Jazda z Hajfy trwała ponad dwie godziny i gdzieś w połowie drogi zobaczyliśmy, że z nim jest całkiem źle. Szofer powiedział, że już niedaleko do Tel-Awiwu, i gnał tą swoją starą taksówką z piskiem kół po zakrętach, tak że czuliśmy się trochę niby aktorzy w gangsterskim filmie. Raz nawet chciał nas zatrzymać policjant; podniósł rękę, ale szofer pojechał dalej. W lusterku widzieliśmy, że policjant zawraca do swego harleya, który stał w cieniu, a potem machnął ręką; było za gorąco. Stał tam na środku drogi zdjąwszy hełm i ocierał dłonią spoconą twarz.
- Jak z nim? - zapytał szofer nie odwracając głowy.
- Kończy - powiedział Robert. Odwrócił się do mnie. - Teraz będzie miał ciszę i ciemność. Czy będzie się znów czuł rozczarowany?
- Znaliście go? - zapytał szofer.
- Nie - powiedziałem. Musiałem trzymać naszego psa za obrożę: rwał się i warczał już od dłuższego czasu. To pewnie ten konający nie dawał mu spokoju.
Ale w Tel-Awiwie ten człowiek umarł zaraz potem, jak wynieśliśmy go z taksówki; Robert, szofer i ja. Leżał na ławce oczekując ambulansu, a ktoś litościwy przykrył mu głowę gazetą; było to ilustrowane pismo z podobizną jakiegoś aktora patrzącego teraz na nas swymi kolorowymi oczami. Robert uniósł gazetę i popatrzył jeszcze raz na twarz umarłego.
- Zdaje się, że to Rumun - powiedział. - Musiał niedawno przyjechać z Europy. Nie umiał jeszcze ani słowa po hebrajsku.
- Nie nauczy się już, co najśmieszniejsze - powiedziałem.
- Nie jest dobrze.
- Myślisz o nim?
- Właśnie o nim - powiedział. - Jestem przesądny. Ten gość popsuje nam cały interes. Powinniśmy pojechać pociągiem.
- Jeszcze nie ostygł w grobie, a ma nowego wroga - powiedziałem.
- Jasne - powiedział Robert. - Do trumny ze skurwysynem. - Patrzył na szofera, który pochylił się nad tamtym usiłując odczytać nazwisko aktora. - Pójdziemy już, szefie - powiedział. - Nie możemy czekać.
- To John Wayne - powiedział szofer i odwrócił się do nas. - Nie możecie jeszcze trochę poczekać? Wiecie, jak to jest z policją. Oni zawsze myślą, że było inaczej od tego, co człowiek im powie. Tak będzie lepiej dla mnie.
- Mamy interes do załatwienia - powiedziałem. - Mieszkamy na Allenby pod pięćdziesiątym szóstym. Powiedz to policji, gdyby o nas pytali.
- Na pewno będą pytać - powiedział szofer. Znów pochylił się nad tamtym. - Ale to nie John Wayne. Wayne'a widziałem w Pościgu. To ktoś inny.
Przeszliśmy na drugą stronę ulicy i weszliśmy do hotelu. Portier siedział w fotelu czytając jakąś książkę. Pomyślałem sobie o tamtym i spojrzałem na okładkę: był to jakiś cacuś mordujący kobietę. Być może zresztą, że działo się odwrotnie.
- Długo jechaliście? - zapytał portier.
- Dwie godziny. Jakiś człowiek umarł w taksówce - powiedziałem. - Leżał cały czas na Robercie.
- Skurwysyn - powiedział Robert. - Nie przyniesie nam szczęścia. Masz dla nas dwa łóżka, Harry? - Portier nie odzywał się: czytał dalej książkę, a ja znów popatrzyłem na kolorową okładkę. - Za żywy grosz - powiedział Robert.
Teraz dopiero odłożył książkę i odwrócił się.
- Długo zostaniecie?
- Nie wiem tego - powiedziałem. - Przyjechaliśmy wyjąć parę groszy. To dlatego on jest taki wściekły. Myśli, że truposz popsuje mu ten cały pomysł.
- Będziesz go znowu żenić? - zapytał portier Roberta.
- Czy źle go żeniłem do tego czasu?
Portier patrzył teraz na mnie.
- Jest stary - powiedział po chwili. - I wygląda na cholernie zmęczonego.
- Nie martw się o mnie, Harry - powiedziałem. - Zostaw to Robertowi. On już wie, jak wyjąć tę forsę.
- Pewnie, że wiem - powiedział Robert. - To tak samo jak z rysunkami. W rysunku najważniejszy jest pomysł. A ja mam dla niego jeszcze całą kupę pomysłów.
- Jest stary - powtórzył portier.
- Zostaw to mnie. Ja już wiem, co mam z nim zrobić. Ja za ten jego smutny pysk wyciągnę całą loterię pieniędzy. Masz dla nas te łóżka czy nie?
- Za psa musicie też zapłacić - powiedział portier. - Takie są przepisy.
- Już zapłaciliśmy za niego. Przy kupowaniu.
- Ile?
- Prawie sto funtów. To rasowy pies. A może myślisz, że nam go dali za darmo? I jeszcze niańkę do niego. Nie myślisz tak, nie?
- Płacicie z góry - powiedział portier. - Cztery funty. A pies niech się nie pęta po hotelu.
- Jest cały czas z nami - powiedziałem. - Chodzi tam, gdzie i my chodzimy. Nie mamy przed nim tajemnic.
Portier znów popatrzył na mnie. Widziałem, że bardzo chciał uśmiechnąć się nieprzyjemnie. Ale nic z tego nie wyszło: jego twarz drgnęła tylko; na wszystko było zbyt gorąco.
- Pewnego dnia weźmiesz za dużo i będzie koniec - powiedział do mnie portier. - Już ostatnim razem było z tobą źle. Musieli ci dawać maskę tlenową. Myślałem, że to już ostatni raz.
- To dlatego, że nie zjadłem przedtem porządnej kolacji - powiedziałem. - Każdy może zrobić błąd, Harry.
- Ale ty już zrobiłeś to przedtem w Jerozolimie - powiedział. - A potem musieli cię trzymać na psychiatrii. Pokój czternaście.
Podszedłem do tablicy i zdjąłem klucz.
- Wyjąłem wtedy całą kupę pieniędzy - powiedziałem.- Właśnie wtedy w Jerozolimie.
- Jesteś stary - powiedział. Wziął książkę do ręki i odwrócił się. Pieniądze wzięte od nas schował do biurka; nie chciało mu się nawet porządnie zamknąć szuflady.
- Wrócicie wcześnie?
- Wrócimy przed dwunastą - powiedziałem. - Teraz idziemy się trochę umyć i już nas nie ma.
- Macie własny ręcznik? - zapytał Harry.
- Nie - powiedziałem.
- Dwa ręczniki... to będzie pół funta.
- Nie pękniemy bez tego pół funta - powiedziałem.
Harry wyciągnął dwa ręczniki z szuflady, a ja je wziąłem. Robert wyrwał mi jeden ręcznik i podał Harry'emu z powrotem.
- Wystarczy nam jeden - powiedział.
- Jeśli mam być szczery, to wolałbym mieć ręcznik dla samego siebie - powiedziałem.
- Naucz się oszczędności w małych rzeczach - powiedział Robert. - Inaczej nigdy nie dojdziesz do forsy. Czytałem niedawno, że kanclerz Adenauer kazał sobie zapłacić za wywiad telewizyjny, wziął forsę od tego reportera i schował ją do kieszeni, a osiem milionów Niemców patrzyło na to. Tak trzeba żyć.
Weszliśmy w ciemny korytarz, na którego końcu siedział garbus i czytał. W słabym świetle żarówki padającym z boku spojrzałem na jego twarz; miała fałszywy, bolesno-słodki wyraz, jaki często spotykamy u kalek. Potem spojrzałem na książkę, którą czytał: był to żywot świętego Pawła z Tarsu.
- Jeszcze jeden katolik - powiedziałem. - I to nie z idealizmu. A w dodatku garbus.
- Dlatego przeszedłem na katolicyzm, że księża obiecali mi pomoc przy uzyskaniu wizy kanadyjskiej - powiedział garbus. - I co u ciebie słychać? Żyjesz jeszcze?
- Nie bój się o mnie - rzekłem. - A ty siedzisz w dalszym ciągu przed sraczem, nie? Nic się nie zmieniło?
- Tu mam bliżej - powiedział wskazując na drzwi toalety, przed którą siedział. - Jak mnie przyciśnie, to mam tylko jeden krok. O co ci chodzi?
- Znam go już trzy lata - powiedziałem do Roberta. - I przez cały czas siedzi przed sraczem. Dobry jest, nie?
- Może by go można jakoś wykorzystać - powiedział Robert.
- Masz jakiś pomysł?
- Może coś wymyślę. Garbus nie jest zły - powiedział Robert. - Teraz idziemy się umyć.
- Ty, blondie - powiedział do mnie garbus. - W końcu tygodnia dostanę forsę od moich księży. Skombinuj mi jakąś dziewczynę.
- To będzie cię kosztować trzydzieści, może czterdzieści funtów - powiedziałem.
- A dlaczego od innych biorą tylko po dwadzieścia?
- Jesteś w końcu garbus, nie?
- Moi księża obiecali mi forsę, jak skończę naukę katechizmu. Przykazania wykułem już na gładko. A teraz czytam żywot świętego Pawła. - Podniósł się nagle; przez twarz jego przeszedł jakby skurcz bólu. - Przepraszam - powiedział. - Znowu się zaczyna.
Wszedł do toalety i zatrzasnął drzwi za sobą.
- Co z nim jest? - rzekł Robert.
- Nie mógł wytrzymać upałów i pił surową wodę - powiedziałem. - To było w czasie takiego chamsinu, który trwał osiem dni. W ten sposób przeziębił sobie żołądek. Lekarze dają mu węgiel i jeszcze inne medykamenty, ale to nic nie pomaga. A teraz jeszcze chce dziewczyny.
- Jasne - rzekł Robert. - Jego życie erotyczne to nieśmiałe próby onanizmu zakończone fiaskiem. A teraz idziemy się myć.
Zeszliśmy potem na ulicę i weszliśmy do pierwszej z brzegu kawiarni. Było tu trochę chłodniej; gumowe skrzydła wentylatora chłeptały cicho powietrze. Można było patrzyć na nie, i to dawało złudzenie chłodu. Ale złudzenie też jest coś warte po dniu, który spalał się czerwonym blaskiem przez szesnaście godzin. Robert zamówił dwa piwa i kelner przyniósł je po chwili.
- Denerwuje mnie - powiedziałem.
- Kelner?
- Nie. Harry. Nasz portier. Co on wie? Ile wyjąłem w zeszłym roku?
- Nie musisz o nim wcale myśleć. Myśl o narzeczonej.
Popatrzyłem na naszego psa, który leżał nieruchomo wyciągnąwszy przed siebie grube łapy.
- Może miał i rację - powiedziałem. - Jestem już stary. Nie bardzo wierzę, żeby nam się udało tym razem, Bobby. Pewnego dnia zauważą mnie zbyt późno i będzie spokój.
- Nie.
- Wiesz przecież, że może tak się zdarzyć.
- Nic ci nie będzie. Musisz jeść. Zawsze przedtem musisz zjeść porządną kolację. A poza tym twój organizm przyzwyczaił się już.
- Boję się, czy już nie za bardzo - powiedziałem. - Z tymi, co są niby przyzwyczajeni, jest właśnie najgorzej. Pewnego dnia może być całkiem kiepsko. Wiesz przecież o tym.
- Pewnie, że może być źle - powiedział. - Ale ja nie jestem na tyle mądry, żeby cię ubezpieczyć z polisą i tymi całymi historiami. Nie jesteś amantem filmowym, a ja nie jestem twoją wdową.
- Nie - powiedziałem. - Jak Boga kocham, że nic takiego nie przyszło mi nigdy do głowy.
- Zresztą nie robisz tego dla przyjemności - powiedział. - I ja też nie. Nigdy nie myślałem, że wpadnę na ten pomysł. Moja specjalność to Szekspir. Po to chodziłem na anglistykę, żeby go czytać w oryginale. I to jest właśnie to, co bym chciał robić.
- Nie mów o tym, Bobby.
- Mogę o tym śmiało mówić. Czy mówiłem ci już, jaki mam pomysł na Makbeta?
Nie odpowiedziałem mu. Mówił mi o tym ze sto razy; mówił mi o tym w Jerozolimie, w Hajfie i w czasie tych wszystkich dróg, które zrobiliśmy razem; i w czasie tych wszystkich nocy, w ciągu których nie można było spać. To właśnie wtedy, kiedy o tym mówił, jego brzydka twarz poczynała żyć. Pomyślałem sobie, że teraz przyjdzie to najgorsze.
- Czy mówiłem ci już o tym? - powtórzył. Był natarczywy jak każdy maniak.
- Znam tę sprawę - powiedziałem i było mi go trochę żal. - Jesteś dobry, Robert. Przykro mi, że twój cały teatr to ja. A teraz jestem już do niczego. Wyglądam kiepsko. Nie wierzę, żeby ta dziewczyna na to poszła. Przykro mi, ale nie.
- Pójdzie na to - powiedział. - Bądź spokojny. To już ja od tego, że ona na to pójdzie. A po drugie, to ona była dziewczyną w czasie wojny rosyjsko-japońskiej. I nie myśl więcej o swojej twarzy. To po prostu tak samo jak z Szekspirem. Jego nie wolno grać. Trzeba tylko umieć powiedzieć tekst. Najgorsze jest właśnie to, że ludzie uparli się go grać, a to jest straszne. Jak można zagrać tę scenę, kiedy Hamlet choleruje się z bratem Ofelii nad jej otwartym grobem? Olivier chciał grać Szekspira i zrobił z niego teatr. A Szekspir nigdy nie był teatrem.
- Nie mów tego głośno.
- Tobie to mówię - powiedział. - Ty po prostu wyszczekasz swój tekst i zejdziesz ze sceny. Nie potrzebujesz wcale grać. Zresztą przejdziemy tę całą sprawę od początku.
- Teraz?
- Nie. Odpoczniemy trochę. Wypijemy to piwo i pójdziemy szukać forsy. Teraz jest już trochę chłodniej. - Umilkł na chwilę, a potem zapytał: - Co ten gość powiedział?
Nie zrozumiałem.
- Kto?
- Ten w taksówce. Zrozumiałeś jego ostatnie słowa?
- Nie bardzo. Zdaje się, że "módlcie się za moją duszę" czy coś w tym rodzaju.
- On to powiedział po niemiecku?
KONIEC BEZPŁATNEGO FRAGMENTU
ZAPRASZAMY DO ZAKUPU PEŁNEJ WERSJI