Dom z moich marzeń - Amy Matthews

Kup ebooka

49.99 zł
41.82 zł (43,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

Pit­ts­burgh, Pen­syl­wa­nia

Zwy­czajne dni zmie­niają życie. Toczą się jak fale, raz za razem, a my nawet nie zda­jemy sobie sprawy z tego, jak daleko nas zanio­sły, póki nie dotrzemy do brzegu. Ten kon­kretny zwy­czajny dzień był pro­za­icz­nym czwart­kiem na początku lata, kolej­nym mono­ton­nym dniem pracy z prze­rwą na lunch, w któ­rej sta­ra­łam się zabić czas. Nawet nie podej­rze­wa­łam, że otwar­cie apli­ka­cji może wywró­cić moje życie do góry nogami.

- To gdzie dziś zamiesz­kamy? - spy­ta­łam swoją kole­żankę Evę, która sie­działa zgar­biona na końcu stołu i grała w Candy Crush, a jej ciało zda­wało się rów­nie wymięte co jej prąż­ko­wana koszula. Ja posta­no­wi­łam oddać się swo­jej ulu­bio­nej zaba­wie w wyszu­ki­wa­nie domu marzeń i weszłam w jedną z licz­nych apli­ka­cji z ofer­tami nie­ru­cho­mo­ści, byle tylko uciec od naszego bez­barw­nego pokoju socjal­nego, w któ­rym pach­niało odgrze­wa­nymi obia­dami i prze­pa­loną kawą.

- Wczo­raj szu­ka­ły­śmy w Fair Lawn, w New Jer­sey - przy­po­mnia­łam Evie, która ledwo na mnie spoj­rzała znad gierki. Fair Lawn wyda­wało się wprost wyjęte z filmu Disneya, wyglą­dało zupeł­nie jak mia­steczko z Zako­cha­nego kun­dla, któ­rego moja córka Flo­rence obej­rzała chyba z dzie­więć­set razy, kiedy była mała. Flo zawsze spę­dzała waka­cje na jeż­dże­niu od jed­nej niani do dru­giej i czę­sto lądo­wała przed tele­wi­zo­rem. Nie mia­łam pie­nię­dzy, żeby wysłać ją na letni obóz, nawet jed­no­dniowy, a ni­gdy nie mogłam sobie pozwo­lić na wzię­cie urlopu, żeby spę­dzić z nią wię­cej czasu. Jedy­nym, co mnie samej przy­po­mi­nało o tym, że jest lato, były "dni lodów" orga­ni­zo­wane przez moją sze­fową - kiedy tem­pe­ra­tura prze­kra­czała trzy­dzie­ści pięć stopni, przy­no­siła dla wszyst­kich lody na patyku. Ale w Pit­ts­bur­ghu rzadko kiedy zda­rzały się takie tem­pe­ra­tury, a mocna kli­ma­ty­za­cja spra­wiała, że w przy­chodni i tak nie było czuć upału. Nasza kli­nika sta­no­wiła oddział jed­nego z dużych uni­wer­sy­tec­kich cen­trów medycz­nych i mie­ściła się w nie­wiel­kim cegla­nym bun­krze na obrze­żach dziel­nicy South Oakland. Mój dział, który zaj­mo­wał się doku­men­ta­cją finan­sową klien­tów, znaj­do­wał się w pozba­wio­nym okien pomiesz­cze­niu w samym środku budynku. Zawsze kiedy wynu­rza­łam się z niego pod koniec dnia, mru­ga­jąc, czu­łam się jak mor­skie stwo­rze­nie głę­bi­nowe, które ni­gdy nie widziało świa­tła.

Moja mało eks­cy­tu­jąca praca w żad­nym wypadku nie pozwo­li­łaby mi na kupno domu - wła­śnie dla­tego pod­czas prze­rwy na lunch zaj­mo­wa­łam się szu­ka­niem domu marzeń, a nie praw­dzi­wego. Cho­ciaż musia­łam też poszu­kać cze­goś rze­czy­wi­stego, bo wła­ści­ciel miesz­ka­nia, które wynaj­mo­wa­łam, znowu zamie­rzał pod­nieść mi czynsz, a mnie nie stać było ani na centa wię­cej, szcze­gól­nie za zapusz­czoną jed­no­po­ko­jową klitkę z nie­prze­wi­dy­wal­nym dostę­pem do cie­płej wody i nad­re­pre­zen­ta­cją insek­tów.

Ale kto by chciał prze­glą­dać oferty smut­nych miesz­ka­nek na wyna­jem w cza­sie prze­rwy obia­do­wej? Szu­ka­nie domu marzeń było zde­cy­do­wa­nie cie­kaw­sze.

Wczo­raj zna­la­złam nie­ska­zi­tel­nie białą rezy­den­cję kolo­nialną z buj­nym zie­lo­nym traw­ni­kiem i huś­tawką na ganku. To był dokład­nie taki dom, w jakim mogłaby się roz­gry­wać akcja kome­dii roman­tycz­nej. Taki, w któ­rym szyje się pat­chwor­kowe koł­dry i pie­cze placki z jabł­kami, a potem stu­dzi się je na para­pe­cie. I pew­nie byłby też (sek­sowny) ogrod­nik, który przy­cho­dziłby kosić trawę i któ­remu poda­wa­łoby się póź­niej szklankę zim­nej lemo­niady. Wszystko w gra­ni­cach przy­zwo­ito­ści, ale z poten­cja­łem na dobrą zabawę.

To był taki dom, w jakim wyobra­ża­łam sobie inne dzie­ciaki, kiedy jesz­cze sie­dzia­łam w szkol­nej ławce z bur­czą­cym brzu­chem i cho­wa­łam się za zasłoną nie­przy­strzy­żo­nych wło­sów. To był taki dom, gdzie pra­nie suszy się na sznur­kach w słońcu, a kola­cja jest zawsze gotowa na szó­stą.

To był dom pasu­jący do ludzi, któ­rzy nie byli mną.

Dla mnie w dzie­ciń­stwie dom w ogóle nie był miej­scem. Był osobą. Chri­stiną Lynn Cope­land. Moją matką, która z całą pew­no­ścią ni­gdy nie upie­kła placka z jabł­kami i nie stu­dziła go na para­pe­cie. I któ­rej stopa za nic w świe­cie nie posta­łaby w Fair Lawn, w New Jer­sey. "Trzy­maj się mnie, aniołku", mówiła Tina i trza­skała balo­ni­kiem z gumy do żucia, krad­nąc dla mnie batona. "Nikt nie kocha cię tak jak mamu­sia". Nosiła obci­słe dżinsy i krót­kie spód­niczki, a włosy far­bo­wała na jaskrawe kolory. Miała brzę­czącą biżu­te­rię, która bły­skała w słońcu. Prze­kli­nała, śmiała się i pła­kała, uwiel­biała słu­chać popu, pusz­czała go sobie gło­śno i tań­czyła, cza­sem nawet w metrze. Żywiła się słod­kimi napo­jami z puszki, schło­dzoną wódką i wszel­kiego rodzaju pro­chami, jakie tylko wpa­dły jej w ręce. Tina była jak impreza, która zaraz miała się zacząć albo wła­śnie się skoń­czyła. Nie było nic pomię­dzy.

Poru­szy­łam się nie­swojo na krze­śle. Dla­czego ja w ogóle myśla­łam o Tinie? Znaj­do­wała się ponad pięć­set kilo­me­trów stąd w wię­zie­niu fede­ral­nym w Hazel­ton, a ja nie widzia­łam się z nią od lat.

- Możemy poszu­kać domów przy plaży, Zoe? - spy­tała mnie Eva. - Mogły­by­śmy przy­naj­mniej tro­chę pouda­wać, że korzy­stamy z lata.

- O, wpisz Miami - powie­działa Caitlin, jedna z pie­lę­gnia­rek, która wła­śnie pod­grze­wała sobie jakieś resztki w mikro­fa­lówce. - Uwiel­biam Miami. A jak kupisz sobie tam dom, będę mogła cię odwie­dzać.

- Ona nie kupuje domu - dopre­cy­zo­wała Eva. - Ona tylko sobie wyobraża, że kupuje dom.

- I co z tego? Wyobraź sobie, że prze­pro­wa­dzasz się do Miami, a ja wyobrażę sobie, że do cie­bie przy­jeż­dżam.

Posłusz­nie zaczę­łam szu­kać nie­ru­cho­mo­ści na sprze­daż w Miami, ode­pchnąw­szy od sie­bie myśli o wzro­ście czyn­szu i Tinie.

- W któ­rej dziel­nicy? - W Miami jesz­cze ni­gdy nie szu­ka­łam.

- Takiej nie­zbyt let­ni­sko­wej - pora­dziła Caitlin. - Niech to będzie miej­sce z klasą.

Musia­łam wygu­glo­wać dziel­nice z klasą.

- Coco­nut Grove?

- Jasne, czemu nie. - Mikro­fa­lówka zapisz­czała, a Caitlin wycią­gnęła swoje jedze­nie i dosia­dła się do nas.

- O, spójrz­cie na to. Willa w stylu śród­ziem­no­mor­skim w połu­dnio­wej czę­ści Coco­nut Grove. Ma trzy sypial­nie, dwie i pół łazienki...

- Na co komu pół łazienki? - burk­nęła Eva. Szu­ka­nie domu marzeń psuło jej cza­sem humor. Zazwy­czaj kiedy zbli­żał się ter­min spłaty karty kre­dy­to­wej.

- Jest też basen! - Migo­ta­nie nie­bie­skiej wody na tle tro­pi­kal­nych ogro­dów mnie urze­kło. Obró­ci­łam tele­fon tak, żeby mogły popa­trzeć na ekran. Szu­ka­nie domu marzeń było jak odwra­ca­nie kolej­nych stron książki i wyobra­ża­nie sobie innej wer­sji wła­snego życia. Czy to w willi śród­ziem­no­mor­skiej w Miami, czy w sta­rym drew­nia­nym domu w Min­ne­so­cie - w każ­dym z tych miejsc potra­fi­łam zoba­czyć swoje wyma­rzone życie.

Odkąd byłam mała, wie­dzia­łam, że każdy dom jest inny, że kryje w sobie odmienne smaki, zapa­chy, kolory, nadzieje i tem­pe­ra­tury uczuć. Może ni­gdy nie mia­łam wła­snego domu, ale naoglą­da­łam się ich w życiu cał­kiem sporo. Od domów rodzin zastęp­czych po wszyst­kie miesz­ka­nia Tiny - prze­pro­wa­dza­łam się wię­cej razy, niż potra­fi­ła­bym zli­czyć.

Dla­czego znowu myśla­łam o Tinie? Willa śród­ziem­no­mor­ska w połu­dnio­wej czę­ści Coco­nut Grove nie miała w sobie nic, co powinno mi się sko­ja­rzyć z rodzi­nami zastęp­czymi albo z Tiną. Jesz­cze moc­niej ode­pchnę­łam od sie­bie te myśli i zaczę­łam sobie wyobra­żać, że zamie­rzam kupić posia­dłość w Miami, że razem z córką wiodę tam życie ską­pane w słońcu i już ni­gdy nie muszę się przej­mo­wać kwe­stiami miesz­ka­nio­wymi.

Pomimo kiep­skiego humoru Eva zain­te­re­so­wała się willą. Zosta­wiła Candy Crush i pod­su­nęła sobie krze­sło bli­żej.

- Ile za niego chcą?

Spraw­dzi­łam.

- Pięć milio­nów trzy­sta.

- Auć. - Caitlin się skrzy­wiła.

- To tyle co nic. - Eva posłała jej pobłaż­liwe spoj­rze­nie. - Dawaj, Zoe, pokaż jej, co tam masz.

- Robi­cie to na każ­dej prze­rwie obia­do­wej? - spy­tała Caitlin, nachy­la­jąc się nad sto­łem.

- Zoe tak. - Eva z sym­pa­tią oparła głowę na moim ramie­niu. - Jest typem pato­lo­gicz­nej doma­torki. Poza tym gustuje w szam­pa­nie, a stać ją tylko na piwo.

- Nawet na piwo nie. - Wes­tchnę­łam, prze­rzu­ca­jąc kolejne zdję­cia lśnią­cych nie­ru­cho­mo­ści w poszu­ki­wa­niu takiej, o jaką mi cho­dziło. - Stać mnie tylko na wodę z kranu. - Poza tym wcale nie byłam doma­torką, na pewno nie w praw­dzi­wym życiu. Mój dom wyglą­dał raczej jak tym­cza­sowe lokum stu­denc­kie. Wszyst­kie meble, które posia­da­łam, były z dru­giej ręki.

- To tak jak mnie - powie­działa współ­czu­jąco Caitlin. - Teraz pew­nie powin­nam oszczę­dzać nawet wodę z kranu.

- O. - Zatrzy­ma­łam się na ofer­cie praw­dzi­wej perełki w Palm Beach. - To jest nasz dom.

Nagłó­wek brzmiał: "Twoja jedyna szansa na wyma­rzony dom". Eva zagwiz­dała cicho na jego widok. Prze­czy­ta­łam opis posia­dło­ści i wybuch­nę­łam śmie­chem, bo do tego domu nie paso­wało nawet słowo "marze­nie". Bli­żej mu było do "uro­je­nia".

- "Trzy­na­sto­po­ko­jowy, pięt­na­sto­ipół­ła­zien­kowy dom jed­no­ro­dzinny". - Zaśmia­łam się z nie­do­wie­rza­nia. - Co to by miała być za rodzina?

- Rodzina milio­nera, który roz­wiódł się pięt­na­ście razy, a na waka­cje dostaje wszyst­kie dzieci pod opiekę - zasu­ge­ro­wała Caitlin i się­gnęła mi przez ramię, żeby prze­wi­nąć zdję­cia.

Przy domu znaj­do­wał się staw rybny ze słoną wodą, basen typu infi­nity, trzy wodo­spady oto­czone bujną tro­pi­kalną roślin­no­ścią i jacht zacu­mo­wany przy pry­wat­nej przy­stani.

Wszyst­kie trzy pod­nio­sły­śmy wzrok znad tele­fonu i spoj­rza­ły­śmy na pro­za­iczny kra­jo­braz Pit­ts­bur­gha roz­ta­cza­jący się za oknem pokoju socjal­nego. Wes­tchnę­ły­śmy chó­rem.

- To nie jest dom, tylko ośro­dek wypo­czyn­kowy - powie­działa Caitlin, po czym się wypro­sto­wała i wró­ciła do swo­jego lun­chu z miną osoby pogo­dzo­nej z rze­czy­wi­sto­ścią.

Na widok ceny poda­nej w ogło­sze­niu wyrwał mi się mimo­wolny okrzyk.

- Aż tak źle? Ile chcą? Pięt­na­ście milio­nów?

- Trzy­dzie­ści - zga­dy­wała Eva.

- Yy... - Odchrząk­nę­łam. - Co powiesz na sto trzy­dzie­ści sześć?

- No co ty. Cze­kaj. Ale milio­nów?

Prze­chy­li­łam tele­fon, żeby zoba­czyła. Zaklęła.

- Musia­ła­bym wygrać w Mega Mil­lions. - Wes­tchnę­łam i odło­ży­łam tele­fon ekra­nem do dołu, po czym się­gnę­łam po swoją więd­nącą sałatkę. Gdy­bym rze­czy­wi­ście wygrała na lote­rii, mogła­bym wresz­cie wynieść się razem z Flo z miesz­ka­nia, na które już nie było nas stać. Nie potrze­bo­wa­łam trzech wodo­spa­dów i przy­stani na jacht. Wystar­czyłby kawa­łek prze­strzeni dla dwóch osób, może z ogro­dem i z dobrą szkołą w pobliżu. Miej­sce, które mogły­by­śmy zmie­nić w dom.

Ale dosko­nale wie­dzia­łam, że to mrzonka. Mia­łam rów­nie wiel­kie szanse na kupno domu jak na zwy­cię­stwo w Ken­tucky Derby bez konia.

Mimo to uwiel­bia­łam szu­kać domu marzeń. Czu­łam jakiś spo­kój, kiedy wyobra­ża­łam sobie życie w takich miej­scach, szcze­gól­nie tych prost­szych - nie­du­żych budyn­kach pośrodku kwit­ną­cych ogro­dów, przy cichych uli­cach, na przed­mie­ściach albo w mia­stecz­kach wysu­nię­tych poza falu­jący kil­wa­ter wiel­kich miast. W zwy­kłych domach.

Takich jak mój ostatni dom zastęp­czy.

Mia­łam trzy­na­ście lat, kiedy po raz trzeci i ostatni tra­fi­łam do rodziny zastęp­czej. Gdy wezwano mnie przez radio­wę­zeł do gabi­netu dyrek­tora, od razu wie­dzia­łam, kogo tam znajdę. Kolejną przed­sta­wi­cielkę opieki spo­łecz­nej z pod­krą­żo­nymi oczami i wyćwi­czo­nym wyra­zem uprzej­mo­ści na twa­rzy. Nie musiała mi wyja­śniać, dla­czego przy­szła, spo­dzie­wa­łam się jej. Nie pamię­tam, jak miała na imię. Zabrała mnie do miesz­ka­nia mamy, żebym się spa­ko­wała, a potem zawio­zła do domu dziecka, gdzie cze­ka­łam, aż znajdą mi jakieś stałe miej­sce. Dom dziecka to w mojej pamięci roz­ma­zana mar­twa natura: łóżko pię­trowe i zapach taniego proszku do pra­nia. Mia­łam tak cho­ro­bliwe wyrzuty sumie­nia, że nie mogłam spać. Wie­dzia­łam, że tym razem zna­la­złam się tu z wła­snej winy. Była tam dziew­czynka z poszewką w poke­mony, którą zało­żyła sobie na pla­sti­kową poduszkę z sie­ro­cińca - prze­pła­kała wszyst­kie moje bez­senne noce. Ja raczej nie pła­ka­łam. Wtedy już chyba prze­szła mi na to ochota.

Kiedy tydzień póź­niej opu­ści­łam dom dziecka, zosta­łam zawie­ziona na ran­czo w Brad­ford Woods, na pół­noc­nym końcu Pit­ts­bur­gha. Pamię­tam, że był maj, a wzdłuż pod­jazdu, w który skrę­ci­li­śmy, rosły kwit­nące bzy. Były też drzewa rzu­ca­jące wiel­kie cie­nie oraz traw­nik tak zie­lony i ide­alny, że wyda­wał się nie­rze­czy­wi­sty. Póź­niej dowie­dzia­łam się, że Wayne Over­beck, mój nowy ojciec zastęp­czy, ma obse­sję na punk­cie tego traw­nika. Orga­ni­zo­wał sobie cały rok wokół ska­ry­fi­ka­cji i wysie­wów, kosze­nia i nawo­że­nia. Jego ulu­bio­nym zaję­ciem w lecie było prze­cha­dza­nie się po tra­wie ze szlau­chem, piwem w ręce i meczem bejs­bo­lo­wym na słu­chaw­kach. Dla Wayne'a życie było pro­ste. Do szczę­ścia potrze­bo­wał tylko domu, rodziny i traw­nika.

Jego żona Suni była nieco bar­dziej skom­pli­ko­wana, ale nie­wiele. Pra­co­wała w dziale rekru­ta­cji jed­nego z miej­sco­wych uni­wer­sy­te­tów i ni­gdy nie potra­fiła usie­dzieć w miej­scu. Suni cią­gle wynaj­do­wała sobie jakieś zaję­cie: cza­sem two­rzyła albumy rodzinne, innym razem ukła­dała mozaiki ze szkla­nych kamycz­ków, jesz­cze innym zbie­rała dzi­kie rośliny jadalne albo obser­wo­wała ptaki.

Over­bec­ko­wie mieli dwoje wła­snych dzieci - Lance'a i Ali­son - ale przyj­mo­wali też dzieci z domu dziecka, bo jak mawiała Suni: "Nie było powodu, żeby dwie zupeł­nie dobre sypial­nie miały się mar­no­wać". Ich dom balan­so­wał na gra­nicy mię­dzy porząd­kiem a cha­osem, był pełen ludzi i dźwię­ków: hałasu meczów bejs­bo­lo­wych, które Wayne oglą­dał w tele­wi­zji; gitary i pop punku, któ­rego słu­chał Lance; gło­sów Ali­son i jej kole­ża­nek ćwi­czą­cych przed pró­bami chóru; a także szcze­ka­nia ich pod­eks­cy­to­wa­nego corgi o imie­niu Arthur, który bie­gał od pokoju do pokoju. Przez całe liceum, kiedy tam miesz­ka­łam, zaj­mo­wa­łam tur­ku­sowy pokój, pod­czas gdy przez liliowy prze­wi­nęło się kil­koro innych przy­bra­nych dzieci: Thad, który miał sie­dem lat i został tylko na kilka mie­sięcy; Leanne, która była rok star­sza ode mnie i miesz­kała tam pół­tora roku; i wresz­cie Bethany - tak nie­śmiała, że nie potra­fiła patrzeć ludziom w oczy, kiedy do nich mówiła. Suni i Wayne trak­to­wali nas wszyst­kich tak samo, jako człon­ków rodziny.

Podo­bało mi się życie u Over­bec­ków. Ale i tak chcia­łam, żeby Tina wyszła ze sta­no­wego zakładu kar­nego w Muncy, gdzie tra­fiła za posia­da­nie nar­ko­ty­ków. Chcia­łam, żeby po mnie przy­je­chała, chcia­łam poczuć, jak jej obję­cia ota­czają mnie sło­necz­nym bla­skiem. Nic nie może się rów­nać z wła­sną matką, nawet jeśli wła­sna matka jest ćpunką. Kiedy po raz pierw­szy puści­łam Flo Czar­no­księż­nika z Oz i Dorotka powie­działa: "Nie ma to jak w domu", na­dal koja­rzyło mi się to z Tiną. Dla mnie poczu­cie prze­by­wa­nia w domu wią­zało się z osobą, nie z miej­scem. I do tej pory tak było, tylko tą osobą stała się Flo.

W ten zwy­kły czwar­tek w pracy, kiedy jadłam sałatkę, myśla­łam o wszyst­kich miej­scach, w któ­rych miesz­ka­łam po Over­bec­kach. O aka­de­mi­kach, o kolej­nych poko­jach, które wynaj­mo­wa­łam we współ­dzie­lo­nych miesz­ka­niach. A potem, kiedy zaszłam w ciążę, był ten krótki okres, kiedy miesz­ka­łam z Timem...

- Zapo­mnij o milio­ne­rach na Flo­ry­dzie - rzu­ciła Eva z obrzy­dze­niem. - Znajdź nam jakiś dom, w który będziemy mogły naprawdę uwie­rzyć. - Popchnęła tele­fon w moim kie­runku.

- Ja tam wie­rzę w tę willę - powie­działa z zapa­łem Caitlin.

Eva rzu­ciła w nią ser­wetką zwi­niętą w kulkę.

- A ja nie. Ja chcę marze­nia, które mogłoby się speł­nić.

Pró­bo­wa­łam wymy­ślić naj­nor­mal­niej­sze miej­sce na świe­cie, gdzieś na przed­mie­ściach, gdzie zatrzy­mują się auto­busy szkolne i gdzie dzie­ciaki jeż­dżą na rowe­rach w dłu­gie let­nie popo­łu­dnia. Może Ohio? Prze­wi­ja­łam oferty jedno- i dwu­pię­tro­wych domów w Cle­ve­land w poszu­ki­wa­niu traw­nika i sypialni, która mogłaby się spodo­bać Flo. Przez całe swoje życie dzie­liła pokój ze mną - czy nie byłoby wspa­niale, gdyby dostała wła­sny?

Flo­rence nie była pla­no­wana. Jako naiwna (głu­pia) dwu­dzie­sto­jed­no­latka potra­fi­ła­bym się zako­chać w dowol­nej oso­bie, która oka­za­łaby mi odro­binę uczu­cia. Kiedy pozna­łam Tima, byłam kłęb­kiem pro­ble­mów z przy­wią­za­niem i lękiem przed porzu­ce­niem, więc zako­cha­łam się szybko i gwał­tow­nie. Na trze­cim roku stu­diów zaszłam w ciążę z face­tem, któ­rego, jak sądzi­łam, kocha­łam, a który był rów­nie naiwny (głupi) jak ja.

Chciał, żebym uro­dziła to dziecko, a ja byłam na tyle młoda, by mu uwie­rzyć, gdy zapew­niał, że zawsze przy mnie będzie. Tak bar­dzo chcia­łam mu wie­rzyć, że kiedy skła­da­li­śmy łóżeczko w kawa­lerce, którą dla sie­bie zna­leź­li­śmy, naprawdę mia­łam wra­że­nie, że nam się uda. Teraz Tim mieszka ze swoją narze­czoną Alyssą w Seat­tle, dokąd prze­niósł się po stu­diach. Dzwoni do Flo w ponie­działki, czwartki i nie­dziele, a oprócz tego wysyła jej paczki pocztą. Płaci ali­menty. Zazwy­czaj. Chyba nie prze­szka­dza mu za bar­dzo, że dzieli go od niej cały kraj. Ja tym­cza­sem ledwo potra­fię znieść roz­sta­nie z nią na week­end, gdy jeź­dzi w odwie­dziny do Tima. Prze­szła­bym boso przez Góry Ska­li­ste w środku zimy, byleby do niej dotrzeć. Dla tego dziecka sta­nę­ła­bym do walki z niedź­wie­dziami.

Albo porzu­ci­ła­bym edu­ka­cję i pra­co­wała po osiem godzin dzien­nie, prze­glą­da­jąc rachunki klien­tów cen­trum medycz­nego.

Otwo­rzy­łam ofertę ślicz­nej drew­nia­nej chaty z roz­ło­ży­stym dębem na tyłach, dom­kiem na drze­wie i dzie­cięcą sypial­nią poma­lo­waną tak, by przy­po­mi­nała altanę wró­żek. Zaczę­łam sobie wyobra­żać, że tam miesz­kamy, a ja co wie­czór kładę Flo do tego cukier­kowo różo­wego łóżka pię­tro­wego, mimo że jest już zde­cy­do­wa­nie za duża na róż. A przy­naj­mniej tak twier­dzi. Nie­po­kój, który poczu­łam w brzu­chu, zaczął się cofać.

- A może ten? - Obró­ci­łam tele­fon, żeby poka­zać im, co zna­la­złam.

Eva, która też miała dzieci, wes­tchnęła z apro­batą.

- Myślisz, że dałoby się tam wci­snąć trze­cie łóżko?

Caitlin, która nie miała dzieci, zmarsz­czyła nos.

- To nie jest dom marzeń. Jest zbyt rze­czy­wi­sty.

Pokrę­ci­łam głową.

- Jest ide­alny.

Nikt nas nie uprze­dza, jak trudno być rodzi­cem - ci zapra­wieni w bojach cza­sem tylko posy­łają tym nie­do­świad­czo­nym iro­niczne spoj­rze­nie, które ledwo cokol­wiek zdra­dza. Bo jak prze­ka­zać nie­wta­jem­ni­czo­nym, że mat­czyna miłość to potężny, nabie­gły czarną krwią nowo­twór uczu­ciowy? Że nie ma nic wspól­nego z lekko roz­mytą reklamą zasypki dla nie­mow­ląt John­son & John­son? Czu­jesz się raczej jak w Tita­nicu. Wiesz, że sta­tek zato­nie nie­za­leż­nie od tego, co zro­bisz, ale za wszelką cenę chcesz wsa­dzić tego dzie­ciaka na dry­fu­jące drzwi (albo do cukier­kowo różo­wego łóżka), zanim sama zgi­niesz.

Prze­raża mnie moja miłość do Flo­rence.

Zanim się poja­wiła, nie zda­wa­łam sobie sprawy, jaka byłam smutna, jaka samotna. Nie wie­dzia­łam, jak bar­dzo byłam zanie­dbana emo­cjo­nal­nie. Ale gdy tylko na nią spoj­rza­łam, całe życie wyostrzyło mi się przed oczami i wcale nie oka­zało się piękne. Sama myśl o tym, że mogłaby tra­fić do mojego dzie­ciń­stwa - gdzie pozo­sta­wiona samej sobie w zim­nym miesz­ka­niu pod­grze­wa­łaby paczkę goto­wego maka­ronu z serem przy akom­pa­nia­men­cie powtó­rek tele­wi­zyj­nych i co chwilę rzu­ca­łaby się do drzwi, żeby spraw­dzić, czy są zamknięte na klucz, bo sąsie­dzi awan­tu­ro­wa­liby się za gło­śno - pra­wie mnie zła­mała.

Tylko czy ja rze­czy­wi­ście radzi­łam sobie lepiej niż Tina? Jasne, nie ćpa­łam ani nie zosta­wia­łam Flo samej, żeby pra­co­wać na ulicy, nie odsia­dy­wa­łam też wyro­ków w wię­zie­niu, ale wynaj­mo­wa­ły­śmy zanie­dbane miesz­ka­nie z kapry­śnym ogrze­wa­niem. I nawet na to już nie­długo nie będzie mnie stać.

- Wie­cie co, ja chyba zagram w Mega Mil­lions - wypa­li­łam, wpa­tru­jąc się w sypial­nię wró­żek, na którą nie mogłam sobie pozwo­lić.

I wła­śnie wtedy Caitlin powie­działa coś, co zmie­niło moje życie na zawsze.

- Zapo­mnij o Mega Mil­lions - rzu­ciła i wstała, żeby wyrzu­cić nie­do­je­dzone resztki do kosza. - Znajdź sobie raczej jakiś dom skar­bów.

Nie mia­łam poję­cia, o czym mówi.

- Dom skar­bów?

- No wiesz, są takie na Tik­Toku. Takie rupie­ciar­nie. - Caitlin cała się roz­pro­mie­niła i wycią­gnęła swój tele­fon. - Och, zoba­czysz, to ci się spodoba. Masz. - I podała mi moją przy­szłość.

Rozdział drugi

Domy skar­bów, jak się oka­zało, były domami, któ­rych nikt nie chciał. Wypeł­nione po brzegi pozo­sta­ło­ściami po cha­otycz­nym życiu, sta­no­wiły po pro­stu sterty śmieci. Ale dało się zauwa­żyć, że ktoś je kie­dyś kochał - można to było wywnio­sko­wać z resz­tek wzo­rzy­stych tapet, które ktoś na pewno sta­ran­nie dobrał; ze sta­rych, zardze­wia­łych huś­ta­wek w zaro­śnię­tych ogro­dach; z zaku­rzo­nych zdjęć w zaśnie­dzia­łych ram­kach.

Poczu­łam natych­mia­stową więź z domami skar­bów z Tik­Toka.

Pierw­sza rolka, którą obej­rza­łam, przed­sta­wiała maleńki domek w Tra­verse City w sta­nie Michi­gan. Miał roz­miary kon­te­nera i ota­czał go złom. Zoba­czy­łam tam stare zlewy, prze­rdze­wiałe taczki, czter­dzie­sto­li­trowe meta­lowe beczki prze­wró­cone na bok i ogól­nie pełno poroz­rzu­ca­nych przed­mio­tów. Kupiła go uśmiech­nięta, żwawa para ludzi w butach robo­czych i z młot­kami w dło­niach. Rolki poka­zy­wały, jak sprzą­tają swoje nowe lokum w dwu­krot­nie przy­spie­szo­nym tem­pie, a uśmie­chy ani na moment nie scho­dzą im z twa­rzy. Na moich oczach zanie­dbany budy­nek wyło­nił się z mroku i zmie­nił w wesoły, żół­ciutki domek ze sło­necz­nymi bia­łymi wnę­trzami i wido­kiem na świeżo wyściół­ko­wane rabaty od frontu.

Naj­więk­sze zasko­cze­nie?

Zapła­cili trzy­dzie­ści sie­dem tysięcy dola­rów za ruderę pełną śmieci. A sprze­dali swoje żółte marze­nie za ponad dwie­ście tysięcy.

Nie no, poważ­nie...

Trzy­dzie­ści sie­dem tysięcy za cały dom.

Domy skar­bów były poroz­rzu­cane po naj­dal­szych zakąt­kach kraju, po miej­scach, które nie spe­cja­li­zo­wały się w kiczo­wa­tych wil­lach i przy­sta­niach do cumo­wa­nia jach­tów: Fort Flagg w Ala­ba­mie, Quilty w Geo­r­gii, Nail­sworth w Ohio. Można było je zna­leźć w Min­ne­so­cie, Dako­cie Połu­dnio­wej, India­nie i Nowym Mek­syku, w mia­stach, o któ­rych ni­gdy nawet nie sły­sza­łam. Hasz­tag 'domskar­bów' dopro­wa­dził mnie do ludzi wal­czą­cych z grzy­bem i ple­śnią, opo­sami i szo­pami, wykwi­tami sol­nymi, opa­rzeń­cem pną­cym i opa­rzeń­cem jado­wi­tym, azbe­stem i prze­cią­że­niem emo­cjo­nal­nym. Ale... wszy­scy, bez wyjątku, mieli dom. Wła­sne miej­sce. Za wprost śmieszne pie­nią­dze.

Za pie­nią­dze, które mia­łam nawet ja.

Gdyby te budynki stały w bar­dziej atrak­cyj­nych miej­scach, zosta­łyby sprze­dane za poważne kwoty, pomimo ruiny. One jed­nak znaj­do­wały się w takich zakąt­kach kraju, w któ­rych tylko nie­liczni mieli ochotę zamiesz­kać, a jesz­cze mniej liczni byli gotowi wziąć na sie­bie trud remontu. Weszłam na pro­fil jed­nej kobiety, która nazwała się ZaradnaMama24 - była samotną matką trójki dzieci i kupiła dom skar­bów w sta­nie Waszyng­ton za sześć­dzie­siąt dwa tysiące dola­rów. Gospo­dar­stwo wyglą­dało jak z obrazka, tylko tro­chę prze­tar­tego: popę­kane ramy okienne, walący się komin i farba tak wybla­kła i złusz­czona, że ledwo dało się stwier­dzić, jaki miała kie­dyś kolor. Podwórko przy­po­mi­nało pusty­nię, a za domem rosła potężna cho­ina. Serce mi się ści­snęło na widok tego domu przy­cup­nię­tego smutno pod drze­wem jak stary bez­pań­ski pies.

Ale prze­wi­ja­łam kolejne rolki i zoba­czy­łam, jak ZaradnaMama24 i jej troje dzieci wyła­do­wują z cię­ża­rówki świeżą czarną zie­mię do pokry­cia pyli­stego podwórka. Od nowa pobie­lili zewnętrzne ściany domu, a drzwi fron­towe poma­lo­wali na wiśniowo. W miarę jak dom powoli się zmie­niał, jesie­nią na ostat­nim krzy­wym stop­niu poja­wił się lam­pion z wydrą­żo­nej dyni, zimą na cho­inie zamru­gały lampki świą­teczne, a latem u stóp budynku zakwi­tły kępki kwia­tów. Gospo­dar­stwo wciąż było stare, ale stało się kochane. Zamiesz­kane.

Nie wsty­dzę się powie­dzieć, że oglą­da­łam te rolki kil­ka­na­ście razy po pracy i kolejne kil­ka­na­ście wie­czo­rem w łóżku, ze słu­chaw­kami na uszach, żeby rela­cja ZaradnejMamy24 nie obu­dziła Flo. Nasze miesz­ka­nie miało tak małe roz­miary, że z dowol­nego miej­sca sły­chać było wszystko, co robiła druga osoba: z kuchni sły­sza­łam szczo­teczkę do zębów Flo, z sypialni - pomruk lodówki, spod prysz­nica - sprę­żyny w łóżku, na któ­rym Flo rano sia­dała, żeby wło­żyć buty. A nasze poje­dyn­cze łóżka prak­tycz­nie się doty­kały. Jak można sobie wyobra­zić, zdzia­łało to cuda w moim życiu miło­snym.

Czę­sto czu­łam się jak w pułapce, szcze­gól­nie wie­czo­rami, kiedy skra­da­łam się po miesz­ka­niu, usi­łu­jąc nie obu­dzić wła­snego dziecka, a im bar­dziej Flo rosła, tym bar­dziej nasi­lało się to uczu­cie. Zbli­żały się jej dwu­na­ste uro­dziny. Dwa­na­ście lat życia spę­dzo­nego na skra­da­niu się. Ten czas szybko zle­ciał, a zara­zem dłu­żył się nie­mi­ło­sier­nie. Ja w wieku dwu­na­stu lat zosta­łam przy­jęta do rodziny zastęp­czej pań­stwa Brack­nel­lów. Oboje peł­nili funk­cję dia­ko­nów w jakimś kościele, a ich dom był bar­dzo czy­sty. Na samą myśl o tym, że Flo mia­łaby się spa­ko­wać i zamiesz­kać z obcymi ludźmi, wypeł­niło mnie wiel­kie, gorące, bole­sne uczu­cie. I kiedy tak do późna w nocy oglą­da­łam rolki z domami skar­bów, wycią­gnę­łam rękę, żeby dotknąć swo­jej śpią­cej córki. Prę­dzej bym umarła, niż pozwo­liła, żeby kto­kol­wiek mi ją ode­brał, tak jak ja byłam odbie­rana Tinie jako dziecko.

Flo pochra­py­wała cicho jak szcze­nia­czek. Sko­pała z sie­bie pościel, bo pano­wał upalny czer­wiec, a my nie mia­ły­śmy kli­ma­ty­za­cji. Usły­sza­łam, jak pijani stu­denci wra­cają z barów, gło­śno się nawza­jem uci­sza­jąc i chi­cho­cząc na klatce. Te odgłosy spra­wiły, że poczu­łam się, jak­bym miała milion lat. Czy ja kie­dy­kol­wiek cie­szy­łam się taką wol­no­ścią? I czy na­dal będę tu miesz­kać, kiedy Flo doro­śnie do ich wieku?

Leżąc w ciem­no­ści, poczu­łam, jak coś we mnie pęka. Kurde, prze­cież ja mia­łam dopiero trzy­dzie­ści dwa lata; wcale nie byłam aż tak dużo star­sza od tych stu­den­tów na klatce. Powin­nam teraz zama­wiać drinka w jakimś ele­ganc­kim klu­bie, łapać spoj­rze­nia uwo­dzi­ciel­skiego bar­mana i śmiać się z przy­ja­ciół­kami. W każ­dym kolej­nym dniu powin­nam szu­kać bły­sku nowych moż­li­wo­ści. Powin­nam... robić cokol­wiek, byle nie to.

I kiedy tak leża­łam, oglą­da­jąc, jak ludzie wyno­szą rupie­cie z roz­wa­la­ją­cych się domów, dopa­dła mnie sza­lona myśl.

Mogła­bym to zro­bić.

Mogła­bym stąd uciec. Mogła­bym kupić dom. Zacząć od nowa.

Mogła­bym stwo­rzyć dla sie­bie życie, jakiego chcia­łam, zamiast żyć tym, które odzie­dzi­czy­łam. W zależ­no­ści od stanu budynku i miej­sco­wo­ści, w któ­rej był poło­żony, ceny domów skar­bów wahały się od trzy­dzie­stu do stu tysięcy dola­rów. Za cały dom. Syfia­ste miesz­ka­nie jed­no­po­ko­jowe w moim bloku poszło ostat­nio za sto sześć­dzie­siąt tysięcy, a liczyło tylko około pięć­dzie­się­ciu metrów kwa­dra­to­wych. Domy skar­bów miały wiele pokoi, ogrody, a cza­sem nawet widok na góry, rzekę albo - ist­nym cudem - na ocean. Jasne, były w ruinie, ale ja czu­łam się młoda i silna. Jeśli inni ludzie potra­fią odna­wiać takie budynki, dla­czego mnie mia­łoby się nie udać?

- Co to? - spy­tała Flo­rence następ­nego ranka przy śnia­da­niu i pod­su­nęła mi mój tele­fon, żebym zoba­czyła ekran.

- To dom skar­bów.

- Dom czego? - Oży­wiła się, a ja od razu wie­dzia­łam, że pomy­ślała o pira­tach. Pod­czas naszego ostat­niego wie­czoru fil­mo­wego oglą­da­ły­śmy Goonies.

- Nie takich skar­bów - wyja­śni­łam, żeby unik­nąć roz­mów o dublo­nach. - To po pro­stu domy pełne rupieci, które ludzie sprze­dają.

- Sprze­dają domy czy rupie­cie? - Nachy­liła się nad moim tele­fo­nem, a koniec jej war­ko­cza zwi­nął się na ławie kuchen­nej. Prze­su­nęła do następ­nej rolki.

- Jedno i dru­gie. Kupu­jesz dom, ale razem z nim wszyst­kie rupie­cie.

- A, faj­nie. - Popa­trzyła na mnie z uśmie­chem.

Flo miała wiel­kie, głę­boko osa­dzone oczy, okrą­głe policzki i zwy­czaj żucia koń­có­wek war­ko­czy, aż zaczy­nały przy­po­mi­nać mokre pędzle. Odzie­dzi­czyła po swoim tacie wąskie, ruchliwe usta i swo­bodę towa­rzy­ską, a po mnie dostała ciem­niej­sze włosy i kar­na­cję oraz zami­ło­wa­nie do ksią­żek. Obie były­śmy wyso­kie i mia­ły­śmy troszkę za sze­ro­kie pod­bródki, a ponie­waż nie zno­si­ły­śmy wizyt u fry­zjera, mia­ły­śmy dość dłu­gie, nie­sforne włosy z masą roz­dwo­jo­nych koń­có­wek.

- Patrz, ten ma basen. - Wska­zała łyżką na ekran.

- Nie wydaje mi się, żeby to był basen. To raczej zwy­kły dół.

- Po co komu dół na podwórku?

Nasłu­cha­łam się dość pod­ca­stów o praw­dzi­wych zbrod­niach, by wie­dzieć, że nie chcę pozna­wać odpo­wie­dzi na to pyta­nie. Prze­su­nę­łam na następny fil­mik.

- Jak to się stało, że zastą­pi­łaś Harry'ego Sty­lesa rol­kami o domach peł­nych rupieci? - Flo odwró­ciła pudełko płat­ków i wytrzą­snęła sobie do miski górę Che­erio­sów.

- Uwa­żaj, co mówisz. Harry'ego nie da się zastą­pić. - Zabra­łam jej pudełko.

- Mama Vandy pozwala jej jeść w waka­cje Apple Jacksy.

- Cie­szę się jej szczę­ściem.

- I Pop Tartsy.

- Pop Tartsy to deser, nie śnia­da­nie. - Poda­łam jej mleko.

- Sprze­dają je w dziale z płat­kami śnia­da­nio­wymi.

Zigno­ro­wa­łam tę uwagę.

- Nie sądzisz, że to smutne, że muszę jeść Che­eriosy zamiast Apple Jack­sów, pod­czas gdy moja matka upra­wia phub­bing rodzi­ciel­ski?

Cza­sem czu­łam się tak, jak­bym miesz­kała z mło­do­cianą pro­ku­ra­torką.

- Nie upra­wiam żad­nego "phub­bingu", tylko szu­kam dla nas domu. - Nie­dawno Flo z upodo­ba­niem zaczęła uży­wać tego poję­cia, bo lubiła mnie besz­tać za to, że patrzę w tele­fon zamiast na nią.

Teraz aż pod­sko­czyła i zachla­pała cały blat mle­kiem.

- Że co?

- O mój Boże, wytrzyj to - jęk­nę­łam, rusza­jąc po ścierkę. - Nie zosta­wiaj tak, żeby wszę­dzie kapało.

- Chcesz mi powie­dzieć, że kupu­jemy dom z base­nem? - Otwo­rzyła sze­roko oczy.

- Nie. - Deli­kat­nie ją odsu­nę­łam i star­łam mleko, zanim prze­lało się przez kra­wędź blatu. - Zobacz, ile mleka zmar­no­wa­łaś. Poza tym to nie był basen, tylko dół.

- Pro­to­ba­sen!

"Pro­to­ba­sen". Co to w ogóle za dziecko?

- Skąd wiesz, co to zna­czy "proto"?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Z książki? - Pod­su­nęła sobie sto­łek z powro­tem do wil­got­nego teraz blatu. - Opo­wiedz mi o tym domu. Lepiej, żeby był gdzieś bli­sko, bo ja nie zamie­rzam zmie­niać szkoły.

Zupeł­nie o tym nie pomy­śla­łam. Moje nocne marze­nia zaczy­nały się kru­szyć w świe­tle dnia. Ciężko pra­co­wa­łam na to, żeby Flo miała sta­bilne i prze­wi­dy­walne życie. Nie­ła­two mi było pozo­stać w tym samym okręgu szkol­nym pomimo rosną­cych czyn­szów. W ciągu jej krót­kiego życia prze­pro­wa­dza­ły­śmy się już dwa razy, na coraz mniej­szy metraż, byle tylko wciąż miesz­kać w dziel­nicy Squ­ir­rel Hill South. Wie­dzia­łam, że już dłu­żej tak nie pocią­gnę. Nowa pod­wyżka czyn­szu spra­wiała, że po raz kolejny musia­ły­by­śmy zmie­nić lokum na mniej­sze, a to ozna­cza­łoby prze­pro­wadzkę do kawa­lerki. Ta myśl miaż­dżyła mi duszę. Flo już nie­długo będzie nasto­latką, a żadna nasto­latka nie chcia­łaby na­dal dzie­lić pokoju z mamą.

Ani żadna mama nie chcia­łaby dzie­lić pokoju z nasto­latką...

- Nie stać mnie na nic w pobliżu - wyzna­łam jej. - Poza tym nie­długo idziesz do liceum, więc i tak będziesz musiała zmie­nić szkołę...

- Mamo. Mam jede­na­ście lat. Dopiero zaczę­łam gim­na­zjum.

- Pra­wie dwa­na­ście. - Usły­sza­łam wspo­mnie­nie tęsk­nej wio­lon­czeli pana Brack­nella. - Do liceum już tylko krok.

Prze­wró­ciła oczami.

- Jak stąd w nie­skoń­czo­ność.

Ale to nie była prawda. Te krót­kie lata szybko prze­lecą, jak wszyst­kie do tej pory. Czasy, kiedy mia­łam dwa­dzie­ścia kilka lat, minęły bez­pow­rot­nie, a wraz z nimi dzie­ciń­stwo Flo, pod­czas gdy ja zaczy­na­łam sobie uświa­da­miać, że nikt nie przy­bę­dzie mi na ratu­nek. Jeśli nic nie zro­bię, za kolejne dzie­sięć lat mogę wciąż sie­dzieć w tej cia­snej kuchni albo nawet w jesz­cze cia­śniej­szej.

- Nasza kolejna prze­pro­wadzka musi być już na stałe - powie­dzia­łam swo­jemu dziecku z dziw­nym poczu­ciem deter­mi­na­cji. Nocne wcie­le­nie Zoe się nie myliło. Mia­ły­śmy szansę na coś wię­cej. - Prze­nie­siemy się gdzieś, gdzie są dobre szkoły.

Flo zmie­rzyła mnie wzro­kiem.

- Lubię swoją szkołę.

- Polu­bisz też nową. - Mia­łam nadzieję, że to nie kłam­stwo. Pod­su­nę­łam jej swój tele­fon. - Pomo­żesz mi wybrać dom?

- O mój Boże. Mówisz poważ­nie?

Poki­wa­łam głową i poma­cha­łam przed nią tele­fo­nem.

- Co powiesz na ten?

- Jest okropny.

- Nawet nie spoj­rza­łaś.

- Gdzie on jest?

Spraw­dzi­łam.

- W Dako­cie Pół­noc­nej.

- Na pewno nie.

- Co ci się nie podoba w Dako­cie Pół­noc­nej? - spy­ta­łam, szcze­rze zdzi­wiona.

- Nie będę miesz­kać w sta­nie, który nawet nie potrafi sobie wymy­ślić nazwy. - Flo skrzy­żo­wała ramiona na piersi.

- Dakota Pół­nocna to prze­cież nazwa.

- Nie­prawda. To odga­pia­nie od Dakoty Połu­dnio­wej.

- Dobrze, żad­nej Dakoty.

- Znajdź coś tutaj, w Squ­ir­rel Hill - naka­zała Flo i nachy­liła się, żeby zaj­rzeć mi w ekran.

Prych­nę­łam.

- Tutaj nie stać nas na skrzynkę pocz­tową, a co dopiero na dom.

Flo jakoś zmo­gła swoją górę Che­erio­sów. Pod­nio­sła miskę, żeby wypić resztki mleka.

- Nie rób tak.

- Jeśli ty możesz znisz­czyć mi życie prze­pro­wadzką do domu peł­nego rupieci, to ja mogę pić z miski.

- Zgoda. - Wkro­czy­łam i zgar­nę­łam jej pustą miskę. - Cie­szę się, że umó­wi­ły­śmy się na prze­pro­wadzkę.

- Ej! - Dopiero teraz zała­pała, co się wła­śnie wyda­rzyło.

- Nie ma wyco­fy­wa­nia się. - Uśmiech­nę­łam się do niej. - Ale przy­naj­mniej do końca życia będziesz mogła pić z miski.

To było jak wirus. Zła­pa­łam bak­cyla domu skar­bów. Mię­dzy zada­niami w pracy kła­dłam tele­fon na biurku i prze­glą­da­łam ogło­sze­nia. A potem, pod wpły­wem jakie­goś gorącz­ko­wego, swę­dzą­cego uczu­cia, spraw­dza­łam w inter­ne­cie moż­li­wo­ści kre­dy­towe. Nie potrze­bo­wa­ła­bym aż tak dużo pie­nię­dzy... Trzeba jed­nak mieć pracę, żeby spła­cić hipo­tekę, a gdy­by­śmy się prze­pro­wa­dziły, musia­ła­bym zna­leźć sobie nową. Ale chyba wszę­dzie jest jakieś cen­trum medyczne?

Mia­łam też konto z nie­wiel­kimi oszczęd­no­ściami, które cho­mi­ko­wa­łam z przy­zwy­cza­je­nia, na wypa­dek gdyby Tina potrze­bo­wała kau­cji albo pomocy na start po wyj­ściu z wię­zie­nia. Ale na to się na razie nie zano­siło, bo rok przed uro­dze­niem Flo została oskar­żona o prze­myt nar­ko­ty­ków przez gra­nice sta­nów i sie­działa teraz w wię­zie­niu fede­ral­nym w Hazel­ton, w Wir­gi­nii Zachod­niej, gdzie miała pozo­stać na całą prze­wi­dy­walną przy­szłość. Ja jed­nak z przy­zwy­cza­je­nia odkła­da­łam pie­nią­dze "na Tinę". A one od dzie­się­ciu lat zbie­rały odsetki. Mia­łam ich wystar­cza­jąco dużo, żeby pokryć zada­tek na dom skar­bów - zwłasz­cza przy takich prze­dzia­łach ceno­wych - a wie­dzia­łam, że Suni i Wayne poży­czą mi resztę. Zawsze mówili, że z rado­ścią pomogą któ­re­mu­kol­wiek z nas, gdy­by­śmy tego potrze­bo­wali. Myśl o rusze­niu pie­nię­dzy "na Tinę", żeby opła­cić zada­tek, napeł­niła mnie na moment prze­ra­że­niem. Co zrobi Tina, kiedy wyj­dzie? Jak sobie pora­dzi? Zalały mnie wszyst­kie dawne kosz­mary dzie­ciń­stwa. Głód, bez­dom­ność, upadki Tiny i nie­unik­nione nawroty jej nałogu. Ona potrze­bo­wała tych pie­nię­dzy. Ja ich potrze­bo­wałam, bo chcia­łam, żeby z nią było dobrze.

Ale może ja i Flo też ich potrze­bo­wa­ły­śmy. Może wła­śnie teraz.

Wymknę­łam się z cen­trum medycz­nego w cza­sie prze­rwy obia­do­wej i poszłam do parku, żeby pobyć sama. Z prze­rdze­wia­łymi samo­cho­dami i grzy­bem raczej sobie nie pora­dzę, ale odgra­cać mogę. Byłam gotowa opu­ścić Pit­ts­burgh, ale nie chcia­łam też za bar­dzo się stąd odda­lać. I na sto pro­cent potrze­bo­wa­łam dobrego okręgu szkol­nego dla Flo­rence.

Wygu­glo­wa­łam stany z naj­lep­szymi szko­łami publicz­nymi. Nie byłam pewna, czy to sza­lone drże­nie w brzu­chu świad­czy o pod­eks­cy­to­wa­niu czy o stra­chu. Moż­liwe, że czu­łam jedno i dru­gie.

- Nie chcę miesz­kać gdzieś, gdzie będzie gorąco - obwie­ściła Flo, kiedy dotar­łam do domu. Zaj­mo­wała się nią Suni i Flo oczy­wi­ście opo­wie­działa jej o moich poszu­ki­wa­niach domu. Na waka­cje mia­łam sta­ran­nie roz­pi­sany gra­fik opieki, który wisiał na lodówce, cały poko­lo­ro­wany. W ponie­działki Flo cho­dziła do swo­jej przy­ja­ciółki Vandy, w środy i czwartki do swo­jej przy­ja­ciółki Candy, we wtorki pil­no­wała jej moja sąsiadka, pani Selva­rat­nam, a w piątki zaj­mo­wała się nią Suni, cza­sem w ich domu w Brad­ford Wood, a cza­sem w naszym miesz­ka­niu.

To była kolejna rzecz, którą stra­ci­ła­bym wraz z prze­pro­wadzką. Opie­kunki.

Mój umysł mio­tał się mię­dzy gwał­tow­nymi przy­pły­wami pod­eks­cy­to­wa­nia a chłod­nymi zde­rze­niami z rze­czy­wi­sto­ścią.

- O co cho­dzi z tymi domami skar­bów? - spy­tała łagod­nie Suni. - I co to dokład­nie jest?

- Już jej mówi­łam. Po pro­stu chce to usły­szeć od cie­bie - poskar­żyła się Flo. - Ale obie się zgo­dzi­ły­śmy, że nie możesz kupić domu gdzieś, gdzie będzie za gorąco.

- Nie po tym miesz­ka­niu - poparła ją Suni, na­dal deli­kat­nie, cho­ciaż teraz mie­rzyła mnie badaw­czym wzro­kiem. - Tu jest jak w sau­nie. - Wzięła ode mnie torbę i posta­wiła ją przy drzwiach. - Usiądź. Wyglą­dasz na zmę­czoną.

Kiedy miesz­ka­łam z Over­bec­kami, Suni była kocha­jąca, ale lekko zdy­stan­so­wana. Ostat­nio jed­nak stra­ci­li­śmy moją przy­braną sio­strę Bethany z powodu przedaw­ko­wa­nia, a teraz córka Wayne'a i Suni Ali­son prze­cho­dziła przez kosz­marny roz­wód ze skry­tym zwy­rod­nial­cem, który zaczął ją nacho­dzić i ter­ro­ry­zo­wać, kiedy od niego ode­szła. To wstrzą­snęło biedną Suni. Teraz spra­wiała wra­że­nie mniej dziar­skiej, a bar­dziej czu­łej - w sto­sunku do nas wszyst­kich.

- Flo poka­zy­wała ci któ­ryś z tych domów? - spy­ta­łam, szy­ku­jąc się w duchu na jej odpo­wiedź.

- Poka­zy­wała. - Suni dosia­dła się do mnie na kana­pie. - Można się domy­ślić, dla­czego miesz­czą się w twoim budże­cie.

Mimo pootwie­ra­nych okien i dmu­cha­ją­cego wia­traka miesz­ka­nie przy­po­mi­nało nagrzaną klatkę. Odgłosy umę­czo­nego mia­sta prze­dzie­rały się przez upał i sapały do środka.

- Zgo­dzę się tylko, jeśli moje przy­ja­ciółki będą mogły przy­jeż­dżać, kiedy będę chciała - oświad­czyła Flo. - I jeśli dostanę wła­sną łazienkę. I psa - dodała.

- Widzia­łaś te ceny? - spy­ta­łam Suni, igno­ru­jąc żąda­nia Flo.

Ciemne oczy Suni bły­snęły iro­nicz­nie.

- Tak. - Ścią­gnęła usta. - A widzia­łaś, co jest w środku?

Wyda­łam jęk połą­czony ze śmie­chem.

- Cał­kiem mi odbiło, prawda?

Wzru­szyła ramio­nami. Potem rzu­ciła okiem na Flo.

- Flor­ciu, idź wziąć chłodny prysz­nic i prze­brać się w piżamę, a ja poroz­ma­wiam z twoją mamą.

- Pró­bu­je­cie się mnie pozbyć?

- Tak - odpar­ły­śmy chó­rem.

- Dobra, ale żeby­ście wie­działy, że pod prysz­ni­cem też będę was sły­szeć.

Drzwi do łazienki zamknęły się z trza­skiem.

- Jede­na­ście to nowe trzy­na­ście - powie­działa Suni, pokle­pu­jąc mnie po ramie­niu.

- Wszyst­kie są takie czy tylko moja?

- Twoja jest tylko tro­chę bystrzej­sza od innych.

Zapa­dłam się w kanapę. Suni wycią­gnęła rękę i odgar­nęła mi grzywkę z czoła.

- Wiem, że to jakieś sza­leń­stwo - zaczę­łam - ale przy­naj­mniej mia­ła­bym dom. - Rozej­rza­łam się po miesz­ka­niu. - A poza waszym i paroma epi­zo­dami w innych rodzi­nach zastęp­czych przez całe życie miesz­ka­łam w tego typu miej­scach.

- Wiem - odparła cicho Suni.

- Strasz­nie mnie to męczy.

Poki­wała głową i opa­dła na opar­cie kanapy obok mnie.

Przy­gry­złam wargę.

- Wystar­czy mi pie­nię­dzy na zada­tek.

- Ach. - Bar­dzo wiele udało jej się pomie­ścić w tej jed­nej syla­bie.

- I tak się zasta­na­wia­łam...

- Nad pożyczką? - dokoń­czyła i spoj­rzała na mnie z ukosa.

- Tak. - Zaj­rza­łam jej badaw­czo w twarz. - To zna­czy... tylko jeśli...

- Oczy­wi­ście - prze­rwała moje jąka­nie. - Wiesz, że to zro­bimy. - Wycią­gnęła rękę, chwy­ciła moją dłoń i ści­snęła.

- Wayne stwier­dzi, że to sza­leń­stwo - powie­dzia­łam ner­wowo.

Roze­śmiała się.

- Wayne to czło­wiek, które przez całe życie miesz­kał tylko w dwóch domach: u swo­jej matki, a potem w naszym. - Znowu ści­snęła mnie za rękę. To doda­wało otu­chy, ale też dopro­wa­dzało mnie do pła­czu. - Wiesz, co jest sza­leń­stwem? - spy­tała. - To, że ciężko pra­cu­jąca kobieta nie może sobie pozwo­lić na lep­sze miej­sce do życia niż to. - Posłała mi krze­piący uśmiech. - Poka­żesz mi te domy, nad któ­rymi się zasta­na­wiasz?

- Jesz­cze nie mam nic kon­kret­nego. Na razie tylko prze­glą­dam. I, no wiesz, roz­my­ślam...

- I marzysz, i śnisz?

- Wła­śnie. - Tym razem to ja ją ści­snę­łam. Mocno. - Boję się, że ni­gdy nic się nie zmieni, jeśli teraz cze­goś nie zro­bię - powie­dzia­łam cichutko.

Suni się roze­śmiała.

- Och, Zoe, jedy­nym, na co możesz liczyć w życiu, jest zmiana.

- Cho­dziło mi o to, że na lep­sze. Boję się, że ni­gdy nic się nie zmieni na lep­sze.

- Cóż. Jakoś do nas tra­fi­łaś, prawda? To była zmiana na lep­sze. Może ta też taka będzie.

Tak. Zosta­łam do nich odde­le­go­wana i pod wie­loma wzglę­dami rze­czy­wi­ście zro­biło się lepiej. Ale gdzieś w głębi duszy nie potra­fi­łam tego znieść. Po czę­ści na­dal tak się czu­łam. Jak­bym jedną nogą utknęła w swoim dzie­ciń­stwie i wciąż cze­kała, aż Tina wróci do domu.

- Naprawdę nie uwa­żasz, że to sza­leń­stwo? - Jej zda­nie miało dla mnie zna­cze­nie. Suni i Wayne odgry­wali w moim życiu rolę naj­bar­dziej zbli­żoną do rodziny, poza Flo.

- To zależy, jaki dom wybie­rzesz.

Wayne zgar­nął pizzę i przy­je­chał do nas, do miesz­ka­nia na kola­cję. Zaczę­li­śmy prze­glą­dać domy skar­bów i two­rzyć listę potrzeb w trzech kolum­nach: może, koniecz­nie i abso­lut­nie nie. Flo wyja­śniła, jaki ma sto­su­nek do obu Dakot.

- To chyba wyklu­cza też Wir­gi­nię Zachod­nią - powie­dział Wayne i roz­piął górny guzik w dżin­sach, żeby wci­snąć kolejny kawa­łek pizzy.

- Och, a pro­pos Wir­gi­nii! - szep­nęła do mnie Suni i się­gnęła po torebkę. Wyjęła kopertę i podała mi pod sto­łem. Wid­niał na niej stem­pel pocz­towy z Wir­gi­nii Zachod­niej. Z wię­zie­nia w Hazel­ton.

- To wyklu­cza też Karo­linę Pół­nocną i Połu­dniową - dodał Wayne. - A powiedz, co sądzisz o Nowym Mek­syku?

Wsu­nę­łam nie­otwarty list od Tiny do książki, którą zosta­wi­łam wcze­śniej na bla­cie. Flo na­dal nie wie­działa nic o swo­jej babci. Póź­niej, kiedy będzie myła zęby, prze­łożę list do szu­flady z bie­li­zną, gdzie może zacze­kać razem z innymi, aż będę miała dość czasu i pry­wat­no­ści, żeby go w spo­koju prze­czy­tać.

- Czy w Nowym Mek­syku jest gorąco? - Flo prze­krzy­wiła głowę.

- Tak sły­sza­łem - odpo­wie­dział Wayne.

- To od razu skre­ślamy. Zanim w ogóle zaczniemy się zasta­na­wiać nad nazwą.

- Nie­długo skoń­czą ci się stany.

- Nie­prawda. - Flo przy­nio­sła atlas i otwo­rzyła go na mapie kraju roz­ry­so­wa­nej na dwie strony. - Jesz­cze mnó­stwo zostało.

Pochy­lili się nad mapą, a mnie ogar­nął nagły przy­pływ czu­ło­ści do nich wszyst­kich.

- Boże święty - zapisz­czała Suni - to był kara­luch czy szczur? - Pod­cią­gnęła stopy z pod­łogi i wpa­trzyła się z prze­ra­że­niem w szparę mię­dzy lodówką a ścianą.

- Kara­luch - odpo­wie­działa Flo, nie pod­no­sząc oczu znad mapy.

- Moż­liwe. - Wycią­gnę­łam szyję. - Cho­ciaż mamy też mysią loka­torkę.

- Nie, Angus McMo­use mieszka w łazience - rzu­ciła od nie­chce­nia Flo - a nie w kuchni.

- Ale musi cza­sem wycho­dzić po jedze­nie. - Rozej­rza­łam się bacz­nie po kuchni. Nie zno­si­łam tych gry­zoni.

- Pies na pewno odstra­szyłby myszy - poin­for­mo­wała mnie rado­śnie Flo.

- Może w domu skar­bów rze­czy­wi­ście byłyby lep­sze warunki... - Suni upar­cie trzy­mała stopy nad pod­łogą. - Cho­ciaż myszy pew­nie też by były.

- Naj­waż­niej­sze, żeby wybrać dom ze zdrową kon­struk­cją - pora­dził Wayne, wycie­ra­jąc tłuszcz z twa­rzy ręcz­ni­kiem papie­ro­wym. - Myszy da się zwal­czyć.

- Z pomocą psa - uzu­peł­niła Flo.

Wayne łaska­wie ją zigno­ro­wał.

- Kosme­tyczne uszko­dze­nia to nic, ale kon­struk­cja musi być nie­na­ru­szona.

- Jak mam to zro­bić? W sen­sie jak się upew­nić, że jest nie­na­ru­szona? - Poczu­łam przy­pływ paniki. O Boże. A co, jeśli kupię dom skar­bów, a on zawali nam się na głowy, kiedy będziemy spały? Nie­które z tych miejsc naprawdę przy­po­mi­nały śmier­telne pułapki.

- Musisz zamó­wić eks­per­tyzę - wyja­śnił spo­koj­nie Wayne. Spra­wiał wra­że­nie, jakby był w sta­nie zapa­no­wać nad tym sza­leń­stwem.

- Chcę mieć pory roku - stwier­dziła gło­śno Flo, na­dal przy­glą­da­jąc się mapom. - Nie chcę miesz­kać gdzieś, gdzie w ogóle nie pada śnieg.

- Słusz­nie. - Wayne poki­wał głową. - Ja też lubię, jak cza­sem napada.

- Możemy zamiesz­kać przy plaży?

- Śnieg i plaża? - Wayne popa­trzył na nią z powąt­pie­wa­niem.

- No jasne, jak w tej pio­sence Tay­lor Swift. - Zaczęła ją nucić.

- Co masz w kolum­nie "koniecz­nie"? - spy­tała mnie Suni, prze­ry­wa­jąc ich roz­mowę.

- Dobre szkoły, ogród, a teraz dopi­sa­łam nie­na­ru­szoną kon­struk­cję.

- Jesz­cze pory roku i plaża - przy­po­mniał mi Wayne.

Doda­łam je do listy.

- To już mogą być za duże wyma­ga­nia.

- Wystar­czy, że znaj­dziesz miej­sce z dodat­ko­wymi rupie­ciami, to będzie cię stać.

Zanim skoń­czy­li­śmy jeść pizzę, mie­li­śmy długą listę warun­ków koniecz­nych i kilka wyklu­cza­ją­cych. Łącz­nie ze spi­sem sta­nów, w któ­rych Flo nie chciała posta­wić stopy, nawet dla psa. Na Flo­ry­dzie roiło się od ali­ga­to­rów, Con­nec­ti­cut miało pod­stępną pisow­nię, przez którą kie­dyś prze­grała kon­kurs orto­gra­ficzny, a Ari­zona była zaro­śnięta kak­tu­sami, które były zbyt kol­cza­ste, żeby spraw­dziły się jako rośliny ogro­dowe. Flo miała zde­cy­do­wane poglądy.

- Naprawdę nie jestem sza­lona? - szep­nę­łam do Suni, kiedy żegna­łam się z nią i Wayne'em.

- Każdy jest tro­chę sza­lony, kocha­nie - powie­działa, głasz­cząc mnie po ramie­niu. - Nie­ważne, jak bar­dzo jesteś sza­lona, ważne, jak wyko­rzy­stasz swoje sza­leń­stwo na dro­dze do szczę­ścia.

Rozdział trzeci

Oxeye, Maine

Moje sza­leń­stwo, jak się oka­zało, zapro­wa­dziło mnie do pod­upa­da­ją­cego mia­steczka na skraju klifu. Wresz­cie wybra­ły­śmy z Flo dom skar­bów, nad któ­rym zaczę­ły­śmy się poważ­nie zasta­na­wiać, i przy­je­cha­ły­śmy do Maine, żeby zoba­czyć go na wła­sne oczy. Na zdję­ciach wyglą­dał aż za dobrze, żeby mógł być praw­dziwy: obity deskami budy­nek pośrodku zaro­śnię­tego ogrodu. W opi­sie nie­ru­cho­mo­ści znaj­do­wała się infor­ma­cja, że z okien od frontu widać kawa­łek oce­anu. Dom był w nie­za­prze­czal­nie żało­snym sta­nie - ale widy­wa­ły­śmy już gor­sze. Przy­naj­mniej sądząc po zdję­ciach. Przy­po­mi­nał miej­sce z ksią­żek dla dzieci, zalud­nione duchami, z magicz­nym drze­wem na tyłach.

Oxeye. Mikro­sko­pijne mia­steczko na wybrzeżu Maine, odda­lone o kilka kilo­me­trów od zamoż­nego kurortu Cam­den i mia­sta Rock­port. Godzi­nami sie­dzia­łam na Google Earth i przy­bli­ża­łam widok na każdy zaką­tek. W mia­steczku były sklep, sta­cja ben­zy­nowa, mała biblio­teka, kawiar­nia, kilka malow­ni­czych pen­sjo­na­tów i parę dom­ków let­ni­sko­wych. Zda­wało się, że Oxeye ist­nieje głów­nie po to, by obsłu­gi­wać pole namio­towe poło­żone na połu­dniu, na zale­sio­nym cyplu wysu­nię­tym w zatokę. Nasz dom skar­bów znaj­do­wał się przy Tin­ker Street i był jed­nym z dwóch budyn­ków sto­ją­cych u wylotu śle­pego zaułka, zwró­co­nych przo­dem do uliczki pro­wa­dzą­cej na klify i dalej nad zatokę Penob­scot. Po jed­nej stro­nie Tin­ker Street znaj­do­wały się tylko lasy, po dru­giej domy let­ni­skowe z wysta­wio­nymi tablicz­kami "do wyna­ję­cia", a na rogu stał dwu­po­zio­mowy sklep z narzę­dziami - pierw­szy z sze­regu lokali poło­żo­nych wzdłuż głów­nej ulicy.

Na pierw­szy rzut oka Oxeye wyda­wało się raczej zapo­mniane, opusz­czone od strony drogi nad zatokę. Ale dom był w moim zasięgu ceno­wym, a okręg szkolny zna­ko­mity. W Cam­den, kawa­łek dalej wzdłuż wybrzeża, znaj­do­wało się wysoko oce­niane gim­na­zjum, do któ­rego Flo mogłaby cho­dzić teraz, a w Rock­port liceum na póź­niej. Auto­busy szkolne zatrzy­my­wały się w Oxeye, na samym końcu głów­nej ulicy. A co jesz­cze lep­sze, w Rock­port funk­cjo­no­wała mała rodzinna przy­chod­nia, która aktu­al­nie szu­kała osoby do zarzą­dza­nia biu­rem, i kiedy zadzwo­ni­łam tam w spra­wie pracy, mój roz­mówca nie krył ulgi, że ktoś się wresz­cie zgło­sił.

Agentka nie­ru­cho­mo­ści też spra­wiała wra­że­nie, jakby jej ulżyło, kiedy zadzwo­ni­łam z pyta­niem o dom.

- Mogę... yy... zosta­wić klucz u wła­ści­ciela sklepu z narzę­dziami - powie­działa. - Jestem pouma­wiana na oglą­da­nie w Cam­den, ale mogę też spo­tkać się z panią oso­bi­ście. - Par­sk­nęła krót­kim pla­sti­ko­wym śmie­chem. - Cho­ciaż nie mia­ła­bym tam pani za wiele do poka­zy­wa­nia. Widziała pani zdję­cia, prawda?

Zapew­ni­łam ją, że tak.

- Dzięki Bogu. - Znowu ten nie­zręczny śmiech. - Wła­ści­cie­lem sklepu z narzę­dziami jest Jake Aber­na­thy. Na pewno będzie umiał odpo­wie­dzieć na wszyst­kie pyta­nia.

Ale Jake Aber­na­thy sam miał parę pytań.

- Gail mówiła pani, że tam jest pełno rumo­szu, tak? - spy­tał oschle, kiedy zadzwo­ni­łam, żeby umó­wić się na ode­bra­nie klu­cza.

Nie wie­dzia­łam, czym jest "rumosz", ale powie­dział to tak, że zabrzmiało uro­czo. Uro­cze było rów­nież jego szorst­kie zatro­ska­nie o mnie i Flo. Wyobra­zi­łam go sobie w czapce rybaka, ze szpa­ko­watą brodą. W koszuli fla­ne­lo­wej. Miał powolny, sta­ranny spo­sób mówie­nia, a jego przy­dy­miony głos i uprzejme zacho­wa­nie kazały mi przy­pusz­czać, że jest star­szym czło­wie­kiem. Typem dżen­tel­mena.

- To naprawdę nie jest miej­sce dla samot­nej kobiety - powie­dział, co zabrzmiało już zupeł­nie, jakby był czy­imś dziad­kiem. - A co dopiero z dziec­kiem. O tym agentka też mówiła?

Zapew­ni­łam go, że dosko­nale wiemy, na co się piszemy.

Pan Aber­na­thy podał mi wska­zówki dojazdu do swo­jego sklepu z narzę­dziami, a ja podą­ży­łam drogą, która za Wal­do­boro odbiła od trasy US 1 i dalej popro­wa­dziła mnie wzdłuż zapie­ra­ją­cego dech wybrzeża. Maine w środku lata sta­no­wiło nie­za­po­mniany widok. Niebo lśniło błę­ki­tem, który zda­wał się nie do końca rze­czy­wi­sty, a wszystko dookoła miało ostre kon­tury i wietrzną świe­żość. Sło­nawy zapach zatoki i żywiczna woń sosen wpa­dały przez otwarte okna i ude­rzały nam do głów, kiedy tak klu­czy­ły­śmy wraz z linią brze­gową na pół­noc. Dwu­dniową podróż z Pit­ts­bur­gha odby­ły­śmy moją małą nie­bie­ską Hondą Fit, śpie­wa­jąc pio­senki Disneya i żywiąc się syfia­stym jedze­niem ze sta­cji ben­zy­no­wych, a na noc zatrzy­ma­ły­śmy się w hotelu Days Inn w Hart­ford, w sta­nie Con­nec­ti­cut.

Wresz­cie wje­cha­ły­śmy na szczyt wzgó­rza i nagle, zgod­nie ze wska­zów­kami, które otrzy­ma­łam, zna­la­zły­śmy się w Oxeye. Obok drogi rude klify opa­dały gwał­tow­nie do wez­bra­nej zatoki o nie­moż­li­wie przej­rzy­stej wodzie, zna­czo­nej jedy­nie kil­wa­te­rami jach­tów, które odci­nały się ostrą bielą na tle akwa­ma­ryny. Pod­nisz­czony sklep Jake'a Aber­na­thy'ego stał na rogu Beach Road i Tin­ker Street.

Na rogu naszej ulicy.

- Prze­jedźmy koło domu, zanim odbie­rzemy klu­cze - zapro­po­no­wa­łam Flo. I zanim odpo­wie­działa, skrę­ci­łam w ulicę. Nie potra­fi­łam się oprzeć. Nie mogłam się docze­kać, aż zoba­czę na wła­sne oczy dom skar­bów.

Las po połu­dnio­wej stro­nie Tin­ker Street oka­zał się gęst­szy i dzik­szy, niż wyda­wał się na Google Maps - ciemny gąszcz jodeł bal­sa­micz­nych przy­po­mi­nał zdzi­czałą plan­ta­cję cho­inek. Wszę­dzie uno­sił się zapach żywicy. Zdję­cia w Googlu nie były w sta­nie oddać magii podmu­chów znad oce­anu ani lśnie­nia nad­mor­skiego powie­trza. Zamiast ruchu ulicz­nego sły­sza­łam tylko mia­rowy szum morza i krzyki mew. Po pół­noc­nej stro­nie Tin­ker Street stały domy let­ni­skowe z osza­lo­wa­nymi ścia­nami i otwar­tymi na oścież drzwiami, a ze środka pły­nęły leni­wie ciche dźwięki trans­mi­sji meczu bejs­bo­lo­wego albo muzyki. Na szta­che­tach pło­tów suszyły się ręcz­niki pla­żowe poroz­wie­szane jak kar­na­wa­łowe pro­por­czyki.

- A to pew­nie nasza rupie­ciar­nia - obwie­ściła Flo, kiedy doje­cha­ły­śmy do śle­pego zaułka. U wylotu uliczki stały bliź­nia­cze domy zwró­cone w stronę kli­fów i trudno byłoby nie odgad­nąć, który miał być nasz, bo ten po lewej oka­zał się schlud­nym, uro­kli­wym budyn­kiem w stylu kolo­nial­nym o spło­wia­łym drew­nia­nym sza­lunku, bia­łych wykoń­cze­niach i cytry­no­wo­żół­tych drzwiach. Przy wej­ściu znaj­do­wała się śliczna tabliczka z napi­sem "Nad­mor­ska Sylvie". Po obu stro­nach scho­dów pro­wa­dzą­cych na werandę kwi­tły bujne różowo-białe hor­ten­sje, a dalej aż do kra­węż­nika cią­gnął się podu­cho­waty zie­lony traw­nik, który zro­biłby wra­że­nie na Way­nie.

Tym­cza­sem budy­nek po pra­wej...

Wyglą­dał jak wiedź­mo­wata sio­stra tam­tego, powy­krę­cana sta­ru­cha w kształ­cie domu. Wzdłuż ścieżki rosły roz­bu­chane krzaki, które strze­lały w niebo upior­nie dłu­gimi wit­kami. Koły­sały się zło­wróżb­nie na mor­skim wie­trze. Z werandy pood­pa­dały kawałki barierki, tak że dziury ziały jak bra­ku­jące zęby, a te okna, które nie zostały wybite, pokry­wała tak gruba war­stwa kurzu, że wyda­wały się brą­zowe. Rynny wisiały jak opa­da­jące ser­pen­tyny, a drzwi fron­towe ktoś zabił deskami. Klu­cze w niczym nam tu nie pomogą. Jak my w ogóle mia­ły­śmy wejść do środka?

- Nie widzę żad­nych rupieci - powie­działa Flo, naj­wy­raź­niej nie­zra­żona wido­kiem domu.

- Chyba całe to miej­sce jest jed­nym wiel­kim rupie­ciem - odpar­łam ner­wowo. Ale tak naprawdę myśla­łam sobie, że to zbyt piękne, żeby mogło być praw­dziwe. Taki dom powi­nien być wart for­tunę. Mimo że był znisz­czony, stał na samym wybrzeżu, o rzut kamie­niem od ład­nych miej­sco­wo­ści tury­stycz­nych. Dla­czego zatem miał tak przy­stępną cenę i dla­czego ludzie nie usta­wiali się w kolejce, żeby go kupić? Prze­cież powinni się o niego sta­rać wszy­scy inwe­sto­rzy ze Wschod­niego Wybrzeża.

- Podoba mi się - oświad­czyła Flo. - Ma kli­mat.

- Nie możemy się tu wpro­wa­dzić - powie­dzia­łam, oszo­ło­miona skalą roz­padu domu. Na żywo wyglą­dał gorzej. Inwe­stor mógłby go po pro­stu wybu­rzyć i zbu­do­wać tu coś nowego. - To się nie nadaje do zamiesz­ka­nia.

- Wayne mówił, że się nadaje.

To prawda. Wayne prze­czy­tał spe­cy­fi­ka­cję budynku, którą prze­słała agentka nie­ru­cho­mo­ści. Pod wzglę­dem kon­struk­cji był nie­na­ru­szony. Pan Aber­na­thy rów­nież nie pozo­sta­wił co do tego wąt­pli­wo­ści.

- To tylko rumosz - powie­dział. - Ten dom potrze­buje po pro­stu tro­chę miło­ści.

"Miłość to za mało", pomy­śla­łam, kiedy tak patrzy­łam na budy­nek przy Tin­ker Street. Ten dom nie potrze­bo­wał miło­ści, on wyma­gał inter­wen­cji.

Ale prze­je­cha­ły­śmy kawał drogi i skoro już były­śmy na miej­scu, rów­nie dobrze mogły­śmy zaj­rzeć do środka. Poza tym, pomy­śla­łam z dresz­czem eks­cy­ta­cji, gdy­by­śmy tylko mogły tu zamiesz­kać, nad morzem, w domu, na który, reali­stycz­nie rzecz bio­rąc, nie powin­nam mieć dość pie­nię­dzy...

A w dodatku cze­kał na nas pan Aber­na­thy. Zawró­ci­łam więc i skie­ro­wa­łam się z powro­tem do sklepu.

Sklep z narzę­dziami (i budka z homa­rami) w Oxeye był jed­nym z tych dzi­wo­lą­gów, które mogą ist­nieć tylko w bar­dzo małych mia­stecz­kach - wyglą­dało na to, że można tam dostać nie tylko narzę­dzia, ale też prze­ce­nione pamiątki, sprzęt biwa­kowy i jedze­nie na wynos, jeśli sądzić po prze­róż­nych tablicz­kach i zagra­co­nych witry­nach. Było też okienko do wyda­wa­nia posił­ków wycho­dzące na kilka sto­łów pik­ni­ko­wych z wido­kiem na klify oraz tablica rekla­mu­jąca kanapki z homa­rem i Moxie w pusz­kach. Wzdłuż budynku leżały stosy poobi­ja­nych, mocno zuży­tych puła­pek na homary.

Kiedy pod­je­cha­ły­śmy, nie mogłam też nie zwró­cić uwagi na wybit­nie atrak­cyj­nego i osten­ta­cyj­nie pół­na­giego męż­czy­znę, który obsłu­gi­wał stoły pik­ni­kowe. Cho­dził tylko w dżin­so­wych szor­tach z obcię­tymi nogaw­kami i wyglą­dał jak wcie­le­nie waka­cyj­nego amanta znad morza: zaro­śnię­tego i umię­śnio­nego, z wło­sami zmierz­wio­nymi od soli. Na jego widok poczu­łam powolne pul­so­wa­nie, jakiego nie doświad­czy­łam od bar­dzo dawna. Był typem męż­czy­zny, który aż się prosi o fan­ta­zje na temat waka­cyj­nych roman­sów, tęsk­nych wie­czo­rów pod fio­le­to­wym nie­bem i leni­wego mar­no­wa­nia czasu.

O fan­ta­zje, które nie wyda­wały się nie­moż­liwe tutaj, w roz­iskrzo­nym od słońca mor­skim powie­trzu Oxeye.

Rozdział czwarty

- Mogę zostać w samo­cho­dzie? - spy­tała Flo, po czym oparła stopy o deskę roz­dziel­czą i otwo­rzyła książkę.

- Jasne. - Dla mnie nawet lepiej. Ukrad­kiem pocią­gnę­łam za brzeg koszulki bez ręka­wów i prze­cze­sa­łam zmierz­wione włosy. Pod­czas lun­chu zachla­pa­łam sobie musz­tardą cały przód bluzki, więc zde­cy­do­wa­łam się poży­czyć od Flo zapa­sową, prze­kli­na­jąc samą sie­bie za to, że spa­ko­wa­łam się na lekko. Nie­stety, koszulka Flo miała nadruk z Wic­ked, błysz­czące zie­lono-różowe napisy i oka­zała się na mnie za krótka i za obci­sła. W połą­cze­niu z szor­tami odsła­niała o wiele wię­cej skóry, niż mia­łam w zwy­czaju. Ale może to nie tak źle. Przy­stoj­niak sprzą­ta­jący ze sto­łów pik­ni­ko­wych pod­niósł wzrok, kiedy trza­snę­łam drzwiami samo­cho­do­wymi, a słońce odbiło się od socze­wek jego tanich pla­sti­ko­wych oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Miał bar­dzo eks­pre­syjne, zmarsz­czone brwi. A także impo­nu­jące ramiona...

Powolne pul­so­wa­nie prze­szło w dud­nie­nie.

Ale nad­mor­ski amant nie wyda­wał się ura­do­wany moim wido­kiem. Zmarsz­czone brwi pra­wie się dotknęły nad nasadą nosa.

- Homa­rów już nie wyda­jemy - powie­dział krótko. - Spóź­niła się pani. - Miał tubalny głos ze wschod­nio­ame­ry­kań­skim akcen­tem: z sze­ro­kimi samo­gło­skami i połknię­tym "r". W jego dło­niach chwiały się puste koszyczki z czer­wo­nego pla­stiku. Przy sto­łach już nikt nie sie­dział, ale sądząc po licz­bie koszy­ków, sporo ludzi przy­szło dziś na homary.

- To nic - odpar­łam pospiesz­nie. - Wła­ści­wie to przy­je­cha­łam do Jake'a Aber­na­thy'ego. Spo­dziewa się mnie. - Posła­łam mu pro­mienny uśmiech, zasta­na­wia­jąc się, czy choć tro­chę pamię­tam, jak się flir­tuje.

Przy­stoj­niak zro­bił jesz­cze mniej zado­wo­loną minę, jeśli to w ogóle było moż­liwe. Może się bał, że pan Aber­na­thy jed­nak każe mu wydać homara. Obej­rzał mnie od stóp do głów, zatrzy­mu­jąc spoj­rze­nie na koszulce.

- Wąt­pię.

- Słu­cham? - Mój uśmiech przy­gasł.

- Wąt­pię - powtó­rzył z iry­ta­cją, jakby chciał się mnie pozbyć.

- Jest w środku? - Nie zamie­rza­łam dać się odpra­wić, skoro już prze­je­cha­łam taki kawał drogi.

- Nie.

Nie do wiary. Sły­sza­łam, że miesz­kańcy Maine bywają mało­mówni, ale ten tutaj był zwy­czaj­nie nie­miły. Szkoda, bo wyobra­ża­łam sobie, że w tym mia­steczku nie ma zbyt wielu męż­czyzn, a co dopiero przy­stoj­nych i w moim zasięgu.

- Naprawdę się mnie spo­dziewa - powie­dzia­łam z naci­skiem, po czym wycią­gnę­łam tele­fon i poszu­ka­łam wia­do­mo­ści od pana Aber­na­thy'ego.

- Wcale nie - prych­nął. A potem ruszył do sklepu.

- Pro­szę mu powie­dzieć, że przy­je­chała Zoe Cope­land - rzu­ci­łam za nim. - Zoba­czymy, co on na to.

Sta­nął jak wryty, a ja pra­wie zła­ma­łam sobie nos na ścia­nie jego ple­ców. Był idio­tycz­nie umię­śniony. Za bar­dzo umię­śniony, uzna­łam i posta­no­wi­łam, że nie będę go lubić. To oczy­wi­sta próż­ność. Dla­czego przy­stojni faceci są takimi dup­kami?

- Niech pani uważa - wark­nął i odsu­nął się na bok.

- To pan się nagle zatrzy­mał.

Przyj­rzał mi się bar­dzo uważ­nie.

- Pani nie może być Zoe Cope­land - oświad­czył z iry­ta­cją, kiedy skoń­czył oglę­dziny.

Zaczer­wie­ni­łam się pod wpły­wem jego bacz­nego spoj­rze­nia i nie­do­wie­rza­nia.

- Wła­śnie, że mogę. - Poczu­łam potrzebę, żeby to wzmoc­nić. - I jestem.

- Nie, nie­prawda. - Pokrę­cił sta­now­czo głową.

Zmarsz­czy­łam brwi. Facet był nie­moż­liwy.

- Chyba lepiej wiem, kim jestem.

- Nie. Zoe Cope­land to mama w śred­nim wieku. Pani nie jest mamą w śred­nim wieku.

- Wła­śnie, że jest - sprze­ci­wiła się gło­śno Flo przez otwarte okno samo­chodu. Męż­czy­zna się wzdry­gnął, bo dopiero teraz ją zauwa­żył. Odło­żyła książkę i wychy­liła się przez okno. - Mogę kanapkę z homa­rem? Jesz­cze ni­gdy nie jadłam.

- Nie jestem w śred­nim wieku. A ten pan powie­dział, że już nie wydają - wark­nę­łam, żeby ją uci­szyć. - Poza tym by ci nie sma­ko­wała. - Odwró­ci­łam się z powro­tem do pół­na­giego gbura. - Czyli jed­nak pan wie, kim jestem.

- Wiem, że Zoe Cope­land przy­jeż­dża po klucz. I że jest mamą w śred­nim wieku. - Teraz dopiero zmarsz­czył brwi. - A nie... panią. Pani nie pozwo­lił­bym zamó­wić piwa, gdy­bym nie spraw­dził naj­pierw dowodu.

- O mój Boże. Czy pan Aber­na­thy jest w środku? - Skie­ro­wa­łam się do otwar­tych drzwi. Nie chcia­łam już gadać z tym upier­dli­wym typem, nie­za­leż­nie od tego, jaki był przy­stojny.

- Nie. - Wypu­ścił poiry­to­wany oddech. - Zna­czy nie, tu jestem.

Teraz to ja sta­nę­łam jak wryta.

Chwila. Co takiego? To ten facet był dżen­tel­meń­skim ryba­kiem, z któ­rym roz­ma­wia­łam przez tele­fon?

- Pan? - Nie potra­fi­łam ukryć nie­do­wie­rza­nia w gło­sie.

- No. - Nachmu­rzył się jak czarny cha­rak­ter w kiep­skim fil­mie. - Dobra, niech pani wej­dzie, zała­twimy tę sprawę.

- Co tu jest do zała­twia­nia? - spy­ta­łam zdez­o­rien­to­wana. - Przy­je­cha­łam ode­brać klucz i rozej­rzeć się po domu, tak jak usta­li­li­śmy przez tele­fon.

Zigno­ro­wał mnie i kiw­nął głową na samo­chód.

- Może pani dzie­ciak chce wejść i się cze­goś napić, jak będziemy roz­ma­wiać? Jest gorąco. - Wieże czer­wo­nych koszycz­ków chwiały się w jego dło­niach. Prze­stą­pił z nogi na nogę, żeby je usta­bi­li­zo­wać, a ja zoba­czy­łam, jak napi­nają mu się mię­śnie brzu­cha.

- Flo, chodź - zawo­ła­łam w stronę samo­chodu. - To chyba potrwa dłu­żej, niż myśla­łam.

Wnę­trze sklepu z narzę­dziami (i budki z homa­rami) w Oxeye przy­po­mi­nało sta­ro­świecki sklep wie­lo­bran­żowy z czarno-bia­łego filmu. Pach­niało ole­jem lnia­nym i dymem z palo­nego drewna. Okna prze­su­wały się do góry i wycho­dziły na werandę ze sto­łami pik­ni­ko­wymi i wspa­nia­łym wido­kiem na zatokę. Tego dnia były pootwie­rane, a wiatr podzwa­niał ozdób­kami wiszą­cymi pod sufi­tem. Na każ­dej ścia­nie znaj­do­wały się opra­wione zdję­cia jakie­goś gol­den retrie­vera, a w rogu przy pęka­tym żeliw­nym pie­cyku zoba­czy­łam lego­wi­sko, cho­ciaż ni­gdzie nie było ani śladu psa.

Jake Aber­na­thy zupeł­nie nie wyglą­dał na czło­wieka, który mógłby pro­wa­dzić takie miej­sce. A teraz, kiedy go tro­chę pozna­łam, doszłam do wnio­sku, że zde­cy­do­wa­nie nie jest w typie gol­den retrie­vera. Jego oso­bo­wość paso­wa­łaby bar­dziej do pit­bulla albo rot­twe­ilera.

- Mię­śnie masz od pracy czy od siłowni? - spy­tała jak gdyby ni­gdy nic Flo, kiedy wcho­dzi­ły­śmy za nim do sklepu tyl­nymi drzwiami. Aura rot­twe­ilera nie robiła na niej naj­mniej­szego wra­że­nia.

Jake potknął się na stop­niu i popa­trzył po sobie.

- Co...?

- Nie musi pan odpo­wia­dać - wtrą­ci­łam pospiesz­nie. - Flo, nie bądź nie­miła.

- Dla­czego nie? On jest dosyć nie­miły. Poza tym czy to naprawdę takie nie­miłe pytać o mię­śnie? - Flo prze­chy­liła głowę. - A on nie zało­żył koszulki, więc pew­nie chce, żeby ludzie patrzyli na jego mię­śnie.

Poczu­łam, jak się czer­wie­nię, bo sama cią­gle na nie spo­glą­da­łam.

- Prze­pra­szam - zwró­ci­łam się nie­chęt­nie do Jake'a, który też zaczy­nał się czer­wie­nić. - Flo, nie­miłe jest samo komen­to­wa­nie wyglądu innych ludzi - wyja­śni­łam jej, cho­ciaż po cichu się cie­szy­łam, że wytrą­ciła go z rów­no­wagi.

- Aha. - Zasta­na­wiała się przez chwilę. - Prze­pra­szam, że sko­men­to­wa­łam twój wygląd - powie­działa do Jake'a, który uciekł do wąskiej kuchni, gdzie pozbył się narę­cza pla­sti­ko­wych koszy­ków. Weszły­śmy za nim, a on czym prę­dzej zgar­nął z haczyka spło­wiałą koszulkę i nacią­gnął ją na sie­bie. Z przodu miała nadruk rysun­ko­wego homara.

Na piecu stał potężny gar, a w powie­trzu uno­sił się ciężki zapach goto­wa­nego homara i zie­lo­nej cebulki. Blat ze stali nie­rdzew­nej był zasłany okru­chami i leżał na nim na wpół opróż­niony worek dłu­gich bia­łych bułek.

- To nic. - Jake zwró­cił się do Flo i odchrząk­nął ze skrę­po­wa­niem. Skrzy­żo­wał ręce i pró­bo­wał zmie­nić wyraz twa­rzy. Wyda­wał się zafra­so­wany... To powinna być pro­sta inte­rak­cja, zwy­kłe prze­ka­za­nie klu­cza, a zro­biło się naprawdę dziw­nie i nie­przy­jem­nie. Pod­czas gdy ja spo­dzie­wa­łam się spo­tka­nia z takim miłym męż­czy­zną.

- Spo­dzie­wa­łem się kogoś innego - przy­znał Jake, odbi­ja­jąc jak echo moje myśli, i wyrów­nał na sobie homa­rową koszulkę.

- A kogo się spo­dzie­wa­łeś? - spy­tała Flo. Oczy jej się roz­ja­śniły, jakby liczyła na cie­kawą odpo­wiedź.

- A... - Jake wyda­wał się zaże­no­wany.

- Spo­koj­nie - dodała zachę­ca­jąco Flo. - Nie obrazi się. Mama mówi, że przyj­mo­wa­nie obelg ze spo­ko­jem ma we krwi po tych wszyst­kich latach pracy na słu­chawce.

- Flo - ostrze­głam ją.

Moja pyskata córka prze­wró­ciła oczami i nachy­liła się kon­spi­ra­cyj­nie do Jake'a.

- Ma też bzika na punk­cie tego, co wypada mówić pry­wat­nie, a co publicz­nie. Ale mnie możesz powie­dzieć, jeśli wzią­łeś nas za zbie­głe kry­mi­na­listki czy coś.

- Chcesz się cze­goś napić? - spy­tał Jake z lekką paniką. Chyba nie wie­dział, co innego mógłby powie­dzieć.

- To zależy. A co masz? - Flo podą­żyła za nim do lodówki.

- Głów­nie Moxie. - Otwo­rzył drzwiczki i świa­tło padło na jasno­po­ma­rań­czowe puszki. Flo rzu­ciła mu powąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie.

- To ofi­cjalny napój stanu Maine - wyja­śnił jej, wycią­ga­jąc puszkę z lodówki. - Pew­nie go nie polu­bisz, sma­kuje jak lekar­stwo. - Podał jej i zer­k­nął na mnie. - Dla pani też? - Patrzył na mnie tak, jak­bym mogła go ugryźć. Kurde, co mu się we mnie nie podo­bało? Poznał mnie rap­tem dwie minuty temu.

Pokrę­ci­łam głową.

- Nie, dzię­kuję. Wystar­czy mi klucz.

Posłał mi kwa­śne spoj­rze­nie.

- Nie mogę wpu­ścić was do tego domu. - Brzmiało to tak, jakby ani tro­chę nie było mu żal. Powie­dział to raczej tonem poli­cjanta, który przy­ła­pał mnie na plu­ciu na chod­nik. - A Gail nie miała prawa wyma­gać ode mnie prze­ka­za­nia klu­cza. - To ostat­nie zda­nie zna­czyły dźwięki puszki otwie­ra­nej przez Flo.

- Czy pan sobie żar­tuje? - Nie mogłam wyjść ze zdu­mie­nia. - Jecha­ły­śmy tu z Pit­ts­bur­gha dwa­na­ście godzin. Sam mi pan podał wska­zówki dojazdu.

- No. - Zmarsz­czył się. - Ale nie wie­dzia­łem, że pani to pani.

- Co to ma, do cho­lery, zna­czyć? - Co niby było ze mną nie tak?

- Uch, to jest serio ohydne. - Flo wydała odgłos wymio­tu­ją­cego kota i oddała puszkę Jake'owi. - Wasz stan ma jakiś pro­blem.

- Ostrze­ga­łem. - Odsta­wił Moxie i wyjął z lodówki lemo­niadę. - Masz. Idź się napić przy sto­łach na zewnątrz, a ja poroz­ma­wiam z twoją mamą.

- Pro­szę - upo­mniała go Flo. - Czy wy nie macie manier w tym Maine?

- Pro­szę - wyce­dził.

- Chwila - zapro­te­sto­wa­łam, wycho­dząc za nim z kuchni. - Ja nie chcę roz­ma­wiać. Chcę tylko klucz.

- Masz, weź też loda. - Jake otwo­rzył chło­dziarkę i wycią­gnął loda na patyku. - Jak się przyj­rzysz, to może zoba­czysz wie­lo­ryby w zatoce. Wczo­raj były płe­twale.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa zna­cząco Flo i unio­sła brwi, jakby chciała mu poka­zać, że ma lep­sze maniery niż on. - A co to jest płe­twal? Męski odpo­wied­nik syreny?

- Taki wie­lo­ryb.

- Aha. Faj­nie. - Ruszyła ocho­czo na taras.

- Nie roz­sia­daj się tam - zapo­wie­dzia­łam jej. - Zaraz jedziemy. - Bo zamie­rza­łam obej­rzeć ten dom, choćby się waliło i paliło. Dla zasady. Wszyst­kie moje obawy co do jego stanu tech­nicz­nego nagle się ulot­niły.

- Pro­szę posłu­chać, pani Cope­land... - zaczął ten nie­moż­liwy facet.

- Panno Cope­land - wyce­dzi­łam przez zęby. Pod­sta­rzały sek­si­stow­ski rybak to jedno, ale ten sur­fer z kom­plek­sem wyż­szo­ści to zupeł­nie co innego. Facet miał zero uroku. - A przez tele­fon mówił pan do mnie Zoe.

- No tak. - Prze­cze­sał ręką zmierz­wione od soli włosy i zdjął te swoje tan­detne oku­lary prze­ciw­sło­neczne. Jego oczy były przej­rzy­ste, bla­do­tur­ku­sowe jak szklane kulki. Odcho­dziły od nich nikłe zmarszczki, tak że przez moment mia­łam wra­że­nie, że się uśmie­cha, cho­ciaż było wręcz prze­ciw­nie. - Zoe. Nie chcesz tego domu.

- Co takiego? - Mój głos zabrzmiał gło­śniej, niż się spo­dzie­wa­łam. - Słu­cham? O co tu cho­dzi? Naprawdę nie rozu­miem. - Skrzy­żo­wa­łam ręce.

- Ech... - Wziął głę­boki oddech. - Słu­chaj. Ten dom to rudera.

- Wiem. Widzia­łam zdję­cia. - Ten facet pro­wa­dził jakąś grę, a ja nie zamie­rza­łam dać się w nią wcią­gnąć. Ale nie chcia­łam też, żeby wygrał.

- Jasne. Widzia­łaś zdję­cia. Ale... w rze­czy­wi­sto­ści jest... gorzej.

Przyj­rza­łam mu się, usi­łu­jąc zapa­no­wać nad sobą.

- Wiem. Wła­śnie dla­tego mnie na niego stać - powie­dzia­łam wprost. - Mimo wszystko nie rozu­miem, dla­czego nie masz tu kolejki dewe­lo­pe­rów.

- Słu­chaj... - Wydał nie­okre­ślony dźwięk. - Agentka nie mówiła mi, że jesteś taka młoda. Myśla­łem, że będziesz kobietą w śred­nim wieku z nasto­let­nią córką. A nie że po raz pierw­szy kupu­jesz dom i jesz­cze masz dziecko na gło­wie. Gdy­bym wie­dział, to...

- To co? Co byś zro­bił?

- To nie prze­lewki - powie­dział bez­rad­nie. - Ten dom. A ty...

- Prze­pra­szam - prze­rwa­łam mu. - Nie rozu­miem, dla­czego mia­łoby cię to obcho­dzić. Prze­cież to nawet nie twój dom.

Prze­łknął ślinę i pod­niósł głowę, żeby spoj­rzeć na sufit. W końcu ski­nął głową.

- Masz rację. Prze­pra­szam. - Jake odchrząk­nął. - Jestem tylko face­tem od klu­cza. Zamknę, znajdę jakieś buty i możemy jechać.

- Możemy jechać? Myśla­łam, że tylko dasz mi klucz.

Ale on już poczła­pał boso do kuchni, żeby zamknąć sklep.

- O co mu w ogóle cho­dziło? - Flo zaj­rzała do środka przez okno, usta miała czer­wone od loda, a w dru­giej ręce trzy­mała otwartą lemo­niadę. Oczy błysz­czały jej od cukru.

- Bóg raczy wie­dzieć. - Pokrę­ci­łam głową. - Może za długo sie­dział na słońcu.

- Ale spodo­bały ci się jego mię­śnie, co?

- Jedz tego loda.

- Dla­czego nie chce, żeby­śmy miesz­kały przy jego ulicy?

Nie wie­dzia­łam. I nic mnie to nie obcho­dziło. Teraz chcia­łam tylko dostać się do tego domu.

Rozdział piąty

Oka­zało się, że "rumosz" to po pro­stu śmieci. A kiedy Jake twier­dził, że jest tu tego sporo, nie prze­sa­dził.

- Uwa­żaj­cie, gdzie sta­je­cie - ostrzegł, pro­wa­dząc nas dookoła budynku, na tyły. - Elton z sąsied­niego domu kosi i przy­cina po tej stro­nie - wyja­śnił Jake. - To miło. Bo wcale nie musi.

Flo truch­tała za nim, chło­nąc wszystko dookoła z takim zachwy­tem, jakby była w Disney­lan­dzie.

- Mamo, patrz, na pod­da­szu są pokoje! - Wska­zała na kawa­łek dachu za cegla­nym komi­nem. - Zakle­puję pokój na pod­da­szu!

- Pew­nie minie tro­chę czasu, zanim będziesz mogła tam spać - zapo­wie­dział Jake.

- Dla­czego? Są tam jakieś duchy? Będziemy musiały wezwać egzor­cy­stę?

- Tam jest tyle śmieci, że żadne duchy by się nie zmie­ściły. Poza tym skąd ty w tym wieku wiesz, kim są egzor­cy­ści?

- Prze­cież nie wiesz, w jakim jestem wieku. Mogła­bym być bar­dzo niską nasto­latką - odcięła się Flo.

- Punkt dla cie­bie, mała.

- A skąd te wszyst­kie śmieci? - wtrą­ci­łam się, zanim Flo znowu by na niego nasko­czyła. Usi­ło­wa­łam zaj­rzeć do środka przez boczne okna, które oka­zały się oso­bli­wie okrą­głe, tro­chę jak świe­tliki, ale były zbyt brudne, żeby dało się cokol­wiek zoba­czyć. Poczu­łam lekki ucisk w żołądku na widok tych okrą­głych okien. Tak jakby tra­fiły tu z jakiejś baśni.

- To długa histo­ria - wes­tchnął Jake.

- Opo­wiedz mi skró­coną wer­sję - zasu­ge­ro­wa­łam.

- Miesz­kała tu pewna kobieta, która lubiła wszystko zbie­rać. Teraz już tu nie mieszka. - Dotar­li­śmy do końca przy­cię­tej, wyko­szo­nej ścieżki, gdzie zagro­dziły nam drogę wybu­jałe krzaki. Jake odsu­nął gałę­zie pokryte soczy­stymi czer­wo­nymi owo­cami. - Prze­chodź­cie.

Flo z łatwo­ścią się prze­śli­znęła, ale prze­strzeń mię­dzy Jakiem a domem była tak wąska, że ja już musia­łam się o niego otrzeć, gdy podą­ży­łam za nią. Poczu­łam jego cie­pło na swo­ich ple­cach i prze­szedł mnie powolny dreszcz. Spiął się pod moim doty­kiem. Naj­wy­raź­niej otar­łam się w nie­wła­ściwy spo­sób.

Podwórko za domem oka­zało się ścianą zie­leni. Tak jakby las pod­szedł aż pod werandę na tyłach. Daw­niej mógł się tu znaj­do­wać ogród, ale teraz pano­wała dzicz, a wokół sta­rych drzew rósł gąszcz samo­sie­jek. Wiatr szu­miał w nich, szar­piąc i zry­wa­jąc liście. Tam, gdzie kie­dyś mogły być rabatki i grządki warzywne, teraz rosła trawa do pasa prze­ty­kana polnymi kwia­tami. Wszech­ogar­nia­jący zie­lony gąszcz tchnął zapa­chami roślin i lata.

- Tro­chę tu zdzi­czało - rzu­cił cierpko Jake.

- Jest super. - Oczy Flo błysz­czały. - Czy są tu jakieś magiczne drzewa albo przej­ścia, albo coś takiego?

- Czy są tu węże? - doda­łam, patrząc wymow­nie na wysoką trawę.

- Pew­nie tak.

- Pew­nie tak! - Rozej­rza­łam się po ziemi w poszu­ki­wa­niu oznak ruchu.

- Nie pękaj, mamo. W Maine nie ma jado­wi­tych węży, spraw­dza­łam. - Flo była zupeł­nie nie­po­ru­szona.

- Uką­sze­nie nie­ja­do­wi­tego węża też boli - wark­nę­łam. Już mia­łam przed oczami jej kostki, całe w ranach kłu­tych. - Masz ich nie doty­kać.

- Węże się przy­dają. Odstra­szają myszy i szczury, prawda, panie Aber­na­thy? Tak prze­czy­ta­łam w książce o gadach.

- Jake - popra­wił ją. - Nikt na mnie nie mówi pan Aber­na­thy.

- Mogę zatrzy­mać węża jako zwie­rzątko domowe, jeśli jakie­goś znajdę? W tam­tej książce pisali, że węże świet­nie się do tego nadają.

- Abso­lut­nie nie. - To dziecko wpę­dzi mnie kie­dyś do grobu. - Masz nawet nie patrzeć, jeśli jakie­goś zoba­czysz.

Flo prze­wró­ciła oczami.

- To, co powie­dzia­łaś, nawet nie ma sensu.

Jake odchrząk­nął.

- Jeśli kupi­cie ten dom, co raczej nie nastąpi, kiedy zoba­czy­cie, jak jest w środku, może­cie zatrud­nić kogoś do wyko­sze­nia trawy i wycię­cia tego wszyst­kiego. Znam odpo­wied­niego czło­wieka.

Pró­bo­wa­łam sobie wyobra­zić, jaki byłby koszt takiej usługi przy tej skali. Podwórko wyda­wało się ogromne.

- Pod tymi zaro­ślami leży szkie­let porząd­nego ogrodu - powie­dział, wpa­trzony w nie­prze­nik­nioną zie­leń. - Gdzieś tam jest stary warzyw­nik, stud­nia i parę dzi­kich jabłoni. Mogła­byś prze­ra­biać jabłka na dżem, jeśli lubisz robić prze­twory. - Zer­k­nął na mnie z ukosa i potarł nos. Pew­nie było po mnie widać, że nie lubię robić prze­two­rów.

Ale może bym polu­biła, gdy­bym miała wła­sny sad dzi­kich jabłoni?

- Jest też kilka budyn­ków gospo­dar­czych. Ale tam też jest pełno rumo­szu. - Rozej­rzał się po podwórku, jakby w moim imie­niu poczuł się znie­chę­cony. Włosy opa­dały mu na zmarsz­czone czoło. - Dobra, lepiej chodźmy do środka.

Do środka? Jak? Z tego, co widzia­łam, trudno byłoby dojść nawet do schod­ków pro­wa­dzą­cych na werandę.

- Da się to łatwo roz­gar­nąć - oznaj­mił, odsu­wa­jąc kolejne wiech­cie krza­ków o czer­wo­nych owo­cach, i ruszył pomału wzdłuż prze­rdze­wia­łej bla­chy fali­stej, która pokry­wała prawą połowę werandy. - To tutaj to pral­nia - zawo­łał do mnie przez ramię i pokle­pał sta­lową bla­chę. - Można powie­dzieć, że jest w ory­gi­nal­nym sta­nie.

Czu­łam, jak krzaki dra­pią moje gołe ramiona i nogi, i poża­ło­wa­łam, że nie wło­ży­łam dżin­sów i koszuli z dłu­gim ręka­wem zamiast szor­tów i topu. Zwłasz­cza w obli­czu zagro­że­nia wężami. Zauwa­ży­łam, jak Jake wycią­gnął rękę do ramie­nia Flo, żeby się upew­nić, że idzie bez­piecz­nie tuż za nim.

- Po dru­giej stro­nie jest zabu­do­wana weranda. Kie­dyś była cał­kiem przy­jemna, w lep­szych cza­sach. - Prze­rwał. - Ale teraz trzeba by wymie­nić moski­tiery.

Wszystko trzeba by tu wymie­nić. Schodki na tyłach wyglą­dały na cał­kiem prze­gniłe.

- Nie są takie złe, na jakie wyglą­dają - powie­dział Jake, gdy zauwa­żył moje prze­ra­że­nie. Sta­nął na nich, żeby mi poka­zać, a potem pod­sko­czył na środ­ko­wym stop­niu. - Cał­kiem bez­pieczne.

- Dla­czego nie wcho­dzimy przez drzwi od frontu? - spy­ta­łam, patrząc, jak Flo rusza za nim po scho­dach pozo­ru­ją­cych zgni­li­znę.

- Są zabite deskami.

Tyle zdą­ży­łam zauwa­żyć.

- Ale dla­czego?

- Szyba jest wybita. Jak w więk­szo­ści okien.

No tak. Dom może i mogłam kupić za pół­darmo, ale skąd wezmę pie­nią­dze na remont? Nowe szyby do drzwi fron­to­wych i okien, nowe schody i moski­tiery na werandę, cał­ko­wite wyko­sze­nie tyl­nego podwórka... Koszty się pię­trzyły, a my jesz­cze nawet nie weszły­śmy do środka.

Flo prze­ci­snęła się obok Jake'a, kiedy otwo­rzył drzwi.

- Mamo, popatrz tylko! Prze­cież to praw­dziwe muzeum. - Znik­nęła w pomiesz­cze­niu na prawo.

- Uwa­żaj na sie­bie!

Jake odsu­nął się na bok, żeby mnie prze­pu­ścić, ale miej­sca było tak mało, że znowu mimo­wol­nie się o niego otar­łam. W tej samej chwili poczu­łam, jak prze­cho­dzi mnie ten powolny dreszcz.

- Nic jej nie będzie. Parę dni temu prze­sze­dłem się po domu ze spre­jem na owady - zapew­nił mnie dziw­nie spię­tym gło­sem. - Nie ma pają­ków ani niczego takiego.

"Dobry Boże", pomy­śla­łam, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu. Pająki pają­kami, ale to miej­sce było prze­ra­ża­jące. Wcale nie przy­po­mi­nało muzeum, tylko skład złomu. Było o wiele gorzej niż na zdję­ciach. "Pral­nia" po pra­wej oka­zała się zwy­kłą przy­bu­dówką z bla­chy fali­stej; wyglą­dała, jakby trzy­mała się wyłącz­nie na rdzy. Wypeł­niały ją po brzegi stare sprzęty, wśród któ­rych kró­lo­wał magiel, na oko ponad­stu­letni. Było to wyso­kie ustroj­stwo z kutego żelaza z dwoma wiel­kimi drew­nia­nymi wal­cami, które teraz zaczęły się obra­cać za sprawą Flo, nie­zwy­kle ura­do­wa­nej tym odkry­ciem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki