Drapieżcy Bezkresu - Maria Dunkel

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (20,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1: Ogień i piorun

Oliver, drobny chłopak w wytartych, za dużych łachmanach, opowiadał krótką historię swojego pirackiego żywota:

- Wszystko zaczęło się pewnego słodkiego, słonecznego popołudnia, spędzonego z prześliczną dziewczyną z dobrego domu w łóżku jej własnych rodziców. Była piękna, miała pukle jak złoto i wielkie niebieskie oczy. Nie wiem, dlaczego się mną zainteresowała, ale wiem, że polubiła moje umiejętności.

Słuchający opowieści piraci roześmiali się głośno. Oliver sam miał wielkie, niebieskie oczy, które mogły łamać serca głupiutkich ślicznotek, ale w umiejętności szczyla nikt nie wierzył. Oliver nie potrafił jeszcze nawet zapuścić wąsa, a krótko zgolone jasne włosy leżały mu na głowie miękko jak mokre glony.

- Powiedzmy, że jej ojciec, bardzo ważny kupiec, nie polubił mojej obecności w swoim łożu - dokończył Oliver, niezrażony nagłym wybuchem wesołości. - A jeszcze bardziej mojej obecności w swojej córce!

Załoga zarechotała znowu jednym głosem, zarówno z rozbawieniem, jak i pewną tęsknotą. Bezkres ciągnął się nieskończenie na wszystkie strony świata, a na pełnym morzu łatwo zapomnieć istnienie lądu. Mogły minąć miesiące nim Syrena zawinie w pobliże zamtuza.

- I dlatego, moi drodzy przyjaciele, uciekłem w panice z Bayportu i wybłagałem u Kapitana Ciernia miejsce na naszej pięknej Syrenie! - zakończył głośno Oliver, by przebić się przez hałaśliwe rozbawienie.

- Nie wiemy jeszcze tylko, czemu gówno potrafisz! - zawołał Stary Miles, powodując nowy wybuch wesołości.

Oliver uśmiechnął się, krzywo i łobuzersko. Nie odpowiedział, tylko efektownym ruchem przerzucił nogę przez skraj hamaka i zagłębił się w niego. Nasunął na oczy pomięty, brudny, znaleziony chyba w gardle zdechłego psa kapelusz i zarzucił na siebie wilgotny, szary koc. W brzuchu Syreny wszystko było wilgotne i wszystko smakowało solą.

Hugo Sever, który w przeciwieństwie do młodego Olivera wiedział o statkach znacznie więcej niż gówno, był świadomy że na każdym okręcie tego świata wszystko jest mokre i słone. Zimno, ból, ciężka praca i nędzny pieniądz splatały codzienność, czy to pod jarzmem szlachetnego kapitana Bezkresnej Kompanii, czy wśród pirackiego ścierwa. Mimo wszystko, Hugo współczuł dzieciakowi, który swoją żeglarską karierę zaczął od Syreny. Życie pirata zazwyczaj należało do krótkich. Zwłaszcza pirata zielonego jak świeża trawa.

Hugo już nie obchodziło, co się z nim stanie, ponieważ on też kiedyś znał dziewczynę. Ta jego była ruda i nie miała nic wspólnego z ludźmi ważnymi bądź dobrze sytuowanymi. Pracowała jako dziwka w podłym portowym przybytku. Zakochany bez pamięci Hugo zarobił na morzu dość, by spłacić jej dług wobec burdelmamy.

Madame Amy zgodziła się na wykup, ale gdy Hugo wrócił z pieniędzmi, Ruda Christina nie żyła. Madame Amy powiedziała, że jeden z klientów pobił dziewczynę tak mocno, że nie przeżyła pęknięcia czaszki. Hugo cały wieczór i noc przesiedział na cmentarzu nad wspólnym grobem dla nędzarzy, gdzie ją podobno złożono. Trzy miesiące przepijał swój niewielki majątek i czekał, aż do portu zawinie Cycata Dziewica. Potwierdził osobę mordercy z Madame Amy i następnego dnia zasztyletował go przed najgłośniejszą tawerną w mieście.

Od tamtego mordu minęło dziesięć lat. Każdy kolejny miesiąc coraz wyraźniej zamazywał wspomnienia. Niekiedy Hugo nie mógł już przypomnieć sobie twarzy Rudej Christiny, nie wiedział, czy nos miała zadarty czy garbaty, gdzie wykwitły piegi na jej policzkach i czy jej oczy były niebieskie, szare czy zielone. Ale ciągle pamiętał rudą falę jej włosów i jak rozkosznie szeptała mu do ucha swoje zapewnienia o miłości. Czasem chciał wierzyć, że szczere. Innym razem, wręcz przeciwnie, wolałby żeby powtarzała je wszystkim za tę garść grosza, którą ustalono jako cenę jej ciała. Może świadomość, że nie wydarto Hugowi czegoś prawdziwego, pomagała?

Stary Miles potrącił go, idąc do swojego hamaka i to wyrwało Huga z zamyślenia. Ciasna, oświetlona dymiąca, tłuszczową lampą kajuta wypełniała się pochrapywaniem i skrzypieniem materiału. Hugo uniósł się trochę i wyciągnął spod siebie do połowy opróżnioną butelkę. Ostry, słodki i ciężki smak rumu wypełnił jego usta.

Zobaczył kątem oka ruch. To Oliver sięgał z hamaka obok. Dłoń miał brudną, ale delikatną jak niemowlak. Kapelusz leżał teraz na jego brzuchu.

- Czy ty, chłopcze, chociaż umiesz trzymać szablę? - spytał Hugo, nim podał mu butelkę.

- Nie za bardzo - przyznał Oliver. - Widzisz, na ulicach Bayportu polegałem na szybkości i przebiegłości. Zwłaszcza tej drugiej mi nie brakuje.

- Każdy jest pewien siebie, dopóki żołnierz Kompanii nie wybije mu wszystkich zębów kolbą - powiedział Hugo. - Chcesz dobrej rady, dzieciaku? Uciekaj, gdy tylko znajdziemy jakiś stały ląd, o ile tego dożyjesz. Kapitan Cierń nie będzie cię ścigał. Tutaj, na morzu, zdechniesz.

Oliver pociągnął łyk z butelki i chociaż próbował to nieudolnie zamaskować, skrzywił się na obrzydliwy smak podłego trunku.

- To może mnie naucz walczyć? - zapytał, oddając butelkę.

- Kto ma na to czas, dzieciaku? - mruknął Hugo. - Poza tym, spójrz na siebie.

Jesteś chudy jak trzcina. Widziałem jak ci idzie z linami. Pewnie ta dziewka, którą wyruchałeś, miała więcej siły w udach niż ty w ramionach.

Oliver zachichotał i podłożył ręce pod głowę. Wpatrywał się w sufit i chociaż na twarzy miał łobuzerski grymas, Hugo widział w świetle lampki jak szklą się jego oczy.

- Miała trochę siły w udach - przyznał tęsknie.

- Ja też zostałem piratem przez babę - powiedział Hugo. - I to przez więcej niż chwilę uciechy. Uwierz mi, że nie warto tak żyć.

- Sam nie wiem - rzekł z namysłem Oliver. - Jest tak wiele rzeczy na Bezkresie...

- Szkorbut i pchły?

- Nowe lądy. Egzotyczne miejsca. Dzikie plemiona. Skarby.

- Lądy i miejsca pełne jadowitych pająków i jeszcze bardziej jadowitych ludzi. Plemiona, które cię zeżrą i ich skarby, czyli zakopane czaszki tych, których już zeżarli.

- Wolność.

Hugo zaśmiał się, głucho i ponuro.

- Nie ma tu wolności - zapewnił. - Tylko przetrwanie, a na nie trzeba sobie zasłużyć. Ty nie wyglądasz, jakbyś był w stanie.

Oliver nie odpowiedział, ale usta zadrżały mu lekko.

- Powiedz to - rzekł Hugo. - Jesteśmy na morzu od dwóch tygodni. Jest oczywiste, że tęsknisz za domem. Wszyscy i tak słyszą, kiedy łkasz w nocy.

Zobaczył na twarzy młodego rzezimieszka gniew, ale jeśli Oliver chciał coś powiedzieć, to nie zdążył. Nad ich głowami, przez wszystkie pokłady, rozbrzmiał hałaśliwy alarmowy dzwon. Blaszany, metaliczny dźwięk niósł się ponad szum fal i skrzypienie desek, ponad głosy i pochrapywania, ponad przekleństwa i okrzyki.

Oliver prawie wypadł z hamaka. Hugo podniósł się ostrożniej i sięgnął po swoją szablę. Miał wrażenie, że w nozdrzach już czuje żelazisty zapach krwi. Słyszał ten dzwon niezliczoną ilość razy i zawsze oznaczał on rzeź. Ciało Hugo już nie tylko ją antycypowało, ale niemal przeżywało.

Do kajuty wbiegł Roger Smith. Nie liczył sobie więcej lat niż Oliver, jednak w przeciwieństwie do niego dawno zasłużył na miano morskiej wygi. Pływał odkąd umiał chodzić, a przynajmniej tak twierdził. Jego drobne ciało tworzyły trzeszczące mięśnie i spalona słońcem skóra. Teraz był bardzo blady. Jego ciemne oczy błyszczały w trupiobiałej twarzy, okolonej rozwichrzonymi pasmami brązowych włosów.

- Archanioł! - zawołał. - To Gniew Archanioła!

- Bezkresna Matko, miej nas w opiece! - krzyknął zgrzytliwym głosem Stary Miles.

Hugo przepchnął się obok Rogera. Po miękkich od wilgoci i wieku schodach wbiegł na pokład, gdzie cała wachta zgromadziła się przy jednej burcie, patrząc ze zgrozą na morze. Za sobą Hugo słyszał sapanie Olivera, który gnał zobaczyć własną śmierć, błogo tego nieświadomy.

Ogromny okręt z żaglami utkanymi z języków ognia sunął ku nim z wielką szybkością. Ściana czarnych chmur i jeszcze czarniejszych fal piętrzyła się za nim, przeszywana co chwilę białymi żyłami błyskawic. Straszliwy huk, jak ryk samych niebios, zwiastował ten nieuchronny moment, gdy Gniew Archanioła obróci Syrenę w kupę unoszących się na wodzie desek i spuchniętych trupów.

- Co to jest? - zapytał Oliver.

Hugo spojrzał na niego. Chłopak stał z jedną ręką zaciśniętą spazmatycznie na mokrym relingu. Jego paznokcie pękały od siły tego chwytu. Wpatrywał się prosto w Archanioła. Twarz miał poszarzałą, a oczy wielkie i okrągłe. W jego niebieskich tęczówkach odbijały się płomienie, tworzące żagle statku.

- Ach, tak - rzekł cicho Hugo. - Jedna z tych wielu przeklętych rzeczy, które można znaleźć na Bezkresie.

Nie dziwił się szokowi Olivera. Wyspy były bezpiecznymi przystaniami, wolnymi od zjawisk takich jak Gniew Archanioła. Nie dało się na nich sprzedać swojej duszy, znajdowane w morskich głębinach artefakty traciły na stałym lądzie mroczne moce, a bestie zrodzone z chaosu Bezkresu nie zapuszczały się poza nadbrzeża. Jednak na pełnym morzu między magią a człowiekiem stał tylko okręt, skonstruowana rękami śmiertelników łupina z gnijących desek i zardzewiałych gwoździ.

Hugo widział już pusty pokład przeklętego statku. Spojrzał z nadzieją na mostek Syreny i tak jak pragnął ujrzał tam dwie sylwetki.

Kapitan Cierń opierał się o reling, elegancki i szykowny w swoim czarnym odzieniu i trójkątnym, równie czarnym kapeluszu. Gładził długą brodę, tak samo czarną oraz trójkątną. Ciemne jak węgle oczy wbił w zbliżający się statek-widmo. Pani Róża stała obok niego, z rękami skromnie splecionymi na podołku, ubrana w czerwoną suknię. Wiotka, bladoskóra, o spiczastych rysach i rozpuszczonych, burych włosach, kapitańska żona nie nosiła nawet biżuterii. Nic poza najszlachetniejszym jedwabiem, w który się ubierała, nie stanowiło świadectwa jej majątku. Próżność nie imała się tej kobiety o nieciekawej urodzie.

Pani Róża uniosła ręce i jej głos rozbrzmiał jak huk piorunów, jak krzyk samej Bezkresnej Matki, jak wołanie setek głosów.

- Patrz uważnie, chłopcze - powiedział Hugo do zdębiałego Olivera. - Oto magia.

Oliver patrzył, niebieskie oczy miał wielkie jak miniaturowe antylopy, żyjące na niektórych wysepkach, a lęk w jego źrenicach wydał się Hugo jakiś obcy. Nigdy nie widział takiego strachu u nawet najmłodszego mężczyzny. Obok ktoś modlił się do Bezkresnej Matki, ale Hugo nie wydawało się, żeby jakiekolwiek modły mogły pomóc. Los załogi spoczywał w rękach Pani Róży, w rękach wiedźmy, którą poślubił kapitan.

Najpierw w Syrenę uderzył ogromny, twardy dziób Gniewu Archanioła. Rozbrzmiał przeraźliwy huk, trzasnęło drewno, buchnęły drzazgi. Uderzenie pozbawiło wszystkich równowagi. Hugo rąbnął boleśnie o pokład, przetoczył się po nim, podczas gdy nad jego głową runęły w dół czarne chmury.

Magiczny sztorm, który okręt-widmo zawsze ciągnął za sobą, spadł na Syrenę. Fale dźwignęły ją do góry, ciemne chmury wirowały wokół, lodowaty deszcz siekł pokład i pełzającą, skonfundowaną załogę. Jeżeli padły jakieś rozkazy, nie było ich słychać przez wycie wichru. Po chwili grzmoty zaczęły zygzakami przetaczać się na tle skłębionej czerni i Hugo widział już tylko pojedyncze sceny w ich blasku.

Pani Róża trzymała się kurczowo relingu, jej usta otwarte w krzyku, od którego drżała rzeczywistość.

Oliver przetaczał się po pokładzie, rozpaczliwie machał rękami na boki, by chwycić jakąś linę.

Szarpany drgawkami marynarz leżał przy maszcie, o który połamał sobie kręgosłup.

Cień Gniewu Archanioła padł na wirujące wokół chmury.

A potem Syrena nagle wypłynęła z tornada mroku, poszarpane żagle złapały zaskakująco przyjazny wiatr i statek zaczął powoli, niczym ranne zwierzę, oddalać się do miejsca pozornie nieuchronnej zguby.

- Hej! - zawołała Hugo do Olivera, który leżał twarzą na mokrych deskach, rozpaczliwie zaciskając ręce na zerwanej linie, która uratowała go przed stoczeniem się w fale. - Spójrz tylko na to! Przeżyłeś swoją pierwszą przygodę!

Oliver podniósł głowę, żeby na niego spojrzeć i uśmiechnął się przez łzy.

***

Początkowo sunęli przed siebie, pchani wichrami magii albo szczęścia, albo jednego i drugiego. Hugo podejrzewał raczej magię, zwłaszcza że Gniew Archanioła nie ścigał ich bezlitośnie, jakby stali się dla niego niewidzialni. Na horyzoncie ciągle czerniały burzowe chmury, gdy załoga przystąpiła do oględzin biednej Syreny. Roger Smith zabrał do pomocy Olivera, który wyglądał jakby ciągle jeszcze przeżywał grozę ataku. Hugo nie dziwił mu się. Fizyczny cios, jaki okręt zadał im swoim dziobem, potem jego nagłe zniknięcie, jakby zmienił się w burzowy tuman i ciemna sylwetka pojawiająca się ponownie wśród chmur na tle błyskawic jemu również będą się śniły po nocach.

Na razie mieli jednak ważniejsze od traum sprawy, przede wszystkim tragiczny stan okrętu, który rozpaczliwie wymagał napraw. Woda wlewała się do ładowni. Maszty wytrzymały, aczkolwiek główny został uszkodzony u podstawy i jego upadek stanowił tylko kwestię czasu. Chociaż Gniew Archanioła nie zdołał zupełnie zmiażdżyć Syreny, jedna burta została poważnie połamana, a okręt przechylał się niebezpiecznie na falach, niczym człowiek niezdolny do złapania równowagi po silnym sierpowym ciosie. Wielu członków załogi było rannych i wymagało pomocy, pozostali wykonywali swoją pracę opieszale, jakby ciągle drętwieli ze strachu, a niejeden zniknął bez śladu, zapewne pochłonięty przez Bezkres.

Pierwszy oficer Kristoff Berensky zaniósł te wieści do Kapitania Ciernia. Hugo, reperujący pilnie liny przy połamanym relingu, usłyszał głęboki głos tego ostatniego:

- Ludzi mamy dość, Berensky. Martw się o moją Syrenę. Bez niej zginiemy wszyscy. W tej chwili każdy wrogi okręt, niekoniecznie Kompanii, to dla nas śmiertelnym zagrożenie. Znajdź mi ląd.

Na tle czerwonego od zachodzącego słońca nieba odcinał się profil pierwszego oficera. Słomiane, sztywne włosy zaczesywał zwykle z wielką starannością do tyłu, co upodabniało go do żołnierzy Kompanii, ale teraz wisiały w mokrych strąkach wokół jego podobnej do ziemniaka twarzy. Nos miał bulwiasty, wargi mięsiste, całą jego fizys nakreślono miękkimi, okrągłymi liniami. Potężny i barczysty, czarował portowe dziwki uśmiechem łagodnym jak poncz, ale był sukinsynem tak bezlitosnym, że krew w jego żyłach prawdopodobnie dawno zamarzła.

- Znajdę ląd, kapitanie - obiecał i zbiegł po cudem ocalonych schodkach z kapitańskiego mostka. - Smith! Nowy!

Roger klepnął Olivera w ramię i podeszli oboje do Berensky'ego, który wskazał na niepewny maszt, ozdobiony postrzępionymi linami oraz zszarganym płótnem żagla.

- Właźcie na górę! Żebym was tu nie widział, póki nie wypatrzycie mi lądu!

Hugo pospiesznie odwrócił wzrok od tej sceny. Berensky nie żartował, ale Oliver z Rogerem Smithem mieli większe szanse zdechnąć na maszcie z głodu niż znaleźć bezpieczną przystań. Pirackie porty były rozsiane, ukryte i niepewne, a te należące do Kompanii oznaczałyby wyrok śmierci dla Syreny. Musieli zawierzyć szczęściu, że trafią na wyspę, dziki ląd gdzieś wśród Bezkresu, a Hugo Sever dość długo pływał na morzu, by wiedzieć, że wszystko co może tam zastać to potwory, dzikusy i szaleństwo.

Kapitan Cierń w oczywisty sposób nie podzielał jego zdania, ale Hugo pomyślał, że wolałby spocząć na dnie Bezkresu niż walczyć z jego zdziczałym pomiotem. Kto wie, może Ruda Christina czekała na niego wśród innych tworzących ocean dusz. Wreszcie przypomniałby sobie z całą wyrazistością jej piękną twarz. Niedawna bliskość śmierci sprawiła, że przynajmniej jeden szczegół powrócił do niego z otchłani przeszłości - czarny, wypukły pieprzyk nad czerwonymi wargami, wygiętymi w kuszącym, zawadiackim uśmiechu.

***

W nocy zaczął padać ciepły, rzadki deszcz, więc większość zwolnionej przez Berensky'ego załogi z ulgą ukryła się pod uszkodzonym pokładem.

- Jakoś bardziej dzisiaj cieknie niż zwykle, co? - spytał Stary Miles, gdy Hugo położył się na swoim hamaku.

Hugo obejrzał się na wilka morskiego, posiwiałego, pokrytego tatuażami z zapomnianych dawno portów, obwisłego już i zgniecionego wiekiem. Miles odkorkował butelkę, skitraną gdzieś w jego zapleśniałych kocach.

- Chyba się trudno dziwić, cholerny pijaku! - zawołał ktoś ze złością.

Normalnie taka nieuzasadniona irytacja mogłaby wywołać burdę, ale tego wieczoru padła na jałowy grunt ogólnego wycieńczenia i niewyspania.

- Miles? - powiedział Hugo po chwili bezmyślnego kołysania się w hamaku. - Myślisz, że Roger z młodym coś wypatrzą?

Stary Miles milczał chwilę, ciągnąc wytrwale z butelki, dopóki starczyło mu tchu i gardła. Potem opuścił na chwilę naczynie i powiedział, niczym echo powtarzając najbardziej ponure myśli Huga:

- Żal mi chłopaków, ale wolałbym, żeby tam sczeźli, niż żeby znaleźli nam jakąś wyspę na tych wodach.

***

Pomimo wycieńczenia, wiatrów chłostających na wysokości bocianiego gniazda, nocnego deszczu i porannych mgieł, młode oczy nie zawiodły nadziei Kapitana Ciernia. Oliver zszedł jeszcze przed południem po mokrych linach, drżący, zszarzały na twarzy i mokry jak kura.

- Panie Berensky - wydyszał, gdy po slalomie między pracującą załogą odnalazł wreszcie pierwszego oficera. - Jest ląd. Wyspa, trochę na wschód.

Berensky wydał z siebie głębokie chrząknięcie, podobne do pomruku leśnej bestii, a potem wyciągnął lunetę i podszedł do relingu. Przepatrywał chwilę horyzont, nim rzekł:

- Zdejmij Smitha z masztów i idźcie spać.

Hugo zdołał zatrzymać chłopców, kiedy zataczali się do zejścia pod pokład.

- Co to za wyspa? - spytał.

Oliver wzruszył ramionami.

- Zarośnięta. Bardzo zielona. Dość spora, na pewno nie jakiś spłachetek piasku.

- Pytam, czy wiecie, co to za ląd? - zniecierpliwił się gadulstwem nowicjusza Hugo.

- Nie wiem - powiedział Roger Smith, chociaż Oliver już nabierał powietrza, by znowu coś odszczekać. - Jeśli jesteśmy tam, gdzie mi się wydaje, to nie powinno tutaj być żadnej wyspy. Ale wpadliśmy na Gniew Archanioła, prawda? I jestem cholernie zmęczony. Może coś mi się miesza.

- Jest taka wyspa, wiecie - odezwał się Stary Miles grobowym głosem, na który Hugo był w stanie tylko przewrócić oczami. Sylaby trochę zlewały się ze sobą w ustach doświadczonego żeglarza, który najwyraźniej w nocy wykorzystał pełen potencjał swojego prywatnego alkoholowego składu. - Pływa po Bezkresie jak ogromny waleń i pożera wszystkich, którzy postawią na niej stopę. Jest żywa. Jest wiecznie głodna.

- Na każdej cholernej wyspie coś może cię zeżreć - zauważył Hugo. - Daj spokój, Miles. Chłopaki jeszcze nie będą mogli spać.

- O to nie musicie się martwić - powiedział z resztką energii Oliver, uchylił im kapelusza i odeszli ze Smithem nareszcie się położyć.

- Nie udawaj, że się nie boisz - poradził Stary Miles. - Jeszcze Berensky wybierze cię, żebyś zszedł na tę wyspę.

- Ciebie też może wybrać - odciął się Hugo.

- Ja na nią nie zejdę. Prędzej wygram z Berenskym niż z mięsożerną wyspą.

Kilka godzin później, Hugo przypomniał mu te słowa, gdy siedzieli razem w szalupie przy wiosłach, wybrani przez pierwszego oficera do zbadania wyspy, czy też może raczej by towarzyszyć mu w tym przedsięwzięciu. Słysząc swoje nazwisko, Berensky obejrzał się z dziobu. Nic jednak nie powiedział. Hugo przypisywał to obecności Pani Róży, która siedziała cicho w swojej szkarłatnej sukni na rufie i wpatrywała się w sylwetkę Syreny.

- Naprawdę istnieją mięsożerne wyspy? - zapytał ciągle znużony Oliver, oparty o burtę.

Nikt nie odpowiedział mu od razu. Hugo wpatrywał się w sylwetkę wyspy, zbliżającą się z każdym ruchem wioseł w popołudniowym słońcu. Była rzeczywiście dziwna. Nie opadała do wody plażą ani skałami, ale całą jej widoczną powierzchnię pokrywały ciasno splecione pnącza. Porastał ją największy las, jaki Hugo widział w życiu. Tworzące go drzewa zdawały się zlane w jedno z gruntem, poskręcane i sztywne jak zdrewniałe wino. Były tak wysokie, że ich spleciona masa rzucała na oceaniczne fale czarny, ciągnący się cień.

- Nie wiem, czy ta wyspa jest mięsożerna - powiedziała Pani Róża. Kiedy nie czarowała, jej głos był cichy, delikatny i nieśmiały. - Ale cuchnie krwią i tajemnicą.

Roger Smith, również obecny w łódce, głośno przełknął ślinę. Hugo był ciekaw, o czym myśli. Został zabrany do tej szalupy kilka godzin po wyczerpującej, długiej wachcie, wszyscy wkoło opowiadali o krwi i śmierci, a sama Pani Róża pragnęła przyjrzeć się dziwnemu lądowi. Płynęli na rekonesans i chronić żonę kapitana... przynajmniej ci z nich, którzy potrafili walczyć.

Bo na miejscu młodego Olivera, Hugo spodziewały się, że zostanie złożony w ofierze.

Rozdział 2: Drapieżniki

Arachne czekała na brata, coraz bardziej poirytowana jego opieszałością. Splecione łodygi roślin pod jej bosymi stopami pulsowały jak żyły, a w podeszwach kapłanka czuła lekkie pieczenie. Iglicę jej rodziny tworzyły żywe pnącza, tak samo jak całe zachwycające miasto, rosnące ku czci Wielkiej Pożeraczki i wyspę, na której kwitł kult bogini.

Teraz wyspa była głodna. Nadszedł czas, by ją nakarmić.

Bosonogi Meta poruszał się cicho, ale Arachne i tak usłyszała, gdy w końcu brat raczył zaszczycić ją swoją obecnością. Wszedł przez łuk drzwi, skąd wkrótce wygłodniałe łodygi miały zacząć kąpać sokami trawiennymi i stanął w pewnej odległości, żeby nie przeszkadzać Arachne.

Co prawda nie robiła nic ważnego - patrzyła na spleciony z pajęczego jedwabiu wielki arras, przedstawiający różne gatunki jadowitych stawonogów, zwartych ze sobą w boju o przetrwanie - ale Meta czuł słuszny respekt przed jej gniewem i zwiniętym przy pasie biczem. Hierarchia między nimi została jasno określona w dniu narodzin. Arachne była kobietą, obdarowaną przez Wielką Pożeraczką magią, mocą i władzą, a Meta jedynie mężczyzną, nowym żołnierzem dla jej rodziny, który miał słuchać rozkazów. Chociaż oboje nosili najdoskonalsze pajęcze jedwabie, zwiewne i delikatne jak pocałunki na ich bladych ciałach, skórę Arachne pokrywały wytatuowane kolumny uświęconych sigili, a skórę Mety białe blizny od razów jego matki i siostry.

- Jak długo mam na ciebie czekać? - spytała Arachne przez ramię.

- Wybacz mi, siostro - powiedział Meta. - Twoje wezwanie zastało mnie w trakcie treningu. Musiałem doprowadzić się do ładu.

Arachne zwróciła na niego wzrok. Rzeczywiście miał na sobie czyste odzienie, a jego splecione w brązowe dredy włosy ociekały jeszcze wodą. Wobec tego tylko kiwnęła głową, przyjęła do wiadomości wymówkę i zostawiła kwestię opieszałości Mety.

- Czujesz to? - spytała zamiast tego. - Miasto zaczyna kąsać nas w stopy. Wielka Pożeraczka jest głodna.

Popatrzyła ponownie na wielki arras. Silniejsi zjadają słabszych, przebieglejsi głupszych, kłamcy naiwnych.

Aby nakarmić Wielką Pożeraczkę, kapłanki potrzebowały stosownej ofiary. Najprostszą i najczęstszą stanowiły zwierzęta, ale bogini znacznie bardziej kochała ludzkie mięso. Jeżeli jakaś rodzina nie zdołałaby ofiarować niczego, sama musiała stać się posiłkiem.

Rodzina Menardi, do której należeli Arachne i Meta, nie była najpotężniejszą w mieście, ale niewiele jej brakowało do tego tytułu. Ich matka, najwyższa kapłanka klanu, niezawodnie dostarczała bogini ofiar. Wkrótce wyśle łowców po stosowny dar dla Wielkiej Pożeraczki. Arachne liczyła, że jeśli uprzedzi fakty i na własną rękę znajdzie właściwy pokarm dla bogini, matka spojrzy na ten czyn przychylnie.

- Znajdziemy dla Wielkiej Pożeraczki wspaniałą ofiarę - powiedziała Mecie, podchodząc do niego. - Zbierz paru dobrych wojowników, dyskretnie. Wyruszamy, gdy słońce opuści zenit.

Meta zawahał się i spytał:

- Po co taka ostrożność, siostro?

Menardi, jak wszystkie dzieci bogini, woleli łagodny nocny chłód od kąsających promieni słońca. Miasto stawało się za dnia wymarłe. Jego mieszkańcy byli drapieżcami i jak to drapieżcy, żyli w mroku.

- Podsłuchałam wieści, krążące wśród kapłanek, o okręcie na zachodnim brzegu wyspy - powiedziała Arachne. - Nikt jeszcze nie poszedł go zbadać. Jeżeli uda się schwytać któregoś niewiernego, pozostali staną się ostrożniejsi. Chcę uprzedzić inne rodziny w tym polowaniu, bracie. Lepiej też, aby nikt nam nie przeszkodził.

- Czy matka wie o tym wszystkim?

- Sądzisz, że wystąpiłabym przeciwko naszej matce? - spytała Arachne. - Idź i zrób, co mówię, zanim przeoram ci plecy!

- Wybacz, siostro.

Arachne wypuściła powietrze, gdy Meta odszedł. Miała nadzieję, że nie ośmieli się niepokoić ich matki i nie doniesie jej o całym tym przedsięwzięciu. Arachne wolała przyznać się do wszystkiego, gdy już osiągnie swój cel. Sukces w końcu stanowił najlepszą osłodę nieposłuszeństwa.

Przez resztę nocy Arachne starała się nie myśleć za dużo o tej wątpliwej możliwości, że Meta odważy się sam z siebie stanąć przed obliczem rodzicielki i zapyta ją o całą sytuację. Zamiast tego naoliwiła bat i spakowała zapasy. Gdy wstało słońce, zmówiła krótką, nieformalną modlitwę do bogini:

- Wielka Pożeraczko, która dałaś nam mięsożerne imperium - wyszeptała, wytatuowaną dłonią ściskając ametystowego pająka zawieszonego na swojej szyi. Ciemne oczy płonęły żarliwie w jej w bladej twarzy. - Dla ciebie skradamy się w ciemności. Dla ciebie szukamy pokarmu. Spójrz na mnie, na Arachne Menardi, na twoją córkę. Zadowolę cię. Ukoję twój głód. Pożryj mnie, jeśli cię zawiodę.

Skończyła się modlić, gdy nadeszło południe. Zaplotła na nowo kilka ze swoich długich, brązowych warkoczy, splecionych ze srebrnymi ozdobami, barwnymi wstęgami i kośćmi ofiar. Upewniła się, że zdarty z martwej niewiernej krótki, srebrny łańcuszek mocno trzyma ametystowego pająka na jej szyi.

Stukając bransoletkami z kości i szlachetnych metali, zapiętymi na jej kostkach i nadgarstkach, Arachne zeszła po spiralnych schodach do holu iglicy, na spotkanie ze swoim bratem. Budynek pulsował, drżał i szeleścił liśćmi w słońcu dnia.

Meta czekał z włócznią ich ojca i okrągłą tarczą u boku. Towarzyszyło mu czterech innych młodych mężczyzn, kuzynów lub dalszych krewnych, którzy służyli najwyższej kapłance jako zbrojni, tak jak ich matki i siostry służyły jej jako kapłanki.

Arachne stanęła kilka stopni nad drużyną i powiodła wzrokiem po wszystkich pochylonych, pokrytych dredami głowach. W przeciwieństwie do kobiet, które zakładały szaty przez głowę, by jedwab otulił całe ich ciała, mężczyźni ubierali jedynie długie przepaski na biodra. Nie nosili tatuaży ani biżuterii. Ich naturalną - i chętnie eksponowaną - ozdobę tworzyły zręczność oraz siła.

Arachne podobało się to, co widziała. Jej brat zebrał dobrą drużynę.

- Ruszajmy - powiedziała cicho. - Bądźcie bardzo dyskretni, dopóki nie oddalimy się od miasta. Poprowadzę mniej uczęszczaną drogą.

Prażone ostrym słońcem miasto było zupełnie opustoszałe, ale Arachne obawiała się, że ktoś ich zauważy i wszystko zepsuje. Sześć samotnych sylwetek wędrowało wśród splątanych z pnączy, strzelistych budynków, wznoszących się nawet ponad tworzące las pionowe łodygi wyspy. Chociaż w większości iglice stały na stabilnym gruncie, miejscami tylko pojedyncza warstwa roślinności oddzielała przechodniów od słonej wody Bezkresu. Czasami pnącza uginały się tak mocno, że czuli pod podeszwami chłodny dotyk wody.

Arachne wiedziała, że są niewierni, którzy czczą bezmyślną wielką kałużę oceanu jako boga. Zawsze ją to bawiło, zwłaszcza gdy z bezczelnym pluskiem deptała w jego miękki grzbiet.

Słońce paliło i piekło jasną, nieprzywykłą do światła skórę łowców. Z ulgą powitali las za łukowatymi bramami miasta. Tutaj zdrewniałe łodygi strzelały wysoko w górę, a rozłożyste liście dawały przyjemny cień.

Dopiero po kilku godzinach marszu, Arachne odważyła się przystanąć nad jednym z licznych oczu wyspy. Oko było miejscem, gdzie pnącza rosły niżej od pozostałych, tworząc nieckę. Większość z nich gromadziła oceaniczną wodę, dzisiaj jednak mieli szczęście. Znaleźli słodkowodne oko, stworzone przez szczelne zagłębienie, w którym zebrał się deszcz oraz skondensowana ciecz. Trawienne soki wyspy zdążyły już trochę ją zanieczyścić, ale dla dzieci Wielkiej Pożeraczki nie stanowiły zagrożenia.

- Wszystko na tej wyspie jest drapieżne i niebezpieczne, wszystko na tej wyspie jest jadowite i trujące - powiedziała matka do Arachne, gdy ta miała może pięć lat i płakała, ukąszona przez pająka. - Nie ma tutaj ofiar i drapieżników. Wszystko tutaj jest drapieżne. O tym, czy stanie się ofiarą, decyduje tylko jego chwilowa słabość. Nie płacz, Arachne. Poczuj jad w swoich żyłach. Jeśli będziesz dość silna, zostaniesz ukąszona jeszcze tysiące razy. Im więcej trucizny zasmakujesz, tym mniej bólu ci ona przyniesie.

Nie było trucizny ani jadu dość silnego, by zabić Menardi, który dożył dorosłości.

Meta uklęknął nad okiem koło Arachne i wyciągnął uproszczoną mapę wyspy.

- Siostro - powiedział. - Czy wiemy, gdzie jest statek?

- Wiem tylko, że jest zacumowany przy zachodnim brzegu - odrzekła Arachne. - Musimy go znaleźć.

- Zatem odpocznijmy do zmierzchu i nocą ruszajmy na polowanie.

- Nie, bracie - powiedziała Arachne. - Odpocznijcie chwilę i napijcie się z oka. Ruszamy dalej. Będziemy odpoczywać na zachodnim brzegu, na przemian z szukaniem niewiernych.

Meta spojrzał między liśćmi, na nisko wiszące słońce. Arachne domyślała się, że znużył go marsz w świetle i gorącu. Położyła dłoń na rączce bata, gdyby trzeba było przypomnieć mu o zasadach. Meta pozwalał sobie czasami na zbyt wiele w jej obecności i wiedział, że większość gróźb Arachne to puste słowa, ale kapłanka nie życzyła sobie najmniejszej niesubordynacji w trakcie tej wyprawy. Mężczyzn należało trzymać w ryzach. Gdyby wyrwali się spod kontroli, Arachne mogła nie poradzić sobie z czterema.

Meta nawet nie zauważył jej gestu, zanim odpowiedział:

- Jak sobie życzysz, siostro.

Arachne obserwowała przez chwilę jak wojownicy piją wodę i chłodzą karki, zanim sama pochyliła się nad gładką taflą oka i uniosła do ust skulone dłonie. Kwaśny smak soków trawiennych wyspy i jego lekkie ukąszenie na języku przypomniały jej, że Wielka Pożeraczka czeka na swoją daninę.

- Już wkrótce, Matko-Pająku - obiecała cicho, spoglądając w dół, na miękką i sprężystą powierzchnię żarłocznej wyspy. - Przyniosę ci twoją ofiarę.

Podniosła się na nogi i władczym spojrzeniem powiodła wokół, po siedzących, powleczonych potem podwładnych.

- Ruszajcie się - poleciła sucho.

Meta dźwignął się pierwszy, a pozostali za nim. Arachne lekko zmarszczyła brwi, zastanawiając się nad tym dziwnym entuzjazmem jej brata. Być może liczył, że udział w tej misji, rzekomo pobłogosławionej przez matkę, przyniesie mu uznanie i wyróżni go jakoś spośród mężczyzn Menardi. A może przejrzał podstęp siostry, liczył na porażkę oraz dojrzał w tym wszystkim okazję, by pozbyć się jej raz na zawsze.

Tylko że Arachne nie poniesie porażki, nie brała takiej opcji pod uwagę. Była jedyną dorosłą córką Menardi, kapłanką Matki-Pająka, przyszłą najwyższą kapłanką rodu. Urodziła się, by rządzić, by zwyciężać, by pożerać. Wszystko w jej życiu zawsze szło tak jak to zaplanowała, a Wielka Pożeraczka nigdy nie szczędziła jej swoich łask.

Dotarli do zachodniego brzegu o zmierzchu, również tak jak Arachne tego chciała. Znaleźli grupę masywnych łodyg, pochylonych nad brzegiem, splecionych w dziurawe gniazdo nad uderzającymi o brzeg falami. Wystarczyło rozłożyć tam posłania z martwych pnączy, by stworzyć dość stabilne, ukryte wśród zieleni obozowisko.

Kiedy mężczyźni skończyli pracę, Meta przyszedł do Arachne i usiadł obok niej. Wpatrywała się w Bezkres, z jedną nogą zwieszoną w dół nad wodą, na samej krawędzi roślinnego gniazda. Widziała statek. Wielka bestia z twardego, lądowego drewna zdawała się przysiadać na jednym boku, zacumowana spory kawałek od brzegu wyspy.

Arachne lubiła tak siedzieć, nad przepaścią, nieco niestabilnie, czując delikatne palce lęku na kręgosłupie, między uległością wobec śmierci a wyzwaniem rzucanym jej w twarz.

- Dostali się tutaj w szalupach - powiedział Meta, gdy skończył przepatrywać horyzont. - Ich statek wygląda na uszkodzony. Myślisz, że stoi na kotwicy?

- Jeżeli tak, to do świtu mogą go stracić - rzekła Arachne.

Wyspa dryfowała, unosząc się wśród nieskończonego błękitu, ale ofiary przybywające na drewnianych okrętach często zdawały się tego nieświadome. Porzucały swoje statki, dobijały do żarłocznych brzegów w szalupach, a potem znajdowały się w pułapce.

- Roześlij łowców, bracie - powiedziała Arachne. - Mają wrócić do zenitu księżyca, potem niech ruszą następni. Szukajcie, aż znajdziecie niewiernych.

- Za kilka dni wszyscy będą wycieńczeni.

- Jeżeli przeszukanie zachodniego brzegu zajmie wam kilka dni, wychłostam was wszystkich za lenistwo, aż sami staniecie się ofiarami dla Wielkiej Pożeraczki - oświadczyła Arachne. - Zacznę od ciebie.

Meta wyszczerzył zęby w złowrogim uśmiechu. On też urodził się drapieżnikiem, nawet jeśli Wielka Pożeraczka nie obdarowała go magią. Arachne wiedziała, że w jego uszach aż huczy zew łowów.

Poza tym, nie zabiłaby go i Meta doskonale to wiedział. Urodzili się z jednego ojca. Meta był najbliższym sojusznikiem dla Arachne, a ona potrzebowała przyjaciół jak długo nowy partner najwyższej kapłanki, Natrix, żył i dyszał żądzą jej krwi.

- Nie zawiedziemy cię, siostro - obiecał Meta i zostawił Arachne samą nad ciemniejącymi toniami Bezkresu.

***

Spała, ciągle półsiedząc nad wodą, od której ciągnęła nocnym chłodem, gdy obudził ją ruch. Zaniepokojona Arachne usłyszała kogoś przemykającego wśród rozciągniętych na posłaniach ciał. W ciemności błysnęły jak dwa księżyce zwierzęce oczy wyznawcy Wielkiej Pożeraczki - jej dar dla wybranego ludu, który pozwalał im polować, gdy niewierni spali i byli najbardziej wrażliwi.

- Podaj swoje imię - rzuciła Arachne ostrzegawczo, obserwując mężczyznę, który zakradł się tak blisko niej.

- Lividus Menardi, kuzynko - powiedział. - Znalazłem niewiernych.

- I czemu nie przyniosłeś tych wieści mojemu bratu?

Wojownik wzruszył muskularnymi ramionami. Jak zauważyła z pewnym uznaniem Arachne, żadna z jego licznych blizn nie pochodziła od bicza, tylko od broni, kłów i pazurów.

- Ponieważ to ja ich znalazłem, kuzynko - rzekł śmiało. - Dlaczego miałbym oddawać tę drobną zasługę twojemu bratu?

Arachne uśmiechnęła się lekko. Lividus był śmiały, poza tym że nosił szramy godne wojownika. Obejrzała go od stóp do głów w te kilkanaście sekund ciszy, na które sobie pozwoliła. Silny, potężny, bez grama tłuszczu, z długimi, gęstymi włosami, które w ciemności wyglądały na czarne, tak samo jak jego oczy. Jeśli nie liczyć, oczywiście, odbijającego zielonkawe światło basenu źrenicy.

- Gdzie są?

- Bardzo blisko, kuzynko. Mała grupa, trzymająca się razem. Pięciu mężczyzn i kobieta, której wydają się posłuszni.

Arachne zawahała się. Niewierni zazwyczaj byli mężczyznami, a ich kobiety nie miały mocy ani poważania. Czy na pewno ci, którzy przybyli na wyspę tym razem, nie czcili Wielkiej Pożeraczki?

Nie mogła jednak się wycofać. Zaryzykowała wiele dla tej wyprawy, przede wszystkim gniew swojej matki. Musiała dostarczyć ofiarę, w przeciwnym razie zostanie ukarana. Pewnie nie spotkałoby jej nic straszliwego... jednak Arachne niewielu smaków nienawidziła równie mocno jak goryczy porażki.

Musiała działać i zaufać swojemu szczęściu oraz umiejętnościom.

- Zdają się zmierzać w kierunku miasta - dodał Lividus. - Jeden z młodszych mężczyzn nie wygląda na wojownika.

Arachne nie zamierzała zdradzać przed nim, że ma jakiekolwiek wątpliwości, ale jego słowa podkopywały jej morale coraz bardziej. Czyżby ta dziwna grupa przybyła złożyć dobrowolną ofiarę Wielkiej Pożeraczce?

Zacisnęła dłoń na trzonku bata. Nawet jeśli nie miała do czynienia z niewiernymi, wszyscy byli drapieżcami. Modliszka pożera samca modliszki, jaguar dusi słabszego jaguara, wąż kąsa i połyka mniejsze węże.

Arachne poczuła, że na jej wargi wpełza w końcu uśmiech.

- Zatem sześć na sześć - powiedziała do Lividusa. - Nimi dowodzi kobieta i wami również. Może, jeśli mamy szczęście, okażą się nas godni.

Lividus uśmiechnął się do niej.

- Gdy pozostali wrócą, wyruszymy - dodała Arachne i wyciągnęła rękę, żeby ułożyć palce na ustach Lividusa. - Wyglądasz na imponującego wojownika, kuzynie. Ty będziesz odtąd kierował łowami, nie mój brat.

- Dziękuję, kuzynko.

- Nudzę się. Dostarczysz mi rozrywki?

Lividus uśmiechnął się z lekkim niedowierzaniem, ale zbliżył się nawet bardziej i pochylił do jej ust. Arachne złapała wojownika za gładko ogoloną brodę i najpierw pocałowała go, a potem ugryzła w dolną wargę, aż poczuła w ustach smak krwi. Gdy Lividus przysiadł na piętach, wspięła się na niego jak żarłoczna bestia. Wojownik przesunął palcami po wewnętrznej stronie uda Arachne.

Sprawił jej wielką przyjemność. W nagrodę zostawiła mu na ramionach i plecach ślady swoich paznokci. Odepchnęła jego rękę, gdy miała dość i przylgnęła blisko do muskularnego ciała, żeby poczuć wypełniającą je żądzę. Lividus obejmował ją ramionami, przyciągał do siebie zachłannie, ale nie uczynił nic, co przyniosłoby spełnienie jemu samemu, dopóki Arachne nie wyszeptała mu do ucha pozwolenia:

- Możesz położyć się na mnie.

Lividus warknął z ekscytacją. Przycisnął ją mocno do posłania i przygniótł swoim ciężarem. Złapał nadgarstki kapłanki, odgiął jej ręce w górę i powędrował własnymi w dół, przez całe jej ciało, aż do bólu zacisnął je na moment na jej piersiach, a zaraz potem na miednicy.

Lividus śmiało sobie poczynał, ale myśl o uderzeniem go biczem tylko przeleciała przez głowę Arachne. Zamiast tego podniosła biodra i uległa. Lividus był piękny. W świetle, odbijającym się od pofalowanej powierzchni Bezkresu, rozpoznała w końcu, że jego oczy nie są czarne, ale ciemnoniebieskie jak szafiry.

Gdy zeszła się umyć w słonej wodzie, ponownie ktoś podążył za nią. Rozpoznała ten cień i nie zwracała na niego uwagi, dopóki nie skończyła.

- Teraz masz go słuchać - powiedziała wtedy, stając z Metą twarzą w twarz.

Zastanawiała się, co odpowie, czy powoła się jakoś na swoją lojalność i umiejętności, czy może wytknie, że Lividus i jego wspaniałość namieszały jej w głowie. Ale Meta nic nie powiedział, skrzywił tylko wargi z niezadowoleniem i kiwnął głową.

Lividus pojawił się na koniec tej rozczarowującej wymiany zdań.

- Pozostali wrócili, kuzynko - powiedział. - Nikogo więcej nie znaleźli.

- Dobrze - stwierdziła Arachne. - Zatem ruszajmy. Chcę żywych tak wielu jak nam się uda. Zwłaszcza kobietę.

- Kobietę? - zdumiał się Meta.

- Tak, jest wśród nich kobieta. Przewodzi im, jak się zdaje - potwierdził Lividus. - Chodź, ruszymy przodem. Wyglądało na to, że stanęli na noc, ale i tak musimy ich odnaleźć ponownie.

Meta kiwnął głową. Gdy odchodzili, Arachne uśmiechnęła się z zadowoleniem. Gdyby inna kapłanka zdołała pozbawić ją przywództwa nad nawet najmniejszą grupą, już nigdy nie mogłaby się zwrócić do niej plecami. Nic dziwnego, że Wielka Pożeraczka gardziła męskim rodzajem. Jednocześnie ich gotowość do współpracy ułatwiała w tej chwili wiele rzeczy.

Ruszyła się z miejsca, bo pozostała trójka mężczyzn czekała na nią, żeby podążyć śladami Lividusa i Mety.

Ich mały zwiad okazał się raczej niepotrzebny. Niewierni palili małe, dymiące ognisko, najwyraźniej używając do tego odciętych pnączy wyspy. Zaszli dość daleko w jej głąb, o wiele dalej niż Arachne się spodziewała. Miała szczęście, albo przychylność Matki-Pająka, że jej grupa zdążyła ich zauważyć przed innymi myśliwymi, którzy być może wyruszyli już z iglic.

***

Arachne przyczaiła się cicho za zdrewniałym pniem. Wpatrywała się w grupę niewiernych z zainteresowaniem. Dwóch mężczyzn siedziało na straży. Rozglądali się niespokojnie ślepymi w ciemności oczami i nerwowo podawali sobie butelkę. Na ziemi leżeli ich towarzysze. Długowłosa kobieta wyglądała jak zastygła kropla krwi w czerwonej sukni, wystającej spod koców. Inny mężczyzna, jasnowłosy i potężny jak głaz, mógł sprawić nieco kłopotu. Pozostała dwójka nie zwróciła szczególnej uwagi Arachne.

Arachne spięła wszystkie mięśnie, by dać sygnał do ataku.

Wtedy kobieta w czerwonej sukni usiadła gwałtownie, koc zsunął się z jej drobnych ramion, a wskazujący palec wycelował wprost w kryjówkę kapłanki.

- Tam - powiedziała.

Od potęgi jej głosu zadrżało powietrze.

Rozdział 3: Ciernie na róży

Kiedy wciągali szalupę na brzeg, pnącza pod ich butami uginały się lekko, tak że każdy krok rozbrzmiewał głośnym pluskiem. Stary Miles wymamrotał pod nosem:

- Bezkresna Matko, miej nas w opiece.

Oliver zastanawiał się, czy to właśnie ta mięsożerna wyspa, o której mówił wyga. Gdy łódź była już bezpieczna, zadarł głowę i popatrzył na przedziwną, górującą nad nimi roślinność.

Roger Smith zdzielił Olivera łokciem pod żebra, aż ten podskoczył gwałtownie.

- Robi wrażenie, co?

Oliver zaśmiał się, odpędzając strach, który wspinał się mu po kręgosłupie jak wielki, włochaty pająk.

- Nigdy nie widziałem czegoś takiego - przyznał jednak.

- Ekscytujące! - Ekscytujące to będzie, kiedy ta wyspa nas pożre - burknął Miles.

- To nie jest wyspa - rzekła cicho Pani Róża. - Nie zostaniemy tutaj długo.

Podeszła do czarnego muru drzew i powoli ruszyła wzdłuż niego. Berensky skinięciem ręki dał znać pozostałym, by się pospieszyli, a sam podążył tuż za nią jak czujny strażniczy mastif.

- Co masz na myśli, pani? - zapytał.

Teraz wszyscy nadstawili uszu, maszerując za tą parą w absolutnej ciszy, żeby usłyszeć odpowiedź.

- Magia nie działa na lądzie, Kristoffie - odrzekła nieco nieobecnym tonem Pani Róża. - Magia wymaga niestałości Bezkresu, odbicia swojej własnej humorzastej natury. To nie jest ląd, więc tego miejsca takie ograniczenia nie dotyczą. Jeżeli jest tutaj jakakolwiek cywilizacja, to jest dotknięta magią. Sądzę, że może być... nawet niewielka, nawet bardzo obca. Cóż za wspaniałe miejsce dla Potęgi!

- Potęgi? - wyszeptał Oliver do Rogera, który wzruszył tylko ramionami na znak nieznajomości tematu.

- My, cywilizowani ludzie, wiemy że Potęga jest tylko tym, czym jest. Źródłem, z którego można czerpać, chociaż nigdy za darmo - ciągnęła Pani Róża, być może usłyszawszy rzucone w przestrzeń pytanie. - Bóg jest jeden i jest nim Bezkres. Ale czy można podejrzewać o podobną pobożność, podobny rozsądek, dzikusów? Wyobraź to sobie, Kristoffie. Pływająca łata wodorostów, na niej osamotniona Potęga, a wokół dzicy, zdeterminowani karmić ją swoim oddaniem, modlitwami i ofiarami w zamian za trochę mocy. Musi być jak nieustannie podsycany ogień. Przenika tutaj wszystko. Mam wrażenie, że w powietrzu da się wyczuć jej smak. Musimy ją znaleźć, jeśli się nam uda. Musimy... muszę z niej zaczerpnąć. Skosztować jej naprawdę.

W tym ostatnim cichym zdaniu zabrzmiały niezłomność, determinacja i chciwość, pożądanie władzy i mocy tak wielkie, że Oliver nagle zrozumiał, co takiego Kapitan Cierń widzi w tej kobiecie o nudnej urodzie. On i Pani Róża różnili się od siebie fizycznie, ale ich wiecznie głodne dusze, ich nieposkromione ambicje, równie dobrze mogły zlać się w jedno.

Oliver odwrócił się do Hugo.

- Co myślisz? - spytał.

- O czym? - odszczeknął wyrwany z zadumy żeglarz.

- O tym wszystkim - powiedział Oliver.

Hugo milczał chwilę, zanim w końcu przyznał:

- Mówiąc szczerze, młody, myślę tylko o jednym, odkąd pokazał się nam Gniew Archanioła. Myślę, że jeśli umrę, to może nie będzie tak źle i o Rudej Christinie.

- Kim jest Ruda Christina?

- To dziwka - wyjaśnił Hugo. - Kobieta, przez którą zostałem piratem. Kto jak to, ale ty powinieneś rozumieć.

- Skupcie się na wypatrywaniu zagrożenia, a nie na bezmyślnym obracaniu jęzorami - warknął na nich Berensky. - Nie słyszeliście Pani Róży? Mogą tu być dzicy, dzicy z dostępem do magii.

Pierwszy oficer złapał gwałtownie Olivera za ramię, jego twardy uchwyt zostawił na delikatnej skórze chłopaka ciemne sińce. Berensky pochylił się i popatrzył mu prosto w oczy, a potem poklepał rękojeść pistoletu, który Oliver nosił za pasem.

- Jak zobaczysz jakiegoś, nie zawiedź i zastrzel ludojada na miejscu - dodał ostro.

Oliver spojrzał na Rogera, który uśmiechnął się zawadiacko, położył lewą rękę na kordelasie u boku, a prawą poklepał noże do rzucania, noszone na skórzanym pasie biegnącym przez pierś. Ładne, nieduże, płaskie w kształcie, wysadzane maleńkimi ametystami. Na pasie starczyło miejsca na siedem, ale ostało się tylko sześć ostrzy. Roger oczywiście zdarł je z trupa bogacza.

Pozostali, poza Panią Różą, nosili u pasa miecze i pistolety. Wszyscy, poza wyposażonym w pięknie zdobiony, prawdopodobnie również zrabowany rapier Berenskym, dzierżyli szable. Dodatkowo Stary Miles dźwigał muszkiet, który zdawał się Oliverowi mało praktyczny i pikę z metalowym grotem, przywodzącym na myśl harpun. Hugo miał kilka toporów, przewieszonych na plecach i teraz odpiął jeden z nich, by wcisnąć broń w dłoń Olivera.

- Pistolet na długo ci nie starczy, jeśli przyjdzie co do czego - powiedział cicho. - Ale zacznij w rzeczy samej od zastrzelenia ludojada, młody. Tak jest łatwiej.

Przez pierwsze godziny, gdy wędrowali po pnączastym brzegu, wyspa wydawała się zupełnie wymarła. Pachniała słono i kwaśno, odpowiednio morzem i parzącym sokiem wydzielanym przez rośliny. Nie śpiewały na niej ptaki. Jedyne zwierzęta, jakie ujrzeli, to stado mew, które dziobały gnijące nad wodą zwłoki morskiego ssaka.

- Musimy wejść głębiej - powiedziała wreszcie Pani Róża.

Berensky popatrzył na słońce, które zniżyło się już w kierunku horyzontu, a później na sylwetkę Syreny, bardziej odległą niż jeszcze niedawno.

- Wyspa rzeczywiście dryfuje - przyznał. - Ale dobrze, tyle że będziemy musieli przenocować. Sever, weź Smitha i idźcie poszukać jakiejś ścieżki, albo przynajmniej dobrej drogi przez ten gąszcz.

Las okazał się mniej zbity niż spodziewał się Berensky, więc Hugo i Roger szybko znaleźli dogodne przejście. Pierwszy oficer wyciągnął busolę i co chwilę zerkał niespokojnie na igłę. Szli powoli, ze względu na Panią Różę, której spódnica haczyła o pnącza. Wszystkie łodygi zdawały się zespolone ze sobą, a jednak niektóre z nich były gładkie, inne pokryte rosą soków, kolczaste lub porośnięte kępami wielkich fioletowo-niebieskich kwiatów, których kielichy otwierały się dopiero w coraz dłuższych cieniach. Zapach oceanu zniknął, zastąpiony przez wszechogarniającą kwaśną woń, która gasła tylko koło kiści kwiatów, wydzielających mieszankę słodyczy, ostrości i odoru padliny. Z pnączy kapał jak deszcz piekący sok, który zostawiał na odsłoniętej skórze drobne czerwone ślady.

Im głębiej wchodzili w cielsko dryfującej wyspy, im mroczniej się robiło, tym więcej życia pojawiało się wokół nich. Wielkie pająki tkały swoje sieci, pełne modliszek, os i komarów, które łakomie rzuciły się na wędrowców bzyczącą chmarą, roiły się nad ich głowami jak czarny, żywy obłok. Kolorowe żaby grały, przyklejone do pni jak barwne plamy. Nietoperze przemykały bezszelestnie pod sufitem lian. Oliver ujrzał nawet małego, dzikiego kota, cień pośród cieni, gdy drapieżnik przemykał nieopodal na miękkich łapach.

- Bezkresny Ojcze! - wykrzyknął nagle Miles. - Dzicy nad nami!

Zadarli głowy, gwałtownie chwytając za broń, tylko Oliver stał z rozdziawionymi ustami. Z góry patrzyła na nich twarz, jakby ludzka, a jednak obramowana szarym pióropuszem. Garbaty nos okazał się dziobem, kiedy wielki jak człowiek ptak rozwarł go szeroko i głośny wrzask dobył się z jego szkarłatnego gardła.

Miles uniósł muszkiet do ramienia, ale Berensky fuknął na niego:

- Ani się waż, kundlu!

Stary opuścił broń niepewnie i pierwszy oficer wyjaśnił, bardziej zwracając się do Pani Róży, niż do podwładnego:

- Wszystko, co żyje w tym lesie, by nas usłyszało.

Odeszli, odprowadzani przez parę ciemnych oczu. Wielki ptak przestąpił z jednej szponiastej łapy na drugą i na moment rozprostował skrzydła, rozłożyste jak u mitycznych bestii.

- Co myślisz? - spytał Roger.

- Niesamowite stworzenie - przyznał Oliver. - Nigdy nie sądziłem, że coś takiego zobaczę.

- Ja myślę, że ta wyspa jest dziwna - rzekł Roger. - Zazwyczaj w takich bezludnych miejscach jest pełno łatwego mięsa. Małe jelonki albo ptaki durne jak rozsznurowany but. Tutaj wszystko zdaje się mięsożerne.

- Pani Róża wie, co robi - powiedział Oliver i chociaż zabrzmiał pewnie, to tak naprawdę szukał u Rogera potwierdzenia.

- Oczywiście.

Oliver miał wrażenie, że słyszy w słowach kolegi pragnienie bliźniacze do własnego.

Idąca przed nimi Pani Róża potknęła się i prawie upadła, a Roger i prowadzący pochód Berensky jednocześnie wykonali niepotrzebny ruch, by ją podtrzymać.

- Powinniśmy zatrzymać się na nocleg - powiedział pierwszy oficer. - Za chwilę zrobi się tutaj zupełnie czarno. Sever, Smith, młody, zbierzcie lub zetnijcie cokolwiek się nada do rozpalenia ognia. Miles, rozkładaj śpiwory,

Oliver przyjął zapowiedź odpoczynku z ulgą. Był zlany potem i zdyszany, a wszystkie złowrogie cuda wokół niego nie mogły już wynagrodzić wielogodzinnej wędrówki. Dzięki pracy na Syrenie czuł się nieco sprawniejszy niż w swoich czasach krążenia po Bayporcie, ale nie żeglował jeszcze dość długo, by jego mięśnie urosły, płuca się wzmocniły, a skóra stwardniała. Poza tym, szorowanie pokładu, ciągnięcie lin i wiązanie ładunku było czymś zupełnie innym, niż przedzieranie się przez plątaninę opornej roślinności.

Odszedł od obozu i rozglądał się za czymkolwiek, co mogłoby posłużyć za chrust, ale ten las nie przypominał żadnego innego. Nie tylko cały był złożony z pnączy, które zdawały się odmianami jednego gatunku, ale też zupełnie pozbawiony runa. Z co drugim krokiem niestabilny grunt uginał się zdradziecko, a spod niego dobiegał plusk morza.

Miejsce postoju zniknęło Oliverowi z oczu i zatrzymał się, niepewien co robić dalej. Jeżeli wróci z niczym, Berensky obedrze go ze skóry.

Po jego prawej, pnącza spiętrzały się i tworzyły naturalne schody na pagórek, który wyglądał jak małe drzewo w całości zakryte przez kolczaste liany. Wiele z nich było grubych i zdrewniałych, i Oliver pomyślał, że nic lepszego do rozpalenia ognia nie znajdzie.

Wspinając się po roślinnych stopniach, z ulgą zauważył, że są stabilniejsze niż zwykła tutaj, mokra powierzchnia. Zaraz to spostrzeżenie zastąpił szok, gdy ujrzał ile robactwa kłębi się na szczycie wzgórza.

Ziemia drgała w tym miejscu od życia. Drapieżne chrząszcze i mrówki, myszy i szczury o sierści zlepionej krwią, gibkie brązowe łasice, cała rzesza ohydnych trupojadów rozdzierała na strzępy gnijące zwłoki, których kształt Oliver ledwo był w stanie pod nimi rozpoznać. Chyba był to wąż. Jego długie cielsko zmieniło się w bufet dla pozbawionych godności i zahamowań bestii.

Ale nie tylko martwy gad znalazł się w menu. Na jego cuchnących resztkach toczyła się nieustanna wojna. Mrówki pokrywały rozedrganą, kąsającą masą chrząszcze i mniejsze myszy, przebiegłe łasice tylko czekały aż nieostrożny szczur zbliży się do nich, gryzonie kąsały owady i siebie nawzajem. Perwersyjny, hedonistyczny szał kojarzył się Oliverowi z najbardziej wyuzdanymi zabawami Bayportu. Widział głód i żądzę, których zaspokojenie warte było nawet śmierci.

Z podszytej grozą adoracji tego spektaklu wyrwał Olivera głos Rogera Smitha:

- Znalazłeś cokolwiek?

Oliver oderwał oczy od trupiej uczty i odwrócił się do kolegi.

- Nic. Nie ma tutaj chrustu ani niczego podobnego.

Roger rozłożył szeroko puste ręce.

- Tak samo - oznajmił. - Dobry pomysł, żeby poszukać czegoś twardszego. Może nie będzie tak ociekać sokiem. Ale tych kolczastych nie będę niósł. - Wskazał pnącza, które zwabiły Olivera na wzgórze, a o których zdążył już zapomnieć. - Dawaj tu ten toporek i narąbiemy czegoś, zanim Berensky'ego szlag trafi. Pewnie i tak nie będzie się palić. Strasznie tu mokro.

Oliver zszedł do Rogera, odpiął topór Huga i podał towarzyszowi. Wrócili powoli, klucząc, w kierunku obozowiska. Oliver wypatrzył zdrewniałe gałęzie jednego z licznych drzew, dość łatwo dostępne z poziomej, grubej liany porośniętej różowymi kwiatami.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.