Dramat na polowaniu (Z notatek sędziego śledczego)
- Mąż zabił swoją żonę! Ach, jakiż pan głupi! Proszę mi wreszcie podać cukier!
Krzyk ten obudził mnie. Przeciągnąłem się i poczułem we wszystkich członkach jakąś ociężałość, słabość... Można odleżeć sobie rękę i nogę, ale tym razem wydawało mi się, że odleżałem sobie całe ciało od stóp do głów. Nie krzepiąco, lecz osłabiająco działa poobiedni sen w dusznej, suchej atmosferze, wśród brzęku much i komarów. Rozbity i zlany potem wstałem i podszedłem do okna. Była szósta wieczorem. Słońce stało jeszcze wysoko i paliło z tą samą siłą co trzy godziny temu. Do zachodu i chłodu pozostawało jeszcze dużo czasu.
- Mąż zabił swoją żonę!
- Przestałbyś fantazjować, Iwanie Diemianyczu! - powiedziałem, lekko pstrykając Iwana Diemianycza w nos. - Mężowie zabijają swoje żony tylko w powieściach i pod zwrotnikami, gdzie wrą afrykańskie namiętności, mój kochany. My musimy się zadowolić takimi okropnościami, jak kradzieże z włamaniem albo ukrywanie się przed policją z cudzym paszportem.
- Kradzieże z włamaniem... - wycedził przez swój haczykowaty nos Iwan Diemianycz. - Ach, jakiż pan głupi!
- Ale cóż robić, mój kochany? Alboż to nasza, ludzi, wina, że mózg nasz ma swoje granice? Zresztą, Iwanie Diemianyczu, to żaden grzech być głupcem przy takiej temperaturze. Z ciebie, na przykład, wielki mądrala, ale i tobie mózg się rozmiękczył i stępiał od tego upału.
Papuga moja zwie się nie byle jak, lecz Iwan Diemianycz. Imię to otrzymała zupełnie przypadkowo. Pewnego razu służący mój Polikarp, czyszcząc jej klatkę, zrobił nagle odkrycie, bez którego mój szlachetny ptak nie zostałby Iwanem Diemianyczem... Leniucha raptem ni stąd, ni zowąd olśniła myśl, że dziób mej papugi podobny jest do nosa naszego wiejskiego sklepikarza Iwana Diemianycza, i od tej chwili papuga została na zawsze obdarzona imieniem i patronimikiem długowłosego sklepikarza. Za sprawą Polikarpa cała wieś przechrzciła osobliwego ptaka na Iwana Diemianycza. Z woli Polikarpa ptak znalazł się wśród ludzi, a sklepikarz utracił swe właściwe nazwisko i do końca swych dni figurować będzie w ustach wioski jako "papuga sędziego śledczego".
Iwana Diemianycza kupiłem od matki mojego poprzednika, sędziego Pospiełowa, zmarłego krótko przed moją nominacją. Kupiłem go wraz ze starymi dębowymi meblami, rupieciami kuchennymi i całym w ogóle gospodarstwem, jakie zostało po nieboszczyku. Ściany mego mieszkania dotychczas zdobią fotografie jego krewnych, a nad moim łóżkiem wciąż jeszcze wisi portret samego gospodarza. Nieboszczyk, chudy, żylasty jegomość o rudych wąsach i wydatnej dolnej wardze, tkwi z wybałuszonymi oczyma w wyblakłej orzechowej ramie i ani na chwilę nie spuszcza ze mnie oczu, gdy sobie leżę na jego łóżku... Nie zdjąłem ze ścian ani jednego obrazka, krótko mówiąc, zostawiłem mieszkanie takim, jakim je zastałem. Jestem zbyt leniwy na to, by się kłopotać o komfort, i pozwalam wisieć na moich ścianach nie tylko nieboszczykom, ale nawet żyjącym, jeśli tylko tego sobie życzą[1].
Iwanowi Diemianyczowi było tak samo duszno jak mnie. Stroszył pióra, rozpościerał skrzydła i głośno wykrzykiwał zdania, których się wyuczył od mego poprzednika Pospiełowa i Polikarpa. By rozproszyć jakoś poobiednią nudę, usiadłem przed klatką i jąłem obserwować ruchy papugi usilnie szukającej i nieznajdującej wyjścia z tej męczarni, jakiej przysparzały jej zaduch i pasożyty gnieżdżące się w upierzeniu... Biedaczka miała wygląd bardzo nieszczęśliwy...
- A o której to raczy się budzić? - doleciał do mnie czyjś bas z przedpokoju...
- Jak kiedy! - odpowiedział Polikarp. - Czasami o piątej się obudzi, a czasem to i do rana chrapie... Wiadomo, nie ma co robić...
- A wyście jego kamerdyner?
- Służący. No, nie przeszkadzaj mi, cicho bądź... Nie widzisz, że czytam?
Zajrzałem do przedpokoju. Na wielkim czerwonym kufrze wylegiwał się mój Polikarp i, jak zwykle, czytał jakąś książkę. Utkwiwszy swe nigdy niemrugające oczy w książce, poruszał wargami i chmurzył się. Widać drażniła go obecność osoby obcej - wysokiego, brodatego chłopa stojącego przed kufrem i po żołniersku wyprostowanego jak struna. Polikarp przybrał niezadowolony wyraz twarzy i, nie odrywając oczu od książki, uniósł się z wolna.
- Czego chcesz? - zwróciłem się do chłopa.
- Ja od hrabiego, proszę wielmożnego pana. Pan hrabia kazał się kłaniać i prosił pana zara do siebie, ale to już...
- Czyżby hrabia przyjechał? - zdziwiłem się.
- Tak jest, wielmożny panie... Wczoraj w nocy raczył przyjechać... Oto list, proszę łaskawego pana...
- Znów go diabli przynieśli! - odezwał się mój Polikarp. - Dwa lataśmy spokojnie sobie bez niego żyli, a ten znowu cały powiat w chlewnię zamieni. Znowu się wstydu nałykamy.
- Milcz, nikt cię o zdanie nie pyta.
- A mnie nie trzeba pytać... Sam powiem. Znowu zacznie pan przyjeżdżać od niego niemożebnie schlany i kąpać się w jeziorze, jak pan stoi, w całym ubraniu... A ty, człowieku, potem czyść! Trzech dni nie starczy na to czyszczenie!
- Co hrabia teraz robi? - zapytałem chłopa.
- Do obiadu zasiąść raczył, kiedy mnie do wielmożnego pana posyłał... Rybki raczył łowić w basenie... Co wielmożny pan rozkaże odpowiedzieć?
Rozpieczętowałem list i przeczytałem, co następuje:
"Mój miły Lecoq! Jeżeliś jeszcze żyw, zdrów i cały i nie zapomniałeś o swoim pijaniusieńkim przyjacielu, to nie tracąc ani chwili, wdziej szaty i mknij do mnie. Przyjechałem dopiero zeszłej nocy, a już umieram z nudów. Niecierpliwość, z jaką czekam na Ciebie, nie ma granic. Chciałem sam do Ciebie zawitać i zabrać Cię do swego legowiska, ale upał sparaliżował wszystkie moje członki. Nie ruszam się z miejsca i chłodzę się wachlarzem. Jak Ci się wiedzie? Jak się miewa Twój przemądry Iwan Diemianycz? Czy wciąż jeszcze wojujesz ze swym pedantem Polikarpem? Przyjeżdżaj jak najprędzej i opowiedz.
Twój A.K."
Nie musiałem patrzeć na podpis, by w grubych literach brzydkiego charakteru pisma rozpoznać pijaną, rzadko piszącą rękę mego przyjaciela, hrabiego Aleksego Karniejewa. Zwięzłość listu, jego efektowna filuterność i swada świadczyły, że mój nie nazbyt rozgarnięty przyjaciel sporo podarł papieru listowego, zanim wysmażył tę epistołę.
W liście brakowało zaimka "który" i starannie pominięto w nim imiesłowy - jedno i drugie rzadko się hrabiemu udawało.
- Co wielmożny pan rozkaże odpowiedzieć? - powtórzył chłop.
Nie od razu odpowiedziałem na to pytanie, zresztą każdy szanujący się człowiek na moim miejscu zastanowiłby się. Hrabia lubił mnie i narzucał się ze swą przyjaźnią, ja zaś nie żywiłem względem niego żadnych serdecznych uczuć, a nawet nie lubiłem go; toteż uczciwiej byłoby wprost i raz na zawsze odrzucić jego przyjaźń, niźli jechać do niego i zachowywać się wobec niego obłudnie. W dodatku wizyta u niego równoznaczna była z rozpoczęciem na nowo życia, które mój Polikarp nazwał "chlewnią" i które dwa lata temu, przed odjazdem hrabiego do Petersburga, nadszarpnęło mój silny organizm i zdrowie i wyjałowiło mózg. To chaotyczne, niesamowite życie, pełne najdziwniejszych pomysłów i pijackiej rozpusty, nie zdołało jeszcze mocno nadwerężyć mego organizmu, natomiast uczyniło mnie znanym w całej guberni... Stałem się popularny...
Rozsądek ujawniał najprawdziwszą prawdę, rumieniec wstydu za niedawną przeszłość oblewał całą mą twarz, serce ściskało się ze strachu na samą myśl, że nie starczy mi odwagi, by wyrzec się jazdy do hrabiego, ale moje wahania nie trwały długo. Zmagałem się ze sobą zaledwie krótką chwilkę.
- Kłaniaj się hrabiemu - rzekłem do posłańca - i podziękuj za pamięć... Powiedz, że jestem zajęty i że... Powiedz, że ja...
I w tej samej chwili, kiedy miałem już wyrzec stanowcze "nie", nagle owładnęło mną przygnębiające uczucie... Człowieka młodego, pełnego życia, sił i pragnień, rzuconego wolą losu do zapadłej wioski ogarnęło uczucie smutku, samotności...
Przypomniałem sobie ogród hrabiego z rozkosznym chłodem jego oranżerii i półmrokiem wąskich zapuszczonych alejek... Alejki te, ukryte gęstwą liści przed słońcem, osłonięte splątanymi gałęziami starych lip, dobrze mnie znają... Znają i kobiety, które szukały mej miłości i cienia... Przypomniał mi się piękny salon z rozkosznie rozleniwiającymi pluszowymi kanapami, ciężkimi kotarami i miękkimi jak puch dywanami, które tak lubią młode, zdrowe zwierzęta... Przypomniały mi się wszystkie moje pijackie szaleństwa, pełne szatańskiej dumy i pogardy dla życia. I wielkie moje ciało, znużone snem, znów zapragnęło ruchu...
- Powiedz, że przyjadę!
Chłop ukłonił się i wyszedł.
- Gdybym wiedział, tobym go nie wpuścił! - warknął Polikarp, szybko i bezmyślnie kartkując książkę.
- Rzuć książkę i idź osiodłać Zorkę! - rzekłem surowym tonem. - Tylko prędzej!
- Prędzej... A jużci, niezawodnie... Już pędzę... Żeby to jeszcze w interesie jakim, a to przecież jedzie diabłu rogów utrzeć.
Było to powiedziane półszeptem, ale tak, bym dosłyszał. Lokaj, wyszeptawszy te impertynencje, wyprężył się z pogardliwym uśmieszkiem, czekając na moją reakcję, ale udałem, że nic nie słyszę. Milczenie jest najlepszą i najskuteczniejszą bronią w starciach z Polikarpem. To wzgardliwe puszczanie mimo uszu jego zuchwałych i zjadliwych słów rozbraja go i pozbawia gruntu pod nogami. Jest dotkliwszą karą niźli cios w kark lub stek wyzwisk... Kiedy Polikarp wyszedł na dwór siodłać Zorkę, zajrzałem do książki, którą przeszkodziłem mu czytać... Był to Hrabia Monte Christo, okropna powieść Dumasa... Mój kulturalny dureń czyta wszystko od szyldów szynkowych do Augusta Comte'a, leżącego w moim kufrze z innymi nieczytanymi przeze mnie, zapomnianymi książkami, lecz spośród wszystkiego, co zostało napisane i wydrukowane, uznaje tylko romanse z "wyższych sfer" z truciznami i podziemnymi przejściami, resztę poczytuje za "bzdurę". O jego lekturach wypadnie jeszcze kiedyś porozmawiać, a teraz - w drogę!
W kwadrans później kopyta mojej Zorki wzniecały już kurz na drodze prowadzącej ze wsi do dworu hrabiego. Słońce zbliżało się już ku zachodowi, ale upał i duchota wciąż dawały o sobie znać... Rozpalone powietrze było nieruchome i suche, mimo że droga moja biegła brzegiem ogromnego jeziora... Z prawej strony rozpościerała się masa wodna, z lewej cieszyło oczy młode, wiosenne listowie dębowego lasu, a tymczasem policzki płonęły mi jak na pustyni.
"Będzie burza!" - pomyślałem, marząc o porządnej, zimnej ulewie...
Jezioro cicho spało. Nie powitało mnie ani jednym dźwiękiem, jedynie pisk młodej kurki wodnej naruszał grobowe milczenie znieruchomiałego olbrzyma. Słońce przeglądało się w nim jak w wielkim zwierciadle i oślepiającym światłem zalewało całą jego powierzchnię od drogi do dalekiego brzegu. Oślepionym oczom zdawało się, że cała przyroda czerpie swoje światło nie od słońca, lecz od jeziora.
Od skwaru zamarło również bujne życie jeziora z jego zielonymi brzegami... Pochowało się ptactwo, nie pluskały się ryby, cicho czekały na ochłodę pasikoniki i świerszcze. Dokoła była pustka. Jedynie z rzadka wpadałem w gęstą chmurę nadbrzeżnych komarów, a w dali na jeziorze kołysały się trzy czarne łódeczki starego Michieja, naszego rybaka dzierżawiącego całe jezioro.
Jechałem nie po linii prostej, lecz po łuku, jaki tworzył brzeg okrągłego jeziora. Po linii prostej można płynąć tylko łodzią, jadący zaś lądem robią duży krąg i nakładają około ośmiu wiorst. Przez cały czas jazdy widziałem przeciwległy gliniasty brzeg, nad którym bielało pasemko kwitnącego czereśniowego sadu, spoza czereśni widniała hrabiowska stodoła, którą obsiadły różnobarwne gołębie, i bielała mała dzwonnica hrabiowskiej cerkwi. Na gliniastym brzegu znajdował się domek kąpielowy obity żaglowym płótnem, na barierach suszyły się prześcieradła. Widziałem to wszystko, oczom moim zdawało się, że dzieli mnie od mego przyjaciela-hrabiego zaledwie wiorsta, a tymczasem, by dotrzeć do hrabiowskiego dworu, musiałem jeszcze pokonać szesnaście wiorst.
Po drodze myślałem o moich dziwnych stosunkach z hrabią. Powinienem sobie zdać z nich dokładnie sprawę, lecz - niestety! - wydawało mi się to zadaniem ponad siły. Ilekroć o tym myślałem, cokolwiek postanawiałem, w końcu zawsze dochodziłem do wniosku, że słabo znam siebie i ludzi w ogóle. Ci, którzy znali mnie i hrabiego, różnie komentowali nasze wzajemne stosunki. Zakute łby niewidzące dalej swego nosa lubią utrzymywać, że sławetny hrabia widział w "biednym i niepozornym sędzim śledczym" pachołka i kompana od kieliszka. Kreślący te słowa, ich zdaniem, płaszczył się i poniżał przed hrabią dla nędznych okruchów i ogryzków, które ten mu dawał ze swego pańskiego stołu! W ich mniemaniu sławny bogacz, postrach i obiekt zawiści całego N-skiego powiatu był bardzo mądry i liberalny; w przeciwnym wypadku trudno byłoby pojąć jego łaskawe względy i przyjaźń, jaką obdarzał ubogiego sędziego śledczego oraz ów szczery liberalizm, który znieczulił hrabiego na to, że go tykam. Ludzie zaś mądrzy tłumaczyli bliskie nasze stosunki wspólnotą potrzeb duchowych. Ja i hrabia jesteśmy rówieśnikami. Obaj ukończyliśmy ten sam wydział na jednym i tym samym uniwersytecie, obaj jesteśmy prawnikami i obaj bardzo niewiele wiemy; ja coś niecoś jeszcze pamiętam, hrabia zaś zapomniał i utopił w alkoholu wszystko, co kiedyś wiedział. Obaj jesteśmy zarozumiali i obaj z sobie tylko znanych powodów niczym dzikusy unikamy towarzystwa. Obaj nie dbamy o opinię publiczną (tzn. N-skiego powiatu), obaj jesteśmy amoralni i obaj źle skończymy. Takie oto łączą nas "potrzeby duchowe". Nic ponadto nie potrafią powiedzieć o tych stosunkach znający nas ludzie.
Powiedzieliby oczywiście więcej, gdyby wiedzieli, jak słabym i uległym charakterem obdarzony jest hrabia i jak silny i krzepki jestem ja. Wiele by mogli powiedzieć, gdyby wiedzieli, jak lubił mnie ten płytki człowiek i jak ja go nie lubiłem! On pierwszy zaproponował mi swą przyjaźń i ja pierwszy powiedziałem mu "ty", lecz z jaką różnicą w tonie! Objął mnie w przypływie serdeczności, objął mnie i nieśmiało poprosił o przyjaźń - ja zaś, ogarnięty uczuciem pogardy i odrazy, rzekłem doń:
- Przestałbyś pleść bzdury!
To pierwsze "ty" potraktował jako wyraz przyjaźni, odwdzięczając mi się "ty" szczerym i braterskim...
Tak, zrobiłbym lepiej i uczciwiej, gdybym zawrócił Zorkę i pomknął z powrotem do Polikarpa i Iwana Diemianycza.
Później myślałem nieraz: iluż nieszczęść bym uniknął i ileż dobra przysporzył swoim bliźnim, gdybym tego wieczoru zdobył się na zawrócenie lub gdyby moja Zorka zbiesiła się i poniosła mnie jak najdalej od tego strasznego, wielkiego jeziora! Ileż dręczących wspomnień nie uciskałoby teraz mego mózgu i nie zmuszałoby mej ręki do odkładania co chwila pióra i chwytania się za głowę! Nie będę jednakowoż wybiegać naprzód, tym bardziej że w przyszłości wypadnie mi jeszcze wiele razy zatrzymać się na sprawach gorzkich. A teraz pomówmy o czymś wesołym...
Moja Zorka wniosła mnie w bramę hrabiowskiego dworu. Przy bramie potknęła się i straciwszy równowagę, omal nie wyleciałem z siodła.
- Zły znak, jaśnie panie! - zawołał jakiś chłop stojący u wrót długich hrabiowskich stajen.
Wierzę w to, że człowiek, który spadł z konia, może skręcić kark, ale nie wierzę w znaki prorocze. Rzuciłem chłopu wodze i otrzepawszy szpicrutą kurz z botfortów, pobiegłem do domu. Nikt nie wyszedł mi na spotkanie. Okna i drzwi w pokojach były otwarte na oścież, ale mimo to w powietrzu unosił się ciężki, dziwny zapach. Była to mieszanina zapachu starych, niezamieszkanych pokojów z przyjemnym, ale ostrym zapachem roślin cieplarnianych, niedawno przeniesionych z oranżerii do pokojów... W salonie, na jednej z kanap obitych jasnoniebieskim jedwabiem leżały dwie zmiętoszone poduszki, przed kanapą na okrągłym stole zobaczyłem szklankę z kroplami płynu na dnie, z której unosił się zapach mocnego balsamu ryskiego. Wszystko to świadczyło o tym, że dom jest zamieszkany, lecz, obszedłszy wszystkie jedenaście pokojów, nie spotkałem żywej duszy. W domu panowała taka sama pustka jak dokoła jeziora...
Z tak zwanego "mozaikowego" salonu prowadziły do ogrodu duże oszklone drzwi. Otworzyłem je z hałasem i przez marmurowy taras zszedłem do ogrodu. Po przejściu kilku kroków aleją napotkałem dziewięćdziesięcioletnią staruszkę Nastasję, która piastowała niegdyś hrabiego. Była to maleńka, pomarszczona, zapomniana przez śmierć istota o łysej głowie i świdrujących oczkach. Kiedy patrzyło się na jej twarz, mimo woli przychodziło na myśl przezwisko, jakie nadała jej czeladź: "Syczicha"[2]... Ujrzawszy mnie, drgnęła i omal nie upuściła szklanki ze śmietaną, którą niosła, trzymając w obu rękach.
- Jak się masz, "Syczicho"! - rzekłem do niej.
Spojrzała spode łba i minęła mnie w milczeniu... Ująłem ją za ramię.
- Nie bój się, głupia... Gdzie hrabia?
Starucha wskazała na swoje uszy.
- Głucha jesteś? Od kiedy?
Starucha mimo swego sędziwego wieku świetnie widzi i słyszy, ale uważa za stosowne narzekać na swe organa zmysłów... Pogroziłem jej palcem i kazałem odejść.
Zrobiwszy jeszcze kilka kroków, usłyszałem głosy, a po chwili zobaczyłem także ludzi. W miejscu, gdzie aleja poszerzała się, tworząc placyk okolony ławeczkami, w cieniu wysokich białych akacji znajdował się stół, na którym lśnił samowar. Przy stole toczyła się rozmowa. Podszedłem bezszelestnie do placyku i schowawszy się za krzakiem bzu, jąłem szukać oczyma hrabiego. Przyjaciel mój, hrabia Karniejew, siedział przy stole na wyplatanym krześle i pił herbatę. Ubrany był w kolorowy szlafrok, ten sam co przed dwoma laty, i słomkowy kapelusz. Twarz miał zatroskaną, skupioną, pomarszczoną, tak że ktoś, kto go nie znał, mógłby pomyśleć, że dręczy go w danej chwili jakaś doniosła myśl, troska... Zewnętrznie hrabia nie zmienił się nic a nic w ciągu naszej dwuletniej rozłąki. To samo drobne ciałko, rachityczne i cherlawe jak ciało chruściela. Ta sama maleńka rudawa główka na wąskich gruźliczych ramionach. Nosek jak dawniej różowy, policzki jak dwa lata temu zwisają niczym dwa gałganki. Na twarzy żadnego śladu odwagi, siły, męstwa... Wszystko słabe, apatyczne i ociężałe. Budzą podziw jedynie duże zwisające wąsy. Mojemu przyjacielowi ktoś powiedział, że mu do twarzy z długimi wąsami. Uwierzył i teraz codziennie rano sprawdza, o ile urosło mu owłosienie nad bladymi wargami. Z tymi wąsami przypomina wąsatego, bardzo młodego i cherlawego kociaka.
Obok hrabiego siedział za stołem jakiś nieznany mi tęgi jegomość. Miał dużą ostrzyżoną głowę i bardzo czarne brwi, twarz nalaną i lśniącą jak dojrzały melon, wąsy dłuższe niż hrabia, czoło niskie, wargi zaciśnięte, oczy leniwe, utkwione w niebo... Rysy twarzy rozlane, a jednocześnie ostre jak wyschnięta skóra. Typ nie rosyjski... Grubas był bez surduta i kamizelki, w samej koszuli, na której ciemniały mokre od potu plamy. Pił nie herbatą, lecz wodę selcerską.
W dość znacznym oddaleniu od stołu stał tęgi przysadzisty człeczyna o czerwonym, grubym karku i odstających uszach. Był to rządca hrabiego, Urbienin. Z okazji przyjazdu dziedzica wystroił się w nowy garnitur i przeżywał teraz męki. Pot strumieniem spływał po jego czerwonej, ogorzałej twarzy. Obok rządcy stał chłop, który jeździł do mnie z listem. Dopiero teraz zauważyłem, że chłop miał tylko jedno oko. Wyprężony jak struna, stał bez ruchu niczym posąg i czekał na rozkazy.
- Należałoby cię, Kuźmo, porządnie sprać tą twoją nahajką - skandował swym surowym basem rządca. - Jak można tak niedbale wykonywać pańskie rozkazy? Miałeś prosić, by raczył się pofatygować tu natychmiast, i dowiedzieć się, kiedy raczy przybyć.
- Tak, tak, tak... - denerwował się hrabia. - Miałeś o wszystko się zapytać! Powiedział: będę! Ależ to za mało! Potrzebny mi jest już, teraz! O-bo-wiąz-ko-wo teraz! Prosiłeś go, a on ciebie nie zrozumiał!
- Na co ci on jest tak potrzebny? - zapytał hrabiego grubas.
- Muszę się z nim zobaczyć!
- Tylko tyle? A według mnie, Aleksy, ten twój sędzia śledczy lepiej by zrobił, gdyby dzisiaj posiedział sobie w domu. Nie mam ochoty na gości.
Zrobiłem wielkie oczy. Co oznaczał ten ton, to władcze "nie mam ochoty"?
- Ależ to przecież nie gość! - rzekł błagalnym głosem mój przyjaciel. - Nie zakłóci ci odpoczynku. Nie musisz sobie z nim robić ceremonii! Zobaczysz, co to za człowiek! Z pewnością go polubisz i zaprzyjaźnisz się z nim, kochaneczku!
Wyszedłem zza krzaków bzu i zbliżyłem się do stołu. Hrabia zobaczył mnie i na jego rozpromienionej twarzy zaigrał uśmiech.
- Otóż i on! Otóż i on! - zawołał, rumieniąc się z zadowolenia i wyskakując zza stołu. - Jak to miło z twojej strony!
Podbiegł do mnie, podskoczył, objął mnie i swymi szorstkimi wąsami kilkakrotnie podrapał mój policzek. Po pocałunkach nastąpiły uściski dłoni i wpatrywanie się w oczy...
- A ty, Sergiuszu, nic a nic się nie zmieniłeś! Wciąż taki sam! Ciągle piękny i silny! Dziękuję ci, żeś zechciał przyjechać!
Uwolniwszy się z objęć hrabiego, przywitałem się z rządcą, moim dobrym znajomym, i usiadłem przy stole.
- Ach, kochaneczku! - ciągnął podniecony i uradowany hrabia. - Gdybyś wiedział, jaką rozkosz mi sprawia twoje poważne oblicze. Pozwól, że ci przedstawię mego dobrego przyjaciela Kajetana Kazimirowicza Przechockiego. A to - ciągnął, wskazując mnie grubasowi - mój dobry stary przyjaciel Sergiusz Pietrowicz Zinowiew. Tutejszy sędzia śledczy...
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
[1] Czytelnicy zechcą wybaczyć mi podobne wyrażenia. Obfituje w nie opowieść nieszczęsnego Kamyszewa i jeśli ich nie wykreśliłem, to tylko dlatego, że uznałem za stosowne, gwoli właściwej chatrakterystyki autora, wydrukować jego opowieść in toto - A.Cz.
[2] Sycz (ros.) - sowa; w przenośni człowiek ponury, niemiły, nietowarzyski (przyp. tłum.).