Drogi Dupku - Virginie Despentes

Kup ebooka

53.99 zł
40.49 zł (44,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

OSCAR

Kronika katastrofy

W jednej z paryskich kafejek minąłem się z Rebeccą Latté. Wróciłem pamięcią do niezwykłych postaci, które grała, kobiet niebezpiecznych, jadowitych, wrażliwych, wzruszających lub bohaterskich - ile razy się w niej zakochałem, ile jej zdjęć, w ilu mieszkaniach, nad iloma łóżkami powiesiłem, by o niej marzyć. Tragiczna metafora epoki spieprzającej z prędkością światła - cudowna kobieta, która tak wielu nastolatków nauczyła, czym jest fascynacja kobiecym magnetyzmem w jego najdoskonalszej postaci, teraz zmieniła się w ropuchę. Nie tylko się zestarzała. Upasła się, zaniedbała, ma wstrętną skórę, jest brudna i hałaśliwa. Totalna rozsypka. Dowiedziałem się, że została muzą młodych feministek. Międzynarodówka zawszonych dziwolągów znowu ruszyła do ataku. Poziom zaskoczenia: zero. Leżę półżywy na sofie i na okrągło słucham Hypnotize Notorious B.I.G.'a.1

REBECCA

Drogi Dupku,

przeczytałam twój wpis na Instagramie. Jesteś jak gołąb, który w przelocie nasrał mi na ramię. Wpis plugawy i bardzo nieprzyjemny. Buuu, jestem mięczakiem, który nikogo nie interesuje i skamle jak chihuahua, bo marzy, żeby ktoś go zauważył. Chwała mediom społecznościowym, miałeś swoje pięć minut sławy. Dowód? Że do ciebie piszę. Jestem pewna, że masz dzieci. Faceci tacy jak ty mnożą się jak króliki - nie do wyobrażenia, żeby twój ród wygasł. Zauważyłam, że im bardziej ludzie są głupi i żałośnie niepotrzebni, tym bardziej czują się w obowiązku, by podtrzymać ród. Mam więc nadzieję, że twoje dzieci zginą rozjechane przez ciężarówkę, a ty będziesz bezsilnie patrzeć na ich agonię, że ich oczy wyskoczą z orbit, a ich krzyki bólu będą cię co noc prześladować. Oto całe dobro, jakiego ci życzę. I odczep się od B.I.G.'a, palancie.

OSCAR

Jakie to zjadliwe. Sam się o to prosiłem. Jedyne, co mnie tłumaczy, to fakt, że nie przyszło mi do głowy, że pani mój wpis przeczyta. A może w głębi duszy miałem nadzieję, że owszem, choć nie do końca w to wierzyłem. Bardzo mi przykro. Usunąłem post i wszystkie komentarze.

A jednak jest to zjadliwe. Najpierw mnie to zaszokowało. Potem, przyznaję, cholernie rozbawiło.

Chciałbym się wytłumaczyć. Siedziałem o kilka stolików od pani, na tarasie kafejki przy rue de Bretagne. Nie ośmieliłem się do pani odezwać, ale natarczywie się przyglądałem. Chyba czułem się upokorzony, kiedy do mnie dotarło, że moja twarz nic pani nie mówi, a także upokorzony własną nieśmiałością. W przeciwnym razie nigdy bym nie napisał takich obrzydliwych słów na pani temat.

Tamtego dnia chciałem pani powiedzieć - nie wiem, czy to cokolwiek pani przypomni - że jestem młodszym bratem Corinne, przyjaźniłyście się w latach osiemdziesiątych, Jayack to mój pseudonim. Nazywaliśmy się Jocard. Mieszkaliśmy nad square Maurice Barr?s. O ile pamiętam, pani rodzina pochodziła z Cali, kamienica nazywała się le Danube. W tamtych czasach często pani u nas bywała. Byłem młodszym braciszkiem, podglądałem was z daleka, rzadko ze mną rozmawiałyście. Ale pamiętam, jak pani stała nad moim torem wyścigów samochodowych i koniecznie chciała mi pokazać, jak sprawić, żeby wszystkie samochodziki wypadły z toru.

Miała pani zielony męski rower, wyścigówkę. Kradła pani całe torby płyt na targach książki i któregoś dnia podarowała mi pani Station to Station Davida Bowiego, bo miała pani dwa egzemplarze. Dzięki pani jako dziewięciolatek słuchałem Bowiego. Mam tę płytę do dzisiaj.

W międzyczasie stałem się powieściopisarzem - nie osiągnąłem takiej sławy jak pani, ale nieźle mi poszło i od dawna mam pani adres mailowy. Zdobyłem go, bo chciałem dla pani napisać monolog teatralny. Nigdy nie znalazłem w sobie dość odwagi, żeby się z panią skontaktować.

Pozdrawiam

REBECCA

Chłopczyku, zachowaj swoje przeprosiny dla siebie, zachowaj monolog, zachowaj wszystko: nie ma w tobie niczego, co mogłoby mnie zainteresować. Jeśli to cię może uspokoić, jeszcze bardziej jestem wściekła na żałosnego imbecyla, który mi przesłał link do twojej deklaracji, tak jakbym musiała wiedzieć o każdej obeldze, którą ktoś rzuca pod moim adresem. W dupie mam twoje nędzne życie. W dupie mam całą twoją twórczość. W dupie mam wszystko, co ciebie dotyczy - z wyjątkiem twojej siostry.

Oczywiście, że pamiętam Corinne. Od lat o niej nie myślałam, ale kiedy przeczytałam jej imię, wszystko powróciło, jak gdybym otworzyła szufladę. Grywałyśmy w karty na sankach, które służyły za niski stolik w jej pokoju. Otwierałyśmy okiennice i paliłyśmy fajki, które podkradałam matce. Wcześniej niż inni mieliście mikrofalówkę, w której topiłyśmy ser i rozsmarowywałyśmy go na tostach. Pamiętam, że kiedyś odwiedziłam ją w Wogezach, gdzie pracowała jako instruktorka jazdy konnej. To właśnie z nią poszłam po raz pierwszy do baru, grałyśmy na flipperze, udając wyluzowane, jakbyśmy przez całe życie nic innego nie robiły. Corinne miała motocykl - biorąc pod uwagę nasz wiek, był to pewnie podrasowany motorower. Paliła czerwone Dunhille i piła piwo z cytryną. Czasami mówiła o Niemczech Wschodnich i o polityce Margaret Thatcher, o sprawach, którymi wówczas nikt wokół mnie się nie zajmował.

Nie cierpiałam Nancy, rzadko myślę o tym mieście i nie czuję żadnej tęsknoty za dzieciństwem - zdziwiło mnie, że cokolwiek pamiętam z młodości i że to coś wydało mi się przyjemne.

Powiedz siostrze, że wstukałam jej nazwisko do internetu, ale niczego nie znalazłam. Pewnie wyszła za mąż i teraz nazywa się inaczej. Ucałuj ją ode mnie. A jeśli chodzi o ciebie, zdychaj.

OSCAR

Ty i moja siostra nie chodziłyście do jednej szkoły i nie wiem, w jaki sposób zostałyście przyjaciółkami. W podstawówce waszym ulubionym zajęciem było budowanie domów dla lalek w dużych kartonach. To było wielkie przedsięwzięcie i nawet moja mama, która nie miała krztyny fantazji, pozwalała wam na to i nie skarżyła się na bajzel w pokoju Corinne. Pewnego razu w środę przyniosłaś karton po lodówce, w którym ułożyłyście pudełka po butach mające robić za mieszkania. Było w nich za nisko dla lalek Barbie, więc wyciągnęłyście lalki, które mama kolekcjonowała i trzymała na półce w salonie. Kiedy zobaczyła swoje Bretonki, Sewilki i inne Alzatki w tej waszej kamienicy, czekałem na wybuch jej wściekłości. Wspomnienie to zapisało się w mojej pamięci, bo mama nie zdołała nawet udać, że się złości. Jakaś radość wygrała u niej z zasadami. Powiedziała, że przesadzacie, ale zanim kazała wam włożyć lalki z powrotem do plastikowych walców i posprzątać pokój, kucnęła przed waszą budowlą i potrząsnęła głową: "To po prostu niemożliwe". Psioczyła tylko pro forma i można to było łatwo rozszyfrować. My, dzieci, nieczęsto potrafiłyśmy mamę rozśmieszyć. Pokonałaś jej zły humor. Później, za każdym razem, kiedy cię widziała na ekranie telewizora, rzucała tę samą uwagę: "Pamiętam, jak Coco i ona wyciągnęły wszystkie ludowe lalki z półki w salonie, żeby je przeprowadzić do kartonowego wieżowca... Tej małej nie brakowało fantazji. Już wtedy była śliczna".

Byłem jeszcze za młody na grę Mille Bornes i wiedziałem, że jesteś piękna, ale tak naprawdę zdałem sobie z tego sprawę dopiero pod koniec pewnego lata, kilka dni przed początkiem roku szkolnego, kiedy przyszłaś do nas i zapytałaś: "Zrobimy sobie kawy?". Tego dnia skończyłaś z lalkami. Dorosłaś. I stałaś się nie do poznania.

REBECCA

Robaczku, przypuszczam, że zdajesz sobie sprawę, że nie ty pierwszy uważasz mnie za seksbombę i zauważyłeś, że jestem sławna...

Muszę natomiast przyznać, że nikt przed tobą nie miał dość tupetu, żeby mnie naobrażać jak jakąś szmatę, a potem, na tym samym oddechu, oznajmić, że "mieszkaliśmy w tej samej dzielnicy i mamy wspólne wspomnienia".

Na tym etapie rozgrywki twoja głupota budzi respekt. Co nie zmienia sprawy podstawowej: gówno mnie obchodzi twoja gęba. Przekaż gorące pozdrowienia swojej siostrze, która była fantastyczną przyjaciółką.

OSCAR

Nie wiem, czy zdawałaś sobie sprawę, że moja siostra wolała dziewczyny. W tamtym czasie o tym nie mówiła. Widziałem, że jest szorstka, grubsza od swoich koleżanek, i wkurzało mnie, że nie podejmuje żadnych wysiłków, żeby lepiej wyglądać, ale nie wyciągałem z tego żadnych szczególnych wniosków. Wiele lat później, w sierpniu, rodzice wyjechali do Hiszpanii, a ja u nich zamieszkałem, żeby się zająć kotem. Było gorące lato i Corinne, która już wtedy mieszkała w Paryżu, przyjechała do mnie powylegiwać się w ogródku. Rozkładała ręcznik w cieniu drzewka brzoskwiniowego i leżała tam całymi popołudniami, czytając lub słuchając płyt na odtwarzaczu CD. Czasami jeździliśmy samochodem na basen. Nigdy nie spędzaliśmy razem czasu na wakacjach. Dawaliśmy sobie spokój, każde z nas zajmowało się swoimi sprawami. Pewnego dnia Corinne znalazła trylogię Mad Max w kartonie w garażu, usiedliśmy w salonie, zamknęliśmy okiennice i pijąc zimne piwo, oglądaliśmy Mela Gibsona. Kiedy byliśmy już trochę wstawieni, między dwoma filmami opowiedziałem jej o dziewczynie, z którą wówczas chodziłem i której nie miałem odwagi rzucić, chociaż już mi się znudziła. Wysłuchała mnie bez żadnego dociskania, co zazwyczaj czyniła. Mówiłem zmuszam się żeby do niej dzwonić bo inaczej urządziłaby mi straszną scenę ale w sumie jestem zadowolony że ona pracuje bo się z nią duszę nudzę wszystko razem wygląda dość ponuro. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego boję się jej powiedzieć, że to koniec. Nie mieszkaliśmy razem. Chyba się obawiałem, że jeśli ją porzucę, skażę się na dożywotni celibat, i uważałem, że może lepiej mieć dziewczynę, która mnie nudzi, niż zostać na zawsze sam. Nie ośmieliłem się jednak powiedzieć tego na głos, zapytałem więc siostrę, jak jej się układa z chłopakami. Nigdy z nikim nie chodziła. To mnie nie dziwiło. Nie była zbyt ładna ani łatwa we współżyciu. Bałem się jej i sądziłem, że innych facetów też przeraża.

Bez wahania odpowiedziała, że się spotyka z dziewczynami. I w ten właśnie sposób wyszła z szafy. Od trzech lat mieszkała w Paryżu. Pomyślałem: "Moja siostra jest homoseksualistką", ale to wydawało mi się jakieś nierzeczywiste. W moim pojęciu słowo "lesba" nie było nawet obelżywe. Żeby opisać swoją siostrę, miałem całą gamę pejoratywnych określeń, ale "lesba" nie przyszła mi na myśl. Nigdy się nie zastanawiałem, czy takie kobiety faktycznie istnieją, żadnej nie znałem. Corinne mnie ostrzegła, że jeśli komukolwiek pisnę choć słówko, rozwali mi łeb. Odparłem że nigdy nie donosiłem a ona na to fakt umiesz trzymać gębę na kłódkę i to ja cię tego nauczyłam. To ją rozśmieszyło. Mnie nie. Kiedy byłem mały, dostawałem z liścia, jak tylko się do niej zbliżyłem. Wolałbym, żeby mi mówiła o szczerych wyrzutach sumienia, zamiast wspominać o swoich skłonnościach tonem tak zadowolonym z siebie.

Puściliśmy trzeciego Mad Maxa, a ja czułem się jakoś nieswojo. Uważałem za obłęd, że taka niesława spadła właśnie na nas. Co innego być grubą, brzydką babą, a co innego lesbą. Było mi przykro ze względu na nią - wyobrażałem sobie jej życie w Paryżu, ludzi rzucających w nią kamieniami na ulicy, dziewczyny śmiejące się jej w nos i uważające ją za obrzydliwą, zdegustowanych pracodawców wyrzucających ją z roboty. Kilka dni później wsiadła w pociąg do Paryża i nigdy więcej o tym nie rozmawialiśmy.

Sądziłem, że będzie to wstydliwy sekret, którego przez całe życie będziemy strzec. Ale półtora roku później cała rodzina spotkała się na Gwiazdkę w Wogezach, za dużo zjedliśmy i za dużo wypiliśmy, a ona i ja poszliśmy na spacer do lasu. Jak dziś pamiętam, miała pożyczone od ciotki pomarańczowe rękawiczki i nos zaczerwieniony z zimna, z uśmiechem na twarzy lazła między świerkami zadowolona z własnej głupoty, z nieskończoną pogardą mówiła o "heterykach, którzy są autentycznymi burakami". Dzisiaj słowo "heteryk" brzmi już banalnie, ale wtedy po raz pierwszy usłyszałem, jak ktoś go używa. Epokę godnego i ukradkowego coming outu miała już za sobą. Teraz była po prostu lesbijką, "sprawą polityczną". Miałem schowaną pod puchówką butelkę szampana i przyglądałem się, jak ją opróżnia z gwinta, a jej triumfalna radość wprawiała mnie w osłupienie. Powinna paść między świerkami na kolana, błagając bogów, by się stać na powrót normalna, by jakiemuś uczciwemu facetowi urodzić dzieci i wziąć kredyt na samochód w ramach szanowanego przez rodzinę małżeństwa. Też się napiłem, co mi dodało odwagi, żeby ją zapytać: "A czy te historie z dziewczynami to nie jest tylko przejściowa faza w twoim życiu?". Wcisnęła ręce w kieszenie. "Mam nadzieję, że nie. Jako heteryczka jestem zwykłą cipą, ale na rynku lesbijskim uchodzę za kogoś w rodzaju Sharon Stone". Jej odpowiedź mną wstrząsnęła. Od małego oboje byliśmy przegrywami w uwodzeniu. Lecz tamtego dnia jakby puściła moją rękę i porzuciła mnie w mroku, a sama ruszyła hasać po słonecznych plażach. Ona znalazła to coś, a ja nic.

W drodze powrotnej zgubiliśmy się, a jej radość z bycia lesbijką była niewyczerpana. Trochę ją rozumiałem: ja też nie miałem ochoty być podobnym do któregoś z członków rodziny. W tamtym czasie marzyłem o zostaniu dziennikarzem, do czego nigdy bym się nie przyznał przy stole. Mogłem przewidzieć reakcję, dziki śmiech i oczy wzniesione do sufitu: "Zawsze wyżej sra, niż dupę ma", "Naprawdę sądzisz, że wszyscy na ciebie czekają?" i cała litania komentarzy osób należących do klasy średniej, skazanej na pracę zarobkową, którą się wykonuje za pieniądze, nigdy z powołania. Trzymanie się swojego miejsca było ważniejsze od czegokolwiek innego. Kiedy tak wracaliśmy ze spaceru, miałem poczucie, że dla mojej siostry rezygnacja z pójścia drogą innych kobiet z rodziny i z sąsiedztwa była związana z podobnym pragnieniem emancypacji.

Później odtworzyłem jej ewolucję. Jako nastolatka miała kilka przyjaciółek, które w ukryciu przeżywały z nią przygody seksualne, ale kiedy tylko miały okazję, chodziły z chłopakami. Ciężko w samotności odchorowywała te paskudne zawody miłosne, a dziewczyny, jak je znam, nie mają krzty litości dla przegranych. W tamtych czasach lesbijki były gorzej niż przegrane - nie miały prawa istnieć. Na ringu tradycyjnej kobiecości nie mogły nawet włożyć rękawic.

Zaraz po maturze Corinne wyjechała do Paryża i zapisała się na uniwersytet, utrzymywała się z jakichś dorywczych prac, ale szybko znalazła robotę na pełny etat jako recepcjonistka w Gymnase Club i porzuciła studia. Zakochała się w koleżance z pracy, była to jej pierwsza poważna historia, kupę rzeczy robiły razem: wystawy, kino, koncerty, weekendy w Normandii. Pewnego dnia dziewczyna oświadczyła, że wychodzi za mąż. Corinne była świadkową na jej ślubie. Po raz ostatni ją pocałowała ubraną w białą suknię ślubną. Jeśli moja siostra ma serce, tamtego dnia zostało złamane. Potem wszystko się zmieniło: Gymnase Club zamknięto, a Corinne przez kilka miesięcy siedziała na bezrobociu i włóczyła się po barach. Właśnie wtedy poznała dziewczynę, która miała wszystko w jej życiu zmienić, która jej powiedziała: "Moi rodzice wiedzą czy im się to podoba czy nie jestem lesbijką mam ich w dupie i mam w dupie wszystkich którym to się nie podoba". Zamieszkały razem. Krążyły po barach tylko dla kobiet, a Corinne wlazła w politykę. Zmieniła look, pozbyła się wszelkich zewnętrznych oznak kobiecości, długich włosów biżuterii pantofelków makijażu. Kiedyś niezręcznie zapożyczała te elementy z powszechnego repertuaru, choć nijak nie pasowały do jej wyglądu. Jak odrzucone przeszczepy.

Narodziny mojej córki zmieniły nasze stosunki. O ile moja siostra wrzeszczy do każdego, kto zechce jej słuchać, że nigdy nie stworzy kolejnego obozu koncentracyjnego dla wrednych nerwicowców, jakim jest komórka rodzinna, i że wyższość lesbijki nad kobietą heteroseksualną polega na tym, że ta pierwsza nie czuje się zobowiązana do bycia mamą, żeby istnieć, o tyle swoją rolę ciotki przyjęła z powagą graniczącą z nadgorliwością.

Zawsze można na nią liczyć. Moja córka nazywa się Clémentine i nie da się powiedzieć, żeby miała łatwy charakter. Jest wręcz mistrzynią upierdliwości. Nigdy jednak nie protestuje, kiedy ma wyjechać na dwa tygodnie do mojej siostry. Léonore, matka mojej córki, która nikomu nie ufa, bez wahania powierza ją opiece Corinne.

Moja siostra mieszka pod Tuluzą, w rozpadającym się, ale dużym domu, gdzie mała ma swój pokój na poddaszu. Pamiętam, jak po raz pierwszy zostawiliśmy ją tam na kilka dni i zaczęliśmy odjeżdżać samochodem - byłem przekonany, że zawrócimy na końcu ulicy i ją zabierzemy. Ale Léonore nie zażądała, żebyśmy rezygnowali z zaplanowanego weekendu. W pełni ufa Corinne. I ma rację. Powiem siostrze, że przesyłasz jej ucałowania, ucieszy się.

REBECCA

Nie masz żadnego przyjaciela, z którym mógłbyś pogadać? Nawet nie zdążyłam zapytać, jak się miewa twoja siostra, a ty już mi wysyłasz całą jej biografię. Szczęśliwie to mnie interesuje, całe popołudnie poświęciłam na czytanie twojego maila.

Nie przyszło mi do głowy, że Corinne woli dziewczyny, ale jak mi to powiedziałeś, zaczęłam się zastanawiać, jakim cudem nie dotarło to do mnie wcześniej. Pamiętam ją, jak w Młodzieżowym Domu Kultury, w szortach i z rakietką do ping-ponga, wszystkich ogrywała - bez cienia wątpliwości wyglądała jak karykatura lesby. Ale nikt o tym nie myślał. W naszym otoczeniu kręciło się kilku pedałów. Dla mnie jednak w latach osiemdziesiątych wszystkie dziewczyny były heteryczkami, i kropka.

Mogłaby mi się podobać, kiedy teraz o tym myślę. Miała w sobie coś, nigdy bym jej nie wyśmiała. Tyle że sytuacja nie wydawała mi się wtedy dwuznaczna. Kiedy na nią patrzę z dystansu, to owszem, była dwuznaczna. Corinne traktowała mnie jak księżniczkę, wówczas uważałam, że tak się traktuje bardzo dobrą przyjaciółkę. Niewykluczone, że parokrotnie okazałam się niedelikatna. Przeproś ją w moim imieniu, jeśli faktycznie tak było. Dużo z nią rozmawiałam o facetach, którzy mi się podobali.

Nasze matki pracowały razem u Geigera. Moja długo nie wytrzymała w fabryce, ale właśnie tak się poznałyśmy, Corinne i ja. To zabawne, że tak łatwo wymazałam cię z pamięci, ostatecznie Oscar nie jest zbyt popularnym imieniem. O tobie zapomniałam, ale dobrze pamiętam wasz dom z niedużą kuchnią po lewej i salonem na wprost wejścia, pokój Corinne znajdował się w głębi korytarza po prawej. Nad square Maurice Barr?s. Tym, którzy nadawali nazwy dzielnicom, nie brakowało poczucia humoru. My mieszkaliśmy w dzielnicy Californie. Jeśli to nie jest robienie sobie jaj, to nie wiem, co by miało tym być. W najmniejszym stopniu nie tęsknię za dzieciństwem, ale to nie była zła dzielnica do dorastania. W domu cierpiałam z powodu braku przestrzeni, fakt. Miałam dwóch starszych braci, bez przerwy było głośno, a oni kipieli tak zwierzęcą energią, że nasze mieszkanie zamieniało się w klatkę. Lubiłam do was przychodzić. Corinne miała własny pokój. Waszych rodziców nigdy nie było w domu. Panowała cisza. Lubiłam tamtą dzielnicę. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że tam, gdzie mieszkaliśmy, było brzydko.

Teraz jednak, kiedy przychodzę z wizytą do rodziny, patrzę na nasze domy oczami innych ludzi. Rzecz nie w nędzy, lecz w czymś innym. To jest stan porzucenia. Dorastanie w miejscu, które wszyscy mają w dupie.

Kiedy poszłam do liceum w Nancy, niektórzy z moich nowych przyjaciół mieszkali w bardziej przestronnych mieszkaniach w centrum miasta lub w uroczych domkach na nowo wybudowanych osiedlach. Uważałam, że tam jest tak samo nudno jak u mnie. A ich rodzice nie byli lepsi. Nie dawało się ukryć, że ich matki popijają, a ojcowie to pretensjonalne palanty. Nigdy nie uważałam, że jest się czego wstydzić. Skończyłam piętnaście lat i miałam kompletnie w nosie, że u nas nie kupowało się Nutelli, tylko zamiennik jakiejś gównianej marki. Marzyłam tylko o tym, by wyjechać z tego prowincjonalnego miasta i chodzić na koncerty w Paryżu lub Londynie. Chciałam żyć wśród muzyków. Apaszka od Herm?sa na szyi jakiejś nisko skanalizowanej kretynki siedzącej na tarasie restauracji Le Commerce nie mogła więc wyprowadzić mnie z równowagi. Chciałam zostawić całe to życie za sobą.

OSCAR

A może olewałaś to, jak żyją dzieci z bogatych rodzin, bo byłaś piękna. W wieku piętnastu lat uroda jest ważniejsza od bogactwa. U chłopaków jeszcze bardziej niż u dziewczyn. Dziewczyna może się czuć przytłoczona wrażeniem, jakie robi, lub pozwalać sobą gardzić za to, że tak błyszczy, lub nie wiedzieć, w jaki sposób wykorzystać swoją urodę. Ale jeśli chłopak jest piękny, cały świat do niego należy. Może to masochizm, ale kiedy byłem nastolatkiem, moi najlepsi kumple wyglądali zjawiskowo. Przewaga, jaką im to dawało we wszystkich dziedzinach, była czystą aberracją.

W szkole nie miałem żadnych problemów. Moja odpowiedź na bycie brzydkim i biednym. Przymiot tego, który chce się zasłużyć. Rodzice nie tolerowali złych stopni. Ani u mojej siostry, ani u mnie. Musieliśmy mieć dobre wyniki w szkole, bo dostaliśmy szansę, że w ogóle mogliśmy chodzić do szkoły i mieć w przyszłości przyzwoity zawód. Należę do ostatniego pokolenia, któremu wmówiono, że ciężką pracą można osiągnąć awans społeczny. Kryzys w dwa tysiące ósmym roku pozbawił nas wszelkich złudzeń.

Matka niestrudzenie powtarzała, że niczego nam nie brakuje, jeśli porównać nas z tymi, którzy mają się na co skarżyć. Nauczyłem się doceniać swoje przywileje, zanim się nauczyłem czytać i pisać. Nie przyszłoby mi do głowy prosić o Walkmana lub Levi'sy. Rodzice uważaliby, że odebrało mi rozum. W gimnazjum odkryłem rap. Syn mojej dawnej nauczycielki nosił czarną skórzaną kurtkę i był chuliganem. Powtarzał klasę, a jego starszy brat siedział kiedyś w więzieniu. Bardzo mi imponował. Był wysokim blondynem, aroganckim i gwałtownym. Miał do mnie słabość. Kiedy kupił kompilację Rapattitude, dawał mi posłuchać Public Enemy2 i duetu Eric B. and Rakim3. Zakochałem się w tej muzyce i pół roku później to ja dawałem mu posłuchać nowych płyt. Wtedy właśnie zrozumiałem, że chcę mieć kasę.

Kiedy opublikowałem swoją pierwszą powieść, a ona dobrze się sprzedawała, natychmiast zacząłem szukać twojego adresu mailowego, bo marzyłem o pisaniu dla ciebie. Na targach książki poznałem Philippe'a Djiana4. Okazał się bardzo miły i powiedział, że z finansowego punktu widzenia warto pisać dla teatru. Pomyślałem wtedy o tobie - większość chłopaków z mojego pokolenia miała na twoim punkcie bzika, ale mój przypadek był szczególny, bo cię znałem od małego. Uważano mnie za mitomana, a ja nie miałem żadnego zdjęcia, które mogłoby udowodnić, że mówię prawdę. Marzyłem, że kiedyś zagrasz jakiś mój tekst, bo przede wszystkim uwielbiam twój głos i rytm, w jakim mówisz. Bardzo szybko jednak zdałem sobie sprawę, że wśród moich nowych przyjaciół pisarzy mało było takich, którzy w młodości pracowali latem w fabryce lub w Auchan, żeby zapłacić za prawo jazdy. Kiedyś napisałem scenariusz do spółki z reżyserem, który był moim rówieśnikiem i raz w życiu pracował latem w recepcji luksusowego hotelu, o czym opowiadał tak, jakby był na wojnie. Jakby przeżył coś wyjątkowego, co uczyniło z niego człowieka bardziej świadomego od innych, bardziej zdolnego do rozumienia spraw od wewnątrz. To też był jeden z powodów, dla których chciałem pisać dla ciebie. Pragnąłem się zbliżyć do ludzi podobnych do mnie.

Skontaktowałem się z twoim agentem i opowiedziałem mu o swoim projekcie. Odparł, że pogadamy, jak już napiszę ten tekst. Miało to miejsce jakieś dziesięć lat temu. Byłem początkującym pisarzem, przekonanym, że chwycił Pana Boga za nogi, bo wystąpił w telewizji. Teraz widuję facetów młodszych ode mnie, którzy łapią fejm na YouTubie i są równie aroganccy jak ja kiedyś. Człowiek szybko się upaja swoją skromną sławą. Nie to, że się staje zadufany i uważa się za lepszego, niż faktycznie jest - po prostu wydaje mu się, że jest wszędzie rozpoznawany, że jest tematem wszystkich rozmów i przedmiotem powszechnej zazdrości. Sukces społeczny, nawet tak ograniczony, zajmuje cały jego umysł. Zachowuje się jak słoniątko, które trzeba wciąż karmić, pielęgnować, wyprowadzać na spacer i zabawiać. Sympatyczny potworek. Budzisz się rano, wychodzisz z domu i - jak słusznie śpiewa Orelsan5 - "Jesteś dobra". Wszyscy czegoś się od ciebie domagają wyrywają sobie twój numer telefonu chcą się z tobą szlajać i postawić ci pizzę zrobić ci zdjęcie chcą żebyś przyszła na jakiś koncert. To człowieka ogłupia. Nie widziałem takich, których by to uszczęśliwiło. Ale spotkałem mnóstwo takich, którzy od tego kompletnie zdurnieli. Kiedy rozmawiałem z twoim agentem o swoim projekcie, spodziewałem się, że zacznie skakać z radości - oto młody autor mojego kalibru interesuje się jedną z jego aktorek. Myślałem, że natychmiast zorganizuje kolację z twoim udziałem i da mi klucze do swojego domku letniskowego, żebym mógł tam pisać.

Pokazał mi, gdzie jest moje miejsce. Napisałem kilka linijek. O dziewczynie, która po długiej odsiadce wychodzi z więzienia. Przeczytałem kilka relacji kobiet, które siedziały za kratkami. Jedna z nich powiedziała mi coś, co zrobiło na mnie duże wrażenie: że w kobiecych więzieniach nikt nie przychodzi do rozmównicy. Zdałem sobie sprawę, że nigdy nie spotkałem faceta, który by powiedział: moja żona siedzi w pierdlu, co miesiąc ją odwiedzam.

W końcu tego tekstu nie napisałem. Należę do kategorii - a jest nas wielu - autorów prokrastynujących. Internet nie ułatwia roboty. Otwieram nowy dokument, żeby popracować, a pięć minut później oglądam pornosa.

Obecnie spędzam dni na graniu w jakieś kretyńskie gry na komórce. A kiedy mówię dni, to mam na myśli całe dni. O dziewiątej rano skręcam sobie pierwszego blanta, nastawiam płytę, włączam radio lub szukam podcastu i zabieram się do grania. I tak do obiadu. Często jestem już nieźle najarany, więc idę spać i budzę się koło piątej po południu. To pora na pierwsze piwo. Po nim albo mam ochotę wyjść i spotkać się z ludźmi, żeby dalej pić - jak jest okazja, to nawet coś więcej - albo wracam do skrętów i kończę dzień, oglądając jakieś seriale. Seriale sobie lecą, a ja dalej gram. Spędzam na tym sześć do siedmiu godzin dziennie - komórka to zdrajca, w każdym tygodniu kradnie mi czas. A jak mówię o durnych grach, to są to naprawdę durne gry. Darmowe gry na smartfonie. Nie jakieś niewiarygodne światy z niesamowitymi zadaniami i wysublimowaną grafiką. Nie. To są gry dla idiotów. Gdyby ktoś mi zajumał komórkę, byłoby mi wstyd po nią pójść, tak żałosne są poziomy, do których docieram. Udało mi się na przykład skończyć Candy Crush. Oczywiście płacę za bonusy. Należę do tych, którzy dają się gładko robić w konia. Podobno to ma taki sam wpływ na mózg jak kokaina. Jestem gotów w to uwierzyć. Nic mnie tak nie uspokaja jak trzy godziny przed ekranem.

Podobno najwybitniejsze umysły zaciekle pracują nad tym, żeby człowieka na jak najdłużej zatrzymać przy kompie lub smartfonie. To cała gałąź wiedzy o nałogu. Ludzie mogliby spędzać czas na poszukiwaniu sposobów na to, jak polepszyć nasze życie lub żeby internet był mniej szkodliwy, mogliby się zastanawiać, jak używać sieci, żeby praca była łatwiejsza i mniej unieszczęśliwiała, a oni cały swój talent spożytkowują na to, żeby człowiek maksymalnie długo siedział siedział przy jakiejś rozgrywce z udziałem zombie.

Prokrastynuję. To coś innego niż brak natchnienia. W głowie mam poukładane dokładne sceny i dialogi, wiem, co chcę napisać. Ale zajmuję się czymś innym. Niczym interesującym. Ani zabawnym. Trudno to wytłumaczyć. Bycie pisarzem to ciężki kawałek chleba, bo twoi przyjaciele wyobrażają sobie, że przez dwie, trzy godziny klepiesz w klawiaturę, wypisując jakieś bzdury i pogwizdując, i to by było na tyle. Nie sposób im wytłumaczyć, że ze względu na prostotę całego mechanizmu pisanie jest trudne i zabiera cały czas, kiedy ty z uporem wciąż próbujesz.

I tak nie napisałem monologu kobiety, która wychodzi z więzienia i po piętnastu latach na nowo odkrywa Paryż. Prokrastynuję. Ale tym razem w szczególny sposób - czuję się kompletnie zablokowany. Niedawno wyszła moja kolejna powieść i wszyscy o mnie mówią, ale nie ze względu na książkę. Padłem ofiarą Me Too. Najgorszemu wrogowi nie życzę. Mam wrażenie, że wszyscy o tym wiedzą. Więc i tobie o tym mówię. Niewykluczone, że po tym wyznaniu nigdy już do mnie nie napiszesz. Nie mogę powiedzieć, że bym to zrozumiał. Ale nie byłabyś pierwsza.

ZOÉ KATANA

Kronika mojej ręki na twojej gębie

Od lat prowadzę feministycznego bloga. Przywykłam do waszych nienawistnych rajdów, gróźb śmierci i gwałtu, do waszych komentarzy o rozmiarze mojego tyłka i żałosnym stanie mojej inteligencji. Przywykłam do waszej męskiej wściekłości.

Nigdy przedtem nie podałam żadnego nazwiska. Ale od czasu, gdy wspomniałam o Oscarze Jayacku, nastąpiła godna podziwu fala protestów. Opowiedziałam naszą historię. Mój punkt widzenia to terroryzm. Mylę się co do swoich uczuć. Trzeba mi wyrwać język i jemu oddać głos. A ja mówię: po kilkumiesięcznym molestowaniu sama siebie nie poznajesz. Potrzeba lat, by sobie uświadomić, że już nigdy nie będziesz taka sama, że dawno zniknęłaś. To codzienny strach i stawanie się kimś innym. To wstyd, że ktoś szukał twojego słabego punktu, znalazł go i cię zniszczył. Wstyd, że to się okazało takie łatwe. I że wszyscy mają to w dupie. Więc powiedziałam: nie miałam jak się bronić. I wszystkim radziłam: jeśli coś takiego cię spotka, od razu uciekaj. Jak najszybciej. I mówię: to oni mają się wstydzić, nie ty. To wy robicie z tego wielkie halo. Nie ja. Wasza wściekłość potwierdza słuszność mojej decyzji.

Kiedy mówię: "To nie do zniesienia", w odpowiedzi słyszę: "Wszystko było w porządku, dopóki ty nie zaczęłaś". Wszystko było w porządku, dopóki można było wcisnąć moje ciało w to równanie pożądania, moje ciało, ale nie moje słowa. Jestem potrzebna na scenie jako młoda amantka, której pożąda główny bohater. Lecz nikt nie chce słyszeć o moich uczuciach. Nie tylko mężczyźni każą mi zamknąć dziób. Kobiety także. Tłumaczą mi, że to, co przeżyłam, zawsze istniało i one umiały dać sobie z tym radę. Przez wieki kobiety, nasze poprzedniczki, potrafiły z godnością temu podołać. A ja mówię, że one przełykały swój wstyd i uśmiechem pokrywały swoją bezsenność. I twierdzę że za każdym razem kiedy mężczyzna narzuca kobiecie swoją rozkosz instynktownie poddaje się prawu patriarchatu którego pierwsza reguła polega na upewnieniu się że my zostałyśmy wykluczone z odczuwania rozkoszy. A zmuszanie nas do tego od najwcześniejszych lat to jeden z elementów tej konstrukcji. Pętanie nas jest misją żołnierzy patriarchatu. Mężczyźni boją się, że jeśli nam pozwolą na spokojne przeżywanie orgazmu, runie cały porządek świata, który zbudowali. Ten ciemny, archaiczny lęk to strach przed ziemią nieznaną. Kobiecą seksualność nazwano ziemią nieznaną, kluczową bowiem sprawą było nieujawnianie praktyk tworzących ową seksualność. Kazirodztwo, gwałt, przymus, molestowanie. Za wszelką cenę starano się przemilczeć warunki pozwalające na zahamowanie kobiecego pożądania. To, co dzisiaj ujawniamy, nie ma nic wspólnego z przypadkowymi incydentami. Nasze ciała zostały siłą wciągnięte na pole bitwy, żeby je okaleczono. Nasze "nie" stanowi część spektaklu. Możemy się utożsamiać z bykiem na corridzie: jak on jesteśmy zadbane, dopieszczane w jednym tylko celu - by nas uśmiercić na arenie, na której nie mamy cienia szansy. Patriarchat to od zarania dziejów spektakl witalności i siły tak zorganizowanej, by chronić mordercę i pozwolić tłumom na jego oklaskiwanie za piękno rytuału. Mężczyzna, który gwałci kobietę i robi to dobrze, to uświęcenie samej kwintesencji patriarchatu: powalenie siły na kolana za pomocą głupich i morderczych technik. Upewnienie się, że gwałt bez siły może zabić to, co budzi wasz lęk.

Dzisiaj jednak należę do armii maltretowanych dziewczyn, które wychodzą z milczącego cienia. Możecie mnie znaleźć, grozić mi i mnie znieważać. To nic nie zmieni. Unosimy ołowianą pokrywę. To oni mają się wstydzić. Kiedy jakiś licealista wrzuca zdjęcie dziewczyny, która mu robi laskę, musi wiedzieć, że pewnego dnia jego nazwisko zostanie upublicznione, a on upokorzony. Musimy nauczyć dziewczyny, żeby były dumne z tego, jak obciągają. To niebywałe, że młode dziewczyny myślą o samobójstwie z powodu zdjęć, na których widać, jak się pieprzą z facetami, którzy im się podobają. O wieszaniu się powinien myśleć ten, kto korzysta ze swojego maczystowskiego przywileju, by je poniżyć. Licealiści powinni stanąć w honorowym szeregu na cześć dobrych obciągaczek. Zamiast tego to nam się zawsze zarzuca, że chcemy się z nimi pieprzyć. A kiedy odmawiamy, jest jeszcze gorzej.

Problemem jest moja skarga, jedna z setek tysięcy innych. Tam, gdzie powinny panować cisza i zapomnienie. Moje słowa to płatek śniegu we wszechogarniającej lawinie. Zabieram głos i mówię, że każdego dnia szłam do pracy z żołądkiem zawiązanym na supeł. Czułam się ohydnie, bo wszyscy się mną brzydzili, a jednak tam szłam. Wstydziłam się swojego gniewu i nieumiejętności jego wyrażenia. W tamtej firmie nie wszyscy mężczyźni byli skurwielami. Lecz wszyscy byli wspólnikami według niepisanego prawa: przestrzeń publiczna to teren łowiecki. Nie wszyscy polują. Lecz wszyscy muszą schodzić myśliwemu z drogi. A ja byłam głęboko przekonana, że jestem idiotką.

Przyjęto mnie do pracy w tamtym wydawnictwie, bo miałam dobre dyplomy, odbyłam właściwe staże, byłam pracowita, sumienna, punktualna i szybko się uczyłam. A także dlatego, że byłam młoda, szczupła, miałam długie błyszczące włosy, duże jasne oczy i bardzo jasną skórę, elegancko się ubierałam i miałam pomalowane paznokcie. Zatrudniono także mój młody wiek.

Lecz w jego towarzystwie nigdy nie umiałam się znaleźć. Jąkałam się, cofałam, odwracałam wzrok, wychodziłam z pomieszczenia, opierałam się o drzwi taksówki, ściskałam kolana, czerwieniłam się, głupawo chichotałam, wychodziłam wcześniej z biura, odsuwałam jego rękę, szłam przyklejona do ścian budynków, nosiłam pantofle na płaskim obcasie, biegałam wokół biura, kiedy był nawalony, a on się z tego śmiał, zaciskałam zęby, kiedy mnie obmacywał, pewnego dnia uciekłam biegiem. Pędziłam jak jakiś żałosny królik. Ludzie widzieli, jak wychodzę załamana, cała we łzach. Lecz nikt nie widział problemu. Widzieli tylko malowniczość całej sytuacji. Autor macho i skromna rzeczniczka prasowa.

Oscar dzwonił w środku nocy, a ja się bałam ponownie zasnąć. Pukał do drzwi mojego pokoju hotelowego, a ja się bałam ponownie zasnąć. Przed wyjściem do pracy wymiotowałam ale z uśmiechem mówiłam dzień dobry jakby nigdy nic bo gdybym zaczęła krzyczeć zostałabym uznana za histeryczkę która nie umie zapanować nad nerwami gdybym robiła obrażoną minę uznano by że nie jestem profesjonalistką że jestem niezdolna do żadnego wysiłku to było jak w złym śnie kiedy chce ci się wyć ale z twoich ust nie wychodzi żaden dźwięk. Wyłam w ciszy, a ludzie wokół świetnie się bawili - czekali, kiedy ulegnę. Uwodził mnie. Pozwalałam się uwodzić. Każdy grał swoją rolę.

Kiedy mówi dzisiaj, że nie mógł wiedzieć, do jakiego stopnia mnie to niszczy, ma na myśli, że tylko ja nie uważałam jego zachowania za fantastyczne. Nawalony autor macho, syn bezrobotnego, kiedyś pracownika huty na wschodzie kraju, cudowne dziecko zachowujące się dokładnie tak, jak się spodziewano po pierdolonym robolu jego pokroju. Był wielkim autorem sprzedającym mnóstwo książek. Kiedy sprawy zaszły tak daleko, że zaczął się za bardzo skarżyć, powiedziano, że możemy zmienić rzeczniczkę prasową, ale wielkiego autora nie będziemy się pozbywać. O ile wiem, Oscar Jayack nigdy nie próbował się dowiadywać, co się ze mną stało. Wróciłam, żeby mu powiedzieć. Nie zatrudniono mnie z powrotem.

Żyjemy w świecie, w którym setki tysięcy kobiet mówią to samo, a setki tysięcy szefów uznają to za żart. Mówią nam: "Nic nie słyszymy". Ciągle puszczają tę samą płytę. Zwracają się do nieżyjących i dawno pochowanych feministek, oznajmiając, że dawniej było lepiej. Bo nawet feminizm do nich należy. Ta poczciwa Simone nigdy by się nie skarżyła, że ktoś jej położył rękę na tyłku, o nie, Simone to były piękne czasy - gwałcone milczały, brzydule chodziły pod ścianami, lesbijki się kryły, a skromne, pośpiesznie zapłodnione urzędniczki oddalano, by zdychały gdzie indziej. Stare dobre czasy, w których dominowane dobrze rozumiały, na czym polega dominacja.

Męska emancypacja nigdy nie nastąpiła. Wasza wyobraźnia pozostała podporządkowana. Kiedy słyszycie "dominacja", to wam staje. Kiedy słyszycie, że macie iść na wojnę, odpowiadacie, że broń jest ważniejsza od powietrza, którym oddychamy, od wody, którą pijemy, broń to sól ludzkości. Kiedy ktoś atakuje szefów, wpadacie w panikę. Tłoczycie się, żeby ich bronić. Oto co robicie - tłoczycie się, żeby nie odbierać szefom prawa do robienia tego, co im się żywnie podoba. Słyszymy, co mówicie: "Tylko się nie uwalniajcie z pętających was łańcuchów, bo po drodze mogłyby pęknąć nasze".