Łatka, Filip
(sprząta).
Łatka
(zaglądając).
Pst! Filipku!
Filip
(gasząc świéce i nie oglądając się)
Śmiało, śmiało!
(Łatka wsuwa się i ogląda się wkoło, kiwając głową)
Łatka.
Tu dudziarze, tu opoje;
Aj Filipku, serce moje,
Źle się dzieje.
Filip
(ziewając).
Cóż się stało?
Łatka
(trącając nogą butelkę).
Sądząc z szczątków o zabawie...
Filip.
Nieźle, nieźle nam się działo.
Łatka.
To czuwanie noc w noc prawie,
Te hulanki, ten tok życia,
Pewnie zdrowia nic nie przyda;
A Pan Leon go do zbycia
Nie ma wiele. - Aj, aj, biéda,
Kłopot, nędza z tą młodzieżą;
Żyją jakby nieśmiertelni;
Mów im: umrzesz! - nie uwierzą -
Aż zakadzą im kościelni,
Aż już przyjdzie leźć do rowu,
Wtedy...
Filip
(wpadając w mowę).
Wierzą.
Łatka.
Aj, gdzie znowu!
Lecz tych wszystkich wtedy gubią...
Filip
(jak wyżej).
Co ich z duszy, serca lubią.
Łatka.
Aj, gdzie znowu! - tych co krocie
Gotowizną dzisiaj płacą,
Aby nabyć dożywocie,
Które jutro może stracą -
I żadnemu ani w głowie,
Że ktoś kupił jego zdrowie -
Jakby własném szasta sobie!
Filip
(ironicznie).
Szasta, szasta, a raz w grobie -
Dożywocie fiut! do kata. -
Łatka.
Fiut! Filipku serce moje -
Tak jest, tak, fiut! - wielka strata!
Jak na węglach ja też stoję -
Aj, aj, kłopot! cóż robili
Na tej uczcie?
Filip.
Co?
Łatka.
Co?
Filip.
Pili.
Łatka.
Zgadłem, zgadłem - źle, niezdrowo -
Ale skromnie, czy bez liku?
Filip.
Po kieliszku.
Łatka.
Mądre słowo!
Po kieliszku! mów: po łyku,
Ale łyków sto tysięcy. -
A nasz Leon?
Filip.
Ten najwięcej.
Łatka.
Pił, pił?
Filip.
Jak smok.
Łatka.
Jak smok? Boże!
On na siebie sam zażarty -
Pierś jak wróbla - kaszel dławi -
Noże w sobie topi, noże!
I cóż jeszcze?
Filip.
Grano w karty.
Łatka.
W karty? dobrze - ta zabawa
Zawsze jakąś korzyść sprawi,
Bo co przegrać kto nie może,
To w pół darmo nam zastawi.
Filip.
Ja gry ganić nie mam prawa:
Dziesięć czątych mi przyniosła.
Łatka.
Dziesięć czątych! Aj Filipku,
Tyś się widzę rodził w czépku.
Więc się wziąłeś do rzemiosła.
Filip.
To się na mnie nie pokaże!
Wszakżem uczon w pańskiej szkole:
Na niepewne nic nie ważę
I gratyskę zawszą wolę.
Łatka.
Zkądże, serce, ów dziesiątek?
Filip.
Od kart dawać zwyczaj dawny.
Łatka.
Od kart - dziesięć - piękny wziątek!
Akcydensik zatem jawny -
Pokażno mi te dukaty.
Filip.
Ni dziwnego - ot dukaty.
Łatka.
Ważne?
Filip.
Pasir.
Łatka.
Jakże będzie?
Filip.
Co, jak będzie?
Łatka.
Jakoś przecie -
Ów dziesiątek. - Co? - jak? - wszędzie
Człowiek z ludźmi... jakto w świecie -
Ręka rękę... jakoś przecie.
Filip
(chcąc odejść).
Nie mam czasu.
Łatka
(zatrzymując go).
Chcesz mej straty?
Filip.
Co? - Pan Łatka, tak bogaty,
Chciałby dzielić, wsiąść połowę,
Co dniem, nocą, łamiąc głowę,
Biedny sługa gdzie skorzysta?
A to hańba oczywista!
Łatka.
Aj Filipku, hańby niema -
Jeden chętnie pieniądz trzyma,
Drugi chętnie go wyrywa;
I Filipku, serce moje,
Jeśli z tobą się podzielę,
To za moje koszta, znoje. -
Gdym Leona Birbanckiego
Dożywocie kupił sobie,
Chciałem kogoś rozsądnego
Wciąż przy jego mieć osobie,
By uważał należycie
Na szacowne jego zdrowie,
Na, zbyt drogie dla mnie, życie -
By strzegł jakby oka w głowie.
Ciebiem wybrał przez poczciwość
Za zasługi twoje dawne,
Za staranną twą gorliwość,
Z którąś fanty strzegł zastawne;
I pomimo przeszkód wielu,
Z wielkim kosztem, z wielką pracą,
Tum cię wkręcił, przyjacielu,
Gdzie ci teraz dobrze płacą.
Filip.
Wszak Pan bierzesz procent piąty.
Łatka.
Powinienbyś dać dziesiąty.
Jam ci bowiem dał dochody
Co masz teraz - jam cię wprzódy
Oporządził jak panicza.
Filip.
Oporządził? - Wolne żarty.
Łatka.
Wszakżem czapkę dał z kutasem,
Czapkę piękną.
Filip.
Grat obdarty,
Chyba wróble straszyć czasem.
Łatka.
Ale kutas!
Filip.
Piękna czapka.
Łatka.
Ale kutas!...
Filip
(ironicznie).
Luba! miła!
I cóż miałem z tego datku?
Łatka.
Ale kutas, kutas, bratku...
Filip.
Cóż u diabła z tym kutasem!...
Łatka.
I podszewka niezła była. -
Dałem także łokci parę
Pięknej frandzli.
Filip.
Strzępki stare!
Łatka.
Piękną umbrę.
Filip.
Tęgie zyski!
Łatka.
Piękne buty.
Filip.
Jeden tylko.
Łatka.
Jeden? - może - lecz paryzki.
Dałem szlafrok w piękne kwiaty.
Filip.
Diablem wyszedł więc bogaty
Z pańskiej służby w szóstym roku:
W jednym bucie i szlafroku.
Łatka.
Lecz nie o tém teraz mowa -
Kiedym kupił dożywocie...
Filip.
Kupił? kupił? - wydarł, Panie.
Łatka.
Aj, Filipku, serce moje!
Wstrzymaj trochę ostre słowa. -
Wydarł! wydarł! W tym kłopocie,
Żem przepłacił moje zdanie.
Filip.
Ja się także tego boję.
Ale czemu imie cudze
Pan kładł w kontrakt, a nie swoje?
Łatka.
Co do tego memu słudze?
Filip.
I dla czego tak troskliwie
Przed Birbanckim Pan to kryje:
Dożywocie teraz czyje?
Kto nabywcą jest właściwie
By uniknąć ztąd napaści.?
Łatka.
Diable rogi rosną Waści.
Filip.
Niech na zdrowie rosną sobie.
Lecz by Pana już nie bodły,
Rzucam służbę i zysk podły;
Birbanckiego niech w chorobie
Już kto inny ma w opiece. -
Łatka.
Co? w chorobie? - Alboż chory?
Po doktora zaraz lecę.
Filip.
Nie pomogą mu doktory.
Łatka.
Cóż mu, cóż mu? ledwie stoję!
Filip
(obojętnie).
Co? - suchoty pewne.
Łatka.
Nieba!
Filip.
Żyła w piersiach pęknie.
Łatka.
Pęknie?
Żyła? w piersiach?
Filip.
Jęknie, stęknie -
I już po nim.
Łatka.
I już po nim!
Filip.
Z nim jak z jajkiem teraz trzeba.
Łatka.
Biegnę, pędzę po doktora -
To mi czasy! to mi pora!
Filip
(sam).
Skąpcze! sknero! drabie! czarcie!
Mam przy twojém stać na warcie,
A nie skubnąć kiedy mogę!
Chyba byłbym bez sumienia. -
Ale czas też i mnie w drogę,
Bo się diable wiatr odmienia:
U mnie kieska, - u mnie sprzęty,
A Birbancki, dobra dusza,
Jak cytryna wyciśnięty,
Wkrótce beknie Tadeusza. -