Rozdział 1: Ogień i piorun
Oliver, drobny chłopak w wytartych, za dużych łachmanach, opowiadał krótką historię swojego pirackiego żywota:
- Wszystko zaczęło się pewnego słodkiego, słonecznego popołudnia, spędzonego z prześliczną dziewczyną z dobrego domu w łóżku jej własnych rodziców. Była piękna, miała pukle jak złoto i wielkie niebieskie oczy. Nie wiem, dlaczego się mną zainteresowała, ale wiem, że polubiła moje umiejętności.
Słuchający opowieści piraci roześmiali się głośno. Oliver sam miał wielkie, niebieskie oczy, które mogły łamać serca głupiutkich ślicznotek, ale w umiejętności szczyla nikt nie wierzył. Oliver nie potrafił jeszcze nawet zapuścić wąsa, a krótko zgolone jasne włosy leżały mu na głowie miękko jak mokre glony.
- Powiedzmy, że jej ojciec, bardzo ważny kupiec, nie polubił mojej obecności w swoim łożu - dokończył Oliver, niezrażony nagłym wybuchem wesołości. - A jeszcze bardziej mojej obecności w swojej córce!
Załoga zarechotała znowu jednym głosem, zarówno z rozbawieniem, jak i pewną tęsknotą. Bezkres ciągnął się nieskończenie na wszystkie strony świata, a na pełnym morzu łatwo zapomnieć istnienie lądu. Mogły minąć miesiące nim Syrena zawinie w pobliże zamtuza.
- I dlatego, moi drodzy przyjaciele, uciekłem w panice z Bayportu i wybłagałem u Kapitana Ciernia miejsce na naszej pięknej Syrenie! - zakończył głośno Oliver, by przebić się przez hałaśliwe rozbawienie.
- Nie wiemy jeszcze tylko, czemu gówno potrafisz! - zawołał Stary Miles, powodując nowy wybuch wesołości.
Oliver uśmiechnął się, krzywo i łobuzersko. Nie odpowiedział, tylko efektownym ruchem przerzucił nogę przez skraj hamaka i zagłębił się w niego. Nasunął na oczy pomięty, brudny, znaleziony chyba w gardle zdechłego psa kapelusz i zarzucił na siebie wilgotny, szary koc. W brzuchu Syreny wszystko było wilgotne i wszystko smakowało solą.
Hugo Sever, który w przeciwieństwie do młodego Olivera wiedział o statkach znacznie więcej niż gówno, był świadomy że na każdym okręcie tego świata wszystko jest mokre i słone. Zimno, ból, ciężka praca i nędzny pieniądz splatały codzienność, czy to pod jarzmem szlachetnego kapitana Bezkresnej Kompanii, czy wśród pirackiego ścierwa. Mimo wszystko, Hugo współczuł dzieciakowi, który swoją żeglarską karierę zaczął od Syreny. Życie pirata zazwyczaj należało do krótkich. Zwłaszcza pirata zielonego jak świeża trawa.
Hugo już nie obchodziło, co się z nim stanie, ponieważ on też kiedyś znał dziewczynę. Ta jego była ruda i nie miała nic wspólnego z ludźmi ważnymi bądź dobrze sytuowanymi. Pracowała jako dziwka w podłym portowym przybytku. Zakochany bez pamięci Hugo zarobił na morzu dość, by spłacić jej dług wobec burdelmamy.
Madame Amy zgodziła się na wykup, ale gdy Hugo wrócił z pieniędzmi, Ruda Christina nie żyła. Madame Amy powiedziała, że jeden z klientów pobił dziewczynę tak mocno, że nie przeżyła pęknięcia czaszki. Hugo cały wieczór i noc przesiedział na cmentarzu nad wspólnym grobem dla nędzarzy, gdzie ją podobno złożono. Trzy miesiące przepijał swój niewielki majątek i czekał, aż do portu zawinie Cycata Dziewica. Potwierdził osobę mordercy z Madame Amy i następnego dnia zasztyletował go przed najgłośniejszą tawerną w mieście.
Od tamtego mordu minęło dziesięć lat. Każdy kolejny miesiąc coraz wyraźniej zamazywał wspomnienia. Niekiedy Hugo nie mógł już przypomnieć sobie twarzy Rudej Christiny, nie wiedział, czy nos miała zadarty czy garbaty, gdzie wykwitły piegi na jej policzkach i czy jej oczy były niebieskie, szare czy zielone. Ale ciągle pamiętał rudą falę jej włosów i jak rozkosznie szeptała mu do ucha swoje zapewnienia o miłości. Czasem chciał wierzyć, że szczere. Innym razem, wręcz przeciwnie, wolałby żeby powtarzała je wszystkim za tę garść grosza, którą ustalono jako cenę jej ciała. Może świadomość, że nie wydarto Hugowi czegoś prawdziwego, pomagała?
Stary Miles potrącił go, idąc do swojego hamaka i to wyrwało Huga z zamyślenia. Ciasna, oświetlona dymiąca, tłuszczową lampą kajuta wypełniała się pochrapywaniem i skrzypieniem materiału. Hugo uniósł się trochę i wyciągnął spod siebie do połowy opróżnioną butelkę. Ostry, słodki i ciężki smak rumu wypełnił jego usta.
Zobaczył kątem oka ruch. To Oliver sięgał z hamaka obok. Dłoń miał brudną, ale delikatną jak niemowlak. Kapelusz leżał teraz na jego brzuchu.
- Czy ty, chłopcze, chociaż umiesz trzymać szablę? - spytał Hugo, nim podał mu butelkę.
- Nie za bardzo - przyznał Oliver. - Widzisz, na ulicach Bayportu polegałem na szybkości i przebiegłości. Zwłaszcza tej drugiej mi nie brakuje.
- Każdy jest pewien siebie, dopóki żołnierz Kompanii nie wybije mu wszystkich zębów kolbą - powiedział Hugo. - Chcesz dobrej rady, dzieciaku? Uciekaj, gdy tylko znajdziemy jakiś stały ląd, o ile tego dożyjesz. Kapitan Cierń nie będzie cię ścigał. Tutaj, na morzu, zdechniesz.
Oliver pociągnął łyk z butelki i chociaż próbował to nieudolnie zamaskować, skrzywił się na obrzydliwy smak podłego trunku.
- To może mnie naucz walczyć? - zapytał, oddając butelkę.
- Kto ma na to czas, dzieciaku? - mruknął Hugo. - Poza tym, spójrz na siebie.
Jesteś chudy jak trzcina. Widziałem jak ci idzie z linami. Pewnie ta dziewka, którą wyruchałeś, miała więcej siły w udach niż ty w ramionach.
Oliver zachichotał i podłożył ręce pod głowę. Wpatrywał się w sufit i chociaż na twarzy miał łobuzerski grymas, Hugo widział w świetle lampki jak szklą się jego oczy.
- Miała trochę siły w udach - przyznał tęsknie.
- Ja też zostałem piratem przez babę - powiedział Hugo. - I to przez więcej niż chwilę uciechy. Uwierz mi, że nie warto tak żyć.
- Sam nie wiem - rzekł z namysłem Oliver. - Jest tak wiele rzeczy na Bezkresie...
- Szkorbut i pchły?
- Nowe lądy. Egzotyczne miejsca. Dzikie plemiona. Skarby.
- Lądy i miejsca pełne jadowitych pająków i jeszcze bardziej jadowitych ludzi. Plemiona, które cię zeżrą i ich skarby, czyli zakopane czaszki tych, których już zeżarli.
- Wolność.
Hugo zaśmiał się, głucho i ponuro.
- Nie ma tu wolności - zapewnił. - Tylko przetrwanie, a na nie trzeba sobie zasłużyć. Ty nie wyglądasz, jakbyś był w stanie.
Oliver nie odpowiedział, ale usta zadrżały mu lekko.
- Powiedz to - rzekł Hugo. - Jesteśmy na morzu od dwóch tygodni. Jest oczywiste, że tęsknisz za domem. Wszyscy i tak słyszą, kiedy łkasz w nocy.
Zobaczył na twarzy młodego rzezimieszka gniew, ale jeśli Oliver chciał coś powiedzieć, to nie zdążył. Nad ich głowami, przez wszystkie pokłady, rozbrzmiał hałaśliwy alarmowy dzwon. Blaszany, metaliczny dźwięk niósł się ponad szum fal i skrzypienie desek, ponad głosy i pochrapywania, ponad przekleństwa i okrzyki.
Oliver prawie wypadł z hamaka. Hugo podniósł się ostrożniej i sięgnął po swoją szablę. Miał wrażenie, że w nozdrzach już czuje żelazisty zapach krwi. Słyszał ten dzwon niezliczoną ilość razy i zawsze oznaczał on rzeź. Ciało Hugo już nie tylko ją antycypowało, ale niemal przeżywało.
Do kajuty wbiegł Roger Smith. Nie liczył sobie więcej lat niż Oliver, jednak w przeciwieństwie do niego dawno zasłużył na miano morskiej wygi. Pływał odkąd umiał chodzić, a przynajmniej tak twierdził. Jego drobne ciało tworzyły trzeszczące mięśnie i spalona słońcem skóra. Teraz był bardzo blady. Jego ciemne oczy błyszczały w trupiobiałej twarzy, okolonej rozwichrzonymi pasmami brązowych włosów.
- Archanioł! - zawołał. - To Gniew Archanioła!
- Bezkresna Matko, miej nas w opiece! - krzyknął zgrzytliwym głosem Stary Miles.
Hugo przepchnął się obok Rogera. Po miękkich od wilgoci i wieku schodach wbiegł na pokład, gdzie cała wachta zgromadziła się przy jednej burcie, patrząc ze zgrozą na morze. Za sobą Hugo słyszał sapanie Olivera, który gnał zobaczyć własną śmierć, błogo tego nieświadomy.
Ogromny okręt z żaglami utkanymi z języków ognia sunął ku nim z wielką szybkością. Ściana czarnych chmur i jeszcze czarniejszych fal piętrzyła się za nim, przeszywana co chwilę białymi żyłami błyskawic. Straszliwy huk, jak ryk samych niebios, zwiastował ten nieuchronny moment, gdy Gniew Archanioła obróci Syrenę w kupę unoszących się na wodzie desek i spuchniętych trupów.
- Co to jest? - zapytał Oliver.
Hugo spojrzał na niego. Chłopak stał z jedną ręką zaciśniętą spazmatycznie na mokrym relingu. Jego paznokcie pękały od siły tego chwytu. Wpatrywał się prosto w Archanioła. Twarz miał poszarzałą, a oczy wielkie i okrągłe. W jego niebieskich tęczówkach odbijały się płomienie, tworzące żagle statku.
- Ach, tak - rzekł cicho Hugo. - Jedna z tych wielu przeklętych rzeczy, które można znaleźć na Bezkresie.
Nie dziwił się szokowi Olivera. Wyspy były bezpiecznymi przystaniami, wolnymi od zjawisk takich jak Gniew Archanioła. Nie dało się na nich sprzedać swojej duszy, znajdowane w morskich głębinach artefakty traciły na stałym lądzie mroczne moce, a bestie zrodzone z chaosu Bezkresu nie zapuszczały się poza nadbrzeża. Jednak na pełnym morzu między magią a człowiekiem stał tylko okręt, skonstruowana rękami śmiertelników łupina z gnijących desek i zardzewiałych gwoździ.
Hugo widział już pusty pokład przeklętego statku. Spojrzał z nadzieją na mostek Syreny i tak jak pragnął ujrzał tam dwie sylwetki.
Kapitan Cierń opierał się o reling, elegancki i szykowny w swoim czarnym odzieniu i trójkątnym, równie czarnym kapeluszu. Gładził długą brodę, tak samo czarną oraz trójkątną. Ciemne jak węgle oczy wbił w zbliżający się statek-widmo. Pani Róża stała obok niego, z rękami skromnie splecionymi na podołku, ubrana w czerwoną suknię. Wiotka, bladoskóra, o spiczastych rysach i rozpuszczonych, burych włosach, kapitańska żona nie nosiła nawet biżuterii. Nic poza najszlachetniejszym jedwabiem, w który się ubierała, nie stanowiło świadectwa jej majątku. Próżność nie imała się tej kobiety o nieciekawej urodzie.
Pani Róża uniosła ręce i jej głos rozbrzmiał jak huk piorunów, jak krzyk samej Bezkresnej Matki, jak wołanie setek głosów.
- Patrz uważnie, chłopcze - powiedział Hugo do zdębiałego Olivera. - Oto magia.
Oliver patrzył, niebieskie oczy miał wielkie jak miniaturowe antylopy, żyjące na niektórych wysepkach, a lęk w jego źrenicach wydał się Hugo jakiś obcy. Nigdy nie widział takiego strachu u nawet najmłodszego mężczyzny. Obok ktoś modlił się do Bezkresnej Matki, ale Hugo nie wydawało się, żeby jakiekolwiek modły mogły pomóc. Los załogi spoczywał w rękach Pani Róży, w rękach wiedźmy, którą poślubił kapitan.
Najpierw w Syrenę uderzył ogromny, twardy dziób Gniewu Archanioła. Rozbrzmiał przeraźliwy huk, trzasnęło drewno, buchnęły drzazgi. Uderzenie pozbawiło wszystkich równowagi. Hugo rąbnął boleśnie o pokład, przetoczył się po nim, podczas gdy nad jego głową runęły w dół czarne chmury.
Magiczny sztorm, który okręt-widmo zawsze ciągnął za sobą, spadł na Syrenę. Fale dźwignęły ją do góry, ciemne chmury wirowały wokół, lodowaty deszcz siekł pokład i pełzającą, skonfundowaną załogę. Jeżeli padły jakieś rozkazy, nie było ich słychać przez wycie wichru. Po chwili grzmoty zaczęły zygzakami przetaczać się na tle skłębionej czerni i Hugo widział już tylko pojedyncze sceny w ich blasku.
Pani Róża trzymała się kurczowo relingu, jej usta otwarte w krzyku, od którego drżała rzeczywistość.
Oliver przetaczał się po pokładzie, rozpaczliwie machał rękami na boki, by chwycić jakąś linę.
Szarpany drgawkami marynarz leżał przy maszcie, o który połamał sobie kręgosłup.
Cień Gniewu Archanioła padł na wirujące wokół chmury.
A potem Syrena nagle wypłynęła z tornada mroku, poszarpane żagle złapały zaskakująco przyjazny wiatr i statek zaczął powoli, niczym ranne zwierzę, oddalać się do miejsca pozornie nieuchronnej zguby.
- Hej! - zawołała Hugo do Olivera, który leżał twarzą na mokrych deskach, rozpaczliwie zaciskając ręce na zerwanej linie, która uratowała go przed stoczeniem się w fale. - Spójrz tylko na to! Przeżyłeś swoją pierwszą przygodę!
Oliver podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć i uśmiechnął się przez łzy.
***
Początkowo sunęli przed siebie, pchani wichrami magii albo szczęścia, albo jednego i drugiego. Hugo podejrzewał raczej magię, zwłaszcza że Gniew Archanioła nie ścigał ich bezlitośnie, jakby stali się dla niego niewidzialni. Na horyzoncie ciągle czerniały burzowe chmury, gdy załoga przystąpiła do oględzin biednej Syreny. Roger Smith zabrał do pomocy Olivera, który wyglądał jakby ciągle jeszcze przeżywał grozę ataku. Hugo nie dziwił mu się. Fizyczny cios, jaki okręt zadał im swoim dziobem, potem jego nagłe zniknięcie, jakby zmienił się w burzowy tuman i ciemna sylwetka pojawiająca się ponownie wśród chmur na tle błyskawic jemu również będą się śniły po nocach.
Na razie mieli jednak ważniejsze od traum sprawy, przede wszystkim tragiczny stan okrętu, który rozpaczliwie wymagał napraw. Woda wlewała się do ładowni. Maszty wytrzymały, aczkolwiek główny został uszkodzony u podstawy i jego upadek stanowił tylko kwestię czasu. Chociaż Gniew Archanioła nie zdołał zupełnie zmiażdżyć Syreny, jedna burta została poważnie połamana, a okręt przechylał się niebezpiecznie na falach, niczym człowiek niezdolny do złapania równowagi po silnym sierpowym ciosie. Wielu członków załogi było rannych i wymagało pomocy, pozostali wykonywali swoją pracę opieszale, jakby ciągle drętwieli ze strachu, a niejeden zniknął bez śladu, zapewne pochłonięty przez Bezkres.
Pierwszy oficer Kristoff Berensky zaniósł te wieści do Kapitania Ciernia. Hugo, reperujący pilnie liny przy połamanym relingu, usłyszał głęboki głos tego ostatniego:
- Ludzi mamy dość, Berensky. Martw się o moją Syrenę. Bez niej zginiemy wszyscy. W tej chwili każdy wrogi okręt, niekoniecznie Kompanii, to dla nas śmiertelnym zagrożenie. Znajdź mi ląd.
Na tle czerwonego od zachodzącego słońca nieba odcinał się profil pierwszego oficera. Słomiane, sztywne włosy zaczesywał zwykle z wielką starannością do tyłu, co upodabniało go do żołnierzy Kompanii, ale teraz wisiały w mokrych strąkach wokół jego podobnej do ziemniaka twarzy. Nos miał bulwiasty, wargi mięsiste, całą jego fizys nakreślono miękkimi, okrągłymi liniami. Potężny i barczysty, czarował portowe dziwki uśmiechem łagodnym jak poncz, ale był sukinsynem tak bezlitosnym, że krew w jego żyłach prawdopodobnie dawno zamarzła.
- Znajdę ląd, kapitanie - obiecał i zbiegł po cudem ocalonych schodkach z kapitańskiego mostka. - Smith! Nowy!
Roger klepnął Olivera w ramię i podeszli oboje do Berensky'ego, który wskazał na niepewny maszt, ozdobiony postrzępionymi linami oraz zszarganym płótnem żagla.
- Właźcie na górę! Żebym was tu nie widział, póki nie wypatrzycie mi lądu!
Hugo pospiesznie odwrócił wzrok od tej sceny. Berensky nie żartował, ale Oliver z Rogerem Smithem mieli większe szanse zdechnąć na maszcie z głodu niż znaleźć bezpieczną przystań. Pirackie porty były rozsiane, ukryte i niepewne, a te należące do Kompanii oznaczałyby wyrok śmierci dla Syreny. Musieli zawierzyć szczęściu, że trafią na wyspę, dziki ląd gdzieś wśród Bezkresu, a Hugo Sever dość długo pływał na morzu, by wiedzieć, że wszystko co może tam zastać to potwory, dzikusy i szaleństwo.
Kapitan Cierń w oczywisty sposób nie podzielał jego zdania, ale Hugo pomyślał, że wolałby spocząć na dnie Bezkresu niż walczyć z jego zdziczałym pomiotem. Kto wie, może Ruda Christina czekała na niego wśród innych tworzących ocean dusz. Wreszcie przypomniałby sobie z całą wyrazistością jej piękną twarz. Niedawna bliskość śmierci sprawiła, że przynajmniej jeden szczegół powrócił do niego z otchłani przeszłości - czarny, wypukły pieprzyk nad czerwonymi wargami, wygiętymi w kuszącym, zawadiackim uśmiechu.
***
W nocy zaczął padać ciepły, rzadki deszcz, więc większość zwolnionej przez Berensky'ego załogi z ulgą ukryła się pod uszkodzonym pokładem.
- Jakoś bardziej dzisiaj cieknie niż zwykle, co? - spytał Stary Miles, gdy Hugo położył się na swoim hamaku.
Hugo obejrzał się na wilka morskiego, posiwiałego, pokrytego tatuażami z zapomnianych dawno portów, obwisłego już i zgniecionego wiekiem. Miles odkorkował butelkę, skitraną gdzieś w jego zapleśniałych kocach.
- Chyba się trudno dziwić, cholerny pijaku! - zawołał ktoś ze złością.
Normalnie taka nieuzasadniona irytacja mogłaby wywołać burdę, ale tego wieczoru padła na jałowy grunt ogólnego wycieńczenia i niewyspania.
- Miles? - powiedział Hugo po chwili bezmyślnego kołysania się w hamaku. - Myślisz, że Roger z młodym coś wypatrzą?
Stary Miles milczał chwilę, ciągnąc wytrwale z butelki, dopóki starczyło mu tchu i gardła. Potem opuścił na chwilę naczynie i powiedział, niczym echo powtarzając najbardziej ponure myśli Huga:
- Żal mi chłopaków, ale wolałbym, żeby tam sczeźli, niż żeby znaleźli nam jakąś wyspę na tych wodach.
***
Pomimo wycieńczenia, wiatrów chłostających na wysokości bocianiego gniazda, nocnego deszczu i porannych mgieł, młode oczy nie zawiodły nadziei Kapitana Ciernia. Oliver zszedł jeszcze przed południem po mokrych linach, drżący, zszarzały na twarzy i mokry jak kura.
- Panie Berensky - wydyszał, gdy po slalomie między pracującą załogą odnalazł wreszcie pierwszego oficera. - Jest ląd. Wyspa, trochę na wschód.
Berensky wydał z siebie głębokie chrząknięcie, podobne do pomruku leśnej bestii, a potem wyciągnął lunetę i podszedł do relingu. Przepatrywał chwilę horyzont, nim rzekł:
- Zdejmij Smitha z masztów i idźcie spać.
Hugo zdołał zatrzymać chłopców, kiedy zataczali się do zejścia pod pokład.
- Co to za wyspa? - spytał.
Oliver wzruszył ramionami.
- Zarośnięta. Bardzo zielona. Dość spora, na pewno nie jakiś spłachetek piasku.
- Pytam, czy wiecie, co to za ląd? - zniecierpliwił się gadulstwem nowicjusza Hugo.
- Nie wiem - powiedział Roger Smith, chociaż Oliver już nabierał powietrza, by znowu coś odszczekać. - Jeśli jesteśmy tam, gdzie mi się wydaje, to nie powinno tutaj być żadnej wyspy. Ale wpadliśmy na Gniew Archanioła, prawda? I jestem cholernie zmęczony. Może coś mi się miesza.
- Jest taka wyspa, wiecie - odezwał się Stary Miles grobowym głosem, na który Hugo był w stanie tylko przewrócić oczami. Sylaby trochę zlewały się ze sobą w ustach doświadczonego żeglarza, który najwyraźniej w nocy wykorzystał pełen potencjał swojego prywatnego alkoholowego składu. - Pływa po Bezkresie jak ogromny waleń i pożera wszystkich, którzy postawią na niej stopę. Jest żywa. Jest wiecznie głodna.
- Na każdej cholernej wyspie coś może cię zeżreć - zauważył Hugo. - Daj spokój, Miles. Chłopaki jeszcze nie będą mogli spać.
- O to nie musicie się martwić - powiedział z resztką energii Oliver, uchylił im kapelusza i odeszli ze Smithem nareszcie się położyć.
- Nie udawaj, że się nie boisz - poradził Stary Miles. - Jeszcze Berensky wybierze cię, żebyś zszedł na tę wyspę.
- Ciebie też może wybrać - odciął się Hugo.
- Ja na nią nie zejdę. Prędzej wygram z Berenskym niż z mięsożerną wyspą.
Kilka godzin później, Hugo przypomniał mu te słowa, gdy siedzieli razem w szalupie przy wiosłach, wybrani przez pierwszego oficera do zbadania wyspy, czy też może raczej by towarzyszyć mu w tym przedsięwzięciu. Słysząc swoje nazwisko, Berensky obejrzał się z dziobu. Nic jednak nie powiedział. Hugo przypisywał to obecności Pani Róży, która siedziała cicho w swojej szkarłatnej sukni na rufie i wpatrywała się w sylwetkę Syreny.
- Naprawdę istnieją mięsożerne wyspy? - zapytał ciągle znużony Oliver, oparty o burtę.
Nikt nie odpowiedział mu od razu. Hugo wpatrywał się w sylwetkę wyspy, zbliżającą się z każdym ruchem wioseł w popołudniowym słońcu. Była rzeczywiście dziwna. Nie opadała do wody plażą ani skałami, ale całą jej widoczną powierzchnię pokrywały ciasno splecione pnącza. Porastał ją największy las, jaki Hugo widział w życiu. Tworzące go drzewa zdawały się zlane w jedno z gruntem, poskręcane i sztywne jak zdrewniałe wino. Były tak wysokie, że ich spleciona masa rzucała na oceaniczne fale czarny, ciągnący się cień.
- Nie wiem, czy ta wyspa jest mięsożerna - powiedziała Pani Róża. Kiedy nie czarowała, jej głos był cichy, delikatny i nieśmiały. - Ale cuchnie krwią i tajemnicą.
Roger Smith, również obecny w łódce, głośno przełknął ślinę. Hugo był ciekaw, o czym myśli. Został zabrany do tej szalupy kilka godzin po wyczerpującej, długiej wachcie, wszyscy wkoło opowiadali o krwi i śmierci, a sama Pani Róża pragnęła przyjrzeć się dziwnemu lądowi. Płynęli na rekonesans i chronić żonę kapitana... przynajmniej ci z nich, którzy potrafili walczyć.
Bo na miejscu młodego Olivera, Hugo spodziewały się, że zostanie złożony w ofierze.