potrafiłam zobaczyć swoje wymarzone życie.
Odkąd byłam mała, wiedziałam, że każdy dom jest inny, że kryje w sobie
odmienne smaki, zapachy, kolory, nadzieje i temperatury uczuć. Może
nigdy nie miałam własnego domu, ale naoglądałam się ich w życiu całkiem
sporo. Od domów rodzin zastępczych po wszystkie mieszkania Tiny -
przeprowadzałam się więcej razy, niż potrafiłabym zliczyć.
Dlaczego znowu myślałam o Tinie? Willa śródziemnomorska w południowej
części Coconut Grove nie miała w sobie nic, co powinno mi się skojarzyć
z rodzinami zastępczymi albo z Tiną. Jeszcze mocniej odepchnęłam od
siebie te myśli i zaczęłam sobie wyobrażać, że zamierzam kupić
posiadłość w Miami, że razem z córką wiodę tam życie skąpane w słońcu i już nigdy nie muszę się przejmować kwestiami mieszkaniowymi.
Pomimo kiepskiego humoru Eva zainteresowała się willą. Zostawiła Candy
Crush i podsunęła sobie krzesło bliżej.
- Ile za niego chcą?
Sprawdziłam.
- Pięć milionów trzysta.
- Auć. - Caitlin się skrzywiła.
- To tyle co nic. - Eva posłała jej pobłażliwe spojrzenie. - Dawaj, Zoe,
pokaż jej, co tam masz.
- Robicie to na każdej przerwie obiadowej? - spytała Caitlin, nachylając
się nad stołem.
- Zoe tak. - Eva z sympatią oparła głowę na moim ramieniu. - Jest typem
patologicznej domatorki. Poza tym gustuje w szampanie, a stać ją tylko
na piwo.
- Nawet na piwo nie. - Westchnęłam, przerzucając kolejne zdjęcia
lśniących nieruchomości w poszukiwaniu takiej, o jaką mi chodziło. -
Stać mnie tylko na wodę z kranu. - Poza tym wcale nie byłam domatorką,
na pewno nie w prawdziwym życiu. Mój dom wyglądał raczej jak tymczasowe
lokum studenckie. Wszystkie meble, które posiadałam, były z drugiej
ręki.
- To tak jak mnie - powiedziała współczująco Caitlin. - Teraz pewnie
powinnam oszczędzać nawet wodę z kranu.
- O. - Zatrzymałam się na ofercie prawdziwej perełki w Palm Beach. -
To jest nasz dom.
Nagłówek brzmiał: "Twoja jedyna szansa na wymarzony dom". Eva zagwizdała
cicho na jego widok. Przeczytałam opis posiadłości i wybuchnęłam
śmiechem, bo do tego domu nie pasowało nawet słowo "marzenie". Bliżej mu
było do "urojenia".
- "Trzynastopokojowy, piętnastoipółłazienkowy dom jednorodzinny". -
Zaśmiałam się z niedowierzania. - Co to by miała być za rodzina?
- Rodzina milionera, który rozwiódł się piętnaście razy, a na wakacje
dostaje wszystkie dzieci pod opiekę - zasugerowała Caitlin i sięgnęła mi
przez ramię, żeby przewinąć zdjęcia.
Przy domu znajdował się staw rybny ze słoną wodą, basen typu infinity,
trzy wodospady otoczone bujną tropikalną roślinnością i jacht
zacumowany przy prywatnej przystani.
Wszystkie trzy podniosłyśmy wzrok znad telefonu i spojrzałyśmy na
prozaiczny krajobraz Pittsburgha roztaczający się za oknem pokoju
socjalnego. Westchnęłyśmy chórem.
- To nie jest dom, tylko ośrodek wypoczynkowy - powiedziała Caitlin, po
czym się wyprostowała i wróciła do swojego lunchu z miną osoby
pogodzonej z rzeczywistością.
Na widok ceny podanej w ogłoszeniu wyrwał mi się mimowolny okrzyk.
- Aż tak źle? Ile chcą? Piętnaście milionów?
- Trzydzieści - zgadywała Eva.
- Yy... - Odchrząknęłam. - Co powiesz na sto trzydzieści sześć?
- No co ty. Czekaj. Ale milionów?
Przechyliłam telefon, żeby zobaczyła. Zaklęła.
- Musiałabym wygrać w Mega Millions. - Westchnęłam i odłożyłam telefon
ekranem do dołu, po czym sięgnęłam po swoją więdnącą sałatkę. Gdybym
rzeczywiście wygrała na loterii, mogłabym wreszcie wynieść się razem z Flo z mieszkania, na które już nie było nas stać. Nie potrzebowałam
trzech wodospadów i przystani na jacht. Wystarczyłby kawałek przestrzeni
dla dwóch osób, może z ogrodem i z dobrą szkołą w pobliżu. Miejsce,
które mogłybyśmy zmienić w dom.
Ale doskonale wiedziałam, że to mrzonka. Miałam równie wielkie szanse na
kupno domu jak na zwycięstwo w Kentucky Derby bez konia.
Mimo to uwielbiałam szukać domu marzeń. Czułam jakiś spokój, kiedy
wyobrażałam sobie życie w takich miejscach, szczególnie tych prostszych
- niedużych budynkach pośrodku kwitnących ogrodów, przy cichych ulicach,
na przedmieściach albo w miasteczkach wysuniętych poza falujący kilwater
wielkich miast. W zwykłych domach.
Takich jak mój ostatni dom zastępczy.
Miałam trzynaście lat, kiedy po raz trzeci i ostatni trafiłam do rodziny
zastępczej. Gdy wezwano mnie przez radiowęzeł do gabinetu dyrektora, od
razu wiedziałam, kogo tam znajdę. Kolejną przedstawicielkę opieki
społecznej z podkrążonymi oczami i wyćwiczonym wyrazem uprzejmości na
twarzy. Nie musiała mi wyjaśniać, dlaczego przyszła, spodziewałam się
jej. Nie pamiętam, jak miała na imię. Zabrała mnie do mieszkania mamy,
żebym się spakowała, a potem zawiozła do domu dziecka, gdzie czekałam,
aż znajdą mi jakieś stałe miejsce. Dom dziecka to w mojej pamięci
rozmazana martwa natura: łóżko piętrowe i zapach taniego proszku do
prania. Miałam tak chorobliwe wyrzuty sumienia, że nie mogłam spać.
Wiedziałam, że tym razem znalazłam się tu z własnej winy. Była tam
dziewczynka z poszewką w pokemony, którą założyła sobie na plastikową
poduszkę z sierocińca - przepłakała wszystkie moje bezsenne noce. Ja
raczej nie płakałam. Wtedy już chyba przeszła mi na to ochota.
Kiedy tydzień później opuściłam dom dziecka, zostałam zawieziona na
ranczo w Bradford Woods, na północnym końcu Pittsburgha. Pamiętam, że
był maj, a wzdłuż podjazdu, w który skręciliśmy, rosły kwitnące bzy.
Były też drzewa rzucające wielkie cienie oraz trawnik tak zielony i idealny, że wydawał się nierzeczywisty. Później dowiedziałam się, że
Wayne Overbeck, mój nowy ojciec zastępczy, ma obsesję na punkcie tego
trawnika. Organizował sobie cały rok wokół skaryfikacji i wysiewów,
koszenia i nawożenia. Jego ulubionym zajęciem w lecie było przechadzanie
się po trawie ze szlauchem, piwem w ręce i meczem bejsbolowym na
słuchawkach. Dla Wayne'a życie było proste. Do szczęścia potrzebował
tylko domu, rodziny i trawnika.
Jego żona Suni była nieco bardziej skomplikowana, ale niewiele.
Pracowała w dziale rekrutacji jednego z miejscowych uniwersytetów i nigdy nie potrafiła usiedzieć w miejscu. Suni ciągle wynajdowała sobie
jakieś zajęcie: czasem tworzyła albumy rodzinne, innym razem układała
mozaiki ze szklanych kamyczków, jeszcze innym zbierała dzikie rośliny
jadalne albo obserwowała ptaki.
Overbeckowie mieli dwoje własnych dzieci - Lance'a i Alison - ale
przyjmowali też dzieci z domu dziecka, bo jak mawiała Suni: "Nie było
powodu, żeby dwie zupełnie dobre sypialnie miały się marnować". Ich dom
balansował na granicy między porządkiem a chaosem, był pełen ludzi i dźwięków: hałasu meczów bejsbolowych, które Wayne oglądał w telewizji;
gitary i pop punku, którego słuchał Lance; głosów Alison i jej koleżanek
ćwiczących przed próbami chóru; a także szczekania ich podekscytowanego
corgi o imieniu Arthur, który biegał od pokoju do pokoju. Przez całe
liceum, kiedy tam mieszkałam, zajmowałam turkusowy pokój, podczas gdy
przez liliowy przewinęło się kilkoro innych przybranych dzieci: Thad,
który miał siedem lat i został tylko na kilka miesięcy; Leanne, która
była rok starsza ode mnie i mieszkała tam półtora roku; i wreszcie
Bethany - tak nieśmiała, że nie potrafiła patrzeć ludziom w oczy, kiedy
do nich mówiła. Suni i Wayne traktowali nas wszystkich tak samo, jako
członków rodziny.
Podobało mi się życie u Overbecków. Ale i tak chciałam, żeby Tina wyszła
ze stanowego zakładu karnego w Muncy, gdzie trafiła za posiadanie
narkotyków. Chciałam, żeby po mnie przyjechała, chciałam poczuć, jak jej
objęcia otaczają mnie słonecznym blaskiem. Nic nie może się równać z własną matką, nawet jeśli własna matka jest ćpunką. Kiedy po raz
pierwszy puściłam Flo Czarnoksiężnika z Oz i Dorotka powiedziała: "Nie
ma to jak w domu", nadal kojarzyło mi się to z Tiną. Dla mnie poczucie
przebywania w domu wiązało się z osobą, nie z miejscem. I do tej pory
tak było, tylko tą osobą stała się Flo.
W ten zwykły czwartek w pracy, kiedy jadłam sałatkę, myślałam o wszystkich miejscach, w których mieszkałam po Overbeckach. O akademikach, o kolejnych pokojach, które wynajmowałam we współdzielonych
mieszkaniach. A potem, kiedy zaszłam w ciążę, był ten krótki okres,
kiedy mieszkałam z Timem...
- Zapomnij o milionerach na Florydzie - rzuciła Eva z obrzydzeniem. -
Znajdź nam jakiś dom, w który będziemy mogły naprawdę uwierzyć. -
Popchnęła telefon w moim kierunku.
- Ja tam wierzę w tę willę - powiedziała z zapałem Caitlin.
Eva rzuciła w nią serwetką zwiniętą w kulkę.
- A ja nie. Ja chcę marzenia, które mogłoby się spełnić.
Próbowałam wymyślić najnormalniejsze miejsce na świecie, gdzieś na
przedmieściach, gdzie zatrzymują się autobusy szkolne i gdzie dzieciaki
jeżdżą na rowerach w długie letnie popołudnia. Może Ohio? Przewijałam
oferty jedno- i dwupiętrowych domów w Cleveland w poszukiwaniu trawnika
i sypialni, która mogłaby się spodobać Flo. Przez całe swoje życie
dzieliła pokój ze mną - czy nie byłoby wspaniale, gdyby dostała własny?
Florence nie była planowana. Jako naiwna (głupia) dwudziestojednolatka
potrafiłabym się zakochać w dowolnej osobie, która okazałaby mi odrobinę
uczucia. Kiedy poznałam Tima, byłam kłębkiem problemów z przywiązaniem i lękiem przed porzuceniem, więc zakochałam się szybko i gwałtownie. Na
trzecim roku studiów zaszłam w ciążę z facetem, którego, jak sądziłam,
kochałam, a który był równie naiwny (głupi) jak ja.
Chciał, żebym urodziła to dziecko, a ja byłam na tyle młoda, by mu
uwierzyć, gdy zapewniał, że zawsze przy mnie będzie. Tak bardzo chciałam
mu wierzyć, że kiedy składaliśmy łóżeczko w kawalerce, którą dla siebie
znaleźliśmy, naprawdę miałam wrażenie, że nam się uda. Teraz Tim mieszka
ze swoją narzeczoną Alyssą w Seattle, dokąd przeniósł się po studiach.
Dzwoni do Flo w poniedziałki, czwartki i niedziele, a oprócz tego wysyła
jej paczki pocztą. Płaci alimenty. Zazwyczaj. Chyba nie przeszkadza mu
za bardzo, że dzieli go od niej cały kraj. Ja tymczasem ledwo potrafię
znieść rozstanie z nią na weekend, gdy jeździ w odwiedziny do Tima.
Przeszłabym boso przez Góry Skaliste w środku zimy, byleby do niej
dotrzeć. Dla tego dziecka stanęłabym do walki z niedźwiedziami.
Albo porzuciłabym edukację i pracowała po osiem godzin dziennie,
przeglądając rachunki klientów centrum medycznego.
Otworzyłam ofertę ślicznej drewnianej chaty z rozłożystym dębem na
tyłach, domkiem na drzewie i dziecięcą sypialnią pomalowaną tak, by
przypominała altanę wróżek. Zaczęłam sobie wyobrażać, że tam mieszkamy,
a ja co wieczór kładę Flo do tego cukierkowo różowego łóżka piętrowego,
mimo że jest już zdecydowanie za duża na róż. A przynajmniej tak
twierdzi. Niepokój, który poczułam w brzuchu, zaczął się cofać.
- A może ten? - Obróciłam telefon, żeby pokazać im, co znalazłam.
Eva, która też miała dzieci, westchnęła z aprobatą.
- Myślisz, że dałoby się tam wcisnąć trzecie łóżko?
Caitlin, która nie miała dzieci, zmarszczyła nos.
- To nie jest dom marzeń. Jest zbyt rzeczywisty.
Pokręciłam głową.
- Jest idealny.
Nikt nas nie uprzedza, jak trudno być rodzicem - ci zaprawieni w bojach
czasem tylko posyłają tym niedoświadczonym ironiczne spojrzenie, które
ledwo cokolwiek zdradza. Bo jak przekazać niewtajemniczonym, że matczyna
miłość to potężny, nabiegły czarną krwią nowotwór uczuciowy? Że nie ma
nic wspólnego z lekko rozmytą reklamą zasypki dla niemowląt Johnson
& Johnson? Czujesz się raczej jak w Titanicu. Wiesz, że statek
zatonie niezależnie od tego, co zrobisz, ale za wszelką cenę chcesz
wsadzić tego dzieciaka na dryfujące drzwi (albo do cukierkowo różowego
łóżka), zanim sama zginiesz.
Przeraża mnie moja miłość do Florence.
Zanim się pojawiła, nie zdawałam sobie sprawy, jaka byłam smutna, jaka
samotna. Nie wiedziałam, jak bardzo byłam zaniedbana emocjonalnie. Ale
gdy tylko na nią spojrzałam, całe życie wyostrzyło mi się przed oczami i wcale nie okazało się piękne. Sama myśl o tym, że mogłaby trafić do
mojego dzieciństwa - gdzie pozostawiona samej sobie w zimnym mieszkaniu
podgrzewałaby paczkę gotowego makaronu z serem przy akompaniamencie
powtórek telewizyjnych i co chwilę rzucałaby się do drzwi, żeby
sprawdzić, czy są zamknięte na klucz, bo sąsiedzi awanturowaliby się za
głośno - prawie mnie złamała.
Tylko czy ja rzeczywiście radziłam sobie lepiej niż Tina? Jasne, nie
ćpałam ani nie zostawiałam Flo samej, żeby pracować na ulicy, nie
odsiadywałam też wyroków w więzieniu, ale wynajmowałyśmy zaniedbane
mieszkanie z kapryśnym ogrzewaniem. I nawet na to już niedługo nie
będzie mnie stać.
- Wiecie co, ja chyba zagram w Mega Millions - wypaliłam, wpatrując się
w sypialnię wróżek, na którą nie mogłam sobie pozwolić.
I właśnie wtedy Caitlin powiedziała coś, co zmieniło moje życie na
zawsze.
- Zapomnij o Mega Millions - rzuciła i wstała, żeby wyrzucić
niedojedzone resztki do kosza. - Znajdź sobie raczej jakiś dom skarbów.
Nie miałam pojęcia, o czym mówi.
- Dom skarbów?
- No wiesz, są takie na TikToku. Takie rupieciarnie. - Caitlin cała się
rozpromieniła i wyciągnęła swój telefon. - Och, zobaczysz, to ci się
spodoba. Masz. - I podała mi moją przyszłość.
Rozdział drugi
Domy skarbów, jak się okazało, były domami, których nikt nie chciał.
Wypełnione po brzegi pozostałościami po chaotycznym życiu, stanowiły po
prostu sterty śmieci. Ale dało się zauważyć, że ktoś je kiedyś kochał -
można to było wywnioskować z resztek wzorzystych tapet, które ktoś na
pewno starannie dobrał; ze starych, zardzewiałych huśtawek w zarośniętych ogrodach; z zakurzonych zdjęć w zaśniedziałych ramkach.
Poczułam natychmiastową więź z domami skarbów z TikToka.
Pierwsza rolka, którą obejrzałam, przedstawiała maleńki domek w Traverse
City w stanie Michigan. Miał rozmiary kontenera i otaczał go złom.
Zobaczyłam tam stare zlewy, przerdzewiałe taczki, czterdziestolitrowe
metalowe beczki przewrócone na bok i ogólnie pełno porozrzucanych
przedmiotów. Kupiła go uśmiechnięta, żwawa para ludzi w butach roboczych
i z młotkami w dłoniach. Rolki pokazywały, jak sprzątają swoje nowe
lokum w dwukrotnie przyspieszonym tempie, a uśmiechy ani na moment nie
schodzą im z twarzy. Na moich oczach zaniedbany budynek wyłonił się z mroku i zmienił w wesoły, żółciutki domek ze słonecznymi białymi
wnętrzami i widokiem na świeżo wyściółkowane rabaty od frontu.
Największe zaskoczenie?
Zapłacili trzydzieści siedem tysięcy dolarów za ruderę pełną śmieci. A sprzedali swoje żółte marzenie za ponad dwieście tysięcy.
Nie no, poważnie...
Trzydzieści siedem tysięcy za cały dom.
Domy skarbów były porozrzucane po najdalszych zakątkach kraju, po
miejscach, które nie specjalizowały się w kiczowatych willach i przystaniach do cumowania jachtów: Fort Flagg w Alabamie, Quilty w Georgii, Nailsworth w Ohio. Można było je znaleźć w Minnesocie, Dakocie
Południowej, Indianie i Nowym Meksyku, w miastach, o których nigdy nawet
nie słyszałam. Hasztag 'domskarbów' doprowadził mnie do ludzi walczących
z grzybem i pleśnią, oposami i szopami, wykwitami solnymi, oparzeńcem
pnącym i oparzeńcem jadowitym, azbestem i przeciążeniem emocjonalnym.
Ale... wszyscy, bez wyjątku, mieli dom. Własne miejsce. Za wprost
śmieszne pieniądze.
Za pieniądze, które miałam nawet ja.
Gdyby te budynki stały w bardziej atrakcyjnych miejscach, zostałyby
sprzedane za poważne kwoty, pomimo ruiny. One jednak znajdowały się w takich zakątkach kraju, w których tylko nieliczni mieli ochotę
zamieszkać, a jeszcze mniej liczni byli gotowi wziąć na siebie trud
remontu. Weszłam na profil jednej kobiety, która nazwała się
ZaradnaMama24 - była samotną matką trójki dzieci i kupiła dom skarbów w stanie Waszyngton za sześćdziesiąt dwa tysiące dolarów. Gospodarstwo
wyglądało jak z obrazka, tylko trochę przetartego: popękane ramy
okienne, walący się komin i farba tak wyblakła i złuszczona, że ledwo
dało się stwierdzić, jaki miała kiedyś kolor. Podwórko przypominało
pustynię, a za domem rosła potężna choina. Serce mi się ścisnęło na
widok tego domu przycupniętego smutno pod drzewem jak stary bezpański
pies.
Ale przewijałam kolejne rolki i zobaczyłam, jak ZaradnaMama24 i jej
troje dzieci wyładowują z ciężarówki świeżą czarną ziemię do pokrycia
pylistego podwórka. Od nowa pobielili zewnętrzne ściany domu, a drzwi
frontowe pomalowali na wiśniowo. W miarę jak dom powoli się zmieniał,
jesienią na ostatnim krzywym stopniu pojawił się lampion z wydrążonej
dyni, zimą na choinie zamrugały lampki świąteczne, a latem u stóp
budynku zakwitły kępki kwiatów. Gospodarstwo wciąż było stare, ale stało
się kochane. Zamieszkane.
Nie wstydzę się powiedzieć, że oglądałam te rolki kilkanaście razy po
pracy i kolejne kilkanaście wieczorem w łóżku, ze słuchawkami na uszach,
żeby relacja ZaradnejMamy24 nie obudziła Flo. Nasze mieszkanie miało tak
małe rozmiary, że z dowolnego miejsca słychać było wszystko, co robiła
druga osoba: z kuchni słyszałam szczoteczkę do zębów Flo, z sypialni -
pomruk lodówki, spod prysznica - sprężyny w łóżku, na którym Flo rano
siadała, żeby włożyć buty. A nasze pojedyncze łóżka praktycznie się
dotykały. Jak można sobie wyobrazić, zdziałało to cuda w moim życiu
miłosnym.
Często czułam się jak w pułapce, szczególnie wieczorami, kiedy skradałam
się po mieszkaniu, usiłując nie obudzić własnego dziecka, a im bardziej
Flo rosła, tym bardziej nasilało się to uczucie. Zbliżały się jej
dwunaste urodziny. Dwanaście lat życia spędzonego na skradaniu się. Ten
czas szybko zleciał, a zarazem dłużył się niemiłosiernie. Ja w wieku
dwunastu lat zostałam przyjęta do rodziny zastępczej państwa
Bracknellów. Oboje pełnili funkcję diakonów w jakimś kościele, a ich dom
był bardzo czysty. Na samą myśl o tym, że Flo miałaby się spakować i zamieszkać z obcymi ludźmi, wypełniło mnie wielkie, gorące, bolesne
uczucie. I kiedy tak do późna w nocy oglądałam rolki z domami skarbów,
wyciągnęłam rękę, żeby dotknąć swojej śpiącej córki. Prędzej bym umarła,
niż pozwoliła, żeby ktokolwiek mi ją odebrał, tak jak ja byłam odbierana
Tinie jako dziecko.
Flo pochrapywała cicho jak szczeniaczek. Skopała z siebie pościel, bo
panował upalny czerwiec, a my nie miałyśmy klimatyzacji. Usłyszałam, jak
pijani studenci wracają z barów, głośno się nawzajem uciszając i chichocząc na klatce. Te odgłosy sprawiły, że poczułam się, jakbym miała
milion lat. Czy ja kiedykolwiek cieszyłam się taką wolnością? I czy
nadal będę tu mieszkać, kiedy Flo dorośnie do ich wieku?
Leżąc w ciemności, poczułam, jak coś we mnie pęka. Kurde, przecież ja
miałam dopiero trzydzieści dwa lata; wcale nie byłam aż tak dużo starsza
od tych studentów na klatce. Powinnam teraz zamawiać drinka w jakimś
eleganckim klubie, łapać spojrzenia uwodzicielskiego barmana i śmiać się
z przyjaciółkami. W każdym kolejnym dniu powinnam szukać błysku nowych
możliwości. Powinnam... robić cokolwiek, byle nie to.
I kiedy tak leżałam, oglądając, jak ludzie wynoszą rupiecie z rozwalających się domów, dopadła mnie szalona myśl.
Mogłabym to zrobić.
Mogłabym stąd uciec. Mogłabym kupić dom. Zacząć od nowa.
Mogłabym stworzyć dla siebie życie, jakiego chciałam, zamiast żyć tym,
które odziedziczyłam. W zależności od stanu budynku i miejscowości, w której był położony, ceny domów skarbów wahały się od trzydziestu do stu
tysięcy dolarów. Za cały dom. Syfiaste mieszkanie jednopokojowe w moim
bloku poszło ostatnio za sto sześćdziesiąt tysięcy, a liczyło tylko
około pięćdziesięciu metrów kwadratowych. Domy skarbów miały wiele
pokoi, ogrody, a czasem nawet widok na góry, rzekę albo - istnym cudem -
na ocean. Jasne, były w ruinie, ale ja czułam się młoda i silna. Jeśli
inni ludzie potrafią odnawiać takie budynki, dlaczego mnie miałoby się
nie udać?
- Co to? - spytała Florence następnego ranka przy śniadaniu i podsunęła
mi mój telefon, żebym zobaczyła ekran.
- To dom skarbów.
- Dom czego? - Ożywiła się, a ja od razu wiedziałam, że pomyślała o piratach. Podczas naszego ostatniego wieczoru filmowego oglądałyśmy
Goonies.
- Nie takich skarbów - wyjaśniłam, żeby uniknąć rozmów o dublonach. - To
po prostu domy pełne rupieci, które ludzie sprzedają.
- Sprzedają domy czy rupiecie? - Nachyliła się nad moim telefonem, a koniec jej warkocza zwinął się na ławie kuchennej. Przesunęła do
następnej rolki.
- Jedno i drugie. Kupujesz dom, ale razem z nim wszystkie rupiecie.
- A, fajnie. - Popatrzyła na mnie z uśmiechem.
Flo miała wielkie, głęboko osadzone oczy, okrągłe policzki i zwyczaj
żucia końcówek warkoczy, aż zaczynały przypominać mokre pędzle.
Odziedziczyła po swoim tacie wąskie, ruchliwe usta i swobodę towarzyską,
a po mnie dostała ciemniejsze włosy i karnację oraz zamiłowanie do
książek. Obie byłyśmy wysokie i miałyśmy troszkę za szerokie podbródki,
a ponieważ nie znosiłyśmy wizyt u fryzjera, miałyśmy dość długie,
niesforne włosy z masą rozdwojonych końcówek.
- Patrz, ten ma basen. - Wskazała łyżką na ekran.
- Nie wydaje mi się, żeby to był basen. To raczej zwykły dół.
- Po co komu dół na podwórku?
Nasłuchałam się dość podcastów o prawdziwych zbrodniach, by wiedzieć, że
nie chcę poznawać odpowiedzi na to pytanie. Przesunęłam na następny
filmik.
- Jak to się stało, że zastąpiłaś Harry'ego Stylesa rolkami o domach
pełnych rupieci? - Flo odwróciła pudełko płatków i wytrząsnęła sobie do
miski górę Cheeriosów.
- Uważaj, co mówisz. Harry'ego nie da się zastąpić. - Zabrałam jej
pudełko.
- Mama Vandy pozwala jej jeść w wakacje Apple Jacksy.
- Cieszę się jej szczęściem.
- I Pop Tartsy.
- Pop Tartsy to deser, nie śniadanie. - Podałam jej mleko.
- Sprzedają je w dziale z płatkami śniadaniowymi.
Zignorowałam tę uwagę.
- Nie sądzisz, że to smutne, że muszę jeść Cheeriosy zamiast Apple
Jacksów, podczas gdy moja matka uprawia phubbing rodzicielski?
Czasem czułam się tak, jakbym mieszkała z młodocianą prokuratorką.
- Nie uprawiam żadnego "phubbingu", tylko szukam dla nas domu. -
Niedawno Flo z upodobaniem zaczęła używać tego pojęcia, bo lubiła mnie
besztać za to, że patrzę w telefon zamiast na nią.
Teraz aż podskoczyła i zachlapała cały blat mlekiem.
- Że co?
- O mój Boże, wytrzyj to - jęknęłam, ruszając po ścierkę. - Nie
zostawiaj tak, żeby wszędzie kapało.
- Chcesz mi powiedzieć, że kupujemy dom z basenem? - Otworzyła szeroko
oczy.
- Nie. - Delikatnie ją odsunęłam i starłam mleko, zanim przelało się
przez krawędź blatu. - Zobacz, ile mleka zmarnowałaś. Poza tym to nie
był basen, tylko dół.
- Protobasen!
"Protobasen". Co to w ogóle za dziecko?
- Skąd wiesz, co to znaczy "proto"?
Wzruszyła ramionami.
- Z książki? - Podsunęła sobie stołek z powrotem do wilgotnego teraz
blatu. - Opowiedz mi o tym domu. Lepiej, żeby był gdzieś blisko, bo ja
nie zamierzam zmieniać szkoły.
Zupełnie o tym nie pomyślałam. Moje nocne marzenia zaczynały się kruszyć
w świetle dnia. Ciężko pracowałam na to, żeby Flo miała stabilne i przewidywalne życie. Niełatwo mi było pozostać w tym samym okręgu
szkolnym pomimo rosnących czynszów. W ciągu jej krótkiego życia
przeprowadzałyśmy się już dwa razy, na coraz mniejszy metraż, byle tylko
wciąż mieszkać w dzielnicy Squirrel Hill South. Wiedziałam, że już
dłużej tak nie pociągnę. Nowa podwyżka czynszu sprawiała, że po raz
kolejny musiałybyśmy zmienić lokum na mniejsze, a to oznaczałoby
przeprowadzkę do kawalerki. Ta myśl miażdżyła mi duszę. Flo już niedługo
będzie nastolatką, a żadna nastolatka nie chciałaby nadal dzielić pokoju
z mamą.
Ani żadna mama nie chciałaby dzielić pokoju z nastolatką...
- Nie stać mnie na nic w pobliżu - wyznałam jej. - Poza tym niedługo
idziesz do liceum, więc i tak będziesz musiała zmienić szkołę...
- Mamo. Mam jedenaście lat. Dopiero zaczęłam gimnazjum.
- Prawie dwanaście. - Usłyszałam wspomnienie tęsknej wiolonczeli pana
Bracknella. - Do liceum już tylko krok.
Przewróciła oczami.
- Jak stąd w nieskończoność.
Ale to nie była prawda. Te krótkie lata szybko przelecą, jak wszystkie
do tej pory. Czasy, kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, minęły
bezpowrotnie, a wraz z nimi dzieciństwo Flo, podczas gdy ja zaczynałam
sobie uświadamiać, że nikt nie przybędzie mi na ratunek. Jeśli nic nie
zrobię, za kolejne dziesięć lat mogę wciąż siedzieć w tej ciasnej kuchni
albo nawet w jeszcze ciaśniejszej.
- Nasza kolejna przeprowadzka musi być już na stałe - powiedziałam
swojemu dziecku z dziwnym poczuciem determinacji. Nocne wcielenie Zoe
się nie myliło. Miałyśmy szansę na coś więcej. - Przeniesiemy się
gdzieś, gdzie są dobre szkoły.
Flo zmierzyła mnie wzrokiem.
- Lubię swoją szkołę.
- Polubisz też nową. - Miałam nadzieję, że to nie kłamstwo. Podsunęłam
jej swój telefon. - Pomożesz mi wybrać dom?
- O mój Boże. Mówisz poważnie?
Pokiwałam głową i pomachałam przed nią telefonem.
- Co powiesz na ten?
- Jest okropny.
- Nawet nie spojrzałaś.
- Gdzie on jest?
Sprawdziłam.
- W Dakocie Północnej.
- Na pewno nie.
- Co ci się nie podoba w Dakocie Północnej? - spytałam, szczerze
zdziwiona.
- Nie będę mieszkać w stanie, który nawet nie potrafi sobie wymyślić
nazwy. - Flo skrzyżowała ramiona na piersi.
- Dakota Północna to przecież nazwa.
- Nieprawda. To odgapianie od Dakoty Południowej.
- Dobrze, żadnej Dakoty.
- Znajdź coś tutaj, w Squirrel Hill - nakazała Flo i nachyliła się, żeby
zajrzeć mi w ekran.
Prychnęłam.
- Tutaj nie stać nas na skrzynkę pocztową, a co dopiero na dom.
Flo jakoś zmogła swoją górę Cheeriosów. Podniosła miskę, żeby wypić
resztki mleka.
- Nie rób tak.
- Jeśli ty możesz zniszczyć mi życie przeprowadzką do domu pełnego
rupieci, to ja mogę pić z miski.
- Zgoda. - Wkroczyłam i zgarnęłam jej pustą miskę. - Cieszę się, że
umówiłyśmy się na przeprowadzkę.
- Ej! - Dopiero teraz załapała, co się właśnie wydarzyło.
- Nie ma wycofywania się. - Uśmiechnęłam się do niej. - Ale przynajmniej
do końca życia będziesz mogła pić z miski.
To było jak wirus. Złapałam bakcyla domu skarbów. Między zadaniami w pracy kładłam telefon na biurku i przeglądałam ogłoszenia. A potem, pod
wpływem jakiegoś gorączkowego, swędzącego uczucia, sprawdzałam w internecie możliwości kredytowe. Nie potrzebowałabym aż tak dużo
pieniędzy... Trzeba jednak mieć pracę, żeby spłacić hipotekę, a gdybyśmy
się przeprowadziły, musiałabym znaleźć sobie nową. Ale chyba wszędzie
jest jakieś centrum medyczne?
Miałam też konto z niewielkimi oszczędnościami, które chomikowałam z przyzwyczajenia, na wypadek gdyby Tina potrzebowała kaucji albo pomocy
na start po wyjściu z więzienia. Ale na to się na razie nie zanosiło, bo
rok przed urodzeniem Flo została oskarżona o przemyt narkotyków przez
granice stanów i siedziała teraz w więzieniu federalnym w Hazelton, w Wirginii Zachodniej, gdzie miała pozostać na całą przewidywalną
przyszłość. Ja jednak z przyzwyczajenia odkładałam pieniądze "na Tinę".
A one od dziesięciu lat zbierały odsetki. Miałam ich wystarczająco dużo,
żeby pokryć zadatek na dom skarbów - zwłaszcza przy takich przedziałach
cenowych - a wiedziałam, że Suni i Wayne pożyczą mi resztę. Zawsze
mówili, że z radością pomogą któremukolwiek z nas, gdybyśmy tego
potrzebowali. Myśl o ruszeniu pieniędzy "na Tinę", żeby opłacić zadatek,
napełniła mnie na moment przerażeniem. Co zrobi Tina, kiedy wyjdzie? Jak
sobie poradzi? Zalały mnie wszystkie dawne koszmary dzieciństwa. Głód,
bezdomność, upadki Tiny i nieuniknione nawroty jej nałogu. Ona
potrzebowała tych pieniędzy. Ja ich potrzebowałam, bo chciałam, żeby z nią było dobrze.
Ale może ja i Flo też ich potrzebowałyśmy. Może właśnie teraz.
Wymknęłam się z centrum medycznego w czasie przerwy obiadowej i poszłam
do parku, żeby pobyć sama. Z przerdzewiałymi samochodami i grzybem
raczej sobie nie poradzę, ale odgracać mogę. Byłam gotowa opuścić
Pittsburgh, ale nie chciałam też za bardzo się stąd oddalać. I na sto
procent potrzebowałam dobrego okręgu szkolnego dla Florence.
Wyguglowałam stany z najlepszymi szkołami publicznymi. Nie byłam pewna,
czy to szalone drżenie w brzuchu świadczy o podekscytowaniu czy o strachu. Możliwe, że czułam jedno i drugie.
- Nie chcę mieszkać gdzieś, gdzie będzie gorąco - obwieściła Flo, kiedy
dotarłam do domu. Zajmowała się nią Suni i Flo oczywiście opowiedziała
jej o moich poszukiwaniach domu. Na wakacje miałam starannie rozpisany
grafik opieki, który wisiał na lodówce, cały pokolorowany. W poniedziałki Flo chodziła do swojej przyjaciółki Vandy, w środy i czwartki do swojej przyjaciółki Candy, we wtorki pilnowała jej moja
sąsiadka, pani Selvaratnam, a w piątki zajmowała się nią Suni, czasem w ich domu w Bradford Wood, a czasem w naszym mieszkaniu.
To była kolejna rzecz, którą straciłabym wraz z przeprowadzką.
Opiekunki.
Mój umysł miotał się między gwałtownymi przypływami podekscytowania a chłodnymi zderzeniami z rzeczywistością.
- O co chodzi z tymi domami skarbów? - spytała łagodnie Suni. - I co to
dokładnie jest?
- Już jej mówiłam. Po prostu chce to usłyszeć od ciebie - poskarżyła się
Flo. - Ale obie się zgodziłyśmy, że nie możesz kupić domu gdzieś, gdzie
będzie za gorąco.
- Nie po tym mieszkaniu - poparła ją Suni, nadal delikatnie, chociaż
teraz mierzyła mnie badawczym wzrokiem. - Tu jest jak w saunie. - Wzięła
ode mnie torbę i postawiła ją przy drzwiach. - Usiądź. Wyglądasz na
zmęczoną.
Kiedy mieszkałam z Overbeckami, Suni była kochająca, ale lekko
zdystansowana. Ostatnio jednak straciliśmy moją przybraną siostrę
Bethany z powodu przedawkowania, a teraz córka Wayne'a i Suni Alison
przechodziła przez koszmarny rozwód ze skrytym zwyrodnialcem, który
zaczął ją nachodzić i terroryzować, kiedy od niego odeszła. To
wstrząsnęło biedną Suni. Teraz sprawiała wrażenie mniej dziarskiej, a bardziej czułej - w stosunku do nas wszystkich.
- Flo pokazywała ci któryś z tych domów? - spytałam, szykując się w duchu na jej odpowiedź.
- Pokazywała. - Suni dosiadła się do mnie na kanapie. - Można się
domyślić, dlaczego mieszczą się w twoim budżecie.
Mimo pootwieranych okien i dmuchającego wiatraka mieszkanie przypominało
nagrzaną klatkę. Odgłosy umęczonego miasta przedzierały się przez upał i sapały do środka.
- Zgodzę się tylko, jeśli moje przyjaciółki będą mogły przyjeżdżać,
kiedy będę chciała - oświadczyła Flo. - I jeśli dostanę własną łazienkę.
I psa - dodała.
- Widziałaś te ceny? - spytałam Suni, ignorując żądania Flo.
Ciemne oczy Suni błysnęły ironicznie.
- Tak. - Ściągnęła usta. - A widziałaś, co jest w środku?
Wydałam jęk połączony ze śmiechem.
- Całkiem mi odbiło, prawda?
Wzruszyła ramionami. Potem rzuciła okiem na Flo.
- Florciu, idź wziąć chłodny prysznic i przebrać się w piżamę, a ja
porozmawiam z twoją mamą.
- Próbujecie się mnie pozbyć?
- Tak - odparłyśmy chórem.
- Dobra, ale żebyście wiedziały, że pod prysznicem też będę was słyszeć.
Drzwi do łazienki zamknęły się z trzaskiem.
- Jedenaście to nowe trzynaście - powiedziała Suni, poklepując mnie po
ramieniu.
- Wszystkie są takie czy tylko moja?
- Twoja jest tylko trochę bystrzejsza od innych.
Zapadłam się w kanapę. Suni wyciągnęła rękę i odgarnęła mi grzywkę z czoła.
- Wiem, że to jakieś szaleństwo - zaczęłam - ale przynajmniej miałabym
dom. - Rozejrzałam się po mieszkaniu. - A poza waszym i paroma epizodami
w innych rodzinach zastępczych przez całe życie mieszkałam w tego typu
miejscach.
- Wiem - odparła cicho Suni.
- Strasznie mnie to męczy.
Pokiwała głową i opadła na oparcie kanapy obok mnie.
Przygryzłam wargę.
- Wystarczy mi pieniędzy na zadatek.
- Ach. - Bardzo wiele udało jej się pomieścić w tej jednej sylabie.
- I tak się zastanawiałam...
- Nad pożyczką? - dokończyła i spojrzała na mnie z ukosa.
- Tak. - Zajrzałam jej badawczo w twarz. - To znaczy... tylko jeśli...
- Oczywiście - przerwała moje jąkanie. - Wiesz, że to zrobimy. -
Wyciągnęła rękę, chwyciła moją dłoń i ścisnęła.
- Wayne stwierdzi, że to szaleństwo - powiedziałam nerwowo.
Roześmiała się.
- Wayne to człowiek, które przez całe życie mieszkał tylko w dwóch
domach: u swojej matki, a potem w naszym. - Znowu ścisnęła mnie za rękę.
To dodawało otuchy, ale też doprowadzało mnie do płaczu. - Wiesz, co
jest szaleństwem? - spytała. - To, że ciężko pracująca kobieta nie może
sobie pozwolić na lepsze miejsce do życia niż to. - Posłała mi krzepiący
uśmiech. - Pokażesz mi te domy, nad którymi się zastanawiasz?
- Jeszcze nie mam nic konkretnego. Na razie tylko przeglądam. I, no
wiesz, rozmyślam...
- I marzysz, i śnisz?
- Właśnie. - Tym razem to ja ją ścisnęłam. Mocno. - Boję się, że nigdy
nic się nie zmieni, jeśli teraz czegoś nie zrobię - powiedziałam
cichutko.
Suni się roześmiała.
- Och, Zoe, jedynym, na co możesz liczyć w życiu, jest zmiana.
- Chodziło mi o to, że na lepsze. Boję się, że nigdy nic się nie zmieni
na lepsze.
- Cóż. Jakoś do nas trafiłaś, prawda? To była zmiana na lepsze. Może ta
też taka będzie.
Tak. Zostałam do nich oddelegowana i pod wieloma względami rzeczywiście
zrobiło się lepiej. Ale gdzieś w głębi duszy nie potrafiłam tego znieść.
Po części nadal tak się czułam. Jakbym jedną nogą utknęła w swoim
dzieciństwie i wciąż czekała, aż Tina wróci do domu.
- Naprawdę nie uważasz, że to szaleństwo? - Jej zdanie miało dla mnie
znaczenie. Suni i Wayne odgrywali w moim życiu rolę najbardziej zbliżoną
do rodziny, poza Flo.
- To zależy, jaki dom wybierzesz.
Wayne zgarnął pizzę i przyjechał do nas, do mieszkania na kolację.
Zaczęliśmy przeglądać domy skarbów i tworzyć listę potrzeb w trzech
kolumnach: może, koniecznie i absolutnie nie. Flo wyjaśniła, jaki ma
stosunek do obu Dakot.
- To chyba wyklucza też Wirginię Zachodnią - powiedział Wayne i rozpiął
górny guzik w dżinsach, żeby wcisnąć kolejny kawałek pizzy.
- Och, a propos Wirginii! - szepnęła do mnie Suni i sięgnęła po torebkę.
Wyjęła kopertę i podała mi pod stołem. Widniał na niej stempel pocztowy
z Wirginii Zachodniej. Z więzienia w Hazelton.
- To wyklucza też Karolinę Północną i Południową - dodał Wayne. - A powiedz, co sądzisz o Nowym Meksyku?
Wsunęłam nieotwarty list od Tiny do książki, którą zostawiłam wcześniej
na blacie. Flo nadal nie wiedziała nic o swojej babci. Później, kiedy
będzie myła zęby, przełożę list do szuflady z bielizną, gdzie może
zaczekać razem z innymi, aż będę miała dość czasu i prywatności, żeby go
w spokoju przeczytać.
- Czy w Nowym Meksyku jest gorąco? - Flo przekrzywiła głowę.
- Tak słyszałem - odpowiedział Wayne.
- To od razu skreślamy. Zanim w ogóle zaczniemy się zastanawiać nad
nazwą.
- Niedługo skończą ci się stany.
- Nieprawda. - Flo przyniosła atlas i otworzyła go na mapie kraju
rozrysowanej na dwie strony. - Jeszcze mnóstwo zostało.
Pochylili się nad mapą, a mnie ogarnął nagły przypływ czułości do nich
wszystkich.
- Boże święty - zapiszczała Suni - to był karaluch czy szczur? -
Podciągnęła stopy z podłogi i wpatrzyła się z przerażeniem w szparę
między lodówką a ścianą.
- Karaluch - odpowiedziała Flo, nie podnosząc oczu znad mapy.
- Możliwe. - Wyciągnęłam szyję. - Chociaż mamy też mysią lokatorkę.
- Nie, Angus McMouse mieszka w łazience - rzuciła od niechcenia Flo - a nie w kuchni.
- Ale musi czasem wychodzić po jedzenie. - Rozejrzałam się bacznie po
kuchni. Nie znosiłam tych gryzoni.
- Pies na pewno odstraszyłby myszy - poinformowała mnie radośnie Flo.
- Może w domu skarbów rzeczywiście byłyby lepsze warunki... - Suni uparcie
trzymała stopy nad podłogą. - Chociaż myszy pewnie też by były.
- Najważniejsze, żeby wybrać dom ze zdrową konstrukcją - poradził Wayne,
wycierając tłuszcz z twarzy ręcznikiem papierowym. - Myszy da się
zwalczyć.
- Z pomocą psa - uzupełniła Flo.
Wayne łaskawie ją zignorował.
- Kosmetyczne uszkodzenia to nic, ale konstrukcja musi być nienaruszona.
- Jak mam to zrobić? W sensie jak się upewnić, że jest nienaruszona? -
Poczułam przypływ paniki. O Boże. A co, jeśli kupię dom skarbów, a on
zawali nam się na głowy, kiedy będziemy spały? Niektóre z tych miejsc
naprawdę przypominały śmiertelne pułapki.
- Musisz zamówić ekspertyzę - wyjaśnił spokojnie Wayne. Sprawiał
wrażenie, jakby był w stanie zapanować nad tym szaleństwem.
- Chcę mieć pory roku - stwierdziła głośno Flo, nadal przyglądając się
mapom. - Nie chcę mieszkać gdzieś, gdzie w ogóle nie pada śnieg.
- Słusznie. - Wayne pokiwał głową. - Ja też lubię, jak czasem napada.
- Możemy zamieszkać przy plaży?
- Śnieg i plaża? - Wayne popatrzył na nią z powątpiewaniem.
- No jasne, jak w tej piosence Taylor Swift. - Zaczęła ją nucić.
- Co masz w kolumnie "koniecznie"? - spytała mnie Suni, przerywając ich
rozmowę.
- Dobre szkoły, ogród, a teraz dopisałam nienaruszoną konstrukcję.
- Jeszcze pory roku i plaża - przypomniał mi Wayne.
Dodałam je do listy.
- To już mogą być za duże wymagania.
- Wystarczy, że znajdziesz miejsce z dodatkowymi rupieciami, to będzie
cię stać.
Zanim skończyliśmy jeść pizzę, mieliśmy długą listę warunków koniecznych
i kilka wykluczających. Łącznie ze spisem stanów, w których Flo nie
chciała postawić stopy, nawet dla psa. Na Florydzie roiło się od
aligatorów, Connecticut miało podstępną pisownię, przez którą kiedyś
przegrała konkurs ortograficzny, a Arizona była zarośnięta kaktusami,
które były zbyt kolczaste, żeby sprawdziły się jako rośliny ogrodowe.
Flo miała zdecydowane poglądy.
- Naprawdę nie jestem szalona? - szepnęłam do Suni, kiedy żegnałam się z nią i Wayne'em.
- Każdy jest trochę szalony, kochanie - powiedziała, głaszcząc mnie po
ramieniu. - Nieważne, jak bardzo jesteś szalona, ważne, jak wykorzystasz
swoje szaleństwo na drodze do szczęścia.
Rozdział trzeci
Oxeye, Maine
Moje szaleństwo, jak się okazało, zaprowadziło mnie do podupadającego
miasteczka na skraju klifu. Wreszcie wybrałyśmy z Flo dom skarbów, nad
którym zaczęłyśmy się poważnie zastanawiać, i przyjechałyśmy do Maine,
żeby zobaczyć go na własne oczy. Na zdjęciach wyglądał aż za dobrze,
żeby mógł być prawdziwy: obity deskami budynek pośrodku zarośniętego
ogrodu. W opisie nieruchomości znajdowała się informacja, że z okien od
frontu widać kawałek oceanu. Dom był w niezaprzeczalnie żałosnym stanie
- ale widywałyśmy już gorsze. Przynajmniej sądząc po zdjęciach.
Przypominał miejsce z książek dla dzieci, zaludnione duchami, z magicznym drzewem na tyłach.
Oxeye. Mikroskopijne miasteczko na wybrzeżu Maine, oddalone o kilka
kilometrów od zamożnego kurortu Camden i miasta Rockport. Godzinami
siedziałam na Google Earth i przybliżałam widok na każdy zakątek. W miasteczku były sklep, stacja benzynowa, mała biblioteka, kawiarnia,
kilka malowniczych pensjonatów i parę domków letniskowych. Zdawało się,
że Oxeye istnieje głównie po to, by obsługiwać pole namiotowe położone
na południu, na zalesionym cyplu wysuniętym w zatokę. Nasz dom skarbów
znajdował się przy Tinker Street i był jednym z dwóch budynków stojących
u wylotu ślepego zaułka, zwróconych przodem do uliczki prowadzącej na
klify i dalej nad zatokę Penobscot. Po jednej stronie Tinker Street
znajdowały się tylko lasy, po drugiej domy letniskowe z wystawionymi
tabliczkami "do wynajęcia", a na rogu stał dwupoziomowy sklep z narzędziami - pierwszy z szeregu lokali położonych wzdłuż głównej ulicy.
Na pierwszy rzut oka Oxeye wydawało się raczej zapomniane, opuszczone od
strony drogi nad zatokę. Ale dom był w moim zasięgu cenowym, a okręg
szkolny znakomity. W Camden, kawałek dalej wzdłuż wybrzeża, znajdowało
się wysoko oceniane gimnazjum, do którego Flo mogłaby chodzić teraz, a w Rockport liceum na później. Autobusy szkolne zatrzymywały się w Oxeye,
na samym końcu głównej ulicy. A co jeszcze lepsze, w Rockport
funkcjonowała mała rodzinna przychodnia, która aktualnie szukała osoby
do zarządzania biurem, i kiedy zadzwoniłam tam w sprawie pracy, mój
rozmówca nie krył ulgi, że ktoś się wreszcie zgłosił.
Agentka nieruchomości też sprawiała wrażenie, jakby jej ulżyło, kiedy
zadzwoniłam z pytaniem o dom.
- Mogę... yy... zostawić klucz u właściciela sklepu z narzędziami -
powiedziała. - Jestem poumawiana na oglądanie w Camden, ale mogę też
spotkać się z panią osobiście. - Parsknęła krótkim plastikowym śmiechem.
- Chociaż nie miałabym tam pani za wiele do pokazywania. Widziała pani
zdjęcia, prawda?
Zapewniłam ją, że tak.
- Dzięki Bogu. - Znowu ten niezręczny śmiech. - Właścicielem sklepu z narzędziami jest Jake Abernathy. Na pewno będzie umiał odpowiedzieć na
wszystkie pytania.
Ale Jake Abernathy sam miał parę pytań.
- Gail mówiła pani, że tam jest pełno rumoszu, tak? - spytał oschle,
kiedy zadzwoniłam, żeby umówić się na odebranie klucza.
Nie wiedziałam, czym jest "rumosz", ale powiedział to tak, że zabrzmiało
uroczo. Urocze było również jego szorstkie zatroskanie o mnie i Flo.
Wyobraziłam go sobie w czapce rybaka, ze szpakowatą brodą. W koszuli
flanelowej. Miał powolny, staranny sposób mówienia, a jego przydymiony
głos i uprzejme zachowanie kazały mi przypuszczać, że jest starszym
człowiekiem. Typem dżentelmena.
- To naprawdę nie jest miejsce dla samotnej kobiety - powiedział, co
zabrzmiało już zupełnie, jakby był czyimś dziadkiem. - A co dopiero z dzieckiem. O tym agentka też mówiła?
Zapewniłam go, że doskonale wiemy, na co się piszemy.
Pan Abernathy podał mi wskazówki dojazdu do swojego sklepu z narzędziami, a ja podążyłam drogą, która za Waldoboro odbiła od trasy US
1 i dalej poprowadziła mnie wzdłuż zapierającego dech wybrzeża. Maine w środku lata stanowiło niezapomniany widok. Niebo lśniło błękitem, który
zdawał się nie do końca rzeczywisty, a wszystko dookoła miało ostre
kontury i wietrzną świeżość. Słonawy zapach zatoki i żywiczna woń sosen
wpadały przez otwarte okna i uderzały nam do głów, kiedy tak kluczyłyśmy
wraz z linią brzegową na północ. Dwudniową podróż z Pittsburgha
odbyłyśmy moją małą niebieską Hondą Fit, śpiewając piosenki Disneya i żywiąc się syfiastym jedzeniem ze stacji benzynowych, a na noc
zatrzymałyśmy się w hotelu Days Inn w Hartford, w stanie Connecticut.
Wreszcie wjechałyśmy na szczyt wzgórza i nagle, zgodnie ze wskazówkami,
które otrzymałam, znalazłyśmy się w Oxeye. Obok drogi rude klify opadały
gwałtownie do wezbranej zatoki o niemożliwie przejrzystej wodzie,
znaczonej jedynie kilwaterami jachtów, które odcinały się ostrą bielą na
tle akwamaryny. Podniszczony sklep Jake'a Abernathy'ego stał na rogu
Beach Road i Tinker Street.
Na rogu naszej ulicy.
- Przejedźmy koło domu, zanim odbierzemy klucze - zaproponowałam Flo. I zanim odpowiedziała, skręciłam w ulicę. Nie potrafiłam się oprzeć. Nie
mogłam się doczekać, aż zobaczę na własne oczy dom skarbów.
Las po południowej stronie Tinker Street okazał się gęstszy i dzikszy,
niż wydawał się na Google Maps - ciemny gąszcz jodeł balsamicznych
przypominał zdziczałą plantację choinek. Wszędzie unosił się zapach
żywicy. Zdjęcia w Googlu nie były w stanie oddać magii podmuchów znad
oceanu ani lśnienia nadmorskiego powietrza. Zamiast ruchu ulicznego
słyszałam tylko miarowy szum morza i krzyki mew. Po północnej stronie
Tinker Street stały domy letniskowe z oszalowanymi ścianami i otwartymi
na oścież drzwiami, a ze środka płynęły leniwie ciche dźwięki transmisji
meczu bejsbolowego albo muzyki. Na sztachetach płotów suszyły się
ręczniki plażowe porozwieszane jak karnawałowe proporczyki.
- A to pewnie nasza rupieciarnia - obwieściła Flo, kiedy dojechałyśmy do
ślepego zaułka. U wylotu uliczki stały bliźniacze domy zwrócone w stronę
klifów i trudno byłoby nie odgadnąć, który miał być nasz, bo ten po
lewej okazał się schludnym, urokliwym budynkiem w stylu kolonialnym o spłowiałym drewnianym szalunku, białych wykończeniach i cytrynowożółtych
drzwiach. Przy wejściu znajdowała się śliczna tabliczka z napisem
"Nadmorska Sylvie". Po obu stronach schodów prowadzących na werandę
kwitły bujne różowo-białe hortensje, a dalej aż do krawężnika ciągnął
się poduchowaty zielony trawnik, który zrobiłby wrażenie na Waynie.
Tymczasem budynek po prawej...
Wyglądał jak wiedźmowata siostra tamtego, powykręcana starucha w kształcie domu. Wzdłuż ścieżki rosły rozbuchane krzaki, które strzelały
w niebo upiornie długimi witkami. Kołysały się złowróżbnie na morskim
wietrze. Z werandy poodpadały kawałki barierki, tak że dziury ziały jak
brakujące zęby, a te okna, które nie zostały wybite, pokrywała tak gruba
warstwa kurzu, że wydawały się brązowe. Rynny wisiały jak opadające
serpentyny, a drzwi frontowe ktoś zabił deskami. Klucze w niczym nam tu
nie pomogą. Jak my w ogóle miałyśmy wejść do środka?
- Nie widzę żadnych rupieci - powiedziała Flo, najwyraźniej niezrażona
widokiem domu.
- Chyba całe to miejsce jest jednym wielkim rupieciem - odparłam
nerwowo. Ale tak naprawdę myślałam sobie, że to zbyt piękne, żeby mogło
być prawdziwe. Taki dom powinien być wart fortunę. Mimo że był
zniszczony, stał na samym wybrzeżu, o rzut kamieniem od ładnych
miejscowości turystycznych. Dlaczego zatem miał tak przystępną cenę i dlaczego ludzie nie ustawiali się w kolejce, żeby go kupić? Przecież
powinni się o niego starać wszyscy inwestorzy ze Wschodniego Wybrzeża.
- Podoba mi się - oświadczyła Flo. - Ma klimat.
- Nie możemy się tu wprowadzić - powiedziałam, oszołomiona skalą rozpadu
domu. Na żywo wyglądał gorzej. Inwestor mógłby go po prostu wyburzyć i zbudować tu coś nowego. - To się nie nadaje do zamieszkania.
- Wayne mówił, że się nadaje.
To prawda. Wayne przeczytał specyfikację budynku, którą przesłała
agentka nieruchomości. Pod względem konstrukcji był nienaruszony. Pan
Abernathy również nie pozostawił co do tego wątpliwości.
- To tylko rumosz - powiedział. - Ten dom potrzebuje po prostu trochę
miłości.
"Miłość to za mało", pomyślałam, kiedy tak patrzyłam na budynek przy
Tinker Street. Ten dom nie potrzebował miłości, on wymagał interwencji.
Ale przejechałyśmy kawał drogi i skoro już byłyśmy na miejscu, równie
dobrze mogłyśmy zajrzeć do środka. Poza tym, pomyślałam z dreszczem
ekscytacji, gdybyśmy tylko mogły tu zamieszkać, nad morzem, w domu, na
który, realistycznie rzecz biorąc, nie powinnam mieć dość pieniędzy...
A w dodatku czekał na nas pan Abernathy. Zawróciłam więc i skierowałam
się z powrotem do sklepu.
Sklep z narzędziami (i budka z homarami) w Oxeye był jednym z tych
dziwolągów, które mogą istnieć tylko w bardzo małych miasteczkach -
wyglądało na to, że można tam dostać nie tylko narzędzia, ale też
przecenione pamiątki, sprzęt biwakowy i jedzenie na wynos, jeśli sądzić
po przeróżnych tabliczkach i zagraconych witrynach. Było też okienko do
wydawania posiłków wychodzące na kilka stołów piknikowych z widokiem na
klify oraz tablica reklamująca kanapki z homarem i Moxie w puszkach.
Wzdłuż budynku leżały stosy poobijanych, mocno zużytych pułapek na
homary.
Kiedy podjechałyśmy, nie mogłam też nie zwrócić uwagi na wybitnie
atrakcyjnego i ostentacyjnie półnagiego mężczyznę, który obsługiwał
stoły piknikowe. Chodził tylko w dżinsowych szortach z obciętymi
nogawkami i wyglądał jak wcielenie wakacyjnego amanta znad morza:
zarośniętego i umięśnionego, z włosami zmierzwionymi od soli. Na jego
widok poczułam powolne pulsowanie, jakiego nie doświadczyłam od bardzo
dawna. Był typem mężczyzny, który aż się prosi o fantazje na temat
wakacyjnych romansów, tęsknych wieczorów pod fioletowym niebem i leniwego marnowania czasu.
O fantazje, które nie wydawały się niemożliwe tutaj, w roziskrzonym od
słońca morskim powietrzu Oxeye.
Rozdział czwarty
- Mogę zostać w samochodzie? - spytała Flo, po czym oparła stopy o deskę
rozdzielczą i otworzyła książkę.
- Jasne. - Dla mnie nawet lepiej. Ukradkiem pociągnęłam za brzeg
koszulki bez rękawów i przeczesałam zmierzwione włosy. Podczas lunchu
zachlapałam sobie musztardą cały przód bluzki, więc zdecydowałam się
pożyczyć od Flo zapasową, przeklinając samą siebie za to, że spakowałam
się na lekko. Niestety, koszulka Flo miała nadruk z Wicked, błyszczące
zielono-różowe napisy i okazała się na mnie za krótka i za obcisła. W połączeniu z szortami odsłaniała o wiele więcej skóry, niż miałam w zwyczaju. Ale może to nie tak źle. Przystojniak sprzątający ze stołów
piknikowych podniósł wzrok, kiedy trzasnęłam drzwiami samochodowymi, a słońce odbiło się od soczewek jego tanich plastikowych okularów
przeciwsłonecznych. Miał bardzo ekspresyjne, zmarszczone brwi. A także
imponujące ramiona...
Powolne pulsowanie przeszło w dudnienie.
Ale nadmorski amant nie wydawał się uradowany moim widokiem. Zmarszczone
brwi prawie się dotknęły nad nasadą nosa.
- Homarów już nie wydajemy - powiedział krótko. - Spóźniła się pani. -
Miał tubalny głos ze wschodnioamerykańskim akcentem: z szerokimi
samogłoskami i połkniętym "r". W jego dłoniach chwiały się puste
koszyczki z czerwonego plastiku. Przy stołach już nikt nie siedział, ale
sądząc po liczbie koszyków, sporo ludzi przyszło dziś na homary.
- To nic - odparłam pospiesznie. - Właściwie to przyjechałam do Jake'a Abernathy'ego. Spodziewa się mnie. - Posłałam mu promienny uśmiech,
zastanawiając się, czy choć trochę pamiętam, jak się flirtuje.
Przystojniak zrobił jeszcze mniej zadowoloną minę, jeśli to w ogóle było
możliwe. Może się bał, że pan Abernathy jednak każe mu wydać homara.
Obejrzał mnie od stóp do głów, zatrzymując spojrzenie na koszulce.
- Wątpię.
- Słucham? - Mój uśmiech przygasł.
- Wątpię - powtórzył z irytacją, jakby chciał się mnie pozbyć.
- Jest w środku? - Nie zamierzałam dać się odprawić, skoro już
przejechałam taki kawał drogi.
- Nie.
Nie do wiary. Słyszałam, że mieszkańcy Maine bywają małomówni, ale ten
tutaj był zwyczajnie niemiły. Szkoda, bo wyobrażałam sobie, że w tym
miasteczku nie ma zbyt wielu mężczyzn, a co dopiero przystojnych i w moim zasięgu.
- Naprawdę się mnie spodziewa - powiedziałam z naciskiem, po czym
wyciągnęłam telefon i poszukałam wiadomości od pana Abernathy'ego.
- Wcale nie - prychnął. A potem ruszył do sklepu.
- Proszę mu powiedzieć, że przyjechała Zoe Copeland - rzuciłam za nim. -
Zobaczymy, co on na to.
Stanął jak wryty, a ja prawie złamałam sobie nos na ścianie jego pleców.
Był idiotycznie umięśniony. Za bardzo umięśniony, uznałam i postanowiłam, że nie będę go lubić. To oczywista próżność. Dlaczego
przystojni faceci są takimi dupkami?
- Niech pani uważa - warknął i odsunął się na bok.
- To pan się nagle zatrzymał.
Przyjrzał mi się bardzo uważnie.
- Pani nie może być Zoe Copeland - oświadczył z irytacją, kiedy skończył
oględziny.
Zaczerwieniłam się pod wpływem jego bacznego spojrzenia i niedowierzania.
- Właśnie, że mogę. - Poczułam potrzebę, żeby to wzmocnić. - I jestem.
- Nie, nieprawda. - Pokręcił stanowczo głową.
Zmarszczyłam brwi. Facet był niemożliwy.
- Chyba lepiej wiem, kim jestem.
- Nie. Zoe Copeland to mama w średnim wieku. Pani nie jest mamą w średnim wieku.
- Właśnie, że jest - sprzeciwiła się głośno Flo przez otwarte okno
samochodu. Mężczyzna się wzdrygnął, bo dopiero teraz ją zauważył.
Odłożyła książkę i wychyliła się przez okno. - Mogę kanapkę z homarem?
Jeszcze nigdy nie jadłam.
- Nie jestem w średnim wieku. A ten pan powiedział, że już nie wydają -
warknęłam, żeby ją uciszyć. - Poza tym by ci nie smakowała. - Odwróciłam
się z powrotem do półnagiego gbura. - Czyli jednak pan wie, kim jestem.
- Wiem, że Zoe Copeland przyjeżdża po klucz. I że jest mamą w średnim
wieku. - Teraz dopiero zmarszczył brwi. - A nie... panią. Pani nie
pozwoliłbym zamówić piwa, gdybym nie sprawdził najpierw dowodu.
- O mój Boże. Czy pan Abernathy jest w środku? - Skierowałam się do
otwartych drzwi. Nie chciałam już gadać z tym upierdliwym typem,
niezależnie od tego, jaki był przystojny.
- Nie. - Wypuścił poirytowany oddech. - Znaczy nie, tu jestem.
Teraz to ja stanęłam jak wryta.
Chwila. Co takiego? To ten facet był dżentelmeńskim rybakiem, z którym
rozmawiałam przez telefon?
- Pan? - Nie potrafiłam ukryć niedowierzania w głosie.
- No. - Nachmurzył się jak czarny charakter w kiepskim filmie. - Dobra,
niech pani wejdzie, załatwimy tę sprawę.
- Co tu jest do załatwiania? - spytałam zdezorientowana. - Przyjechałam
odebrać klucz i rozejrzeć się po domu, tak jak ustaliliśmy przez
telefon.
Zignorował mnie i kiwnął głową na samochód.
- Może pani dzieciak chce wejść i się czegoś napić, jak będziemy
rozmawiać? Jest gorąco. - Wieże czerwonych koszyczków chwiały się w jego
dłoniach. Przestąpił z nogi na nogę, żeby je ustabilizować, a ja
zobaczyłam, jak napinają mu się mięśnie brzucha.
- Flo, chodź - zawołałam w stronę samochodu. - To chyba potrwa dłużej,
niż myślałam.
Wnętrze sklepu z narzędziami (i budki z homarami) w Oxeye przypominało
staroświecki sklep wielobranżowy z czarno-białego filmu. Pachniało
olejem lnianym i dymem z palonego drewna. Okna przesuwały się do góry i wychodziły na werandę ze stołami piknikowymi i wspaniałym widokiem na
zatokę. Tego dnia były pootwierane, a wiatr podzwaniał ozdóbkami
wiszącymi pod sufitem. Na każdej ścianie znajdowały się oprawione
zdjęcia jakiegoś golden retrievera, a w rogu przy pękatym żeliwnym
piecyku zobaczyłam legowisko, chociaż nigdzie nie było ani śladu psa.
Jake Abernathy zupełnie nie wyglądał na człowieka, który mógłby
prowadzić takie miejsce. A teraz, kiedy go trochę poznałam, doszłam do
wniosku, że zdecydowanie nie jest w typie golden retrievera. Jego
osobowość pasowałaby bardziej do pitbulla albo rottweilera.
- Mięśnie masz od pracy czy od siłowni? - spytała jak gdyby nigdy nic
Flo, kiedy wchodziłyśmy za nim do sklepu tylnymi drzwiami. Aura
rottweilera nie robiła na niej najmniejszego wrażenia.
Jake potknął się na stopniu i popatrzył po sobie.
- Co...?
- Nie musi pan odpowiadać - wtrąciłam pospiesznie. - Flo, nie bądź
niemiła.
- Dlaczego nie? On jest dosyć niemiły. Poza tym czy to naprawdę takie
niemiłe pytać o mięśnie? - Flo przechyliła głowę. - A on nie założył
koszulki, więc pewnie chce, żeby ludzie patrzyli na jego mięśnie.
Poczułam, jak się czerwienię, bo sama ciągle na nie spoglądałam.
- Przepraszam - zwróciłam się niechętnie do Jake'a, który też zaczynał
się czerwienić. - Flo, niemiłe jest samo komentowanie wyglądu innych
ludzi - wyjaśniłam jej, chociaż po cichu się cieszyłam, że wytrąciła go
z równowagi.
- Aha. - Zastanawiała się przez chwilę. - Przepraszam, że skomentowałam
twój wygląd - powiedziała do Jake'a, który uciekł do wąskiej kuchni,
gdzie pozbył się naręcza plastikowych koszyków. Weszłyśmy za nim, a on
czym prędzej zgarnął z haczyka spłowiałą koszulkę i naciągnął ją na
siebie. Z przodu miała nadruk rysunkowego homara.
Na piecu stał potężny gar, a w powietrzu unosił się ciężki zapach
gotowanego homara i zielonej cebulki. Blat ze stali nierdzewnej był
zasłany okruchami i leżał na nim na wpół opróżniony worek długich
białych bułek.
- To nic. - Jake zwrócił się do Flo i odchrząknął ze skrępowaniem.
Skrzyżował ręce i próbował zmienić wyraz twarzy. Wydawał się
zafrasowany... To powinna być prosta interakcja, zwykłe przekazanie
klucza, a zrobiło się naprawdę dziwnie i nieprzyjemnie. Podczas gdy ja
spodziewałam się spotkania z takim miłym mężczyzną.
- Spodziewałem się kogoś innego - przyznał Jake, odbijając jak echo moje
myśli, i wyrównał na sobie homarową koszulkę.
- A kogo się spodziewałeś? - spytała Flo. Oczy jej się rozjaśniły, jakby
liczyła na ciekawą odpowiedź.
- A... - Jake wydawał się zażenowany.
- Spokojnie - dodała zachęcająco Flo. - Nie obrazi się. Mama mówi, że
przyjmowanie obelg ze spokojem ma we krwi po tych wszystkich latach
pracy na słuchawce.
- Flo - ostrzegłam ją.
Moja pyskata córka przewróciła oczami i nachyliła się konspiracyjnie do
Jake'a.
- Ma też bzika na punkcie tego, co wypada mówić prywatnie, a co
publicznie. Ale mnie możesz powiedzieć, jeśli wziąłeś nas za zbiegłe
kryminalistki czy coś.
- Chcesz się czegoś napić? - spytał Jake z lekką paniką. Chyba nie
wiedział, co innego mógłby powiedzieć.
- To zależy. A co masz? - Flo podążyła za nim do lodówki.
- Głównie Moxie. - Otworzył drzwiczki i światło padło na
jasnopomarańczowe puszki. Flo rzuciła mu powątpiewające spojrzenie.
- To oficjalny napój stanu Maine - wyjaśnił jej, wyciągając puszkę z lodówki. - Pewnie go nie polubisz, smakuje jak lekarstwo. - Podał jej i zerknął na mnie. - Dla pani też? - Patrzył na mnie tak, jakbym mogła go
ugryźć. Kurde, co mu się we mnie nie podobało? Poznał mnie raptem dwie
minuty temu.
Pokręciłam głową.
- Nie, dziękuję. Wystarczy mi klucz.
Posłał mi kwaśne spojrzenie.
- Nie mogę wpuścić was do tego domu. - Brzmiało to tak, jakby ani trochę
nie było mu żal. Powiedział to raczej tonem policjanta, który przyłapał
mnie na pluciu na chodnik. - A Gail nie miała prawa wymagać ode mnie
przekazania klucza. - To ostatnie zdanie znaczyły dźwięki puszki
otwieranej przez Flo.
- Czy pan sobie żartuje? - Nie mogłam wyjść ze zdumienia. - Jechałyśmy
tu z Pittsburgha dwanaście godzin. Sam mi pan podał wskazówki dojazdu.
- No. - Zmarszczył się. - Ale nie wiedziałem, że pani to pani.
- Co to ma, do cholery, znaczyć? - Co niby było ze mną nie tak?
- Uch, to jest serio ohydne. - Flo wydała odgłos wymiotującego kota i oddała puszkę Jake'owi. - Wasz stan ma jakiś problem.
- Ostrzegałem. - Odstawił Moxie i wyjął z lodówki lemoniadę. - Masz. Idź
się napić przy stołach na zewnątrz, a ja porozmawiam z twoją mamą.
- Proszę - upomniała go Flo. - Czy wy nie macie manier w tym Maine?
- Proszę - wycedził.
- Chwila - zaprotestowałam, wychodząc za nim z kuchni. - Ja nie chcę
rozmawiać. Chcę tylko klucz.
- Masz, weź też loda. - Jake otworzył chłodziarkę i wyciągnął loda na
patyku. - Jak się przyjrzysz, to może zobaczysz wieloryby w zatoce.
Wczoraj były płetwale.
- Dziękuję - odpowiedziała znacząco Flo i uniosła brwi, jakby chciała mu
pokazać, że ma lepsze maniery niż on. - A co to jest płetwal? Męski
odpowiednik syreny?
- Taki wieloryb.
- Aha. Fajnie. - Ruszyła ochoczo na taras.
- Nie rozsiadaj się tam - zapowiedziałam jej. - Zaraz jedziemy. - Bo
zamierzałam obejrzeć ten dom, choćby się waliło i paliło. Dla zasady.
Wszystkie moje obawy co do jego stanu technicznego nagle się ulotniły.
- Proszę posłuchać, pani Copeland... - zaczął ten niemożliwy facet.
- Panno Copeland - wycedziłam przez zęby. Podstarzały seksistowski rybak
to jedno, ale ten surfer z kompleksem wyższości to zupełnie co innego.
Facet miał zero uroku. - A przez telefon mówił pan do mnie Zoe.
- No tak. - Przeczesał ręką zmierzwione od soli włosy i zdjął te swoje
tandetne okulary przeciwsłoneczne. Jego oczy były przejrzyste,
bladoturkusowe jak szklane kulki. Odchodziły od nich nikłe zmarszczki,
tak że przez moment miałam wrażenie, że się uśmiecha, chociaż było wręcz
przeciwnie. - Zoe. Nie chcesz tego domu.
- Co takiego? - Mój głos zabrzmiał głośniej, niż się spodziewałam. -
Słucham? O co tu chodzi? Naprawdę nie rozumiem. - Skrzyżowałam ręce.
- Ech... - Wziął głęboki oddech. - Słuchaj. Ten dom to rudera.
- Wiem. Widziałam zdjęcia. - Ten facet prowadził jakąś grę, a ja nie
zamierzałam dać się w nią wciągnąć. Ale nie chciałam też, żeby wygrał.
- Jasne. Widziałaś zdjęcia. Ale... w rzeczywistości jest... gorzej.
Przyjrzałam mu się, usiłując zapanować nad sobą.
- Wiem. Właśnie dlatego mnie na niego stać - powiedziałam wprost. - Mimo
wszystko nie rozumiem, dlaczego nie masz tu kolejki deweloperów.
- Słuchaj... - Wydał nieokreślony dźwięk. - Agentka nie mówiła mi, że
jesteś taka młoda. Myślałem, że będziesz kobietą w średnim wieku z nastoletnią córką. A nie że po raz pierwszy kupujesz dom i jeszcze masz
dziecko na głowie. Gdybym wiedział, to...
- To co? Co byś zrobił?
- To nie przelewki - powiedział bezradnie. - Ten dom. A ty...
- Przepraszam - przerwałam mu. - Nie rozumiem, dlaczego miałoby cię to
obchodzić. Przecież to nawet nie twój dom.
Przełknął ślinę i podniósł głowę, żeby spojrzeć na sufit. W końcu skinął
głową.
- Masz rację. Przepraszam. - Jake odchrząknął. - Jestem tylko facetem od
klucza. Zamknę, znajdę jakieś buty i możemy jechać.
- Możemy jechać? Myślałam, że tylko dasz mi klucz.
Ale on już poczłapał boso do kuchni, żeby zamknąć sklep.
- O co mu w ogóle chodziło? - Flo zajrzała do środka przez okno, usta
miała czerwone od loda, a w drugiej ręce trzymała otwartą lemoniadę.
Oczy błyszczały jej od cukru.
- Bóg raczy wiedzieć. - Pokręciłam głową. - Może za długo siedział na
słońcu.
- Ale spodobały ci się jego mięśnie, co?
- Jedz tego loda.
- Dlaczego nie chce, żebyśmy mieszkały przy jego ulicy?
Nie wiedziałam. I nic mnie to nie obchodziło. Teraz chciałam tylko
dostać się do tego domu.
Rozdział piąty
Okazało się, że "rumosz" to po prostu śmieci. A kiedy Jake twierdził, że
jest tu tego sporo, nie przesadził.
- Uważajcie, gdzie stajecie - ostrzegł, prowadząc nas dookoła budynku,
na tyły. - Elton z sąsiedniego domu kosi i przycina po tej stronie -
wyjaśnił Jake. - To miło. Bo wcale nie musi.
Flo truchtała za nim, chłonąc wszystko dookoła z takim zachwytem, jakby
była w Disneylandzie.
- Mamo, patrz, na poddaszu są pokoje! - Wskazała na kawałek dachu za
ceglanym kominem. - Zaklepuję pokój na poddaszu!
- Pewnie minie trochę czasu, zanim będziesz mogła tam spać -
zapowiedział Jake.
- Dlaczego? Są tam jakieś duchy? Będziemy musiały wezwać egzorcystę?
- Tam jest tyle śmieci, że żadne duchy by się nie zmieściły. Poza tym
skąd ty w tym wieku wiesz, kim są egzorcyści?
- Przecież nie wiesz, w jakim jestem wieku. Mogłabym być bardzo niską
nastolatką - odcięła się Flo.
- Punkt dla ciebie, mała.
- A skąd te wszystkie śmieci? - wtrąciłam się, zanim Flo znowu by na
niego naskoczyła. Usiłowałam zajrzeć do środka przez boczne okna, które
okazały się osobliwie okrągłe, trochę jak świetliki, ale były zbyt
brudne, żeby dało się cokolwiek zobaczyć. Poczułam lekki ucisk w żołądku
na widok tych okrągłych okien. Tak jakby trafiły tu z jakiejś baśni.
- To długa historia - westchnął Jake.
- Opowiedz mi skróconą wersję - zasugerowałam.
- Mieszkała tu pewna kobieta, która lubiła wszystko zbierać. Teraz już
tu nie mieszka. - Dotarliśmy do końca przyciętej, wykoszonej ścieżki,
gdzie zagrodziły nam drogę wybujałe krzaki. Jake odsunął gałęzie pokryte
soczystymi czerwonymi owocami. - Przechodźcie.
Flo z łatwością się prześliznęła, ale przestrzeń między Jakiem a domem
była tak wąska, że ja już musiałam się o niego otrzeć, gdy podążyłam za
nią. Poczułam jego ciepło na swoich plecach i przeszedł mnie powolny
dreszcz. Spiął się pod moim dotykiem. Najwyraźniej otarłam się w niewłaściwy sposób.
Podwórko za domem okazało się ścianą zieleni. Tak jakby las podszedł aż
pod werandę na tyłach. Dawniej mógł się tu znajdować ogród, ale teraz
panowała dzicz, a wokół starych drzew rósł gąszcz samosiejek. Wiatr
szumiał w nich, szarpiąc i zrywając liście. Tam, gdzie kiedyś mogły być
rabatki i grządki warzywne, teraz rosła trawa do pasa przetykana polnymi
kwiatami. Wszechogarniający zielony gąszcz tchnął zapachami roślin i lata.
- Trochę tu zdziczało - rzucił cierpko Jake.
- Jest super. - Oczy Flo błyszczały. - Czy są tu jakieś magiczne drzewa
albo przejścia, albo coś takiego?
- Czy są tu węże? - dodałam, patrząc wymownie na wysoką trawę.
- Pewnie tak.
- Pewnie tak! - Rozejrzałam się po ziemi w poszukiwaniu oznak ruchu.
- Nie pękaj, mamo. W Maine nie ma jadowitych węży, sprawdzałam. - Flo
była zupełnie nieporuszona.
- Ukąszenie niejadowitego węża też boli - warknęłam. Już miałam przed
oczami jej kostki, całe w ranach kłutych. - Masz ich nie dotykać.
- Węże się przydają. Odstraszają myszy i szczury, prawda, panie
Abernathy? Tak przeczytałam w książce o gadach.
- Jake - poprawił ją. - Nikt na mnie nie mówi pan Abernathy.
- Mogę zatrzymać węża jako zwierzątko domowe, jeśli jakiegoś znajdę? W tamtej książce pisali, że węże świetnie się do tego nadają.
- Absolutnie nie. - To dziecko wpędzi mnie kiedyś do grobu. - Masz nawet
nie patrzeć, jeśli jakiegoś zobaczysz.
Flo przewróciła oczami.
- To, co powiedziałaś, nawet nie ma sensu.
Jake odchrząknął.
- Jeśli kupicie ten dom, co raczej nie nastąpi, kiedy zobaczycie, jak
jest w środku, możecie zatrudnić kogoś do wykoszenia trawy i wycięcia
tego wszystkiego. Znam odpowiedniego człowieka.
Próbowałam sobie wyobrazić, jaki byłby koszt takiej usługi przy tej
skali. Podwórko wydawało się ogromne.
- Pod tymi zaroślami leży szkielet porządnego ogrodu - powiedział,
wpatrzony w nieprzeniknioną zieleń. - Gdzieś tam jest stary warzywnik,
studnia i parę dzikich jabłoni. Mogłabyś przerabiać jabłka na dżem,
jeśli lubisz robić przetwory. - Zerknął na mnie z ukosa i potarł nos.
Pewnie było po mnie widać, że nie lubię robić przetworów.
Ale może bym polubiła, gdybym miała własny sad dzikich jabłoni?
- Jest też kilka budynków gospodarczych. Ale tam też jest pełno rumoszu.
- Rozejrzał się po podwórku, jakby w moim imieniu poczuł się
zniechęcony. Włosy opadały mu na zmarszczone czoło. - Dobra, lepiej
chodźmy do środka.
Do środka? Jak? Z tego, co widziałam, trudno byłoby dojść nawet do
schodków prowadzących na werandę.
- Da się to łatwo rozgarnąć - oznajmił, odsuwając kolejne wiechcie
krzaków o czerwonych owocach, i ruszył pomału wzdłuż przerdzewiałej
blachy falistej, która pokrywała prawą połowę werandy. - To tutaj to
pralnia - zawołał do mnie przez ramię i poklepał stalową blachę. - Można
powiedzieć, że jest w oryginalnym stanie.
Czułam, jak krzaki drapią moje gołe ramiona i nogi, i pożałowałam, że
nie włożyłam dżinsów i koszuli z długim rękawem zamiast szortów i topu.
Zwłaszcza w obliczu zagrożenia wężami. Zauważyłam, jak Jake wyciągnął
rękę do ramienia Flo, żeby się upewnić, że idzie bezpiecznie tuż za nim.
- Po drugiej stronie jest zabudowana weranda. Kiedyś była całkiem
przyjemna, w lepszych czasach. - Przerwał. - Ale teraz trzeba by
wymienić moskitiery.
Wszystko trzeba by tu wymienić. Schodki na tyłach wyglądały na całkiem
przegniłe.
- Nie są takie złe, na jakie wyglądają - powiedział Jake, gdy zauważył
moje przerażenie. Stanął na nich, żeby mi pokazać, a potem podskoczył na
środkowym stopniu. - Całkiem bezpieczne.
- Dlaczego nie wchodzimy przez drzwi od frontu? - spytałam, patrząc, jak
Flo rusza za nim po schodach pozorujących zgniliznę.
- Są zabite deskami.
Tyle zdążyłam zauważyć.
- Ale dlaczego?
- Szyba jest wybita. Jak w większości okien.
No tak. Dom może i mogłam kupić za półdarmo, ale skąd wezmę pieniądze na
remont? Nowe szyby do drzwi frontowych i okien, nowe schody i moskitiery
na werandę, całkowite wykoszenie tylnego podwórka... Koszty się piętrzyły,
a my jeszcze nawet nie weszłyśmy do środka.
Flo przecisnęła się obok Jake'a, kiedy otworzył drzwi.
- Mamo, popatrz tylko! Przecież to prawdziwe muzeum. - Zniknęła w pomieszczeniu na prawo.
- Uważaj na siebie!
Jake odsunął się na bok, żeby mnie przepuścić, ale miejsca było tak
mało, że znowu mimowolnie się o niego otarłam. W tej samej chwili
poczułam, jak przechodzi mnie ten powolny dreszcz.
- Nic jej nie będzie. Parę dni temu przeszedłem się po domu ze sprejem
na owady - zapewnił mnie dziwnie spiętym głosem. - Nie ma pająków ani
niczego takiego.
"Dobry Boże", pomyślałam, rozglądając się po wnętrzu. Pająki pająkami,
ale to miejsce było przerażające. Wcale nie przypominało muzeum, tylko
skład złomu. Było o wiele gorzej niż na zdjęciach. "Pralnia" po prawej
okazała się zwykłą przybudówką z blachy falistej; wyglądała, jakby
trzymała się wyłącznie na rdzy. Wypełniały ją po brzegi stare sprzęty,
wśród których królował magiel, na oko ponadstuletni. Było to wysokie
ustrojstwo z kutego żelaza z dwoma wielkimi drewnianymi walcami, które
teraz zaczęły się obracać za sprawą Flo, niezwykle uradowanej tym
odkryciem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki