Rozdział 8
8
Mikal Margolis miał problem. Cierpiał, bo zakochał się w pani weterynarz
z domu nr 12 po drugiej stronie drogi. Jednakże obiektem jego pożądania,
który je w dodatku zaspokajał, była Persis Tatterdemalion, z którą miał
wspólnotę łoża i interesów. Pani weterynarz z domu nr 12, nazywająca się
Marya Quinsana, też miała problem. Taki, że była obiektem pożądania
swego brata Mortona. Niestety nie kochała go, ani trochę, nie kochała
też Mikala Margolisa. Kochała tylko siebie. Ta samomiłość była
oszlifowana jak brylant o wielu lśniących fasetkach, tak że jej
promienie odbijały się w kierunku innych osób wokół niej, które uważały,
że ona ich kocha, a oni ją.
Jedną z takich osób był jej brat Morton Quinsana, dentysta z dziwnymi
obsesjami, w którego zaborczość wobec siostry nie wierzył nikt. Wszyscy
wiedzieli, że on jej skrycie pożąda, on wiedział, że skrycie jej pożąda,
więc nawet nie było to skryte, skoro tyle osób o tym wiedziało. Żywił
jednak do niej taki szacunek, że nie ważył się tknąć jej nawet palcem.
Płonął więc piekielną frustracją w przyzwoitej odległości. A im dłużej
płonął, tym gorętszy był żar jego obsesji. Któregoś wieczoru przyłapał
siostrę na flirtowaniu z braćmi Gallacellimi - śmiała się z ich
nieokrzesanych farmerskich dowcipów, piła ich napoje, dotykała ich
szorstkich i brzydkich rąk. Przysiągł wtedy na miejscu, że nigdy nie
będzie leczył żadnego z braci Gallacellich, choćby przyszli do niego z bolącym zębem, z krzykiem i płakaniem, choćby gnijąca zębina wyzwoliła w nich zwierzę i kazała im walić bezsilnie głową o ścianę; nie, odprawi
ich, wygoni bez zastanowienia, skaże ich na jęki, cierpienia i zgrzytanie zębów, za to, że zarzucili sieć swych lubieżnych żądz na jego
siostrę Maryę.
Kolejnym z tych głupców był Mikal Margolis. Przez matkę nigdy nie był
szczęśliwy w miłości. Jednakże kiedy matka ogłosiła swoje zaręczyny,
stał się szczęśliwy - i był szczęśliwy z pełną zapału, energiczną i zachłanną Persis Tatterdemalion. Nagle jednak z cotygodniowego pociągu z zaopatrzeniem z Południka wysiedli Morton i Marya Quinsanowie. Mikal
Margolis właśnie odbierał ze stacji beczki piwa i skrzynki alkoholi,
kiedy zauważył wysoką, silną kobietę idącą wzdłuż peronu z naturalnym
wdziękiem i dyskretną siłą polującej kotki. Ich spojrzenia spotkały się
i powędrowały dalej, ale po tym przelotnym kontakcie Mikal Margolis
poczuł, że przeskakująca po kręgosłupie elektryczna iskra stapia mu na
czarne szkło podstawę serca, kryjącą wszelką przyzwoitość i uczciwość.
Zakochał się. Nie był w stanie myśleć o niczym innym, tylko o tym, że ją
kocha.
Kiedy doktor Alimantando przydzielił Quinsanom jaskinię, pobiegł w te
pędy pomagać budować im dom.
- Ej, a kto przetrze rzeczy, kto umyje szklanki? - zapytała Persis.
Mikal pomachał i pobiegł. Kiedy doktor Alimantando dał Quinsanom
działkę, Mikal Margolis przyszedł i kopał, przegradzał i zalewał, aż
księżycowy pierścień zalśnił jak diamenty.
- Może byś nalał parę drinków? - mówiła Persis. - Może byś zrobił jakąś
kolację dla głodnych ludzi?
A kiedy Morton Quinsana z siostrą przyszli do Bethlehem Ares
Restauracji/Hotelu, Mikal dał im po misie gorącego jagnięcego pilawu i tyle darmowego piwa, ile byli w stanie wypić, a potem gadał i żartował z nimi aż do zamknięcia. Kiedy w hotelu zachorowała kura, mimo że była
przeznaczona na wieczorny rosół, i tak zabrał ją do Maryi Quinsany,
która szturchała ją i badała wprawnymi palcami, a on marzył, że jej
palce robią to samo jemu. Tej jesieni wiele zwierząt Margolisa i Tatterdemalion się rozchorowało.
Mimo to Mikal Margolis nie był szczęśliwy. Oscylował między miłością
dobrej kobiety a miłością złej kobiety, jak odmierzający czas mały
kwarcowy kryształek. Persis Tatterdemalion, praktyczna i niewinna jak
orzeł na niebie, pytała, czy jest chory. Mikal Margolis tylko stękał z niespełnionego pożądania.
- Kochanie, może byś się kogoś poradził, co? Od paru dni nie możesz się
skupić na pracy. Może do tej pani weterynarz pójdziesz? No wiesz, ludzie
to tylko jeszcze jeden gatunek zwierząt, nie? Może ona ci coś pomoże.
Mikal Margolis odwrócił się do Persis Tatterdemalion.
- Żartujesz, co?
- Nie. Poważnie mówię.
Stęknął jeszcze głośniej.
A Maryi Quinsany nie obchodziło to nic a nic. Dokładnie tak - nie
obchodziło. Do osób na tyle słabych, żeby się w niej zakochać, czuła
wyłącznie pogardę. Gardziła swoim przygłupim bratem, gardziła tym tępym
chłopakiem zza baru. Ale nie mogła się oprzeć wyzwaniu. Odbije tego
głupiego chłopaka kochającej prostaczce, z którą mieszka i z którą się
kocha. To jest gra, to tylko gra, w grze pionki nie mają znaczenia,
liczy się umysł, który nimi porusza, oraz zwycięstwo, bo, zwyciężając,
będzie mogła jeszcze bardziej pogardzać przegranymi. Jednym sprytnym
gambitem może zatriumfować nad Mikalem Margolisem i swoim cholernym
bratem. Wtedy będzie mogła wreszcie się z nim rozstać i niech świat
usłyszy jej imię.
"Opiekuj się Mortonem" - takie słowa wygłosiła na łożu śmierci jej
żelazna matka. "Opiekuj się nim, dbaj o niego, niech mu się wydaje, że
podejmuje wszystkie decyzje, ale dopilnuj, żeby nie podejmował żadnych.
Maryo, tak ci rozkazuję".
Opiekuj się Mortonem, opiekuj się Mortonem; tak, już od pięciu lat
wypełniała ostatnią wolę matki. Pojechała za nim na pustynię po tym
romansie z małą dziewczynką w parku; ale, matko, musi przyjść taki
dzień, że Morton się usamodzielni, i tego dnia od razu z rana ona
wsiądzie do pierwszego pociągu jadącego do Mądrości.
Stąd właśnie brały się te gry. Bawiły ją, zapewniały równowagę umysłu
przez pięć lat narastającego zauroczenia Mortona, dawały jej nadzieję,
że dzięki nim będzie miała siłę rzeczywiście wsiąść do tego porannego
pociągu. Wymyśliła więc, że będzie karmić kury dokładnie o tej porze,
kiedy Mikal Margolis po drugiej stronie uliczki, na tyłach
B.A.R-u/Hotelu karmi swoje. To gra kazała mu poprosić go, żeby podszedł
i spojrzał, czemu jej biometanownia nie działa, jak trzeba, choć
Rajandra Das zrobiłby to o wiele lepiej.
- Problemy z chemią - orzekł Mikal Margolis. - Ktoś tu wlał używany płyn
dezynfekcyjny i pozabijał bakteriofagi.
Marya Quinsana uśmiechnęła się. Dopiero co wlała rano do zbiornika trzy
butelki płynu do sterylizacji. Gra szła świetnie. Z wdzięczności
zaprosiła go do środka na drinka, potem na rozmowę, potem do łóżka (a Mikal Margolis przez cały czas trząsł się jak osika), a wreszcie na
seks.
I w tym łóżku zostały zasiane nasiona zniszczenia Drogi Bez Znaczenia.
Rozdział 9
9
Konflikt pomiędzy Stalinami i Tenebrae zaczął się, kiedy odkryli, że
niejaki pan E.P. Vencatatchalum sprzedał im tę samą działkę w idyllicznym, rajskim miasteczku Droga Bez Znaczenia. Pan E.P.
Vencatatchalum był kiedyś agentem do spraw ziemi w Biurze Imigracji i Osadnictwa, a teraz siedział w białym pokoju, przesłuchiwany pod
zarzutem współudziału w oszustwie przez inspektora Djiena Xhao-Pina z komisariatu Bleriot. Stalinom i Tenebrae nie dość, że sprzedano tę samą
działkę (do której zresztą pan E.P. Vencatatchalum nie miał żadnych
praw), to jeszcze dostali bilety na ten sam przedział sypialny w nocnym
pociągu 19:19 do Portu Przesilenia, przez North Ben's Town, Annency,
Murchesonville, New Enterprise, Wollamurra i Droga Bez Znaczenia. Żadna
rodzina nie zamierzała ustąpić ani o krok. Kuszetkowy zamknął się w swojej kabinie i puścił głośno radio. Powinni sami się dogadać. Tej nocy
w wagonie nr 36 nocnego pociągu nikt się nie wyspał. Pięcioro ludzi, z bagażem dla pięciorga ludzi, próbowało się urządzić w przedziale
sypialnym dla trojga, z miejscem na bagaż dla trojga. Pierwszej nocy
tylko mały Johnny Stalin, wiek: 3 lata i 3/41, miał łóżko dla
siebie. A to dlatego, że był nadpobudliwym małym, okrąglutkim grubaskiem
i gdyby nie dostał tego łóżka, darłby się bez końca. Matka w końcu
ustąpiła i wcisnęła mu trzy czy cztery tabletki nasenne dla dorosłych,
żeby się uspokoił i był posłuszny. Johnny Stalin był rozpieszczonym i nadpobudliwym małym, okrąglutkim lekomanem.
Następny dzień mijał w kruchej ciszy, dopóki Gaston Tenebrae dokładnie o czternastej nie odchrząknął i nie zasugerował, że może to byłby dobry
pomysł, żeby wszyscy spali na zmianę. On i jego żona, Genevieve, będą
siedzieć całą noc i spać cały dzień, jeśli Stalinowie przesiedzą cały
dzień i prześpią całą noc.
Z początku wydawało się to całkiem sprawiedliwe. Potem górę wzięły
proste i nieprzyjemne zagadnienia logistyczne narzucone przez rozmiar
przedziału. Jedno łóżko trzeba było złożyć, żeby utworzyć siedzenia dla
tej dwójki, która miała siedzieć. Pozostawały dwa łóżka dla trzech osób.
Potem trójka musiała siedzieć, a dwójka wygodnie spać. Państwo
Stalinowie wiercili się i stękali w swoim ciasnym łóżku, mały Johnny
chrapał astmatycznie, Gaston i Genevieve Tenebrae prowadzili drobne,
miłosne sprzeczki, pełnym furii szeptem i drobnymi, agresywnymi gestami
rąk, a pociąg stukał, szczękał, cofał się, dzielił na nowe pociągi i tym
zmiennym tempem przybliżał się coraz bardziej do Drogi Bez Znaczenia.
Chaotyczna przesiadka z leżanek na fotele z rana trzeciego dnia
doprowadziła do oficjalnego podjęcia wrogich działań. Genevieve Tenebrae
oskarżyła małego Johnny'ego Stalina, że próbuje jej zajrzeć pod
spódnicę, kiedy wchodzi po drabince na górną pryczę. Pan Stalin oskarżył
Gastona Tenebrae, że grzebie w ich bagażu, kiedy śpią. Gaston Tenebrae
oskarżył pana Stalina o czynienie jego żonie niestosownych awansów w kolejce do łazienki drugiej klasy. Pani Stalin oskarżyła panią Tenebrae
o oszukiwanie przy beziku. Zawirowały zamiecie awantur, jak śnieżne
zamiecie poprzedzające srogą zimę; i nastał czwarty dzień, a potem
czwarta noc.
- Droga Bez Znaczenia! - zawołał kuszetkowy, wychodząc z ukrycia i stukając w drzwi srebrnym ołówkiem. Stuk-stuk-stuk. - Droga Bez
Znaczenia! Trzy minuty! - Stuk-stuk-stuk.
Paradoksalnie, przez dwie minuty i trzydzieści sekund panowała anarchia,
gdy Stalinowie i Tenebrae wstawali, myli się, ubierali, zbierali torby,
książki, cenne rzeczy, synów-grubasków i przeciskali się, gramolili i taszczyli wąskim korytarzem, potem przez wąskie drzwi, wychodząc
wreszcie pod cienki rąbek słońca o siódmej rano. I wszystko to bez
choćby jednego spojrzenia przez okno, by sprawdzić, gdzie są - szkoda,
bo gdyby spojrzeli, być może nie wysiedliby z pociągu. A tak rozejrzeli
się...
- Zielone łąki... - powiedział pan Stalin.
- Żyzna ziemia czekająca na pług - dodał Gaston Tenebrae.
- Powietrze pachnące milionem kwiatów - dodała pani Stalin.
- Błogi i spokojny raj na ziemi - uzupełniła Genevieve Tenebrae.
Johnny Stalin popatrzył na oślepiająco białą suszoną glinę i spieczoną
czerwoną ziemię, jaskrawe odbłyski słońca na panelach słonecznych i gołe
szkielety masztów z wiatrakami. Po czym wykręcił twarz jak wyżymaną
mokrą gąbkę i przygotował się do ataku wściekłego wrzasku.
- Mama! - wyjęczał. - Ja nie... - Pani Stalin trzasnęła go potężnie w lewe
ucho.
Johnny zajęczał jeszcze bardziej, a na ten znak Stalinowie i Tenebrae
zaczęli obrzucać się potokiem płomiennych wyzwisk, od których na
pobliskich ścianach zostawały osmolone ślady. Dzieciak poczłapał na bok,
żeby być samemu ze swoim nieszczęściem. Nikt nie zwracał na niego uwagi,
a tym samym go nie kochał. Limaal i Taasmin Mandellowie znaleźli go
siedzącego i siąkającego nosem obok głównej biometanowni, gdy biegali po
osadzie, wypatrując czegoś nowego do zabawy w nowy dzień.
- Cześć - powiedział Limaal. - Jesteś nowy.
- Jak się nazywasz? - dodała Taasmin, czterdzieści osiem sekund starsza
od brata.
- Johnny Stalin - powiedział Johnny Stalin.
- Długo tu będziesz mieszkać?
- Chyba długo.
- To chodź, pokażemy ci, gdzie tu się bawić - powiedziała Taasmin i dwójka szybkich, zwinnych dzieciaków wzięła bladego i grubawego
Johnny'ego Stalina za rękę i pokazała mu wspaniałe bajoro dla świń,
pompy wodne, kanały irygacyjne, na których można puszczać stateczki,
zagrody, gdzie Rael Mandella trzyma zwierzęta, urodzone z jego zestawu
zarodków, oraz krzewy jagód, z których można jeść, aż się pęknie, i nikomu to nie przeszkadza, ani trochę. Pokazali mu dom doktora
Alimantanda i samego doktora, który był bardzo wysoki, bardzo stary i bardzo miły, na swój trochę groźny sposób. Doktor zaś wziął umorusanego
błotem, gównem, wodą i jagodami chłopaka i zaprowadził go z powrotem do
wciąż kłócących się rodziców. Dał im zgodę na pobyt stały w Drodze Bez
Znaczenia. Pierwsze dwie noce spędzili w B.A.R-ze/Hotelu, podczas gdy dr
Alimantando zastanawiał się, co z nimi począć. Wreszcie zwołał swoich
najbardziej zaufanych przyjaciół i doradców - pana Jericha, Raela
Mandellę i Rajandrę Dasa i razem, z pomocą Czcigodnych Przodków pana
Jericha, podjęli niezwykle prostą decyzję.
Droga Bez Znaczenia jest za mała, żeby pozwolić sobie na wielkomiejskie
luksusy w rodzaju wojujących rodów. Stalinowie i Tenebrae muszą nauczyć
się żyć razem. Dlatego doktor Alimantando dał im sąsiadujące domy,
graniczące ze sobą działki i tylko jedną wiatrową pompę. Zadowolony ze
swojej salomonowej mądrości, wrócił do swego pokoju meteo i do badań nad
przestrzenią, czasem i całą resztą.
Rozdział 10
10
- Ojcze, powiedz mi jeszcze raz, czemu my tam jedziemy?
- Żeby uciec od niedobrych ludzi, którzy mówią o tobie i o mnie złe
rzeczy, od ludzi, którzy chcą mi cię zabrać.
- Powiedz jeszcze raz, czemu ci ludzie chcą mi cię zabrać.
- Bo jesteś moją córką. Bo mówią, że jesteś nienaturalna, że jesteś
dziwadłem, produktem eksperymentu, mój mały wróbelku. Bo mówią, że
urodziłaś się niezgodnie z prawem i powinienem zostać za to ukarany.
- Ale powiedz, ojcze, jeszcze raz: czemu by mieli cię ukarać? Czy ja nie
jestem twoją córką, twoim małym wróbelkiem?
- Jesteś moim ćwierkającym wróbelkiem i moją córeczką, ale oni mówią, że
jesteś tylko... lalką, maszyną, czymś stworzonym przez ludzi, i według ich
prawa nie wolno nikomu mieć takiej córki, którą dla siebie stworzył,
choćby kochał ją nad życie.
- A ty kochasz mnie nad życie, ojcze?
- Kocham, moja wisienko, i dlatego właśnie uciekamy przed tymi
niedobrymi ludźmi, bo chcą mi ciebie odebrać, a tego bym nie przeżył.
- Ja też, ojcze, nie przeżyłabym bez ciebie.
- Czyli będziemy razem, prawda? Już zawsze.
- Tak, ojcze. Ale powiedz mi raz jeszcze, co to za miejsce, do którego
jedziemy?
- Nazywa się Droga Bez Znaczenia i jest tak maleńkie i tak odległe od
wszystkiego, że znamy je tylko z opowieści.
- I dlatego tam jedziemy?
- Tak, kotku, jedziemy do ostatniego miejsca na świecie. Do tej Drogi
Bez Znaczenia.
Meredith Blue Mountain i jego córka Ruthie byli cisi. Byli zwyczajni,
niezauważalni, pospolici. Do tego stopnia, że w przedziale trzeciej
klasy pustynnego osobowego pociągu Południk-Belladonna byli praktycznie
niewidzialni pod górą bagażu innych osób, kur innych osób, dzieci innych
osób i innych osób. Nikt się do nich nie odzywał, nikt nie pytał, czy
może usiąść obok albo zwalić na nich swoje bagaże-kury-dzieci. Kiedy
wysiedli na maleńkiej stacyjce pośrodku pustyni, przez ponad godzinę
nikt nie zauważył, że ich nie ma, a nawet wtedy nikt nie pamiętał, jak
właściwie wyglądali ci towarzysze podróży.
Nikt nie zauważył, jak wysiadają z pociągu, nikt nie zauważył, jak
przybywają do Drogi Bez Znaczenia, nawet Rajandra Das, samozwańczy
naczelnik stacji, który witał każdy pociąg zatrzymujący się na jego
partyzanckiej stacyjce, nikt nie dostrzegł, jak za dwanaście dwunasta
wchodzą do B.A.R-u/Hotelu. Wtem hotel wypełniło coś jak przeciągnięta
eksplozja światła, a w epicentrum tego blasku stała najpiękniejsza
kobieta, jaką ktokolwiek w życiu widział. Wszyscy obecni mężczyźni
musieli nerwowo przełknąć ślinę. Każda kobieta walczyła z niewytłumaczalną potrzebą westchnienia. Tuzin serc pękł na pół, cała
miłość wyfrunęła z nich jak skowronki i zakrążyła wokół tej niesamowitej
istoty. Zupełnie jakby pojawił się przed nimi Bóg we własnej osobie.
Nagle boskie światło zgasło i zapadła ciemność, w której się mruga i przeciera oczy. Po odzyskaniu wzroku wszyscy zobaczyli przed sobą
niskiego, pospolitego mężczyznę i młodą dziewczynę, mniej więcej
ośmioletnią, najzwyklejszą i najbezbarwniejszą, jaką ktokolwiek w życiu
widział. Taka była bowiem natura Ruthie Blue Mountain, niezwykle zwykłej
dziewczyny - chłonęła jak światło słońca piękno wszystkiego, co ją
otaczało i przechowywała je, póki nie postanowiła go uwolnić, jak w impulsie lampy błyskowej oszałamiającego piękna. Po czym znów wracała do
niegustownej anonimowości, zostawiając za sobą powidok i poczucie
niewypowiedzianej straty. To był pierwszy sekret Ruthie Blue Mountain.
Drugi był taki, że ojciec, w swoim słoju-genezis, taką ją właśnie
stworzył.
Kiedy Meredith Blue Mountain z córką poszedł spotkać się z doktorem
Alimantando, w osadzie wciąż mówiło się o nadzwyczajnym wydarzeniu w B.A.R-ze. Wielki uczony był pogrążony w pracy w swoim pokoju meteo,
zapełniając ściany wypisywanymi węglem niezrozumiałymi symbolami
algebraicznymi.
- Nazywam się Meredith Blue Mountain, a to jest Ruthie, moja córka. - Tu
Ruthie dygnęła i uśmiechnęła się tak, jak ją ojciec cierpliwie wyćwiczył
w hotelowym pokoju. - Jestem hodowcą zwierząt z Marsaryt, niestety
niezrozumianym przez miejscową społeczność. Moja córka jest dla mnie
wszystkim, ale potrzebuje schronienia, obrony przed okrutnymi i złośliwymi ludźmi. Ta nieszczęsna i prosta istota na zawsze zatrzymała
się umysłowo w wieku pięciu lat. Proszę więc o azyl dla siebie i mojej
biednej córki. - Tak oto przemówił Meredith Blue Mountain.
Doktor Alimantando przetarł okulary.
- Mój drogi panie, ja doskonale rozumiem, jak to jest być niezrozumianym
przez społeczność i zapewniam pana, że w Drodze Bez Znaczenia nikogo nie
odtrącamy. Biedni, potrzebujący, prześladowani, zrozpaczeni, głodni,
bezdomni, niekochani, winni, dręczeni przez przeszłość, tu jest miejsce
dla wszystkich. - Spojrzał na główny Plan Pięćsetletni na ścianie pokoju
meteo, któremu już zagrażały okrążające go wzory matematyczne. -
Przydzielam wam działkę nr 17, grotę nr 9. Proszę porozmawiać z Raelem
Mandellą w sprawie narzędzi rolniczych i z panem Jerichem w sprawie
budowy domu. Póki nie będzie zbudowany, możecie bezpłatnie nocować w naszym hotelu. - Wręczył Meredithowi Blue Mountain zwój papierów. -
Wniosek o obywatelstwo. Wypełnij go w swoim czasie i przekaż mnie albo
Persis Tatterdemalion. I nie zapominaj o dwóch naszych regułach. Po
pierwsze: należy zawsze pukać przed wejściem. Po drugie: nie wolno
krzyczeć podczas sjesty. Przestrzegaj tych dwóch reguł, a będzie ci u nas dobrze.
Tak więc Meredith Blue Mountain wziął córkę i poszedł spotkać się z panem Jerichem, który obiecał mu dom w tydzień, z bieżącą wodą, gazem ze
społecznej biometanowni i prądem ze społecznych paneli słonecznych, a potem z Raelem Mandellą, który pożyczył im motykę, szpadel, gracę,
autosiewnik oraz zestaw nasion, bulw, kłączy i szczepek. Dał im także ze
swego magazynu komórek parę kultur o przyśpieszonym wzroście, na świnie,
kozy, kury i lamy.
- Powiedz mi, ojcze, czy to jest miejsce, w którym zostaniemy na zawsze?
- Tak, mój kotku, tak.
- Ładnie tu, ale chyba trochę sucho, prawda?
- Prawda.
Ruthie powiedziała jeszcze parę głupawych i oczywistych rzeczy, ale
czego miał się Meredith Blue Mountain spodziewać po dziewczynie o umyśle
pięciolatki? Zresztą uwielbiał te jej głupie pytania. Kochał jej oddanie
i stuprocentowy podziw, chociaż chwilami żałował, że nie zaprojektował
jej wyższego IQ.
Rozdział 11
11
Pierwszego dnia wiosny drugiego roku Babuszka i Dziadek Haran wzięli
ślub pod topolą kanadyjską w ogrodzie doktora Alimantanda. Dzień był
pogodny, rześki i błękitny, jak przystało na pierwszy dzień wiosny, choć
w Drodze Bez Znaczenia większość dni była rześka i pogodna. Doktor
Alimantando prowadził ceremonię, Eva Mandella i mała Taasmin były
druhnami, a Mikal Margolis tym, który oddawał pannę panu młodemu.
- Będziesz musiał swoją kochaną matkę wydać - zaćwierkała Babuszka na
ich jedynym spotkaniu od czasu przybycia do Drogi Bez Znaczenia.
- Ja, mamo? Nie byłaś w stanie znaleźć nikogo lepszego?
- Próbowałam, Miszka, próbowałam, ale to nie przystoi nikomu innemu,
tylko synowi - syn musi wydać za mąż swoją kochaną, steraną życiem
mateczkę. Więc to będziesz ty.
Mikal Margolis nigdy nie był w stanie swojej matce odmówić. Zgodził się,
mimo że Persis Tatterdemalion pogardliwie odniosła się do jego słabości
i mimo ostatnich, pożegnalnych słów matki:
- A, Miszka, i nie zapomnij: to jest szczególny dzień dla twojej matki i nie chcę, żebyś go zepsuł, przyprowadzając tę kobietę wątpliwej
konduity, rozumiesz?
Tak więc Persis Tatterdemalion podczas przemówienia doktora stała z tyłu.
Doktor sam tę mowę napisał. Uważał, że brzmiała bardzo dobrze. Lubił
myśleć, że ma ładny głos. Po odczytaniu i podpisaniu wszystkiego,
wymianie obrączek i ukoronowaniu głów odbyło się wesele.
Była to pierwsza impreza w historii Drogi Bez Znaczenia, a więc siłą
rzeczy musiała być najlepsza. Nad dołami z rozżarzonym węglem drzewnym
pieczono całe barany, dla mniej głodnych krążyły tace z rachatłukum i nadziewanymi daktylami, parowały wielkie gary matoke i kuskusu, do
gardeł gości wlewały się szklanice chłodnego ponczu owocowego. Do gałęzi
topoli przywiązano wstążeczkami cukierki, a dzieci skakały, próbując je
ściągnąć. Limaal i Taasmin, zwinne małe małpki, objadły się mlecznymi
krówkami. Nie trwało to zbyt długo, bo dostały mdłości. Natomiast
pulchny Johnny Stalin, mimo przewagi wieku, nie doskoczył do ani jednego
cukierka i do końca popołudnia kwękał nieznośnie pod stołem.
Kiedy kopułę nocy przeniknęły pierwsze gwiazdy, na drzewach zapalono
papierowe lampiony, a na gałęziach zawieszono klateczki z żywymi
świetlikami. Dzieci zmuszały je do działania, szturchając je długimi
słomkami, a wyglądało to jakby galaktyka łagodnie zielonkawych gwiazd
spadła z księżycowego pierścienia i uwięzła pomiędzy gałęziami. Potem
nadszedł najwspanialszy moment wieczoru. Rajandra Das i Ed Gallacelli
wtoczyli wielkie radio, które potajemnie skonstruowali na wesele, w obudowie z kufra bagażowego Raela Mandelli. Rajandra Das skłonił się
zamaszyście i obwieścił:
- Panie i panowie, młoda paro, drodzy przyjaciele, zapraszam do tańca!
Niech gra muzyka!
Ed Gallacelli pokręcił gałką strojenia i zabrzmiała muzyka -
trzeszcząca, odległa, źle nastrojona, ale jednak muzyka. Goście
wstrzymali oddech. Rajanda Das dotknął pokrętła swymi magicznymi
palcami, radio słyszalnie westchnęło w ekstazie i rozległa się muzyka -
głośna, uporczywa, taka, że noga sama chodzi. Goście urządzili owację.
- Zatańczymy? - powiedział Dziadek Haran do swej ślubnej.
Babuszka zmarszczyła się w uśmiechu i dygnęła. Wtedy chwycił ją i po
chwili już wirowali po udeptanej ziemi wśród powodzi halek i ręcznie
szytego jedwabiu. Ośmieleni ich przykładem wszyscy dobrali się w pary i tańczyli, tańczyli, tańczyli do charakternej muzyki z Zachodniego Portu
Przesilenia. Doktor Alimantando prowadził Evę Mandellę do statecznego,
przyciężkiego tańca ludowego z jego ojczystego Deuteronomium. Mikal
Margolis, wciąż bojąc się uwag matki, tańczył z Maryą Quinsaną, która
uśmiechała się i ocierała się ciałem o jego ciało tak, że przetańczył
wieczór z bolesnym wzwodem. Stalinowie i Tenebrae tańczyli ze stosownymi
partnerami i komentowali niezdarność i niezgrabność swoich wrogów, choć
Genevieve Tenebrae odbyła jeden szybki pląs z panem Jerichem, którego
uznała za niezwykle zwinnego. Porzucona na ten wieczór Persis
Tatterdemalion tańczyła na zmianę z każdym z braci Gallacellich i patrzyła w tę samą twarz tyle razy, że miała wrażenie, że całe wesele
przetańczyła z tym samym facetem. Limaal i Taasmin Mandellowie szaleli i wygłupiali się z niespożytą energią, a Johnny Stalin zakradał się do
stołów i wyżerał resztki.
Tańczyli, tańczyli i tańczyli pod pośpiesznymi księżycami, póki spiker w radiu nie powiedział, że kończą nadawanie i że życzy wszystkim dobrej
nocy.
- Dobrej nocy! - zawołali wszyscy.
- Piiiiiiiiiiiiiiiii - powiedziało radio.
I wszyscy mieli dobrą noc.
- Najlepsza noc - powiedział Rajandra Das do pana Jericha, kiedy szli
chwiejnym krokiem, każdy do swojego łóżka. I wszyscy Czcigodni
Przodkowie zgodzili się.
Małżeństwo wspaniale służyło Babuszce i Dziadkowi Haranowi - każdy, kto
tylko na nich spojrzał, czuł aurę miłości, otaczającą ich, kiedy byli
razem i cieszył się wraz z nimi. Jednakże ich radość była niepełna, gdyż
w jej sercu czaił się cień. Któregoś wieczoru Babuszka, opatulona przed
wieczornym chłodem w szkarłatną flanelową piżamę, nazwała ten cień po
imieniu.
- Haran, chciałabym mieć dziecko.
Dziadek Haran zakrztusił się gorącą czekoladą.
- Co?
- Czemu nie możemy mieć dziecka, drogi mężu? Małego i ślicznego
dzidziusia.
- Kobieto, bądź poważna. Jesteśmy za starzy na dzieci.
- Ależ, Haran, mamy Dwudziestą Dekadę i cuda zdarzają się codziennie.
Mamy erę możliwości, tak mówią, więc może i to byłoby możliwe, co?
Powiedz mi, mój kochany, chcesz mieć dziecko?
- No... byłoby wspaniale, ale...
- Mężu mój, ja po to żyję. Być żoną jest pięknie, ale matką jeszcze
lepiej. Haranie mój, powiedz mi, jeśli znajdę sposób na urodzenie
dziecka, zgodzisz się je mieć? Powiedz?
Dziadek Haran, uznawszy to, błędnie, za przelotny kaprys świeżo
zaślubionej żony, odstawił kubek, przekręcił się na bok i mruknął:
- Oczywiście, skarbie, oczywiście. - I zaraz zasnął.
A Babuszka siedziała w łóżku, aż nadszedł świt. Oczy jej błyszczały i skrzyły się jak granaty.
Rozdział 12
12
W Drodze Bez Znaczenia bardzo mało co uchodziło uwagi Limaala i Taasmin
Mandellów. Jeszcze zanim doktor Alimantando, pogrążony w algebrze w swoim pokoju meteo, zwrócił w tym kierunku swój optikon, bliźniaki
zauważyły słup pyłu po drugiej stronie świata za torami. Pobiegły
powiedzieć o tym doktorowi. Odkąd ich prawdziwy dziadek się ożenił,
doktor Alimantando stał się dla nich o niebo bardziej satysfakcjonującym
dziadkiem, dziadkiem z przymieszką czarodzieja, miłym, choć także
niesamowitym. Usłyszał, jak tupią na kręconych schodach, i ucieszył się.
Rola dziadka całkiem mu odpowiadała.
W optikonie słup pyłu przybrał kształt wzorzystej gąsienicy, która w mocniejszym powiększeniu okazała się ciężarówką i dwiema przyczepami,
jadącymi z wielką prędkością przez suchą równinę.
- Popatrzcie - powiedział doktor Alimantando, wskazując ekran. - Co tam
jest napisane?
- ROTECH - odparł Limaal, w którym już kiełkowało nasiono racjonalizmu.
- Serce Lothian, Edukacja Genetyczna - powiedziała Taasmin, w podobny
sposób przeklęta mistycyzmem.
- No to wyjdźmy na spotkanie temu Sercu Lothian, co? - zaproponował
doktor Alimantando.
Dzieci wzięły go za ręce, Limaal za prawą, Taasmin za lewą, i pociągnęły
po stromych, krętych schodach, a potem w skwar dnia za czternaście minut
czternasta. Reszta mieszkańców poszła przed nimi, jednak nie mając
między sobą tytularnego przywódcy, nie wiedzieli, co mogliby zrobić, i stali tylko niepewnie, czując pewien respekt do słowa ROTECH na
malowanej we wzór paisley ciężarówce. Wielka, tęga baba z twarzą jak
ziemniak rozdawała wizytówki.
- Witamy w Drodze Bez Znaczenia - powiedział doktor Alimantando,
kłaniając się elegancko. Dzieci powtórzyły jego gest.
- Alimantando.
- Miło mi pana poznać - odparła ogromna kobieta. Mówiła z dziwnym
akcentem, którego nikt nie potrafił do końca określić. - Serce Lothian,
inżynier genetyczny, konsultantka do spraw hybrydyzacji, edukatorka
eugeniczna w ROTECH. Dziękuję. - Skłoniła swe wielkie ciało kolejno
przed doktorem Alimantandem, Limaalem i Taasmin. - Jedna rzecz... tego
miejsca nie ma na żadnych mapach... Jest pan pewien, że jesteście
zarejestrowani w Biurze Zagospodarowania Terenu?
- No... - odrzekł doktor Alimantando - ...tego...
- Zresztą nieważne - zagrzmiała Serce Lothian. - Ciągle się na takie
rzeczy natykam. Powiem chłopakom z Porcelanowej Góry, jak wrócę. Cały
czas się to zdarza, ale to nie mój problem. Proszę... - Wręczyła każdemu z nich wizytówkę i zawołała głosem jak grzmot: - Wizytówka, którą macie w rękach, pozwala na jednorazowy wstęp na Objazdowy Pokaz Edukacji
Genetycznej Serca Lothian plus bezpłatną lampkę wina! Będą tam wszelkie
cuda dzisiejszej biotechnologii, dostępne dla was, bezpłatnie, dzięki
komisji rozwoju regionalnego ROTECH-u. Podejdźcie, podejdźcie,
przyprowadźcie rodzinę, młodych i starych, mężczyzn i chłopców,
przyjdźcie wszyscy, żeby się dowiedzieć, jak ROTECH może pomóc waszym
uprawom, waszym ogrodom, sadom, pastwiskom, hodowlom, ptakom, zwierzom i krzakom, a wszystko to na naszym Wielkim Biotechnologicznym Pokazie.
Drzwi otwierają się o dwunastej. Pierwsze dziesięć osób dostaje
bezpłatne przypinki ROTECH-u, nalepki i plakaty. Dla dzieci - czapeczki,
dla wszystkich bezpłatna lampka wina. A potem... - dodała z błyskiem w oku
- ...pokazuję wam, jak ja to wszystko robię.
Przed dwunastą każdy mężczyzna, kobieta i dziecko z Drogi Bez Znaczenia
już stali w kolejce przed obwoźnym pokazem Serca Lothian, który jakimś
sposobem z ciągnika siodłowego i dwóch przyczep rozłożył się w labirynt
wzorzystych markiz i namiotów, pełen błyskających neonów. Sto metrów nad
nim unosił się helowy balon na uwięzi, z powiewającym długim proporcem
sławiącym cuda Objazdowego Pokazu Edukacji Genetycznej. Z głośników lała
się szybka, taneczna muzyka. Wszyscy byli bardzo podekscytowani, nie ze
względu na możliwe korzyści dla ich maleńkich gospodarstw (choć Rael
Mandella niepokoił się kurczącymi się zasobami jego banku zarodków - bo
w związku z tym zwierzęta hodowane były coraz bardziej wsobnie), ale
dlatego, że w osadzie z dziesięcioma domami, gdzie nawet przybycie
cotygodniowego pociągu było wydarzeniem, przyjazd obwoźnego pokazu to
coś tylko odrobinę mniej fantastycznego, niż gdyby sam Panarcha i zastępy pięciu chórów niebieskich przemaszerowali przez środek przy
wtórze fletów i bębnów.
Dwanaście po dwunastej Serce Lothian otworzyła drzwi i ludzie wlali się
do środka, cisnąc się i przepychając łokciami. Wszyscy dostali po torbie
rozmaitych gadżetów ROTECH-u - przy takiej wielkości osady ograniczenie
tej hojności do pierwszych dziesięciu osób byłoby niesprawiedliwe. Z kieliszkami wina w dłoniach patrzyli na cuda inżynierii genetycznej
ROTECH-u. Zachwycali się hormonami płodności, dzięki którym kozy
potrafiły urodzić nawet osiem koźląt za jednym razem; podziwiali zestawy
klonatorskie, pozwalające na wyhodowanie żywych kur z piór i skorupek
jajek; wydawali "ochy" i "achy" na widok przyśpieszaczy wzrostu,
mogących doprowadzić wszystko, co żywe, warzywo czy zwierzę ("nawet
człowieka", powiedziała Serce Lothian), do pełnej dojrzałości w parę
dni; oglądali modyfikowane bakterie, żywiące się skałą i wydzielające
plastiki, leczące choroby roślin, wytwarzające metan i produkujące
żelazo z piasku; wytrzeszczali oczy na widok fermentorium, wielkiego
wora niebieskiego syntetycznego mięcha, który trawił dowolne domowe
odpadki i na żądanie sączył z sutków wino czerwone, białe i różowe;
zaglądali bojaźliwie do zaciemnionego pomieszczenia podpisanego Sala
potworów i udawali oburzenie, widząc genetycznych mieszańców, czających
się, ryczących i pełzających po swoich zamkniętych środowiskach
ochronnych. Limaal, Taasmin i Johnny Stalin, wystrojeni w pomarańczowe
papierowe czapeczki z napisem ROTECH i czarnym, dziewięcioramiennym
kołem Świętej Katarzyny, zostali tam na wiele godzin, drażniąc agapanty,
by kłapały swymi metrowymi szczękami, i smoki, by ziały małymi ognistymi
kulkami. Wreszcie Serce Lothian sama musiała ich wyrzucić, gdy
przyłapała Limaala i Taasmin na próbie wepchnięcia Johnny'ego Stalina
przez śluzę do chłodzonego terrarium z nietoperzami-piraniami.
Ludzie zostali do późna, bardzo późna, jak na rolników, którzy wstają i kładą się ze słońcem. Zadawali pytania, składali zamówienia, unosili
grube pliki darmowej literatury i pili kieliszek za kieliszkiem
znakomitego czerwonego, białego lub różowego. Rael Mandella kupił partię
plazmy zarodkowej ("gwarantowane, że jest zdrowsza i silniejsza",
powiedziała Serce Lothian), by uzupełnić swoje chudnące zapasy. Bracia
Gallacelli, wypiwszy zbyt dużo czerwonego, białego i różowego, zapytali
Serce Lothian, czy byłaby w stanie skonstruować dla każdego z nich
identyczną żonę, idealną w każdym fizycznym szczególe. Serce Lothian
wygoniła ich śmiechem ze swego gabinetu, ale powiedziała, żeby wrócili,
kiedy będzie się zwijać, jeśli chcą zakosztować doskonałości jej
obfitego ciała. Pan Jericho i jego Czcigodni Przodkowie bawili ją przez
ponad godzinę stymulującą i wyrafinowaną rozmową, Meredith Blue Mountain
kupił jakąś bakteryjną kurację dla swoich ziemniaków, Tenebrae i Stalinowie postarali się o różne gatunki wielkich i obrzydliwych
pomrowików do podrzucania sobie nawzajem do ogrodów, Persis
Tatterdemalion złożyła zamówienie na żywiącą się śmieciami domową
winiarnię (choć Wielki Biotechnologiczny Pokaz boleśnie jej przypominał
świętej pamięci Niesamowity Powietrzny Bazar Tatterdemalionów), a na
koniec przyszła Babuszka.
Neony już pogasły, markizy i namioty zwijały się z powrotem do przyczep,
bracia Gallacelli czaili się niepotrzebnie pod pompą wiatrową, a gwiazdy
jasno świeciły, kiedy do Serca Lothian przyszła Babuszka.
- Madame, ja widziałam te pani wspaniałości i cuda, naprawdę są
wspaniałe i cudowne, czego to nie da się dzisiaj zrobić, ale zastanawiam
się nad jednym: czy cała ta nauka i technika może mi dać jedno, czego
pragnę najbardziej na świecie - własne dziecko.
Serce Lothian, kobieta wielka jak matka ziemia, przyjrzała się Babuszce,
drobnej i twardej jak pustynny wróbel.
- Pani szanowna, nie ma żadnych szans, żeby urodziła pani dziecko.
Absolutnie. Ale to nie znaczy, że nie może go pani mieć. Musiałoby się
rozwijać poza ciałem, mogłabym do tego zaadaptować jedno z moich
placentoriów, zapewne to krowie, zresztą krów kiedyś często używano jako
surogatek dla ludzkich płodów, wie pani? Mogę zapłodnić jajeczko in
vitro, prosta sprawa, mogłaby to pani sama zrobić; jajeczko powinno się
dać gdzieś znaleźć, a jak nie, mogę pobrać materiał z innych komórek... a pani mąż, on jest jeszcze sprawny seksualnie?
- Słucham?
- Da się od niego pobrać próbkę nasienia?
- To już do niego pytanie. Ale proszę powiedzieć: czy to możliwe, abym
miała dziecko?
- Jak najbardziej. Genetycznie będzie to pani dziecko, choć nie może go
pani nosić w sobie. Jeśli się pani zdecyduje, proszę przyjść do mnie
jutro o dziewiętnastej, razem z mężem.
- Jak ja się pani odwdzięczę?
- To tylko mój obowiązek.
Babuszka oddaliła się w noc, a bracia Gallacelli z nocy wychynęli. Nikt
nie widział ani jej odejścia, ani ich przyjścia.
Podobnie nikt nie zobaczył Babuszki, kiedy trzy dni później niosła do
domu placentorium w wielkim okrągłym słoju.
- Mężu Haranie, mamy nasze dziecko. - Westchnęła i zdjęła dyskretne
przykrycie, ukazując czerwoną, pulsującą maź.
- Co, ten, to... ten abort to nasze dziecko?! - ryknął Haran Mandella,
sięgając po tęgi kij, żeby rozbić tę nieczystą okropność.
Babuszka stanęła pomiędzy oburzonym mężem i mokro ciamkającą sztuczną
macicą.
- Haranie Mandello, mój mężu, to jest moje dziecko, najdroższe ze
wszystkiego na świecie, i jeśli choćby tkniesz ten słój palcem bez mojej
zgody, odejdę i nigdy nie wrócę.
Stanowczość dziadka Harana przygasła. Kij zadrżał w jego dłoni. Babuszka
stała przed nim, mała i bojowa niczym kos. Uspokoiła go śpiewnymi
słowami.
- To dziecko będzie cudowne, zobaczysz, nasze dziecko, nasza córeczka -
będzie śpiewać, tańczyć, cały świat rozjaśni swoją urodą, to dziecko
Harana i Anastasji Tiuriszczewy Mandellów.
Dziadek Haran odłożył kij i poszedł do łóżka. W oknie, gdzie miało je
żywić światło brzasku, placentorium bekało i pulsowało.
Okazało się, że nocne eskapady Babuszki nie pozostały całkiem
niezauważone. Tenebrae, odkąd usłyszeli, że Stalinowie czekają na
wysyłkę zamówionych u Serca Lothian ogromnych, obrzydliwych pomrowików,
nieustannie czuwali, czekając na ich atak. W noc, kiedy Babuszka
zabierała do siebie blastocyt, na straży przeciwślimakowej stała
Genevieve. Zobaczyła staruszkę z tobołkiem w objęciach i od razu
domyśliła się z wielką i niezachwianą pewnością, co Babuszka załatwiała
z Sercem Lothian. A jej własne serce zawyło i popękało z zawiści.
Genevieve Tenebrae nie ufała swojemu mężowi. Nie ufała mu, bo nie chciał
jej dać dziecka, dziecka, które związałoby jej rodzinę w ścisły,
gordyjski węzeł bliskości, dziecka, dzięki któremu stałaby się równa tym
cholernym snobom Stalinom, którzy nie wiadomo z czego są tak dumni,
skoro ich jedyny syn to wredna, humorzasta i rozpuszczona jak dziadowski
bicz kupa sadła. Mając dziecko, miałaby już wszystko w życiu, ale Gaston
Tenebrae nie zamierzał jej go dać.
- Dziecko, jedyne, czego chcę, to mieć dziecko, czemu ty mi go nie dasz?
- dręczyła go każdego dnia, a on każdego dnia wymyślał jakąś żałosną
wymówkę, cienką warstewkę pretekstów sprowadzających się do samolubstwa,
tak, czystego i prostego samolubstwa - a tu proszę, ta stara rura, ta
wżeniona w Mandellów wiedźma o wyschłej macicy ma dziecko, którego sama
by nie urodziła, ona zaś, z łonem płodnym jak czarnoziem z Oxusa, nie ma
czego w nim zasiać, by wyrosło; to niesprawiedliwe, nic a nic, i nagle
wpadł jej do głowy pewien pomysł, kiedy chowała się w kępach karłowatych
krzaków matoke na straży przeciw ślimakom, wspaniały i okropny pomysł.
Następnego dnia rano, kiedy cała osada żegnała Serce Lothian, machając
jej na drogę powrotną do Porcelanowej Góry, a ta zostawiała osadzie
oficjalne błogosławieństwo ROTECH-u, Genevieve Tenebrae wśliznęła się do
przybudówki przy domu Mandellów, zamieszkiwanej przez Babuszkę i dziadka
Harana. Placentorium pulsowało i drgało na parapecie. Podeszła do niego
z niesmakiem i determinacją. Z torby wyciągnęła słój do biologicznego
podtrzymywania życia, który dał jej mężowi Rael Mandella. Parę minut
obrzydzenia i rybiego smrodu - i zniknęła w chmurze pyłu i poczucia
winy, z przyciśniętym do piersi słojem, w którym maleńki blastocyt fikał
blade, ślepe koziołki. Żeby nie zauważyli braku zarodka, wsunęła do
sztucznej macicy niedojrzałe mango.
Gdy tylko opadł kurz po odjeździe Serca Lothian, Genevieve zapukała do
drzwi Maryi Quinsany.
- Dzień dobry pani - powiedziała Marya, elegancja i profesjonalna w zielonym plastikowym kombinezonie. - Prywatnie czy służbowo?
- Służbowo - odpowiedziała Genevieve. Postawiła biologiczny słój na
stole zabiegowym. - To dziecko, które zrobiła dla mnie Serce Lothian.
Nie zdążyła sama mi go wszczepić, ale powiedziała, że ty zrobisz to bez
problemu.
Operacja zajęła dziesięć minut. Dokończywszy kawę i karmelki, Genevieve
Tenebrae przekradła się do domu, do swego małostkowego i próżnego męża.
Zniknęło całe poczucie winy, usunięte sprytnymi narzędziami Maryi
Quinsany. W kieszeni spódnicy grzechotała fiolka immunosupresantów, żeby
nie odrzuciła zarodka; wyobrażała sobie, że już czuje, jak kradzione
dziecko kopie i się wierci. Miała nadzieję, że to będzie dziewczynka.
Zastanawiała się, jak powiedzieć o tym mężowi. Na pewno ciekawie będzie
patrzeć na jego minę.
Rozdział 13
13
Rael Mandella bał się, że dzieci mu wyrosną na dzikusów. Przez trzy lata
biegały niewinne i nic niewiedzące, jak kury, po całej maleńkiej
osadzie. To był jedyny świat, jaki znały, rozległy jak całe niebo, a jednocześnie tak ciasno opisany, że nadaktywny trzylatek mógł wszystko
obiec dookoła w niecałe dziesięć minut. Bliźniakom nigdy nawet nie
przyszło do głowy, że jest jakiś świat, niebo, nawet światy ponad
niebem, wszystkie pełne ludzi i historii. Pociągi, które przejeżdżały w nieregularnych odstępach, buchając parą, zawsze jechały skądś dokądś,
ale na samą myśl o tym "dokądś" dzieciaki robiły się nerwowe i zakłopotane. Odpowiadał im świat mały i przytulny jak narzuta na łóżku.
A jednak Rael Mandella uparł się, że powinny wiedzieć o tych innych
światach. "Nauka" - tak się nazywał ten proces i wymagał poświęcenia
całych poranków, które o wiele pożyteczniej można by wykorzystać na
słuchanie doktora Alimantanda, miłego, ale niezbyt dobrze się
komunikującego, albo pana Jericha, który wiedział o świecie tak wiele,
że to było aż przerażające, albo na naukę czytania z pięknie
ilustrowanych matczynych książek z obrazkami, które opowiadały o czasach, kiedy ROTECH i Święta Katarzyna budowały ten świat.
Limaal i Taasmin pozostali entuzjastycznymi dzikusami. O wiele bardziej
woleli poświęcać dni na dręczenie grubego Johnny'ego Stalina za pomocą
błota, wody, odchodów lub na niezrównane akrobatyczne wyczyny na słupach
pomp wiatrowych. Niemniej Rael Mandella był nieugięty: jego dzieci nie
wyrosną na przygarbionych niewolników łopaty, tępych jak stare kamasze.
Będą mieć to, czego on nie ma. Świat będzie ich zabawką. Próbował
wszczepić im ekscytację nauką, lecz ich nie wzruszył nawet Objazdowy
Pokaz Edukacji Genetycznej Serca Lothian. I tak było, dopóki do
miasteczka nie przyjechała Objazdowa Edukacyjno-Rozrywkowa
Ekstrawagancja Adama Blacka.
W noc poprzedzającą przybycie wielkiego showmana na wschodnim horyzoncie
strzelało i iskrzyło srebrnymi i złotymi fajerwerkami. Droga Bez
Znaczenia nie miała wątpliwości, że zbliża się do nich wielkie
wydarzenie. Następnego dnia na partyzancką stację Drogi Bez Znaczenia
wjechał pozarozkładowy pociąg, skierowany na bocznicę przez Rajandrę
Dasa, nieoficjalnego naczelnika stacji. Stał tam, buchając parą i grzmiąc muzyką z zamontowanych na lokomotywie głośników, podczas gdy
wokół zbierali się ludzie chcący zobaczyć, co to właściwie przyjechało.
- Objazdowa Edukacyjno-Rozrywkowa Ekstrawagancja Adama Blacka - odczytał
Rajandra Das krzykliwe złoto-czerwone napisy wymalowane afiszową
czcionką na wagonach. Splunął na piasek. Muzyka grała dalej. Czas mijał.
Robiło się gorąco. Ludzie zaczynali się męczyć czekaniem w upale.
Genevieve Tenebrae omal nie zemdlała.
- Panie i panowie, chłopcy i dziewczyny, jeden i jedyny... Adam Black! -
zawył osobliwie mechaniczny głos.
Z wagonów opuściły się schodki. Wszedł na nie wysoki, chudy, elegancki
człowiek. Nosił ciemny surdut z długimi jaskółkami i spodnie z prawdziwym złotym lampasem. Wokół szyi miał zawiązaną czarną koronkę, a na głowie nosił kapelusz z ogromnym rondem. Miał laskę ze złotą gałką, a oczy mu lśniły jak dżety. I oczywiście miał też cienki jak ołówkowa
kreska wąsik. Trudno było sobie wyobrazić kogoś bardziej wyrazistego niż
Adam Black. Dopilnował, żeby wszyscy mu się należycie przyjrzeli. Potem
zawołał:
- Panie i panowie, widzicie przez sobą największą składnicę ludzkiej
wiedzy: Objazdową Edukacyjno-Rozrywkową Ekstrawagancję Adama Blacka!
Historia, sztuka, nauka, przyroda, cuda na ziemi i na niebie, dokonania
nauki i techniki, opowieści o dziwnych miejscach i dalekich krainach,
gdzie cuda są na porządku dziennym, wszystko to macie przed sobą.
Zobaczycie na własne oczy potężne dzieła ROTECH-u, dzięki Patentowemu
Optikonowi Adama Blacka; usłyszycie tajemnicze i pełne wyobraźni
opowieści Adama Blacka z czterech stron świata; zachwycicie się
pociągiem, tak, tym właśnie pociągiem, który sam jeździ i ma własny
umysł; wytrzeszczycie oczy na Dumbletonian - pół ludzi, pół maszyny -
poznacie sekrety fizyki, chemii, filozofii, teologii, sztuki i przyrody;
wszystko to może należeć do was, panie i panowie, cały ten róg
odwiecznej obfitości, za jedyne pięćdziesiąt centawo, tak jest,
pięćdziesiąt centawo lub równowartość w wybranym przez was towarze, tak,
panie i panowie, chłopcy i dziewczyny. Oto Adam Black przedstawia swoją
Objazdową Edukacyjno-Rozrywkową Ekstrawagancję!
Roztańczony dandys zwinnie postukał laską w burtę
czerwono-złoto-zielonego wagonu i lokomotywa wypuściła pięć kółek z pary, jedno w drugim, oraz zagrała marsza, tak głośno, że pękały
bębenki.
Adam Black otworzył drzwi do swego świata cudów nauki i omal nie został
odepchnięty na bok, gdy do środka rzucili się Rael Mandella i jego
uparte dzieciaki żądne kształcenia. Sekrety fizyki, chemii, filozofii,
sztuki i przyrody Limaala i Taasmin nie zainteresowały. Ziewali na widok
Dumbletonian - pół ludzi, pół maszyny - wiercili się z nudów, gdy
skomputeryzowany pociąg, który ma swój umysł, próbował wciągnąć ich w rozmowę, gadali i chichotali na ilustrowanym odczycie Adama Blacka o cudach świata przyrody. Natomiast potężne dzieła ROTECH-u, widziane
przez Patentowy Optikon Adama Blacka, sprawiły, że oczy wyszły im z orbit.
Siedzieli w wagonie, na twardych plastikowych krzesełkach. Limaal
odkrył, że skrzypią, kiedy kołysał się na nich w przód i w tył, więc to
właśnie robił, kiedy w wagonie nagle zapadła ciemność całkowita jak
śmierć. Z tyłu rozległy się krzyki, z miejsca, gdzie bracia Gallacelli
siedzieli za Persis Tatterdemalion. Potem rozległ się głos: "Kosmos -
ostatnia granica" i nagle wagon wypełnił się polatującymi świetlnymi
iskierkami. Bliźniaki próbowały je łapać, jednak świetliste pyłki
przenikały im przez palce. Wirująca galaktyka spiralna przepłynęła
Limaalowi przez pierś. Zamachnął się na nią, ale przeleciała przez tył
wagonu. Ze świetlistej galaktycznej sieci wydzieliła się gwiazda,
zwiększając jasność i wielkość, aż zaczęła rzucać na ściany wyraźne
cienie.
- Nasze słońce - powiedział Adam Black. - Zbliżamy się do naszego Układu
Słonecznego z symulowaną prędkością dwadzieścia tysięcy razy większą od
prędkości światła. Kiedy wejdziemy do środka układu, zwolnimy, byście
mogli dostrzec piękno planet. - Gwiazda stała się teraz odległym
Słońcem. Przed nią w statecznym walcu przemieszały się planety, procesja
kul i pierścieni. - Mijamy zewnętrzne światy, chmurę komet, która okala
nasz układ, tu widzicie daleką Nemezis, słabą towarzyszkę naszego
Słońca, tu jest Avernus, tutaj Charon; Posejdon, to jest Uran i jego
pierścienie, Kronos, także z pierścieniami, a tu Zeus, największy ze
światów, gdyby nasz świat, który widzicie teraz, za pasem skalistych
asteroid, obrać jak pomarańczę i rozpłaszczyć na powierzchni Jowisza,
wydawałby się nie większy niż półdolarówka... oto nasz świat, nasz dom, do
niego wrócimy za moment, ale najpierw złożymy przelotną wizytę
błyszczącej Afrodycie i maleńkiemu Hermesowi, leżącemu najbliżej Słońca,
zanim na koniec skupimy się na Macierzystym Świecie, z którego pochodzą
wszyscy mieszkańcy naszego.
Świetlny punkt na skraju pomieszczenia rozrósł się w układ dwóch
wielkich światów, jednego jak martwa biała czaszka, drugiego jak
opalowo-błękitna kula, nakrapiana mlecznobiało jak szklana kulka do gry.
Martwy biały świat-czaszka odsunął się poza publiczność i bliźniaki
odkryły, że unoszą się nad niebieskim światem-łonem, niczym dwa
umorusane serafiny Panarchy. Zobaczyły, że ten żywy błękitny świat
opasuje srebrna pętla, której rozmiary wymykały się wyobraźni. I znów
ogniskowa obrazu zmieniła się, wyostrzając cieniutkie szprychy, jak
rowerowe, łączące świat pętli ze światem kuli.
W małej salce było aż gęsto od podziwu. Bliźniaki siedziały cicho i nieruchomo. Przerażające rzeczy na niebie pozbawiły je wszelkiej chęci
do ruchu. Adam Black kontynuował wykład:
- Widzicie przed sobą Ojczysty Świat, planetę, z której wywodzi się
nasza rasa. To jest stary, niewiarygodnie stary świat. Na naszym świecie
ludzie żyją od zaledwie siedmiuset lat, z czego większość przybyła w ciągu niecałych stu ostatnich, po zakończeniu humanformacji. Natomiast
na Ojczystym Świecie są cywilizacje, które liczą sobie wiele tysięcy
lat. - Błękitny Ojczysty Świat obracał się pod wszechwiedzącym
spojrzeniem bliźniąt. Gdy jego przesłonięte chmurami lądy przemieściły
się w noc, ożyły dziesiątkami milionów milionów świateł w pokrywających
całe kontynenty miastach. - Stary, stary świat - wyśpiewał Adam Black,
hipnotyzując publiczność. - Stary i zużyty. I zatłoczony. Bardzo. Nawet
sobie nie wyobrażacie jak.
Limaal Mandella chwycił się ojca w strachu, bo wyobrażał to sobie aż za
dobrze. Widział wszystkich tych nagich, łysych ludzi, stłoczonych jeden
przy drugim, żywy, oddychający dywan ciał przykrywający wzgórza, góry,
równiny, aż po brzeg morza. Tam ludzie stali po pas w wodzie, zepchnięci
przez napór ciał, spychani coraz głębiej przez wiecznie rosnącą
maltuzjańską masę, aż woda zamknęła im się nad głowami. Wyobraził sobie,
jak ten ociężały glob pełen eksplodujących ciał spada z nieba, bo jest
za ciężki i miażdży go swoim ciężarem.
- Ludność jest tam tak liczna, że lądy dawno się zapełniły i nawet
wielkie miasta pływające po oceanach nie są w stanie pomieścić więcej.
Dlatego ludzie musieli wspiąć się po tych szprychach, tych windach
orbitalnych, by żyć w pierścieniowym mieście zbudowanym w kosmosie nad
światem, gdzie energii i surowców jest aż nadto.
Projekcja zogniskowała się teraz na tej srebrnej pętli, która rozrosła
się do niepokojącej plątaniny geometrycznych kształtów wyrastających
jeden z drugiego jak kryształy. W zbliżeniu i uwidoczniły się szczegóły
tych geometrycznych kształtów, wielkich jak całe miasta: rury, kule,
wachlarzowate formacje i dziwne wypukłości, sześciany i przekrzywione
trapezoidy. W jeszcze większym zbliżeniu było widać przezroczyste dachy,
a pod nimi krzątające się i uwijające postacie małe jak bakterie.
Taasmin Mandella miała zaciśnięte z całej siły powieki i przyciskała do
nich piąstki. Limaal, po drugiej stronie ojca, siedział z rozdziawionymi
ustami, zanihilowany tą wiedzą.
- To miasto nazywa się Metropolis - powiedział Adam Black. Pan Jericho
jednocześnie bezgłośnie wypowiedział tę samą nazwę. Na wpół obawiał się,
że pod tą wielką przezroczystą kopułą zobaczy samego siebie, siedzącego
u stóp paternostra Augustine'a. - Mimo że jest ogromne, liczba
mieszkańców rośnie tak szybko, że maszyny rozbudowujące je w każdej
godzinie każdego dnia nie nadążają za tym przyrostem. A teraz żegnamy
się z Ojczystym Światem... - błękitnoopalowy glob, z metalową obręczą i satelitą jak biała czaszka, rozdymany bilionami ludzi, skurczył się do
odległej kropki - ...i skupiamy uwagę bliżej nas.
Teraz przed oczyma bliźniaków nabrzmiała ich ziemia i zobaczyły jej
znane z atlasu śnieżne bieguny, błękitne zamknięte wśród lądu morza,
zielone lasy, żółte równiny i wielkie czerwone pustynie. Spojrzały z góry na Olympus Mons, tak wysoką, że jej szczyt wznosił się ponad
najwyższe śniegi, na pełną ruchu krainę Doliny Marinerów, gęstą od miast
i miasteczek. Gdy ich ziemia się przybliżyła, zobaczyły lśniący
pierścień księżycowy i w tym momencie oko wyroczni zatrzymało się,
wypełniając pokój niezrozumiałymi, pływającymi w przestrzeni kształtami.
Niektóre były tak wielkie, że przelot zajmował im wiele minut, inne były
małe i koziołkowały, a jeszcze inne były ruchliwe jak owady i polatywały
w polu widzenia zajęte swymi owadzimi sprawami - ale wszystkie miały
gdzieś na sobie logo ROTECH-u.
- Patrzcie, państwo, oto siły, które ukształtowały nasz świat i sprawiły, że nadaje się do zamieszkania dla ludzi. Tysiąc lat temu pewni
mądrzy ludzie, święci mędrcy bez wątpienia, przewidzieli to, co właśnie
oglądaliście na własne oczy: że Ojczysty Świat nie pomieści wszystkich
ludzi, którzy się na nim pojawią. Trzeba znaleźć inne światy, jednak
wszystkie pobliskie są martwe i bez życia, nawet ten. Tak, nasza ziemia
była martwa jak ta biała czaszka, którą widzieliście ledwie parę minut
temu. Zwrócili się więc do rządów wielu państw Ojczystego Świata i utworzyli ROTECH, Remote Orbital Terraforming and Environmental Control
Headquarters, po czym uzbrojeni w całą naukę i technikę swej epoki,
trudzili się przez siedemset lat, aby uczynić tę ziemię zdatną dla
ludzi.
Przez salkę przepłynął wielki asymetryczny przedmiot, usiany maleńkimi
świecącymi okienkami i podpisany tą świętą nazwą, której litery musiały
mieć po dwieście metrów wysokości. Wokół niego bzyczały zaaferowane,
uwijające się maleńkie muszki. Limaal Mandella aż podskakiwał w ekscytacji na krześle, widząc te niebiańskie kształty.
- Siedzieć grzecznie - zasyczał ojciec.
Zerknął na swoją matkę, szukając, z kim by tu się podzielić całą tą
ekscytacją, lecz Eva Mandella miała na twarzy wypisane niezrozumienie. A jego siostra siedziała z wytrzeszczonymi oczyma i twarzą bez wyrazu jak
u świętego na obrazku.
- Widzicie tu niektóre z orbitalnych urządzeń, za pomocą których ROTECH
utrzymuje delikatną równowagę środowiska na naszym świecie. Niektóre
maszyny służą do sterowania pogodą, te mają podczerwone lasery
podgrzewające obszary powierzchni planety, by wygenerować różnice
ciśnienia, a tym samym wiatry. Inne to superrdzenie magnetyczne,
induktory wytwarzające silne pole magnetyczne chroniące nasz świat przed
naładowanymi cząsteczkami słonecznymi i promieniami kosmicznymi. Jeszcze
inne to wany, orbitalne lustra, z braku księżyców rozjaśniające ciemne
noce, albo orfy, bezpośrednio pracujące nad tym światem, jeszcze teraz
zapładniające życiem jałowe części ziemi, albo holowniki, które
przyciągają bryły kometarnego lodu z tego obłoku, który wcześniej
widzieliśmy na obrzeżach układu, i wprowadzają go do naszego świata, by
zachowywał równowagę hydrostatyczną; jeszcze inne to akceleratory
cząstek, bronie o potwornej sile niszczącej, którymi ROTECH może obronić
ten kruchy świat przez atakiem z... daleka. Było ich wszystkich kiedyś o wiele więcej, ale razem z ROTECH-em rozpoczęły pracę nad większymi
wyzwaniami - nad ujarzmieniem piekielnego świata, który nazywamy
Afrodytą, choć właściwsze jest jego poprzednie imię, Lucyfer, czy nad
zazielenieniem bezpowietrznego księżyca Ojczystego Świata. A teraz
popatrzcie na to...
I dzieciakom wydało się, że śmignęły niczym wielki kosmiczny ptak nad
ramieniem świata i zobaczyły daleko poza księżycowym pierścieniem, że do
ich świata zbliża się coś gigantycznego, coś jakby wielokilometrowy
motyl, coś tak olbrzymiego i skomplikowanego w konstrukcji, że wymykało
się wyobraźni. Obróciło się powoli, tak że błysnęło w słońcu i bliźniaki
oraz wszyscy inni wokół zatchnęli się, gdy nagle rozświetliły się trzy
miliony kilometrów kwadratowych żagla.
- Żagle tak wielkie, że dałoby się nim owinąć ten świat - szepnął Adam
Black, a potem dramatycznie podniósł głos, deklamując: - Żaglowiec
Praesidium przybijający do orbitalnego doku ROTECH-u. Rok i dzień temu
wyruszył z Metropolis, mając w ładowniach jeden i trzy czwarte miliona
śpiących w hibernacji kolonistów. Teraz ich podróż dobiegła końca.
Przybyli na nasz świat. Będzie im się wydawał dziwnym, postawionym na
głowie, cudacznym miejscem, tak samo jak ojcom ojców naszych ojców i matkom matek naszych matek. Niektórzy z nich umrą, inni wrócą do domu,
jeszcze inni upadną na dno naszego społeczeństwa, lecz większość, kiedy
wyląduje w miastach-rozdzielniach, Touchdown, Bleriocie i Belladonnie,
popatrzy dobrze na ten świat i pomyśli, że znalazła się w raju.
Bezcielesny punkt widzenia zanurkował ku ziemi, w dół, w dół, aż
wydawało się, że Limaal i Taasmin zaraz się o nią roztrzaskają. Kostki
rąk zbielały, Babuszka wrzasnęła. Zapaliły się lampy. W snopach świateł
polatywały pyłki kurzu. Adam Black wszedł w światła i powiedział:
- Na tym kończy się nasza wycieczka po cudach nieba i ziemi. Bezpiecznie
powracacie na dobrze wam znaną terra firma.
Na końcu wagonu otworzyły się drzwi, wpuszczając do środka zapylone
światło dzienne. Wychodzący na popołudniowe słońce ludzie nic nie
mówili.
- No i co o tym myślicie? - zapytał swoje dzieci Rael Mandella.
Nie odpowiedziały. Były pogrążone we własnych myślach.
Głowę Limaala Mandelli wypełniały spadające planety brzemienne
ludzkością, kręcące się świetliste koła o średnicy wielu tysięcy
kilometrów, pełne z pozoru anarchicznych kształtów, które jednak
sprawiały, że wszystko w tym świecie chodzi jak w naoliwionym zegarku.
Racjonalna część jego jaźni sięgała i przyjmowała wszystko, co widział.
Rozumiał, że zarówno świat ludzki, jak i materialny działa według
pewnych fundamentalnych zasad i jeśli te zasady da się poznać, to
poznawalne są także wszelkie światy materii i umysłu. Zaakceptował ten
Wielki Projekt i widział go teraz powielony w miniaturze wszędzie, gdzie
spoczął jego wzrok. Wszystko było zrozumiałe, wszystko było
wytłumaczalne; nie było żadnych tajemnic i wszystko było zorientowane do
wewnątrz.
Taasmin Mandella podobnie widziała cuda na ziemi i niebie, lecz wybrała
wśród nich ścieżkę mistyczną. Zobaczyła, że wszystkie porządki
organizacji służą wyższym porządkom, a te wyższe porządki z kolei
wykonują rozkazy jeszcze wyższych rzędów, potężniejszych i wspanialszych
inteligencji - i ta spirala świadomości pnie się ku szczytowi, na którym
zasiada Bóg Niepoznawalny Wszechwładca, Niewymowny i Milczący jak
Światło, którego planów można się jedynie domyślać z objawień, jakie
puszcza w dół tej spirali świadomości niczym kropelki słodkiego likieru.
Wszystko było dla niej zorientowane w górę albo w dół.
Rael Mandella nie mógł wiedzieć, co uczynił swoim dzieciom, ani w chwili
ich narodzin, gdy obdarzył je rodzinną klątwą, ani teraz, gdy nasiono
tej klątwy wykiełkowało, podczas holograficznego seansu Adama Blacka.
Dzieciaki wyglądały na zachwycone. Może dowiedziały się czegoś
wartościowego. Jeśli zakorzeni się w nich ta miłość do nauki, dwa buszle
truskawek i kura, które zainwestował w ich edukację, mogą się bardzo
opłacić.
Rozdział 14
14
Wieczorem w piątek 21 wrzesierpnia, za dwadzieścia dwudziesta, pośrodku
jednej z niekończących się ich gier słownych, w momencie, kiedy dziadek
Haran już miał położyć słowo "zoomorfy" na potrójnej premii słownej,
Babuszka zerwała się i wykrzyknęła:
- Już czas! Już czas! Moje dziecko, och, moje dziecko!
Wbiegła do pokoju, gdzie dzień za dniem, godzina za godziną, od dwustu
osiemdziesięciu dni, siedmiu tysięcy pięciuset dwudziestu godzin,
pulsowało, pompowało i nabrzmiewało placentorium, wielka bryła
sinoczerwonego mięsa.
- Co takiego, mój kwiatuszku?! - zawołał dziadek Haran. - Co się dzieje?
Nie otrzymawszy odpowiedzi, pobiegł za nią i zobaczył, że żona stoi
wpatrzona w placentorium, zakrywając usta rękoma. Sztuczna macica
pulsowała i kurczyła się, wypełniając pokój paskudnym odorem zgnilizny.
- Już czas! - paplała Babuszka. - Moje dziecko dojrzało! Nasze dziecko.
Och, Haranie! Mężu!
Dziadek Haran zaciągnął się ohydnym smrodem. Z placentorium wyciekła
strużka czarnej cieczy, brudząc płyn odżywczy. Jego serce ścisnęło
przeczucie wielkiego zła.
- Wyjdź - rozkazał Babuszce.
- Ależ, Haranie... nasze dziecko! Ja, matka, muszę być przy dziecku! - I sięgnęła na parapet po nabrzmiałe obrzydlistwo.
- Wyjdź! Ja, twój mąż, rozkazuję ci!
Dziadek Haran chwycił żonę za ramiona, odwrócił i wypchnął za drzwi,
które zamknął za nią na zasuwę. Ze spazmującego placentorium dobywały
się teraz paskudne beknięcia. Haran podszedł do niego z obawą. Postukał
w słój. Placentorium wydało przenikliwy gwizd, jakby uchodził z niego
gaz pod wysokim ciśnieniem. Na powierzchni cieczy w słoju zabulgotały
bąbelki i pękły, uwalniając dławiący smród. Dziadek Haran zakrył usta i nos chusteczką i dźgnął macicę ołówkiem. Placentorium skurczyło się i z przeraźliwym beknięciem wypluło w powietrze parszywą szarą maź, plunęło
strugami czarnego paskudztwa, przerywając je spazmatycznymi
pierdnięciami, potem pękło na pół i zdechło. Wstrzymując oddech, żeby
nie zwymiotować, dziadek Haran pogrzebał ołówkiem w rozkładających się
szczątkach. Nie było śladu, by kiedykolwiek było tam dziecko. Znalazł
natomiast parę zgniłych czarnych resztek czegoś, co wyglądało jak skórka
od mango. Upewniony, że nie ma żadnego dziecka, żywego czy martwego,
wyszedł z pokoju i zamknął go za sobą na klucz.
- Zdarzyło się tam dzisiaj coś potwornego i bluźnierczego - powiedział
do żony. - Póki ja żyję, nikt do tego pokoju nie wejdzie. - Podszedł do
drzwi frontowych i cisnął klucz jak najdalej w ciemność.
- Ale dziecko, Haranie, moje dziecko, ono żyje, umarło? - Babuszka
przełknęła ślinę. - Czy jest... człowiekiem?
- Tam nie było żadnego dziecka - odparł dziadek Haran, patrząc przed
siebie. - Serce Lothian nas oszukała. Macica była pusta. Całkiem pusta.
- I zaraz złamał przysięgę, którą żona złożyła za niego, i poszedł do
B.A.R-u Persis Tatterdemalion, żeby się konkretnie napić.
Dokładnie w tej chwili, w której Babuszka zrywała się, porzucając grę,
Genevieve Tenebrae poczuła przeszywający ból. Wydała cichy, płaczliwy
jęk i wiedziała, że już czas.
- Najdroższa, coś się stało? - zapytał Gaston Tenebrae ze swojego
krzesła przy kominku, gdzie co wieczór siadywał, paląc sziszę i snując
marzenia o zdradzie małżeńskiej.
Genevieve poczuła kolejny skurcz.
- Dziecko - powiedziała. - Ja rodzę.
- Dziecko? - zdziwił się Gaston Tenebrae. - Jakie dziecko?
Genevieve uśmiechnęła się przez ból. Właśnie z myślą o tej wspaniałej
chwili przez dziewięć miesięcy ukrywała ciążę.
- Twoje dziecko - szepnęła. - Ty próżny idioto.
- Co takiego?! - ryknął Gaston, oddalony o tysiąc kilometrów, wysoki i bezsensowny jak mokra trzcina.
- Raz się zapomniałeś, mężu. Twoje dziecko... którego mi odmawiałeś... i odmawiałeś... i kazałeś mi czekać... więc czekałam... a teraz... już koniec
czekania. - Sapnęła, czując nowy skurcz. Gaston Tenebrae podskakiwał i trzepotał rękami jak mały, żałosny ptaszek w szklarni. - Prowadź mnie do
Quinsany... do Maryi Quinsany.
Zebrała resztki godności i skierowała się do drzwi. Tam ogarnęła ją
najsilniejsza jak dotąd fala skurczów.
- Pomóż mi, ty nieczuła świnio - jęknęła i Gaston podszedł i poprowadził
ją przez zimną, ciemną noc do Kliniki Dentystyczno-Weterynaryjnej Maryi
Quinsany.
Widziana przez znieczuleniowe otępienie twarz Maryi Quinsany wydawała
się Genevieve podobna do pyska lamy. Ta uporczywa myśl krążyła w nadprzewodzących obwodach jej umysłu, póki nie włożono jej w ramiona
opakowanego jak prezent noworodka i o wszystkim nie zapomniała.
- Nie było to dużo trudniejsze niż w przypadku kozy - powiedziała Marya
Quinsana, uśmiechając się swoją twarzą lamy. - Ale pomyślałam, że na
wszelki wypadek cię znieczulę.
- Gaston. Gdzie Gaston? - zapytała Genevieve Tenebrae.
Twarz męża, z kozią bródką, nachyliła się ku niej.
I powiedziała do niej konfidencjonalnym szeptem:
- Pomówimy, jak będziemy sami.
Genevieve Tenebrae uśmiechnęła się, uznając męża za coś równie ważnego
jak denerwująca mucha. Liczyło się dziecko w jej objęciach, jej dziecko.
Czyż nie urodziła go sama, nie nosiła pod sercem przez dziewięć
miesięcy, nie miała go w sobie przez prawie pół roku?
- Arnie Nicolodea - wyszeptała. - Mała Arnie.
Kiedy wieść o niespodziewanych narodzinach trzeciego rodowitego
obywatela Drogi Bez Znaczenia dotarła do B.A.R-u, Persis Tatterdemalion
ogłosiła, że wszyscy piją za darmo i nastąpiła wielka fala toastów i życzeń, od wszystkich z wyjątkiem dziadka Harana, do którego nad ranem
dotarło, co mu zrobiono. A także, że nigdy nie będzie w stanie niczego
udowodnić.
- Czy to nie dziwne, że para, która chciała dziecka, go nie ma, a para,
która nie chciała, ma? - stwierdził Rajandra Das, nabrawszy elokwencji
po kukurydzianym piwie i winie z hotelowego fermentorium.
Wszyscy uznali, że to świetne i zwięzłe podsumowanie.
Rozdział 15
15
Rajandra Das kiedyś mieszkał w norze pod Dworcem Głównym w Południku. I dalej mieszkał w norze, tylko że pod Wielką Pustynią. Rajandra Das był
kiedyś księciem rynsztokowych szczurów, meneli, żebraków,
złodziejaszków, gundów i żuli. I nadal był księciem rynsztokowych
szczurów, meneli, żebraków, złodziejaszków, gundów i żuli. Nie było
nikogo, kto konkurowałby z nim o ten tytuł. Zbyt leniwy, żeby uprawiać
ziemię, żył ze swego talentu i łaskawości sąsiadów, wyczarowując z ich
zepsutych kultywatorów i uszkodzonych siłowników do śledzenia słońca
nowe pokłady sił albo pomagając Edowi Gallacelliemu w konstruowaniu
mechanicznych urządzeń o niewielkiej wartości praktycznej, z wyjątkiem
zagospodarowywania nadmiaru czasu. Raz naprawił lokomotywę Kolei
Bethlehem Ares, klasy 19, pamiętał; z trudem dotoczyła się do Drogi Bez
Znaczenia ze źle wyregulowanym tokamakiem. Poczuł się jak za dawnych
czasów. W przypływie nostalgii omal nie poprosił maszynistów, żeby go
przewieźli - do Mądrości, pięknego marzenia w jego sercu.
A potem pomyślał o ochroniarzu, który wyrzucił go z pociągu, o kopniakach, udrękach i ciężkiej pracy, którą będzie musiał znosić
podczas takiej podróży. Droga Bez Znaczenia jest spokojna, daleko od
wszystkiego, jest wygodna, a owoce zrywa się prosto z drzewa. Nie, na
razie tu jeszcze zostanie.
Podczas przesilenia zimowego, gdy słońce stało nisko nad horyzontem, a czerwony pył lśnił szronem, do miasteczka ponownie przyjechał Adam
Black. Jego przyjazd był dla zmęczonej zimą rolniczej społeczności
niczym nadejście wiosny.
- Chodźcie, chodźcie, chodźcie! - wydarł się. - Objazdowa
Edukacyjno-Rozrywkowa Ekstrawagancja Adama Blacka raz jeszcze... - (tu
dla podkreślenia walnął laską o złotej gałce w mały drewniany klocek) -
...przedstawia państwu cuda z czterech stron świata w zupełnie nowym -
(łup, łup) - pokazie! W którym dla waszej przyjemności i zachwytu, panie
- (łup) - panowie - (łup) - chłopcy - (łup) - i dziewczyny - (łup) -
wystąpi po raz pierwszy na tym świecie rewelacja, najprawdziwszy anioł z Królestwa Glorii! Przejęty z Niebiańskiego Cyrku, prawdziwy,
autentyczny, stuprocentowo oryginalny anioł. - (Łup, łup!). - Tak,
chodźcie, dobrzy ludzie, jedyne pięćdziesiąt centawo za ten epokowy cud,
pięćdziesiąt centawo, dobrzy ludzie, czy naprawdę możecie sobie pozwolić
na to, by nie zobaczyć tego jedynego w swoim rodzaju fenomenu? - (Łup,
łup?). - Gdybyście byli tak uprzejmi i ustawili się ładnie w kolejce,
dziękuję... proszę się nie przepychać, czasu wystarczy dla wszystkich.
Rajandra Das spóźnił się na pokaz. Spał sobie smacznie przy ogniu, kiedy
przytoczył się pociąg z Ekstrawagancją i wskutek tego musiał przez ponad
godzinę stać na zimnie, zanim przyszła jego kolej.
- Tylko pan jeden? - zapytał Adam Black.
- Nikogo więcej nie widać.
- No to pięćdziesiąt centawo.
- Skąd u mnie pięćdziesiąt centawo. Mogą być dwa plastry miodu?
- Dwa plastry miodu mogą być. Pięć minut.
W wagonie było ciepło. Okna zasłaniały czarne kotary, które szeleściły
poruszane gorącym powietrzem z wentylatorów. Pośrodku wagonu stała
wielka, ciężka i solidna stalowa klatka, bez żadnych drzwiczek ani
zamków. Na trapezie zwieszającym się ze szczytu klatki siedziała
melancholijna istota, którą Rajandra Das miał uznać za anioła, choć nie
był to anioł, o jakim się uczył jako dziecko, na pobożnym kolanie
kochanej świętej pamięci matki.
Twarz i korpus miał nadzwyczajnie pięknego młodego mężczyzny. Ręce i nogi były z nitowanego metalu. W barkach i biodrach ciało przenikało się
z metalem, bez wyraźnej granicy. Rajandra Das widział, że to nie jest po
prostu człowiek połączony z protezami. To było coś zupełnie innego.
Anioła otaczała świetlista niebieska aura, będąca jedynym światłem w czarnym, ciepłym wagonie.
Rajandra Das nie miał pojęcia, jak długo stał i wytrzeszczał oczy, póki
anioł nie wydłużył nóg do cienkich szczudeł i nie zszedł z trapezu.
Złożył je teleskopowo, wracając do ludzkiego wzrostu i przycisnął twarz
do prętów, oko w oko z wytrzeszczonym Rajandrą Dasem.
- Skoro masz tylko pięć minut, sugeruję, żebyś mnie o coś zapytał -
powiedział ekscytującym kontraltem.
To wyrwało go ze zdumienia.
- Ojjj! - powiedział Rajandra Das. - Co z ciebie właściwie za
stworzenie?
- To zwykle jest pierwsze pytanie - powiedział blaszany anioł ze
znużeniem niezmiennej od lat rutyny. - Jestem aniołem, serafinem z Piątego Szeregu Niebiańskich Zastępów, sługą Błogosławionej Pani z Tharsis. A teraz, czy chcesz, żebym prosił o coś Panią Naszą, w imieniu
twoim czy innych, albo przekazał wiadomość ukochanej osobie za woalem
śmierci? Takie zwykle jest drugie pytanie.
- Tym razem nie - odparł Rajandra. - Każdy głupi widzi, że nie
przekażesz nigdzie żadnej wiadomości, przynajmniej, póki siedzisz w tej
klatce i występujesz u Adama Blacka. Nie, ja chcę wiedzieć, co z ciebie
właściwie za anioł, bo mnie zawsze uczyli, że anioły to kobiety z długimi włosami, pięknymi skrzydłami, w świecących sukienkach i tak
dalej.
Anioł wydął usta lekko urażony.
- Żadnej godności w tych czasach. No, to jest trzecie pytanie większości
śmiertelników. Po tym, jak przepuściłeś pytanie numer dwa, spodziewałem
się po tobie czegoś lepszego.
- No to może dla odmiany byś odpowiedział, co?
Anioł westchnął.
- Patrz, śmiertelniku.
Z jego pleców rozwinęły się dwa komplety łopatek składanych wirników.
Klatka była za mała, żeby mogły się rozprostować i obwisłe łopaty
przydawały aniołowi jeszcze bardziej żałosnego i bezcelowego wyglądu.
- To skrzydła. A jeśli chodzi o płeć...
Aureola anioła zamigotała. Po jego cielesnych częściach zaczęły
przesuwać się dziwne wypukłości. Rysy twarzy roztopiły się i spłynęły
jak deszczówka z dachu. Podskórne wzgórki skupiły się, zestaliły,
tworząc nowy obraz rysów.
Rajandra Das gwizdnął z podziwem.
- Niezłe cycki. Czyli jesteś jednym i drugim.
- Albo żadnym - powiedział anioł i powtórzył sztuczkę z roztapianiem
twarzy, przemieniając się w nadzwyczaj piękną młodą osobę nieokreślonej
płci. Teraz, określane wbrew urodzie rodzajem nijakim, schowało łopaty
wirników z powrotem w plecach i uśmiechnęło się niepocieszone.
Rajandra Das poczuł w sercu ukłucie współczucia. Wiedział, jak to jest
być gdzieś nie z własnej woli. Wiedział, jak to jest, kiedy życie ci
daje popalić.
- Coś jeszcze, śmiertelniku? - zapytał ze znużeniem anioł.
- Ej, stary, no weź się tak nie obrażaj. Jestem po twojej stronie,
naprawdę. Powiedz mi, jak to jest, że ty nie możesz pstryknąć małym
palcem i rozwalić tej klatki? Mnie uczyli, że anioły to dość potężne
stwory.
Anioł nachylił się konfidencjonalnie do prętów klatki.
- Ja jestem tylko aniołem z Piątego Szeregu Niebiańskich Zastępów, a nie
jakąś grubą rybą jak FARIOSTER czy TELEMEGON - to są najnowsze modele;
Pierwsze Szeregi, archangielskie, one mogą zrobić, co tylko zechcą, ale
my jesteśmy z tych pierwszych, my byliśmy prototypami, potem Nasza Pani
ulepszała konstrukcję z każdym kolejnym modelem, w Awatach, Lorarchach,
Szerafach, Archangielskach.
- Zaraz, zaraz, to ty mówisz, że jesteś skonstruowany?
- Wszyscy jesteśmy, śmiertelniku, w ten czy inny sposób. Ale chodzi o coś innego - my, anioły, jesteśmy na energię słoneczną, dlatego właśnie
Adam Black trzyma tę klatkę w ciemności, żebym nie nagromadził dość
energii, by uwolnić się z tych prętów. Chociaż... - dodał ze smutkiem -
...jesteśmy stworzone głównie do latania, nie do walki; większość mojej
siły idzie na napędzanie wirników.
- A jakbym rozsunął wszystkie zasłony?
- To przyjdzie Adam Black i zasunie je z powrotem. Dzięki za tę myśl,
śmiertelniku, ale, żeby odzyskać pełną anielską moc, potrzebowałbym ze
trzech tygodni ciągłego słońca.
Adam Black wetknął głowę przez drzwi i powiedział:
- Koniec czasu. Proszę wychodzić. - I spojrzał surowo na anioła. - Znowu
cały czas gadasz? Mówiłem ci, że ma być krótko.
- Ej, zaraz, po co ten pośpiech? - zaprotestował Rajandra Das. - Po mnie
nikogo już nie ma, a właśnie mamy ciekawą fazę w rozmowie. Jeszcze
minutę, dobra?
- No dobrze. - Adam Black wycofał się, by przeliczyć zarobek - sześć
dolarów pięćdziesiąt centawo, kurę, trzy butelki groszkowego wina i dwa
plastry miodu.
- Słuchaj, powiedz coś więcej - powiedział Rajandra Das. - Na przykład,
jak w ogóle wylądowałeś w tej klatce.
- Przez nieuwagę. Byłem w Zaszczytnym Orszaku Błogosławionej Pani,
urządzaliśmy paradę nad jakąś dziurą za dziesięć centawo na Wielkich
Równinach. Nazywała się Francuz. Robimy takie rzeczy od czasu do czasu,
coś jak wielka cyrkowa parada, żeby śmiertelnicy pamiętali o wyższych
rzeczach, kto ten świat stworzył, i tak dalej, a poza tym Błogosławiona
Pani ma teraz tę nową strategię bezpośredniej interwencji wśród istot
organicznych. No, w każdym razie impreza była spora, Wielkie Moce,
Dominia, Duchowa Menażeria, Wielki Niebieski Plymouth, Jeździec na
Wielogłowej Bestii i tak dalej, zanim to wszystko przeszło, trwało
prawie cały dzień. Ja byłem w ostatniej fali i musiałem tyle czekać, że
strasznie się już nudziłem, a znudzone anioły robią się nieuważne. I chwilę potem wleciałem prosto w kable wysokiego napięcia stacji łącza
mikrofalowego. Oszołomiło mnie. Poleciały mi bezpieczniki. Straciłem
przytomność. Śmiertelnicy mnie odcięli, wsadzili mnie do tej klatki w piwnicy i karmili plackami kukurydzianymi i piwem. Wyobrażasz sobie, jak
to jest być aniołem-alkoholikiem? W kółko im powtarzałem, że jestem na
energię słoneczną, ale w ogóle nie docierało. Śmiertelnicy zaczęli się
zastanawiać, co właściwie im przyjdzie z anioła z Niebiańskich Zastępów,
i wtedy pojawił się Adam Black i kupił mnie razem z klatką za piętnaście
złotych dolarów.
- No a czemu nie próbowałeś uciec? - zasugerował Rajandra Das, któremu
po głowie chodziły złe myśli.
- Nie ma zamka. Jeśli chodzi o mechanizmy, to my jesteśmy w tym dobrzy.
Otworzyłbym każdy zamek, który by tu był, ale Adam Black zna się na
hagiografii, więc kiedy odzyskałem siłę i poodrastały mi obwody,
zaspawał drzwiczki.
- To słabo - powiedział Rajandra, mając w pamięci doły pod dworcem w Południku. - Nikt nie powinien przez pomyłkę siedzieć w klatce.
Anioł wzruszył wymownie ramionami. Adam Black znów wetknął głowę przez
drzwi.
- No dobra, teraz to już naprawdę koniec. Poważnie mówię. Chcę już
zamykać.
- Pomóż mi - szepnął desperacko anioł, ściskając grube na palec pręty. -
Możesz mnie stąd wydostać, ja to wiem, widzę to w twoim sercu.
- To już chyba będzie pytanie numer pięć - powiedział Rajandra Das i odwrócił się, żeby wyjść z ciemnego wagonu. W tym samym momencie
wyciągnął z kieszeni swój wojskowy scyzoryk o wielu ostrzach, ukradziony
ze sklepu Narzędzia Specjalistyczne Krishnamurti. Ukrył go we wnętrzu
dłoni i podał dyskretnie aniołowi.
- Schowaj to - wyszeptał, nie poruszając ustami. - A jak się uwolnisz,
obiecaj mi, że zrobisz dwie rzeczy. Po pierwsze, nie wracaj tutaj.
Nigdy. Po drugie, wspomnij o mnie Błogosławionej Pani, kiedy ją
zobaczysz, bo to dzięki niej jestem dobry dla maszyn, a maszyny są dobre
dla mnie. - Ukradkowy gest zmienił się w machanie na pożegnanie.
Adam Black już czekał z kluczem w drzwiach.
- Niezły ten twój pokaz na bogu - rzucił Rajandra Das. - Powiem ci
jedno, po tym to trudno będzie czymś nas zaskoczyć. Co tam masz na jutro
przygotowane, Świętą Katarzynę w klatce? - Puścił oko do showmana. I wydało mu się, że już słyszy zgrzyt metalu o metal.
Rozdział 16
16
Tego ranka, gdy przyszedł ROTECH, pojawił się w świecie najpierw jako
tępe brzęczenie w snach ludzi, potem wypełzł z nich jako basowa
pulsacja. Pobudziła wszystkich i dopiero wówczas do nich dotarło, że to
nie był jakiś zbiorowy senny koszmar, że ten hałas był obiektywnym
zjawiskiem, tak realnym i obiektywnym, że w domach grzechotały od niego
wszystkie luźne przedmioty, a talerze spadały z półek i się tłukły.
- Co to jest, co to jest? - pytali się nawzajem, przebierając się w dzienne ubrania, przerzucając się zabobonnymi stwierdzeniami o apokalipsie, Armagedonie, wybuchach atomowych, międzyplanetarnej wojnie
lub niebie spadającym im na głowy.
Dygot nasilił się tak, że zaczął im nawet wypełniać miejsce pod czaszką.
Trząsł skałami pod ich nogami, trząsł kośćmi pod skórą, trząsł niebem i ziemią, strząsał ludzi ze schodów i wytrząsał przez drzwi frontowe, żeby
zobaczyli, co się dzieje.
Nad Drogą Bez Znaczenia wisiało tysiąc srebrnych spodków, tak lśniących
w porannym słońcu, że aż raziły oczy - tysiąc srebrnych podniebnych
pojazdów, a łoskot ich silników trząsł ziemią. Każdy miał pełne
pięćdziesiąt metrów średnicy i był opatrzony świętym imieniem ROTECH-u z numerem seryjnym, a pod spodem, mniejszymi literami było dopisane:
"Wydział Utrzymania Planet". Reflektory pocięły osadę snopami,
wyszukując oszołomionych mieszkańców na gankach i werandach. Babuszka,
opromieniona światłem z nieba, padła na kolana i modliła się, żeby Anioł
Pięciu Fiolek Zniszczenia (plagi ciemności, plagi głodu i pragnienia,
plagi bezdzietności, plagi sarkazmu i plagi pożerających wszystko
kóz-mutantów) zostawił ją w spokoju. Dzieci Drogi Bez Znaczenia machały
do załóg w ich wysuniętych kabinach. Piloci odmachiwali i migali
reflektorami. Kiedy ludzie przyzwyczaili się do statków ROTECH-u nad
miasteczkiem, nagle dotarło do nich, że nie są ich tysiące, setki, nawet
nie pięćdziesiąt, lecz dwadzieścia trzy. Jednakże z samego rana silne
wrażenie robią nawet dwadzieścia trzy statki wypełniające niebo i ziemię
hukiem silników.
Z kruszącym skały rykiem dwadzieścia dwa sterowce uniosły się wysoko w powietrze, przechyliły się i odleciały na zachód, reflektorami
wydrapując na niebie długie smugi. Jedyny pozostały sterowiec opadł
niżej i podszedł do lądowania po drugiej stronie torów, dokładnie w miejscu, gdzie kiedyś rozbiła się Persis Tatterdemalion. Natomiast
lądowanie ROTECH-u odbyło się pod pełną kontrolą i z arogancką
łatwością. Wentylatory odwróciły się ku górze, wzbijając w powietrze
duszące tumany pyłu. Kiedy kaszel się uspokoił, sterowiec stał już na
wspornikach i rozwijał schodki prowadzące do jaskrawo oświetlonego
wnętrza. Razem z nimi wydobył się stamtąd zapach przygotowywanego
śniadania.
Obywatele Drogi Bez Znaczenia zebrali się po swojej stronie torów,
wszyscy oprócz Persis Tatterdemalion, która uciekła po pierwszym
muśnięciu snopem światła, bo sterowce mogły latać, a ona nie.
Przyglądali się rozwojowi wydarzeń wokół statku z lękiem zmieszanym z ekscytacją. To mogli być najlepsi goście jak dotąd.
- No idź - powiedział pan Jericho do doktora Alimantanda. - Ty tu jesteś
szefem.
Doktor Alimantando otarł kurz ze swojego wiecznie zakurzonego ubrania i przeszedł sto metrów wzdłuż torów w stronę sterowca. Nie usłyszał ani
jednego zachęcającego okrzyku.
Po schodkach zszedł niesamowicie elegancki mężczyzna w pięknym białym
garniturze ze stójką i zagapił się na niego. Doktor Alimantando,
zapylony i skromny, skłonił się uprzejmie.
- Jestem doktor Alimantando, tymczasowy wójt Drogi Bez Znaczenia,
ludność: dwadzieścia dwie osoby, wysokość: tysiąc dwieście pięćdziesiąt
metrów, "o krok od Raju". Witamy w naszym miasteczku, mam nadzieję, że
się wam spodoba, dla waszej wygody i komfortu mamy bardzo dobry hotel,
czysty, tani, ze wszystkimi udogodnieniami.
Obcy, wciąż się nań gapiąc (wyjątkowo chamsko według nieśmiałych
standardów Deuteronomium), kiwnął głową w najbardziej zdawkowym
powitaniu.
- Dominic Frontera, Biuro Osadnictwa i Zabudowy, Wydział Utrzymania
Planet, ROTECH, Porcelanowa Góra. Co wy tu, do cholery, robicie?
Pobudliwy doktor Alimantando szybko się pobudził.
- W sumie mogę pana zapytać o to samo.
Zatem Dominic Frontera mu powiedział. A doktor Alimantando natychmiast
zwołał spotkanie wszystkich mieszkańców, żeby Dominic Frontera mógł im
powtórzyć to, co powiedział jemu. I rzekł im tak:
- We wtorek, szesnastego maja, czyli za trzy dni, o szesnastej
dwadzieścia cztery, Droga Bez Znaczenia wyparuje na skutek uderzenia
jądra komety o wadze około dwustu pięćdziesięciu megaton, lecącego z prędkością pięciu kilometrów na sekundę, które będzie miało miejsce
około trzydziestu czterech kilometrów na południe stąd.
I wybuchło pandemonium. Doktor Alimantando walił swoim młoteczkiem
tymczasowego wójta, aż popękał mu klocek, potem ochrypł od krzyku, a ludzie dalej się darli, wściekali się i wymachiwali w powietrzu
najlepszymi krzesłami Persis Tatterdemalion.
Dominic Frontera ledwie mógł uwierzyć, że dwadzieścia dwie osoby mogą
wygenerować taki chaos. W ogóle nie powinien brać w tym udziału.
Powinien był w jeden dzień do południa skończyć obmierzanie miejsca
uderzenia i już być w Regionalnym Biurze w Południku. Grać w tryktraka w swoim ulubionym zakątku herbaciarni Chena Tsu, popijać belladońską
brandy i patrzeć, jak kwitną morele. A zamiast tego stał naprzeciwko
rozwścieczonej bandy gotowej pobić go na śmierć taboretami z pustynnej
sosny - popatrzcie tylko na tę starą babę, pewnie ma koło czterdziestki,
a niczego nie pragnie bardziej niż zlizać moją krew z podłogi - i to
wszystko dlatego, że znalazł tę zasraną dziurę w miejscu, gdzie żadnej
zasranej dziury nie powinno być, w oazie, która w ogóle była planowana
do geoinżynierii dopiero dwa lata po upadku komety. Westchnął.
Wyszarpnął z kabury swego pilota pistolet rakietowy Presneya i oddał
trzy szybkie strzały w strop B.A.R-u/Hotelu.
Pełna szoku cisza, która natychmiast zapadła, ucieszyła go. Pociski
dalej syczały wbite w dachówki. Przywróciwszy spokój, wyjaśnił, dlaczego
Droga Bez Znaczenia musi ulec zniszczeniu.
Chodziło o wodę. Było jej za mało. Cały ten świat trzymał się na szeregu
ekologicznych równań, które zawsze muszą być spełnione. Po jednej
stronie znaku równości było sztuczne środowisko świata: powietrze, woda,
pogoda i te mniej namacalne czynniki, na przykład orbitalne magnesy
nadprzewodzące, tworzące wokół planety ochronną siatkę odpychającą
promieniowanie i burze słonecznych cząstek, które inaczej
wysterylizowałyby jej powierzchnię albo warstwę metalowych jonów
zawieszoną wysoko ponad tropopauzą, wzmacniającą światło słońca plus
orbitalne lustra, vany, wyrównujące miejscowe różnice temperatury i ciśnienia: równanie stabilne, choć kruche. Po drugiej stronie znaku
równości stali mieszkańcy tej ziemi, rodowici i przyjezdni, ich
powiększająca się liczba i coraz większa presja na świat i jego zasoby.
A to równanie musi zawsze być w równowadze, choćby populacja rosła
arytmetycznie, geometrycznie, logarytmicznie, to musi się równać (tu
Dominic Frontera dla podkreślenia dźgnął w publiczność lufą pistoletu) i jeśli to oznacza, że od czasu do czasu trzeba skądś zaimportować trochę
wody ("od czasu do czasu" oznaczało mniej więcej co dziesięć lat przez
kolejne pół tysiąclecia, a "skądś" - gigatony kometarnego lodu
czekającego na grawitacyjny sygnał za kulisami Układu Słonecznego), to
ona będzie zaimportowana i koniec.
- W przeszłości waliliśmy tymi jądrami komet gdzie popadnie - tłumaczył
rzędom rozdziawionych ust. - Lód, który nie odparował przy wejściu w atmosferę, odparowywał przy uderzeniu, a ogromne ilości wzbitego pyłu
powodowały, że para zbijała się w chmury i wywoływała opady. W pierwszych dniach komety uderzały nawet trzy razy na tydzień. Oczywiście
wtedy nikogo nie było, więc nie spadały nikomu na głowę. - Dominic
Frontera przypomniał sobie, że nie wykłada na lekcji geografii w szkole
średniej, lecz przed bandą durnych wieśniaków i zezłościł się. - Jak się
domyślacie, odkąd zaczęło się osadnictwo, coraz trudniej znaleźć miejsce
do zrzucenia lodu, a jeśli się da, wolimy go roztrzaskać, bo to
zdecydowanie najtańszy sposób na wytworzenie pary wodnej. No i wybraliśmy sobie takie miejsce, w Ćwiartce Północno-Zachodniej, gdzie
nie ma żadnych planów zagospodarowania na co najmniej cztery lata, może
się trafić jakiś podróżnik, jakiś pociąg, jakiś sterowiec, ale da się
ich ostrzec przez uderzeniem, a potem wrócić, naprawić tory i zawołać z orbity orfy, żeby zrobiły z pustyni ogród. Taki jest plan. I co my tu
mamy? Co mamy? - Podniósł głos do krzyku. - Was. Co wy tu, do cholery,
robicie?! Tu nawet oazy nie powinno być, a co dopiero jakiejś osady!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
1
Doktor Alimantando trzy dni szedł za zieloną osobą przez pustynię.
Przyzywany palcem złożonym z przegubowych strączków zielonej fasolki
przeżeglował w ślad za nim pustynię czerwonego żwiru, pustynię
czerwonego kamienia i pustynię czerwonego piasku. A co noc, kiedy
zasiadał przy ognisku ze szczapek wysuszonego drewna i pisał w dzienniku, na niebo wschodził księżycowy pierścień, ten rozfikany ciąg
sztucznych satelitów, i wywabiał zieloną osobę z głębi pustyni.
Pierwszej nocy, gdy do niego przyszła, wysoko w stratosferze migotały
meteory.
- Użycz mi swego ognia, niech się ogrzeję, daj mi schronienie, bo
pochodzę z cieplejszej epoki. - Doktor Alimantando kiwnął na zieloną
osobę, by podeszła bliżej. Obserwując tę dziwną, nagą postać, poczuł
potrzebę zapytać: - Co z ciebie za istota?
- Jestem człowiekiem - odpowiedziała zielona osoba. Jej usta, wargi,
język, kiedy się odzywała, były koloru zielonych liści. Zęby miała małe
i żółte jak ziarenka kukurydzy. - A ty?
- Też jestem człowiekiem.
- No to jesteśmy tacy sami. Dorzuć do ognia, przyjacielu, niech poczuję
ciepło.
Doktor Alimantando kopnął szary sękaty kawałek i wysoko w noc
poszybowały iskry.
Po jakimś czasie zielona osoba zapytała:
- A masz wodę, przyjacielu?
- Mam, ale muszę oszczędzać. Nie wiem, jak długo będę szedł przez
pustynię i czy znajdę na niej wodę.
- Przyjacielu, jeśli dasz mi dzisiaj swój bidon, jutro doprowadzę cię do
wody.
Doktor Alimantando długo siedział nieruchomo pod migotliwymi światłami
księżycowego pierścienia. Potem odpiął od plecaka jeden z bidonów i podał go nad ogniem. Zielona osoba wypiła wszystko. Powietrze wokół niej
zaiskrzyło aromatem zieleni, jak las po wiosennym deszczu. Doktor
Alimantando zaraz zasnął i nic a nic mu się nie śniło.
Następnego ranka przy ognisku, w miejscu, gdzie siedziała zielona osoba,
był tylko czerwony kamień.
Kolejnego wieczoru doktor Alimantando rozbił obóz, zjadł posiłek i zaczął pisać dziennik. Potem po prostu siedział, sycąc się radością
kamiennej pustyni. Płynął przez nią i płynął, oddaliwszy się od wzgórz
Deuteronomium, od pustyni czerwonego żwiru, przez pustynię czerwonego
kamienia, przez krainę szczelin i rozpadlin, niczym skamieniały mózg,
przez gładkie kamienne chodniki, pomiędzy zerodowanymi słupami ciemnego
wulkanicznego szkła, przez skamieniałe od miliarda lat lasy, przez suche
od miliarda lat koryta rzeczne, przez wyrzeźbione wiatrem palisady z czerwonego kamienia, przez nawiedzone płaskowyże, nurkujące stromymi
granitowymi ścianami w głąb kanionów o nieskończonym echu, ściskając z wytrzeszczonymi ze strachu oczyma uchwyty wiatrowej deski, gdy jej
promagnetyczne lewitatory wysilały się, z trudem utrzymując ją w górze.
Uciekał przed wielkim wiatrem, żeglując i żeglując i żeglując, póki
nieba nie przeszyły pierwsze szpileczki wieczornych gwiazd.
Gdy tak siedział, na sklepieniu niebieskim nerwowo zamigotały
ciepłobłękitne lasery i znów przyszła zielona osoba.
- Gdzie jest ta obiecana woda? - zapytał doktor.
- Wszędzie była kiedyś woda i wszędzie będzie znów - powiedziała zielona
osoba. - Ten kamień był kiedyś piaskiem i za milion lat od teraz znów
będzie piaskiem na plaży.
- Gdzie jest woda, którą mi obiecałeś?! - krzyknął doktor Alimantando.
- Chodź ze mną, przyjacielu.
Zielona osoba poprowadziła go do zagłębienia pod czerwonym urwiskiem, a tam, w jeszcze głębszej ciemności ciurkała sobie samotna, czysta woda,
wyciekająca z pęknięcia w skale i zbierająca się w małym, ciemnym
stawku. Doktor Alimantando napełnił swoje bidony, ale nie napił się -
bał się zbrukać przedwieczną wodę. W miejscu, gdzie stała wcześniej
zielona osoba, na wilgotnych odciskach jej stóp wykiełkowały
bladozielone łodyżki. Potem Doktor Alimantando zasnął i nic a nic mu się
nie śniło.
Następnego ranka przy węgielkach ogniska, w miejscu, gdzie siedziała
zielona osoba, stało uschnięte, szare drzewo.
W trzecią noc po trzecim dniu, przeżeglowawszy pustynię czerwonego
piasku, doktor Alimantando rozpalił ognisko, rozbił obóz i zaczął
zapisywać swe spostrzeżenia i spekulacje w oprawnym w skórę dzienniku,
eleganckim, delikatnym pismem, pełnym pętelek i zawijasów. Tej nocy był
znużony, wyczerpany podróżą przez pustynię czerwonego kamienia. Na
początku czuł się łaskotany radością i miecionym przez wiatr piaskiem,
jadąc wiatrową deską w górę i w dół, w górę i w dół przez wiecznie
załamujące się piaskowe fale. Przejechał czerwony piasek i niebieski
piasek, piasek żółty i zielony, piasek biały i czarny, fala za falą za
falą, póki te fale go nie wyczerpały i nie wyżęły do cna, tak że nie
miał już sił na pustynię sody, pustynię soli i pustynię kwasu. A za tymi
pustyniami, w miejscu poza wszelkim wyczerpaniem, była pustynia
bezruchu, na której słyszało się dzwonienie odległych dzwonów, jakby z dzwonnic miast zakopanych na miliardy lat głęboko pod piaskiem lub z dzwonnic miast niezrodzonych przez kolejne miliardy lat, które kiedyś
będą tam stać. Tam, w sercu pustyni, zatrzymał się i pod niebem
rozjaśnionym światłami przybywającego na kraniec świata Żaglowca zielona
osoba przyszła do niego po raz trzeci. Kucnęła tuż poza kręgiem światła
i coś kreśliła palcem na piasku.
- Kim ty jesteś? - zapytał doktor. - Dlaczego mnie co noc nawiedzasz?
- Choć podróżujemy przez różne wymiary, tak jak ty jestem podróżnikiem
idącym przez to suche i bezwodne miejsce - odpowiedziała zielona osoba.
- Wyjaśnij mi te "różne wymiary".
- Czas i przestrzeń. Ty - przestrzeń, ja - czas.
- Jak to być może?! - zawołał doktor Alimantando, pasjonujący się czasem
i czasowością. Właśnie przez czas został wygnany ze swego domu na
zielonych wzgórzach Deuteronomium, obwołany "demonem",
"czarnoksiężnikiem" i "pożeraczem dzieci" przez sąsiadów, którym jego
twórcza ekscentryczność nie mogła pomieścić się w ciasnym świecie,
zdefiniowanym przez krowy, obite deseczkami domy, owce, kiszonkę i płotki z bielonych sztachet. - Jak ci się udaje podróżować w czasie,
coś, co chciałem osiągnąć od lat?
- Czas jest częścią mnie - powiedziała zielona osoba, prostując się i muskając swe ciało czubkami palców. - Nauczyłem się więc nad nim
panować, tak jak panuję nad innymi częściami ciała.
- Da się tego nauczyć?
- Ciebie? Nie. Masz nieodpowiedni kolor. Ale myślę, że któregoś dnia
nauczysz się tego inaczej.
Serce mu podskoczyło.
- Co masz na myśli?
- To już od ciebie zależy. Ja jestem tutaj tylko dlatego, że wymaga tego
przyszłość.
- Jak dla mnie trochę zbyt sprawny jesteś w mówieniu zagadkami. Nie
cierpię takich niejasności
- Jestem tutaj, żeby poprowadzić cię do twojego przeznaczenia.
- O! Jak?
- Jeśli mnie tu nie będzie, pewne ciągi zdarzeń nie zaistnieją; tak
zdecydowali moi panowie, dowolnie bowiem manipulują wszelką przestrzenią
i czasem. Wysłali mnie tu, żebym cię poprowadził ku przeznaczeniu!
- Człowieku, mów konkretniej! - zawołał doktor Alimantando, zapalczywy
jak zawsze.
Jednakże ogień zamigotał, w świetle niewidocznego słońca błysnęły
wypełniające niebo żagle statku Praesidium i zielona osoba zniknęła.
Odczekał pod osłoną swojej deski, aż ogień skurczy się do czerwonych
węgielków. A potem, wiedząc, że zielona osoba już tej nocy nie wróci,
położył się spać i śnił mu się stalowy sen. W tym śnie tytaniczne
maszyny koloru rdzy zdejmowały z pustyni skórę i składały w jej miękkie
mięso żelazne jaja. Z jaj wykluwały się wijące się metalowe larwy,
głodne hematytu, hematytu amerykańskiego i magnetytu. Stalowe robale
zbudowały sobie ogromne gniazdo pełne pieców i kominów, istne miasto
buchające dymem i syczące parą, dzwoniące młotami i sypiące iskrami, z rzekami z białej, stopionej stali i służącymi robakom białymi,
mięsistymi robotnikami.
Następnego dnia doktor Alimantando obudził się i stwierdził, że w nocy
zerwał się wiatr i pokrył wiatrową deskę piaskiem. W miejscu, gdzie
siedziała zielona osoba, na skraju kręgu światła z ogniska, stała
spękana bryła zielonego malachitu.
Wiatr wzmógł się i wyniósł doktora Alimantanda z serca pustyni.
Zaciągnął się ostrym jak wino powietrzem i wsłuchał się w trzaskanie
wiatru w żaglach, w szept sypiącego się przed nim, poruszanego wiatrem
piasku. Poczuł, jak pot schnie mu na skórze, a sól wgryza się w twarz i dłonie.
Żeglował tak i żeglował, i żeglował, cały ranek. Słońce właśnie dotarło
do zenitu, gdy zobaczył swoją pierwszą i ostatnią fatamorganę. Jego
rozmyślania o czasie i czasowych podróżnikach przecięła linia czystego,
błyszczącego srebra - najczystszego, jasno świecącego - biegnąca ze
wschodu na zachód ponad ciągiem niskich wzgórz, zdaje się znaczących
koniec pustyni. Zbliżając się, zaczął odróżniać w srebrnym blasku
ciemniejsze cienie i odbity zielony poblask, jakby rosło tam coś
zielonego.
"Złudzenie w wyschniętym umyśle", powiedział sobie, wnosząc wiatrową
deskę po ledwie widocznej ścieżce prowadzącej na usianą jaskiniami
skałę, jednakże, dotarłszy na szczyt, zdał sobie sprawę, że to nie
sprawka umysłu ani nie fatamorgana. Ten poblask zieleni naprawdę
pochodził od zielonych roślin, cień był ciemną sylwetką osobliwej
skalnej wypukłości, dźwigającej na szczycie maszt z pierzastymi czułkami
anten i talerzami mikrofalowymi, a srebrna linia była dokładnie tym -
błyszczącymi w słońcu dwiema równoległymi stalowymi szynami o standardowym rozstawie.
Doktor Alimantando pospacerował dłuższą chwilę po zielonej oazie,
przypominając sobie, jak pachnie zieleń, jak wygląda zieleń, jak
zachowuje się zieleń pod stopami. Usiadł, by posłuchać szmeru wody
przelewającej się kaskadami z rowka do rowka oraz cierpliwego
skrzypienia pomp wiatrowych wyciągających ją z jakiejś podziemnej
warstwy wodonośnej. Poczęstował się bananami, figami i granatami, zjadł
markotny lunch w cieniu topoli. Ucieszył się, że to koniec surowej
pustynnej krainy, choć jednocześnie zamarł w nim duchowy wiatr pędzący
go przez pustkowia. Słońce świeciło na rozbrzęczaną od pszczół oazą i doktor Alimantando osunął się w ospałą, wygodną sjestę.
Nieokreślony czas później obudziło go tarcie piasku o policzek. Przez
zaspaną chwilę, póki miał zamknięte oczy, nie docierało do niego
znaczenie tego bodźca. Potem uderzyło jak gwóźdź wbity między oczy.
Raptownie usiadł prosto i cały zadygotał z przerażenia.
W pośpiechu zapomniał zacumować wiatrową deskę.
Niesiona porywistym wiatrem deska podskakiwała i kołysała się na suchej
równinie. Bezradnie patrzył, jak jego jedyny środek transportu oddala
się od niego na drugą stronę Wielkich Równin. Obserwował jaskrawozielony
żagiel, póki nie zniknął jako bezbarwna kropka za horyzontem. Potem
przez długą i głupią chwilę stał i próbował się zastanowić, co teraz
począć, ale nie był w stanie myśleć o niczym innym poza tą drwiąco
podskakującą na wietrze deską. Stracił swoje przeznaczenie, pozwolił mu
odpłynąć z wiatrem. Wieczorem zielona osoba wyjdzie z czasu, żeby z nim
porozmawiać, ale jego tam nie będzie, bo spóźnił się na swoje
przeznaczenie i wszystkie te ciągi zdarzeń, które wielkie umysły
zielonych przewidziały, nigdy nie zaistnieją. Wszystko przepadło.
Zbrzydzony do mdłości własną głupotą doktor Alimantando odstawił plecak
i zastanowił się nad szansami ratunku. Być może nadjedzie pociąg. Być
może udałoby mu się pomajstrować przy tych urządzeniach na maszcie i nadać jakiś sygnał pomocy. Być może pomoże mu właściciel tego żyznego,
zielonego, podstępnie łagodnego miejsca. Być może... może. A być może to
wszystko to tylko sen podczas sjesty, z którego się obudzi i zastanie
unoszącą się obok poobijaną wiatrową deskę.
"Być może" zmieniło się w "gdyby". Gdyby nie zasnął, gdyby przywiązał
deskę... gdyby.
Oazą zatrząsł infradźwiękowy rumor, taki, od którego zgrzytają
trzonowce. Powietrze zawibrowało. Woda spadła kroplami z liści roślin.
Metalowy maszt przekaźnikowy zadygotał, a doktor Alimantando zerwał się
skonsternowany na równe nogi. Coś działo się pod pustynią - jej
powierzchnia gotowała się i kipiała, jakby pod spodem kręciło się i wirowało coś wielkiego. Piasek wydął się w wielki bąbel i pękł, osuwając
się lawinami na wszystkie strony. Spod pustyni wyłoniło się coś
ogromnego, prostokątnego, jaskrawopomarańczowego, z łagodnie
zaokrąglonymi rogami. Na niebotycznych ścianach widniał czarny napis
ROTECH. Doktor Alimantando, motywowany swą zgubną ciekawością, podpełzł
bliżej zbocza. Pomarańczowa skrzynia, wielka jak dom, stała na ziemi i potężnie buczała.
- Orf - szepnął doktor Alimantando z bijącym z podziwu sercem.
- Dzień dobry, człowieku! - odezwał się nagle głos w jego głowie.
- Co? - zaskomlał.
- Dzień dobry, człowieku. Przepraszam, że cię wcześniej nie przywitałem,
ale jak widzisz, ja umieram, a ten proces jest dla mnie mocno
kłopotliwy.
- Słucham?
- Umieram: moje systemy się psują, pękają jak nici, mój kiedyś
tytaniczny umysł osuwa się w kretynizm. Popatrz tylko na mnie,
człowieku, moje piękne ciało jest odrapane, popękane, poplamione.
Umieram porzucony przez moje siostry, które zostawiły mnie na śmierć na
tej okropnej pustyni, zamiast na skraju nieba, jak przystało na orfa -
gdzie odrzuciłbym osłony i na moment rozbłysnął pełnym glorii blaskiem w górnych warstwach atmosfery. Niech przeklęte będą zdradzieckie siostry!
Mówię ci, człowieku, jeśli tak ma wyglądać to nowe pokolenie, to cieszę
się, że schodzę z tego świata. Gdyby tylko miało to trochę więcej
godności. Może tobie uda się pomóc mi odejść z godnością.
- Pomóc? Tobie? Jesteś orfem, sługą Błogosławionej Pani; to ty
powinieneś mi pomóc. Tak jak ty utknąłem na środku pustyni i jeśli nikt
mi nie pomoże, zginę zaraz po tobie. Porzucił mnie tu kapryśny los, mój
środek transportu mnie zawiódł.
- Masz nogi.
- Chyba żartujesz.
- Człowieku, nie nękaj mnie swoimi przyziemnymi potrzebami. W tym stanie
nie mogę ci pomóc. Nie mogę cię stąd zabrać. Nawet sam siebie nie mogę
stąd zabrać. Obaj tu zostaniemy, w miejscu, które stworzyłem. Prawda,
twoja obecność tutaj jest nieplanowana i nieoficjalna; Plan Pięćsetletni
nie zezwala na osiedlanie się w tym mikrośrodowisku przez kolejne sześć
lat, ale możesz tu zostać, póki nie przyjedzie pociąg, żeby cię gdzieś
zabrać.
- A kiedy to będzie?
- Za dwadzieścia osiem miesięcy.
- Za dwadzieścia osiem miesięcy?
- Przykro mi, ale tak prognozuje Plan Pięćsetletni. Środowisko, które tu
przygotowałem, jest dość ascetyczne, prawda, ale utrzyma cię przy życiu,
a po mojej śmierci będziesz mieć dostęp do całego sprzętu, który mam w sobie. Dobrze, jeśli skończyłeś nękać mnie twoimi kłopotami, możemy
zająć się moimi?
- Ależ musisz mnie stąd zabrać! Moim przeznaczeniem nie jest być... Kim
właściwie?
- Strażnikiem systemów łączności.
- Strażnikiem systemów łączności. Są inne, wielkie wydarzenia, które
muszę wprawić w ruch gdzie indziej!
- Obojętne, jakie jest twoje przeznaczenie, teraz będzie się wypełniało
w tym miejscu. A teraz, człowieku, oszczędź mi, proszę, swoich jęków i daj mi umrzeć z odrobiną godności.
- Umrzeć? Jak to umrzeć? Jak może umrzeć maszyna, moduł inżynierii
środowiskowej ROTECH-u, jak może umrzeć orf?
- Odpowiem ci na to jedno pytanie i na żadne więcej. Życie orfa jest
długie, ja liczę sobie prawie siedemset lat, ale jestem tak samo
śmiertelny jak ty. A teraz zostaw mnie w spokoju i powierz moją duszę
opiece Świętej Pani z Tharsis.
Uporczywe buczenie nagle ustało. Doktor Alimantando wstrzymywał oddech w wyczekiwaniu, orf jednak niezmiennie stał na czerwonym piasku. Doktor w nabożnej ciszy zbadał małe ręcznie zbudowane królestwo, które po nim
dziedziczył. Odkrył wyjątkowo schludne jaskinie, którymi był usiany
skalny występ z przekaźnikiem mikrofalowym; te uznał za swój dom. W wielkich, okrągłych grotach jego skromny dobytek prawie ginął. Rozwinął
śpiwór, by go przewietrzyć, i poszedł zebrać coś na kolację.
Zapadał zmrok. Na niebie zabłysły pierwsze klejnoty księżycowego
pierścienia. Wysoko w górze nieczułe orfy toczyły się i koziołkowały
pogrążone w wiecznym spadaniu. Ich umierający brat uwięziony przez
ziemię i grawitację rzucał na piasek wielkie fioletowe cienie. Doktor
Alimantando zjadł w przygnębieniu kolację i poszedł spać. Dwie po
drugiej obudził go potężny głos:
- Zgiń, przepadnij, ROTECH!
Doktor Alimantando wybiegł z ciemnej jaskini, żeby zobaczyć, co się
dzieje. Nocne powietrze wibrowało mocą, ciemność przeszywały snopy
reflektorów, panele potężnego ciała orfa rozsuwały się i zasuwały,
otwierały i zamykały. Orf wyczuł obecność dygocącego w koszuli nocnej
doktora i przygwoździł go jak męczennika snopami świateł.
- Człowieku, pomóż mi! To umieranie nie jest tak proste, jak myślałem.
- To dlatego, że jesteś maszyną, nie człowiekiem! - zawołał doktor
Alimantando, osłaniając oczy przed blaskiem reflektorów. - Ludzie
umierają bardzo łatwo.
- Czemu nie mogę umrzeć, skoro chcę? Pomóż mi, człowieku, podejdź do
mnie, pokażę ci, jak okazać mi miłosierdzie, albowiem ta mechaniczna
niepełnosprawność jest nie do zniesienia. Podejdź do mnie, człowieku.
Pomóż mi!
Doktor Alimantando zszedł więc boso nierówną ścieżką, którą rano niósł
pod górę deskę. Dotarło do niego, że musiał przepłynąć, nic nie wiedząc,
nad zakopanym orfem. Dziwne to, dziwne. Pośpieszył po jeszcze ciepłym
piasku ku buczącej ścianie giganta. Na gładkim metalu pojawiła się
ciemna plama wielkości dwudziestocentawowej monety.
- To jest aktywator procedury zniszczenia systemu. Dotknij go, a przestanę istnieć. Wszystkie moje układy się wyłączą, obwody się
przepalą i umrę. Człowieku, zrób to.
- Nie wiem...
- Człowieku, mam siedemset lat, tyle, co ziemia, po której chodzisz, czy
w tych upadłych dniach sędziwy wiek już nie budzi u was, ludzi,
szacunku? Uszanuj moją wolę. Niczego nie pragnę bardziej niż umrzeć.
Dotknij tego miejsca. Zrób to, człowieku. Pomóż mi.
Doktor Alimantando dotknął ciemnego punktu, który od razu rozpłynął się
w ciepłym, pomarańczowym metalu. Potem buczenie orfa stopniowo, bardzo
powoli ucichło, umilkło, umarło, zapadło się w ciszę Wielkiej Pustyni.
Gdy wielka machina rozluźniała się, umierając, pootwierały się jej
rozliczne panele, klapy i płyty i odsłoniły wspaniałe wewnętrzne
mechanizmy. Doktor, kiedy był już pewien, że orf nie żyje, powlókł się z powrotem spać, udręczony i pełen poczucia winy.
Rano poszedł rozebrać ciało orfa, którego zabił. W ciągu pięciu dni
zawziętej, gorączkowej i niezwykle przyjemnej pracy zbudował z niego
romboidalny panel słoneczny, pięć razy wyższy od niego samego, i zamontował go, nie bez trudności, na kratownicy pompy wiatrowej. Mając
zapewnioną energię i gorącą wodę, poszedł powybijać okna w ścianach
swoich grot i oszklić ten niewiarygodny widok na Wielką Pustynię
arkuszami folii z orfowego polimeryzatora. Rozmontował trupa na części i kawałek po kawałku wniósł na górę do swego nowego domu. Przegrzebał
trzewia machiny, wyciągając elementy, które mogły się przy odrobinie
pomysłowości i pracy nadać na automatyczne kultywatory, pompy
nawadniające, elektryczne płyty grzejne, biometanownie, zraszacze.
Doktor Alimantando uwielbiał pomysłowość, zwłaszcza swoją własną. Każde
nowe i ulepszone urządzenie cieszyło go przez całe dnie, dopóki nie
skonstruował nowego. Dni mijały, a orf coraz bardziej przypominał pustą,
żałosną skorupę, a potem części skorupy, z których doktor zbudował nowe
panele słoneczne, wreszcie jeszcze mniejsze części, aż którejś nocy
powiał naprawdę silny, burzowy wiatr, tak porywisty, że doktor
Alimantando całą noc kulił się i dygotał w śpiworze na swoim
zaimprowizowanym posłaniu. Z rana kości martwej maszyny zniknęły pod
piaskiem niczym starożytne miasto.
Dzięki jej śmierci doktor Alimantando przemienił oczekującą oazę w prawdziwą, wygodną, stechnologizowaną pustelnię, prywatny świat nieznany
nawet tym, którzy ten świat zbudowali, miejsce, gdzie można prowadzić
długie i dogłębne rozmyślania o przeznaczeniu i gęstości, czasie,
przestrzeni i sensie życia. Wszystko to robił doktor Alimantando, a z braku papieru zapisywał swe spekulacje węglem na ścianach jaskiń. Przez
rok i dzień pokrywał je wyrażeniami algebraicznymi i twierdzeniami w logice symbolicznej, a potem pewnego popołudnia dostrzegł na zachodnim
horyzoncie słup pary z lokomotywy i wiedział, że ziszcza się obietnica
orfa, i to całe siedem miesięcy wcześniej. Odczekał, aż pociąg zbliży
się na tyle, by móc odczytać nazwę Koleje Bethlehem Ares, po czym
wszedł do najwyższego pomieszczenia swego domu, swojego pokoju meteo i usiadł, patrząc na wielką pustynię, póki pociąg nie zniknął za wschodnim
horyzontem. Uświadomił sobie, że przeznaczenie jest płynnym, żywym
srebrem - wiedział ze swych badań, że idzie po różnych ścieżkach przez
krainy czasu i paradoksów, docierając do celu, albowiem czyż nie
przypadkiem i ten cel określa się mianem przeznaczenia? To było jego
przeznaczenie - żyć w owocnej samotności na skale pośrodku pustyni. Znał
gorsze rzeczy. Zatem pewnego ranka, zaraz po tym, jak przez jego
wszechświat przejechał pierwszy pociąg w historii, wziął butelkę
groszkowego wina i poszedł do pokoju meteo. Ta grota na samej górze, z czterema oknami wychodzącymi na cztery strony świata, fascynowała go
tak, że odwiedzał ją jak najrzadziej, żeby jak najdłużej pozostała czymś
szczególnym. Długo patrzył w każdym z kierunków. Potem nalał sobie
szklankę groszkowego wina i kolejną, kolejną i kolejną, a wylawszy z butelki ostatnią kroplę, uniósł szklankę i nadał nazwę wszystkiemu, co
widział.
- Droga Bez Znaczenia - wybełkotał, dopijając resztkę groszkowego wina.
- Będziesz Drogą Bez Znaczenia.
I tak już zostało, choć, wytrzeźwiawszy, doktor Alimantando uświadomił
sobie, że w ogóle nie chodziło mu o Drogę Bez Znaczenia, lecz Drogę
Przeznaczenia.
Rozdział 2
2
Pan Jericho pompował wajchą drezyny, jadąc przez równiny i lasy.
Pompował przez łąki i metropolie. Pompował przez pola ryżowe i sady,
mokradła i góry. A teraz przez Wielką Pustynię. Był cierpliwy. Był
uparty. Był małym, żylastym mężczyzną, twardym i ciemnym jak
wypolerowany korzeń jakiegoś pustynnego drzewa, pozbawiony wieku i niezłomny. Będzie machał tą wajchą choćby do krańca świata, jeśli tam
zdoła się ukryć przed ludźmi, którzy chcą go zabić. Znaleźli go w Telphersonie, znaleźli go w Namanga Loop, znaleźli go w Xipotle - a nawet on miał wcześniej trudności ze znalezieniem Xipotle. Przez pięć
dni ciągle oglądał się przez ramię, a szóstego dnia nie było to już
potrzebne, gdyż ubrani po miejsku mordercy wysiedli z pociągu, skupiając
na sobie wszystkie spojrzenia, a pan Jericho o tej samej godzinie
odjechał.
Wyjazd na Wielką Pustynię był desperackim ruchem, lecz panu Jerichowi
nie zostało już nic poza desperacją i pustynią. Na dłoniach miał bąble
od machania wajchą, kończyła mu się woda, ale wciąż pompował i pompował,
i pompował, jadąc tą absurdalną ręczną drezyną przez niekończące się
kilometry kamienia i rozżarzonego czerwonego piasku. Nie uśmiechało mu
się umieranie wśród kamieni i rozżarzonego czerwonego piasku. Taka
śmierć nie przystoi paternostrowi Czcigodnych Rodów. Tak twierdził Jim
Jericho. Tak twierdziła zbiorowa mądrość Czcigodnych Przodków,
przewalających się w chipie limbusowym wszczepionym do jego podwzgórza.
Może i strzałka asasyna byłaby od tego lepsza. A może nie. Pan Jericho
po raz kolejny chwycił za wajchę i powoli, z bólem, wprawił drezynę w ruch.
Był najmłodszym paternostrem, który awansował do Czcigodnych Rodów i aby
przetrwać pierwsze kilka miesięcy na tym stanowisku, potrzebował całej
zakumulowanej wiedzy antenatów, w tym swego nieodżałowanej pamięci
bezpośredniego poprzednika, paternostra Willema. To właśnie Czcigodni
Przodkowie podsunęli mu wyjazd z Metropolis do Nowego Świata.
"Rozwijająca się gospodarka", mówili, "tysiąc i jeden nisz ekonomicznych
do wykorzystywania". Wykorzystał je, i to jak, Czcigodne Rody bowiem
specjalizowały się właśnie w wykorzystywaniu - w zbrodni, występku,
szantażu, korupcji, narkotykach, hazardzie, oszustwach komputerowych,
handlu żywym towarem, czyli tysiącu i jednej nisz ekonomicznych. Pan
Jericho nie był pierwszy, za to był najlepszy. To prawda, zuchwałość
jego przestępczych poczynań zaparła publiczności dech, budząc
westchnienia oburzenia i podziwu, ale także zmusiła konkurentów, by
zapomnieli o swych drobnych waśniach i zjednoczyli się przeciwko jemu i jego Rodzinie. Kiedy zostanie przywrócony pokój, wrócą sobie do swoich
bratobójczych walk.
Przystanął, by otrzeć z czoła słony pot. Nawet mimo pomocy Dyscyplin
Damantyńskich był u kresu sił. Zamknął oczy na rażący blask słońca i piasku, skupił się, starając się przymusić nadnercza do wydzielenia fali
noradrenaliny, która popędzi go dalej. Głosy Czcigodnych Przodków
jazgotały mu w głowie jak wrony w katedrze - dobre rady, słowa zachęty,
słowa pouczenia, słowa upomnienia.
- Cicho być! - wrzasnął w jonowo-błękitne niebo.
I ucichło.
Wzmocniony tym sukcesem ponownie chwycił za dźwignię. Dźwignia w dół.
Dźwignia w górę. Drezyna skrzypnęła i ruszyła. Dźwignia w dół. Dźwignia
w górę. Kiedy poszła w górę, panu Jerichowi mignęło na horyzoncie coś
zielonego. Zamrugał, otarł oczy z gryzącego potu, przyjrzał się
dokładniej. Coś zielonego. Plama koloru dopełniającego na czerwieni.
Zdyscyplinował wzrok, jak go uczył paternoster Augustine, skupiając się
na granicach między kolorami, gdzie różnice stają się wyraźniejsze. Z taką pomocą zdołał rozróżnić drobne punkciki światła - słońce odbijające
się od paneli słonecznych, zawyrokowała zbiorowa mądrość Czcigodnych
Przodków. Zielone na czerwonym i panele słoneczne. Osada. Z nowym
wigorem wziął dźwignię w dłonie.
Pod stopami miał dwie rzeczy. Jedną był jedwabny szal z deseniem w piórka. Spowijał strzałkowiec z kolbą z ludzkiej kości, tradycyjną
honorową broń wśród Czcigodnych Rodów. Drugą była zwodniczo niewielka
skórzana torba, zwana niegdyś sakwojażem Gladstone. Mieściła trzy i ćwierć miliona nowych dolarów w banknotach Zjednoczonego Banku
Przesilenia o wysokich nominałach. Te dwa przedmioty, plus ubranie na
grzbiecie i buty na stopach, to było wszystko, co pan Jericho zdołał
zabrać ze sobą w Wigilię Zniszczenia.
Jego wrogowie uderzyli wszyscy jednocześnie i wszędzie. I pan Jericho,
choć jego imperium waliło się pośród orgii zamachów bombowych, podpaleń
i zabójstw, przystanął na chwilę, by podziwiać sprawność swych
przeciwników. Tak nakazywała droga honoru. Niestety nie docenił ich, nie
byli kmiotkami i drobnymi zaściankowymi watażkami, za których ich
błędnie wziął. Następnym razem będzie wiedział. A z kolei oni nie
docenili Jamesona Jericha, skoro pomyśleli, że się podda. Jego ludzie
giną wokół niego - bardzo dobrze, zatem będzie pracował sam. Odpalił
swój awaryjny plan ucieczki. W ułamku chwili, zanim programy wirusowe
rozpuściły jego sieć danych na białkową zupę, Jameson Jericho zyskał
nową tożsamość. W ułamku ułamka ułamka sekundy, zanim rządowe programy
audytorskie przebiły się do jego macierzy kredytowych, przelał siedem
milionów dolarów na konta depozytowe firmy-wydmuszki w oddziałach banków
w pięćdziesięciu małych miasteczkach rozrzuconych po całej północnej
półkuli planety. Póki paternostrowie nie rozpracowali jego
sfalsyfikowanego zgonu (słaby był ten sobowtór, ale pies to drapał) i nie wysłali za nim asasynów i programów śledzących, zdążył sobie
wypłacić tylko to, co miał teraz w sakwojażu. Zostawił dom, dzieci,
żonę, wszystko, co w życiu kochał i co w życiu stworzył. I uciekał przez
wielką pustynię ręczną drezyną ukradzioną kolejom Bethlehem Ares,
szukając ostatniego miejsca na świecie, w którym mogliby go szukać.
Kiedy dotarł do osady, zapadał wieczór. Nie była imponująca, nie dla
kogoś przyzwyczajonego do imponujących architektonicznych cudów
przedwiecznych miast Wielkiej Doliny, kogoś, kto dorastał w Metropolis,
mieście-pierścieniu, najpotężniejszym z miast. Tu był jeden dom, byle
jaka buda z suszonej cegły, oparta o wypukłość usianej okienkami
czerwonej skały, jeden maszt z przekaźnikiem mikrofalowym, parę
kolektorów słonecznych i pomp wiatrowych oraz spory, nieco zapuszczony
zielony ogród. Pana Jericha urzekło jednak samo odosobnienie tego
miejsca. Tu nikt go nie będzie szukał. Zszedł ze skrzypiącej drezyny,
żeby zamoczyć odciski w beczce na wodę obok domu. Namoczył czerwoną
chusteczkę i zwilżył ciepłą wodą kark, jednocześnie w myślach
katalogując uprawy. Kukurydza, fasola, matoke, cebula, marchew,
ziemniaki i bataty; jamy, szpinak, rozmaite zioła. Czerwonawa woda
ciurkała kanałkami irygacyjnymi pomiędzy zagonami.
- Powinno się świetnie nadać - powiedział do siebie pan Jericho.
Czcigodni Przodkowie zgodzili się. Ze szczytu masztu mikrofalowego
zaskrzeczał pustynny jastrząb.
- Halo?! - krzyknął na całe gardło pan Jericho. - Haaaaaalo... - Nie było
echa. Nie miało od czego się odbić, nie licząc czerwonych wzgórz na
południowym horyzoncie. - Haloooooo....
Po dłuższym czasie z niskiej glinianej budy wyłoniła się postać -
wysoki, chudy facet, bardzo brązowy, jak wyprawiona skóra. Miał długie,
podkręcone wąsy.
- Jestem Jericho - powiedział pan Jericho, śpiesząc się, by zyskać
przewagę.
- Alimantando - powiedział wysoki, chudy pan skórzany. Patrzył
powątpiewająco. - Doktor.
Obaj ukłonili się sobie, dość sztywno, dość niepewnie.
- Miło mi pana poznać - powiedział pan Jericho. Alimantando - to było
nazwisko z Deuteronomium, a ci ludzie z Deuteronomium są drażliwi.
Uważają się za pierwszych osadników i mają skłonność do myślenia, że
cała planeta należy do nich, więc słabo tolerują nowych. - Proszę
posłuchać, ja jestem tylko przejazdem, ale potrzebuję schronienia na noc
- trochę wody, trochę jedzenia, dachu nad głową. Może mi pan pomóc?
Doktor Alimantando zlustrował nieproszonego gościa. Wzruszył ramionami.
- Pan posłucha. Jestem bardzo zajęty. Prowadzę bardzo ważne badania i wolałbym, żeby nikt nie zakłócał mi spokoju umysłu.
- A co pan dokładnie bada?
- Kompiluję kompendium teorii chronodynamicznych.
Tu Czcigodni Przodkowie wynurzyli na powierzchnię umysłu pana Jericha
stosowną odpowiedź.
- Aha, czyli coś w stylu postulatów synchroniczności Webenera i potrójnego paradoksu Chena Tsu?
W podejrzliwym spojrzeniu doktora Alimantanda pojawiła się iskierka
szacunku.
- Długo pan chce zostać?
- Tylko na jedną noc.
- Na pewno?
- Na pewno. Tylko przejazdem. Na jedną noc.
I pan Jericho został tylko na jedną noc, ale trwała ona dwanaście lat.
Rozdział 3
3
Burza była już blisko i szynowy szkuner uciekał przed nią pod pełnymi
żaglami, walcząc o każdy kilometr przewagi nad skłębioną brązową chmurą
pyłu. Pędził tak od trzech dni, od poranka, kiedy dziadek Haran zwrócił
swe lewe oko, to pogodowe, na zachodni horyzont i zauważył pod niebem
brudnoochrową kreskę.
- Idzie paskudna pogoda - powiedział i paskudna pogoda przyszła i cały
czas się zbliżała, a teraz była tak blisko, że nawet Rael Mandella,
posiadający przeklęty dar pragmatyzmu, uświadomił sobie, że przed nią
nie ucieknie i że jedyna nadzieja jego rodziny to znaleźć jakieś
schronienie, zanim pochłoną ich kłęby pyłu.
- Szybciej! Szybciej! - krzyczał, a dziadek Haran i piękna, kochana
mistyczna żona Eva Mandella, w zaawansowanej ciąży, stawiali wszystkie
żagle co do ostatniej chusteczki, aż szkuner szynowy zaczynał buczeć i piszczeć, sunąc po prostym stalowym torze. Drzewca trzeszczały, liny
skrzypiały i dźwięczały jak struny, cały pojazd kołysał się i przechylał. W przyczepie, którą ciągnął, beczały zalęknione kozy i lamy,
a świnie drapały o pręty klatek. A za nią kłęby brązowego pyłu
przelewały się po ziemi jak coraz bliższy pościg.
Rael Mandella znów zaczął się samobiczować za pochopną decyzję zabrania
ojca, żony i nienarodzonego dziecka w podróż przez Wielką Pustynię.
Cztery dni temu na równinach Murcheson wybór był prosty. Przerzucenie
zwrotnicy w jedną stronę wysyła rodzinę na zasiedlone tereny
Deuteronomium i Wielkiego Oxusa, w drugą stronę - przez Wielką Pustynię
w puste rejony północnego Argyre i Transpolaris. Wtedy się nie zawahał.
Miło było myśleć o sobie jako o odważnym pionierze wytyczającym nowe
szlaki, budującym tymi rękami własny los. Był wtedy dumny. I to była
kara za to. Mapy były nieubłagane, geodeci ROTECH-u nie zaznaczyli
żadnej osady na odcinku tysiąca kilometrów wzdłuż tej linii.
Poryw wiatru chwycił grot i rozdarł go w połowie. Rael Mandella gapił
się oszołomiony na łopoczące szmaty. Potem dał rozkaz zwrotu ostro na
wiatr. Nie zdążył - w tym samym momencie trzy kolejne żagle rozdarły się
z trzaskiem przywodzącym na myśl strzał z pistoletu. Szkuner zadygotał i stracił część pędu. Wtedy Eva Mandella podniosła się chwiejnie,
chwyciwszy się gwiżdżącej wanty. Brzuch jej falował, poród był bliski; z nozdrzami rozszerzonymi jak u spłoszonego jelenia wpatrywała się w dal.
- Tam coś jest - powiedziała głosem ginącym w wyciu wiatru i lin. -
Wyczuwam to, rośnie tam coś zielonego. Haran, ty masz oko, co widzisz?
Dziadek Haran zwrócił swe pogodowe oko wzdłuż idealnie prostej
geometrycznej linii i wśród zwiastującego burzę wirującego pyłu i mgły
zobaczył to, co poczuła Eva Mandella - plamkę zielonej roślinności i coś
więcej - wysoki metalowy maszt i parę rombowatych paneli słonecznych.
- Osada! - zawołał. - Osada! Jesteśmy uratowani.
- Więcej żagla! - zaryczał Rael Mandella, a strzępy grota powiewały mu
wokół uszu. - Więcej żagla!
Dziadek Haran poświęcił zabytkowy rodowy sztandar z najprzedniejszego
jedwabiu z Nowego Merionedd, który zamierzał z dumą wywiesić w królestwie syna, w krainie za pustynią, Eva Mandella swoją kremową
organdynową suknię ślubną i eleganckie halki. Rael Mandella odżałował
sześć arkuszy niezastąpionej folii solarnej i razem wciągnęli to
wszystko na maszt. Wiatr pochwycił szynowy szkuner, który zatrząsł się,
lekko podskoczył i wyglądając bardziej na obwoźne wesołe miasteczko
porwane przez trąbę wodną niż na pionierów szukających nowych ziem,
podróżnicza rodzina Mandellów potoczyła się po torach ku schronieniu.
Doktor Alimantando i pan Jericho zobaczyli szkuner z daleka, plątaninę
wielobarwnych szmat uciekającą przed frontem burzy. Wyszli, narażając
się na pierwsze podmuchy, porywy i pyłowe wiry, żeby poskładać delikatne
płatki paneli słonecznych w ciasne pączki oraz schować pierzaste czułki
i talerzowe anteny do wieży przekaźnikowej. Kiedy pracowali, z dłońmi i głowami owiniętymi grubymi turbanami, wiatr wzmógł się do zagłuszającego
krzyki wycia i wypełnił powietrze latającymi piaskowymi igłami. Szkuner
gwałtownie zahamował, piszcząc, jęcząc i sypiąc iskrami, a dr
Alimantando i pan Jericho pobiegli pomóc w rozładunku. Pracowali w milczącej, bezinteresownej synchronizacji ludzi, którzy od długiego
czasu znają tylko siebie nawzajem. Evie Mandelli ich niestrudzone,
mechaniczne dźwiganie i noszenie wydało się dość przerażające - żywina,
roślina, maszyna, narzędzia, materiały, tkaniny, artykuły gospodarstwa
domowego, gwoździe, śruby, farby, podnieś, przenieś, podnieś, przenieś,
a wszystko to bez słów.
- Gdzie mogą się schować?! - wrzasnął Rael Mandella.
Doktor Alimantando kiwnął owiniętym tkaniną palcem i zaprowadził ich do
ciepłej, suchej groty.
- Ta dla was, ta przyległa na wasze sprzęty.
Siedemnaście po siedemnastej burza pyłowa uderzyła. W tej samej chwili
Eva Mandella zaczęła rodzić. Gdy wiatry, które mogły obrać ludzkie kości
z mięsa, uniosły w stratosferę jej suknię ślubną, halki, rodowy sztandar
i sześć arkuszy drogocennych folii solarnych, ona parła, parła, jęczała,
dyszała i sapała, i parła, parła, w ciepłej, suchej grocie, przy świetle
łojowych świec; parła i parła, i parła, i parła, aż wyparła na świat
parę kwilących noworodków. Ich pierwsze krzyki roztopiły się w głośniejszym lamencie burzy. Odrobina czerwonego piasku przesączyła się
do wlotu jaskini. W żółtym, migotliwym świetle świec Rael Mandella
uniósł syna i córkę.
- Limaal - powiedział do dziecka na prawej dłoni. - Taasmin - powiedział
do dziecka na lewej i czyniąc to, przekazał im swą klątwę, tak że jego
praworęczny racjonalizm przeszedł na syna, a leworęczny mistycyzm żony
na córkę.
Byli pierwszymi rodowitymi mieszkańcami Drogi Bez Znaczenia, a ich
obywatelstwo przeszło także na rodziców i dziadka - nie mogli bowiem
wyruszyć na pustynię, mając pod opieką niemowlęta. Zostali więc na
zawsze i nigdy nie odkryli ziem za górami, których od tego czasu szukają
wszyscy Mandellowie, wiedząc, że Droga Bez Znaczenia jest zawsze o jeden
krok od raju, a to im nie wystarcza.
Rozdział 4
4
Rajandra Das mieszkał w dole pod peronem 19 dworca Południk Główny.
Współdzielił go z masą innych ludzi, a takich dołów pod dworcem była
cała masa, więc i ludzi była cała masa. Określali siebie mianem wolnych
dżentelmenów, koneserów wolności, uczonych z Universuum Życia, Duchów
Beztroski. Zarządcy kolei natomiast określali ich mianem rynsztokowych
szczurów, meneli, żebraków, złodziejaszków, gundów i żuli. Pasażerowie
nazywali ich biedakami, nieszczęśnikami, upadłymi duszami i ludźmi,
którym powinęła się noga, dlatego otwierali przed nimi swe portfele,
kiedy przysiadali na schodach dworca, wyciągając rękę po deszcz centawo
i patrząc mlecznobiałymi, ślepymi oczyma, które zawdzięczali specjalnym
kataraktowym soczewkom kontaktowym produkowanym przez Firmę Optyczną
Gwiazda Zaranna na East Bread Street. Jednakże Rajandra Das nie musiał
się zniżać do hojności podróżnych z Południka Głównego. Egzystował
wyłącznie w podziemnym społeczeństwie dworca i żył z tego, co żebracy
mogli zapłacić za jego usługi. Cieszył się pewną dozą szacunku (choć to
sporna kwestia, co oznacza szacunek w królestwie włóczęgów), bo miał
talent.
Rajandra Das miał dar zaczarowywania maszyn. Nie było na świecie nic
mechanicznego, elektrycznego, elektronicznego czy submolekularnego, co
nie chciałoby z nim współpracować. Kochał te maszyny, uwielbiał je
rozmontowywać, majstrować przy nich, składać je z powrotem, tak że były
lepsze niż wcześniej, a maszyny uwielbiały dotyk jego długich, zręcznych
palców, głaszczących je po wnętrznościach i regulujących ich wrażliwe
narządy. Maszyny dla niego śpiewały, dla niego mruczały, dla niego
zrobiłyby wszystko. Maszyny kochały go do szaleństwa. Gdy tylko w dołach
pod peronami Południka coś przestawało działać, od razu zabierano to do
Rajandry Dasa, który chrząkał, mruczał i gładził swoją schludną brązową
bródkę. Potem wyciągał z licznych kieszeni kurtki śrubokręty, rozbierał
urządzenie. Po pięciu minutach było naprawione i działało lepiej niż
przedtem. Umiał wyciągnąć dwa lata funkcjonowania z żarówek obliczonych
na cztery miesiące. Potrafił nastroić radia tak dokładnie, że odbierały
kosmiczne pogawędki habitatów ROTECH-u na wysokich orbitach. Był w stanie przerobić protezy rąk i nóg (których pod Dworcem Głównym nie
brakowało), tak że były sprawniejsze i silniejsze od zastępowanych przez
nie części ciała.
Takie zdolności nie uszły uwagi władz kolejowych i przy sporadycznych
problemach, kiedy przedfuzyjny perkolator po prostu nie chciał stabilnie
osiadać albo taliowana butla numer 3 uparcie zachowywała się tak, że
inżynierowie w furii ciskali elektromagnetycznymi kluczami indukcyjnymi
o ziemię, od razu posyłano najmłodszego stażem praktykanta w labirynt
cuchnących odchodami korytarzy i tuneli, żeby sprowadził Rajandrę Dasa.
A Rajandra Das przemawiał butli do rozumu, regulował uszkodzony
perkolator i wszystko znów chodziło jak w zegarku, albo i lepiej.
Tak więc Rajandra Das żył sobie jak pączek w maśle, mając immunitet na
okresowe policyjne czystki w tunelach, szanowany, lubiany i zasobny.
Wtem pewnego dnia Rajandra Das wygrał na Wielkiej Loterii Kolejowej.
Loteria była bardzo cwanym kawałkiem inżynierii społecznej, wymyślonym
przez legendarnego włóczęgę znanego tylko jako Stary Mędrzec, i działała
tak oto: co miesiąc nazwiska wszystkich podziemniaków spod dworca
lądowały w wielkim bębnie. Losowano jedno i zwycięzca mógł jeszcze tego
samego wieczoru opuścić dworzec dowolnie wybranym pociągiem. Albowiem
Stary Mędrzec uświadamiał sobie, jaką pułapką jest dworzec Południk
Główny - wygodną, suchą, ciepłą norą, zapraszającą do dożywotniego
żebractwa i samoumartwienia. Pozbawiającą każdego człowieka całego jego
potencjału. Jak więzienie o łagodnym rygorze. A ponieważ był Stary
(według legendy stary jak świat) i był Mędrcem, dodał do swej gry dwie
rządzące nią reguły. Pierwsza: w loterii musi brać udział każde
nazwisko, bez wyjątku. Druga: zwycięzcy nie wolno nie przyjąć nagrody.
I nagle maszynka losująca w małym pokoiku obwieszonym pocztówkami od
poprzednich zwycięzców zawarczała, zawirowała i wypluła nazwisko
Rajandry Dasa. Mógł to być czysty traf. Ale mogła to też być prosta chęć
podlizania mu się ze strony maszynki losującej. W każdym razie Rajandra
Das wygrał, a kiedy pakował swój skąpy dobytek do płóciennej torby,
wieść rozeszła się po dworcu, tak pod ziemią, jak i nad ziemią, od
bocznicy towarowej Estehazie Avenue po gabinet pana Populescu,
naczelnika stacji: "Rajandra Das wygrał na loterii... słyszeliście?
Rajandra Das wygrał na loterii... i dziś wyjeżdża... naprawdę? Tak, bo
wygrał na loterii". Zatem kiedy Rajandra Das kucał we wnęce inspekcyjnej
przy torze 2, czekając, aż zmieni się światło na semaforze, wzdłuż toru
stała ponad setka ludzi, którzy przyszli go pożegnać.
- Dokąd jedziesz? - zapytał Djong Pot Huahn, współlokator z nory i wierny żywiciel.
- Nie wiem. W końcu pewnie do Mądrości, tak myślę. Zawsze chciałem
zobaczyć Mądrość.
- Ale to jest dokładnie po przeciwnej stronie świata.
- Tym bardziej warto tam dotrzeć.
Wtem światło zmieniło się na zielone i z głębi toru w jasnym świetle
Południka Głównego dobiegło sapanie, dyszenie i świstanie grzanej
termojądrowo pary. Spomiędzy świateł i obłoków pary wyłonił się pociąg,
półtora tysiąca ton szczękającej i turkoczącej stali Bethlehem Ares.
Wagony towarowe przetoczyły się ociężale obok kryjówki Rajandry Dasa,
powolne i ciężkie. Odliczył dwanaście, swój szczęśliwy numer, i ruszył.
Kiedy biegł pomiędzy pociągiem a szeregiem żegnających ludzi, dłonie
wyciągały się, by poklepać go po plecach, a usta wykrzykiwały słowa
zachęty. Rajandra Das, biegnąc, uśmiechał się i machał do nich. Pociąg
powoli nabierał szybkości. Rajandra Das wybrał swój wagon i wskoczył na
sprzęg. Z ciemności wciąż dobiegały okrzyki, owacje i oklaski. Przesunął
się na bok wagonu i sprawdził drzwi. Nie były zamknięte, jego czar go
nie zawiódł. Przesunął je i wtoczył się do środka. Ułożył się wygodnie
na stercie skrzynek z mango. Pociąg poturkotał w noc. W niespokojnym,
płochliwym śnie Rajandrze wydawało się, że stawał na długo na
anonimowych krzyżówkach, by przepuścić jaśniejsze i szybsze pociągi. O świcie obudził się i zjadł mango na śniadanie. Odsunął drzwi i usiadł,
zwieszając nogi nad tory, patrząc, jak nad ogromną czerwoną pustynią
wstaje słońce, jedząc plasterki mango pokrojonego wojskowym scyzorykiem
o wielu ostrzach, ukradzionym ze sklepu Narzędzia Specjalistyczne
Krishnamurti na Water Street. A skoro nie było na co patrzeć oprócz
połaci czerwonej pustyni, poszedł z powrotem spać i śniły mu się wieże
Mądrości połyskujące w świetle słońca wschodzącego nad Syrtis Major.
Dwanaście po dwunastej obudziła go drobna eksplozja u podstawy
kręgosłupa. Gwiazdy stanęły mu przed oczyma, jęknął, z trudem nabrał
powietrza, sapnął, stęknął. Nastąpiła kolejna eksplozja i kolejna.
Zdołał obudzić się na tyle, żeby zrozumieć, że to są kopniaki w nerki.
Bez tchu, nie mógł nawet zawyć, przetoczył się więc i spocona, zła twarz
owionęła go parszywymi wyziewami.
- Parszywy leniwy przeklęty żul-darmozjad, co jeździ na gapę - burknęła
spocona twarz. Stopa cofnęła się do kolejnego kopniaka.
- Nie nie nie nie nie nie nie nie nie kop - wyjęczał Rajandra Das,
znajdując w płucach jakąś rezerwę powietrza, żeby błagać, unosząc dłonie
w próżnej prośbie.
- Parszywy leniwy przeklęty żul-darmozjad, co jeździ na gapę - powtórzył
Paskudny Oddech dla podkreślenia i kopnął go w pierś. Dłoń chwyciła go
za znoszoną kurtkę i uniosła.
- Wysiadka - powiedziała twarz, ciągnąc Rajandrę Dasa ku otwartym
drzwiom. Pod kołami pędziła czerwona pustynia.
- Nie nie nie nie nie - błagał Rajandra Das. - Nie na pustyni. To
morderstwo!
- A co mnie to? - warknęła spocona twarz, choć musiało to podrażnić
jakieś resztki przyzwoitości nietknięte przez pracę w Bethlehem Ares,
usadził go bowiem z powrotem na stercie skrzynek i sam usiadł, żeby go
pilnować, postukując się pałką po udzie. - Następnym razem, jak choćby
trochę zwolnimy, wypad z pociągu.
Rajandra Das nic nie powiedział. Czuł, że siniaki na plecach robią się
fioletowe.
Po półgodzinie wagonem szarpnęło. Rajandra Das poznał po ucisku na
fioletowe siniaki, że pociąg zwalnia.
- Gdzie jesteśmy? W jakimś cywilizowanym miejscu?
Ochroniarz uśmiechnął się, pokazując szpaler psujących się zębów. Pociąg
zwolnił i ze zgrzytem hamulców zahamował. Ochroniarz rozsunął drzwi,
wpuszczając do środka jaskrawe światło.
- Ej, ej, ej, co to ma być? - powiedział Rajandra Das, mrugając.
Nagle stwierdził, że leży na twardej ziemi, znów pozbawiony tchu.
Płócienna torba walnęła go boleśnie w pierś. Gwizdnęły gwizdki,
zasyczała para, szarpnęły się tłoki. Po jego twarzy pociekła strużka
gorącej cieczy. Krew! - pomyślał, potem zamrugał, splunął, usiadł.
Strażnik skończył na niego sikać i roześmiał się tubalnie, chowając
krostowatego członka do śmierdzących spodni. Pociąg ryknął syreną i ruszył.
- Sukinsyny - powiedział Rajandra Das, kierując to słowo ogólnie do
spółki kolejowej.
Otarł twarz rękawem. Mocz utworzył na piasku ciemną czerwoną plamę.
Równie dobrze mogła to być krew. Rozejrzał się, lustrując okolicę.
Niskie domy z suszonej cegły, jedna czy dwie pobielone ściany, trochę
zieleni, parę drzew, parę pomp z wiatrakiem, kilka dużych, rombowych
paneli słonecznych i przysadzista wieża z przekaźnikiem mikrofalowym na
szczycie góry głazów, które wyglądały, jakby ktoś w nich mieszkał.
- Ujdzie - powiedział Rajandra Das, ulubieniec loterii, pociągów i wagonów towarowych, ale nie ochroniarzy, a już szczególnie nie ochrony
Spółki Kolejowej Bethlehem Ares.
Zbliżały się do niego jakieś postacie, niewyraźne przez rozfalowane od
południowego upału powietrze. Rajandra Das pozbierał się i wyszedł na
spotkanie swoim nowym gospodarzom.
- Cześć - powiedział. - Pocztówek z widokami stąd to pewnie nie macie,
co?
Rozdział 5
5
Babuszka nie lubiła pociągów. Ich rozmiary budziły w niej lęk.
Przytłaczał ją ich ciężar. Przerażała szybkość, a odgłos kół przywodził
na myśl nadchodzącą apokalipsę. Bała się pary i jej strumieni pod
ciśnieniem, bała się tego, że ich termojądrowe tokamaki wybuchną i rozrzucą jej luźne atomy po górnych warstwach atmosfery. Nie cierpiała
pociągów. A zwłaszcza pociągów, które musiały przejechać przez groźne
czerwone pustynie. Za to pociągi przeważnie odnosiły się do Babuszki
obojętnie. Nawet ten, który przejeżdżał przez groźną czerwoną pustynię.
- Misza, kiedy wreszcie wysiądziemy z tej okropnej machiny?
Mikal Margolis, mineralog i chemik przemysłowy, oddany syn i młody
pionier, odwrócił wzrok od hipnotycznej czerwonej pustyni, czystej,
ascetycznej i pięknej swym geologicznym potencjałem, i powiedział do
maleńkiej staruszki-matuszki:
- Wysiądziemy, kiedy wysiądziemy, a wtedy znajdziemy się w Rajskiej
Dolinie, gdzie deszcz pada tylko o drugiej w nocy, gdzie siejesz nasiono
i musisz się odsunąć, żeby, rosnąc, nie ukłuło cię w podbródek, gdzie
oswojone ptaki siadają ci na palcu i śpiewają i gdzie ty, matko, i ja
dorobimy się fortuny i dożyjemy końca naszych dni w szczęściu, zdrowiu i pomyślności.
Babuszkę ucieszyła ta prosta opowieść o cudach. Najbardziej się jej
spodobał kawałek o siadających na palcach oswojonych ptakach. W Nowym
Cosmobadzie jedynymi ptakami były hałaśliwe czarne wrony.
- Misza, ale długo jeszcze?
- Na następnej stacji wysiadamy. Na pustyni nie ma miast, więc pociąg
zatrzyma się dopiero tam. Następna stacja, tam przesiadamy się na górską
kolej, która zawiezie nas do Rajskiej Doliny.
- Och, jeszcze przesiadka, jak ja ich nie cierpię. Nie lubię pociągów,
Misza, nic a nic ich nie lubię.
- Spokojnie, mateczko, spokojnie. Jestem z tobą. Może miętowej herbaty
na uspokojenie nerwów?
- Tak, Misza, to by było bardzo miłe. Dziękuję.
Mikal zadzwonił po stewarda, który przyniósł miętową herbatę w eleganckim czajniczku ozdobionym czarno-złotym znakiem Spółki Kolejowej
Bethlehem Ares. Babuszka popijała herbatę i między łykami uśmiechała się
do syna. Mikal Margolis odpowiadał uśmiechem i zachodził w głowę, co też
powie matce, kiedy dojadą do Rajskiej Doliny, rajem ona bowiem była
tylko dla przemysłowego chemika; gdzie deszcz padał o drugiej w nocy, bo
wtedy rafinerie wypuszczały gazy odpadowe do atmosfery, gdzie to etylen
w glebie kazał roślinom strzelać w górę w jedną noc, a potem więdnąć i umierać; i gdzie toksyczne wyziewy dawno wykończyły wszystkie ptaki, a te, co teraz siadają na palcach, to sprytne mechaniczne podróbki, część
programu public relations Firmy.
Będzie się tym martwił, kiedy przyjdzie czas. Za spolaryzowanym oknem
przesuwała się wspaniała czerwona pustynia, iście męski krajobraz,
surowa kraina skalnych i mineralnych cudów. Wyobraził sobie, że jedzie
po niej konno, owinięty poncho i zawojem, z obijającą się o plecy
skórzaną torbą na próbki. Kiedy pogrążył się w tych marzeniach, nie
trzeba było długo czekać, by łagodne drgania pociągu ukołysały go do
snu.
Obudził się w pandemonium. Nie Pandemonium - stacji, na której mieli
przesiadkę do Rajskiej Doliny, lecz w innym, znacznie straszniejszym.
Syczały zawory, metal uderzał ze szczękiem o metal, a nim ktoś potrząsał
i wołał:
- Sir, pana matka, sir, pan się obudzi, pana matka, sir, sir, sir! -
Skupił wzrok na bladej twarzy stewarda. - Sir, pańska matka.
Babuszki nie było na jej miejscu. Zniknął też cały bagaż. Mikal Margolis
skoczył do okna i zobaczył, jak matka sunie radośnie wzdłuż torów,
kiwając na szczupłego młodego człowieka z brodą, uśmiechniętego pod
stosem paczek i skrzyń.
- Mamo! - ryknął. - Mamo!
Babuszka uniosła wzrok i pomachała, maleńka, porcelanowa laleczka. Głos
też miała jak laleczka.
- Misza! Chodź! Nie ma czasu, trzeba przejść na drugą stację!
- Mamo! - rozdarł się Mikal Margolis. - To nie ten przystanek!
Jego słowa zginęły w kłębach pary i grzmocie startujących silników
termojądrowych. Skrzypiąc, jakby ze starości, pociąg zaczął się toczyć.
- Sir, sir! - wykrzyknął steward, wymachując rękoma.
Mikal Margolis odepchnął go na puste siedzenie i popędził do drzwi.
Wyskoczył dokładnie w chwili, gdy wagon mijał koniec zaimprowizowanego
peronu.
Babuszka podbiegła wzdłuż peronu, kipiąc oburzeniem.
- Misza, jak ty możesz tak denerwować twoją biedną matkę! Żeby zasypiać
w pociągu, nie do pomyślenia! Chodź, bo spóźnimy się na pociąg w góry.
Bezczelny typ-bagażowy musiał odłożyć walizki, tak bardzo się śmiał.
- Matko, a gdzie są góry?
- Za tymi budynkami.
- Matko, przecież widzisz, co jest za budynkami, takie są niskie. Matko,
to jest nie ta stacja.
- Och, nie? To gdzie cię stara, biedna matka uplasowała?
Mikal Margolis wskazał słowa ułożone z ładnych białych kamyczków obok
torów.
- Droga Bez Znaczenia, matko.
- Ale to jest właśnie następna stacja?
- Mieliśmy wysiąść w Pandemonium. Pociąg nie powinien się tu
zatrzymywać. Tej miejscowości nie powinno tu być.
- To obwiniaj o to kolej albo to miasteczko, ale nie twoją biedną matkę!
- oburzyła się Babuszka i zaczęła objeżdżać, obsztorcowywać, obgadywać i ogólnie przeklinać spółkę kolejową, ich pociągi, ich tory i semafory,
lokomotywy, maszynistów, konduktorów i ochroniarzy, i wszystkich choćby
odrobinę związanych ze Spółką Kolejową Bethlehem Ares, aż po
najwredniejszą babcię klozetową z trzeciej klasy. Trwało to jakieś
dwadzieścia minut.
W końcu doktor Alimantando, nominalny przywódca Drogi Bez Znaczenia,
mieszk. 7, wys. n.p.m. 1250 m, "o krok od Raju", przybył zakończyć to
zamieszanie, żeby móc w spokoju wrócić do swoich badań
chronokinetycznych. Zaledwie dzień wcześniej zatrudnił Rajandrę Dasa,
złotą rączkę od wszystkiego, ucznia czarnoksiężnika, mistrza wszelkiej
fuchy i stacyjnego bagażowego, by wypisał obok torów nazwę miasteczka,
pięknymi białymi kamykami, żeby każdy przejeżdżający pociąg wiedział, że
ludzie z Drogi Bez Znaczenia są dumni ze swej osady. I jakby zwabiony
magicznym sprzężeniem, pociąg wiozący Babuszkę i Mikala Margolisa
wyłonił się zza horyzontu i się zatrzymał. Rajandra Das umiał czarować
maszyny, ale nie aż tak. Niemniej powołał czarodziejsko na świat
Babuszkę i jej syna i teraz doktor Alimantando musiał zdecydować, co z nimi począć. Zaproponował im schronienie w jednej z ciepłych i suchych
grot, którymi usiane były skalne zbocza, do czasu, gdy postanowią
wyjechać albo zbudują sobie trwalsze schronienie. Babuszka zesztywniała
z oburzenia i odrzuciła tę propozycję. Nie będzie spać w brudnej
jaskini, z odchodami nietoperzy na podłodze i jaszczurkami do
towarzystwa, i nie, nie będzie współdzielić jej z synem, który jest
wiarołomnym nicponiem i nie ma pojęcia, jak powinno się traktować
wiekową damę, którą jest jego nieszczęsna matka. Doktor Alimantando
słuchał, mobilizując resztki swej cierpliwości, a potem wymusił na
Mandellach, których dom był przewidziany dla licznej rodziny, by
przyjęli tę przybłędę. Mikal Margolis wybrał jaskinię. Były tam odchody
nietoperzy i były jaszczurki, ale nie było matki, więc nie było tak źle.
W domu Mandellów Babuszka znalazła sobie rówieśnika w osobie dziadka
Harana, który podjął ją groszkowym winem i miodoustymi komplementami
oraz poprosił syna, by dobudował do ich i tak rozłożystego domu
dodatkowy pokój specjalnie dla niej. Co wieczór popijali wino,
wspominali czasy, kiedy oni i ten świat byli młodzi, i grali w słowne
gry, które Babuszka uwielbiała. Jednego z takich wieczorów, wczesną
jesienią, gdy dziadek Haran położył słowo "boksytów" na podwójnej premii
słownej i potrójnej literowej, Babuszka po raz pierwszy zauważyła jego
szacowne siwe włosy i proste jak struna ciało, wyszczerbione zębem czasu
jak chiński bożek z porcelany, ale silne i niezerodowane. Zawiesiła
wzrok na sztywnej jak stal brodzie, na pięknych, lśniących oczach jak
guziczki, po czym wydała ciche westchnienie i się w nim zakochała.
- Haranie Mandello, jak to się mówi w Starym Nowym Cosmobadzie, jesteś
bardzo bardzo dżentelmenem.
- Anastazjo Tiuriszczewo Margolis, jak to się mówi w Drodze Bez
Znaczenia, jesteś bardzo bardzo damą - odparł dziadek Haran.
Datę ślubu ustalono na najbliższą wiosnę.
Mikal Margolis śnił w swojej jaskini o mineralnych źródłach Rajskiej
Doliny. Wśród skał Drogi Bez Znaczenia nigdy nie znalazł dla siebie
fortuny, znalazł za to kryształy siarczanu dylematu. Z czasem uległy
rafinacji do czystej formy - by odnaleźć swą fortunę, musi zostawić
Drogę Bez Znaczenia i matkę; ale to oznaczało pozostawienie jej samej
sobie, a na to nie miał odwagi. Taka była kwintesencja tego dylematu.
Przereagowanie go do użytecznych związków oraz jego misja w poszukiwaniu
antymatczynej odwagi miały doprowadzić przez cudzołóstwo, zbrodnię i wygnanie do upadku Drogi Bez Znaczenia. Ale jeszcze nie teraz.
Rozdział 6
6
Pewnego popołudnia, zaraz po oficjalnym zakończeniu sjesty, gdy ludzie
wciąż nieoficjalnie mrugali, przeciągali się i ziewali, spoceni po śnie,
w Drodze Bez Znaczenia rozległ się odgłos, którego nikt tam wcześniej
nie słyszał.
- Brzmi jak wielka pszczoła - powiedziała Babuszka.
- Albo rój pszczół - dodał dziadek Haran.
- Albo wielki rój wielkich pszczół - powiedział Rajandra Das.
- Pszczół-morderców? - zapytała Eva Mandella.
- Nie ma takich - odparł Rael Mandella.
Bliźniaki zagulgotały. Próbowały już chodzić, były w wieku, kiedy
nieustannie przewracały się w przód. We wsi nie było dla nich
zamkniętych drzwi, były nieustraszonymi, zawziętymi poszukiwaczami
przygód. Pszczoły-mordercy by ich nie zraziły.
- Bardziej jak silnik samolotu - stwierdził Mikal Margolis.
- Jeden silnik? - zaryzykował doktor Alimantando. - Jednosilnikowy,
jednomiejscowy samolot do oprysków? - W Deuteronomium często się takie
widywało.
- Bardziej dwusilnikowy - orzekł pan Jericho, wysilając swój nastrojony
słuch. - Dwusilnikowy, dwumiejscowy, ale nie rolniczy, akrobacyjny,
Yamaguchi & Jones z dwoma silnikami Maybach/Wurtel, pchającym i ciągnącym, o ile się nie mylę.
Obojętne, jakie było jego źródło, hałas stawał się coraz głośniejszy.
Potem pan Jericho wypatrzył na tarczy słońca czarny punkcik.
- Tam jest, patrzcie!
Wyjąc jak wielki rój wielkich morderczych pszczół, samolot wyskoczył ze
słońca i zagrzmiał nad Drogą Bez Znaczenia. Wszyscy zrobili unik oprócz
Limaala i Taasmin, którzy śledzili go, zadzierając głowy, aż przewrócili
się w tył.
- Co to było?
- Czekajcie... zawraca, będzie wracać.
W trakcie nawrotu wszyscy zdążyli dobrze się przyjrzeć samolotowi, który
nad nimi śmignął. Był opływowy, w kształcie rekina, z dwoma śmigłami, z przodu i z tyłu, skośnymi skrzydłami i skierowanym w dół ogonem. Nikt
nie przeoczył też jaskrawych tygrysich pasków wymalowanych na kadłubie i wyszczerzonych zębów na nosie. Po raz kolejny śmignął nad Drogą Bez
Znaczenia, ledwo mijając czubek masztu antenowego. Głowy znów poszły w dół. Samolot zawisł w najwyższym punkcie nawrotu, popołudniowe słońce
odbiło się od błyszczącego metalu. Mieszkańcy Drogi Bez Znaczenia
pomachali. Samolot raz jeszcze zanurkował nad osadę.
- Patrzcie, pilot macha do nas!
Wszyscy zamachali jeszcze energiczniej.
Trzeci raz samolot śmignął nad glinianymi domami Drogi Bez Znaczenia. I trzeci raz zrobił ciasny nawrót.
- Chyba będzie lądował! - zawołał pan Jericho. - Ląduje!
Z końcówek skrzydeł, nosa i opuszczonego ogona wysunęło się podwozie.
Samolot zrobił ostatni przelot, prawie na wysokości ich głów i opadł ku
pustej przestrzeni po drugiej stronie torów.
- Nie uda mu się! - powiedział doktor Alimantando, ale i tak pobiegł
razem ze wszystkimi ku wielkiej chmurze pyłu, która wzniosła się za
torami. Po krótkiej chwili wpadli na jadący prosto na nich samolot.
Ludzie rozpierzchli się, samolot gwałtownie skręcił, zawadził
skrzydłowym kółkiem o kamień i przewrócił się na bok, ryjąc w piasku
długą i głęboką bruzdę. Dobrzy obywatele Drogi Bez Znaczenia pośpieszyli
na pomoc pilotowi i pasażerowi, ten pierwszy jednak uwolnił się sam,
odsunął owiewkę kabiny, wstał i wrzasnął:
- Debile! Durne wieśniaki! Po co żeście to zrobili? Co? Maszyna jest
rozwalona, już nigdy nie poleci, tylko dlatego, że durne wieśniaki nie
wiedzą, że nie wchodzi się przed lądujący samolot! Zobaczcie, co
narobiliście, zobaczcie po prostu!
I pilotka zalała się łzami.
Nazywała się Persis Tatterdemalion.
Urodziła się ze skrzydłami, w jej żyłach płynął lotniczy ciekły wodór, a w nerwach wiatr. Po stronie ojca miała trzy pokolenia Latającego Cyrku
Rockette Morgana, po stronie matki - całą genealogię pilotów rolniczych,
komercyjnych, czarterowych i kaskaderów, aż po prapraprababkę Indhirę,
która podobno pilotowała żaglowce Praesidium, kiedy ten świat dopiero
się wynajdował. Utrata samolotu była dla niej czymś równie poważnym jak
utrata kończyny, ukochanej osoby czy życia.
Całą swą energię, pieniądze i miłość od dziesiątego roku życia
inwestowała w Niesamowity Powietrzny Bazar Tatterdemalionów,
jednoosobowy, jednosamolotowy latający cyrk, podniebne przedsięwzięcie
rozrywkowo-edukacyjne, które nie tylko zdumiewało oszołomioną
publiczność śmiertelnie niebezpiecznymi akrobacjami i wyczynami, ale i kształciło ich, zapewniając tym, którzy zapłacili skromną kwotę, widok z powietrza na ich pola, widok z bliska na zjawiska pogodowe oraz lotnicze
wypady do pobliskich wartych obejrzenia miejsc. Tak zarabiając na życie,
przemieszczała się na wschód przez górną półkulę świata, aż dotarła do
równinnej osady Stacja Wollamurra.
- Zobaczcie Wielką Pustynię - zaśpiewała hodowcom owiec ze Stacji
Wollamurra. - Podziwiajcie niesamowite głębiny wielkich kanionów,
zachwycajcie się siłami natury, które wyrzeźbiły potężne naturalne łuki
i niebotyczne skalne kolumny. Pod wami - cała historia tej ziemi
zapisana w kamieniu; za jednego dolara pięćdziesiąt gwarantuję
wycieczkę, której w życiu nie zapomnicie.
Dla Juniusa Lambe'a, oszołomionego na siedzeniu pasażera, ta reklamowa
gadka okazała się stuprocentową prawdą. Dwadzieścia minut od Wollamurra
Station, nie mając w promieniu stu kilometrów żadnego kanionu, potężnego
skalnego łuku czy niebotycznej skalnej kolumny, Persis Tatterdemalion
zauważyła, że jej wskaźnik paliwa się nie poruszył. Postukała w niego.
Czerwone wskazówki zamigotały i przesunęły się na pustą pozycję.
Postukała jeszcze raz. Zostały tam, gdzie były.
- Jasna cholera - rzuciła.
Puściła nagrany komentarz o cudach Wielkiej Pustyni, żeby uspokoić
Juniusa Lambe'a, i poszukała na mapach pobliskich osad, w których można
by awaryjnie wylądować. Oczywiste było, że nie da rady wrócić do Stacji
Wollamurra, to było oczywiste, ale mapy ROTECH-u nie były pocieszające.
Sprawdziła sprzęt radiolokacyjny. Pokazywał iskierkę promieniowania
mikrofalowego niecałe dwadzieścia kilometrów stąd, typową dla
przekaźników planetarnej łączności.
- No chyba muszę to sprawdzić - mruknęła i zawierzyła tej decyzji
samolot, siebie i pasażera.
Znalazła maleńką osadę w miejscu, gdzie nie powinno jej być. Równe
kwadraciki zieleni, odbłyski światła od paneli słonecznych i kanałów
nawadniających. Zobaczyła czerwone dachy domów. I ludzi.
- Trzymaj się mocno - powiedziała do Juniusa, który dopiero teraz się
zorientował, że coś jest nie tak. - Schodzimy.
Na oparach paliwa sprowadziła swego ukochanego ptaka w dół. I wtedy co?
Jej niesmak był tak wielki, że odmówiła odjechania z Juniusem Lambe'em
Ares Expressem Llangonnedd-Rejoice o 14:14.
- Przyleciałam tu i stąd odlecę - oświadczyła. - Nie opuszczę tej dziury
inaczej niż na skrzydłach.
Rajandra Das próbował zaczarować kółko, by wróciło na skrzydło, ale
doprowadzenie samolotu do sprawności przekraczało jego możliwości, a nawet możliwości palnika spawalniczego Raela Mandelli. A już szczególnie
upokarzające dla jedynej ocalałej z Niesamowitego Powietrznego Bazaru
Tatterdemalionów było to, że palnik spawalniczy Raela Mandelli był
napędzany niczym innym, tylko stuprocentowym, czystym, niezmieszanym
lotniczym ciekłym wodorem.
Tak więc doktor Alimantando znalazł Persis Tatterdemalion dom i ogródek,
żeby nie umarła z głodu, ona jednak nie była szczęśliwa, bo w oczach
wciąż miała niebo. Patrzyła na chude pustynne ptaki siadające na
antenach i czuła gorycz, bo jej skrzydła przetrącili głupi ludzie.
Stawała na skraju urwisk i patrzyła, jak wznoszą się w wieczorne niebo
na prądach termicznych, i zastanawiała się, jak szeroko musiałaby
rozłożyć ręce, by unieść się tak jak one i wykonać spiralę w termice, aż
zniknie z pola widzenia.
Którejś nocy Mikal Margolis złożył jej dwie propozycje, a ponieważ
wiedziała, że tylko zatracając się w nich, zapomni o niebie, zgodziła
się na obie. Tej nocy i przez dwanaście kolejnych, spokój mieszkańców
zakłócały dobiegające z domostwa Margolisów dziwne odgłosy. Niektóre z nich brzmiały jak jęki i stęki podczas stosunków płciowych. Inne - jak
odgłosy remontu.
Kiedy pojawił się szyld, wszystko stało się oczywiste.
Brzmiał tak:
bethlehem ares - restauracja/hotel
jedzenie * picie * spanie
właściciele: m. margolis, p. tatterdemalion
- To już nie jest mój syn - oświadczyła oburzona Babuszka. - Nie
posłuchał swojej drogiej matki i poszedł do tej taniej, cudzoziemskiej
kobiety, żeby wypełniać spokój nocy odgłosami, których nie ważę się
opisać; co za wstyd mi przynosi! A teraz jeszcze ta jaskinia grzechu i sodomii! B.A.R/Hotel, ha! Jakby jego droga matka nie wiedziała, co to
znaczy! Myśli, że ona nie umie czytać, co? Haran... - powiedziała do swego
przyszłego męża - ...moja noga nigdy w życiu tam nie postanie. Od dzisiaj
nie jest moim synem. Wyrzekam się go. - I splunęła skromnie na ziemię
przed B.A.R-em/Hotelem.
Tego wieczoru Persis Tatterdemalion i Mikal Margolis urządzili wielką
imprezę, z taką ilością piwa kukurydzianego, żeby każdy mógł pić, ile
chce, czyli niezbyt wiele, zważywszy, że gości było tylko pięcioro.
Nawet doktor Alimantando dał się przekonać, by na jeden wieczór porzucić
swe badania naukowe i uczcić otwarcie hotelu. Dziadek Haran i Babuszka
zostali i pilnowali Limaala i Taasmin. Dziadek Haran chętnie by poszedł
i zaliczał pełne wyrzutu spojrzenie za każdym razem, gdy Babuszka
przyłapała go na tęsknym spoglądaniu w stronę świateł i hałasów.
Całkowity zakaz wstępu za próg B.A.R-u z konieczności musiał obejmować
także męża.
Następnego dnia po imprezie Persis Tatterdemalion wzięła Rajandrę Dasa,
pana Jericha i Raela Mandellę za tory, gdzie trzej mężczyźni
rozmontowali nadgryziony przez piasek samolot akrobacyjny i spakowali go
do piętnastu skrzynek. Persis Tatterdemalion przez cały czas demontażu
się nie odzywała. Zamknęła resztki swojego samolotu w najgłębszej i najciemniejszej grocie B.A.R-u/Hotelu, a klucz wsadziła do słoika.
Jednakże nijak nie mogła się zmusić, by zapomnieć, gdzie stoi ten słoik.
Pewnej nocy, dwie po drugiej, obróciła się, wchodząc na Mikala
Margolisa, i szepnęła mu do ucha:
- Skarbie, wiesz, czego nam potrzeba? Co jest potrzebne, żeby było
naprawdę idealnie?
Mikal wstrzymał oddech, spodziewając się obrączek, dzieci czy drobnych
perwersji z wykorzystaniem skóry i gumy.
- Stół do snookera.
Rozdział 7
7
Braci Gallacellich było trzech - Ed, Louie i Umberto. Nikt nie miał
pojęcia, który to jest Ed, który Louie, a który Umberto, bo byli
trojaczkami, podobnymi do siebie jak groszki w strączku albo dni w więzieniu. Dorastali w rolniczej społeczności Burma Shave, gdzie krążyły
na ich temat trzy typowe pogłoski. Pierwsza - że znaleziono ich
porzuconych w kartonie na skraju pola kukurydzy Giovanna Gallacelliego.
Druga - że są czymś więcej niż zwykłymi trojaczkami, choć czym
dokładnie, tego nikt nie był gotów powiedzieć na głos, żeby nie urazić
świętej pani Gallacelli. Wreszcie trzecia - że chłopcy od niemowlęctwa
co najmniej raz zamienili się tożsamościami, tak że Louie dorósł jako Ed
lub Umberto, Umberto jako Louie lub Ed, a Ed jako Umberto lub Louie plus
wszystkie możliwe permutacje podczas kolejnych zamian. Nawet sami
chłopcy nie byli pewni, który z nich to Ed, który Louie, a który Umberto
- za to mieszkańcy Burma Shave byli pewni, że w życiu nie widzieli tak
identycznych trojaczków ("klonów", o rany, no, się wymknęło, rozumiesz,
to słowo, którego nie należy wymawiać przy ich rodzicach) ani tak
diabelsko przystojnych.
Agneta Gallacelli była przysadzistą jak ropucha kobietą o sercu z ciepłej mlecznej czekolady. Giovann Gallacelli był wysoki i chudy jak
szczapa. Natomiast Ed, Louie i Umberto byli ciemnookimi, kędzierzawymi,
roześmianymi bożkami miłości. I dobrze o tym wiedzieli. Podobnie jak
każda dziewczyna w Burma Shave. I dlatego właśnie bracia Gallacelli
postanowili wyjechać z Burma Shave bladym wtorkowym świtem, wagonem
silnikowym, na który sami przerobili rolniczego dostawczaka.
Przydarzyła się taka dziewczyna. Nazywała się Magdala, w skrócie Mags.
Zawsze jest taka dziewczyna, która flirtuje, bawi się, rozrabia,
wygłupia się i nie ma żadnej wątpliwości, że zalicza się do chłopaków,
aż przyjdzie moment, kiedy i chłopaki, i ona, uświadomią sobie, że
jednak nie, zupełnie nie jest chłopakiem, ani trochę. Dla Mags ten
moment uświadomienia przyszedł dwa tygodnie po tym, jak objechała z Gallacellimi co dalsze pola na pace ich dostawczaka. Dla Eda, Louie'ego
i Umberta przyszedł, kiedy podjechali pod obejście Mayaguezów, żeby
zapytać, czemu Mags nie chce się z nimi spotykać - i ich dostawczak
oberwał śrutem.
Naczelną zasadą życia braci była braterska solidarność. Nie zachwiała
się nawet w konfrontacji ze zrezygnowanym ojcem i wściekłym sąsiadem.
Nie przyznali się, który z nich zapłodnił Magdalę Mayaguez. Całkiem
możliwe, że sami tego nie wiedzieli.
- Albo który powie, albo wszystkie się z nią żenią - powiedział Sonny
Mayaguez. Żona podkreśliła jego słowa lufą strzelby. - No, to jak? Gadka
albo ślub.
Bracia Gallacelli nie wybrali żadnej z opcji.
Gdziekolwiek indziej na świecie nikt nie przejąłby się nawet odrobinę
taką głupiutką dziewczyną jak Mags Mayaguez. W pobliskiej Belladonnie na
samej Tombolova Street można było się doliczyć osiemdziesięciu pięciu
punktów aborcyjnych i dwunastu biur pośredniczących w handlu płodami,
specjalnie dla głupiutkich dziewczyn dokładnie w tej sytuacji. Ale
Belladonna to Belladonna, a Burma Shave to Burma Shave, dlatego właśnie
bracia Gallacelli wybrali Belladonnę, a nie Burma Shave. Dorobili się
dyplomów po dziesięć dolarów sztuka z agrotechniki, prawa i budowy
maszyn, przyznanych przez universuum typu "dziura w ścianie". I żyliby
tam w zadowoleniu do końca życia, gdyby nie smutne nieporozumienie z nożem, pijanym ładowaczem i dziewczyną, w barze na Primavera Street.
Zatem znowu uciekli, w Belladonnie bowiem obowiązywało jeszcze jakieś
prawo, zgodnie z którym zaraz po stuprocentowo uczciwej policji
najlepsza jest policja stuprocentowo skorumpowana.
Przyciągnęła ich, rolnika, prawnika, mechanika, siatka lśniących
stalowych szyn pokrywających świat jak pajęczyna. Ed był mechanikiem,
Louie prawnikiem, Umberto rolnikiem. Z takimi kwalifikacjami daliby
sobie radę wszędzie na świecie, bo świat był jeszcze na tyle młody, że
roboty było aż nadto dla każdej pary rąk. Ale w końcu trafili do Drogi
Bez Znaczenia.
Wyskoczyli ze swojego wagonika nieco spoceni, ale wciąż zabójczo
przystojni, i wpadli do B.A.R-u/Hotelu. Jeden po drugim pacnęli dzwonek.
Głowy odwracały się ku nim. Bracia Gallacelli uśmiechali się i machali.
- Ed, Louie i Umberto - przedstawił ich pierwszy.
- Szukamy miejsca na nocleg - dodał drugi.
- Czystych łóżek, gorącej kąpieli i ciepłej kolacji - dopowiedział
trzeci.
Persis Tatterdemalion wyszła z piwnicy, gdzie podłączała nową beczkę z piwem.
- Tak? - zapytała.
- Ed, Louie i... - powiedział Ed.
- Szukamy... - dodał Louie.
- Czystych łóżek, gorącej... - uzupełnił Umberto i wszyscy trzej, w jednej
chwili, beznadziejnie i rozpaczliwie się w niej zakochali.
Bo wiecie, jest taka teoria, która mówi, że dla każdej osoby istnieje
druga, która idealnie i całkowicie spełnia ich marzenie o miłości. A skoro bracia Gallacelli byli jedną osobą pomnożoną razy trzy, oczywiście
i ten ideał musiał być dla nich wspólny, a tym ideałem okazała się
Persis Tatterdemalion.
Następnego dnia bracia Gallacelli udali się do doktora Alimantanda, żeby
dostać pobyt stały. Przydzielił Umbertowi dużą działkę, Edowi szopę, w której mógł naprawiać maszyny, a skoro Louie'emu nie mógł dać stanowiska
w sądzie rejonowym czy choćby stolika w rogu baru, gdzie mógłby
praktykować swą sztukę, dał mu działkę prawie tak samo wielką jak
Umbertowi i doradził zajęcie się hodowlą zwierząt, mówiąc, że ze
wszystkiego, co ma do zaoferowania Droga Bez Znaczenia, to jest
najbliższe praktyce prawniczej.