Dotyk - Adania Shibli

Kup ebooka

31.00 zł
25.85 zł (26,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

2

Dziew­czynka sie­działa na be­lach słomy na pace pi­kapa. Oj­ciec w ka­bi­nie, za kie­row­nicą, pro­wa­dził sa­mo­chód pod górę.

Ze szczytu góry wy­ra­stała tę­cza, prze­mie­rzała niebo, opa­dała w rów­ninę i za­ni­kała. Nie­kiedy część ko­lo­rów przy­rody się cho­wała, po­zo­sta­wał tylko zie­lony na wzgó­rzu, żółty na sło­mie i nie­bie­ski na let­nim nie­bie. Przed koń­cem wio­sny wy­pi­sały się dwie kredki, zie­lona i czer­wona, bo w oko­licy wy­ro­sło bar­dzo dużo ma­ków. Ró­żowa chyba jesz­cze wy­star­czy na wiele zim.

Gdy wje­chali na szczyt wzgó­rza, nie wy­da­wało się ono już tak strome jak z dołu. Było pła­skie ni­czym pola. Stał tu tylko je­den bu­dy­nek. Oj­ciec wy­siadł z sa­mo­chodu i za­raz znik­nął mię­dzy po­są­gami i drze­wami za mu­rem ota­cza­ją­cym dom.

Dziew­czynka wciąż sie­działa na be­lach i cze­kała.

Fio­le­towa kredka jest naj­star­sza. Wy­rósł tylko je­den fio­łek, po­tem znik­nął. Tę­cza po­ka­zała się i znik­nęła.

Te­raz, kiedy szczyt wzgó­rza prze­stał być wy­raź­nym punk­tem wi­dzia­nym z od­dali, dziew­czynka za­częła wy­pa­try­wać miej­sca, z któ­rego wy­do­była się tę­cza.

Wszę­dzie było mnó­stwo ko­lo­rów, także na oknach bu­dynku. Barwne kwa­dra­ciki na jed­nym z nich przy­po­mi­nały z da­leka po­stać męż­czy­zny na ko­niu za­bi­ja­ją­cego smoka, a gdy po­de­szło się bli­żej - wi­szą­cego na ścia­nie wilka, pod któ­rym sie­dział oj­ciec, a obok niego ko­bieta.

Dziew­czynka za­pu­ściła się mię­dzy drzewa, szu­ka­jąc śla­dów tę­czy, ale pod drze­wami le­żały tylko su­che li­ście, a gdy ła­mały się pod sto­pami, ich chrzęst był je­dy­nym od­gło­sem, jaki sły­szało się na wzgó­rzu. Aż po­wiał wiatr, który po­ru­szył inne li­ście i przy­bli­żył słońce do krańca nieba.

Drzewa na­około były po­dobne do ście­żek. Dziew­czynka po­szła tą, którą prze­miesz­czało się słońce, po­dą­żała za nim, by nie zna­leźć się w ciem­no­ści, w któ­rej znikną wszyst­kie ko­lory. A po­tem pu­ściła się pę­dem i bie­gła co­raz szyb­ciej, aż zna­la­zła się na skraju wzgó­rza.

Stąd niebo roz­po­ście­rało się aż do da­le­kich pól, za któ­rymi cho­wało się słońce, cią­gnąc za sobą długi fio­let, ostatni ko­lor dnia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki