Droga bez znaczenia / Ekspres Ares - Ian McDonald

Kup ebooka

80.00 zł
68.00 zł (64,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 8

8

Mikal Mar­go­lis miał pro­blem. Cier­piał, bo zako­chał się w pani wete­ry­narz z domu nr 12 po dru­giej stro­nie drogi. Jed­nakże obiek­tem jego pożą­da­nia, który je w dodatku zaspo­ka­jał, była Per­sis Tat­ter­de­ma­lion, z którą miał wspól­notę łoża i inte­re­sów. Pani wete­ry­narz z domu nr 12, nazy­wa­jąca się Marya Quin­sana, też miała pro­blem. Taki, że była obiek­tem pożą­da­nia swego brata Mor­tona. Nie­stety nie kochała go, ani tro­chę, nie kochała też Mikala Mar­go­lisa. Kochała tylko sie­bie. Ta samo­mi­łość była oszli­fo­wana jak bry­lant o wielu lśnią­cych faset­kach, tak że jej pro­mie­nie odbi­jały się w kie­runku innych osób wokół niej, które uwa­żały, że ona ich kocha, a oni ją.

Jedną z takich osób był jej brat Mor­ton Quin­sana, den­ty­sta z dziw­nymi obse­sjami, w któ­rego zabor­czość wobec sio­stry nie wie­rzył nikt. Wszy­scy wie­dzieli, że on jej skry­cie pożąda, on wie­dział, że skry­cie jej pożąda, więc nawet nie było to skryte, skoro tyle osób o tym wie­działo. Żywił jed­nak do niej taki sza­cu­nek, że nie ważył się tknąć jej nawet pal­cem. Pło­nął więc pie­kielną fru­stra­cją w przy­zwo­itej odle­gło­ści. A im dłu­żej pło­nął, tym goręt­szy był żar jego obse­sji. Któ­re­goś wie­czoru przy­ła­pał sio­strę na flir­to­wa­niu z braćmi Gal­la­cel­limi - śmiała się z ich nie­okrze­sa­nych far­mer­skich dow­ci­pów, piła ich napoje, doty­kała ich szorst­kich i brzyd­kich rąk. Przy­siągł wtedy na miej­scu, że ni­gdy nie będzie leczył żad­nego z braci Gal­la­cel­lich, choćby przy­szli do niego z bolą­cym zębem, z krzy­kiem i pła­ka­niem, choćby gni­jąca zębina wyzwo­liła w nich zwie­rzę i kazała im walić bez­sil­nie głową o ścianę; nie, odprawi ich, wygoni bez zasta­no­wie­nia, skaże ich na jęki, cier­pie­nia i zgrzy­ta­nie zębów, za to, że zarzu­cili sieć swych lubież­nych żądz na jego sio­strę Maryę.

Kolej­nym z tych głup­ców był Mikal Mar­go­lis. Przez matkę ni­gdy nie był szczę­śliwy w miło­ści. Jed­nakże kiedy matka ogło­siła swoje zarę­czyny, stał się szczę­śliwy - i był szczę­śliwy z pełną zapału, ener­giczną i zachłanną Per­sis Tat­ter­de­ma­lion. Nagle jed­nak z coty­go­dnio­wego pociągu z zaopa­trze­niem z Połu­dnika wysie­dli Mor­ton i Marya Quin­sa­no­wie. Mikal Mar­go­lis wła­śnie odbie­rał ze sta­cji beczki piwa i skrzynki alko­holi, kiedy zauwa­żył wysoką, silną kobietę idącą wzdłuż peronu z natu­ral­nym wdzię­kiem i dys­kretną siłą polu­ją­cej kotki. Ich spoj­rze­nia spo­tkały się i powę­dro­wały dalej, ale po tym prze­lot­nym kon­tak­cie Mikal Mar­go­lis poczuł, że prze­ska­ku­jąca po krę­go­słu­pie elek­tryczna iskra sta­pia mu na czarne szkło pod­stawę serca, kry­jącą wszelką przy­zwo­itość i uczci­wość. Zako­chał się. Nie był w sta­nie myśleć o niczym innym, tylko o tym, że ją kocha.

Kiedy dok­tor Ali­man­tando przy­dzie­lił Quin­sa­nom jaski­nię, pobiegł w te pędy poma­gać budo­wać im dom.

- Ej, a kto prze­trze rze­czy, kto umyje szklanki? - zapy­tała Per­sis.

Mikal poma­chał i pobiegł. Kiedy dok­tor Ali­man­tando dał Quin­sa­nom działkę, Mikal Mar­go­lis przy­szedł i kopał, prze­gra­dzał i zale­wał, aż księ­ży­cowy pier­ścień zalśnił jak dia­menty.

- Może byś nalał parę drin­ków? - mówiła Per­sis. - Może byś zro­bił jakąś kola­cję dla głod­nych ludzi?

A kiedy Mor­ton Quin­sana z sio­strą przy­szli do Beth­le­hem Ares Restau­ra­cji/Hotelu, Mikal dał im po misie gorą­cego jagnię­cego pilawu i tyle dar­mo­wego piwa, ile byli w sta­nie wypić, a potem gadał i żar­to­wał z nimi aż do zamknię­cia. Kiedy w hotelu zacho­ro­wała kura, mimo że była prze­zna­czona na wie­czorny rosół, i tak zabrał ją do Maryi Quin­sany, która sztur­chała ją i badała wpraw­nymi pal­cami, a on marzył, że jej palce robią to samo jemu. Tej jesieni wiele zwie­rząt Mar­go­lisa i Tat­ter­de­ma­lion się roz­cho­ro­wało.

Mimo to Mikal Mar­go­lis nie był szczę­śliwy. Oscy­lo­wał mię­dzy miło­ścią dobrej kobiety a miło­ścią złej kobiety, jak odmie­rza­jący czas mały kwar­cowy krysz­ta­łek. Per­sis Tat­ter­de­ma­lion, prak­tyczna i nie­winna jak orzeł na nie­bie, pytała, czy jest chory. Mikal Mar­go­lis tylko stę­kał z nie­speł­nio­nego pożą­da­nia.

- Kocha­nie, może byś się kogoś pora­dził, co? Od paru dni nie możesz się sku­pić na pracy. Może do tej pani wete­ry­narz pój­dziesz? No wiesz, ludzie to tylko jesz­cze jeden gatu­nek zwie­rząt, nie? Może ona ci coś pomoże.

Mikal Mar­go­lis odwró­cił się do Per­sis Tat­ter­de­ma­lion.

- Żar­tu­jesz, co?

- Nie. Poważ­nie mówię.

Stęk­nął jesz­cze gło­śniej.

A Maryi Quin­sany nie obcho­dziło to nic a nic. Dokład­nie tak - nie obcho­dziło. Do osób na tyle sła­bych, żeby się w niej zako­chać, czuła wyłącz­nie pogardę. Gar­dziła swoim przy­głu­pim bra­tem, gar­dziła tym tępym chło­pa­kiem zza baru. Ale nie mogła się oprzeć wyzwa­niu. Odbije tego głu­piego chło­paka kocha­ją­cej pro­staczce, z którą mieszka i z którą się kocha. To jest gra, to tylko gra, w grze pionki nie mają zna­cze­nia, liczy się umysł, który nimi poru­sza, oraz zwy­cię­stwo, bo, zwy­cię­ża­jąc, będzie mogła jesz­cze bar­dziej pogar­dzać prze­gra­nymi. Jed­nym spryt­nym gam­bi­tem może zatrium­fo­wać nad Mika­lem Mar­go­li­sem i swoim cho­ler­nym bra­tem. Wtedy będzie mogła wresz­cie się z nim roz­stać i niech świat usły­szy jej imię.

"Opie­kuj się Mor­to­nem" - takie słowa wygło­siła na łożu śmierci jej żela­zna matka. "Opie­kuj się nim, dbaj o niego, niech mu się wydaje, że podej­muje wszyst­kie decy­zje, ale dopil­nuj, żeby nie podej­mo­wał żad­nych. Maryo, tak ci roz­ka­zuję".

Opie­kuj się Mor­to­nem, opie­kuj się Mor­to­nem; tak, już od pię­ciu lat wypeł­niała ostat­nią wolę matki. Poje­chała za nim na pusty­nię po tym roman­sie z małą dziew­czynką w parku; ale, matko, musi przyjść taki dzień, że Mor­ton się usa­mo­dzielni, i tego dnia od razu z rana ona wsią­dzie do pierw­szego pociągu jadą­cego do Mądro­ści.

Stąd wła­śnie brały się te gry. Bawiły ją, zapew­niały rów­no­wagę umy­słu przez pięć lat nara­sta­ją­cego zauro­cze­nia Mor­tona, dawały jej nadzieję, że dzięki nim będzie miała siłę rze­czy­wi­ście wsiąść do tego poran­nego pociągu. Wymy­śliła więc, że będzie kar­mić kury dokład­nie o tej porze, kiedy Mikal Mar­go­lis po dru­giej stro­nie uliczki, na tyłach B.A.R-u/Hotelu karmi swoje. To gra kazała mu popro­sić go, żeby pod­szedł i spoj­rzał, czemu jej bio­me­ta­now­nia nie działa, jak trzeba, choć Rajan­dra Das zro­biłby to o wiele lepiej.

- Pro­blemy z che­mią - orzekł Mikal Mar­go­lis. - Ktoś tu wlał uży­wany płyn dezyn­fek­cyjny i poza­bi­jał bak­te­rio­fagi.

Marya Quin­sana uśmiech­nęła się. Dopiero co wlała rano do zbior­nika trzy butelki płynu do ste­ry­li­za­cji. Gra szła świet­nie. Z wdzięcz­no­ści zapro­siła go do środka na drinka, potem na roz­mowę, potem do łóżka (a Mikal Mar­go­lis przez cały czas trząsł się jak osika), a wresz­cie na seks.

I w tym łóżku zostały zasiane nasiona znisz­cze­nia Drogi Bez Zna­cze­nia.

Rozdział 9

9

Kon­flikt pomię­dzy Sta­li­nami i Tene­brae zaczął się, kiedy odkryli, że nie­jaki pan E.P. Ven­ca­tat­cha­lum sprze­dał im tę samą działkę w idyl­licz­nym, raj­skim mia­steczku Droga Bez Zna­cze­nia. Pan E.P. Ven­ca­tat­cha­lum był kie­dyś agen­tem do spraw ziemi w Biu­rze Imi­gra­cji i Osad­nic­twa, a teraz sie­dział w bia­łym pokoju, prze­słu­chi­wany pod zarzu­tem współ­udziału w oszu­stwie przez inspek­tora Djiena Xhao-Pina z komi­sa­riatu Ble­riot. Sta­li­nom i Tene­brae nie dość, że sprze­dano tę samą działkę (do któ­rej zresztą pan E.P. Ven­ca­tat­cha­lum nie miał żad­nych praw), to jesz­cze dostali bilety na ten sam prze­dział sypialny w noc­nym pociągu 19:19 do Portu Prze­si­le­nia, przez North Ben's Town, Annency, Mur­che­so­nville, New Enter­prise, Wol­la­murra i Droga Bez Zna­cze­nia. Żadna rodzina nie zamie­rzała ustą­pić ani o krok. Kuszet­kowy zamknął się w swo­jej kabi­nie i puścił gło­śno radio. Powinni sami się doga­dać. Tej nocy w wago­nie nr 36 noc­nego pociągu nikt się nie wyspał. Pię­cioro ludzi, z baga­żem dla pię­ciorga ludzi, pró­bo­wało się urzą­dzić w prze­dziale sypial­nym dla trojga, z miej­scem na bagaż dla trojga. Pierw­szej nocy tylko mały Johnny Sta­lin, wiek: 3 lata i 3/41, miał łóżko dla sie­bie. A to dla­tego, że był nad­po­bu­dli­wym małym, okrą­glut­kim gru­ba­skiem i gdyby nie dostał tego łóżka, darłby się bez końca. Matka w końcu ustą­piła i wci­snęła mu trzy czy cztery tabletki nasenne dla doro­słych, żeby się uspo­koił i był posłuszny. Johnny Sta­lin był roz­piesz­czo­nym i nad­po­bu­dli­wym małym, okrą­glut­kim leko­ma­nem.

Następny dzień mijał w kru­chej ciszy, dopóki Gaston Tene­brae dokład­nie o czter­na­stej nie odchrząk­nął i nie zasu­ge­ro­wał, że może to byłby dobry pomysł, żeby wszy­scy spali na zmianę. On i jego żona, Gene­vieve, będą sie­dzieć całą noc i spać cały dzień, jeśli Sta­li­no­wie prze­sie­dzą cały dzień i prze­śpią całą noc.

Z początku wyda­wało się to cał­kiem spra­wie­dliwe. Potem górę wzięły pro­ste i nie­przy­jemne zagad­nie­nia logi­styczne narzu­cone przez roz­miar prze­działu. Jedno łóżko trzeba było zło­żyć, żeby utwo­rzyć sie­dze­nia dla tej dwójki, która miała sie­dzieć. Pozo­sta­wały dwa łóżka dla trzech osób. Potem trójka musiała sie­dzieć, a dwójka wygod­nie spać. Pań­stwo Sta­li­no­wie wier­cili się i stę­kali w swoim cia­snym łóżku, mały Johnny chra­pał ast­ma­tycz­nie, Gaston i Gene­vieve Tene­brae pro­wa­dzili drobne, miło­sne sprzeczki, peł­nym furii szep­tem i drob­nymi, agre­syw­nymi gestami rąk, a pociąg stu­kał, szczę­kał, cofał się, dzie­lił na nowe pociągi i tym zmien­nym tem­pem przy­bli­żał się coraz bar­dziej do Drogi Bez Zna­cze­nia.

Cha­otyczna prze­siadka z leża­nek na fotele z rana trze­ciego dnia dopro­wa­dziła do ofi­cjal­nego pod­ję­cia wro­gich dzia­łań. Gene­vieve Tene­brae oskar­żyła małego Johnny'ego Sta­lina, że pró­buje jej zaj­rzeć pod spód­nicę, kiedy wcho­dzi po dra­bince na górną pry­czę. Pan Sta­lin oskar­żył Gastona Tene­brae, że grze­bie w ich bagażu, kiedy śpią. Gaston Tene­brae oskar­żył pana Sta­lina o czy­nie­nie jego żonie nie­sto­sow­nych awan­sów w kolejce do łazienki dru­giej klasy. Pani Sta­lin oskar­żyła panią Tene­brae o oszu­ki­wa­nie przy beziku. Zawi­ro­wały zamie­cie awan­tur, jak śnieżne zamie­cie poprze­dza­jące srogą zimę; i nastał czwarty dzień, a potem czwarta noc.

- Droga Bez Zna­cze­nia! - zawo­łał kuszet­kowy, wycho­dząc z ukry­cia i stu­ka­jąc w drzwi srebr­nym ołów­kiem. Stuk-stuk-stuk. - Droga Bez Zna­cze­nia! Trzy minuty! - Stuk-stuk-stuk.

Para­dok­sal­nie, przez dwie minuty i trzy­dzie­ści sekund pano­wała anar­chia, gdy Sta­li­no­wie i Tene­brae wsta­wali, myli się, ubie­rali, zbie­rali torby, książki, cenne rze­czy, synów-gru­ba­sków i prze­ci­skali się, gra­mo­lili i tasz­czyli wąskim kory­ta­rzem, potem przez wąskie drzwi, wycho­dząc wresz­cie pod cienki rąbek słońca o siód­mej rano. I wszystko to bez choćby jed­nego spoj­rze­nia przez okno, by spraw­dzić, gdzie są - szkoda, bo gdyby spoj­rzeli, być może nie wysie­dliby z pociągu. A tak rozej­rzeli się...

- Zie­lone łąki... - powie­dział pan Sta­lin.

- Żyzna zie­mia cze­ka­jąca na pług - dodał Gaston Tene­brae.

- Powie­trze pach­nące milio­nem kwia­tów - dodała pani Sta­lin.

- Błogi i spo­kojny raj na ziemi - uzu­peł­niła Gene­vieve Tene­brae.

Johnny Sta­lin popa­trzył na ośle­pia­jąco białą suszoną glinę i spie­czoną czer­woną zie­mię, jaskrawe odbły­ski słońca na pane­lach sło­necz­nych i gołe szkie­lety masz­tów z wia­tra­kami. Po czym wykrę­cił twarz jak wyży­maną mokrą gąbkę i przy­go­to­wał się do ataku wście­kłego wrza­sku.

- Mama! - wyję­czał. - Ja nie... - Pani Sta­lin trza­snęła go potęż­nie w lewe ucho.

Johnny zaję­czał jesz­cze bar­dziej, a na ten znak Sta­li­no­wie i Tene­brae zaczęli obrzu­cać się poto­kiem pło­mien­nych wyzwisk, od któ­rych na pobli­skich ścia­nach zosta­wały osmo­lone ślady. Dzie­ciak poczła­pał na bok, żeby być samemu ze swoim nie­szczę­ściem. Nikt nie zwra­cał na niego uwagi, a tym samym go nie kochał. Limaal i Taasmin Man­del­lo­wie zna­leźli go sie­dzą­cego i sią­ka­ją­cego nosem obok głów­nej bio­me­ta­nowni, gdy bie­gali po osa­dzie, wypa­tru­jąc cze­goś nowego do zabawy w nowy dzień.

- Cześć - powie­dział Limaal. - Jesteś nowy.

- Jak się nazy­wasz? - dodała Taasmin, czter­dzie­ści osiem sekund star­sza od brata.

- Johnny Sta­lin - powie­dział Johnny Sta­lin.

- Długo tu będziesz miesz­kać?

- Chyba długo.

- To chodź, poka­żemy ci, gdzie tu się bawić - powie­działa Taasmin i dwójka szyb­kich, zwin­nych dzie­cia­ków wzięła bla­dego i gru­ba­wego Johnny'ego Sta­lina za rękę i poka­zała mu wspa­niałe bajoro dla świń, pompy wodne, kanały iry­ga­cyjne, na któ­rych można pusz­czać sta­teczki, zagrody, gdzie Rael Man­della trzyma zwie­rzęta, uro­dzone z jego zestawu zarod­ków, oraz krzewy jagód, z któ­rych można jeść, aż się pęk­nie, i nikomu to nie prze­szka­dza, ani tro­chę. Poka­zali mu dom dok­tora Ali­man­tanda i samego dok­tora, który był bar­dzo wysoki, bar­dzo stary i bar­dzo miły, na swój tro­chę groźny spo­sób. Dok­tor zaś wziął umo­ru­sa­nego bło­tem, gów­nem, wodą i jago­dami chło­paka i zapro­wa­dził go z powro­tem do wciąż kłó­cą­cych się rodzi­ców. Dał im zgodę na pobyt stały w Dro­dze Bez Zna­cze­nia. Pierw­sze dwie noce spę­dzili w B.A.R-ze/Hotelu, pod­czas gdy dr Ali­man­tando zasta­na­wiał się, co z nimi począć. Wresz­cie zwo­łał swo­ich naj­bar­dziej zaufa­nych przy­ja­ciół i dorad­ców - pana Jeri­cha, Raela Man­dellę i Rajan­drę Dasa i razem, z pomocą Czci­god­nych Przod­ków pana Jeri­cha, pod­jęli nie­zwy­kle pro­stą decy­zję.

Droga Bez Zna­cze­nia jest za mała, żeby pozwo­lić sobie na wiel­ko­miej­skie luk­susy w rodzaju woju­ją­cych rodów. Sta­li­no­wie i Tene­brae muszą nauczyć się żyć razem. Dla­tego dok­tor Ali­man­tando dał im sąsia­du­jące domy, gra­ni­czące ze sobą działki i tylko jedną wia­trową pompę. Zado­wo­lony ze swo­jej salo­mo­no­wej mądro­ści, wró­cił do swego pokoju meteo i do badań nad prze­strze­nią, cza­sem i całą resztą.

Rozdział 10

10

- Ojcze, powiedz mi jesz­cze raz, czemu my tam jedziemy?

- Żeby uciec od nie­do­brych ludzi, któ­rzy mówią o tobie i o mnie złe rze­czy, od ludzi, któ­rzy chcą mi cię zabrać.

- Powiedz jesz­cze raz, czemu ci ludzie chcą mi cię zabrać.

- Bo jesteś moją córką. Bo mówią, że jesteś nie­na­tu­ralna, że jesteś dzi­wa­dłem, pro­duk­tem eks­pe­ry­mentu, mój mały wró­belku. Bo mówią, że uro­dzi­łaś się nie­zgod­nie z pra­wem i powi­nie­nem zostać za to uka­rany.

- Ale powiedz, ojcze, jesz­cze raz: czemu by mieli cię uka­rać? Czy ja nie jestem twoją córką, twoim małym wró­bel­kiem?

- Jesteś moim ćwier­ka­ją­cym wró­bel­kiem i moją córeczką, ale oni mówią, że jesteś tylko... lalką, maszyną, czymś stwo­rzo­nym przez ludzi, i według ich prawa nie wolno nikomu mieć takiej córki, którą dla sie­bie stwo­rzył, choćby kochał ją nad życie.

- A ty kochasz mnie nad życie, ojcze?

- Kocham, moja wisienko, i dla­tego wła­śnie ucie­kamy przed tymi nie­do­brymi ludźmi, bo chcą mi cie­bie ode­brać, a tego bym nie prze­żył.

- Ja też, ojcze, nie prze­ży­ła­bym bez cie­bie.

- Czyli będziemy razem, prawda? Już zawsze.

- Tak, ojcze. Ale powiedz mi raz jesz­cze, co to za miej­sce, do któ­rego jedziemy?

- Nazywa się Droga Bez Zna­cze­nia i jest tak maleń­kie i tak odle­głe od wszyst­kiego, że znamy je tylko z opo­wie­ści.

- I dla­tego tam jedziemy?

- Tak, kotku, jedziemy do ostat­niego miej­sca na świe­cie. Do tej Drogi Bez Zna­cze­nia.

Mere­dith Blue Moun­tain i jego córka Ruthie byli cisi. Byli zwy­czajni, nie­zau­wa­żalni, pospo­lici. Do tego stop­nia, że w prze­dziale trze­ciej klasy pustyn­nego oso­bo­wego pociągu Połu­dnik-Bel­la­donna byli prak­tycz­nie nie­wi­dzialni pod górą bagażu innych osób, kur innych osób, dzieci innych osób i innych osób. Nikt się do nich nie odzy­wał, nikt nie pytał, czy może usiąść obok albo zwa­lić na nich swoje bagaże-kury-dzieci. Kiedy wysie­dli na maleń­kiej sta­cyjce pośrodku pustyni, przez ponad godzinę nikt nie zauwa­żył, że ich nie ma, a nawet wtedy nikt nie pamię­tał, jak wła­ści­wie wyglą­dali ci towa­rzy­sze podróży.

Nikt nie zauwa­żył, jak wysia­dają z pociągu, nikt nie zauwa­żył, jak przy­by­wają do Drogi Bez Zna­cze­nia, nawet Rajan­dra Das, samo­zwań­czy naczel­nik sta­cji, który witał każdy pociąg zatrzy­mu­jący się na jego par­ty­zanc­kiej sta­cyjce, nikt nie dostrzegł, jak za dwa­na­ście dwu­na­sta wcho­dzą do B.A.R-u/Hotelu. Wtem hotel wypeł­niło coś jak prze­cią­gnięta eks­plo­zja świa­tła, a w epi­cen­trum tego bla­sku stała naj­pięk­niej­sza kobieta, jaką kto­kol­wiek w życiu widział. Wszy­scy obecni męż­czyźni musieli ner­wowo prze­łknąć ślinę. Każda kobieta wal­czyła z nie­wy­tłu­ma­czalną potrzebą wes­tchnie­nia. Tuzin serc pękł na pół, cała miłość wyfru­nęła z nich jak skow­ronki i zakrą­żyła wokół tej nie­sa­mo­wi­tej istoty. Zupeł­nie jakby poja­wił się przed nimi Bóg we wła­snej oso­bie.

Nagle boskie świa­tło zga­sło i zapa­dła ciem­ność, w któ­rej się mruga i prze­ciera oczy. Po odzy­ska­niu wzroku wszy­scy zoba­czyli przed sobą niskiego, pospo­li­tego męż­czy­znę i młodą dziew­czynę, mniej wię­cej ośmio­let­nią, naj­zwy­klej­szą i naj­bez­barw­niej­szą, jaką kto­kol­wiek w życiu widział. Taka była bowiem natura Ruthie Blue Moun­tain, nie­zwy­kle zwy­kłej dziew­czyny - chło­nęła jak świa­tło słońca piękno wszyst­kiego, co ją ota­czało i prze­cho­wy­wała je, póki nie posta­no­wiła go uwol­nić, jak w impul­sie lampy bły­sko­wej osza­ła­mia­ją­cego piękna. Po czym znów wra­cała do nie­gu­stow­nej ano­ni­mo­wo­ści, zosta­wia­jąc za sobą powi­dok i poczu­cie nie­wy­po­wie­dzia­nej straty. To był pierw­szy sekret Ruthie Blue Moun­tain. Drugi był taki, że ojciec, w swoim słoju-gene­zis, taką ją wła­śnie stwo­rzył.

Kiedy Mere­dith Blue Moun­tain z córką poszedł spo­tkać się z dok­to­rem Ali­man­tando, w osa­dzie wciąż mówiło się o nad­zwy­czaj­nym wyda­rze­niu w B.A.R-ze. Wielki uczony był pogrą­żony w pracy w swoim pokoju meteo, zapeł­nia­jąc ściany wypi­sy­wa­nymi węglem nie­zro­zu­mia­łymi sym­bo­lami alge­bra­icz­nymi.

- Nazy­wam się Mere­dith Blue Moun­tain, a to jest Ruthie, moja córka. - Tu Ruthie dygnęła i uśmiech­nęła się tak, jak ją ojciec cier­pli­wie wyćwi­czył w hote­lo­wym pokoju. - Jestem hodowcą zwie­rząt z Mar­sa­ryt, nie­stety nie­zro­zu­mia­nym przez miej­scową spo­łecz­ność. Moja córka jest dla mnie wszyst­kim, ale potrze­buje schro­nie­nia, obrony przed okrut­nymi i zło­śli­wymi ludźmi. Ta nie­szczę­sna i pro­sta istota na zawsze zatrzy­mała się umy­słowo w wieku pię­ciu lat. Pro­szę więc o azyl dla sie­bie i mojej bied­nej córki. - Tak oto prze­mó­wił Mere­dith Blue Moun­tain.

Dok­tor Ali­man­tando prze­tarł oku­lary.

- Mój drogi panie, ja dosko­nale rozu­miem, jak to jest być nie­zro­zu­mia­nym przez spo­łecz­ność i zapew­niam pana, że w Dro­dze Bez Zna­cze­nia nikogo nie odtrą­camy. Biedni, potrze­bu­jący, prze­śla­do­wani, zroz­pa­czeni, głodni, bez­domni, nie­ko­chani, winni, drę­czeni przez prze­szłość, tu jest miej­sce dla wszyst­kich. - Spoj­rzał na główny Plan Pięć­set­letni na ścia­nie pokoju meteo, któ­remu już zagra­żały okrą­ża­jące go wzory mate­ma­tyczne. - Przy­dzie­lam wam działkę nr 17, grotę nr 9. Pro­szę poroz­ma­wiać z Raelem Man­dellą w spra­wie narzę­dzi rol­ni­czych i z panem Jeri­chem w spra­wie budowy domu. Póki nie będzie zbu­do­wany, może­cie bez­płat­nie noco­wać w naszym hotelu. - Wrę­czył Mere­di­thowi Blue Moun­tain zwój papie­rów. - Wnio­sek o oby­wa­tel­stwo. Wypeł­nij go w swoim cza­sie i prze­każ mnie albo Per­sis Tat­ter­de­ma­lion. I nie zapo­mi­naj o dwóch naszych regu­łach. Po pierw­sze: należy zawsze pukać przed wej­ściem. Po dru­gie: nie wolno krzy­czeć pod­czas sje­sty. Prze­strze­gaj tych dwóch reguł, a będzie ci u nas dobrze.

Tak więc Mere­dith Blue Moun­tain wziął córkę i poszedł spo­tkać się z panem Jeri­chem, który obie­cał mu dom w tydzień, z bie­żącą wodą, gazem ze spo­łecz­nej bio­me­ta­nowni i prą­dem ze spo­łecz­nych paneli sło­necz­nych, a potem z Raelem Man­dellą, który poży­czył im motykę, szpa­del, gracę, auto­siew­nik oraz zestaw nasion, bulw, kłą­czy i szcze­pek. Dał im także ze swego maga­zynu komó­rek parę kul­tur o przy­śpie­szo­nym wzro­ście, na świ­nie, kozy, kury i lamy.

- Powiedz mi, ojcze, czy to jest miej­sce, w któ­rym zosta­niemy na zawsze?

- Tak, mój kotku, tak.

- Ład­nie tu, ale chyba tro­chę sucho, prawda?

- Prawda.

Ruthie powie­działa jesz­cze parę głu­pa­wych i oczy­wi­stych rze­czy, ale czego miał się Mere­dith Blue Moun­tain spo­dzie­wać po dziew­czy­nie o umy­śle pię­cio­latki? Zresztą uwiel­biał te jej głu­pie pyta­nia. Kochał jej odda­nie i stu­pro­cen­towy podziw, cho­ciaż chwi­lami żało­wał, że nie zapro­jek­to­wał jej wyż­szego IQ.

Rozdział 11

11

Pierw­szego dnia wio­sny dru­giego roku Babuszka i Dzia­dek Haran wzięli ślub pod topolą kana­dyj­ską w ogro­dzie dok­tora Ali­man­tanda. Dzień był pogodny, rześki i błę­kitny, jak przy­stało na pierw­szy dzień wio­sny, choć w Dro­dze Bez Zna­cze­nia więk­szość dni była rześka i pogodna. Dok­tor Ali­man­tando pro­wa­dził cere­mo­nię, Eva Man­della i mała Taasmin były druh­nami, a Mikal Mar­go­lis tym, który odda­wał pannę panu mło­demu.

- Będziesz musiał swoją kochaną matkę wydać - zaćwier­kała Babuszka na ich jedy­nym spo­tka­niu od czasu przy­by­cia do Drogi Bez Zna­cze­nia.

- Ja, mamo? Nie byłaś w sta­nie zna­leźć nikogo lep­szego?

- Pró­bo­wa­łam, Miszka, pró­bo­wa­łam, ale to nie przy­stoi nikomu innemu, tylko synowi - syn musi wydać za mąż swoją kochaną, ste­raną życiem mateczkę. Więc to będziesz ty.

Mikal Mar­go­lis ni­gdy nie był w sta­nie swo­jej matce odmó­wić. Zgo­dził się, mimo że Per­sis Tat­ter­de­ma­lion pogar­dli­wie odnio­sła się do jego sła­bo­ści i mimo ostat­nich, poże­gnal­nych słów matki:

- A, Miszka, i nie zapo­mnij: to jest szcze­gólny dzień dla two­jej matki i nie chcę, żebyś go zepsuł, przy­pro­wa­dza­jąc tę kobietę wąt­pli­wej kon­du­ity, rozu­miesz?

Tak więc Per­sis Tat­ter­de­ma­lion pod­czas prze­mó­wie­nia dok­tora stała z tyłu.

Dok­tor sam tę mowę napi­sał. Uwa­żał, że brzmiała bar­dzo dobrze. Lubił myśleć, że ma ładny głos. Po odczy­ta­niu i pod­pi­sa­niu wszyst­kiego, wymia­nie obrą­czek i uko­ro­no­wa­niu głów odbyło się wesele.

Była to pierw­sza impreza w histo­rii Drogi Bez Zna­cze­nia, a więc siłą rze­czy musiała być naj­lep­sza. Nad dołami z roz­ża­rzo­nym węglem drzew­nym pie­czono całe barany, dla mniej głod­nych krą­żyły tace z racha­tłu­kum i nadzie­wa­nymi dak­ty­lami, paro­wały wiel­kie gary matoke i kuskusu, do gar­deł gości wle­wały się szkla­nice chłod­nego pon­czu owo­co­wego. Do gałęzi topoli przy­wią­zano wstą­żecz­kami cukierki, a dzieci ska­kały, pró­bu­jąc je ścią­gnąć. Limaal i Taasmin, zwinne małe małpki, obja­dły się mlecz­nymi krów­kami. Nie trwało to zbyt długo, bo dostały mdło­ści. Nato­miast pulchny Johnny Sta­lin, mimo prze­wagi wieku, nie dosko­czył do ani jed­nego cukierka i do końca popo­łu­dnia kwę­kał nie­zno­śnie pod sto­łem.

Kiedy kopułę nocy prze­nik­nęły pierw­sze gwiazdy, na drze­wach zapa­lono papie­rowe lam­piony, a na gałę­ziach zawie­szono kla­teczki z żywymi świe­tli­kami. Dzieci zmu­szały je do dzia­ła­nia, sztur­cha­jąc je dłu­gimi słom­kami, a wyglą­dało to jakby galak­tyka łagod­nie zie­lon­ka­wych gwiazd spa­dła z księ­ży­co­wego pier­ście­nia i uwię­zła pomię­dzy gałę­ziami. Potem nad­szedł naj­wspa­nial­szy moment wie­czoru. Rajan­dra Das i Ed Gal­la­celli wto­czyli wiel­kie radio, które pota­jem­nie skon­stru­owali na wesele, w obu­do­wie z kufra baga­żo­wego Raela Man­delli. Rajan­dra Das skło­nił się zama­szy­ście i obwie­ścił:

- Panie i pano­wie, młoda paro, dro­dzy przy­ja­ciele, zapra­szam do tańca! Niech gra muzyka!

Ed Gal­la­celli pokrę­cił gałką stro­je­nia i zabrzmiała muzyka - trzesz­cząca, odle­gła, źle nastro­jona, ale jed­nak muzyka. Goście wstrzy­mali oddech. Rajanda Das dotknął pokrę­tła swymi magicz­nymi pal­cami, radio sły­szal­nie wes­tchnęło w eks­ta­zie i roz­le­gła się muzyka - gło­śna, upo­rczywa, taka, że noga sama cho­dzi. Goście urzą­dzili owa­cję.

- Zatań­czymy? - powie­dział Dzia­dek Haran do swej ślub­nej.

Babuszka zmarsz­czyła się w uśmie­chu i dygnęła. Wtedy chwy­cił ją i po chwili już wiro­wali po udep­ta­nej ziemi wśród powo­dzi halek i ręcz­nie szy­tego jedwa­biu. Ośmie­leni ich przy­kła­dem wszy­scy dobrali się w pary i tań­czyli, tań­czyli, tań­czyli do cha­rak­ter­nej muzyki z Zachod­niego Portu Prze­si­le­nia. Dok­tor Ali­man­tando pro­wa­dził Evę Man­dellę do sta­tecz­nego, przy­cięż­kiego tańca ludo­wego z jego ojczy­stego Deu­te­ro­no­mium. Mikal Mar­go­lis, wciąż bojąc się uwag matki, tań­czył z Maryą Quin­saną, która uśmie­chała się i ocie­rała się cia­łem o jego ciało tak, że przetań­czył wie­czór z bole­snym wzwo­dem. Sta­li­no­wie i Tene­brae tań­czyli ze sto­sow­nymi part­ne­rami i komen­to­wali nie­zdar­ność i nie­zgrab­ność swo­ich wro­gów, choć Gene­vieve Tene­brae odbyła jeden szybki pląs z panem Jeri­chem, któ­rego uznała za nie­zwy­kle zwin­nego. Porzu­cona na ten wie­czór Per­sis Tat­ter­de­ma­lion tań­czyła na zmianę z każ­dym z braci Gal­la­cel­lich i patrzyła w tę samą twarz tyle razy, że miała wra­że­nie, że całe wesele przetań­czyła z tym samym face­tem. Limaal i Taasmin Man­del­lo­wie sza­leli i wygłu­piali się z nie­spo­żytą ener­gią, a Johnny Sta­lin zakra­dał się do sto­łów i wyże­rał resztki.

Tań­czyli, tań­czyli i tań­czyli pod pośpiesz­nymi księ­ży­cami, póki spi­ker w radiu nie powie­dział, że koń­czą nada­wa­nie i że życzy wszyst­kim dobrej nocy.

- Dobrej nocy! - zawo­łali wszy­scy.

- Piiiiiiiiiiiiiiiii - powie­działo radio.

I wszy­scy mieli dobrą noc.

- Naj­lep­sza noc - powie­dział Rajan­dra Das do pana Jeri­cha, kiedy szli chwiej­nym kro­kiem, każdy do swo­jego łóżka. I wszy­scy Czci­godni Przod­ko­wie zgo­dzili się.

Mał­żeń­stwo wspa­niale słu­żyło Babuszce i Dziad­kowi Hara­nowi - każdy, kto tylko na nich spoj­rzał, czuł aurę miło­ści, ota­cza­jącą ich, kiedy byli razem i cie­szył się wraz z nimi. Jed­nakże ich radość była nie­pełna, gdyż w jej sercu czaił się cień. Któ­re­goś wie­czoru Babuszka, opa­tu­lona przed wie­czor­nym chło­dem w szkar­łatną fla­ne­lową piżamę, nazwała ten cień po imie­niu.

- Haran, chcia­ła­bym mieć dziecko.

Dzia­dek Haran zakrztu­sił się gorącą cze­ko­ladą.

- Co?

- Czemu nie możemy mieć dziecka, drogi mężu? Małego i ślicz­nego dzi­dziu­sia.

- Kobieto, bądź poważna. Jeste­śmy za sta­rzy na dzieci.

- Ależ, Haran, mamy Dwu­dzie­stą Dekadę i cuda zda­rzają się codzien­nie. Mamy erę moż­li­wo­ści, tak mówią, więc może i to byłoby moż­liwe, co? Powiedz mi, mój kochany, chcesz mieć dziecko?

- No... byłoby wspa­niale, ale...

- Mężu mój, ja po to żyję. Być żoną jest pięk­nie, ale matką jesz­cze lepiej. Hara­nie mój, powiedz mi, jeśli znajdę spo­sób na uro­dze­nie dziecka, zgo­dzisz się je mieć? Powiedz?

Dzia­dek Haran, uznaw­szy to, błęd­nie, za prze­lotny kaprys świeżo zaślu­bio­nej żony, odsta­wił kubek, prze­krę­cił się na bok i mruk­nął:

- Oczy­wi­ście, skar­bie, oczy­wi­ście. - I zaraz zasnął.

A Babuszka sie­działa w łóżku, aż nad­szedł świt. Oczy jej błysz­czały i skrzyły się jak gra­naty.

Rozdział 12

12

W Dro­dze Bez Zna­cze­nia bar­dzo mało co ucho­dziło uwagi Lima­ala i Taasmin Man­del­lów. Jesz­cze zanim dok­tor Ali­man­tando, pogrą­żony w alge­brze w swoim pokoju meteo, zwró­cił w tym kie­runku swój opti­kon, bliź­niaki zauwa­żyły słup pyłu po dru­giej stro­nie świata za torami. Pobie­gły powie­dzieć o tym dok­torowi. Odkąd ich praw­dziwy dzia­dek się oże­nił, dok­tor Ali­man­tando stał się dla nich o niebo bar­dziej satys­fak­cjo­nu­ją­cym dziad­kiem, dziad­kiem z przy­mieszką cza­ro­dzieja, miłym, choć także nie­sa­mo­wi­tym. Usły­szał, jak tupią na krę­co­nych scho­dach, i ucie­szył się. Rola dziadka cał­kiem mu odpo­wia­dała.

W opti­ko­nie słup pyłu przy­brał kształt wzo­rzy­stej gąsie­nicy, która w moc­niej­szym powięk­sze­niu oka­zała się cię­ża­rówką i dwiema przy­cze­pami, jadą­cymi z wielką pręd­ko­ścią przez suchą rów­ninę.

- Popa­trz­cie - powie­dział dok­tor Ali­man­tando, wska­zu­jąc ekran. - Co tam jest napi­sane?

- ROTECH - odparł Limaal, w któ­rym już kieł­ko­wało nasiono racjo­na­li­zmu.

- Serce Lothian, Edu­ka­cja Gene­tyczna - powie­działa Taasmin, w podobny spo­sób prze­klęta misty­cy­zmem.

- No to wyjdźmy na spo­tka­nie temu Sercu Lothian, co? - zapro­po­no­wał dok­tor Ali­man­tando.

Dzieci wzięły go za ręce, Limaal za prawą, Taasmin za lewą, i pocią­gnęły po stro­mych, krę­tych scho­dach, a potem w skwar dnia za czter­na­ście minut czter­na­sta. Reszta miesz­kań­ców poszła przed nimi, jed­nak nie mając mię­dzy sobą tytu­lar­nego przy­wódcy, nie wie­dzieli, co mogliby zro­bić, i stali tylko nie­pew­nie, czu­jąc pewien respekt do słowa ROTECH na malo­wa­nej we wzór paisley cię­ża­rówce. Wielka, tęga baba z twa­rzą jak ziem­niak roz­da­wała wizy­tówki.

- Witamy w Dro­dze Bez Zna­cze­nia - powie­dział dok­tor Ali­man­tando, kła­nia­jąc się ele­gancko. Dzieci powtó­rzyły jego gest.

- Ali­man­tando.

- Miło mi pana poznać - odparła ogromna kobieta. Mówiła z dziw­nym akcen­tem, któ­rego nikt nie potra­fił do końca okre­ślić. - Serce Lothian, inży­nier gene­tyczny, kon­sul­tantka do spraw hybry­dy­za­cji, edu­ka­torka euge­niczna w ROTECH. Dzię­kuję. - Skło­niła swe wiel­kie ciało kolejno przed dok­to­rem Ali­man­tan­dem, Lima­alem i Taasmin. - Jedna rzecz... tego miej­sca nie ma na żad­nych mapach... Jest pan pewien, że jeste­ście zare­je­stro­wani w Biu­rze Zago­spo­da­ro­wa­nia Terenu?

- No... - odrzekł dok­tor Ali­man­tando - ...tego...

- Zresztą nie­ważne - zagrzmiała Serce Lothian. - Cią­gle się na takie rze­czy naty­kam. Powiem chło­pa­kom z Por­ce­la­no­wej Góry, jak wrócę. Cały czas się to zda­rza, ale to nie mój pro­blem. Pro­szę... - Wrę­czyła każ­demu z nich wizy­tówkę i zawo­łała gło­sem jak grzmot: - Wizy­tówka, którą macie w rękach, pozwala na jed­no­ra­zowy wstęp na Objaz­dowy Pokaz Edu­ka­cji Gene­tycz­nej Serca Lothian plus bez­płatną lampkę wina! Będą tam wszel­kie cuda dzi­siej­szej bio­tech­no­lo­gii, dostępne dla was, bez­płat­nie, dzięki komi­sji roz­woju regio­nal­nego ROTECH-u. Podejdź­cie, podejdź­cie, przy­pro­wadź­cie rodzinę, mło­dych i sta­rych, męż­czyzn i chłop­ców, przyjdź­cie wszy­scy, żeby się dowie­dzieć, jak ROTECH może pomóc waszym upra­wom, waszym ogro­dom, sadom, pastwi­skom, hodow­lom, pta­kom, zwie­rzom i krza­kom, a wszystko to na naszym Wiel­kim Bio­tech­no­lo­gicz­nym Poka­zie. Drzwi otwie­rają się o dwu­na­stej. Pierw­sze dzie­sięć osób dostaje bez­płatne przy­pinki ROTECH-u, nalepki i pla­katy. Dla dzieci - cza­peczki, dla wszyst­kich bez­płatna lampka wina. A potem... - dodała z bły­skiem w oku - ...poka­zuję wam, jak ja to wszystko robię.

Przed dwu­na­stą każdy męż­czy­zna, kobieta i dziecko z Drogi Bez Zna­cze­nia już stali w kolejce przed obwoź­nym poka­zem Serca Lothian, który jakimś spo­so­bem z cią­gnika sio­dło­wego i dwóch przy­czep roz­ło­żył się w labi­rynt wzo­rzy­stych mar­kiz i namio­tów, pełen bły­ska­ją­cych neo­nów. Sto metrów nad nim uno­sił się helowy balon na uwięzi, z powie­wa­ją­cym dłu­gim pro­por­cem sła­wią­cym cuda Objaz­do­wego Pokazu Edu­ka­cji Gene­tycz­nej. Z gło­śni­ków lała się szybka, taneczna muzyka. Wszy­scy byli bar­dzo pod­eks­cy­to­wani, nie ze względu na moż­liwe korzy­ści dla ich maleń­kich gospo­darstw (choć Rael Man­della nie­po­koił się kur­czą­cymi się zaso­bami jego banku zarod­ków - bo w związku z tym zwie­rzęta hodo­wane były coraz bar­dziej wsob­nie), ale dla­tego, że w osa­dzie z dzie­się­cioma domami, gdzie nawet przy­by­cie coty­go­dnio­wego pociągu było wyda­rze­niem, przy­jazd obwoź­nego pokazu to coś tylko odro­binę mniej fan­ta­stycz­nego, niż gdyby sam Panar­cha i zastępy pię­ciu chó­rów nie­bie­skich prze­ma­sze­ro­wali przez śro­dek przy wtó­rze fle­tów i bęb­nów.

Dwa­na­ście po dwu­na­stej Serce Lothian otwo­rzyła drzwi i ludzie wlali się do środka, cisnąc się i prze­py­cha­jąc łok­ciami. Wszy­scy dostali po tor­bie roz­ma­itych gadże­tów ROTECH-u - przy takiej wiel­ko­ści osady ogra­ni­cze­nie tej hoj­no­ści do pierw­szych dzie­się­ciu osób byłoby nie­spra­wie­dliwe. Z kie­lisz­kami wina w dło­niach patrzyli na cuda inży­nie­rii gene­tycz­nej ROTECH-u. Zachwy­cali się hor­mo­nami płod­no­ści, dzięki któ­rym kozy potra­fiły uro­dzić nawet osiem koź­ląt za jed­nym razem; podzi­wiali zestawy klo­na­tor­skie, pozwa­la­jące na wyho­do­wa­nie żywych kur z piór i sko­ru­pek jajek; wyda­wali "ochy" i "achy" na widok przy­śpie­sza­czy wzro­stu, mogą­cych dopro­wa­dzić wszystko, co żywe, warzywo czy zwie­rzę ("nawet czło­wieka", powie­działa Serce Lothian), do peł­nej doj­rza­ło­ści w parę dni; oglą­dali mody­fi­ko­wane bak­te­rie, żywiące się skałą i wydzie­la­jące pla­stiki, leczące cho­roby roślin, wytwa­rza­jące metan i pro­du­ku­jące żelazo z pia­sku; wytrzesz­czali oczy na widok fer­men­to­rium, wiel­kiego wora nie­bie­skiego syn­te­tycz­nego mię­cha, który tra­wił dowolne domowe odpadki i na żąda­nie sączył z sut­ków wino czer­wone, białe i różowe; zaglą­dali bojaź­li­wie do zaciem­nio­nego pomiesz­cze­nia pod­pi­sa­nego Sala potwo­rów i uda­wali obu­rze­nie, widząc gene­tycz­nych mie­szań­ców, cza­ją­cych się, ryczą­cych i peł­za­ją­cych po swo­ich zamknię­tych śro­do­wi­skach ochron­nych. Limaal, Taasmin i Johnny Sta­lin, wystro­jeni w poma­rań­czowe papie­rowe cza­peczki z napi­sem ROTECH i czar­nym, dzie­wię­cio­ra­mien­nym kołem Świę­tej Kata­rzyny, zostali tam na wiele godzin, draż­niąc aga­panty, by kła­pały swymi metro­wymi szczę­kami, i smoki, by ziały małymi ogni­stymi kul­kami. Wresz­cie Serce Lothian sama musiała ich wyrzu­cić, gdy przy­ła­pała Lima­ala i Taasmin na pró­bie wepchnię­cia Johnny'ego Sta­lina przez śluzę do chło­dzo­nego ter­ra­rium z nie­to­pe­rzami-pira­niami.

Ludzie zostali do późna, bar­dzo późna, jak na rol­ni­ków, któ­rzy wstają i kładą się ze słoń­cem. Zada­wali pyta­nia, skła­dali zamó­wie­nia, uno­sili grube pliki dar­mo­wej lite­ra­tury i pili kie­li­szek za kie­lisz­kiem zna­ko­mi­tego czer­wo­nego, bia­łego lub różo­wego. Rael Man­della kupił par­tię pla­zmy zarod­ko­wej ("gwa­ran­to­wane, że jest zdrow­sza i sil­niej­sza", powie­działa Serce Lothian), by uzu­peł­nić swoje chud­nące zapasy. Bra­cia Gal­la­celli, wypiw­szy zbyt dużo czer­wo­nego, bia­łego i różo­wego, zapy­tali Serce Lothian, czy byłaby w sta­nie skon­stru­ować dla każ­dego z nich iden­tyczną żonę, ide­alną w każ­dym fizycz­nym szcze­góle. Serce Lothian wygo­niła ich śmie­chem ze swego gabi­netu, ale powie­działa, żeby wró­cili, kiedy będzie się zwi­jać, jeśli chcą zakosz­to­wać dosko­na­ło­ści jej obfi­tego ciała. Pan Jeri­cho i jego Czci­godni Przod­ko­wie bawili ją przez ponad godzinę sty­mu­lu­jącą i wyra­fi­no­waną roz­mową, Mere­dith Blue Moun­tain kupił jakąś bak­te­ryjną kura­cję dla swo­ich ziem­nia­ków, Tene­brae i Sta­li­no­wie posta­rali się o różne gatunki wiel­kich i obrzy­dli­wych pomro­wi­ków do pod­rzu­ca­nia sobie nawza­jem do ogro­dów, Per­sis Tat­ter­de­ma­lion zło­żyła zamó­wie­nie na żywiącą się śmie­ciami domową winiar­nię (choć Wielki Bio­tech­no­lo­giczny Pokaz bole­śnie jej przy­po­mi­nał świę­tej pamięci Nie­sa­mo­wity Powietrzny Bazar Tat­ter­de­ma­lionów), a na koniec przy­szła Babuszka.

Neony już poga­sły, mar­kizy i namioty zwi­jały się z powro­tem do przy­czep, bra­cia Gal­la­celli cza­ili się nie­po­trzeb­nie pod pompą wia­trową, a gwiazdy jasno świe­ciły, kiedy do Serca Lothian przy­szła Babuszka.

- Madame, ja widzia­łam te pani wspa­nia­ło­ści i cuda, naprawdę są wspa­niałe i cudowne, czego to nie da się dzi­siaj zro­bić, ale zasta­na­wiam się nad jed­nym: czy cała ta nauka i tech­nika może mi dać jedno, czego pra­gnę naj­bar­dziej na świe­cie - wła­sne dziecko.

Serce Lothian, kobieta wielka jak matka zie­mia, przyj­rzała się Babuszce, drob­nej i twar­dej jak pustynny wró­bel.

- Pani sza­nowna, nie ma żad­nych szans, żeby uro­dziła pani dziecko. Abso­lut­nie. Ale to nie zna­czy, że nie może go pani mieć. Musia­łoby się roz­wi­jać poza cia­łem, mogła­bym do tego zaadap­to­wać jedno z moich pla­cen­to­riów, zapewne to kro­wie, zresztą krów kie­dyś czę­sto uży­wano jako suro­ga­tek dla ludz­kich pło­dów, wie pani? Mogę zapłod­nić jajeczko in vitro, pro­sta sprawa, mogłaby to pani sama zro­bić; jajeczko powinno się dać gdzieś zna­leźć, a jak nie, mogę pobrać mate­riał z innych komó­rek... a pani mąż, on jest jesz­cze sprawny sek­su­al­nie?

- Słu­cham?

- Da się od niego pobrać próbkę nasie­nia?

- To już do niego pyta­nie. Ale pro­szę powie­dzieć: czy to moż­liwe, abym miała dziecko?

- Jak naj­bar­dziej. Gene­tycz­nie będzie to pani dziecko, choć nie może go pani nosić w sobie. Jeśli się pani zde­cy­duje, pro­szę przyjść do mnie jutro o dzie­więt­na­stej, razem z mężem.

- Jak ja się pani odwdzię­czę?

- To tylko mój obo­wią­zek.

Babuszka odda­liła się w noc, a bra­cia Gal­la­celli z nocy wychy­nęli. Nikt nie widział ani jej odej­ścia, ani ich przyj­ścia.

Podob­nie nikt nie zoba­czył Babuszki, kiedy trzy dni póź­niej nio­sła do domu pla­cen­to­rium w wiel­kim okrą­głym słoju.

- Mężu Hara­nie, mamy nasze dziecko. - Wes­tchnęła i zdjęła dys­kretne przy­kry­cie, uka­zu­jąc czer­woną, pul­su­jącą maź.

- Co, ten, to... ten abort to nasze dziecko?! - ryk­nął Haran Man­della, się­ga­jąc po tęgi kij, żeby roz­bić tę nie­czy­stą okrop­ność.

Babuszka sta­nęła pomię­dzy obu­rzo­nym mężem i mokro ciam­ka­jącą sztuczną macicą.

- Hara­nie Man­dello, mój mężu, to jest moje dziecko, naj­droż­sze ze wszyst­kiego na świe­cie, i jeśli choćby tkniesz ten słój pal­cem bez mojej zgody, odejdę i ni­gdy nie wrócę.

Sta­now­czość dziadka Harana przy­ga­sła. Kij zadrżał w jego dłoni. Babuszka stała przed nim, mała i bojowa niczym kos. Uspo­ko­iła go śpiew­nymi sło­wami.

- To dziecko będzie cudowne, zoba­czysz, nasze dziecko, nasza córeczka - będzie śpie­wać, tań­czyć, cały świat roz­ja­śni swoją urodą, to dziecko Harana i Ana­sta­sji Tiu­risz­czewy Man­del­lów.

Dzia­dek Haran odło­żył kij i poszedł do łóżka. W oknie, gdzie miało je żywić świa­tło brza­sku, pla­cen­to­rium bekało i pul­so­wało.

Oka­zało się, że nocne eska­pady Babuszki nie pozo­stały cał­kiem nie­zau­wa­żone. Tene­brae, odkąd usły­szeli, że Sta­li­no­wie cze­kają na wysyłkę zamó­wio­nych u Serca Lothian ogrom­nych, obrzy­dli­wych pomro­wi­ków, nie­ustan­nie czu­wali, cze­kając na ich atak. W noc, kiedy Babuszka zabie­rała do sie­bie bla­sto­cyt, na straży prze­ciw­śli­ma­ko­wej stała Gene­vieve. Zoba­czyła sta­ruszkę z toboł­kiem w obję­ciach i od razu domy­śliła się z wielką i nie­za­chwianą pew­no­ścią, co Babuszka zała­twiała z Ser­cem Lothian. A jej wła­sne serce zawyło i popę­kało z zawi­ści.

Gene­vieve Tene­brae nie ufała swo­jemu mężowi. Nie ufała mu, bo nie chciał jej dać dziecka, dziecka, które zwią­za­łoby jej rodzinę w ści­sły, gor­dyj­ski węzeł bli­sko­ści, dziecka, dzięki któ­remu sta­łaby się równa tym cho­ler­nym sno­bom Sta­li­nom, któ­rzy nie wia­domo z czego są tak dumni, skoro ich jedyny syn to wredna, humo­rza­sta i roz­pusz­czona jak dzia­dow­ski bicz kupa sadła. Mając dziecko, mia­łaby już wszystko w życiu, ale Gaston Tene­brae nie zamie­rzał jej go dać.

- Dziecko, jedyne, czego chcę, to mieć dziecko, czemu ty mi go nie dasz? - drę­czyła go każ­dego dnia, a on każ­dego dnia wymy­ślał jakąś żało­sną wymówkę, cienką war­stewkę pre­tek­stów spro­wa­dza­ją­cych się do samo­lub­stwa, tak, czy­stego i pro­stego samo­lub­stwa - a tu pro­szę, ta stara rura, ta wże­niona w Man­del­lów wiedźma o wyschłej macicy ma dziecko, któ­rego sama by nie uro­dziła, ona zaś, z łonem płod­nym jak czar­no­ziem z Oxusa, nie ma czego w nim zasiać, by wyro­sło; to nie­spra­wie­dliwe, nic a nic, i nagle wpadł jej do głowy pewien pomysł, kiedy cho­wała się w kępach kar­ło­wa­tych krza­ków matoke na straży prze­ciw śli­ma­kom, wspa­niały i okropny pomysł.

Następ­nego dnia rano, kiedy cała osada żegnała Serce Lothian, macha­jąc jej na drogę powrotną do Por­ce­la­no­wej Góry, a ta zosta­wiała osa­dzie ofi­cjalne bło­go­sła­wień­stwo ROTECH-u, Gene­vieve Tene­brae wśli­znęła się do przy­bu­dówki przy domu Man­del­lów, zamiesz­ki­wa­nej przez Babuszkę i dziadka Harana. Pla­cen­to­rium pul­so­wało i drgało na para­pe­cie. Pode­szła do niego z nie­sma­kiem i deter­mi­na­cją. Z torby wycią­gnęła słój do bio­lo­gicz­nego pod­trzy­my­wa­nia życia, który dał jej mężowi Rael Man­della. Parę minut obrzy­dze­nia i rybiego smrodu - i znik­nęła w chmu­rze pyłu i poczu­cia winy, z przy­ci­śnię­tym do piersi sło­jem, w któ­rym maleńki bla­sto­cyt fikał blade, ślepe koziołki. Żeby nie zauwa­żyli braku zarodka, wsu­nęła do sztucz­nej macicy nie­doj­rzałe mango.

Gdy tylko opadł kurz po odjeź­dzie Serca Lothian, Gene­vieve zapu­kała do drzwi Maryi Quin­sany.

- Dzień dobry pani - powie­działa Marya, ele­gan­cja i pro­fe­sjo­nalna w zie­lo­nym pla­sti­ko­wym kom­bi­ne­zo­nie. - Pry­wat­nie czy służ­bowo?

- Służ­bowo - odpo­wie­działa Gene­vieve. Posta­wiła bio­lo­giczny słój na stole zabie­go­wym. - To dziecko, które zro­biła dla mnie Serce Lothian. Nie zdą­żyła sama mi go wsz­cze­pić, ale powie­działa, że ty zro­bisz to bez pro­blemu.

Ope­ra­cja zajęła dzie­sięć minut. Dokoń­czyw­szy kawę i kar­melki, Gene­vieve Tene­brae prze­kra­dła się do domu, do swego małost­ko­wego i próż­nego męża. Znik­nęło całe poczu­cie winy, usu­nięte spryt­nymi narzę­dziami Maryi Quin­sany. W kie­szeni spód­nicy grze­cho­tała fiolka immu­no­su­pre­san­tów, żeby nie odrzu­ciła zarodka; wyobra­żała sobie, że już czuje, jak kra­dzione dziecko kopie i się wierci. Miała nadzieję, że to będzie dziew­czynka. Zasta­na­wiała się, jak powie­dzieć o tym mężowi. Na pewno cie­ka­wie będzie patrzeć na jego minę.

Rozdział 13

13

Rael Man­della bał się, że dzieci mu wyro­sną na dzi­ku­sów. Przez trzy lata bie­gały nie­winne i nic nie­wie­dzące, jak kury, po całej maleń­kiej osa­dzie. To był jedyny świat, jaki znały, roz­le­gły jak całe niebo, a jed­no­cze­śnie tak cia­sno opi­sany, że nadak­tywny trzy­la­tek mógł wszystko obiec dookoła w nie­całe dzie­sięć minut. Bliź­nia­kom ni­gdy nawet nie przy­szło do głowy, że jest jakiś świat, niebo, nawet światy ponad nie­bem, wszyst­kie pełne ludzi i histo­rii. Pociągi, które prze­jeż­dżały w nie­re­gu­lar­nych odstę­pach, bucha­jąc parą, zawsze jechały skądś dokądś, ale na samą myśl o tym "dokądś" dzie­ciaki robiły się ner­wowe i zakło­po­tane. Odpo­wia­dał im świat mały i przy­tulny jak narzuta na łóżku. A jed­nak Rael Man­della uparł się, że powinny wie­dzieć o tych innych świa­tach. "Nauka" - tak się nazy­wał ten pro­ces i wyma­gał poświę­ce­nia całych poran­ków, które o wiele poży­tecz­niej można by wyko­rzy­stać na słu­cha­nie dok­tora Ali­man­tanda, miłego, ale nie­zbyt dobrze się komu­ni­ku­ją­cego, albo pana Jeri­cha, który wie­dział o świe­cie tak wiele, że to było aż prze­ra­ża­jące, albo na naukę czy­ta­nia z pięk­nie ilu­stro­wa­nych mat­czy­nych ksią­żek z obraz­kami, które opo­wia­dały o cza­sach, kiedy ROTECH i Święta Kata­rzyna budo­wały ten świat.

Limaal i Taasmin pozo­stali entu­zja­stycz­nymi dzi­ku­sami. O wiele bar­dziej woleli poświę­cać dni na drę­cze­nie gru­bego Johnny'ego Sta­lina za pomocą błota, wody, odcho­dów lub na nie­zrów­nane akro­ba­tyczne wyczyny na słu­pach pomp wia­tro­wych. Nie­mniej Rael Man­della był nie­ugięty: jego dzieci nie wyro­sną na przy­gar­bio­nych nie­wol­ni­ków łopaty, tępych jak stare kama­sze. Będą mieć to, czego on nie ma. Świat będzie ich zabawką. Pró­bo­wał wsz­cze­pić im eks­cy­ta­cję nauką, lecz ich nie wzru­szył nawet Objaz­dowy Pokaz Edu­ka­cji Gene­tycz­nej Serca Lothian. I tak było, dopóki do mia­steczka nie przy­je­chała Objaz­dowa Edu­ka­cyjno-Roz­ryw­kowa Eks­tra­wa­gan­cja Adama Blacka.

W noc poprze­dza­jącą przy­by­cie wiel­kiego show­mana na wschod­nim hory­zon­cie strze­lało i iskrzyło srebr­nymi i zło­tymi fajer­wer­kami. Droga Bez Zna­cze­nia nie miała wąt­pli­wo­ści, że zbliża się do nich wiel­kie wyda­rze­nie. Następ­nego dnia na par­ty­zancką sta­cję Drogi Bez Zna­cze­nia wje­chał poza­roz­kła­dowy pociąg, skie­ro­wany na bocz­nicę przez Rajan­drę Dasa, nie­ofi­cjal­nego naczel­nika sta­cji. Stał tam, bucha­jąc parą i grzmiąc muzyką z zamon­to­wa­nych na loko­mo­ty­wie gło­śni­ków, pod­czas gdy wokół zbie­rali się ludzie chcący zoba­czyć, co to wła­ści­wie przy­je­chało.

- Objaz­dowa Edu­ka­cyjno-Roz­ryw­kowa Eks­tra­wa­gan­cja Adama Blacka - odczy­tał Rajan­dra Das krzy­kliwe złoto-czer­wone napisy wyma­lo­wane afi­szową czcionką na wago­nach. Splu­nął na pia­sek. Muzyka grała dalej. Czas mijał. Robiło się gorąco. Ludzie zaczy­nali się męczyć cze­ka­niem w upale. Gene­vieve Tene­brae omal nie zemdlała.

- Panie i pano­wie, chłopcy i dziew­czyny, jeden i jedyny... Adam Black! - zawył oso­bli­wie mecha­niczny głos.

Z wago­nów opu­ściły się schodki. Wszedł na nie wysoki, chudy, ele­gancki czło­wiek. Nosił ciemny sur­dut z dłu­gimi jaskół­kami i spodnie z praw­dzi­wym zło­tym lam­pa­sem. Wokół szyi miał zawią­zaną czarną koronkę, a na gło­wie nosił kape­lusz z ogrom­nym ron­dem. Miał laskę ze złotą gałką, a oczy mu lśniły jak dżety. I oczy­wi­ście miał też cienki jak ołów­kowa kre­ska wąsik. Trudno było sobie wyobra­zić kogoś bar­dziej wyra­zi­stego niż Adam Black. Dopil­no­wał, żeby wszy­scy mu się nale­ży­cie przyj­rzeli. Potem zawo­łał:

- Panie i pano­wie, widzi­cie przez sobą naj­więk­szą skład­nicę ludz­kiej wie­dzy: Objaz­dową Edu­ka­cyjno-Roz­ryw­kową Eks­tra­wa­gan­cję Adama Blacka! Histo­ria, sztuka, nauka, przy­roda, cuda na ziemi i na nie­bie, doko­na­nia nauki i tech­niki, opo­wie­ści o dziw­nych miej­scach i dale­kich kra­inach, gdzie cuda są na porządku dzien­nym, wszystko to macie przed sobą. Zoba­czy­cie na wła­sne oczy potężne dzieła ROTECH-u, dzięki Paten­to­wemu Opti­ko­nowi Adama Blacka; usły­szy­cie tajem­ni­cze i pełne wyobraźni opo­wie­ści Adama Blacka z czte­rech stron świata; zachwy­ci­cie się pocią­giem, tak, tym wła­śnie pocią­giem, który sam jeź­dzi i ma wła­sny umysł; wytrzesz­czy­cie oczy na Dum­ble­to­nian - pół ludzi, pół maszyny - pozna­cie sekrety fizyki, che­mii, filo­zo­fii, teo­lo­gii, sztuki i przy­rody; wszystko to może nale­żeć do was, panie i pano­wie, cały ten róg odwiecz­nej obfi­to­ści, za jedyne pięć­dzie­siąt cen­tawo, tak jest, pięć­dzie­siąt cen­tawo lub rów­no­war­tość w wybra­nym przez was towa­rze, tak, panie i pano­wie, chłopcy i dziew­czyny. Oto Adam Black przed­sta­wia swoją Objaz­dową Edu­ka­cyjno-Roz­ryw­kową Eks­tra­wa­gan­cję!

Roz­tań­czony dan­dys zwin­nie postu­kał laską w burtę czer­wono-złoto-zie­lo­nego wagonu i loko­mo­tywa wypu­ściła pięć kółek z pary, jedno w dru­gim, oraz zagrała mar­sza, tak gło­śno, że pękały bębenki.

Adam Black otwo­rzył drzwi do swego świata cudów nauki i omal nie został ode­pchnięty na bok, gdy do środka rzu­cili się Rael Man­della i jego uparte dzie­ciaki żądne kształ­ce­nia. Sekrety fizyki, che­mii, filo­zo­fii, sztuki i przy­rody Lima­ala i Taasmin nie zain­te­re­so­wały. Zie­wali na widok Dum­ble­to­nian - pół ludzi, pół maszyny - wier­cili się z nudów, gdy skom­pu­te­ry­zo­wany pociąg, który ma swój umysł, pró­bo­wał wcią­gnąć ich w roz­mowę, gadali i chi­cho­tali na ilu­stro­wa­nym odczy­cie Adama Blacka o cudach świata przy­rody. Nato­miast potężne dzieła ROTECH-u, widziane przez Paten­towy Opti­kon Adama Blacka, spra­wiły, że oczy wyszły im z orbit.

Sie­dzieli w wago­nie, na twar­dych pla­sti­ko­wych krze­seł­kach. Limaal odkrył, że skrzy­pią, kiedy koły­sał się na nich w przód i w tył, więc to wła­śnie robił, kiedy w wago­nie nagle zapa­dła ciem­ność cał­ko­wita jak śmierć. Z tyłu roz­le­gły się krzyki, z miej­sca, gdzie bra­cia Gal­la­celli sie­dzieli za Per­sis Tat­ter­de­ma­lion. Potem roz­legł się głos: "Kosmos - ostat­nia gra­nica" i nagle wagon wypeł­nił się pola­tu­ją­cymi świetl­nymi iskier­kami. Bliź­niaki pró­bo­wały je łapać, jed­nak świe­tli­ste pyłki prze­ni­kały im przez palce. Wiru­jąca galak­tyka spi­ralna prze­pły­nęła Lima­alowi przez pierś. Zamach­nął się na nią, ale prze­le­ciała przez tył wagonu. Ze świe­tli­stej galak­tycz­nej sieci wydzie­liła się gwiazda, zwięk­sza­jąc jasność i wiel­kość, aż zaczęła rzu­cać na ściany wyraźne cie­nie.

- Nasze słońce - powie­dział Adam Black. - Zbli­żamy się do naszego Układu Sło­necz­nego z symu­lo­waną pręd­ko­ścią dwa­dzie­ścia tysięcy razy więk­szą od pręd­ko­ści świa­tła. Kiedy wej­dziemy do środka układu, zwol­nimy, byście mogli dostrzec piękno pla­net. - Gwiazda stała się teraz odle­głym Słoń­cem. Przed nią w sta­tecz­nym walcu prze­mie­szały się pla­nety, pro­ce­sja kul i pier­ścieni. - Mijamy zewnętrzne światy, chmurę komet, która okala nasz układ, tu widzi­cie daleką Neme­zis, słabą towa­rzyszkę naszego Słońca, tu jest Aver­nus, tutaj Cha­ron; Posej­don, to jest Uran i jego pier­ścienie, Kro­nos, także z pier­ścieniami, a tu Zeus, naj­więk­szy ze świa­tów, gdyby nasz świat, który widzi­cie teraz, za pasem ska­li­stych aste­roid, obrać jak poma­rań­czę i roz­płasz­czyć na powierzchni Jowi­sza, wyda­wałby się nie więk­szy niż pół­do­la­rówka... oto nasz świat, nasz dom, do niego wró­cimy za moment, ale naj­pierw zło­żymy prze­lotną wizytę błysz­czą­cej Afro­dy­cie i maleń­kiemu Her­me­sowi, leżą­cemu naj­bli­żej Słońca, zanim na koniec sku­pimy się na Macie­rzy­stym Świe­cie, z któ­rego pocho­dzą wszy­scy miesz­kańcy naszego.

Świetlny punkt na skraju pomiesz­cze­nia roz­rósł się w układ dwóch wiel­kich świa­tów, jed­nego jak mar­twa biała czaszka, dru­giego jak opa­lowo-błę­kitna kula, nakra­piana mlecz­no­biało jak szklana kulka do gry. Mar­twy biały świat-czaszka odsu­nął się poza publicz­ność i bliź­niaki odkryły, że uno­szą się nad nie­bie­skim świa­tem-łonem, niczym dwa umo­ru­sane sera­finy Panar­chy. Zoba­czyły, że ten żywy błę­kitny świat opa­suje srebrna pętla, któ­rej roz­miary wymy­kały się wyobraźni. I znów ogni­skowa obrazu zmie­niła się, wyostrza­jąc cie­niut­kie szpry­chy, jak rowe­rowe, łączące świat pętli ze świa­tem kuli.

W małej salce było aż gęsto od podziwu. Bliź­niaki sie­działy cicho i nie­ru­chomo. Prze­ra­ża­jące rze­czy na nie­bie pozba­wiły je wszel­kiej chęci do ruchu. Adam Black kon­ty­nu­ował wykład:

- Widzi­cie przed sobą Ojczy­sty Świat, pla­netę, z któ­rej wywo­dzi się nasza rasa. To jest stary, nie­wia­ry­god­nie stary świat. Na naszym świe­cie ludzie żyją od zale­d­wie sied­miu­set lat, z czego więk­szość przy­była w ciągu nie­ca­łych stu ostat­nich, po zakoń­cze­niu human­for­ma­cji. Nato­miast na Ojczy­stym Świe­cie są cywi­li­za­cje, które liczą sobie wiele tysięcy lat. - Błę­kitny Ojczy­sty Świat obra­cał się pod wszech­wie­dzą­cym spoj­rze­niem bliź­niąt. Gdy jego prze­sło­nięte chmu­rami lądy prze­mie­ściły się w noc, ożyły dzie­siąt­kami milio­nów milio­nów świa­teł w pokry­wa­ją­cych całe kon­ty­nenty mia­stach. - Stary, stary świat - wyśpie­wał Adam Black, hip­no­ty­zu­jąc publicz­ność. - Stary i zużyty. I zatło­czony. Bar­dzo. Nawet sobie nie wyobra­ża­cie jak.

Limaal Man­della chwy­cił się ojca w stra­chu, bo wyobra­żał to sobie aż za dobrze. Widział wszyst­kich tych nagich, łysych ludzi, stło­czo­nych jeden przy dru­gim, żywy, oddy­cha­jący dywan ciał przy­kry­wa­jący wzgó­rza, góry, rów­niny, aż po brzeg morza. Tam ludzie stali po pas w wodzie, zepchnięci przez napór ciał, spy­chani coraz głę­biej przez wiecz­nie rosnącą mal­tu­zjań­ską masę, aż woda zamknęła im się nad gło­wami. Wyobra­ził sobie, jak ten ocię­żały glob pełen eks­plo­du­ją­cych ciał spada z nieba, bo jest za ciężki i miaż­dży go swoim cię­ża­rem.

- Lud­ność jest tam tak liczna, że lądy dawno się zapeł­niły i nawet wiel­kie mia­sta pły­wa­jące po oce­anach nie są w sta­nie pomie­ścić wię­cej. Dla­tego ludzie musieli wspiąć się po tych szpry­chach, tych win­dach orbi­tal­nych, by żyć w pier­ście­nio­wym mie­ście zbu­do­wa­nym w kosmo­sie nad świa­tem, gdzie ener­gii i surow­ców jest aż nadto.

Pro­jek­cja zogni­sko­wała się teraz na tej srebr­nej pętli, która roz­ro­sła się do nie­po­ko­ją­cej plą­ta­niny geo­me­trycz­nych kształ­tów wyra­sta­ją­cych jeden z dru­giego jak krysz­tały. W zbli­że­niu i uwi­docz­niły się szcze­góły tych geo­me­trycz­nych kształ­tów, wiel­kich jak całe mia­sta: rury, kule, wachla­rzo­wate for­ma­cje i dziwne wypu­kło­ści, sze­ściany i prze­krzy­wione tra­pe­zo­idy. W jesz­cze więk­szym zbli­że­niu było widać prze­zro­czy­ste dachy, a pod nimi krzą­ta­jące się i uwi­ja­jące posta­cie małe jak bak­te­rie.

Taasmin Man­della miała zaci­śnięte z całej siły powieki i przy­ci­skała do nich piąstki. Limaal, po dru­giej stro­nie ojca, sie­dział z roz­dzia­wio­nymi ustami, zani­hi­lo­wany tą wie­dzą.

- To mia­sto nazywa się Metro­po­lis - powie­dział Adam Black. Pan Jeri­cho jed­no­cze­śnie bez­gło­śnie wypowie­dział tę samą nazwę. Na wpół oba­wiał się, że pod tą wielką prze­zro­czy­stą kopułą zoba­czy samego sie­bie, sie­dzą­cego u stóp pater­no­stra Augu­stine'a. - Mimo że jest ogromne, liczba miesz­kań­ców rośnie tak szybko, że maszyny roz­bu­do­wu­jące je w każ­dej godzi­nie każ­dego dnia nie nadą­żają za tym przy­ro­stem. A teraz żegnamy się z Ojczy­stym Świa­tem... - błę­kit­no­opa­lowy glob, z meta­lową obrę­czą i sate­litą jak biała czaszka, roz­dy­many bilio­nami ludzi, skur­czył się do odle­głej kropki - ...i sku­piamy uwagę bli­żej nas.

Teraz przed oczyma bliź­nia­ków nabrzmiała ich zie­mia i zoba­czyły jej znane z atlasu śnieżne bie­guny, błę­kitne zamknięte wśród lądu morza, zie­lone lasy, żółte rów­niny i wiel­kie czer­wone pusty­nie. Spoj­rzały z góry na Olym­pus Mons, tak wysoką, że jej szczyt wzno­sił się ponad naj­wyż­sze śniegi, na pełną ruchu kra­inę Doliny Mari­ne­rów, gęstą od miast i mia­ste­czek. Gdy ich zie­mia się przy­bli­żyła, zoba­czyły lśniący pier­ścień księ­ży­cowy i w tym momen­cie oko wyroczni zatrzy­mało się, wypeł­nia­jąc pokój nie­zro­zu­mia­łymi, pły­wa­ją­cymi w prze­strzeni kształ­tami. Nie­które były tak wiel­kie, że prze­lot zaj­mo­wał im wiele minut, inne były małe i kozioł­ko­wały, a jesz­cze inne były ruchliwe jak owady i pola­ty­wały w polu widze­nia zajęte swymi owa­dzimi spra­wami - ale wszyst­kie miały gdzieś na sobie logo ROTECH-u.

- Patrz­cie, pań­stwo, oto siły, które ukształ­to­wały nasz świat i spra­wiły, że nadaje się do zamiesz­ka­nia dla ludzi. Tysiąc lat temu pewni mądrzy ludzie, święci mędrcy bez wąt­pie­nia, prze­wi­dzieli to, co wła­śnie oglą­da­li­ście na wła­sne oczy: że Ojczy­sty Świat nie pomie­ści wszyst­kich ludzi, któ­rzy się na nim poja­wią. Trzeba zna­leźć inne światy, jed­nak wszyst­kie pobli­skie są mar­twe i bez życia, nawet ten. Tak, nasza zie­mia była mar­twa jak ta biała czaszka, którą widzie­li­ście led­wie parę minut temu. Zwró­cili się więc do rzą­dów wielu państw Ojczy­stego Świata i utwo­rzyli ROTECH, Remote Orbi­tal Ter­ra­for­ming and Envi­ron­men­tal Con­trol Headqu­ar­ters, po czym uzbro­jeni w całą naukę i tech­nikę swej epoki, tru­dzili się przez sie­dem­set lat, aby uczy­nić tę zie­mię zdatną dla ludzi.

Przez salkę prze­pły­nął wielki asy­me­tryczny przed­miot, usiany maleń­kimi świe­cą­cymi okien­kami i pod­pi­sany tą świętą nazwą, któ­rej litery musiały mieć po dwie­ście metrów wyso­ko­ści. Wokół niego bzy­czały zaafe­ro­wane, uwi­ja­jące się maleń­kie muszki. Limaal Man­della aż pod­ska­ki­wał w eks­cy­ta­cji na krze­śle, widząc te nie­biań­skie kształty.

- Sie­dzieć grzecz­nie - zasy­czał ojciec.

Zer­k­nął na swoją matkę, szu­ka­jąc, z kim by tu się podzie­lić całą tą eks­cy­ta­cją, lecz Eva Man­della miała na twa­rzy wypi­sane nie­zro­zu­mie­nie. A jego sio­stra sie­działa z wytrzesz­czo­nymi oczyma i twa­rzą bez wyrazu jak u świę­tego na obrazku.

- Widzi­cie tu nie­które z orbi­tal­nych urzą­dzeń, za pomocą któ­rych ROTECH utrzy­muje deli­katną rów­no­wagę śro­do­wi­ska na naszym świe­cie. Nie­które maszyny służą do ste­ro­wa­nia pogodą, te mają pod­czer­wone lasery pod­grze­wa­jące obszary powierzchni pla­nety, by wyge­ne­ro­wać róż­nice ciśnie­nia, a tym samym wia­try. Inne to super­r­dze­nie magne­tyczne, induk­tory wytwa­rza­jące silne pole magne­tyczne chro­niące nasz świat przed nała­do­wa­nymi czą­stecz­kami sło­necz­nymi i pro­mie­niami kosmicz­nymi. Jesz­cze inne to wany, orbi­talne lustra, z braku księ­ży­ców roz­ja­śnia­jące ciemne noce, albo orfy, bez­po­śred­nio pra­cu­jące nad tym świa­tem, jesz­cze teraz zapład­nia­jące życiem jałowe czę­ści ziemi, albo holow­niki, które przy­cią­gają bryły kome­tar­nego lodu z tego obłoku, który wcze­śniej widzie­li­śmy na obrze­żach układu, i wpro­wa­dzają go do naszego świata, by zacho­wy­wał rów­no­wagę hydro­sta­tyczną; jesz­cze inne to akce­le­ra­tory czą­stek, bro­nie o potwor­nej sile nisz­czą­cej, któ­rymi ROTECH może obro­nić ten kru­chy świat przez ata­kiem z... daleka. Było ich wszyst­kich kie­dyś o wiele wię­cej, ale razem z ROTECH-em roz­po­częły pracę nad więk­szymi wyzwa­niami - nad ujarz­mie­niem pie­kiel­nego świata, który nazy­wamy Afro­dytą, choć wła­ściw­sze jest jego poprzed­nie imię, Lucy­fer, czy nad zazie­le­nie­niem bez­po­wietrz­nego księ­życa Ojczy­stego Świata. A teraz popa­trz­cie na to...

I dzie­cia­kom wydało się, że śmi­gnęły niczym wielki kosmiczny ptak nad ramie­niem świata i zoba­czyły daleko poza księ­ży­co­wym pier­ście­niem, że do ich świata zbliża się coś gigan­tycz­nego, coś jakby wie­lo­ki­lo­me­trowy motyl, coś tak olbrzy­miego i skom­pli­ko­wa­nego w kon­struk­cji, że wymy­kało się wyobraźni. Obró­ciło się powoli, tak że bły­snęło w słońcu i bliź­niaki oraz wszy­scy inni wokół zatch­nęli się, gdy nagle roz­świe­tliły się trzy miliony kilo­me­trów kwa­dra­to­wych żagla.

- Żagle tak wiel­kie, że dałoby się nim owi­nąć ten świat - szep­nął Adam Black, a potem dra­ma­tycz­nie pod­niósł głos, dekla­mu­jąc: - Żaglo­wiec Pra­esi­dium przy­bi­ja­jący do orbi­tal­nego doku ROTECH-u. Rok i dzień temu wyru­szył z Metro­po­lis, mając w ładow­niach jeden i trzy czwarte miliona śpią­cych w hiber­na­cji kolo­ni­stów. Teraz ich podróż dobie­gła końca. Przy­byli na nasz świat. Będzie im się wyda­wał dziw­nym, posta­wio­nym na gło­wie, cudacz­nym miej­scem, tak samo jak ojcom ojców naszych ojców i mat­kom matek naszych matek. Nie­któ­rzy z nich umrą, inni wrócą do domu, jesz­cze inni upadną na dno naszego spo­łe­czeń­stwa, lecz więk­szość, kiedy wylą­duje w mia­stach-roz­dziel­niach, Touch­down, Ble­rio­cie i Bel­la­don­nie, popa­trzy dobrze na ten świat i pomy­śli, że zna­la­zła się w raju.

Bez­cie­le­sny punkt widze­nia zanur­ko­wał ku ziemi, w dół, w dół, aż wyda­wało się, że Limaal i Taasmin zaraz się o nią roz­trza­skają. Kostki rąk zbie­lały, Babuszka wrza­snęła. Zapa­liły się lampy. W sno­pach świa­teł pola­ty­wały pyłki kurzu. Adam Black wszedł w świa­tła i powie­dział:

- Na tym koń­czy się nasza wycieczka po cudach nieba i ziemi. Bez­piecz­nie powra­ca­cie na dobrze wam znaną terra firma.

Na końcu wagonu otwo­rzyły się drzwi, wpusz­cza­jąc do środka zapy­lone świa­tło dzienne. Wycho­dzący na popo­łu­dniowe słońce ludzie nic nie mówili.

- No i co o tym myśli­cie? - zapy­tał swoje dzieci Rael Man­della.

Nie odpo­wie­działy. Były pogrą­żone we wła­snych myślach.

Głowę Lima­ala Man­delli wypeł­niały spa­da­jące pla­nety brze­mienne ludz­ko­ścią, krę­cące się świe­tli­ste koła o śred­nicy wielu tysięcy kilo­me­trów, pełne z pozoru anar­chicz­nych kształ­tów, które jed­nak spra­wiały, że wszystko w tym świe­cie cho­dzi jak w naoli­wio­nym zegarku. Racjo­nalna część jego jaźni się­gała i przyj­mo­wała wszystko, co widział. Rozu­miał, że zarówno świat ludzki, jak i mate­rialny działa według pew­nych fun­da­men­tal­nych zasad i jeśli te zasady da się poznać, to pozna­walne są także wszel­kie światy mate­rii i umy­słu. Zaak­cep­to­wał ten Wielki Pro­jekt i widział go teraz powie­lony w minia­tu­rze wszę­dzie, gdzie spo­czął jego wzrok. Wszystko było zro­zu­miałe, wszystko było wytłu­ma­czalne; nie było żad­nych tajem­nic i wszystko było zorien­to­wane do wewnątrz.

Taasmin Man­della podob­nie widziała cuda na ziemi i nie­bie, lecz wybrała wśród nich ścieżkę mistyczną. Zoba­czyła, że wszyst­kie porządki orga­ni­za­cji służą wyż­szym porząd­kom, a te wyż­sze porządki z kolei wyko­nują roz­kazy jesz­cze wyż­szych rzę­dów, potęż­niej­szych i wspa­nial­szych inte­li­gen­cji - i ta spi­rala świa­do­mo­ści pnie się ku szczy­towi, na któ­rym zasiada Bóg Nie­po­zna­walny Wszech­władca, Nie­wy­mowny i Mil­czący jak Świa­tło, któ­rego pla­nów można się jedy­nie domy­ślać z obja­wień, jakie pusz­cza w dół tej spi­rali świa­do­mo­ści niczym kro­pelki słod­kiego likieru. Wszystko było dla niej zorien­to­wane w górę albo w dół.

Rael Man­della nie mógł wie­dzieć, co uczy­nił swoim dzie­ciom, ani w chwili ich naro­dzin, gdy obda­rzył je rodzinną klą­twą, ani teraz, gdy nasiono tej klą­twy wykieł­ko­wało, pod­czas holo­gra­ficz­nego seansu Adama Blacka. Dzie­ciaki wyglą­dały na zachwy­cone. Może dowie­działy się cze­goś war­to­ścio­wego. Jeśli zako­rzeni się w nich ta miłość do nauki, dwa buszle tru­ska­wek i kura, które zain­we­sto­wał w ich edu­ka­cję, mogą się bar­dzo opła­cić.

Rozdział 14

14

Wie­czo­rem w pią­tek 21 wrze­sierp­nia, za dwa­dzie­ścia dwu­dzie­sta, pośrodku jed­nej z nie­koń­czą­cych się ich gier słow­nych, w momen­cie, kiedy dzia­dek Haran już miał poło­żyć słowo "zoo­morfy" na potrój­nej pre­mii słow­nej, Babuszka zerwała się i wykrzyk­nęła:

- Już czas! Już czas! Moje dziecko, och, moje dziecko!

Wbie­gła do pokoju, gdzie dzień za dniem, godzina za godziną, od dwu­stu osiem­dzie­się­ciu dni, sied­miu tysięcy pię­ciu­set dwu­dzie­stu godzin, pul­so­wało, pom­po­wało i nabrzmie­wało pla­cen­to­rium, wielka bryła sino­czer­wo­nego mięsa.

- Co takiego, mój kwia­tuszku?! - zawo­łał dzia­dek Haran. - Co się dzieje?

Nie otrzy­maw­szy odpo­wie­dzi, pobiegł za nią i zoba­czył, że żona stoi wpa­trzona w pla­cen­to­rium, zakry­wa­jąc usta rękoma. Sztuczna macica pul­so­wała i kur­czyła się, wypeł­nia­jąc pokój paskud­nym odo­rem zgni­li­zny.

- Już czas! - paplała Babuszka. - Moje dziecko doj­rzało! Nasze dziecko. Och, Hara­nie! Mężu!

Dzia­dek Haran zacią­gnął się ohyd­nym smro­dem. Z pla­cen­to­rium wycie­kła strużka czar­nej cie­czy, bru­dząc płyn odżyw­czy. Jego serce ści­snęło prze­czu­cie wiel­kiego zła.

- Wyjdź - roz­ka­zał Babuszce.

- Ależ, Hara­nie... nasze dziecko! Ja, matka, muszę być przy dziecku! - I się­gnęła na para­pet po nabrzmiałe obrzy­dli­stwo.

- Wyjdź! Ja, twój mąż, roz­ka­zuję ci!

Dzia­dek Haran chwy­cił żonę za ramiona, odwró­cił i wypchnął za drzwi, które zamknął za nią na zasuwę. Ze spa­zmu­ją­cego pla­cen­to­rium doby­wały się teraz paskudne bek­nię­cia. Haran pod­szedł do niego z obawą. Postu­kał w słój. Pla­cen­to­rium wydało prze­ni­kliwy gwizd, jakby ucho­dził z niego gaz pod wyso­kim ciśnie­niem. Na powierzchni cie­czy w słoju zabul­go­tały bąbelki i pękły, uwal­nia­jąc dła­wiący smród. Dzia­dek Haran zakrył usta i nos chu­s­teczką i dźgnął macicę ołów­kiem. Pla­cen­to­rium skur­czyło się i z prze­raź­li­wym bek­nię­ciem wypluło w powie­trze par­szywą szarą maź, plu­nęło stru­gami czar­nego paskudz­twa, prze­ry­wa­jąc je spa­zma­tycz­nymi pierd­nię­ciami, potem pękło na pół i zde­chło. Wstrzy­mu­jąc oddech, żeby nie zwy­mio­to­wać, dzia­dek Haran pogrze­bał ołów­kiem w roz­kła­da­ją­cych się szcząt­kach. Nie było śladu, by kie­dy­kol­wiek było tam dziecko. Zna­lazł nato­miast parę zgni­łych czar­nych resz­tek cze­goś, co wyglą­dało jak skórka od mango. Upew­niony, że nie ma żad­nego dziecka, żywego czy mar­twego, wyszedł z pokoju i zamknął go za sobą na klucz.

- Zda­rzyło się tam dzi­siaj coś potwor­nego i bluź­nier­czego - powie­dział do żony. - Póki ja żyję, nikt do tego pokoju nie wej­dzie. - Pod­szedł do drzwi fron­to­wych i cisnął klucz jak naj­da­lej w ciem­ność.

- Ale dziecko, Hara­nie, moje dziecko, ono żyje, umarło? - Babuszka prze­łknęła ślinę. - Czy jest... czło­wie­kiem?

- Tam nie było żad­nego dziecka - odparł dzia­dek Haran, patrząc przed sie­bie. - Serce Lothian nas oszu­kała. Macica była pusta. Cał­kiem pusta. - I zaraz zła­mał przy­sięgę, którą żona zło­żyła za niego, i poszedł do B.A.R-u Per­sis Tat­ter­de­ma­lion, żeby się kon­kret­nie napić.

Dokład­nie w tej chwili, w któ­rej Babuszka zry­wała się, porzu­ca­jąc grę, Gene­vieve Tene­brae poczuła prze­szy­wa­jący ból. Wydała cichy, płacz­liwy jęk i wie­działa, że już czas.

- Naj­droż­sza, coś się stało? - zapy­tał Gaston Tene­brae ze swo­jego krze­sła przy kominku, gdzie co wie­czór sia­dy­wał, paląc szi­szę i snu­jąc marze­nia o zdra­dzie mał­żeń­skiej.

Gene­vieve poczuła kolejny skurcz.

- Dziecko - powie­działa. - Ja rodzę.

- Dziecko? - zdzi­wił się Gaston Tene­brae. - Jakie dziecko?

Gene­vieve uśmiech­nęła się przez ból. Wła­śnie z myślą o tej wspa­nia­łej chwili przez dzie­więć mie­sięcy ukry­wała ciążę.

- Twoje dziecko - szep­nęła. - Ty próżny idioto.

- Co takiego?! - ryk­nął Gaston, odda­lony o tysiąc kilo­me­trów, wysoki i bez­sen­sowny jak mokra trzcina.

- Raz się zapo­mnia­łeś, mężu. Twoje dziecko... któ­rego mi odma­wia­łeś... i odma­wia­łeś... i kaza­łeś mi cze­kać... więc cze­ka­łam... a teraz... już koniec cze­ka­nia. - Sap­nęła, czu­jąc nowy skurcz. Gaston Tene­brae pod­ska­ki­wał i trze­po­tał rękami jak mały, żało­sny pta­szek w szklarni. - Pro­wadź mnie do Quin­sany... do Maryi Quin­sany.

Zebrała resztki god­no­ści i skie­ro­wała się do drzwi. Tam ogar­nęła ją naj­sil­niej­sza jak dotąd fala skur­czów.

- Pomóż mi, ty nie­czuła świ­nio - jęk­nęła i Gaston pod­szedł i popro­wa­dził ją przez zimną, ciemną noc do Kli­niki Den­ty­styczno-Wete­ry­na­ryj­nej Maryi Quin­sany.

Widziana przez znie­czu­le­niowe otę­pie­nie twarz Maryi Quin­sany wyda­wała się Gene­vieve podobna do pyska lamy. Ta upo­rczywa myśl krą­żyła w nad­prze­wo­dzą­cych obwo­dach jej umy­słu, póki nie wło­żono jej w ramiona opa­ko­wa­nego jak pre­zent nowo­rodka i o wszyst­kim nie zapo­mniała.

- Nie było to dużo trud­niej­sze niż w przy­padku kozy - powie­działa Marya Quin­sana, uśmie­cha­jąc się swoją twa­rzą lamy. - Ale pomy­śla­łam, że na wszelki wypa­dek cię znie­czulę.

- Gaston. Gdzie Gaston? - zapy­tała Gene­vieve Tene­brae.

Twarz męża, z kozią bródką, nachy­liła się ku niej.

I powie­działa do niej kon­fi­den­cjo­nal­nym szep­tem:

- Pomó­wimy, jak będziemy sami.

Gene­vieve Tene­brae uśmiech­nęła się, uzna­jąc męża za coś rów­nie waż­nego jak dener­wu­jąca mucha. Liczyło się dziecko w jej obję­ciach, jej dziecko. Czyż nie uro­dziła go sama, nie nosiła pod ser­cem przez dzie­więć mie­sięcy, nie miała go w sobie przez pra­wie pół roku?

- Arnie Nico­lo­dea - wyszep­tała. - Mała Arnie.

Kiedy wieść o nie­spo­dzie­wa­nych naro­dzi­nach trze­ciego rodo­wi­tego oby­wa­tela Drogi Bez Zna­cze­nia dotarła do B.A.R-u, Per­sis Tat­ter­de­ma­lion ogło­siła, że wszy­scy piją za darmo i nastą­piła wielka fala toa­stów i życzeń, od wszyst­kich z wyjąt­kiem dziadka Harana, do któ­rego nad ranem dotarło, co mu zro­biono. A także, że ni­gdy nie będzie w sta­nie niczego udo­wod­nić.

- Czy to nie dziwne, że para, która chciała dziecka, go nie ma, a para, która nie chciała, ma? - stwier­dził Rajan­dra Das, nabraw­szy elo­kwen­cji po kuku­ry­dzia­nym piwie i winie z hote­lo­wego fer­men­to­rium.

Wszy­scy uznali, że to świetne i zwię­złe pod­su­mo­wa­nie.

Rozdział 15

15

Rajan­dra Das kie­dyś miesz­kał w norze pod Dwor­cem Głów­nym w Połu­dniku. I dalej miesz­kał w norze, tylko że pod Wielką Pusty­nią. Rajan­dra Das był kie­dyś księ­ciem rynsz­to­ko­wych szczu­rów, meneli, żebra­ków, zło­dzie­jasz­ków, gun­dów i żuli. I na­dal był księ­ciem rynsz­to­ko­wych szczu­rów, meneli, żebra­ków, zło­dzie­jasz­ków, gun­dów i żuli. Nie było nikogo, kto kon­ku­ro­wałby z nim o ten tytuł. Zbyt leniwy, żeby upra­wiać zie­mię, żył ze swego talentu i łaska­wo­ści sąsia­dów, wycza­ro­wu­jąc z ich zepsu­tych kul­ty­wa­to­rów i uszko­dzo­nych siłow­ni­ków do śle­dze­nia słońca nowe pokłady sił albo poma­ga­jąc Edowi Gal­la­cel­liemu w kon­stru­owa­niu mecha­nicz­nych urzą­dzeń o nie­wiel­kiej war­to­ści prak­tycz­nej, z wyjąt­kiem zago­spo­da­ro­wy­wa­nia nad­miaru czasu. Raz napra­wił loko­mo­tywę Kolei Beth­le­hem Ares, klasy 19, pamię­tał; z tru­dem doto­czyła się do Drogi Bez Zna­cze­nia ze źle wyre­gu­lo­wa­nym toka­ma­kiem. Poczuł się jak za daw­nych cza­sów. W przy­pły­wie nostal­gii omal nie popro­sił maszy­ni­stów, żeby go prze­wieźli - do Mądro­ści, pięk­nego marze­nia w jego sercu.

A potem pomy­ślał o ochro­nia­rzu, który wyrzu­cił go z pociągu, o kop­nia­kach, udrę­kach i cięż­kiej pracy, którą będzie musiał zno­sić pod­czas takiej podróży. Droga Bez Zna­cze­nia jest spo­kojna, daleko od wszyst­kiego, jest wygodna, a owoce zrywa się pro­sto z drzewa. Nie, na razie tu jesz­cze zosta­nie.

Pod­czas prze­si­le­nia zimo­wego, gdy słońce stało nisko nad hory­zon­tem, a czer­wony pył lśnił szro­nem, do mia­steczka ponow­nie przy­je­chał Adam Black. Jego przy­jazd był dla zmę­czo­nej zimą rol­ni­czej spo­łecz­no­ści niczym nadej­ście wio­sny.

- Chodź­cie, chodź­cie, chodź­cie! - wydarł się. - Objaz­dowa Edu­ka­cyjno-Roz­ryw­kowa Eks­tra­wa­gan­cja Adama Blacka raz jesz­cze... - (tu dla pod­kre­śle­nia wal­nął laską o zło­tej gałce w mały drew­niany klo­cek) - ...przed­sta­wia pań­stwu cuda z czte­rech stron świata w zupeł­nie nowym - (łup, łup) - poka­zie! W któ­rym dla waszej przy­jem­no­ści i zachwytu, panie - (łup) - pano­wie - (łup) - chłopcy - (łup) - i dziew­czyny - (łup) - wystąpi po raz pierw­szy na tym świe­cie rewe­la­cja, naj­praw­dziw­szy anioł z Kró­le­stwa Glo­rii! Prze­jęty z Nie­biań­skiego Cyrku, praw­dziwy, auten­tyczny, stu­pro­cen­towo ory­gi­nalny anioł. - (Łup, łup!). - Tak, chodź­cie, dobrzy ludzie, jedyne pięć­dzie­siąt cen­tawo za ten epo­kowy cud, pięć­dzie­siąt cen­tawo, dobrzy ludzie, czy naprawdę może­cie sobie pozwo­lić na to, by nie zoba­czyć tego jedy­nego w swoim rodzaju feno­menu? - (Łup, łup?). - Gdy­by­ście byli tak uprzejmi i usta­wili się ład­nie w kolejce, dzię­kuję... pro­szę się nie prze­py­chać, czasu wystar­czy dla wszyst­kich.

Rajan­dra Das spóź­nił się na pokaz. Spał sobie smacz­nie przy ogniu, kiedy przy­to­czył się pociąg z Eks­tra­wa­gan­cją i wsku­tek tego musiał przez ponad godzinę stać na zim­nie, zanim przy­szła jego kolej.

- Tylko pan jeden? - zapy­tał Adam Black.

- Nikogo wię­cej nie widać.

- No to pięć­dzie­siąt cen­tawo.

- Skąd u mnie pięć­dzie­siąt cen­tawo. Mogą być dwa pla­stry miodu?

- Dwa pla­stry miodu mogą być. Pięć minut.

W wago­nie było cie­pło. Okna zasła­niały czarne kotary, które sze­le­ściły poru­szane gorą­cym powie­trzem z wen­ty­la­to­rów. Pośrodku wagonu stała wielka, ciężka i solidna sta­lowa klatka, bez żad­nych drzwi­czek ani zam­ków. Na tra­pe­zie zwie­sza­ją­cym się ze szczytu klatki sie­działa melan­cho­lijna istota, którą Rajan­dra Das miał uznać za anioła, choć nie był to anioł, o jakim się uczył jako dziecko, na poboż­nym kola­nie kocha­nej świę­tej pamięci matki.

Twarz i kor­pus miał nad­zwy­czaj­nie pięk­nego mło­dego męż­czy­zny. Ręce i nogi były z nito­wa­nego metalu. W bar­kach i bio­drach ciało prze­ni­kało się z meta­lem, bez wyraź­nej gra­nicy. Rajan­dra Das widział, że to nie jest po pro­stu czło­wiek połą­czony z pro­te­zami. To było coś zupeł­nie innego.

Anioła ota­czała świe­tli­sta nie­bie­ska aura, będąca jedy­nym świa­tłem w czar­nym, cie­płym wago­nie.

Rajan­dra Das nie miał poję­cia, jak długo stał i wytrzesz­czał oczy, póki anioł nie wydłu­żył nóg do cien­kich szczu­deł i nie zszedł z tra­pezu. Zło­żył je tele­sko­powo, wra­ca­jąc do ludz­kiego wzro­stu i przy­ci­snął twarz do prę­tów, oko w oko z wytrzesz­czo­nym Rajan­drą Dasem.

- Skoro masz tylko pięć minut, suge­ruję, żebyś mnie o coś zapy­tał - powie­dział eks­cy­tu­ją­cym kontr­al­tem.

To wyrwało go ze zdu­mie­nia.

- Ojjj! - powie­dział Rajan­dra Das. - Co z cie­bie wła­ści­wie za stwo­rze­nie?

- To zwy­kle jest pierw­sze pyta­nie - powie­dział bla­szany anioł ze znu­że­niem nie­zmien­nej od lat rutyny. - Jestem anio­łem, sera­fi­nem z Pią­tego Sze­regu Nie­biań­skich Zastę­pów, sługą Bło­go­sła­wio­nej Pani z Thar­sis. A teraz, czy chcesz, żebym pro­sił o coś Panią Naszą, w imie­niu twoim czy innych, albo prze­ka­zał wia­do­mość uko­cha­nej oso­bie za woalem śmierci? Takie zwy­kle jest dru­gie pyta­nie.

- Tym razem nie - odparł Rajan­dra. - Każdy głupi widzi, że nie prze­ka­żesz ni­gdzie żad­nej wia­do­mo­ści, przy­naj­mniej, póki sie­dzisz w tej klatce i wystę­pu­jesz u Adama Blacka. Nie, ja chcę wie­dzieć, co z cie­bie wła­ści­wie za anioł, bo mnie zawsze uczyli, że anioły to kobiety z dłu­gimi wło­sami, pięk­nymi skrzy­dłami, w świe­cą­cych sukien­kach i tak dalej.

Anioł wydął usta lekko ura­żony.

- Żad­nej god­no­ści w tych cza­sach. No, to jest trze­cie pyta­nie więk­szo­ści śmier­tel­ni­ków. Po tym, jak prze­pu­ści­łeś pyta­nie numer dwa, spo­dzie­wa­łem się po tobie cze­goś lep­szego.

- No to może dla odmiany byś odpo­wie­dział, co?

Anioł wes­tchnął.

- Patrz, śmier­tel­niku.

Z jego ple­ców roz­wi­nęły się dwa kom­plety łopa­tek skła­da­nych wir­ni­ków. Klatka była za mała, żeby mogły się roz­pro­sto­wać i obwi­słe łopaty przy­da­wały anio­łowi jesz­cze bar­dziej żało­snego i bez­ce­lo­wego wyglądu.

- To skrzy­dła. A jeśli cho­dzi o płeć...

Aure­ola anioła zami­go­tała. Po jego cie­le­snych czę­ściach zaczęły prze­su­wać się dziwne wypu­kło­ści. Rysy twa­rzy roz­to­piły się i spły­nęły jak desz­czówka z dachu. Pod­skórne wzgórki sku­piły się, zesta­liły, two­rząc nowy obraz rysów.

Rajan­dra Das gwizd­nął z podzi­wem.

- Nie­złe cycki. Czyli jesteś jed­nym i dru­gim.

- Albo żad­nym - powie­dział anioł i powtó­rzył sztuczkę z roz­ta­pia­niem twa­rzy, prze­mie­nia­jąc się w nad­zwy­czaj piękną młodą osobę nie­okre­ślo­nej płci. Teraz, okre­ślane wbrew uro­dzie rodza­jem nija­kim, scho­wało łopaty wir­ni­ków z powro­tem w ple­cach i uśmiech­nęło się nie­po­cie­szone.

Rajan­dra Das poczuł w sercu ukłu­cie współ­czu­cia. Wie­dział, jak to jest być gdzieś nie z wła­snej woli. Wie­dział, jak to jest, kiedy życie ci daje popa­lić.

- Coś jesz­cze, śmier­tel­niku? - zapy­tał ze znu­że­niem anioł.

- Ej, stary, no weź się tak nie obra­żaj. Jestem po two­jej stro­nie, naprawdę. Powiedz mi, jak to jest, że ty nie możesz pstryk­nąć małym pal­cem i roz­wa­lić tej klatki? Mnie uczyli, że anioły to dość potężne stwory.

Anioł nachy­lił się kon­fi­den­cjo­nal­nie do prę­tów klatki.

- Ja jestem tylko anio­łem z Pią­tego Sze­regu Nie­biań­skich Zastę­pów, a nie jakąś grubą rybą jak FARIO­STER czy TELE­ME­GON - to są naj­now­sze modele; Pierw­sze Sze­regi, archan­giel­skie, one mogą zro­bić, co tylko zechcą, ale my jeste­śmy z tych pierw­szych, my byli­śmy pro­to­ty­pami, potem Nasza Pani ulep­szała kon­struk­cję z każ­dym kolej­nym mode­lem, w Awa­tach, Lorar­chach, Sze­ra­fach, Archan­giel­skach.

- Zaraz, zaraz, to ty mówisz, że jesteś skon­stru­owany?

- Wszy­scy jeste­śmy, śmier­tel­niku, w ten czy inny spo­sób. Ale cho­dzi o coś innego - my, anioły, jeste­śmy na ener­gię sło­neczną, dla­tego wła­śnie Adam Black trzyma tę klatkę w ciem­no­ści, żebym nie nagro­ma­dził dość ener­gii, by uwol­nić się z tych prę­tów. Cho­ciaż... - dodał ze smut­kiem - ...jeste­śmy stwo­rzone głów­nie do lata­nia, nie do walki; więk­szość mojej siły idzie na napę­dza­nie wir­ni­ków.

- A jak­bym roz­su­nął wszyst­kie zasłony?

- To przyj­dzie Adam Black i zasu­nie je z powro­tem. Dzięki za tę myśl, śmier­tel­niku, ale, żeby odzy­skać pełną aniel­ską moc, potrze­bo­wał­bym ze trzech tygo­dni cią­głego słońca.

Adam Black wetknął głowę przez drzwi i powie­dział:

- Koniec czasu. Pro­szę wycho­dzić. - I spoj­rzał surowo na anioła. - Znowu cały czas gadasz? Mówi­łem ci, że ma być krótko.

- Ej, zaraz, po co ten pośpiech? - zapro­te­sto­wał Rajan­dra Das. - Po mnie nikogo już nie ma, a wła­śnie mamy cie­kawą fazę w roz­mo­wie. Jesz­cze minutę, dobra?

- No dobrze. - Adam Black wyco­fał się, by prze­li­czyć zaro­bek - sześć dola­rów pięć­dzie­siąt cen­tawo, kurę, trzy butelki grosz­ko­wego wina i dwa pla­stry miodu.

- Słu­chaj, powiedz coś wię­cej - powie­dział Rajan­dra Das. - Na przy­kład, jak w ogóle wylą­do­wa­łeś w tej klatce.

- Przez nie­uwagę. Byłem w Zaszczyt­nym Orszaku Bło­go­sła­wio­nej Pani, urzą­dza­li­śmy paradę nad jakąś dziurą za dzie­sięć cen­tawo na Wiel­kich Rów­ni­nach. Nazy­wała się Fran­cuz. Robimy takie rze­czy od czasu do czasu, coś jak wielka cyr­kowa parada, żeby śmier­tel­nicy pamię­tali o wyż­szych rze­czach, kto ten świat stwo­rzył, i tak dalej, a poza tym Bło­go­sła­wiona Pani ma teraz tę nową stra­te­gię bez­po­śred­niej inter­wen­cji wśród istot orga­nicz­nych. No, w każ­dym razie impreza była spora, Wiel­kie Moce, Domi­nia, Duchowa Mena­że­ria, Wielki Nie­bie­ski Ply­mo­uth, Jeź­dziec na Wie­lo­gło­wej Bestii i tak dalej, zanim to wszystko prze­szło, trwało pra­wie cały dzień. Ja byłem w ostat­niej fali i musia­łem tyle cze­kać, że strasz­nie się już nudzi­łem, a znu­dzone anioły robią się nie­uważne. I chwilę potem wle­cia­łem pro­sto w kable wyso­kiego napię­cia sta­cji łącza mikro­fa­lo­wego. Oszo­ło­miło mnie. Pole­ciały mi bez­piecz­niki. Stra­ci­łem przy­tom­ność. Śmier­tel­nicy mnie odcięli, wsa­dzili mnie do tej klatki w piw­nicy i kar­mili plac­kami kuku­ry­dzia­nymi i piwem. Wyobra­żasz sobie, jak to jest być anio­łem-alko­ho­li­kiem? W kółko im powta­rza­łem, że jestem na ener­gię sło­neczną, ale w ogóle nie docie­rało. Śmier­tel­nicy zaczęli się zasta­na­wiać, co wła­ści­wie im przyj­dzie z anioła z Nie­biań­skich Zastę­pów, i wtedy poja­wił się Adam Black i kupił mnie razem z klatką za pięt­na­ście zło­tych dola­rów.

- No a czemu nie pró­bo­wa­łeś uciec? - zasu­ge­ro­wał Rajan­dra Das, któ­remu po gło­wie cho­dziły złe myśli.

- Nie ma zamka. Jeśli cho­dzi o mecha­ni­zmy, to my jeste­śmy w tym dobrzy. Otwo­rzył­bym każdy zamek, który by tu był, ale Adam Black zna się na hagio­gra­fii, więc kiedy odzy­ska­łem siłę i poodra­stały mi obwody, zaspa­wał drzwiczki.

- To słabo - powie­dział Rajan­dra, mając w pamięci doły pod dwor­cem w Połu­dniku. - Nikt nie powi­nien przez pomyłkę sie­dzieć w klatce.

Anioł wzru­szył wymow­nie ramio­nami. Adam Black znów wetknął głowę przez drzwi.

- No dobra, teraz to już naprawdę koniec. Poważ­nie mówię. Chcę już zamy­kać.

- Pomóż mi - szep­nął despe­racko anioł, ści­ska­jąc grube na palec pręty. - Możesz mnie stąd wydo­stać, ja to wiem, widzę to w twoim sercu.

- To już chyba będzie pyta­nie numer pięć - powie­dział Rajan­dra Das i odwró­cił się, żeby wyjść z ciem­nego wagonu. W tym samym momen­cie wycią­gnął z kie­szeni swój woj­skowy scy­zo­ryk o wielu ostrzach, ukra­dziony ze sklepu Narzę­dzia Spe­cja­li­styczne Kri­sh­na­murti. Ukrył go we wnę­trzu dłoni i podał dys­kret­nie anio­łowi.

- Scho­waj to - wyszep­tał, nie poru­sza­jąc ustami. - A jak się uwol­nisz, obie­caj mi, że zro­bisz dwie rze­czy. Po pierw­sze, nie wra­caj tutaj. Ni­gdy. Po dru­gie, wspo­mnij o mnie Bło­go­sła­wio­nej Pani, kiedy ją zoba­czysz, bo to dzięki niej jestem dobry dla maszyn, a maszyny są dobre dla mnie. - Ukrad­kowy gest zmie­nił się w macha­nie na poże­gna­nie.

Adam Black już cze­kał z klu­czem w drzwiach.

- Nie­zły ten twój pokaz na bogu - rzu­cił Rajan­dra Das. - Powiem ci jedno, po tym to trudno będzie czymś nas zasko­czyć. Co tam masz na jutro przy­go­to­wane, Świętą Kata­rzynę w klatce? - Puścił oko do show­mana. I wydało mu się, że już sły­szy zgrzyt metalu o metal.

Rozdział 16

16

Tego ranka, gdy przy­szedł ROTECH, poja­wił się w świe­cie naj­pierw jako tępe brzę­cze­nie w snach ludzi, potem wypełzł z nich jako basowa pul­sa­cja. Pobu­dziła wszyst­kich i dopiero wów­czas do nich dotarło, że to nie był jakiś zbio­rowy senny kosz­mar, że ten hałas był obiek­tyw­nym zja­wi­skiem, tak real­nym i obiek­tyw­nym, że w domach grze­cho­tały od niego wszyst­kie luźne przed­mioty, a tale­rze spa­dały z pó­łek i się tłu­kły.

- Co to jest, co to jest? - pytali się nawza­jem, prze­bie­ra­jąc się w dzienne ubra­nia, prze­rzu­ca­jąc się zabo­bon­nymi stwier­dze­niami o apo­ka­lip­sie, Arma­ge­do­nie, wybu­chach ato­mo­wych, mię­dzy­pla­ne­tar­nej woj­nie lub nie­bie spa­da­ją­cym im na głowy.

Dygot nasi­lił się tak, że zaczął im nawet wypeł­niać miej­sce pod czaszką. Trząsł ska­łami pod ich nogami, trząsł kośćmi pod skórą, trząsł nie­bem i zie­mią, strzą­sał ludzi ze scho­dów i wytrzą­sał przez drzwi fron­towe, żeby zoba­czyli, co się dzieje.

Nad Drogą Bez Zna­cze­nia wisiało tysiąc srebr­nych spodków, tak lśnią­cych w poran­nym słońcu, że aż raziły oczy - tysiąc srebr­nych pod­nieb­nych pojaz­dów, a łoskot ich sil­ni­ków trząsł zie­mią. Każdy miał pełne pięć­dzie­siąt metrów śred­nicy i był opa­trzony świę­tym imie­niem ROTECH-u z nume­rem seryj­nym, a pod spodem, mniej­szymi lite­rami było dopi­sane: "Wydział Utrzy­ma­nia Pla­net". Reflek­tory pocięły osadę sno­pami, wyszu­ku­jąc oszo­ło­mio­nych miesz­kań­ców na gan­kach i weran­dach. Babuszka, opro­mie­niona świa­tłem z nieba, padła na kolana i modliła się, żeby Anioł Pię­ciu Fio­lek Znisz­cze­nia (plagi ciem­no­ści, plagi głodu i pra­gnie­nia, plagi bez­dziet­no­ści, plagi sar­ka­zmu i plagi poże­ra­ją­cych wszystko kóz-mutan­tów) zosta­wił ją w spo­koju. Dzieci Drogi Bez Zna­cze­nia machały do załóg w ich wysu­nię­tych kabi­nach. Piloci odma­chi­wali i migali reflek­to­rami. Kiedy ludzie przy­zwy­cza­ili się do stat­ków ROTECH-u nad mia­stecz­kiem, nagle dotarło do nich, że nie są ich tysiące, setki, nawet nie pięć­dzie­siąt, lecz dwa­dzie­ścia trzy. Jed­nakże z samego rana silne wra­że­nie robią nawet dwa­dzie­ścia trzy statki wypeł­nia­jące niebo i zie­mię hukiem sil­ni­ków.

Z kru­szą­cym skały rykiem dwa­dzie­ścia dwa ste­rowce unio­sły się wysoko w powie­trze, prze­chy­liły się i odle­ciały na zachód, reflek­to­rami wydra­pu­jąc na nie­bie dłu­gie smugi. Jedyny pozo­stały ste­ro­wiec opadł niżej i pod­szedł do lądo­wa­nia po dru­giej stro­nie torów, dokład­nie w miej­scu, gdzie kie­dyś roz­biła się Per­sis Tat­ter­de­ma­lion. Nato­miast lądo­wa­nie ROTECH-u odbyło się pod pełną kon­trolą i z aro­gancką łatwo­ścią. Wen­ty­la­tory odwró­ciły się ku górze, wzbi­ja­jąc w powie­trze duszące tumany pyłu. Kiedy kaszel się uspo­koił, ste­ro­wiec stał już na wspor­ni­kach i roz­wi­jał schodki pro­wa­dzące do jaskrawo oświe­tlo­nego wnę­trza. Razem z nimi wydo­był się stam­tąd zapach przy­go­to­wy­wa­nego śnia­da­nia.

Oby­wa­tele Drogi Bez Zna­cze­nia zebrali się po swo­jej stro­nie torów, wszy­scy oprócz Per­sis Tat­ter­de­ma­lion, która ucie­kła po pierw­szym muśnię­ciu sno­pem świa­tła, bo ste­rowce mogły latać, a ona nie. Przy­glą­dali się roz­wo­jowi wyda­rzeń wokół statku z lękiem zmie­sza­nym z eks­cy­ta­cją. To mogli być naj­lepsi goście jak dotąd.

- No idź - powie­dział pan Jeri­cho do dok­tora Ali­man­tanda. - Ty tu jesteś sze­fem.

Dok­tor Ali­man­tando otarł kurz ze swo­jego wiecz­nie zaku­rzo­nego ubra­nia i prze­szedł sto metrów wzdłuż torów w stronę ste­rowca. Nie usły­szał ani jed­nego zachę­ca­ją­cego okrzyku.

Po schod­kach zszedł nie­sa­mo­wi­cie ele­gancki męż­czy­zna w pięk­nym bia­łym gar­ni­tu­rze ze stójką i zaga­pił się na niego. Dok­tor Ali­man­tando, zapy­lony i skromny, skło­nił się uprzej­mie.

- Jestem dok­tor Ali­man­tando, tym­cza­sowy wójt Drogi Bez Zna­cze­nia, lud­ność: dwa­dzie­ścia dwie osoby, wyso­kość: tysiąc dwie­ście pięć­dzie­siąt metrów, "o krok od Raju". Witamy w naszym mia­steczku, mam nadzieję, że się wam spodoba, dla waszej wygody i kom­fortu mamy bar­dzo dobry hotel, czy­sty, tani, ze wszyst­kimi udo­god­nie­niami.

Obcy, wciąż się nań gapiąc (wyjąt­kowo cham­sko według nie­śmia­łych stan­dar­dów Deu­te­ro­no­mium), kiw­nął głową w naj­bar­dziej zdaw­ko­wym powi­ta­niu.

- Domi­nic Fron­tera, Biuro Osad­nic­twa i Zabu­dowy, Wydział Utrzy­ma­nia Pla­net, ROTECH, Por­ce­la­nowa Góra. Co wy tu, do cho­lery, robi­cie?

Pobu­dliwy dok­tor Ali­man­tando szybko się pobu­dził.

- W sumie mogę pana zapy­tać o to samo.

Zatem Domi­nic Fron­tera mu powie­dział. A dok­tor Ali­man­tando natych­miast zwo­łał spo­tka­nie wszyst­kich miesz­kań­ców, żeby Domi­nic Fron­tera mógł im powtó­rzyć to, co powie­dział jemu. I rzekł im tak:

- We wto­rek, szes­na­stego maja, czyli za trzy dni, o szes­na­stej dwa­dzie­ścia cztery, Droga Bez Zna­cze­nia wypa­ruje na sku­tek ude­rze­nia jądra komety o wadze około dwu­stu pięć­dzie­się­ciu mega­ton, lecą­cego z pręd­ko­ścią pię­ciu kilo­me­trów na sekundę, które będzie miało miej­sce około trzy­dzie­stu czte­rech kilo­me­trów na połu­dnie stąd.

I wybu­chło pan­de­mo­nium. Dok­tor Ali­man­tando walił swoim mło­tecz­kiem tym­cza­so­wego wójta, aż popę­kał mu klo­cek, potem ochrypł od krzyku, a ludzie dalej się darli, wście­kali się i wyma­chi­wali w powie­trzu naj­lep­szymi krze­słami Per­sis Tat­ter­de­ma­lion.

Domi­nic Fron­tera led­wie mógł uwie­rzyć, że dwa­dzie­ścia dwie osoby mogą wyge­ne­ro­wać taki chaos. W ogóle nie powi­nien brać w tym udziału. Powi­nien był w jeden dzień do połu­dnia skoń­czyć obmie­rza­nie miej­sca ude­rze­nia i już być w Regio­nal­nym Biu­rze w Połu­dniku. Grać w tryk­traka w swoim ulu­bio­nym zakątku her­ba­ciarni Chena Tsu, popi­jać bel­la­doń­ską brandy i patrzeć, jak kwitną morele. A zamiast tego stał naprze­ciwko roz­wście­czo­nej bandy goto­wej pobić go na śmierć tabo­re­tami z pustyn­nej sosny - popa­trz­cie tylko na tę starą babę, pew­nie ma koło czter­dziestki, a niczego nie pra­gnie bar­dziej niż zli­zać moją krew z pod­łogi - i to wszystko dla­tego, że zna­lazł tę zasraną dziurę w miej­scu, gdzie żad­nej zasra­nej dziury nie powinno być, w oazie, która w ogóle była pla­no­wana do geo­in­ży­nie­rii dopiero dwa lata po upadku komety. Wes­tchnął. Wyszarp­nął z kabury swego pilota pisto­let rakie­towy Pre­sneya i oddał trzy szyb­kie strzały w strop B.A.R-u/Hotelu.

Pełna szoku cisza, która natych­miast zapa­dła, ucie­szyła go. Poci­ski dalej syczały wbite w dachówki. Przy­wró­ciw­szy spo­kój, wyja­śnił, dla­czego Droga Bez Zna­cze­nia musi ulec znisz­cze­niu.

Cho­dziło o wodę. Było jej za mało. Cały ten świat trzy­mał się na sze­regu eko­lo­gicz­nych rów­nań, które zawsze muszą być speł­nione. Po jed­nej stro­nie znaku rów­no­ści było sztuczne śro­do­wi­sko świata: powie­trze, woda, pogoda i te mniej nama­calne czyn­niki, na przy­kład orbi­talne magnesy nad­prze­wo­dzące, two­rzące wokół pla­nety ochronną siatkę odpy­cha­jącą pro­mie­nio­wa­nie i burze sło­necz­nych czą­stek, które ina­czej wyste­ry­li­zo­wa­łyby jej powierzch­nię albo war­stwę meta­lo­wych jonów zawie­szoną wysoko ponad tro­po­pauzą, wzmac­nia­jącą świa­tło słońca plus orbi­talne lustra, vany, wyrów­nu­jące miej­scowe róż­nice tem­pe­ra­tury i ciśnie­nia: rów­na­nie sta­bilne, choć kru­che. Po dru­giej stro­nie znaku rów­no­ści stali miesz­kańcy tej ziemi, rodo­wici i przy­jezdni, ich powięk­sza­jąca się liczba i coraz więk­sza pre­sja na świat i jego zasoby. A to rów­na­nie musi zawsze być w rów­no­wa­dze, choćby popu­la­cja rosła aryt­me­tycz­nie, geo­me­trycz­nie, loga­ryt­micz­nie, to musi się rów­nać (tu Domi­nic Fron­tera dla pod­kre­śle­nia dźgnął w publicz­ność lufą pisto­letu) i jeśli to ozna­cza, że od czasu do czasu trzeba skądś zaim­por­to­wać tro­chę wody ("od czasu do czasu" ozna­czało mniej wię­cej co dzie­sięć lat przez kolejne pół tysiąc­le­cia, a "skądś" - giga­tony kome­tar­nego lodu cze­ka­ją­cego na gra­wi­ta­cyjny sygnał za kuli­sami Układu Sło­necz­nego), to ona będzie zaim­por­to­wana i koniec.

- W prze­szło­ści wali­li­śmy tymi jądrami komet gdzie popad­nie - tłu­ma­czył rzę­dom roz­dzia­wio­nych ust. - Lód, który nie odpa­ro­wał przy wej­ściu w atmos­ferę, odpa­ro­wy­wał przy ude­rze­niu, a ogromne ilo­ści wzbi­tego pyłu powo­do­wały, że para zbi­jała się w chmury i wywo­ły­wała opady. W pierw­szych dniach komety ude­rzały nawet trzy razy na tydzień. Oczy­wi­ście wtedy nikogo nie było, więc nie spa­dały nikomu na głowę. - Domi­nic Fron­tera przy­po­mniał sobie, że nie wykłada na lek­cji geo­gra­fii w szkole śred­niej, lecz przed bandą dur­nych wie­śnia­ków i zezło­ścił się. - Jak się domy­śla­cie, odkąd zaczęło się osad­nic­two, coraz trud­niej zna­leźć miej­sce do zrzu­ce­nia lodu, a jeśli się da, wolimy go roz­trza­skać, bo to zde­cy­do­wa­nie naj­tań­szy spo­sób na wytwo­rze­nie pary wod­nej. No i wybra­li­śmy sobie takie miej­sce, w Ćwiartce Pół­nocno-Zachod­niej, gdzie nie ma żad­nych pla­nów zago­spo­da­ro­wa­nia na co naj­mniej cztery lata, może się tra­fić jakiś podróż­nik, jakiś pociąg, jakiś ste­ro­wiec, ale da się ich ostrzec przez ude­rze­niem, a potem wró­cić, napra­wić tory i zawo­łać z orbity orfy, żeby zro­biły z pustyni ogród. Taki jest plan. I co my tu mamy? Co mamy? - Pod­niósł głos do krzyku. - Was. Co wy tu, do cho­lery, robi­cie?! Tu nawet oazy nie powinno być, a co dopiero jakiejś osady!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

1

Dok­tor Ali­man­tando trzy dni szedł za zie­loną osobą przez pusty­nię. Przy­zy­wany pal­cem zło­żo­nym z prze­gu­bo­wych strącz­ków zie­lo­nej fasolki prze­że­glo­wał w ślad za nim pusty­nię czer­wo­nego żwiru, pusty­nię czer­wo­nego kamie­nia i pusty­nię czer­wo­nego pia­sku. A co noc, kiedy zasia­dał przy ogni­sku ze szcza­pek wysu­szo­nego drewna i pisał w dzien­niku, na niebo wscho­dził księ­ży­cowy pier­ścień, ten roz­fi­kany ciąg sztucz­nych sate­li­tów, i wywa­biał zie­loną osobę z głębi pustyni.

Pierw­szej nocy, gdy do niego przy­szła, wysoko w stra­tos­fe­rze migo­tały mete­ory.

- Użycz mi swego ognia, niech się ogrzeję, daj mi schro­nie­nie, bo pocho­dzę z cie­plej­szej epoki. - Dok­tor Ali­man­tando kiw­nął na zie­loną osobę, by pode­szła bli­żej. Obser­wu­jąc tę dziwną, nagą postać, poczuł potrzebę zapy­tać: - Co z cie­bie za istota?

- Jestem czło­wie­kiem - odpo­wie­działa zie­lona osoba. Jej usta, wargi, język, kiedy się odzy­wała, były koloru zie­lo­nych liści. Zęby miała małe i żółte jak zia­renka kuku­ry­dzy. - A ty?

- Też jestem czło­wie­kiem.

- No to jeste­śmy tacy sami. Dorzuć do ognia, przy­ja­cielu, niech poczuję cie­pło.

Dok­tor Ali­man­tando kop­nął szary sękaty kawa­łek i wysoko w noc poszy­bo­wały iskry.

Po jakimś cza­sie zie­lona osoba zapy­tała:

- A masz wodę, przy­ja­cielu?

- Mam, ale muszę oszczę­dzać. Nie wiem, jak długo będę szedł przez pusty­nię i czy znajdę na niej wodę.

- Przy­ja­cielu, jeśli dasz mi dzi­siaj swój bidon, jutro dopro­wa­dzę cię do wody.

Dok­tor Ali­man­tando długo sie­dział nie­ru­chomo pod migo­tli­wymi świa­tłami księ­ży­co­wego pier­ście­nia. Potem odpiął od ple­caka jeden z bido­nów i podał go nad ogniem. Zie­lona osoba wypiła wszystko. Powie­trze wokół niej zaiskrzyło aro­ma­tem zie­leni, jak las po wio­sen­nym desz­czu. Dok­tor Ali­man­tando zaraz zasnął i nic a nic mu się nie śniło.

Następ­nego ranka przy ogni­sku, w miej­scu, gdzie sie­działa zie­lona osoba, był tylko czer­wony kamień.

Kolej­nego wie­czoru dok­tor Ali­man­tando roz­bił obóz, zjadł posi­łek i zaczął pisać dzien­nik. Potem po pro­stu sie­dział, sycąc się rado­ścią kamien­nej pustyni. Pły­nął przez nią i pły­nął, odda­liw­szy się od wzgórz Deu­te­ro­no­mium, od pustyni czer­wo­nego żwiru, przez pusty­nię czer­wo­nego kamie­nia, przez kra­inę szcze­lin i roz­pa­dlin, niczym skamie­niały mózg, przez gład­kie kamienne chod­niki, pomię­dzy zero­do­wa­nymi słu­pami ciem­nego wul­ka­nicz­nego szkła, przez skamie­niałe od miliarda lat lasy, przez suche od miliarda lat koryta rzeczne, przez wyrzeź­bione wia­trem pali­sady z czer­wo­nego kamie­nia, przez nawie­dzone pła­sko­wyże, nur­ku­jące stro­mymi gra­ni­to­wymi ścia­nami w głąb kanio­nów o nie­skoń­czo­nym echu, ści­ska­jąc z wytrzesz­czo­nymi ze stra­chu oczyma uchwyty wia­tro­wej deski, gdy jej pro­ma­gne­tyczne lewi­ta­tory wysi­lały się, z tru­dem utrzy­mu­jąc ją w górze. Ucie­kał przed wiel­kim wia­trem, żeglu­jąc i żeglu­jąc i żeglu­jąc, póki nieba nie prze­szyły pierw­sze szpi­leczki wie­czor­nych gwiazd.

Gdy tak sie­dział, na skle­pie­niu nie­bie­skim ner­wowo zami­go­tały cie­pło­błę­kitne lasery i znów przy­szła zie­lona osoba.

- Gdzie jest ta obie­cana woda? - zapy­tał dok­tor.

- Wszę­dzie była kie­dyś woda i wszę­dzie będzie znów - powie­działa zie­lona osoba. - Ten kamień był kie­dyś pia­skiem i za milion lat od teraz znów będzie pia­skiem na plaży.

- Gdzie jest woda, którą mi obie­ca­łeś?! - krzyk­nął dok­tor Ali­man­tando.

- Chodź ze mną, przy­ja­cielu.

Zie­lona osoba popro­wa­dziła go do zagłę­bie­nia pod czer­wo­nym urwi­skiem, a tam, w jesz­cze głęb­szej ciem­no­ści ciur­kała sobie samotna, czy­sta woda, wycie­ka­jąca z pęk­nię­cia w skale i zbie­ra­jąca się w małym, ciem­nym stawku. Dok­tor Ali­man­tando napeł­nił swoje bidony, ale nie napił się - bał się zbru­kać przed­wieczną wodę. W miej­scu, gdzie stała wcze­śniej zie­lona osoba, na wil­got­nych odci­skach jej stóp wykieł­ko­wały bla­do­zie­lone łodyżki. Potem Dok­tor Ali­man­tando zasnął i nic a nic mu się nie śniło.

Następ­nego ranka przy węgiel­kach ogni­ska, w miej­scu, gdzie sie­działa zie­lona osoba, stało uschnięte, szare drzewo.

W trze­cią noc po trze­cim dniu, prze­że­glo­waw­szy pusty­nię czer­wo­nego pia­sku, dok­tor Ali­man­tando roz­pa­lił ogni­sko, roz­bił obóz i zaczął zapi­sy­wać swe spo­strze­że­nia i spe­ku­la­cje w opraw­nym w skórę dzien­niku, ele­ganc­kim, deli­kat­nym pismem, peł­nym pęte­lek i zawi­ja­sów. Tej nocy był znu­żony, wyczer­pany podróżą przez pusty­nię czer­wo­nego kamie­nia. Na początku czuł się łasko­tany rado­ścią i mie­cio­nym przez wiatr pia­skiem, jadąc wia­trową deską w górę i w dół, w górę i w dół przez wiecz­nie zała­mu­jące się pia­skowe fale. Prze­je­chał czer­wony pia­sek i nie­bie­ski pia­sek, pia­sek żółty i zie­lony, pia­sek biały i czarny, fala za falą za falą, póki te fale go nie wyczer­pały i nie wyżęły do cna, tak że nie miał już sił na pusty­nię sody, pusty­nię soli i pusty­nię kwasu. A za tymi pusty­niami, w miej­scu poza wszel­kim wyczer­pa­niem, była pusty­nia bez­ru­chu, na któ­rej sły­szało się dzwo­nie­nie odle­głych dzwo­nów, jakby z dzwon­nic miast zako­pa­nych na miliardy lat głę­boko pod pia­skiem lub z dzwon­nic miast nie­zro­dzo­nych przez kolejne miliardy lat, które kie­dyś będą tam stać. Tam, w sercu pustyni, zatrzy­mał się i pod nie­bem roz­ja­śnio­nym świa­tłami przy­by­wa­ją­cego na kra­niec świata Żaglowca zie­lona osoba przy­szła do niego po raz trzeci. Kuc­nęła tuż poza krę­giem świa­tła i coś kre­śliła pal­cem na pia­sku.

- Kim ty jesteś? - zapy­tał dok­tor. - Dla­czego mnie co noc nawie­dzasz?

- Choć podró­żu­jemy przez różne wymiary, tak jak ty jestem podróż­ni­kiem idą­cym przez to suche i bez­wodne miej­sce - odpo­wie­działa zie­lona osoba.

- Wyja­śnij mi te "różne wymiary".

- Czas i prze­strzeń. Ty - prze­strzeń, ja - czas.

- Jak to być może?! - zawo­łał dok­tor Ali­man­tando, pasjo­nu­jący się cza­sem i cza­so­wo­ścią. Wła­śnie przez czas został wygnany ze swego domu na zie­lo­nych wzgó­rzach Deu­te­ro­no­mium, obwo­łany "demo­nem", "czar­no­księż­ni­kiem" i "poże­ra­czem dzieci" przez sąsia­dów, któ­rym jego twór­cza eks­cen­trycz­ność nie mogła pomie­ścić się w cia­snym świe­cie, zde­fi­nio­wa­nym przez krowy, obite desecz­kami domy, owce, kiszonkę i płotki z bie­lo­nych szta­chet. - Jak ci się udaje podró­żo­wać w cza­sie, coś, co chcia­łem osią­gnąć od lat?

- Czas jest czę­ścią mnie - powie­działa zie­lona osoba, pro­stu­jąc się i muska­jąc swe ciało czub­kami pal­ców. - Nauczy­łem się więc nad nim pano­wać, tak jak panuję nad innymi czę­ściami ciała.

- Da się tego nauczyć?

- Cie­bie? Nie. Masz nie­od­po­wiedni kolor. Ale myślę, że któ­re­goś dnia nauczysz się tego ina­czej.

Serce mu pod­sko­czyło.

- Co masz na myśli?

- To już od cie­bie zależy. Ja jestem tutaj tylko dla­tego, że wymaga tego przy­szłość.

- Jak dla mnie tro­chę zbyt sprawny jesteś w mówie­niu zagad­kami. Nie cier­pię takich nie­ja­sno­ści

- Jestem tutaj, żeby popro­wa­dzić cię do two­jego prze­zna­cze­nia.

- O! Jak?

- Jeśli mnie tu nie będzie, pewne ciągi zda­rzeń nie zaist­nieją; tak zde­cy­do­wali moi pano­wie, dowol­nie bowiem mani­pu­lują wszelką prze­strze­nią i cza­sem. Wysłali mnie tu, żebym cię popro­wa­dził ku prze­zna­cze­niu!

- Czło­wieku, mów kon­kret­niej! - zawo­łał dok­tor Ali­man­tando, zapal­czywy jak zawsze.

Jed­nakże ogień zami­go­tał, w świe­tle nie­wi­docz­nego słońca bły­snęły wypeł­nia­jące niebo żagle statku Pra­esi­dium i zie­lona osoba znik­nęła. Odcze­kał pod osłoną swo­jej deski, aż ogień skur­czy się do czer­wo­nych węgiel­ków. A potem, wie­dząc, że zie­lona osoba już tej nocy nie wróci, poło­żył się spać i śnił mu się sta­lowy sen. W tym śnie tyta­niczne maszyny koloru rdzy zdej­mo­wały z pustyni skórę i skła­dały w jej mięk­kie mięso żela­zne jaja. Z jaj wyklu­wały się wijące się meta­lowe larwy, głodne hema­tytu, hema­tytu ame­ry­kań­skiego i magne­tytu. Sta­lowe robale zbu­do­wały sobie ogromne gniazdo pełne pie­ców i komi­nów, istne mia­sto bucha­jące dymem i syczące parą, dzwo­niące mło­tami i sypiące iskrami, z rze­kami z bia­łej, sto­pio­nej stali i słu­żą­cymi roba­kom bia­łymi, mię­si­stymi robot­ni­kami.

Następ­nego dnia dok­tor Ali­man­tando obu­dził się i stwier­dził, że w nocy zerwał się wiatr i pokrył wia­trową deskę pia­skiem. W miej­scu, gdzie sie­działa zie­lona osoba, na skraju kręgu świa­tła z ogni­ska, stała spę­kana bryła zie­lo­nego mala­chitu.

Wiatr wzmógł się i wyniósł dok­tora Ali­man­tanda z serca pustyni.

Zacią­gnął się ostrym jak wino powie­trzem i wsłu­chał się w trza­ska­nie wia­tru w żaglach, w szept sypią­cego się przed nim, poru­sza­nego wia­trem pia­sku. Poczuł, jak pot schnie mu na skó­rze, a sól wgryza się w twarz i dło­nie.

Żeglo­wał tak i żeglo­wał, i żeglo­wał, cały ranek. Słońce wła­śnie dotarło do zenitu, gdy zoba­czył swoją pierw­szą i ostat­nią fata­mor­ganę. Jego roz­my­śla­nia o cza­sie i cza­so­wych podróż­ni­kach prze­cięła linia czy­stego, błysz­czą­cego sre­bra - naj­czyst­szego, jasno świe­cą­cego - bie­gnąca ze wschodu na zachód ponad cią­giem niskich wzgórz, zdaje się zna­czą­cych koniec pustyni. Zbli­ża­jąc się, zaczął odróż­niać w srebr­nym bla­sku ciem­niej­sze cie­nie i odbity zie­lony poblask, jakby rosło tam coś zie­lo­nego.

"Złu­dze­nie w wyschnię­tym umy­śle", powie­dział sobie, wno­sząc wia­trową deskę po led­wie widocz­nej ścieżce pro­wa­dzą­cej na usianą jaski­niami skałę, jed­nakże, dotarł­szy na szczyt, zdał sobie sprawę, że to nie sprawka umy­słu ani nie fata­mor­gana. Ten poblask zie­leni naprawdę pocho­dził od zie­lo­nych roślin, cień był ciemną syl­wetką oso­bli­wej skal­nej wypu­kło­ści, dźwi­ga­ją­cej na szczy­cie maszt z pie­rza­stymi czuł­kami anten i tale­rzami mikro­fa­lo­wymi, a srebrna linia była dokład­nie tym - błysz­czą­cymi w słońcu dwiema rów­no­le­głymi sta­lo­wymi szy­nami o stan­dar­do­wym roz­sta­wie.

Dok­tor Ali­man­tando pospa­ce­ro­wał dłuż­szą chwilę po zie­lo­nej oazie, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak pach­nie zie­leń, jak wygląda zie­leń, jak zacho­wuje się zie­leń pod sto­pami. Usiadł, by posłu­chać szmeru wody prze­le­wa­ją­cej się kaska­dami z rowka do rowka oraz cier­pli­wego skrzy­pie­nia pomp wia­tro­wych wycią­ga­ją­cych ją z jakiejś pod­ziem­nej war­stwy wodo­no­śnej. Poczę­sto­wał się bana­nami, figami i gra­na­tami, zjadł mar­kotny lunch w cie­niu topoli. Ucie­szył się, że to koniec suro­wej pustyn­nej kra­iny, choć jed­no­cze­śnie zamarł w nim duchowy wiatr pędzący go przez pust­ko­wia. Słońce świe­ciło na roz­brzę­czaną od psz­czół oazą i dok­tor Ali­man­tando osu­nął się w ospałą, wygodną sje­stę.

Nie­okre­ślony czas póź­niej obu­dziło go tar­cie pia­sku o poli­czek. Przez zaspaną chwilę, póki miał zamknięte oczy, nie docie­rało do niego zna­cze­nie tego bodźca. Potem ude­rzyło jak gwóźdź wbity mię­dzy oczy. Rap­tow­nie usiadł pro­sto i cały zady­go­tał z prze­ra­że­nia.

W pośpie­chu zapo­mniał zacu­mo­wać wia­trową deskę.

Nie­siona pory­wi­stym wia­trem deska pod­ska­ki­wała i koły­sała się na suchej rów­ni­nie. Bez­rad­nie patrzył, jak jego jedyny śro­dek trans­portu oddala się od niego na drugą stronę Wiel­kich Rów­nin. Obser­wo­wał jaskra­wo­zie­lony żagiel, póki nie znik­nął jako bez­barwna kropka za hory­zon­tem. Potem przez długą i głu­pią chwilę stał i pró­bo­wał się zasta­no­wić, co teraz począć, ale nie był w sta­nie myśleć o niczym innym poza tą drwiąco pod­ska­ku­jącą na wie­trze deską. Stra­cił swoje prze­zna­cze­nie, pozwo­lił mu odpły­nąć z wia­trem. Wie­czo­rem zie­lona osoba wyj­dzie z czasu, żeby z nim poroz­ma­wiać, ale jego tam nie będzie, bo spóź­nił się na swoje prze­zna­cze­nie i wszyst­kie te ciągi zda­rzeń, które wiel­kie umy­sły zie­lo­nych prze­wi­działy, ni­gdy nie zaist­nieją. Wszystko prze­pa­dło. Zbrzy­dzony do mdło­ści wła­sną głu­potą dok­tor Ali­man­tando odsta­wił ple­cak i zasta­no­wił się nad szan­sami ratunku. Być może nad­je­dzie pociąg. Być może uda­łoby mu się pomaj­stro­wać przy tych urzą­dze­niach na masz­cie i nadać jakiś sygnał pomocy. Być może pomoże mu wła­ści­ciel tego żyznego, zie­lo­nego, pod­stęp­nie łagod­nego miej­sca. Być może... może. A być może to wszystko to tylko sen pod­czas sje­sty, z któ­rego się obu­dzi i zasta­nie uno­szącą się obok poobi­janą wia­trową deskę.

"Być może" zmie­niło się w "gdyby". Gdyby nie zasnął, gdyby przy­wią­zał deskę... gdyby.

Oazą zatrząsł infra­dź­wię­kowy rumor, taki, od któ­rego zgrzy­tają trzo­nowce. Powie­trze zawi­bro­wało. Woda spa­dła kro­plami z liści roślin. Meta­lowy maszt prze­kaź­ni­kowy zady­go­tał, a dok­tor Ali­man­tando zerwał się skon­ster­no­wany na równe nogi. Coś działo się pod pusty­nią - jej powierzch­nia goto­wała się i kipiała, jakby pod spodem krę­ciło się i wiro­wało coś wiel­kiego. Pia­sek wydął się w wielki bąbel i pękł, osu­wa­jąc się lawi­nami na wszyst­kie strony. Spod pustyni wyło­niło się coś ogrom­nego, pro­sto­kąt­nego, jaskra­wo­po­ma­rań­czo­wego, z łagod­nie zaokrą­glo­nymi rogami. Na nie­bo­tycz­nych ścia­nach wid­niał czarny napis ROTECH. Dok­tor Ali­man­tando, moty­wo­wany swą zgubną cie­ka­wo­ścią, pod­pełzł bli­żej zbo­cza. Poma­rań­czowa skrzy­nia, wielka jak dom, stała na ziemi i potęż­nie buczała.

- Orf - szep­nął dok­tor Ali­man­tando z biją­cym z podziwu ser­cem.

- Dzień dobry, czło­wieku! - ode­zwał się nagle głos w jego gło­wie.

- Co? - zaskom­lał.

- Dzień dobry, czło­wieku. Prze­pra­szam, że cię wcze­śniej nie przy­wi­ta­łem, ale jak widzisz, ja umie­ram, a ten pro­ces jest dla mnie mocno kło­po­tliwy.

- Słu­cham?

- Umie­ram: moje sys­temy się psują, pękają jak nici, mój kie­dyś tyta­niczny umysł osuwa się w kre­ty­nizm. Popatrz tylko na mnie, czło­wieku, moje piękne ciało jest odra­pane, popę­kane, popla­mione. Umie­ram porzu­cony przez moje sio­stry, które zosta­wiły mnie na śmierć na tej okrop­nej pustyni, zamiast na skraju nieba, jak przy­stało na orfa - gdzie odrzu­cił­bym osłony i na moment roz­bły­snął peł­nym glo­rii bla­skiem w gór­nych war­stwach atmos­fery. Niech prze­klęte będą zdra­dziec­kie sio­stry! Mówię ci, czło­wieku, jeśli tak ma wyglą­dać to nowe poko­le­nie, to cie­szę się, że scho­dzę z tego świata. Gdyby tylko miało to tro­chę wię­cej god­no­ści. Może tobie uda się pomóc mi odejść z god­no­ścią.

- Pomóc? Tobie? Jesteś orfem, sługą Bło­go­sła­wio­nej Pani; to ty powi­nie­neś mi pomóc. Tak jak ty utkną­łem na środku pustyni i jeśli nikt mi nie pomoże, zginę zaraz po tobie. Porzu­cił mnie tu kapry­śny los, mój śro­dek trans­portu mnie zawiódł.

- Masz nogi.

- Chyba żar­tu­jesz.

- Czło­wieku, nie nękaj mnie swo­imi przy­ziem­nymi potrze­bami. W tym sta­nie nie mogę ci pomóc. Nie mogę cię stąd zabrać. Nawet sam sie­bie nie mogę stąd zabrać. Obaj tu zosta­niemy, w miej­scu, które stwo­rzy­łem. Prawda, twoja obec­ność tutaj jest nie­pla­no­wana i nie­ofi­cjalna; Plan Pięć­set­letni nie zezwala na osie­dla­nie się w tym mikro­śro­do­wi­sku przez kolejne sześć lat, ale możesz tu zostać, póki nie przy­je­dzie pociąg, żeby cię gdzieś zabrać.

- A kiedy to będzie?

- Za dwa­dzie­ścia osiem mie­sięcy.

- Za dwa­dzie­ścia osiem mie­sięcy?

- Przy­kro mi, ale tak pro­gno­zuje Plan Pięć­set­letni. Śro­do­wi­sko, które tu przy­go­to­wa­łem, jest dość asce­tyczne, prawda, ale utrzyma cię przy życiu, a po mojej śmierci będziesz mieć dostęp do całego sprzętu, który mam w sobie. Dobrze, jeśli skoń­czy­łeś nękać mnie two­imi kło­po­tami, możemy zająć się moimi?

- Ależ musisz mnie stąd zabrać! Moim prze­zna­cze­niem nie jest być... Kim wła­ści­wie?

- Straż­ni­kiem sys­te­mów łącz­no­ści.

- Straż­ni­kiem sys­te­mów łącz­no­ści. Są inne, wiel­kie wyda­rze­nia, które muszę wpra­wić w ruch gdzie indziej!

- Obo­jętne, jakie jest twoje prze­zna­cze­nie, teraz będzie się wypeł­niało w tym miej­scu. A teraz, czło­wieku, oszczędź mi, pro­szę, swo­ich jęków i daj mi umrzeć z odro­biną god­no­ści.

- Umrzeć? Jak to umrzeć? Jak może umrzeć maszyna, moduł inży­nie­rii śro­do­wi­sko­wej ROTECH-u, jak może umrzeć orf?

- Odpo­wiem ci na to jedno pyta­nie i na żadne wię­cej. Życie orfa jest dłu­gie, ja liczę sobie pra­wie sie­dem­set lat, ale jestem tak samo śmier­telny jak ty. A teraz zostaw mnie w spo­koju i powierz moją duszę opiece Świę­tej Pani z Thar­sis.

Upo­rczywe bucze­nie nagle ustało. Dok­tor Ali­man­tando wstrzy­my­wał oddech w wycze­ki­wa­niu, orf jed­nak nie­zmien­nie stał na czer­wo­nym pia­sku. Dok­tor w naboż­nej ciszy zba­dał małe ręcz­nie zbu­do­wane kró­le­stwo, które po nim dzie­dzi­czył. Odkrył wyjąt­kowo schludne jaski­nie, któ­rymi był usiany skalny występ z prze­kaź­ni­kiem mikro­fa­lo­wym; te uznał za swój dom. W wiel­kich, okrą­głych gro­tach jego skromny doby­tek pra­wie ginął. Roz­wi­nął śpi­wór, by go prze­wie­trzyć, i poszedł zebrać coś na kola­cję.

Zapa­dał zmrok. Na nie­bie zabły­sły pierw­sze klej­noty księ­ży­co­wego pier­ście­nia. Wysoko w górze nie­czułe orfy toczyły się i kozioł­ko­wały pogrą­żone w wiecz­nym spa­da­niu. Ich umie­ra­jący brat uwię­ziony przez zie­mię i gra­wi­ta­cję rzu­cał na pia­sek wiel­kie fio­le­towe cie­nie. Dok­tor Ali­man­tando zjadł w przy­gnę­bie­niu kola­cję i poszedł spać. Dwie po dru­giej obu­dził go potężny głos:

- Zgiń, prze­pad­nij, ROTECH!

Dok­tor Ali­man­tando wybiegł z ciem­nej jaskini, żeby zoba­czyć, co się dzieje. Nocne powie­trze wibro­wało mocą, ciem­ność prze­szy­wały snopy reflek­to­rów, panele potęż­nego ciała orfa roz­su­wały się i zasu­wały, otwie­rały i zamy­kały. Orf wyczuł obec­ność dygo­cą­cego w koszuli noc­nej dok­tora i przy­gwoź­dził go jak męczen­nika sno­pami świa­teł.

- Czło­wieku, pomóż mi! To umie­ra­nie nie jest tak pro­ste, jak myśla­łem.

- To dla­tego, że jesteś maszyną, nie czło­wie­kiem! - zawo­łał dok­tor Ali­man­tando, osła­nia­jąc oczy przed bla­skiem reflek­to­rów. - Ludzie umie­rają bar­dzo łatwo.

- Czemu nie mogę umrzeć, skoro chcę? Pomóż mi, czło­wieku, podejdź do mnie, pokażę ci, jak oka­zać mi miło­sier­dzie, albo­wiem ta mecha­niczna nie­peł­no­spraw­ność jest nie do znie­sie­nia. Podejdź do mnie, czło­wieku. Pomóż mi!

Dok­tor Ali­man­tando zszedł więc boso nie­równą ścieżką, którą rano niósł pod górę deskę. Dotarło do niego, że musiał prze­pły­nąć, nic nie wie­dząc, nad zako­pa­nym orfem. Dziwne to, dziwne. Pośpie­szył po jesz­cze cie­płym pia­sku ku buczą­cej ścia­nie giganta. Na gład­kim metalu poja­wiła się ciemna plama wiel­ko­ści dwu­dzie­sto­cen­ta­wo­wej monety.

- To jest akty­wa­tor pro­ce­dury znisz­cze­nia sys­temu. Dotknij go, a prze­stanę ist­nieć. Wszyst­kie moje układy się wyłą­czą, obwody się prze­palą i umrę. Czło­wieku, zrób to.

- Nie wiem...

- Czło­wieku, mam sie­dem­set lat, tyle, co zie­mia, po któ­rej cho­dzisz, czy w tych upa­dłych dniach sędziwy wiek już nie budzi u was, ludzi, sza­cunku? Usza­nuj moją wolę. Niczego nie pra­gnę bar­dziej niż umrzeć. Dotknij tego miej­sca. Zrób to, czło­wieku. Pomóż mi.

Dok­tor Ali­man­tando dotknął ciem­nego punktu, który od razu roz­pły­nął się w cie­płym, poma­rań­czo­wym metalu. Potem bucze­nie orfa stop­niowo, bar­dzo powoli uci­chło, umil­kło, umarło, zapa­dło się w ciszę Wiel­kiej Pustyni. Gdy wielka machina roz­luź­niała się, umie­ra­jąc, pootwie­rały się jej roz­liczne panele, klapy i płyty i odsło­niły wspa­niałe wewnętrzne mecha­ni­zmy. Dok­tor, kiedy był już pewien, że orf nie żyje, powlókł się z powro­tem spać, udrę­czony i pełen poczu­cia winy.

Rano poszedł roze­brać ciało orfa, któ­rego zabił. W ciągu pię­ciu dni zawzię­tej, gorącz­ko­wej i nie­zwy­kle przy­jem­nej pracy zbu­do­wał z niego rom­bo­idalny panel sło­neczny, pięć razy wyż­szy od niego samego, i zamon­to­wał go, nie bez trud­no­ści, na kra­tow­nicy pompy wia­tro­wej. Mając zapew­nioną ener­gię i gorącą wodę, poszedł powy­bi­jać okna w ścia­nach swo­ich grot i oszklić ten nie­wia­ry­godny widok na Wielką Pusty­nię arku­szami folii z orfo­wego poli­me­ry­za­tora. Roz­mon­to­wał trupa na czę­ści i kawa­łek po kawałku wniósł na górę do swego nowego domu. Prze­grze­bał trze­wia machiny, wycią­ga­jąc ele­menty, które mogły się przy odro­bi­nie pomy­sło­wo­ści i pracy nadać na auto­ma­tyczne kul­ty­wa­tory, pompy nawad­nia­jące, elek­tryczne płyty grzejne, bio­me­ta­now­nie, zra­sza­cze. Dok­tor Ali­man­tando uwiel­biał pomy­sło­wość, zwłasz­cza swoją wła­sną. Każde nowe i ulep­szone urzą­dze­nie cie­szyło go przez całe dnie, dopóki nie skon­stru­ował nowego. Dni mijały, a orf coraz bar­dziej przy­po­mi­nał pustą, żało­sną sko­rupę, a potem czę­ści sko­rupy, z któ­rych dok­tor zbu­do­wał nowe panele sło­neczne, wresz­cie jesz­cze mniej­sze czę­ści, aż któ­rejś nocy powiał naprawdę silny, burzowy wiatr, tak pory­wi­sty, że dok­tor Ali­man­tando całą noc kulił się i dygo­tał w śpi­wo­rze na swoim zaim­pro­wi­zo­wa­nym posła­niu. Z rana kości mar­twej maszyny znik­nęły pod pia­skiem niczym sta­ro­żytne mia­sto.

Dzięki jej śmierci dok­tor Ali­man­tando prze­mie­nił ocze­ku­jącą oazę w praw­dziwą, wygodną, stech­no­lo­gi­zo­waną pustel­nię, pry­watny świat nie­znany nawet tym, któ­rzy ten świat zbu­do­wali, miej­sce, gdzie można pro­wa­dzić dłu­gie i dogłębne roz­my­śla­nia o prze­zna­cze­niu i gęsto­ści, cza­sie, prze­strzeni i sen­sie życia. Wszystko to robił dok­tor Ali­man­tando, a z braku papieru zapi­sy­wał swe spe­ku­la­cje węglem na ścia­nach jaskiń. Przez rok i dzień pokry­wał je wyra­że­niami alge­bra­icz­nymi i twier­dze­niami w logice sym­bo­licz­nej, a potem pew­nego popo­łu­dnia dostrzegł na zachod­nim hory­zon­cie słup pary z loko­mo­tywy i wie­dział, że zisz­cza się obiet­nica orfa, i to całe sie­dem mie­sięcy wcze­śniej. Odcze­kał, aż pociąg zbliży się na tyle, by móc odczy­tać nazwę Koleje Beth­le­hem Ares, po czym wszedł do naj­wyż­szego pomiesz­cze­nia swego domu, swo­jego pokoju meteo i usiadł, patrząc na wielką pusty­nię, póki pociąg nie znik­nął za wschod­nim hory­zon­tem. Uświa­do­mił sobie, że prze­zna­cze­nie jest płyn­nym, żywym sre­brem - wie­dział ze swych badań, że idzie po róż­nych ścież­kach przez kra­iny czasu i para­dok­sów, docie­ra­jąc do celu, albo­wiem czyż nie przy­pad­kiem i ten cel okre­śla się mia­nem prze­zna­cze­nia? To było jego prze­zna­cze­nie - żyć w owoc­nej samot­no­ści na skale pośrodku pustyni. Znał gor­sze rze­czy. Zatem pew­nego ranka, zaraz po tym, jak przez jego wszech­świat prze­je­chał pierw­szy pociąg w histo­rii, wziął butelkę grosz­ko­wego wina i poszedł do pokoju meteo. Ta grota na samej górze, z czte­rema oknami wycho­dzą­cymi na cztery strony świata, fascy­no­wała go tak, że odwie­dzał ją jak naj­rza­dziej, żeby jak naj­dłu­żej pozo­stała czymś szcze­gól­nym. Długo patrzył w każ­dym z kie­run­ków. Potem nalał sobie szklankę grosz­ko­wego wina i kolejną, kolejną i kolejną, a wylaw­szy z butelki ostat­nią kro­plę, uniósł szklankę i nadał nazwę wszyst­kiemu, co widział.

- Droga Bez Zna­cze­nia - wybeł­ko­tał, dopi­ja­jąc resztkę grosz­ko­wego wina. - Będziesz Drogą Bez Zna­cze­nia.

I tak już zostało, choć, wytrzeź­wiaw­szy, dok­tor Ali­man­tando uświa­do­mił sobie, że w ogóle nie cho­dziło mu o Drogę Bez Zna­cze­nia, lecz Drogę Prze­zna­cze­nia.

Rozdział 2

2

Pan Jeri­cho pom­po­wał waj­chą dre­zyny, jadąc przez rów­niny i lasy. Pom­po­wał przez łąki i metro­po­lie. Pom­po­wał przez pola ryżowe i sady, mokra­dła i góry. A teraz przez Wielką Pusty­nię. Był cier­pliwy. Był uparty. Był małym, żyla­stym męż­czy­zną, twar­dym i ciem­nym jak wypo­le­ro­wany korzeń jakie­goś pustyn­nego drzewa, pozba­wiony wieku i nie­złomny. Będzie machał tą waj­chą choćby do krańca świata, jeśli tam zdoła się ukryć przed ludźmi, któ­rzy chcą go zabić. Zna­leźli go w Tel­pher­so­nie, zna­leźli go w Namanga Loop, zna­leźli go w Xipo­tle - a nawet on miał wcze­śniej trud­no­ści ze zna­le­zie­niem Xipo­tle. Przez pięć dni cią­gle oglą­dał się przez ramię, a szó­stego dnia nie było to już potrzebne, gdyż ubrani po miej­sku mor­dercy wysie­dli z pociągu, sku­pia­jąc na sobie wszyst­kie spoj­rze­nia, a pan Jeri­cho o tej samej godzi­nie odje­chał.

Wyjazd na Wielką Pusty­nię był despe­rac­kim ruchem, lecz panu Jeri­chowi nie zostało już nic poza despe­ra­cją i pusty­nią. Na dło­niach miał bąble od macha­nia waj­chą, koń­czyła mu się woda, ale wciąż pom­po­wał i pom­po­wał, i pom­po­wał, jadąc tą absur­dalną ręczną dre­zyną przez nie­koń­czące się kilo­me­try kamie­nia i roz­ża­rzo­nego czer­wo­nego pia­sku. Nie uśmie­chało mu się umie­ra­nie wśród kamieni i roz­ża­rzo­nego czer­wo­nego pia­sku. Taka śmierć nie przy­stoi pater­no­strowi Czci­god­nych Rodów. Tak twier­dził Jim Jeri­cho. Tak twier­dziła zbio­rowa mądrość Czci­god­nych Przod­ków, prze­wa­la­ją­cych się w chi­pie lim­bu­so­wym wsz­cze­pio­nym do jego pod­wzgó­rza. Może i strzałka asa­syna byłaby od tego lep­sza. A może nie. Pan Jeri­cho po raz kolejny chwy­cił za waj­chę i powoli, z bólem, wpra­wił dre­zynę w ruch.

Był naj­młod­szym pater­no­strem, który awan­so­wał do Czci­god­nych Rodów i aby prze­trwać pierw­sze kilka mie­sięcy na tym sta­no­wi­sku, potrze­bo­wał całej zaku­mu­lo­wa­nej wie­dzy ante­na­tów, w tym swego nie­od­ża­ło­wa­nej pamięci bez­po­śred­niego poprzed­nika, pater­no­stra Wil­lema. To wła­śnie Czci­godni Przod­ko­wie pod­su­nęli mu wyjazd z Metro­po­lis do Nowego Świata.

"Roz­wi­ja­jąca się gospo­darka", mówili, "tysiąc i jeden nisz eko­no­micz­nych do wyko­rzy­sty­wa­nia". Wyko­rzy­stał je, i to jak, Czci­godne Rody bowiem spe­cja­li­zo­wały się wła­śnie w wyko­rzy­sty­wa­niu - w zbrodni, występku, szan­tażu, korup­cji, nar­ko­ty­kach, hazar­dzie, oszu­stwach kom­pu­te­ro­wych, han­dlu żywym towa­rem, czyli tysiącu i jed­nej nisz eko­no­micz­nych. Pan Jeri­cho nie był pierw­szy, za to był naj­lep­szy. To prawda, zuchwa­łość jego prze­stęp­czych poczy­nań zaparła publicz­no­ści dech, budząc wes­tchnie­nia obu­rze­nia i podziwu, ale także zmu­siła kon­ku­ren­tów, by zapo­mnieli o swych drob­nych waśniach i zjed­no­czyli się prze­ciwko jemu i jego Rodzi­nie. Kiedy zosta­nie przy­wró­cony pokój, wrócą sobie do swo­ich bra­to­bój­czych walk.

Przy­sta­nął, by otrzeć z czoła słony pot. Nawet mimo pomocy Dys­cy­plin Daman­tyń­skich był u kresu sił. Zamknął oczy na rażący blask słońca i pia­sku, sku­pił się, sta­ra­jąc się przy­mu­sić nad­ner­cza do wydzie­le­nia fali nora­dre­na­liny, która popę­dzi go dalej. Głosy Czci­god­nych Przod­ków jazgo­tały mu w gło­wie jak wrony w kate­drze - dobre rady, słowa zachęty, słowa poucze­nia, słowa upo­mnie­nia.

- Cicho być! - wrza­snął w jonowo-błę­kitne niebo.

I uci­chło.

Wzmoc­niony tym suk­ce­sem ponow­nie chwy­cił za dźwi­gnię. Dźwi­gnia w dół. Dźwi­gnia w górę. Dre­zyna skrzyp­nęła i ruszyła. Dźwi­gnia w dół. Dźwi­gnia w górę. Kiedy poszła w górę, panu Jeri­chowi mignęło na hory­zon­cie coś zie­lo­nego. Zamru­gał, otarł oczy z gry­zą­cego potu, przyj­rzał się dokład­niej. Coś zie­lo­nego. Plama koloru dopeł­nia­ją­cego na czer­wieni. Zdy­scy­pli­no­wał wzrok, jak go uczył pater­no­ster Augu­stine, sku­pia­jąc się na gra­ni­cach mię­dzy kolo­rami, gdzie róż­nice stają się wyraź­niej­sze. Z taką pomocą zdo­łał roz­róż­nić drobne punk­ciki świa­tła - słońce odbi­ja­jące się od paneli sło­necz­nych, zawy­ro­ko­wała zbio­rowa mądrość Czci­god­nych Przod­ków. Zie­lone na czer­wo­nym i panele sło­neczne. Osada. Z nowym wigo­rem wziął dźwi­gnię w dło­nie.

Pod sto­pami miał dwie rze­czy. Jedną był jedwabny szal z dese­niem w piórka. Spo­wi­jał strzał­ko­wiec z kolbą z ludz­kiej kości, tra­dy­cyjną hono­rową broń wśród Czci­god­nych Rodów. Drugą była zwod­ni­czo nie­wielka skó­rzana torba, zwana nie­gdyś sakwo­ja­żem Glad­stone. Mie­ściła trzy i ćwierć miliona nowych dola­rów w bank­no­tach Zjed­no­czo­nego Banku Prze­si­le­nia o wyso­kich nomi­na­łach. Te dwa przed­mioty, plus ubra­nie na grzbie­cie i buty na sto­pach, to było wszystko, co pan Jeri­cho zdo­łał zabrać ze sobą w Wigi­lię Znisz­cze­nia.

Jego wro­go­wie ude­rzyli wszy­scy jed­no­cze­śnie i wszę­dzie. I pan Jeri­cho, choć jego impe­rium waliło się pośród orgii zama­chów bom­bo­wych, pod­pa­leń i zabójstw, przy­sta­nął na chwilę, by podzi­wiać spraw­ność swych prze­ciw­ni­ków. Tak naka­zy­wała droga honoru. Nie­stety nie doce­nił ich, nie byli kmiot­kami i drob­nymi zaścian­ko­wymi wataż­kami, za któ­rych ich błęd­nie wziął. Następ­nym razem będzie wie­dział. A z kolei oni nie doce­nili Jame­sona Jeri­cha, skoro pomy­śleli, że się podda. Jego ludzie giną wokół niego - bar­dzo dobrze, zatem będzie pra­co­wał sam. Odpa­lił swój awa­ryjny plan ucieczki. W ułamku chwili, zanim pro­gramy wiru­sowe roz­pu­ściły jego sieć danych na biał­kową zupę, Jame­son Jeri­cho zyskał nową toż­sa­mość. W ułamku ułamka ułamka sekundy, zanim rzą­dowe pro­gramy audy­tor­skie prze­biły się do jego macie­rzy kre­dy­to­wych, prze­lał sie­dem milio­nów dola­rów na konta depo­zy­towe firmy-wydmuszki w oddzia­łach ban­ków w pięć­dzie­się­ciu małych mia­stecz­kach roz­rzu­co­nych po całej pół­noc­nej pół­kuli pla­nety. Póki pater­no­stro­wie nie roz­pra­co­wali jego sfal­sy­fi­ko­wa­nego zgonu (słaby był ten sobo­wtór, ale pies to dra­pał) i nie wysłali za nim asa­sy­nów i pro­gra­mów śle­dzą­cych, zdą­żył sobie wypła­cić tylko to, co miał teraz w sakwo­jażu. Zosta­wił dom, dzieci, żonę, wszystko, co w życiu kochał i co w życiu stwo­rzył. I ucie­kał przez wielką pusty­nię ręczną dre­zyną ukra­dzioną kole­jom Beth­le­hem Ares, szu­ka­jąc ostat­niego miej­sca na świe­cie, w któ­rym mogliby go szu­kać.

Kiedy dotarł do osady, zapa­dał wie­czór. Nie była impo­nu­jąca, nie dla kogoś przy­zwy­cza­jo­nego do impo­nu­ją­cych archi­tek­to­nicz­nych cudów przed­wiecz­nych miast Wiel­kiej Doliny, kogoś, kto dora­stał w Metro­po­lis, mie­ście-pier­ście­niu, naj­po­tęż­niej­szym z miast. Tu był jeden dom, byle jaka buda z suszo­nej cegły, oparta o wypu­kłość usia­nej okien­kami czer­wo­nej skały, jeden maszt z prze­kaź­ni­kiem mikro­fa­lo­wym, parę kolek­to­rów sło­necz­nych i pomp wia­tro­wych oraz spory, nieco zapusz­czony zie­lony ogród. Pana Jeri­cha urze­kło jed­nak samo odosob­nie­nie tego miej­sca. Tu nikt go nie będzie szu­kał. Zszedł ze skrzy­pią­cej dre­zyny, żeby zamo­czyć odci­ski w beczce na wodę obok domu. Namo­czył czer­woną chu­s­teczkę i zwil­żył cie­płą wodą kark, jed­no­cze­śnie w myślach kata­lo­gu­jąc uprawy. Kuku­ry­dza, fasola, matoke, cebula, mar­chew, ziem­niaki i bataty; jamy, szpi­nak, roz­ma­ite zioła. Czer­wo­nawa woda ciur­kała kanał­kami iry­ga­cyj­nymi pomię­dzy zago­nami.

- Powinno się świet­nie nadać - powie­dział do sie­bie pan Jeri­cho.

Czci­godni Przod­ko­wie zgo­dzili się. Ze szczytu masztu mikro­fa­lo­wego zaskrze­czał pustynny jastrząb.

- Halo?! - krzyk­nął na całe gar­dło pan Jeri­cho. - Haaaaaalo... - Nie było echa. Nie miało od czego się odbić, nie licząc czer­wo­nych wzgórz na połu­dnio­wym hory­zon­cie. - Halo­ooooo....

Po dłuż­szym cza­sie z niskiej gli­nia­nej budy wyło­niła się postać - wysoki, chudy facet, bar­dzo brą­zowy, jak wypra­wiona skóra. Miał dłu­gie, pod­krę­cone wąsy.

- Jestem Jeri­cho - powie­dział pan Jeri­cho, śpie­sząc się, by zyskać prze­wagę.

- Ali­man­tando - powie­dział wysoki, chudy pan skó­rzany. Patrzył powąt­pie­wa­jąco. - Dok­tor.

Obaj ukło­nili się sobie, dość sztywno, dość nie­pew­nie.

- Miło mi pana poznać - powie­dział pan Jeri­cho. Ali­man­tando - to było nazwi­sko z Deu­te­ro­no­mium, a ci ludzie z Deu­te­ro­no­mium są draż­liwi. Uwa­żają się za pierw­szych osad­ni­ków i mają skłon­ność do myśle­nia, że cała pla­neta należy do nich, więc słabo tole­rują nowych. - Pro­szę posłu­chać, ja jestem tylko prze­jaz­dem, ale potrze­buję schro­nie­nia na noc - tro­chę wody, tro­chę jedze­nia, dachu nad głową. Może mi pan pomóc?

Dok­tor Ali­man­tando zlu­stro­wał nie­pro­szo­nego gościa. Wzru­szył ramio­nami.

- Pan posłu­cha. Jestem bar­dzo zajęty. Pro­wa­dzę bar­dzo ważne bada­nia i wolał­bym, żeby nikt nie zakłó­cał mi spo­koju umy­słu.

- A co pan dokład­nie bada?

- Kom­pi­luję kom­pen­dium teo­rii chro­no­dy­na­micz­nych.

Tu Czci­godni Przod­ko­wie wynu­rzyli na powierzch­nię umy­słu pana Jeri­cha sto­sowną odpo­wiedź.

- Aha, czyli coś w stylu postu­la­tów syn­chro­nicz­no­ści Webe­nera i potrój­nego para­doksu Chena Tsu?

W podejrz­li­wym spoj­rze­niu dok­tora Ali­man­tanda poja­wiła się iskierka sza­cunku.

- Długo pan chce zostać?

- Tylko na jedną noc.

- Na pewno?

- Na pewno. Tylko prze­jaz­dem. Na jedną noc.

I pan Jeri­cho został tylko na jedną noc, ale trwała ona dwa­na­ście lat.

Rozdział 3

3

Burza była już bli­sko i szy­nowy szku­ner ucie­kał przed nią pod peł­nymi żaglami, wal­cząc o każdy kilo­metr prze­wagi nad skłę­bioną brą­zową chmurą pyłu. Pędził tak od trzech dni, od poranka, kiedy dzia­dek Haran zwró­cił swe lewe oko, to pogo­dowe, na zachodni hory­zont i zauwa­żył pod nie­bem brud­no­ochrową kre­skę.

- Idzie paskudna pogoda - powie­dział i paskudna pogoda przy­szła i cały czas się zbli­żała, a teraz była tak bli­sko, że nawet Rael Man­della, posia­da­jący prze­klęty dar prag­ma­ty­zmu, uświa­do­mił sobie, że przed nią nie uciek­nie i że jedyna nadzieja jego rodziny to zna­leźć jakieś schro­nie­nie, zanim pochłoną ich kłęby pyłu.

- Szyb­ciej! Szyb­ciej! - krzy­czał, a dzia­dek Haran i piękna, kochana mistyczna żona Eva Man­della, w zaawan­so­wa­nej ciąży, sta­wiali wszyst­kie żagle co do ostat­niej chu­s­teczki, aż szku­ner szy­nowy zaczy­nał buczeć i pisz­czeć, sunąc po pro­stym sta­lo­wym torze. Drzewca trzesz­czały, liny skrzy­piały i dźwię­czały jak struny, cały pojazd koły­sał się i prze­chy­lał. W przy­cze­pie, którą cią­gnął, beczały zalęk­nione kozy i lamy, a świ­nie dra­pały o pręty kla­tek. A za nią kłęby brą­zo­wego pyłu prze­le­wały się po ziemi jak coraz bliż­szy pościg.

Rael Man­della znów zaczął się samo­bi­czo­wać za pochopną decy­zję zabra­nia ojca, żony i nie­na­ro­dzo­nego dziecka w podróż przez Wielką Pusty­nię. Cztery dni temu na rów­ni­nach Mur­che­son wybór był pro­sty. Prze­rzu­ce­nie zwrot­nicy w jedną stronę wysyła rodzinę na zasie­dlone tereny Deu­te­ro­no­mium i Wiel­kiego Oxusa, w drugą stronę - przez Wielką Pusty­nię w puste rejony pół­noc­nego Argyre i Trans­po­la­ris. Wtedy się nie zawa­hał. Miło było myśleć o sobie jako o odważ­nym pio­nie­rze wyty­cza­ją­cym nowe szlaki, budu­ją­cym tymi rękami wła­sny los. Był wtedy dumny. I to była kara za to. Mapy były nie­ubła­gane, geo­deci ROTECH-u nie zazna­czyli żad­nej osady na odcinku tysiąca kilo­me­trów wzdłuż tej linii.

Poryw wia­tru chwy­cił grot i roz­darł go w poło­wie. Rael Man­della gapił się oszo­ło­miony na łopo­czące szmaty. Potem dał roz­kaz zwrotu ostro na wiatr. Nie zdą­żył - w tym samym momen­cie trzy kolejne żagle roz­darły się z trza­skiem przy­wo­dzą­cym na myśl strzał z pisto­letu. Szku­ner zady­go­tał i stra­cił część pędu. Wtedy Eva Man­della pod­nio­sła się chwiej­nie, chwy­ciw­szy się gwiż­dżą­cej wanty. Brzuch jej falo­wał, poród był bli­ski; z noz­drzami roz­sze­rzo­nymi jak u spło­szo­nego jele­nia wpa­try­wała się w dal.

- Tam coś jest - powie­działa gło­sem giną­cym w wyciu wia­tru i lin. - Wyczu­wam to, rośnie tam coś zie­lo­nego. Haran, ty masz oko, co widzisz?

Dzia­dek Haran zwró­cił swe pogo­dowe oko wzdłuż ide­al­nie pro­stej geo­me­trycz­nej linii i wśród zwia­stu­ją­cego burzę wiru­ją­cego pyłu i mgły zoba­czył to, co poczuła Eva Man­della - plamkę zie­lo­nej roślin­no­ści i coś wię­cej - wysoki meta­lowy maszt i parę rom­bo­wa­tych paneli sło­necz­nych.

- Osada! - zawo­łał. - Osada! Jeste­śmy ura­to­wani.

- Wię­cej żagla! - zary­czał Rael Man­della, a strzępy grota powie­wały mu wokół uszu. - Wię­cej żagla!

Dzia­dek Haran poświę­cił zabyt­kowy rodowy sztan­dar z naj­przed­niej­szego jedwa­biu z Nowego Merio­nedd, który zamie­rzał z dumą wywie­sić w kró­le­stwie syna, w kra­inie za pusty­nią, Eva Man­della swoją kre­mową organ­dy­nową suk­nię ślubną i ele­ganc­kie halki. Rael Man­della odża­ło­wał sześć arku­szy nie­za­stą­pio­nej folii solar­nej i razem wcią­gnęli to wszystko na maszt. Wiatr pochwy­cił szy­nowy szku­ner, który zatrząsł się, lekko pod­sko­czył i wyglą­da­jąc bar­dziej na obwoźne wesołe mia­steczko porwane przez trąbę wodną niż na pio­nie­rów szu­ka­ją­cych nowych ziem, podróż­ni­cza rodzina Man­del­lów poto­czyła się po torach ku schro­nie­niu.

Dok­tor Ali­man­tando i pan Jeri­cho zoba­czyli szku­ner z daleka, plą­ta­ninę wie­lo­barw­nych szmat ucie­ka­jącą przed fron­tem burzy. Wyszli, nara­ża­jąc się na pierw­sze podmu­chy, porywy i pyłowe wiry, żeby poskła­dać deli­katne płatki paneli sło­necz­nych w cia­sne pączki oraz scho­wać pie­rza­ste czułki i tale­rzowe anteny do wieży prze­kaź­ni­ko­wej. Kiedy pra­co­wali, z dłońmi i gło­wami owi­nię­tymi gru­bymi tur­ba­nami, wiatr wzmógł się do zagłu­sza­ją­cego krzyki wycia i wypeł­nił powie­trze lata­ją­cymi pia­sko­wymi igłami. Szku­ner gwał­tow­nie zaha­mo­wał, pisz­cząc, jęcząc i sypiąc iskrami, a dr Ali­man­tando i pan Jeri­cho pobie­gli pomóc w roz­ła­dunku. Pra­co­wali w mil­czą­cej, bez­in­te­re­sow­nej syn­chro­ni­za­cji ludzi, któ­rzy od dłu­giego czasu znają tylko sie­bie nawza­jem. Evie Man­delli ich nie­stru­dzone, mecha­niczne dźwi­ga­nie i nosze­nie wydało się dość prze­ra­ża­jące - żywina, roślina, maszyna, narzę­dzia, mate­riały, tka­niny, arty­kuły gospo­dar­stwa domo­wego, gwoź­dzie, śruby, farby, pod­nieś, prze­nieś, pod­nieś, prze­nieś, a wszystko to bez słów.

- Gdzie mogą się scho­wać?! - wrza­snął Rael Man­della.

Dok­tor Ali­man­tando kiw­nął owi­nię­tym tka­niną pal­cem i zapro­wa­dził ich do cie­płej, suchej groty.

- Ta dla was, ta przy­le­gła na wasze sprzęty.

Sie­dem­na­ście po sie­dem­na­stej burza pyłowa ude­rzyła. W tej samej chwili Eva Man­della zaczęła rodzić. Gdy wia­try, które mogły obrać ludz­kie kości z mięsa, unio­sły w stra­tos­ferę jej suk­nię ślubną, halki, rodowy sztan­dar i sześć arku­szy dro­go­cen­nych folii solar­nych, ona parła, parła, jęczała, dyszała i sapała, i parła, parła, w cie­płej, suchej gro­cie, przy świe­tle łojo­wych świec; parła i parła, i parła, i parła, aż wyparła na świat parę kwi­lą­cych nowo­rod­ków. Ich pierw­sze krzyki roz­to­piły się w gło­śniej­szym lamen­cie burzy. Odro­bina czer­wo­nego pia­sku prze­są­czyła się do wlotu jaskini. W żół­tym, migo­tli­wym świe­tle świec Rael Man­della uniósł syna i córkę.

- Limaal - powie­dział do dziecka na pra­wej dłoni. - Taasmin - powie­dział do dziecka na lewej i czy­niąc to, prze­ka­zał im swą klą­twę, tak że jego pra­wo­ręczny racjo­na­lizm prze­szedł na syna, a lewo­ręczny misty­cyzm żony na córkę.

Byli pierw­szymi rodo­wi­tymi miesz­kań­cami Drogi Bez Zna­cze­nia, a ich oby­wa­tel­stwo prze­szło także na rodzi­ców i dziadka - nie mogli bowiem wyru­szyć na pusty­nię, mając pod opieką nie­mow­lęta. Zostali więc na zawsze i ni­gdy nie odkryli ziem za górami, któ­rych od tego czasu szu­kają wszy­scy Man­del­lo­wie, wie­dząc, że Droga Bez Zna­cze­nia jest zawsze o jeden krok od raju, a to im nie wystar­cza.

Rozdział 4

4

Rajan­dra Das miesz­kał w dole pod pero­nem 19 dworca Połu­dnik Główny. Współ­dzie­lił go z masą innych ludzi, a takich dołów pod dwor­cem była cała masa, więc i ludzi była cała masa. Okre­ślali sie­bie mia­nem wol­nych dżen­tel­me­nów, kone­se­rów wol­no­ści, uczo­nych z Uni­ver­suum Życia, Duchów Bez­tro­ski. Zarządcy kolei nato­miast okre­ślali ich mia­nem rynsz­to­ko­wych szczu­rów, meneli, żebra­ków, zło­dzie­jasz­ków, gun­dów i żuli. Pasa­że­ro­wie nazy­wali ich bie­da­kami, nie­szczę­śni­kami, upa­dłymi duszami i ludźmi, któ­rym powi­nęła się noga, dla­tego otwie­rali przed nimi swe port­fele, kiedy przy­sia­dali na scho­dach dworca, wycią­ga­jąc rękę po deszcz cen­tawo i patrząc mlecz­no­bia­łymi, śle­pymi oczyma, które zawdzię­czali spe­cjal­nym kata­rak­to­wym soczew­kom kon­tak­to­wym pro­du­ko­wa­nym przez Firmę Optyczną Gwiazda Zaranna na East Bread Street. Jed­nakże Rajan­dra Das nie musiał się zni­żać do hoj­no­ści podróż­nych z Połu­dnika Głów­nego. Egzy­sto­wał wyłącz­nie w pod­ziem­nym spo­łe­czeń­stwie dworca i żył z tego, co żebracy mogli zapła­cić za jego usługi. Cie­szył się pewną dozą sza­cunku (choć to sporna kwe­stia, co ozna­cza sza­cu­nek w kró­le­stwie włó­czę­gów), bo miał talent.

Rajan­dra Das miał dar zacza­ro­wy­wa­nia maszyn. Nie było na świe­cie nic mecha­nicz­nego, elek­trycz­nego, elek­tro­nicz­nego czy sub­mo­le­ku­lar­nego, co nie chcia­łoby z nim współ­pra­co­wać. Kochał te maszyny, uwiel­biał je roz­mon­to­wy­wać, maj­stro­wać przy nich, skła­dać je z powro­tem, tak że były lep­sze niż wcze­śniej, a maszyny uwiel­biały dotyk jego dłu­gich, zręcz­nych pal­ców, głasz­czą­cych je po wnętrz­no­ściach i regu­lu­ją­cych ich wraż­liwe narządy. Maszyny dla niego śpie­wały, dla niego mru­czały, dla niego zro­bi­łyby wszystko. Maszyny kochały go do sza­leń­stwa. Gdy tylko w dołach pod pero­nami Połu­dnika coś prze­sta­wało dzia­łać, od razu zabie­rano to do Rajan­dry Dasa, który chrzą­kał, mru­czał i gła­dził swoją schludną brą­zową bródkę. Potem wycią­gał z licz­nych kie­szeni kurtki śru­bo­kręty, roz­bie­rał urzą­dze­nie. Po pię­ciu minu­tach było napra­wione i dzia­łało lepiej niż przed­tem. Umiał wycią­gnąć dwa lata funk­cjo­no­wa­nia z żaró­wek obli­czo­nych na cztery mie­siące. Potra­fił nastroić radia tak dokład­nie, że odbie­rały kosmiczne poga­wędki habi­ta­tów ROTECH-u na wyso­kich orbi­tach. Był w sta­nie prze­ro­bić pro­tezy rąk i nóg (któ­rych pod Dwor­cem Głów­nym nie bra­ko­wało), tak że były spraw­niej­sze i sil­niej­sze od zastę­po­wa­nych przez nie czę­ści ciała.

Takie zdol­no­ści nie uszły uwagi władz kole­jo­wych i przy spo­ra­dycz­nych pro­ble­mach, kiedy przed­fu­zyjny per­ko­la­tor po pro­stu nie chciał sta­bil­nie osia­dać albo talio­wana butla numer 3 upar­cie zacho­wy­wała się tak, że inży­nie­ro­wie w furii ciskali elek­tro­ma­gne­tycz­nymi klu­czami induk­cyj­nymi o zie­mię, od razu posy­łano naj­młod­szego sta­żem prak­ty­kanta w labi­rynt cuch­ną­cych odcho­dami kory­ta­rzy i tuneli, żeby spro­wa­dził Rajan­drę Dasa. A Rajan­dra Das prze­ma­wiał butli do rozumu, regu­lo­wał uszko­dzony per­ko­la­tor i wszystko znów cho­dziło jak w zegarku, albo i lepiej.

Tak więc Rajan­dra Das żył sobie jak pączek w maśle, mając immu­ni­tet na okre­sowe poli­cyjne czystki w tune­lach, sza­no­wany, lubiany i zasobny. Wtem pew­nego dnia Rajan­dra Das wygrał na Wiel­kiej Lote­rii Kole­jo­wej.

Lote­ria była bar­dzo cwa­nym kawał­kiem inży­nie­rii spo­łecz­nej, wymy­ślo­nym przez legen­dar­nego włó­częgę zna­nego tylko jako Stary Mędrzec, i dzia­łała tak oto: co mie­siąc nazwi­ska wszyst­kich pod­ziem­nia­ków spod dworca lądo­wały w wiel­kim bęb­nie. Loso­wano jedno i zwy­cięzca mógł jesz­cze tego samego wie­czoru opu­ścić dwo­rzec dowol­nie wybra­nym pocią­giem. Albo­wiem Stary Mędrzec uświa­da­miał sobie, jaką pułapką jest dwo­rzec Połu­dnik Główny - wygodną, suchą, cie­płą norą, zapra­sza­jącą do doży­wot­niego żebrac­twa i samo­umar­twie­nia. Pozba­wia­jącą każ­dego czło­wieka całego jego poten­cjału. Jak wię­zie­nie o łagod­nym rygo­rze. A ponie­waż był Stary (według legendy stary jak świat) i był Mędr­cem, dodał do swej gry dwie rzą­dzące nią reguły. Pierw­sza: w lote­rii musi brać udział każde nazwi­sko, bez wyjątku. Druga: zwy­cięzcy nie wolno nie przy­jąć nagrody.

I nagle maszynka losu­jąca w małym poko­iku obwie­szo­nym pocz­tów­kami od poprzed­nich zwy­cięz­ców zawar­czała, zawi­ro­wała i wypluła nazwi­sko Rajan­dry Dasa. Mógł to być czy­sty traf. Ale mogła to też być pro­sta chęć pod­li­za­nia mu się ze strony maszynki losu­ją­cej. W każ­dym razie Rajan­dra Das wygrał, a kiedy pako­wał swój skąpy doby­tek do płó­cien­nej torby, wieść roze­szła się po dworcu, tak pod zie­mią, jak i nad zie­mią, od bocz­nicy towa­ro­wej Este­ha­zie Ave­nue po gabi­net pana Popu­le­scu, naczel­nika sta­cji: "Rajan­dra Das wygrał na lote­rii... sły­sze­li­ście? Rajan­dra Das wygrał na lote­rii... i dziś wyjeż­dża... naprawdę? Tak, bo wygrał na lote­rii". Zatem kiedy Rajan­dra Das kucał we wnęce inspek­cyj­nej przy torze 2, cze­ka­jąc, aż zmieni się świa­tło na sema­fo­rze, wzdłuż toru stała ponad setka ludzi, któ­rzy przy­szli go poże­gnać.

- Dokąd jedziesz? - zapy­tał Djong Pot Huahn, współ­lo­ka­tor z nory i wierny żywi­ciel.

- Nie wiem. W końcu pew­nie do Mądro­ści, tak myślę. Zawsze chcia­łem zoba­czyć Mądrość.

- Ale to jest dokład­nie po prze­ciw­nej stro­nie świata.

- Tym bar­dziej warto tam dotrzeć.

Wtem świa­tło zmie­niło się na zie­lone i z głębi toru w jasnym świe­tle Połu­dnika Głów­nego dobie­gło sapa­nie, dysze­nie i świ­sta­nie grza­nej ter­mo­ją­drowo pary. Spo­mię­dzy świa­teł i obło­ków pary wyło­nił się pociąg, pół­tora tysiąca ton szczę­ka­ją­cej i tur­ko­czą­cej stali Beth­le­hem Ares. Wagony towa­rowe prze­to­czyły się ocię­żale obok kry­jówki Rajan­dry Dasa, powolne i cięż­kie. Odli­czył dwa­na­ście, swój szczę­śliwy numer, i ruszył. Kiedy biegł pomię­dzy pocią­giem a sze­re­giem żegna­ją­cych ludzi, dło­nie wycią­gały się, by pokle­pać go po ple­cach, a usta wykrzy­ki­wały słowa zachęty. Rajan­dra Das, bie­gnąc, uśmie­chał się i machał do nich. Pociąg powoli nabie­rał szyb­ko­ści. Rajan­dra Das wybrał swój wagon i wsko­czył na sprzęg. Z ciem­no­ści wciąż dobie­gały okrzyki, owa­cje i okla­ski. Prze­su­nął się na bok wagonu i spraw­dził drzwi. Nie były zamknięte, jego czar go nie zawiódł. Prze­su­nął je i wto­czył się do środka. Uło­żył się wygod­nie na ster­cie skrzy­nek z mango. Pociąg potur­ko­tał w noc. W nie­spo­koj­nym, pło­chli­wym śnie Rajan­drze wyda­wało się, że sta­wał na długo na ano­ni­mo­wych krzy­żów­kach, by prze­pu­ścić jaśniej­sze i szyb­sze pociągi. O świ­cie obu­dził się i zjadł mango na śnia­da­nie. Odsu­nął drzwi i usiadł, zwie­sza­jąc nogi nad tory, patrząc, jak nad ogromną czer­woną pusty­nią wstaje słońce, jedząc pla­sterki mango pokro­jo­nego woj­sko­wym scy­zo­ry­kiem o wielu ostrzach, ukra­dzio­nym ze sklepu Narzę­dzia Spe­cja­li­styczne Kri­sh­na­murti na Water Street. A skoro nie było na co patrzeć oprócz połaci czer­wo­nej pustyni, poszedł z powro­tem spać i śniły mu się wieże Mądro­ści poły­sku­jące w świe­tle słońca wscho­dzą­cego nad Syr­tis Major.

Dwa­na­ście po dwu­na­stej obu­dziła go drobna eks­plo­zja u pod­stawy krę­go­słupa. Gwiazdy sta­nęły mu przed oczyma, jęk­nął, z tru­dem nabrał powie­trza, sap­nął, stęk­nął. Nastą­piła kolejna eks­plo­zja i kolejna. Zdo­łał obu­dzić się na tyle, żeby zro­zu­mieć, że to są kop­niaki w nerki. Bez tchu, nie mógł nawet zawyć, prze­to­czył się więc i spo­cona, zła twarz owio­nęła go par­szy­wymi wyzie­wami.

- Par­szywy leniwy prze­klęty żul-dar­mo­zjad, co jeź­dzi na gapę - burk­nęła spo­cona twarz. Stopa cof­nęła się do kolej­nego kop­niaka.

- Nie nie nie nie nie nie nie nie nie kop - wyję­czał Rajan­dra Das, znaj­du­jąc w płu­cach jakąś rezerwę powie­trza, żeby bła­gać, uno­sząc dło­nie w próż­nej proś­bie.

- Par­szywy leniwy prze­klęty żul-dar­mo­zjad, co jeź­dzi na gapę - powtó­rzył Paskudny Oddech dla pod­kre­śle­nia i kop­nął go w pierś. Dłoń chwy­ciła go za zno­szoną kurtkę i unio­sła.

- Wysiadka - powie­działa twarz, cią­gnąc Rajan­drę Dasa ku otwar­tym drzwiom. Pod kołami pędziła czer­wona pusty­nia.

- Nie nie nie nie nie - bła­gał Rajan­dra Das. - Nie na pustyni. To mor­der­stwo!

- A co mnie to? - wark­nęła spo­cona twarz, choć musiało to podraż­nić jakieś resztki przy­zwo­ito­ści nie­tknięte przez pracę w Beth­le­hem Ares, usa­dził go bowiem z powro­tem na ster­cie skrzy­nek i sam usiadł, żeby go pil­no­wać, postu­ku­jąc się pałką po udzie. - Następ­nym razem, jak choćby tro­chę zwol­nimy, wypad z pociągu.

Rajan­dra Das nic nie powie­dział. Czuł, że siniaki na ple­cach robią się fio­le­towe.

Po pół­go­dzi­nie wago­nem szarp­nęło. Rajan­dra Das poznał po uci­sku na fio­le­towe siniaki, że pociąg zwal­nia.

- Gdzie jeste­śmy? W jakimś cywi­li­zo­wa­nym miej­scu?

Ochro­niarz uśmiech­nął się, poka­zu­jąc szpa­ler psu­ją­cych się zębów. Pociąg zwol­nił i ze zgrzy­tem hamul­ców zaha­mo­wał. Ochro­niarz roz­su­nął drzwi, wpusz­cza­jąc do środka jaskrawe świa­tło.

- Ej, ej, ej, co to ma być? - powie­dział Rajan­dra Das, mru­ga­jąc.

Nagle stwier­dził, że leży na twar­dej ziemi, znów pozba­wiony tchu. Płó­cienna torba wal­nęła go bole­śnie w pierś. Gwizd­nęły gwizdki, zasy­czała para, szarp­nęły się tłoki. Po jego twa­rzy pocie­kła strużka gorą­cej cie­czy. Krew! - pomy­ślał, potem zamru­gał, splu­nął, usiadł. Straż­nik skoń­czył na niego sikać i roze­śmiał się tubal­nie, cho­wa­jąc kro­sto­wa­tego członka do śmier­dzą­cych spodni. Pociąg ryk­nął syreną i ruszył.

- Sukin­syny - powie­dział Rajan­dra Das, kie­ru­jąc to słowo ogól­nie do spółki kole­jo­wej.

Otarł twarz ręka­wem. Mocz utwo­rzył na pia­sku ciemną czer­woną plamę. Rów­nie dobrze mogła to być krew. Rozej­rzał się, lustru­jąc oko­licę. Niskie domy z suszo­nej cegły, jedna czy dwie pobie­lone ściany, tro­chę zie­leni, parę drzew, parę pomp z wia­tra­kiem, kilka dużych, rom­bo­wych paneli sło­necz­nych i przy­sa­dzi­sta wieża z prze­kaź­ni­kiem mikro­fa­lo­wym na szczy­cie góry gła­zów, które wyglą­dały, jakby ktoś w nich miesz­kał.

- Ujdzie - powie­dział Rajan­dra Das, ulu­bie­niec lote­rii, pocią­gów i wago­nów towa­ro­wych, ale nie ochro­nia­rzy, a już szcze­gól­nie nie ochrony Spółki Kole­jo­wej Beth­le­hem Ares.

Zbli­żały się do niego jakieś posta­cie, nie­wy­raźne przez roz­fa­lo­wane od połu­dnio­wego upału powie­trze. Rajan­dra Das pozbie­rał się i wyszedł na spo­tka­nie swoim nowym gospo­da­rzom.

- Cześć - powie­dział. - Pocz­tó­wek z wido­kami stąd to pew­nie nie macie, co?

Rozdział 5

5

Babuszka nie lubiła pocią­gów. Ich roz­miary budziły w niej lęk. Przy­tła­czał ją ich cię­żar. Prze­ra­żała szyb­kość, a odgłos kół przy­wo­dził na myśl nad­cho­dzącą apo­ka­lipsę. Bała się pary i jej stru­mieni pod ciśnie­niem, bała się tego, że ich ter­mo­ją­drowe toka­maki wybuchną i roz­rzucą jej luźne atomy po gór­nych war­stwach atmos­fery. Nie cier­piała pocią­gów. A zwłasz­cza pocią­gów, które musiały prze­je­chać przez groźne czer­wone pusty­nie. Za to pociągi prze­waż­nie odno­siły się do Babuszki obo­jęt­nie. Nawet ten, który prze­jeż­dżał przez groźną czer­woną pusty­nię.

- Misza, kiedy wresz­cie wysią­dziemy z tej okrop­nej machiny?

Mikal Mar­go­lis, mine­ra­log i che­mik prze­my­słowy, oddany syn i młody pio­nier, odwró­cił wzrok od hip­no­tycz­nej czer­wo­nej pustyni, czy­stej, asce­tycz­nej i pięk­nej swym geo­lo­gicz­nym poten­cja­łem, i powie­dział do maleń­kiej sta­ruszki-matuszki:

- Wysią­dziemy, kiedy wysią­dziemy, a wtedy znaj­dziemy się w Raj­skiej Doli­nie, gdzie deszcz pada tylko o dru­giej w nocy, gdzie sie­jesz nasiono i musisz się odsu­nąć, żeby, rosnąc, nie ukłuło cię w pod­bró­dek, gdzie oswo­jone ptaki sia­dają ci na palcu i śpie­wają i gdzie ty, matko, i ja doro­bimy się for­tuny i doży­jemy końca naszych dni w szczę­ściu, zdro­wiu i pomyśl­no­ści.

Babuszkę ucie­szyła ta pro­sta opo­wieść o cudach. Naj­bar­dziej się jej spodo­bał kawa­łek o sia­da­ją­cych na pal­cach oswo­jo­nych pta­kach. W Nowym Cosmo­ba­dzie jedy­nymi pta­kami były hała­śliwe czarne wrony.

- Misza, ale długo jesz­cze?

- Na następ­nej sta­cji wysia­damy. Na pustyni nie ma miast, więc pociąg zatrzyma się dopiero tam. Następna sta­cja, tam prze­sia­damy się na gór­ską kolej, która zawie­zie nas do Raj­skiej Doliny.

- Och, jesz­cze prze­siadka, jak ja ich nie cier­pię. Nie lubię pocią­gów, Misza, nic a nic ich nie lubię.

- Spo­koj­nie, mateczko, spo­koj­nie. Jestem z tobą. Może mię­to­wej her­baty na uspo­ko­je­nie ner­wów?

- Tak, Misza, to by było bar­dzo miłe. Dzię­kuję.

Mikal zadzwo­nił po ste­warda, który przy­niósł mię­tową her­batę w ele­ganc­kim czaj­niczku ozdo­bio­nym czarno-zło­tym zna­kiem Spółki Kole­jo­wej Beth­le­hem Ares. Babuszka popi­jała her­batę i mię­dzy łykami uśmie­chała się do syna. Mikal Mar­go­lis odpo­wia­dał uśmie­chem i zacho­dził w głowę, co też powie matce, kiedy dojadą do Raj­skiej Doliny, rajem ona bowiem była tylko dla prze­my­sło­wego che­mika; gdzie deszcz padał o dru­giej w nocy, bo wtedy rafi­ne­rie wypusz­czały gazy odpa­dowe do atmos­fery, gdzie to ety­len w gle­bie kazał rośli­nom strze­lać w górę w jedną noc, a potem więd­nąć i umie­rać; i gdzie tok­syczne wyziewy dawno wykoń­czyły wszyst­kie ptaki, a te, co teraz sia­dają na pal­cach, to sprytne mecha­niczne pod­róbki, część pro­gramu public rela­tions Firmy.

Będzie się tym mar­twił, kiedy przyj­dzie czas. Za spo­la­ry­zo­wa­nym oknem prze­su­wała się wspa­niała czer­wona pusty­nia, iście męski kra­jo­braz, surowa kra­ina skal­nych i mine­ral­nych cudów. Wyobra­ził sobie, że jedzie po niej konno, owi­nięty pon­cho i zawo­jem, z obi­ja­jącą się o plecy skó­rzaną torbą na próbki. Kiedy pogrą­żył się w tych marze­niach, nie trzeba było długo cze­kać, by łagodne drga­nia pociągu uko­ły­sały go do snu.

Obu­dził się w pan­de­mo­nium. Nie Pan­de­mo­nium - sta­cji, na któ­rej mieli prze­siadkę do Raj­skiej Doliny, lecz w innym, znacz­nie strasz­niej­szym. Syczały zawory, metal ude­rzał ze szczę­kiem o metal, a nim ktoś potrzą­sał i wołał:

- Sir, pana matka, sir, pan się obu­dzi, pana matka, sir, sir, sir! - Sku­pił wzrok na bla­dej twa­rzy ste­warda. - Sir, pań­ska matka.

Babuszki nie było na jej miej­scu. Znik­nął też cały bagaż. Mikal Mar­go­lis sko­czył do okna i zoba­czył, jak matka sunie rado­śnie wzdłuż torów, kiwa­jąc na szczu­płego mło­dego czło­wieka z brodą, uśmiech­nię­tego pod sto­sem paczek i skrzyń.

- Mamo! - ryk­nął. - Mamo!

Babuszka unio­sła wzrok i poma­chała, maleńka, por­ce­la­nowa laleczka. Głos też miała jak laleczka.

- Misza! Chodź! Nie ma czasu, trzeba przejść na drugą sta­cję!

- Mamo! - roz­darł się Mikal Mar­go­lis. - To nie ten przy­sta­nek!

Jego słowa zgi­nęły w kłę­bach pary i grzmo­cie star­tu­ją­cych sil­ni­ków ter­mo­ją­dro­wych. Skrzy­piąc, jakby ze sta­ro­ści, pociąg zaczął się toczyć.

- Sir, sir! - wykrzyk­nął ste­ward, wyma­chu­jąc rękoma.

Mikal Mar­go­lis ode­pchnął go na puste sie­dze­nie i popę­dził do drzwi. Wysko­czył dokład­nie w chwili, gdy wagon mijał koniec zaim­pro­wi­zo­wa­nego peronu.

Babuszka pod­bie­gła wzdłuż peronu, kipiąc obu­rze­niem.

- Misza, jak ty możesz tak dener­wo­wać twoją biedną matkę! Żeby zasy­piać w pociągu, nie do pomy­śle­nia! Chodź, bo spóź­nimy się na pociąg w góry.

Bez­czelny typ-baga­żowy musiał odło­żyć walizki, tak bar­dzo się śmiał.

- Matko, a gdzie są góry?

- Za tymi budyn­kami.

- Matko, prze­cież widzisz, co jest za budyn­kami, takie są niskie. Matko, to jest nie ta sta­cja.

- Och, nie? To gdzie cię stara, biedna matka upla­so­wała?

Mikal Mar­go­lis wska­zał słowa uło­żone z ład­nych bia­łych kamycz­ków obok torów.

- Droga Bez Zna­cze­nia, matko.

- Ale to jest wła­śnie następna sta­cja?

- Mie­li­śmy wysiąść w Pan­de­mo­nium. Pociąg nie powi­nien się tu zatrzy­my­wać. Tej miej­sco­wo­ści nie powinno tu być.

- To obwi­niaj o to kolej albo to mia­steczko, ale nie twoją biedną matkę! - obu­rzyła się Babuszka i zaczęła objeż­dżać, obsztor­co­wy­wać, obga­dy­wać i ogól­nie prze­kli­nać spółkę kole­jową, ich pociągi, ich tory i sema­fory, loko­mo­tywy, maszy­ni­stów, kon­duk­to­rów i ochro­nia­rzy, i wszyst­kich choćby odro­binę zwią­za­nych ze Spółką Kole­jową Beth­le­hem Ares, aż po naj­wred­niej­szą bab­cię klo­ze­tową z trze­ciej klasy. Trwało to jakieś dwa­dzie­ścia minut.

W końcu dok­tor Ali­man­tando, nomi­nalny przy­wódca Drogi Bez Zna­cze­nia, mieszk. 7, wys. n.p.m. 1250 m, "o krok od Raju", przy­był zakoń­czyć to zamie­sza­nie, żeby móc w spo­koju wró­cić do swo­ich badań chro­no­ki­ne­tycz­nych. Zale­d­wie dzień wcze­śniej zatrud­nił Rajan­drę Dasa, złotą rączkę od wszyst­kiego, ucznia czar­no­księż­nika, mistrza wszel­kiej fuchy i sta­cyj­nego baga­żo­wego, by wypi­sał obok torów nazwę mia­steczka, pięk­nymi bia­łymi kamy­kami, żeby każdy prze­jeż­dża­jący pociąg wie­dział, że ludzie z Drogi Bez Zna­cze­nia są dumni ze swej osady. I jakby zwa­biony magicz­nym sprzę­że­niem, pociąg wio­zący Babuszkę i Mikala Mar­go­lisa wyło­nił się zza hory­zontu i się zatrzy­mał. Rajan­dra Das umiał cza­ro­wać maszyny, ale nie aż tak. Nie­mniej powo­łał cza­ro­dziej­sko na świat Babuszkę i jej syna i teraz dok­tor Ali­man­tando musiał zde­cy­do­wać, co z nimi począć. Zapro­po­no­wał im schro­nie­nie w jed­nej z cie­płych i suchych grot, któ­rymi usiane były skalne zbo­cza, do czasu, gdy posta­no­wią wyje­chać albo zbu­dują sobie trwal­sze schro­nie­nie. Babuszka zesztyw­niała z obu­rze­nia i odrzu­ciła tę pro­po­zy­cję. Nie będzie spać w brud­nej jaskini, z odcho­dami nie­to­pe­rzy na pod­ło­dze i jasz­czur­kami do towa­rzy­stwa, i nie, nie będzie współ­dzie­lić jej z synem, który jest wia­ro­łom­nym nic­po­niem i nie ma poję­cia, jak powinno się trak­to­wać wie­kową damę, którą jest jego nie­szczę­sna matka. Dok­tor Ali­man­tando słu­chał, mobi­li­zu­jąc resztki swej cier­pli­wo­ści, a potem wymu­sił na Man­del­lach, któ­rych dom był prze­wi­dziany dla licz­nej rodziny, by przy­jęli tę przy­błędę. Mikal Mar­go­lis wybrał jaski­nię. Były tam odchody nie­to­pe­rzy i były jasz­czurki, ale nie było matki, więc nie było tak źle.

W domu Man­del­lów Babuszka zna­la­zła sobie rówie­śnika w oso­bie dziadka Harana, który pod­jął ją grosz­ko­wym winem i mio­do­ustymi kom­ple­men­tami oraz popro­sił syna, by dobu­do­wał do ich i tak roz­ło­ży­stego domu dodat­kowy pokój spe­cjal­nie dla niej. Co wie­czór popi­jali wino, wspo­mi­nali czasy, kiedy oni i ten świat byli mło­dzi, i grali w słowne gry, które Babuszka uwiel­biała. Jed­nego z takich wie­czo­rów, wcze­sną jesie­nią, gdy dzia­dek Haran poło­żył słowo "bok­sy­tów" na podwój­nej pre­mii słow­nej i potrój­nej lite­ro­wej, Babuszka po raz pierw­szy zauwa­żyła jego sza­cowne siwe włosy i pro­ste jak struna ciało, wyszczer­bione zębem czasu jak chiń­ski bożek z por­ce­lany, ale silne i nie­ze­ro­do­wane. Zawie­siła wzrok na sztyw­nej jak stal bro­dzie, na pięk­nych, lśnią­cych oczach jak guziczki, po czym wydała ciche wes­tchnie­nie i się w nim zako­chała.

- Hara­nie Man­dello, jak to się mówi w Sta­rym Nowym Cosmo­ba­dzie, jesteś bar­dzo bar­dzo dżen­tel­me­nem.

- Ana­sta­zjo Tiu­risz­czewo Mar­go­lis, jak to się mówi w Dro­dze Bez Zna­cze­nia, jesteś bar­dzo bar­dzo damą - odparł dzia­dek Haran.

Datę ślubu usta­lono na naj­bliż­szą wio­snę.

Mikal Mar­go­lis śnił w swo­jej jaskini o mine­ral­nych źró­dłach Raj­skiej Doliny. Wśród skał Drogi Bez Zna­cze­nia ni­gdy nie zna­lazł dla sie­bie for­tuny, zna­lazł za to krysz­tały siar­czanu dyle­matu. Z cza­sem ule­gły rafi­na­cji do czy­stej formy - by odna­leźć swą for­tunę, musi zosta­wić Drogę Bez Zna­cze­nia i matkę; ale to ozna­czało pozo­sta­wie­nie jej samej sobie, a na to nie miał odwagi. Taka była kwin­te­sen­cja tego dyle­matu. Prze­re­ago­wa­nie go do uży­tecz­nych związ­ków oraz jego misja w poszu­ki­wa­niu anty­mat­czy­nej odwagi miały dopro­wa­dzić przez cudzo­łó­stwo, zbrod­nię i wygna­nie do upadku Drogi Bez Zna­cze­nia. Ale jesz­cze nie teraz.

Rozdział 6

6

Pew­nego popo­łu­dnia, zaraz po ofi­cjal­nym zakoń­cze­niu sje­sty, gdy ludzie wciąż nie­ofi­cjal­nie mru­gali, prze­cią­gali się i zie­wali, spo­ceni po śnie, w Dro­dze Bez Zna­cze­nia roz­legł się odgłos, któ­rego nikt tam wcze­śniej nie sły­szał.

- Brzmi jak wielka psz­czoła - powie­działa Babuszka.

- Albo rój psz­czół - dodał dzia­dek Haran.

- Albo wielki rój wiel­kich psz­czół - powie­dział Rajan­dra Das.

- Psz­czół-mor­der­ców? - zapy­tała Eva Man­della.

- Nie ma takich - odparł Rael Man­della.

Bliź­niaki zagul­go­tały. Pró­bo­wały już cho­dzić, były w wieku, kiedy nie­ustan­nie prze­wra­cały się w przód. We wsi nie było dla nich zamknię­tych drzwi, były nie­ustra­szo­nymi, zawzię­tymi poszu­ki­wa­czami przy­gód. Psz­czoły-mor­dercy by ich nie zra­ziły.

- Bar­dziej jak sil­nik samo­lotu - stwier­dził Mikal Mar­go­lis.

- Jeden sil­nik? - zary­zy­ko­wał dok­tor Ali­man­tando. - Jednosil­nikowy, jed­no­miej­scowy samo­lot do opry­sków? - W Deu­te­ro­no­mium czę­sto się takie widy­wało.

- Bar­dziej dwu­sil­ni­kowy - orzekł pan Jeri­cho, wysi­la­jąc swój nastro­jony słuch. - Dwu­sil­ni­kowy, dwu­miej­scowy, ale nie rol­ni­czy, akro­ba­cyjny, Yama­gu­chi & Jones z dwoma sil­ni­kami May­bach/Wur­tel, pcha­ją­cym i cią­gną­cym, o ile się nie mylę.

Obo­jętne, jakie było jego źró­dło, hałas sta­wał się coraz gło­śniej­szy. Potem pan Jeri­cho wypa­trzył na tar­czy słońca czarny punk­cik.

- Tam jest, patrz­cie!

Wyjąc jak wielki rój wiel­kich mor­der­czych psz­czół, samo­lot wysko­czył ze słońca i zagrzmiał nad Drogą Bez Zna­cze­nia. Wszy­scy zro­bili unik oprócz Lima­ala i Taasmin, któ­rzy śle­dzili go, zadzie­ra­jąc głowy, aż prze­wró­cili się w tył.

- Co to było?

- Cze­kaj­cie... zawraca, będzie wra­cać.

W trak­cie nawrotu wszy­scy zdą­żyli dobrze się przyj­rzeć samo­lo­towi, który nad nimi śmi­gnął. Był opły­wowy, w kształ­cie rekina, z dwoma śmi­głami, z przodu i z tyłu, sko­śnymi skrzy­dłami i skie­ro­wa­nym w dół ogo­nem. Nikt nie prze­oczył też jaskra­wych tygry­sich pasków wyma­lo­wa­nych na kadłu­bie i wyszcze­rzo­nych zębów na nosie. Po raz kolejny śmi­gnął nad Drogą Bez Zna­cze­nia, ledwo mija­jąc czu­bek masztu ante­no­wego. Głowy znów poszły w dół. Samo­lot zawisł w naj­wyż­szym punk­cie nawrotu, popo­łu­dniowe słońce odbiło się od błysz­czą­cego metalu. Miesz­kańcy Drogi Bez Zna­cze­nia poma­chali. Samo­lot raz jesz­cze zanur­ko­wał nad osadę.

- Patrz­cie, pilot macha do nas!

Wszy­scy zama­chali jesz­cze ener­gicz­niej.

Trzeci raz samo­lot śmi­gnął nad gli­nia­nymi domami Drogi Bez Zna­cze­nia. I trzeci raz zro­bił cia­sny nawrót.

- Chyba będzie lądo­wał! - zawo­łał pan Jeri­cho. - Ląduje!

Z koń­có­wek skrzy­deł, nosa i opusz­czo­nego ogona wysu­nęło się pod­wo­zie. Samo­lot zro­bił ostatni prze­lot, pra­wie na wyso­ko­ści ich głów i opadł ku pustej prze­strzeni po dru­giej stro­nie torów.

- Nie uda mu się! - powie­dział dok­tor Ali­man­tando, ale i tak pobiegł razem ze wszyst­kimi ku wiel­kiej chmu­rze pyłu, która wznio­sła się za torami. Po krót­kiej chwili wpa­dli na jadący pro­sto na nich samo­lot.

Ludzie roz­pierz­chli się, samo­lot gwał­tow­nie skrę­cił, zawa­dził skrzy­dło­wym kół­kiem o kamień i prze­wró­cił się na bok, ryjąc w pia­sku długą i głę­boką bruzdę. Dobrzy oby­wa­tele Drogi Bez Zna­cze­nia pośpie­szyli na pomoc pilo­towi i pasa­że­rowi, ten pierw­szy jed­nak uwol­nił się sam, odsu­nął owiewkę kabiny, wstał i wrza­snął:

- Debile! Durne wie­śniaki! Po co żeście to zro­bili? Co? Maszyna jest roz­wa­lona, już ni­gdy nie poleci, tylko dla­tego, że durne wie­śniaki nie wie­dzą, że nie wcho­dzi się przed lądu­jący samo­lot! Zobacz­cie, co naro­bi­li­ście, zobacz­cie po pro­stu!

I pilotka zalała się łzami.

Nazy­wała się Per­sis Tat­ter­de­ma­lion.

Uro­dziła się ze skrzy­dłami, w jej żyłach pły­nął lot­ni­czy cie­kły wodór, a w ner­wach wiatr. Po stro­nie ojca miała trzy poko­le­nia Lata­ją­cego Cyrku Roc­kette Mor­gana, po stro­nie matki - całą gene­alo­gię pilo­tów rol­ni­czych, komer­cyj­nych, czar­te­ro­wych i kaska­de­rów, aż po pra­pra­pra­babkę Indhirę, która podobno pilo­to­wała żaglowce Pra­esi­dium, kiedy ten świat dopiero się wynaj­do­wał. Utrata samo­lotu była dla niej czymś rów­nie poważ­nym jak utrata koń­czyny, uko­cha­nej osoby czy życia.

Całą swą ener­gię, pie­nią­dze i miłość od dzie­sią­tego roku życia inwe­sto­wała w Nie­sa­mo­wity Powietrzny Bazar Tat­ter­de­ma­lio­nów, jed­no­oso­bowy, jed­no­sa­mo­lo­towy lata­jący cyrk, pod­niebne przed­się­wzię­cie roz­ryw­kowo-edu­ka­cyjne, które nie tylko zdu­mie­wało oszo­ło­mioną publicz­ność śmier­tel­nie nie­bez­piecz­nymi akro­ba­cjami i wyczy­nami, ale i kształ­ciło ich, zapew­nia­jąc tym, któ­rzy zapła­cili skromną kwotę, widok z powie­trza na ich pola, widok z bli­ska na zja­wi­ska pogo­dowe oraz lot­ni­cze wypady do pobli­skich war­tych obej­rze­nia miejsc. Tak zara­bia­jąc na życie, prze­miesz­czała się na wschód przez górną pół­kulę świata, aż dotarła do rów­nin­nej osady Sta­cja Wol­la­murra.

- Zobacz­cie Wielką Pusty­nię - zaśpie­wała hodow­com owiec ze Sta­cji Wol­la­murra. - Podzi­wiaj­cie nie­sa­mo­wite głę­biny wiel­kich kanio­nów, zachwy­caj­cie się siłami natury, które wyrzeź­biły potężne natu­ralne łuki i nie­bo­tyczne skalne kolumny. Pod wami - cała histo­ria tej ziemi zapi­sana w kamie­niu; za jed­nego dolara pięć­dzie­siąt gwa­ran­tuję wycieczkę, któ­rej w życiu nie zapo­mni­cie.

Dla Juniusa Lambe'a, oszo­ło­mio­nego na sie­dze­niu pasa­żera, ta rekla­mowa gadka oka­zała się stu­pro­cen­tową prawdą. Dwa­dzie­ścia minut od Wol­la­murra Sta­tion, nie mając w pro­mie­niu stu kilo­me­trów żad­nego kanionu, potęż­nego skal­nego łuku czy nie­bo­tycz­nej skal­nej kolumny, Per­sis Tat­ter­de­ma­lion zauwa­żyła, że jej wskaź­nik paliwa się nie poru­szył. Postu­kała w niego. Czer­wone wska­zówki zami­go­tały i prze­su­nęły się na pustą pozy­cję. Postu­kała jesz­cze raz. Zostały tam, gdzie były.

- Jasna cho­lera - rzu­ciła.

Puściła nagrany komen­tarz o cudach Wiel­kiej Pustyni, żeby uspo­koić Juniusa Lambe'a, i poszu­kała na mapach pobli­skich osad, w któ­rych można by awa­ryj­nie wylą­do­wać. Oczy­wi­ste było, że nie da rady wró­cić do Sta­cji Wol­la­murra, to było oczy­wi­ste, ale mapy ROTECH-u nie były pocie­sza­jące. Spraw­dziła sprzęt radio­lo­ka­cyjny. Poka­zy­wał iskierkę pro­mie­nio­wa­nia mikro­fa­lo­wego nie­całe dwa­dzie­ścia kilo­me­trów stąd, typową dla prze­kaź­ni­ków pla­ne­tar­nej łącz­no­ści.

- No chyba muszę to spraw­dzić - mruk­nęła i zawie­rzyła tej decy­zji samo­lot, sie­bie i pasa­żera.

Zna­la­zła maleńką osadę w miej­scu, gdzie nie powinno jej być. Równe kwa­dra­ciki zie­leni, odbły­ski świa­tła od paneli sło­necz­nych i kana­łów nawad­nia­ją­cych. Zoba­czyła czer­wone dachy domów. I ludzi.

- Trzy­maj się mocno - powie­działa do Juniusa, który dopiero teraz się zorien­to­wał, że coś jest nie tak. - Scho­dzimy.

Na opa­rach paliwa spro­wa­dziła swego uko­cha­nego ptaka w dół. I wtedy co? Jej nie­smak był tak wielki, że odmó­wiła odje­cha­nia z Juniu­sem Lambe'em Ares Expres­sem Llan­gon­nedd-Rejo­ice o 14:14.

- Przy­le­cia­łam tu i stąd odlecę - oświad­czyła. - Nie opusz­czę tej dziury ina­czej niż na skrzy­dłach.

Rajan­dra Das pró­bo­wał zacza­ro­wać kółko, by wró­ciło na skrzy­dło, ale dopro­wa­dze­nie samo­lotu do spraw­no­ści prze­kra­czało jego moż­li­wo­ści, a nawet moż­li­wo­ści pal­nika spa­wal­ni­czego Raela Man­delli. A już szcze­gól­nie upo­ka­rza­jące dla jedy­nej oca­la­łej z Nie­sa­mo­wi­tego Powietrz­nego Bazaru Tat­ter­de­ma­lio­nów było to, że pal­nik spa­wal­ni­czy Raela Man­delli był napę­dzany niczym innym, tylko stu­pro­cen­to­wym, czy­stym, nie­zmie­sza­nym lot­ni­czym cie­kłym wodo­rem.

Tak więc dok­tor Ali­man­tando zna­lazł Per­sis Tat­ter­de­ma­lion dom i ogró­dek, żeby nie umarła z głodu, ona jed­nak nie była szczę­śliwa, bo w oczach wciąż miała niebo. Patrzyła na chude pustynne ptaki sia­da­jące na ante­nach i czuła gorycz, bo jej skrzy­dła prze­trą­cili głupi ludzie. Sta­wała na skraju urwisk i patrzyła, jak wzno­szą się w wie­czorne niebo na prą­dach ter­micz­nych, i zasta­na­wiała się, jak sze­roko musia­łaby roz­ło­żyć ręce, by unieść się tak jak one i wyko­nać spi­ralę w ter­mice, aż znik­nie z pola widze­nia.

Któ­rejś nocy Mikal Mar­go­lis zło­żył jej dwie pro­po­zy­cje, a ponie­waż wie­działa, że tylko zatra­ca­jąc się w nich, zapo­mni o nie­bie, zgo­dziła się na obie. Tej nocy i przez dwa­na­ście kolej­nych, spo­kój miesz­kań­ców zakłó­cały dobie­ga­jące z domo­stwa Mar­go­lisów dziwne odgłosy. Nie­które z nich brzmiały jak jęki i stęki pod­czas sto­sun­ków płcio­wych. Inne - jak odgłosy remontu.

Kiedy poja­wił się szyld, wszystko stało się oczy­wi­ste.

Brzmiał tak:

beth­le­hem ares - restau­ra­cja/hotel jedze­nie * picie * spa­nie wła­ści­ciele: m. mar­go­lis, p. tat­ter­de­ma­lion

- To już nie jest mój syn - oświad­czyła obu­rzona Babuszka. - Nie posłu­chał swo­jej dro­giej matki i poszedł do tej taniej, cudzo­ziem­skiej kobiety, żeby wypeł­niać spo­kój nocy odgło­sami, któ­rych nie ważę się opi­sać; co za wstyd mi przy­nosi! A teraz jesz­cze ta jaski­nia grze­chu i sodo­mii! B.A.R/Hotel, ha! Jakby jego droga matka nie wie­działa, co to zna­czy! Myśli, że ona nie umie czy­tać, co? Haran... - powie­działa do swego przy­szłego męża - ...moja noga ni­gdy w życiu tam nie posta­nie. Od dzi­siaj nie jest moim synem. Wyrze­kam się go. - I splu­nęła skrom­nie na zie­mię przed B.A.R-em/Hote­lem.

Tego wie­czoru Per­sis Tat­ter­de­ma­lion i Mikal Mar­go­lis urzą­dzili wielką imprezę, z taką ilo­ścią piwa kuku­ry­dzia­nego, żeby każdy mógł pić, ile chce, czyli nie­zbyt wiele, zwa­żyw­szy, że gości było tylko pię­cioro. Nawet dok­tor Ali­man­tando dał się prze­ko­nać, by na jeden wie­czór porzu­cić swe bada­nia naukowe i uczcić otwar­cie hotelu. Dzia­dek Haran i Babuszka zostali i pil­no­wali Lima­ala i Taasmin. Dzia­dek Haran chęt­nie by poszedł i zali­czał pełne wyrzutu spoj­rze­nie za każ­dym razem, gdy Babuszka przy­ła­pała go na tęsk­nym spo­glą­da­niu w stronę świa­teł i hała­sów. Cał­ko­wity zakaz wstępu za próg B.A.R-u z koniecz­no­ści musiał obej­mo­wać także męża.

Następ­nego dnia po impre­zie Per­sis Tat­ter­de­ma­lion wzięła Rajan­drę Dasa, pana Jeri­cha i Raela Man­dellę za tory, gdzie trzej męż­czyźni roz­mon­to­wali nad­gry­ziony przez pia­sek samo­lot akro­ba­cyjny i spa­ko­wali go do pięt­na­stu skrzy­nek. Per­sis Tat­ter­de­ma­lion przez cały czas demon­tażu się nie odzy­wała. Zamknęła resztki swo­jego samo­lotu w naj­głęb­szej i naj­ciem­niej­szej gro­cie B.A.R-u/Hotelu, a klucz wsa­dziła do sło­ika. Jed­nakże nijak nie mogła się zmu­sić, by zapo­mnieć, gdzie stoi ten słoik.

Pew­nej nocy, dwie po dru­giej, obró­ciła się, wcho­dząc na Mikala Mar­go­lisa, i szep­nęła mu do ucha:

- Skar­bie, wiesz, czego nam potrzeba? Co jest potrzebne, żeby było naprawdę ide­al­nie?

Mikal wstrzy­mał oddech, spo­dzie­wa­jąc się obrą­czek, dzieci czy drob­nych per­wer­sji z wyko­rzy­sta­niem skóry i gumy.

- Stół do sno­okera.

Rozdział 7

7

Braci Gal­la­cel­lich było trzech - Ed, Louie i Umberto. Nikt nie miał poję­cia, który to jest Ed, który Louie, a który Umberto, bo byli tro­jacz­kami, podob­nymi do sie­bie jak groszki w strączku albo dni w wię­zie­niu. Dora­stali w rol­ni­czej spo­łecz­no­ści Burma Shave, gdzie krą­żyły na ich temat trzy typowe pogło­ski. Pierw­sza - że zna­le­ziono ich porzu­co­nych w kar­to­nie na skraju pola kuku­ry­dzy Gio­vanna Gal­la­cel­liego. Druga - że są czymś wię­cej niż zwy­kłymi tro­jacz­kami, choć czym dokład­nie, tego nikt nie był gotów powie­dzieć na głos, żeby nie ura­zić świę­tej pani Gal­la­celli. Wresz­cie trze­cia - że chłopcy od nie­mow­lęc­twa co naj­mniej raz zamie­nili się toż­sa­mo­ściami, tak że Louie dorósł jako Ed lub Umberto, Umberto jako Louie lub Ed, a Ed jako Umberto lub Louie plus wszyst­kie moż­liwe per­mu­ta­cje pod­czas kolej­nych zamian. Nawet sami chłopcy nie byli pewni, który z nich to Ed, który Louie, a który Umberto - za to miesz­kańcy Burma Shave byli pewni, że w życiu nie widzieli tak iden­tycz­nych tro­jacz­ków ("klo­nów", o rany, no, się wymknęło, rozu­miesz, to słowo, któ­rego nie należy wyma­wiać przy ich rodzi­cach) ani tak dia­bel­sko przy­stoj­nych.

Agneta Gal­la­celli była przy­sa­dzi­stą jak ropu­cha kobietą o sercu z cie­płej mlecz­nej cze­ko­lady. Gio­vann Gal­la­celli był wysoki i chudy jak szczapa. Nato­miast Ed, Louie i Umberto byli ciem­no­okimi, kędzie­rza­wymi, roze­śmia­nymi boż­kami miło­ści. I dobrze o tym wie­dzieli. Podob­nie jak każda dziew­czyna w Burma Shave. I dla­tego wła­śnie bra­cia Gal­la­celli posta­no­wili wyje­chać z Burma Shave bla­dym wtor­ko­wym świ­tem, wago­nem sil­ni­ko­wym, na który sami prze­ro­bili rol­ni­czego dostaw­czaka.

Przy­da­rzyła się taka dziew­czyna. Nazy­wała się Mag­dala, w skró­cie Mags. Zawsze jest taka dziew­czyna, która flir­tuje, bawi się, roz­ra­bia, wygłu­pia się i nie ma żad­nej wąt­pli­wo­ści, że zali­cza się do chło­pa­ków, aż przyj­dzie moment, kiedy i chło­paki, i ona, uświa­do­mią sobie, że jed­nak nie, zupeł­nie nie jest chło­pakiem, ani tro­chę. Dla Mags ten moment uświa­do­mie­nia przy­szedł dwa tygo­dnie po tym, jak obje­chała z Gal­la­cel­limi co dal­sze pola na pace ich dostaw­czaka. Dla Eda, Louie'ego i Umberta przy­szedł, kiedy pod­je­chali pod obej­ście May­agu­ezów, żeby zapy­tać, czemu Mags nie chce się z nimi spo­ty­kać - i ich dostaw­czak obe­rwał śru­tem.

Naczelną zasadą życia braci była bra­ter­ska soli­dar­ność. Nie zachwiała się nawet w kon­fron­ta­cji ze zre­zy­gno­wa­nym ojcem i wście­kłym sąsia­dem. Nie przy­znali się, który z nich zapłod­nił Mag­dalę May­aguez. Cał­kiem moż­liwe, że sami tego nie wie­dzieli.

- Albo który powie, albo wszyst­kie się z nią żenią - powie­dział Sonny May­aguez. Żona pod­kre­śliła jego słowa lufą strzelby. - No, to jak? Gadka albo ślub.

Bra­cia Gal­la­celli nie wybrali żad­nej z opcji.

Gdzie­kol­wiek indziej na świe­cie nikt nie prze­jąłby się nawet odro­binę taką głu­piutką dziew­czyną jak Mags May­aguez. W pobli­skiej Bel­la­don­nie na samej Tom­bo­lova Street można było się doli­czyć osiem­dzie­się­ciu pię­ciu punk­tów abor­cyj­nych i dwu­na­stu biur pośred­ni­czą­cych w han­dlu pło­dami, spe­cjal­nie dla głu­piut­kich dziew­czyn dokład­nie w tej sytu­acji. Ale Bel­la­donna to Bel­la­donna, a Burma Shave to Burma Shave, dla­tego wła­śnie bra­cia Gal­la­celli wybrali Bel­la­donnę, a nie Burma Shave. Doro­bili się dyplo­mów po dzie­sięć dola­rów sztuka z agro­tech­niki, prawa i budowy maszyn, przy­zna­nych przez uni­ver­suum typu "dziura w ścia­nie". I żyliby tam w zado­wo­le­niu do końca życia, gdyby nie smutne nie­po­ro­zu­mie­nie z nożem, pija­nym łado­wa­czem i dziew­czyną, w barze na Pri­ma­vera Street. Zatem znowu ucie­kli, w Bel­la­don­nie bowiem obo­wią­zy­wało jesz­cze jakieś prawo, zgod­nie z któ­rym zaraz po stu­pro­cen­towo uczci­wej poli­cji naj­lep­sza jest poli­cja stu­pro­cen­towo sko­rum­po­wana.

Przy­cią­gnęła ich, rol­nika, praw­nika, mecha­nika, siatka lśnią­cych sta­lo­wych szyn pokry­wa­ją­cych świat jak paję­czyna. Ed był mecha­ni­kiem, Louie praw­ni­kiem, Umberto rol­ni­kiem. Z takimi kwa­li­fi­ka­cjami daliby sobie radę wszę­dzie na świe­cie, bo świat był jesz­cze na tyle młody, że roboty było aż nadto dla każ­dej pary rąk. Ale w końcu tra­fili do Drogi Bez Zna­cze­nia.

Wysko­czyli ze swo­jego wago­nika nieco spo­ceni, ale wciąż zabój­czo przy­stojni, i wpa­dli do B.A.R-u/Hotelu. Jeden po dru­gim pac­nęli dzwo­nek. Głowy odwra­cały się ku nim. Bra­cia Gal­la­celli uśmie­chali się i machali.

- Ed, Louie i Umberto - przed­sta­wił ich pierw­szy.

- Szu­kamy miej­sca na noc­leg - dodał drugi.

- Czy­stych łóżek, gorą­cej kąpieli i cie­płej kola­cji - dopo­wie­dział trzeci.

Per­sis Tat­ter­de­ma­lion wyszła z piw­nicy, gdzie pod­łą­czała nową beczkę z piwem.

- Tak? - zapy­tała.

- Ed, Louie i... - powie­dział Ed.

- Szu­kamy... - dodał Louie.

- Czy­stych łóżek, gorą­cej... - uzu­peł­nił Umberto i wszy­scy trzej, w jed­nej chwili, bez­na­dziej­nie i roz­pacz­li­wie się w niej zako­chali.

Bo wie­cie, jest taka teo­ria, która mówi, że dla każ­dej osoby ist­nieje druga, która ide­al­nie i cał­ko­wi­cie speł­nia ich marze­nie o miło­ści. A skoro bra­cia Gal­la­celli byli jedną osobą pomno­żoną razy trzy, oczy­wi­ście i ten ideał musiał być dla nich wspólny, a tym ide­ałem oka­zała się Per­sis Tat­ter­de­ma­lion.

Następ­nego dnia bra­cia Gal­la­celli udali się do dok­tora Ali­man­tanda, żeby dostać pobyt stały. Przy­dzie­lił Umber­towi dużą działkę, Edowi szopę, w któ­rej mógł napra­wiać maszyny, a skoro Louie'emu nie mógł dać sta­no­wi­ska w sądzie rejo­no­wym czy choćby sto­lika w rogu baru, gdzie mógłby prak­ty­ko­wać swą sztukę, dał mu działkę pra­wie tak samo wielką jak Umber­towi i dora­dził zaję­cie się hodowlą zwie­rząt, mówiąc, że ze wszyst­kiego, co ma do zaofe­ro­wa­nia Droga Bez Zna­cze­nia, to jest naj­bliż­sze prak­tyce praw­ni­czej.