Alicja i Maciej
Alicja i Maciej
- Halo, Maciej? Jesteś? - Alicja Wierzbicka nie bez wysiłku wtoczyła się
do domu z trzema torbami wypełnionymi po brzegi zakupami. Pod pachę
wetknęła pokaźnych rozmiarów pora z warzywniaka slow food, chociaż jej
zdaniem powinien się raczej nazywać "high price". W tłumaczeniu na
polski: drożywniak. Teraz starała się wymanewrować ze swoim ładunkiem w dość ciasnym korytarzu i boleśnie uderzyła łokciem o futrynę. Chciała
zakląć siarczyście, ale zamiast tego pisnęła cienko "auć!" - i przepchnęła się do kuchni. To zdecydowanie nie był jej dzień. Najpierw
pod sklepem szukała przez kwadrans miejsca parkingowego, a kiedy już
znalazła, to koło ogromnej kałuży, do której wpadł jej telefon. Zsunął
się z kolan, gdy wysiadała. A milion razy obiecywała sobie, że nigdy jej
się to już nie zdarzy. W dodatku zawracając, przejechała przez podwójną
ciągłą i o mało przy tym nie potrąciła policjanta. Na szczęście był tak
zszokowany jej manewrem, że nawet
nie zareagował. Teraz marzyła tylko o kubku ziołowej herbaty. I żeby
ktoś się nią zaopiekował. Na przykład mąż?
- Mamo, mamo, taty nie ma! - Helena i Henio z pewnym opóźnieniem
wybiegli ze swoich pokoi, dopadając siatek. Nie po to, żeby pomóc je
rozładować, mieli po prostu nadzieję na znalezienie jakichś zakazanych
przyjemności. Ich matka była ekspertką od zdrowego żywienia, prowadziła
o tym blog i program w telewizji. Nie liczyli więc na chipsy, żelki czy
batonika. Ale od czasu do czasu pozwalała im zjeść coś, co (przynajmniej
jej zdaniem) nie wpływało korzystnie na ich zdrowie, za to miało im dać
poczucie prawdziwego dziecięcego szczęścia.
Szczęście Heli i Henia było dla Alicji bardzo ważne, bardziej zależało
jej tylko na szczęściu męża. Wychodziła z założenia, że pewnego dnia
dzieci podrosną i opuszczą rodzinne gniazdo. A ona i Maciej jeszcze
przez wiele, wiele lat będą się cieszyć z odzyskanej po okresie
wychowawczych trudów i rodzicielskich wyrzeczeń wolności. Maciej kiedyś
wyglądał niemal jak brat bliźniak Micka Jaggera. Dzisiaj z gęstą blond
czupryną, lekko tylko oprószoną siwizną, wciąż był więcej niż
przystojny. Nosił się na czarno, uwielbiał skórzane rockowe kurtki i był
czarujący w sposób, który sprawiał, że nikt nie potrafił mu niczego
odmówić. Alicja kochała się w nim na zabój dokładnie tak samo jak wtedy,
kiedy miała siedemnaście lat i zobaczyła go na domówce u koleżanki. A potem okazało się, że zdają na ten sam wydział na uniwerku, co uznała za
znak: są sobie przeznaczeni! Trzynaście lat, jeden kredyt hipoteczny i dwoje dzieci później ona i Maciej wciąż byli szczęśliwą wyspą na morzu
łez wylanych przez jej zdradzane, oszukiwane, niekochane koleżanki.
Alicja - z natury szalenie empatyczna - szczerze współczuła kobietom,
które nie miały powodzenia w związkach. Ale gdzieś na dnie duszy czuła,
choć bardzo się tego wstydziła i nigdy nie wypowiedziałaby tego na głos,
że po prostu nie potrafiły ich należycie pielęgnować.
- Hela, Henio, macie po pół drożdżówki na głowę, potem upiekę wam ciasto
marchewkowe. Bez cukru - to ostatnie zabrzmiało, niestety, jak groźba,
choć chciała, by miało walor sympatycznie wychowawczy.
- Tak, tak, bo kto je cukier, umiera w męczarniach! - Henio jawnie
zadrwił z naczelnej zasady Alicji, wpychając ciastko do ust. Spojrzała
na syna z przyganą i już miała wygłosić krótki wykład o tym, jak wielu
jego kolegów ma nadwagę i ilu z nich wkrótce zachoruje na cukrzycę, ale
zamiast tego ciężko westchnęła i ograniczyła się do najpopularniejszej
wśród matek całego świata uwagi:
- Henryku, nie mów z pełnymi ustami.
Milusi synuś mamusi właśnie przepoczwarzał się w upiornego nastolatka. A matczyna intuicja podpowiadała, że od teraz wszelkie próby konfrontacji
z nim będą oznaczać płacz i zgrzytanie zębów. Na to już dzisiaj z pewnością nie miała siły. Zrezygnowana zaczęła upychać po lodówce i szafkach zakupione produkty.
- Hej, dzieciaki, nie wiecie przypadkiem, gdzie wasz ojciec? - spytała
raczej retorycznie. Dzieciaki oczywiście nie wiedziały. Alicja przez
jedną mikrosekundę poczuła, że właściwie miałaby prawo być przytłoczona
ciężarem wszystkich swoich obowiązków. To ona zarabiała lepiej, ale i tak brała na siebie większość domowych prac. Do niej należało
znalezienie hydraulika, kiedy ciekł kran, umówienie wizyty u ortodonty
dla Henia i zapisanie Heli na dodatkowy angielski. Pamiętała o imieninach teściowej, urodzinach szwagierki, wymyślała niespodzianki na
własną rocznicę ślubu. Scenariusz tegorocznego Bożego Narodzenia dzieci
układały już od miesiąca i jeśli Hela marzyła o lśniącym jelonku koło
choinki, to najpewniej on tam stanie... Tymczasem Maciej niby miał o wiele
mniej zajęć, a zawsze jakoś tak wychodziło, że był bardziej zajęty...
Ciekawe, czy gdyby jednak rozjechała tego policjanta, zaaresztowaliby
ją? Nie żeby zrobić mu śmiertelną krzywdę oczywiście. Ale takie niewinne
potrącenie, wycenione na jakiś miesiąc za kratkami... Maciej zostałby z tym wszystkim sam. A w więzieniu chyba nie jest tak źle, bo posiłki
podają... O matko, co też chodzi jej po głowie?! Aż się wzdrygnęła.
Maciej Wierzbicki nie spieszył się do domu. Praca dziennikarza
muzycznego w modnej, choć niszowej stacji radiowej, pozwalała mu
zarządzać kalendarzem w szalenie elastyczny sposób. Jego zajęcie było
kwintesencją określenia "wolny zawód": polegało na spotkaniach o najdziwniejszych nawet godzinach, podróżach w bardzo dalekie czasem
miejsca oraz odbieraniu telefonów i wiadomości o każdej porze dnia i nocy. Niezależność miała dla Macieja wielkie znaczenie, czuł się wolny i gratulował sobie umiejętności ustawienia się w życiu tak, żeby nigdy nic
nie musieć. Mógł sobie na to pozwolić: jego cudowna żona, Alicja,
wspierała go we wszystkim, co postanawiał. Kiedy na licealnej imprezie
wyłowił wzrokiem nieco krępą, krótkowłosą szatynkę o radosnym uśmiechu,
od razu dostrzegł jej niebywały potencjał. Ta dziewczyna nigdy nie zrobi
mu awantury o spóźnienie na obiad, wypite z kolegami piwo czy za małą
pensję. Nie będzie wypytywać, gdzie i z kim był ani co robił. Ona będzie
wdzięczna losowi, że ma u boku chłopaka, o którym marzyły wszystkie
koleżanki. Także te o wiele od niej atrakcyjniejsze. A on wybrał właśnie
ją. Może i szarą myszkę, ale pracowitą jak mrówka, cierpliwą jak
wielbłąd, przewidywalną jak angielskie śniadanie i solidną jak lokata z funduszem gwarancyjnym. I to był
jego typ.
Renata i Antoni
Renata i Antoni
- Chodź, Toni, dasz mamuni buzi na do widzenia! - Renata Wrzos nachyliła
się nad słodkim niebieskookim dwulatkiem z uroczymi blond loczkami,
sprawnie balansując na dziesięciocentymetrowych szpilkach od Louboutina,
i czule musnęła nosek synka swoim nosem. O pocałunku raczej nie mogło
być mowy - nie po to tak starannie nakładała szminkę w kolorze
rozgniecionych jeżyn, żeby ją teraz rozmazać na małej buzi. Przeniosła
wzrok na stojącą za jej synkiem nianię i po matczynym wzruszeniu nie
został ślad:
- Tylko żadnych słodyczy mu nie dawaj. W koszu na śmieci był papierek po
wafelku. Jak jeszcze raz coś takiego znajdę, wyciągnę konsekwencje -
ostrzegła głosem zimnym jak stal i energicznie zamknęła za sobą drzwi
domu.
- Suka - mruknęła do siebie Hanna Drewnicka, biegle władająca angielskim
i francuskim absolwentka Norland, brytyjskiej uczelni, która od 130 lat
przygotowywała starannie rekrutowane kadry do pracy w roli opiekunki do dziecka. I chociaż miała kontrakt, którego suma wyrażona była w euro, służbowe mieszkanie i samochód, praca dla Renaty Wrzos sprawiała, że
zaczynała poważnie myśleć, żeby to wszystko w cholerę rzucić i poświęcić
się ratowaniu słoni w Namibii.
Hanna pracowała dla rodziny w Londynie, gdzie pan domu był spłukanym
brytyjskim arystokratą, który wżenił się w fabrykę pasztetów spod
Portland, a jego żona zwykła wyrażać swoją ekspresję poprzez piskliwe
wywrzaskiwanie "Oh, my Gosh!" przy każdej okazji - i bez okazji. W Oslo
zajmowała się siódemką dzieci - ich matka uważała, że co rok prorok
najskuteczniej zatrzyma u jej boku bajecznie bogatego męża, właściciela
stoczni, mimo że nie przypominała już wiotkiej modelki, z którą przed
laty się związał. W Kalifornii rodzice dwójki nastolatków działali z sukcesem w show-biznesie, więc w domu odbywały się trzydniowe imprezy,
na których wciąganie kokainy było najbardziej niewinną z dostępnych
rozrywek. Hanna Drewnicka niejedno w życiu już widziała. Ale Renata
Wrzos przebijała to wszystko. Jej nieokiełznana ambicja bezustannie
zasilana paliwem z wielkomiejskich fobii i małomiasteczkowych przesądów
okazała się największym jak dotąd zawodowym wyzwaniem Hanny.
Prezes Renata Wrzos uwielbiała moment, w którym wkraczała do biura.
Wkraczała, nie po prostu wchodziła. Wyprostowane plecy, lekko zadarta
(jak do selfie) broda, subtelny uśmiech. Niepokój, który wywoływała w swoich pracownikach, niby niezauważalny, a jednak dający się wyczuć,
sprawiał, że każdego ranka mogła ocenić rozmiar swojej władzy. Jako że
zanim została szefową, była po prostu częścią tego zespołu, sporo
wysiłku włożyła w zbudowanie odpowiedniego dla nowych stosunków
dystansu. Dzisiaj nawet Dorota, dyrektorka marketingu, z którą kiedyś
dzieliły pokój, nie odważyłaby się wejść do niej bez pukania. I tak
miało być.
Wszystko, co Renata osiągnęła, zawdzięczała swojej determinacji, sile i umiejętności stawiania w życiu na to, co naprawdę ważne - czyli na
siebie. Kiedy trzy lata temu odkryła, że jest w ciąży, a jej żonaty
kochanek (i szef) zamiast natychmiast porzucić żonę, zobowiązał się,
owszem, do pokrycia kosztów usunięcia ciąży w holenderskiej klinice,
przez chwilę myślała, iż znalazła się w sytuacji, która wymknęła jej się
spod kontroli. Ale ona, Renata Wrzos, córka Lucyny Wrzos, prezes
zakładów mleczarskich w Kotulach, każdą porażkę przekuje w sukces. Tak
powstał projekt "matka". Renata uważała dzieci za źródło brzydkich
zapachów, bałaganu i nigdy niedających się przewidzieć kłopotów, ale
intuicyjnie czuła, że z dzieckiem na ręku zdziała paradoksalnie więcej
niż jako skupiona na sobie singielka. Matki na stanowiskach były
zjawiskiem, o którym mówiono i pisano. Ich doskonała organizacja,
umiejętność ustalania priorytetów i kreatywność zwracały uwagę. Jak
inaczej dałyby radę ogarnąć tak wiele tematów naraz? W gabinecie
ustawiła wielkie zdjęcie Toniego i każdy, kto je zobaczył, wiedział, że
rozmawia z wyjątkową kobietą, która umie połączyć oczywisty sukces
zawodowy z osobistym powodzeniem. Idealny balans. Takich partnerów w biznesie się ceni: zrównoważonych, skutecznych, oddanych. A Tomasz?
Zapłacił za swoje tchórzostwo reputacją. I posadą. Posadą, którą dzisiaj
ma ona, Renata. A on został z niczym. A też mógł mieć wszystko. Oto, co
dzieje się z ludźmi, którzy nie potrafią wybrać tego, co dla nich
najlepsze.
- Dzień dobry, Renato, na biurku masz listę dzisiejszych spotkań, a po
południu umówiłam cię w Hotelu Europejskim, żebyś zaakceptowała
szczegóły firmowej Gwiazdki. Uznałam, że zechcesz się w to zaangażować.
Centrala potwierdziła, że przyjedzie Patrick O'Connor - Gabriela Wszędko
była asystentką idealną, a skoro biuro odwiedzał sam główny szef z centrali, wszystko musiało być dopięte na ostatni guzik. A ona umiała to
sprawić. Co ciekawe, Gabriela nigdy nie ukrywała pogardy wobec
koleżanki, która sypiała z żonatym prezesem. Jednak Renata nie tylko jej
nie zwolniła, ale awansowała z asystentki prezeski na szefową biura i dała królewską podwyżkę. Nie królewską - cesarską! Taką, żeby nie mogła
odmówić. Jedna z żelaznych zasad Renaty brzmiała: przyjaciół trzymaj
blisko, wrogów jeszcze bliżej. Gabriela miała w branży opinię
profesjonalnej i wyjątkowo lojalnej. Pracy nie szukałaby, bo ta
natychmiast znalazłaby ją sama. A tam już nikt, ale to absolutnie nikt
nie zabroniłby jej opowiadać o Renacie, Tomaszu, jego pięknej żonie,
rozbitej rodzinie, nieślubnym dziecku i tych wszystkich nieeleganckich
szczegółach, o których na przykład w londyńskiej centrali ich agencji
nie wiedzieli i zdaniem Renaty lepiej, by tak pozostało. Zamiast
plotkować, Gabriela musi pracować, pomyślała mściwie Renata, i to
jeszcze ciężej niż wtedy, gdy w gabinecie za jej plecami siedział Tomasz
Konieczny. Co jak co,
ale wymagać to ona umiała. Gdy Wszędko stawiała na jej biurku latte na
mleku owsianym, z torebki Renaty dobiegł dźwięk telefonu. Na
wyświetlaczu odczytała, że dzwoni matka. O nie, to miał być miły dzień.
A Lucyna Wrzos i miły dzień to zjawiska, które wzajemnie się wykluczały.
Gabriela szczerze nie cierpiała swojej szefowej. Ale pensja, którą
Renata postanowiła ją przekupić, była tak absurdalnie wysoka, że tylko
idiotka odrzuciłaby tę ofertę. Po trzech latach Gabriela odłożyła dość
pieniędzy, żeby założyć wymarzoną manufakturę świeczek z naturalnego
wosku. Wybrała już miejsce na pracownię, zleciła zaprojektowanie logo i opakowań, zaczęła badać rynek... W tym roku po raz pierwszy pod choinkami
w Polsce, a może i za granicą, ludzie mieli znaleźć linię zapachowych
świeczek firmy Gabee & Bee. Była bardzo dumna z połączenia w jej
nazwie swojego imienia z angielską "pszczołą" - wyszło i zabawnie, i światowo. Gabriela czuła się gotowa na wielką zmianę: 31 grudnia miał
być jej ostatnim dniem pracy dla Renaty Wrzos. I pierwszym dniem nowego
życia Gabrieli.
Karolina i Karol
Karolina i Karol
- Jak to nie wracasz do Polski?! - Karol rzadko się unosił, właściwie
nie robił tego nigdy, ale tym razem powtórzył swoje pytanie z nutą
autentycznej irytacji. Karolina wyjechała na dwutygodniowy urlop do
Toskanii z zamiarem towarzyszenia przyjaciółce, która postanowiła
zainwestować w nieruchomość pod Florencją. Zaraz po jej powrocie mieli
kupić bilety na samolot, żeby święta spędzić z jego matką. Od burzliwego
rozwodu z jego ojcem mieszkała w Hiszpanii.
- Nie wracam na razie. Zostanę z Małgosią do nowego roku. Karol słuchał,
nabierając pewności, że jego dziewczyna postradała zmysły.
- Ale wiesz, że jesteś sędzią? Masz tu zobowiązania? - rozpaczliwie
chwycił się jedynego argumentu, którego Karolina nie mogła zlekceważyć.
- Nie wspominałam ci, ale wystąpiłam przed wyjazdem o urlop zdrowotny. I dostałam zgodę z ministerstwa.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Wiedziałam, że będziesz dramatyzował, a co gorsza, zadzwonisz do
swojej mamy. I obydwoje mnie zatupiecie. A ja potrzebuję zostać sama ze
sobą, wreszcie pomyśleć, czego chcę, a czego nie...
- I musisz myśleć o tym akurat przed świętami? - Karol był coraz
bardziej zły.
Nie uśmiechała mu się perspektywa samodzielnego stawienia czoła matce,
której miliony z rozwodowej odprawy nie pomogły ukoić bólu, jaki zadał
jej mąż, zdradzając ją z przyjaciółką domu, czyli matką jego dziewczyny.
- A na co ty właściwie chorujesz? - zamierzał zapytać z troską, ale
wyszło jakoś bardziej drwiąco.
- Mam depresję - odpowiedziała bez ogródek Karolina. - I nie chcę w tym
stanie podejmować żadnych ważnych decyzji. Ale w końcu będę zmuszona to
zrobić, bo moje życie to jakiś ponury żart.
Karol po raz kolejny poczuł, że nie rozumie Karoliny. Dlaczego właśnie
teraz wywraca wszystko do góry nogami? Gdy on zaczął odnosić jako
artysta prawdziwe sukcesy. A ich rodziny wreszcie jakoś odnalazły się po
czasie dram i chaosu, którego nie powstydziliby się scenarzyści
tureckiej telenoweli.
- Karolina, mama nigdy nawet nie wspomniała, że za jej tragedię
odpowiada twoja matka. Zawsze traktowała cię jak córkę. Ja nie wiem, jak
możesz ją tak zawieść. Wiesz, jak kocha święta Bożego Narodzenia. To dla
niej najważniejsze dni w roku.
Karolina nie starała się zaprzeczyć. Zmiana otoczenia, długie rozmowy z przyjaciółką (i dobrze dobrane tabletki) dały jej siłę, jakiej dotąd w sobie nie czuła. Moc, by wreszcie zawalczyć o siebie. Czyli osobę, którą
na liście swoich priorytetów umieściła na honorowym, ostatnim miejscu.
- Karolu, nie zmienię zdania. Nie martw się, zadzwonię do Beaty i wszystko jej wyjaśnię. Będę dawała znać - zadeklarowała nawet, mimo
głębokiej potrzeby, by była to ostatnia taka rozmowa. Wyłączyła komórkę,
założyła cudny beżowy płaszcz z kaszmiru, o którym zawsze marzyła, ale
uważała, że jest dla niej za drogi, i rzuciła Małgosi zdawkowe:
- Wychodzę.
A ona nie zapytała "dokąd?" ani "po co?" i "kiedy wrócisz?". Dobrze
wiedziała, że emocje czasem najlepiej zadeptać. Tym razem na nierównych
chodnikach włoskiego miasteczka. Karolina pomyślała, że relacje z prawdziwymi przyjaciółkami to historie linearne, podczas gdy związki z mężczyznami są wieczną huśtawką: raz na górze, raz na dole i tylko
patrzysz, żeby nie zlecieć na twarz. Na Via Porta San Marco światło o barwie charakterystycznej dla listopada na południu Europy oblewało
elewacje w odcieniach żółci i rdzy. No tak, wkrótce święta. Mikołaj w czerwonym wdzianku na takim tle wygląda inaczej, pomyślała Karolina i sama siebie zaskoczyła, bo zamiast analizować każde słowo Karola i zadręczać się konsekwencjami swoich wypowiedzi (bo może powinna lepiej
to rozegrać, mądrzej, celniej), skupiła się na przyszłości. Swojej.
Jeszcze daleko do Gwiazdki, a już taki cud...
Renata i Antoni
Renata i Antoni
Renata nie uważała się za kobietę całkowicie bezduszną. Były momenty,
kiedy wierzyła, że w zasadzie jest miła. Z domu wyniosła jednak głębokie
przekonanie, że okazywanie uczuć to nic innego jak słabość. Jej matka,
osoba zaradna, praktyczna i skuteczna, nigdy tego nie tolerowała. W opinii Lucyny Wrzos wkraczającemu w dorosłe życie pokoleniu brakowało
obecnie klarownych zasad i silnej ręki. W efekcie na każdym kroku
spotykało się młodych ludzi skupionych na jakichś wymyślonych
problemach, rozchwianych, rozhisteryzowanych. A kiedy napotykali
najmniejszy choćby problem, zamiast wziąć się z życiem za bary,
natychmiast biegli po pomoc. A co gorsza - nie do księdza, tylko do
psychologa czy innego psychiatry. Tymczasem odrobina dyscypliny
wystarczy, żeby świat znowu stanął na nogach.
Renata dokładnie pamiętała wycieczkę do Watykanu. Jej matka, niezłomna
podpora parafii w Kotulach, postanowiła zabrać swoją dziesięcioletnią
córkę na spotkanie z papieżem. Okoliczność była doniosła, wystroiła ją
więc jak do pierwszej komunii - w sukienkę z tak bogatej, że aż sztywnej
poliestrowej koronki i białe lakierki. Jako że prezes Wrzos lubiła
wszystko robić zawczasu (zostawianie czegokolwiek na ostatnią chwilę
kłóciło się z jej filozofią życiową, która mówiła: zrób wczoraj, co
możesz zrobić dziś), strój dla córki kupiła z półrocznym wyprzedzeniem.
Gdy nieco oszołomiona podróżą i przepychem Rzymu Renata w końcu założyła
swoje pantofelki, okazało się, że jej stopa urosła o rozmiar. Lucyna
Wrzos tylko wzruszyła ramionami. I uprzedziła córkę, że jeśli w czasie
tej najważniejszej w ich życiu wizyty zobaczy na jej twarzy cokolwiek
prócz uśmiechu, może się pożegnać z obiecaną włoską kurteczką ze
lśniącego ortalionu. Kiedy po wielu godzinach zwiedzania Watykanu Renata
wreszcie mogła zdjąć za małe buty, miała okrwawione pięty oraz
przekonanie, że cierpieć w milczeniu było warto. Ona, Renata Wrzos, nie
mazgai się z byle powodu, bo beksy nigdy nie dostają kurteczek z zagranicy. Co najwyżej burę od matki.
W dorosłym życiu też nie miała w zwyczaju użalać się nad sobą. A tym
bardziej nad innymi. Teraz stała przed nią Dorota i tłumaczyła, że musi
wziąć wolne.
- Ale zamykamy budżet - przypomniała jej łagodnie Renata. - I przygotowujemy prezentację dla centrali - uśmiechnęła się z sympatią.
- Reniu, moja mama ma operację serca, chcę być przy niej, gdy się obudzi
z narkozy - Dorocie oczy zaszły łzami.
Renata po prostu nie cierpiała, gdy ktoś zdrabniał jej imię. Bardziej
nie tolerowała tylko niczym nieuzasadnionych łez. Jej brwi nieco się
uniosły, spojrzała na stojącą przed nią, nerwowo ściskającą palce Dorotę
i zapytała od serca:
- Zwariowałaś? Jesteś anestezjologiem czy jak?! Wracaj mi do pracy.
Dorota, samotna matka dwójki dzieci, umiała stawiać czoła wielu
przeciwnościom losu. Lata znoszenia w pojedynkę wszystkich możliwych
rodzicielskich kryzysów - od niań, które nie przychodziły do pracy
akurat wtedy, kiedy były najbardziej potrzebne, przez biegunki u dwójki
dzieci naraz (a toaleta w domu tylko jedna), po wakacje, na których nie
mogła wytchnąć nawet przez sekundę, bo jej ukochane dzieciaki albo się
biły, albo próbowały wzajemnie utopić - sprawiły, że stała się twarda
jak skała. Gdy kolejny kandydat na miłość jej życia okazywał się
skończonym dupkiem (tylko w ostatnim czasie spotkała prawnika, który
wprawdzie miał żonę, ale z nią nie mieszkał, nauczyciela akademickiego z problemem alkoholowym oraz dyrektora sprzedaży mówiącego z dumą
wyłącznie o tym, ile ton gwoździ sprzedał w ostatnim miesiącu),
wstawała, otrzepywała spódniczkę i z wysoko podniesioną głową szła
dalej. Ale kiedy własna koleżanka wbijała jej nóż w serce - tego znieść
się nie potrafiła.
- Nie puściła cię? - głos Gabrieli Wszędko był pełen współczucia.
- Zapytała, czy jestem anestezjologiem! - gniewnie prychnęła Dorota. -
Wyobrażasz sobie?! Ja jej, że mam matkę w szpitalu, a ona na to, że
przecież nie jestem lekarzem! Trzy czwarte ludzi jest teraz na zdalnym i pracuje z kanapy we własnym salonie, a ja jak jakaś gówniara muszę się
prosić o pół dnia wolnego! Ta kobieta to prawdziwy potwór, tylko dotąd
nieźle się kamuflowała - Dorota nie zauważyła, że w międzyczasie
przeszła od scenicznego szeptu do krzyku. Kiedy usłyszała swój
nienaturalnie podniesiony głos, zdała sobie sprawę, że Renata też
musiała to usłyszeć. Cóż. Mówi się trudno. Odrobina prawdy jej nie
zaszkodzi. Dorocie nie mieściło się w głowie, jak ktoś, kogo ceniła i lubiła, komu zwierzała się z nieudanych randek i macierzyńskich
rozterek, mógł okazać się taką kreaturą.
Renata usłyszała krzyki przed swoim pokojem i postanowiła sprawdzić, o co dokładnie chodzi. Kiedy uchyliła drzwi, zobaczyła wściekłość na
twarzy Doroty i współczująco zbolałą minę Wszędko. Jeszcze tego teraz
brakowało!
- Nie macie co robić? - warknęła, obróciła się na pięcie i nieco za
głośno zamknęła drzwi. Co za małe zdziry! Zero wdzięczności. Człowiek
na głowie staje, żeby je docenić, wesprzeć i wynagrodzić, a one nawet
nie mają na tyle przyzwoitości, żeby krytykować ją dyskretnie, w przerwie na lunch czy jakoś tak... Nie, one muszą wydzierać się na całe
biuro. Jeszcze ktoś pomyśli, że jestem jakąś mobberką... Przez chwilę
poczuła się nieswojo, bo w końcu czego jak czego, ale reputacji kupić
się nie da. Szybko się jednak uspokoiła za pomocą doskonałej techniki
oddechowej, zaczerpniętej z podręcznika Uzdrawiająca moc oddechu.
Przejrzała się w szybie witryny na nagrody agencji i strzepnęła
paproszek z żakiecika od Alexandre'a Vauthiera, który skutecznie pomagał
ukryć brak talii, przykry skutek uboczny ciąży. Wróciła za biurko akurat
w momencie, gdy z jej telefonu zaczęły dobiegać eleganckie dźwięki
nokturnu Chopina (bo nawet dzwonek komórki miał świadczyć, że jej
właścicielka to osoba wyrafinowana). Renata zerknęła na ekran. O nie,
znowu matka... Odebrała niechętnie i tylko po to, żeby powiedzieć swoim
specjalnym, wystudiowanym tonem komunikującym "jestem bardzo ważną i zajętą kobietą":
- Nie mogę teraz, mamo, oddzwonię po południu.
Nim się rozłączyła, usłyszała jeszcze gwałtowny protest Lucyny, ale nie
zamierzała się nim przejmować. W końcu odroczyła moment nieodmiennie
przykrej konfrontacji z prezes Wrzos i jej wysokimi wymaganiami wobec
świata, a zwłaszcza córki - i to było bezcenne. To skąd ten wewnętrzny
niepokój i przekonanie, że tym razem powinna natychmiast jej wysłuchać...?
Karolina i Karol
Karolina i Karol
Karolinę obudził poranny harmider włoskiej ulicy. W Warszawie właściwie
każdy hałas działał jej na nerwy. Mieszkanie w centrum miało wiele zalet
i jedną wielką wadę: bezustannie atakowało dźwiękami. Jej przeciążony
układ nerwowy ledwo znosił taki nadmiar bodźców. W Pistoi tymczasem nie
przeszkadzały jej hałaśliwe powitania sąsiadów, pokrzykiwania kurierów,
piszczące hamulce wszechobecnych skuterów i autobus, który z werwą
pokonywał wąziutką Via dei Baroni i z fantazją wchodził w zakręt na
skrzyżowaniu z nieco tylko szerszą Via Porta San Marco. Karolina za
każdym razem, kiedy to widziała, zastanawiała się, czy kierowca ma
umiejętności rajdowca, czy raczej cierpi na brak instynktu
samozachowawczego.
Odsunęła grube zasłony, żeby wpuścić do pokoju światło dnia. Dwadzieścia
stopni w listopadzie. To jest prognoza pogody, którą chce się widzieć w najohydniejszym miesiącu roku, pomyślała i uśmiechnęła się do siebie.
Przystać na absolutnie szalony plan przyjaciółki z wyjazdem do Toskanii
tuż przed Gwiazdką to była najlepsza rzecz, jaką Karolina mogła dla
siebie zrobić.
Kiedy trzy lata wcześniej ona i Karol odkryli, że jej matka ma romans z jego ojcem, wydawało się, że gorzej być nie może. Tymczasem rozwód
oddanej żony Beaty Nowak z wiarołomnym milionerem Janem był gorszy niż
akcja Wojny państwa Rose. Film ten poleciła Karolinie ("na poprawę
humoru", jak powiedziała) koleżanka sędzia, której poskarżyła się na
spektakl, jaki urządzili na sali sądowej powódka i pozwany. On jej
pociął opony w aucie, ona jemu krawaty. On zagroził, że zabierze psa,
ona utopiła w rzece jego kije golfowe. W tle pojawiały się dowody
zdrady, wzajemne oskarżenia o sprzeniewierzanie funduszy wspólnej firmy,
a nawet podejrzenie o pedofilię, choć na szczęście domniemana ofiara
miała już dziewiętnaście lat, tylko była drobna i wystylizowana na
nieletnią. No i nikt nikomu nie podał - jak w filmowym przeboju sprzed
lat - pasztetu z pupila.
Państwo Nowak wynajęli doskonałych adwokatów, którzy w krótkim czasie
przekonali swoich klientów, iż rozwód z klasą to oczywiście doskonała
decyzja. Z tym że wtedy, gdy rozwodnicy nie mają nic do stracenia.
Natomiast kiedy w grę wchodzi majątek, roztropny człowiek dba przede
wszystkim o jego korzystne podzielenie. I tak rozpoczęła się
wyniszczająca walka o każdą nieruchomość, a także stół, stolik, a nawet
porcelanową miseczkę. Fakt faktem, że pochodziła z epoki Ming.
Prawnicy Beaty okazali się skuteczniejsi ("zapłacił mi milion za każdy
przepłakany dzień", oznajmiła z triumfem świeżo upieczona rozwódka). Ona
dostała królewską odprawę, on bolesną nauczkę na przyszłość (jeśli
zdradzasz, lepiej ukryj majątek), a Karolina - depresji. Natomiast Karol
w obliczu rodzinnych dramatów nieoczekiwanie wydoroślał. Chyba w myśl
zasady, że kryzys to zagrożenie i szansa. Swoją - dotąd zawodowy Piotruś
Pan i zadeklarowany maminsynek - dostrzegł, kiedy matka skupiwszy się na
zimnej zemście, wreszcie przestała niańczyć dorosłego od wielu lat
jedynaka.
- Masz dziwną minę - Małgosia wróciła z porannego biegania, wnosząc do
ich apartamentu zapach świeżego powietrza.
- Myślę, jaki to paradoks, że zawsze marzyłam o poważnym i odpowiedzialnym Karolu, a kiedy na moich oczach dokonała się w nim ta
wspaniała przemiana, zwiałam od niego na drugi koniec Europy.
- Kochanie, uciekłaś, bo to niby ten sam facet, ale inny człowiek. Nie
wiesz dokładnie, kim teraz jest i czy ci to w ogóle odpowiada -
Małgosia, góralka z Zakopanego, zwykła widzieć sprawy takimi, jakie
były. - Ubieraj się, za godzinę mamy być u prawnika. Dziś kupuję tu
mieszkanie! - wypowiedzenie tego na głos sprawiło, że Małgosia aż
podskoczyła i zaklaskała, co było dla niej zachowaniem dość
niecodziennym. - No co tak patrzysz?
Karolina rzeczywiście przyglądała się rozentuzjazmowanej przyjaciółce z niekreślonym wyrazem twarzy. Choć życzyła jej wszystkiego, co najlepsze,
wiedziała doskonale, z czym to się wiąże. Od teraz od jej naczelnej
pocieszycielki, krynicy życiowej mądrości, głosu rozsądku i w ogóle
siostrzanej duszy będzie ją dzielić półtora tysiąca kilometrów.
Kiedy Małgosia po raz pierwszy wspomniała o porzuceniu Warszawy na rzecz
jakiejś dziury pod Florencją, spontanicznie zapytała:
- Rozum straciłaś? Na pewno ktoś cię oszuka, w końcu to Włochy. Czyli
mafia. Wiadomo. A jak nie mafia, to się okaże, że nieruchomość nie
nadaje się do zamieszkania, bo zawali się sufit albo zrobi dziura w podłodze. Twój włoski pozwala co najwyżej zamówić espresso, a i to z trudem. Jak się dowiesz, czy obok nie mieszka stara wariatka albo
gwałciciel? I czy nie wybudują ci za oknem fabryki?
Ten ostatni argument nie był zbyt racjonalny, bo każdy, kto choć raz
trafił do włoskiego miasteczka, wiedział, że nie da się tam dobudować
nawet budki dla ptaków. Ale Karolina z całego serca starała się wybić
Małgosi z głowy tę całą przeprowadzkę. Myślała oczywiście o sobie, nie o przyjaciółce. Ta, goniąc za marzeniami, nie pomyślała, jak dramatycznie
samotna będzie Karolina po jej wyjeździe.
Kiedy jednak wysiadły z wypożyczonego na lotnisku auta przed drzwiami z drewna tak starego, że deszcze zdążyły wyrzeźbić w nim głębokie bruzdy,
przeszły przez wysoko sklepiony hol z wyślizganą kamienną podłogą i kutą
kratą, by znaleźć się w patio, którego ściany gęsto porastał bluszcz, a nad bujnymi krzewami lekko chwiały się liście dorodnej palmy, Karolina
zrozumiała Małgosię. W imieniu listopadowej Warszawy pożegnały je nagie
gałęzie drzew, głębokie kałuże i wiatr, który przenikał nawet najgrubsze
warstwy ubrań. A trzy i pół godziny lotu później przez okna ich jadalni
zaglądała rosnąca na dziedzińcu dostojna palma.
- Włoskie kamienice są jak wielkie damy - wyjaśniła przyjaciółce
Małgosia. - Na zewnątrz surowe, w środku zaś pełne ekscytujących
tajemnic.
- Ja jestem raczej jak blok z PRL-u. Na zewnątrz nuda, a w środku... też
nuda - Karolina chciała być dowcipna, ale nie miała pewności, czy jej
wyszło. Ona przenigdy by się nie odważyła na tak szalony krok, by
porzucić wszystko, z czego składało się jej dotychczasowe, mało
szczęśliwe w sumie życie i przeprowadzić się do Włoch. Małgosia miała tę
odwagę, której Karolina dziko jej zazdrościła.
Już podczas pierwszego spaceru po Pistoi Karolina doszła do wniosku, że
to miasteczko musi być stolicą adwokatury. Na pewno włoskiej, a może
nawet światowej? Niemal na każdym budynku (mniej lub bardziej okazałym,
od frontu, z tyłu, przy reprezentacyjnych ulicach i w bocznych
uliczkach, nad którymi suszyła się bielizna) wisiała jedna, dwie, trzy,
dziesięć tabliczek z informacją "Studio legale, avvocato". Karolina,
sędzia sądu rodzinnego, pomyślała, że przeznaczenie dopada ją nawet pod
słynnym słońcem Toskanii. Słowo "adwokat" kojarzyło się jej dobrze tylko
wtedy, kiedy miała na myśli likier jajeczny. O członkach izby
adwokackiej nie wyrażała się już tak pochlebnie. Zbyt często - niestety
- widywała obrońców, których sumienie było odwrotnie proporcjonalne do
honorariów.
Teraz wdrapywała się za podekscytowaną jak nastolatka Małgosią w kierunku Piazza del Duomo, zastanawiając się, jak wyglądają adwokaci we
Włoszech.
- A ten twój prawnik to w ogóle jest godny zaufania? - Karolina
zagadnęła przyjaciółkę.
- Ależ skąd, to zwykły nicpoń - puściła oko Małgosia. - Sama zobaczysz.
Na Corso Silvano Fedi stanęły przed kamienicą z obszernym marmurowym
holem. W jego centralnym punkcie stała antyczna rzeźba przedstawiająca
Wenus czy inną boginię o zaokrąglonych kształtach. Może nawet być
oryginalna, przemknęło przez myśl Karolinie. Eleganckie kręcone schody
prowadziły do wyłożonego kosztowną boazerią sekretariatu.
- Napadłaś na bank?! Tu jest jakby luksusowo - Karolina odruchowo
przełożyła jakość wnętrza na wynagrodzenie pracujących tu prawników.
- Głupia jesteś. Tu wszystko tak wygląda. Dopłacasz, jak mają meble z Ikei. Musieli je kupić. A te odziedziczyli - najwyraźniej nic nie było w stanie popsuć nastroju Małgosi.
- Per favore, l'avvocato sta aspettando!1 - kobieta o wyglądzie Moniki Bellucci (czego właściwie należało się spodziewać)
uśmiechnęła się promiennie i otworzyła drzwi do gabinetu.
Karolina oczekiwała tam siwowłosego dżentelmena. Był to jedyny typ
wpisujący się jej zdaniem w obraz prawnika z włoskiej kancelarii.
Tymczasem zza biurka wstał młody mężczyzna tak nieprzyzwoicie
przystojny, że na chwilę chyba straciła oddech.
- Marco Barberini, miiło mi pooznać - męskie cudo w dodatku mówiło po
polsku!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki