Drugie życie Mirielle West - Amanda Skenandore

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Los Angeles, Kalifornia

1926

Tyle krzyku o małe oparzenie. Trochę maści i rickey z ginu i nazajutrz byłaby jak nowo narodzona. Charlie jednak nalegał, by zadzwonić po lekarza. "Patrz na te pęcherze" - powiedział. Z sąsiedniego pokoju dobiegał płacz dziecka. Mirielle czuła narastający ból głowy. Nie miała już sił na kolejną kłótnię.

Kiedy miała sześć lat, doktor Carroll nastawił jej złamaną rękę. Sprowadził na świat całą trójkę ich dzieci. Zajmował się nią po... jak by to... wypadku. Doskonale więc potrafiła odczytywać wyraz jego twarzy. Życzliwy uśmiech, kiedy ją powitał i zapytał o małą. Przenikliwe spojrzenie, kiedy przemycił pytanie o jej wahania nastroju.

Wyraz jego twarzy podczas badania ręki sprawił, że cała zesztywniała. Jakby na powrót miała szesnaście lat i właśnie ktoś sznurował jej gorset. Chodziło o sposób, w jaki zacisnął i wydął usta, przez co poprzetykane siwizną wąsy ściągnęły się i najeżyły. O pogłębiające się zmarszczki na czole. O powolne, wymuszone wygładzanie rysów, zanim się odezwał.

Mirielle cofnęła rękę. Widziała już wcześniej podobne przemiany na jego twarzy. Ale to było tylko drobne oparzenie. Mirielle nie umierała.

- Ta plama na wierzchu dłoni... Od jak dawna ją masz? - spytał.

Zerknęła na bladą plamkę u podstawy kciuka. Co to, u diabła, miało wspólnego z poparzonym palcem?

- To coś? Nie do końca pamiętam.

- A kiedy oparzyłaś sobie palec podczas skręcania włosów, nie czułaś żadnego bólu?

Pokręciła głową. To smród zwrócił jej uwagę. Przypominający smażone mięso. Kiedy w zeszłym tygodniu była u fryzjera podciąć włosy, powinna była poprosić o zrobienie trwałej. Wtedy nie musiałaby się użerać z lokówką. Ani odwiedzać lekarza.

- To tylko oparzenie. Drobnostka. Sądziłam, że może przepisze mi pan jakąś maść. I może przy okazji kapkę whiskey.

Wciąż ten poważny wyraz twarzy.

Sięgnęła i poklepała go po przedramieniu.

- Ech, żartowałam. Wie pan, że nie znoszę tej taniej, medycznej.

Posłał jej wymuszony uśmiech i otrzepał rękaw marynarki w miejscu, w którym go dotknęła.

- Twój mąż jest w domu?

- Pobiegł do studia. Niech się pan cieszy, że go nie ma. Od ostatniego filmu Charlie jest w podłym humorze. Ten recenzent z "Timesa" zdecydowanie...

- Mirielle. - Spojrzał na nią z niepokojącym naciskiem. - Powinnaś się udać do County General.

- Do szpitala? Po co?

- Pracuje tam pewien dermatolog, doktor Sullivan. Chciałbym, by spojrzał na twoją dłoń. Może twój kierowca mógłby...

- Oczywiście. - Ucisk w brzuchu stał się jeszcze bardziej nieznośny.

- Sam bym cię zawiózł, ale... - Nagle odwrócił nerwowo wzrok.

- Wezwę kierowcę, kiedy tylko skończę układać fryzurę.

- Nie, najlepiej będzie pojechać od razu. Zadzwonię do nich, żeby się ciebie spodziewali. - Poklepał ją niepewnie po ramieniu i przywołał na usta kolejny wymuszony uśmiech. - Może powinienem im podać pseudonim.

Mirielle niemal się roześmiała. W gazetach doprawdy musieliby nie mieć już o czym pisać, żeby ktokolwiek zainteresował się jej wizytą w szpitalu z powodu głupiego oparzenia. Z drugiej strony, być może doktor Carroll miał rację. W ostatnich latach aż nazbyt często byli z Charliem pożywką dla prasy. Osuszyła pozostałą zawartość kieliszka i spojrzała na wiszące na ścianach pokoju plakaty oprawione w ramy. Były tu afisze wszystkich filmów jej męża, od pierwszego po ostatni, który okazał się klapą.

- Proszę im powiedzieć, by oczekiwali pani Pauline Marvin.

W podniszczonym budynku szpitala rejonowego na Mission Street panował zgiełk jak w jakimś barze w niedzielny poranek. Na obszernym oddziale za biurkiem rejestracji pielęgniarki i sanitariusze w wykrochmalonych białych kitlach przepływali od łóżka do łóżka.

- Miri... to znaczy... Pauline Marvin - zwróciła się do siedzącej za biurkiem osóbki. - Przyszłam na wizytę u pewnego doktora. Chyba Sullivana? Oczekuje mnie.

Kobieta nawet nie podniosła wzroku, tylko machnęła ręką w kierunku zatłoczonej poczekalni.

- Proszę usiąść.

Mirielle ściągnęła poły podszytego futrem płaszcza, po czym ostrożnie ominęła kaszlące i jęczące masy ludzkie. Dzieci wierciły się na matczynych kolanach. Rolnicy wydłubywali brud spod paznokci. Kelnerki, sprzedawczynie i telefonistki garbiły się nad stronami skandalizujących czasopism. "Gwiazda opery zaprzecza poddaniu się operacji plastycznej!", krzyczał jeden z nagłówków. "Trzech mężczyzn tańczyło charlestona przez dwadzieścia dwie godziny bez przerwy!", głosił inny.

Stanęła pod ścianą i spojrzała na zegar. Dziesiąta trzydzieści pięć. Zamierzała czekać do dziesiątej czterdzieści i ani minuty dłużej. Już i tak zmarnowała zbyt wiele czasu na te bzdury.

Wkrótce do rejestracji podeszła kolejna pielęgniarka. Powiedziała coś szeptem siedzącej koleżance, która z niepokojem uniosła wzrok i wskazała Mirielle.

- Pani Marvin - zawołała ta nowa. Miała ten sam skrępowany wyraz twarzy, co doktor Carroll po obejrzeniu jej dłoni. - Proszę za mną.

Kobieta poprowadziła ją długim korytarzem na tyły budynku, a potem trzy piętra w górę po schodach. W końcu trafiły do niewielkiej sali z jednym łóżkiem.

- Proszę tutaj zaczekać.

Pielęgniarka nalała jakiegoś płynu do miski i postawiła ją na chwiejnym metalowym stoliku za drzwiami. Mirielle nawet z odległości czuła nieprzyjemny ostry zapach.

- Cóż to, do czorta, jest?

- Środek dezynfekujący.

Wkrótce potem pojawił się doktor Sullivan. Uniósł jej dłoń do oczu, przez chwilę patrzył na oparzenie, po czym skoncentrował się na skórze przy nasadzie kciuka.

- Od jak dawna ma pani tę zmianę chorobową? - zapytał.

"Zmianę chorobową"? Mirielle aż się wzdrygnęła na tak nieprzyjemne określenie. To nie była żadna zmiana chorobowa, tylko jasna plamka na skórze.

Potem padły kolejne pytania. Czy pojawiła się nagle, czy też następowało to stopniowo? Czy zauważyła podobne zmiany na innych częściach ciała? Poprosił, by się rozebrała, po czym zaczął ją okrążać. Przywykła do męskich spojrzeń, ale nie w negliżu i nie w ten sposób - z zaciśniętymi mocno ustami i przymrużonymi oczami, jakby była jakąś pogmatwaną krzyżówką w "Saturday Evening Post".

- Proszę unieść prawą rękę. Teraz lewą. Proszę usiąść. Proszę wyciągnąć nogi przed siebie.

Wypełniała wszystkie polecenia, póki lekarz nie zawołał do pielęgniarki, by przyniosła mu skalpel i szkiełka do mikroskopu.

- Chwileczkę. - Sięgnęła po pończochy i halkę. - Co pan właściwie zamierza zrobić?

- Proszę się jeszcze nie ubierać. Ma pani więcej zmian chorobowych. Jedną na plecach, dwie na środku uda, jedną na... hmm... pośladku. Potrzebuję próbek do zbadania pod mikroskopem.

Przekrzywiła szyję, by dojrzeć wymienione miejsca.

- Jest pan pewien, że to nie jest zwyczajnie kwestia kiepskiego krążenia?

- Proszę się nie ruszać - odparł zamiast odpowiedzi, po czym poskrobał skalpelem niewielką, nieregularną plamkę bladej skóry na jej udzie.

Mirielle nie poczuła absolutnie nic. Żadnego bólu, nieprzyjemnego ucisku. Nawet łaskotania. Gdyby się temu nie przyglądała, nawet by się nie zorientowała, że przeciągnął ostrym metalem po jej skórze. Uzyskaną tkankę umieścił na szklanej płytce, po czym przeszedł do kolejnej plamki.

- Czy to rak?

- Wolałbym unikać spekulacji. Będzie pani jednak musiała u nas pozostać, póki nie uzyskamy jednoznacznej diagnozy.

- W szpitalu?

- Tak, na oddziale chorób zakaźnych.

- To niemożliwe. Mam dzieci. Ząbkujące dziesięciomiesięczne maleństwo.

Lekarz podał próbki pielęgniarce, po czym podwinął rękawy i wyszorował dłonie i przedramiona płynem dezynfekującym.

- Lepiej będzie dla nich, jeśli pani tu zostanie.

Po tych słowach zamknął za sobą drzwi. Na klucz.

Poranek przeszedł w popołudnie, a popołudnie w wieczór. Mirielle zaschło w ustach z pragnienia. Ból głowy wrócił ze zdwojoną siłą. Gdyby była w domu, miałaby przynajmniej bardziej miękkie łóżko. I zasłony, by odciąć się od światła. Płytę do odtworzenia na gramofonie, by zagłuszyć hałas. Zamknęła oczy i dobiegający z oddziałów na niższych piętrach hałas przekształcił się w odgłosy krzątającej się po kuchni kucharki, wracającej ze szkoły córki, gaworzącego w łóżeczku dziecka.

Mirielle wstała z niewygodnego szpitalnego łóżka i spróbowała przekręcić gałkę w drzwiach. Potem łomotała i wołała głośno pielęgniarkę. Jakże Charlie musi się teraz martwić. Może doktor Carroll do niego zadzwonił. Jakoś uspokoił. Jeśli dopisze jej szczęście, wróci do domu akurat na czas, by zdążyć na kolację. Męża zastanie w salonie, ze szklanką w dłoni po długim dniu przekonywania pana Schulberga, by dał mu rolę w kolejnym filmie. Dziewczęta zaś będą już smacznie spały. Charlie z pewnością okaże się na tyle kochany, by jej też nalać czegoś mocniejszego. Mało lodu, dużo alkoholu.

Ale niebo za małym, dawno niemytym oknem szpitala pociemniało, a lekarz wciąż nie wrócił. Krzyk mew ucichł. Liście palm i eukaliptusów zmieniły barwę z zieleni na siną, a potem na czerń. Widoczny w oddali znak Hollywoodu zlał się z cieniami znikających w mroku wzgórz. Spróbowała otworzyć okno, by nieco wywietrzyć, ale rama była przybita gwoździami do parapetu.

Sanitariusz przyniósł jej zawiniętą w gazetę kanapkę i tekturowy kubek z wodą. Umieścił je na brudnej podłodze zaraz za progiem, jakby obawiał się wejść głębiej. Zawołała za nim, ale nie wiedział nic ani o wynikach badania, ani o tym, kiedy wróci lekarz.

Mijały godziny. Mirielle położyła się na wąskim łóżku, opatuliła się płaszczem i spróbowała zasnąć. Głowę wypełniała jej burza myśli o raku i czarnej ospie. Czy obudzi się rano z pokrywającymi całą skórę pęcherzami? Albo dowie się, że jakiś guz zjada ją od wewnątrz? Czuła się dobrze. Zmęczona, owszem. I zdecydowanie przydałby się jej kieliszek czegoś mocniejszego na dobry sen. Ale nie czuła się chora. Obróciła srebrną bransoletkę na nadgarstku. Zabawne, jak teraz, kiedy naprawdę mogła jej grozić śmierć, nagle zapragnęła dalej żyć.

Rozdział 2

Mirielle obudziła się o świcie. Starała się jak mogła rozczesać i ułożyć włosy. Nikt nie pomyślał o powieszeniu w tym pomieszczeniu lustra, jakby świeży wygląd i ładna fryzura były nagle bez znaczenia. Szczęśliwie właśnie na takie wypadki nosiła w torebce małe składane lusterko. Woda z kranu smakowała rdzą, niemniej napełniła kartonowy kubek i upiła kilka łyków. Dłonie jej się trzęsły z braku czegoś mocniejszego. Na piętrach poniżej stopniowo narastał gwar - stukot obcasów na podłodze, skrzypienie wózków, turkot noszy na kółkach - ale w pomieszczeniach sąsiadujących z jej izolatką panowała cisza. Założyła płaszcz, przysiadła na skraju cienkiego jak naleśnik materaca, obok położyła kapelusz i rękawiczki. Jakakolwiek będzie diagnoza, zamierzała udać się do domu zaraz po jej przedstawieniu.

Kiedy drzwi w końcu się otworzyły, na progu stał jej mąż, który zaraz wszedł do środka. Towarzysząca mu pielęgniarka nie ruszyła się z miejsca.

- Charlie, dzięki Bogu! Nie uwierzysz, jaką przeżyłam noc. - Wstała i wsunęła dłonie w rękawiczki. - Nawet nie zmrużyłam oka. A te pielęgniarki? Durne jak ostrygi i równie prostackie.

Musnął ustami jej policzek w pośpiesznym całusie.

- Uspokój się, najdroższa. Jestem przekonany, że lekarz wszystko nam wyjaśni.

- Nic ci nie powiedzieli?

- Z osobnika, który do mnie zadzwonił, zdołałem wydostać tylko kilka krótkich stwierdzeń. Powiedział tylko tyle, że trzymają cię tu do czasu zakończenia jakichś badań i że powinienem cię odwiedzić z samego rana.

- Helena nie spała?

Pokręcił głową.

- Do późna wyła wniebogłosy. Niania w końcu zdołała ją przekonać, by possała nasączoną brandy ściereczkę. Dopiero wtedy zasnęła.

- A Evie?

- Kiedy wychodziłem, szła do szkoły. - Charlie omiótł spojrzeniem niewielkie pomieszczenie. Wykrzywił usta i zmarszczył nos. - Ale tu jest brudno. Czemu doktor cię tu przysłał? Szpital Luterański jest w o wiele lepszym stanie. - Wyjął z kieszeni chustkę i otarł kąciki ust. Zwykł tak robić, kiedy tylko zaczynał tracić cierpliwość. - I bliżej studia.

- Jestem przekonana, że nie myślał o tym, co byłoby wygodne dla ciebie. Nie wspominając o mnie. Ja musiałam spędzić tutaj noc.

- O dziesiątej mam spotkanie z panem Schulbergiem. - Wyjął zegarek na dewizce, spojrzał na tarczę, po czym wytarł ją o płaszcz. - Punkt dziesiątej.

Rama łóżka zaskrzypiała. Pacjent z sali piętro niżej wołał o nocnik. Pielęgniarka, która przyprowadziła Charliego, uzupełniła płyn dezynfekujący w stojącej przy drzwiach misce.

- Dziś mamy przyjęcie u Gleesonów, nie zapominaj - zauważył jej mąż.

- Nie możesz nas z tego wykręcić? Na pewno nie będę się czuła na siłach. Nie po takich przejściach.

- Wykręciliśmy się ostatnim razem, pamiętasz? Poza tym on ma scenariusz, na który chcę rzucić okiem.

Mirielle westchnęła. Pani Gleeson była pierwszorzędną nudziarą. Na samą myśl o spędzeniu wieczora w jej butwiejącym salonie z "pasztetem" roślinnym i rozwodnionym ginem ponownie rozbolała ją głowa.

- Kiedy poczęstuje cię cygarem, wybierz jakieś krótkie, dobrze? Nie chcę siedzieć tam cały wieczór i szukać tematów do rozmowy, podczas gdy wy, mężczyźni, będziecie sobie palić.

Charlie ponownie wydobył zegarek.

- Siostro? - zawołał.

Odpowiedziała mu cisza.

- Wszystko to z powodu oparzenia? - zwrócił się do żony.

- I tego. - Pokazała mu jaśniejszą plamę na wierzchu dłoni.

Charlie zdjął rękawiczki. Przesunął kciukiem po jej skórze, a potem wzdłuż cienkiej blizny ukrytej pod srebrną bransoletką. Następnie przysunął sobie jej palec bliżej oczu i przyjrzał się uważnie oparzeniu.

- Nie oparzyłaś się... Nie oparzyłaś się rozmyślnie, prawda?

Mirielle wyrwała mu swoją dłoń.

- Oczywiście, że nie.

Zapadła między nimi krępująca cisza. Charlie podniósł gazetę, omiótł wzrokiem pierwszą stronę, po czym przeszedł do działu sportowego. Mirielle nie dbała o to, który koń wygrał w Excelsiorze ani jak pierwszoroczniacy z Uniwersytetu Kalifornijskiego poradzili sobie w lekkoatletyce. Spojrzała w stronę okna, ale bezchmurne, błękitne niebo przypomniało jej o lecie. O piknikach na plaży, przyjęciach ogrodowych i dzieciach pluskających się w basenie. Pluskających się, a potem zamierających w bezruchu. Odwróciła wzrok od okna i skrzyżowała ramiona na piersi, by opanować drżenie rąk.

- Mają tu w szpitalu trędowatą - powiedział jakiś czas później Charlie.

- Trędowatą? To niedorzeczne. Tacy ludzie istnieją tylko w kinie.

Postukał palcem w gazetę i pokazał jej artykuł. Nagłówek głosił: "Trędowata w County General".

- Piszą, że będą ją tu trzymać do czasu zorganizowania transportu do jakiegoś leprozorium w Luizjanie.

- Dobry Boże - powiedziała Mirielle. - A podali nazwisko?

- Niejaka pani Martin, jeśli się nie mylę. Znamy jakichś Martinów?

- Nie, nie sądzę, byśmy... - Odebrała mężowi gazetę i przejrzała artykuł. Nie chodziło o panią Martin. Nazwisko brzmiało Marvin. Pani Pauline Marvin. Mirielle zmroziło do szpiku kości. Papier wysunął jej się z dłoni i poszczególne strony rozleciały się we wszystkie strony. - Charlie, oni piszą o mnie.

Rozdział 3

Pożegnali się w szpitalu. Charlie nie mógł ryzykować, by ktoś zobaczył go z nią na dworcu. Pielęgniarka poprowadziła ją w dół pustymi schodami na tyłach budynku. Kiedy Mirielle wyciągnęła rękę w stronę barierki, kobieta warknęła:

- Niczego nie dotykać.

Na zewnątrz poranne powietrze było chłodne i przesycone mgłą. Mirielle poczuła gęsią skórkę pojawiającą się pod cienkim jedwabiem sukienki. Ale przynajmniej wydostała się z izolatki. Charlie czekał w zaułku przy swoim lśniącym automobilu. Na kanapie piętrzyły się walizki z jej ubraniami i pudła na kapelusze, tak jakby wybierali się na jakieś spontaniczne, rozkoszne wczasy. Prawda stawała się przez to jeszcze bardziej gorzka.

Cmoknął ją ukradkiem w policzek, po czym odsunął się poza zasięg rąk. Tego rodzaju zachowywanie dystansu jej babka nazwałaby cnotliwym. Mirielle nie była jednak jakąś płonącą rumieńcem debiutantką, a on nie były wstydliwym kawalerem. Nigdy tacy nie byli - żadnych rumieńców, żadnego wstydu. Kiedy podczas tych dziesięciu lat małżeństwa tak boleśnie się od siebie oddalili? Chciała winić chorobę - której nie miała, bez względu na to, co mówili lekarze - ale przypomniała sobie, jak przed paroma miesiącami, podczas pogrzebu, siedziała obok niego w pierwszej ławce w kościele. Ich kolana się zetknęły, ledwie musnęły, a ona odsunęła się gwałtownie, jakby był kimś obcym. Może wtedy to się zaczęło.

W gęstym powietrzu wyczuła zapach dymu i u wylotu zaułka dostrzegła sanitariusza przyglądającego się im z papierosem między palcami. Charlie też go dostrzegł i przekrzywił kapelusz tak, by rondo przesłoniło twarz. Wszędzie wokół wyrastały budynki należące do szpitala, dzięki którym tak wcześnie rano panował tu głęboki cień. Wkrótce jednak słońce wespnie się wyżej na nieboskłon i każdy, kto wyjrzy przez okno, będzie ich widział jak na dłoni.

Charlie zerknął na zegarek i odkaszlnął. Ustalili już szczegóły jej zniknięcia - jaką wymówkę przedstawi krewnym i znajomym, na jaki adres będzie mogła słać mu w tajemnicy listy, których kapeluszy, sukienek i butów potrzebowała na podróż. Cóż więcej pozostało do powiedzenia?

- A nasze córki? - spytała w końcu.

Trochę żałowała, że ich nie przyprowadził, pomimo przestrogi lekarza. Nie musiała ich dotykać, wystarczyłoby jej posłanie buziaków na odległość i wypowiedzenie paru słów pożegnania. Ostatnie spojrzenie, by wypalić sobie w pamięci ich twarze.

- Jest z nimi niania - odparł, po czym poprawił mankiet marynarki i posłał kolejne ukradkowe spojrzenie na zegarek. - Evie za tobą tęskni. Helen na pewno też.

Na dźwięk ich imion poczuła fizyczny ból w całym ciele. Od miesięcy - od tego strasznego wypadku - nie karmiła Helen, ale przeszywające ukłucie odczuła nawet w sutkach. Być może jednak dobrze się stało, że ich nie przyprowadził.

- Chętnie bym się napiła.

Charlie zmarszczył brwi, ale po chwili wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki płaską butelkę, rozejrzał się szybko i podał naczynie małżonce. Na okapie nad ich głowami siedziały gołębie. W pobliskich pojemnikach na śmieci buszowały szczury. Sanitariusz palił papierosa. Poza tym byli tu sami.

Odkręciła zakrętkę i pociągnęła solidny łyk. To była porządna whisky, przemycana z Kanady. Z przyjemnością powitała ogień, który zapłonął w jej pustym żołądku. Jeszcze jeden łyk i wkrótce ból osłabnie.

Oddała otwartą butelkę mężowi. Odruchowo uniósł ją do ust, ale w ostatniej chwili się powstrzymał. Zakręcił flaszkę i z niemal niezauważalnym grymasem włożył ją z powrotem do kieszeni.

- Wielkie nieba! Nie jestem chora. Ci lekarze to pajace.

- Wiem - odparł, choć jednocześnie wytarł rękawiczki o spodnie. Taki był z niego wspaniały aktor.

Gdzieś nieopodal zawarczał uruchamiany silnik i po paru chwilach ich oczom ukazał się ambulans.

Mirielle poczuła bolesny ucisk w żołądku. Zrobiła krok w stronę męża. Musiała oddać Charliemu, że się nie cofnął. Nagle poczuła potrzebę powiedzenia mu miliona różnych rzeczy: "Kocham cię", "Przykro mi", "Wiem, że to była moja wina". Żadne z tych zdań nie opuściło jednak jej ust. Wszystkie kwaśniały w posmaku alkoholu. Ostatecznie rzuciła:

- Pomóż sanitariuszom z moimi bagażami, co? Nie chciałabym, żeby coś zniszczyli.

Po załadowaniu ostatniej walizki została podsadzona do wnętrza ambulansu. Przycisnęła odzianą w rękawiczkę dłoń do szyby i ułożyła usta w bezgłośne "żegnaj". Charlie powiedział coś w odpowiedzi, ale nie udało jej się odszyfrować słów.

Poczuła wzbierające w oczach łzy i odwróciła wzrok. Ambulans wiózł ją mostem nad rzeką w stronę dworca Central. Pomarańczowy blask wschodzącego słońca odbijał się od znaku Hollywoodu i odległych wzgórz. Minęli Małe Tokio oraz pusty plac, na którym miano rozpocząć budowę nowego ratusza. Charlie opowiadał z dumą, że to będzie najwyższy budynek w całej Kalifornii, choć wtedy w najmniejszym stopniu o to nie dbała. Teraz na samą myśl, że pod jej nieobecność miasto będzie się zmieniało, alkohol zabulgotał jej w żołądku. A może było to spowodowane smrodem potu, środka dezynfekującego i wymiocin, którymi przesiąknięte były ściany ambulansu? Tak czy owak, nie musiała się tym przejmować. Przy odrobinie szczęścia wróci, zanim wbiją pierwszą łopatę.

Gwizd pociągu przebił się ponad warkotem silnika i wkrótce potem dostrzegła budynek dworca. Samochód minął halę i przejechał przez tory. Mirielle rzucało po wnętrzu niczym solą w solniczce. W końcu zatrzymali się przy otwartym wagonie towarowym. Sanitariusz wysiadł i zaczął niedbale wyrzucać jej bagaże na ziemię.

- Hej! - zawołała Mirielle. Kiedy się okazało, że nikt nie ma zamiaru jej pomóc, sama mozolnie wysiadła z ambulansu. - Ostrożnie. - Podreptała w stronę sanitariusza, starając się nie ubrudzić pantofli z bydlęcej skórki. - Części będę potrzebowała w wagonie sypialnym. Tej i... tamtej. - Wskazała skórzano-jedwabną walizeczkę wciąż stojącą w głębi ambulansu.

Mężczyzna burknął coś pod nosem i rzucił ją na szczyt sterty. Następnie wytarł dłonie w szmatę i zamaszystym gestem wskazał wagon towarowy.

- Pani wagon sypialny czeka, madame.

Mirielle odwróciła się i zajrzała do środka tego, co wzięła za wagon bagażowy. Światło dnia docierało tylko do części wnętrza, reszta była pogrążona w głębokim cieniu. Dostrzegła tylko kilka pustych skrzyń i drewnianą beczkę.

- Musiała zajść jakaś pomyłka - stwierdziła, obracając się z powrotem do sanitariusza, który już wsiadał z powrotem do ambulansu. Zamachała ręką, by zwrócić na siebie jego uwagę. - Przepraszam!

Jedyną odpowiedzią była chmura kurzu unosząca się za odjeżdżającym pojazdem. Co za bezczelność! Starannie otrzepała sukienkę. Ten wałkoń wyraźnie nie potrafił docenić krepdeszynu.

- Proszę się pośpieszyć ze swoimi bagażami, proszę pani - powiedział ktoś za nią.

Mirielle odwróciła się w stronę pociągu. Tuż przy nim stała tęga starsza kobieta w białym pielęgniarskim kitlu i teraz przyglądała się przybyłej przymrużonymi oczami zza grubych szkieł okularów.

- Odjeżdżamy za pięć minut.

Mirielle spojrzała ponownie na wagon za plecami kobiety. Nie było tam ani wyściełanych siedzisk, ani lakierowanych stolików karcianych, ani prywatnych pomieszczeń sypialnych. Ba, w ogóle nie było na czym usiąść.

- Obawiam się, że zaszła jakaś pomyłka. Miałam...

- Ojej, nie jest pani tą trędowatą ze szpitala rejonowego?

- No, przyjechałam z tego szpitala, ale nie jestem... moja diagnoza nie została jeszcze potwierdzona. Ja tylko...

Pielęgniarka uśmiechnęła się z ulgą.

- Nie zaszła żadna pomyłka. Niech pani lepiej załaduje swoje rzeczy.

- Nie chce pani chyba powiedzieć, że mam jechać całą drogę aż do Luizjany jak jakaś bezdomna?

Kobieta przekrzywiła lekko głowę, tak jakby podróżowanie po kraju w brudnym wagonie towarowym było całkowicie normalne.

- To jest niedorzeczne - oznajmiła Mirielle. - Kto tu zawiaduje?

- Hmm, obecnie byłaby to chyba straż kolejowa. Mam ją wezwać?

Pani West zgromiła ją wzrokiem. Słońce, teraz już wysoko na niebie, zalewało całą okolicę jasnym światłem. Z pobliskiego peronu, ledwie widocznego między wagonami, dobiegały zmieszane rozmowy. Robotnicy ładowali i rozładowywali sąsiednie pociągi. Im dłużej tu stała, tym większe było ryzyko, że ktoś ją rozpozna.

Mirielle wzięła się za ładowanie swoich rzeczy do wagonu, począwszy od pudeł na kapelusze i toreb podróżnych. Ustawiała je zaraz za rozsuwanymi drzwiami. Spodziewała się, że w Luizjanie zostanie tylko kilka dni - jak długo w końcu mogło trwać naprostowanie sprawy z jej diagnozą? - i kazała Charliemu spakować tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Kilkanaście sukienek dziennych z dopasowanym obuwiem. Kilka bawełnianych sukienek tenisowych i jedną czy dwie suknie wieczorowe. Jeden z tweedowych płaszczy i sweter z wełny czesankowej, na wypadek gdyby pogoda w Luizjanie była niesprzyjająca. Futro z wiewiórek - także na wszelki wypadek. Potem były jeszcze spłaszczające biust gorsety, biustonosze, pasy do pończoch, halki i szmizjerki. Około dwudziestu par pończoch i jej satynowe kimono. Kapelusze, torebki, etole, szale. No i oczywiście zawartość jej toaletki: krem odżywczy, krem wybielający, krem nawilżający, krem do brwi, talk, woda toaletowa, perfumy, płyn do skręcania włosów, szminki i puder do twarzy.

Naprawdę starała się ograniczać potrzeby. Kiedy jednak ciągnęła pierwszy z trzech kufrów podróżnych, zaczęła się zastanawiać, czy może mogła sobie darować parasolkę, toczek i dziesięć kompletów jedwabnych piżam. Maszynista znów zagwizdał i Mirielle zaczęła się śpieszyć. Spróbowała dźwignąć kufer do wagonu, ale zdołała go unieść ledwie kilka cali nad ziemię, nim uchwyt wysunął jej się z dłoni.

- Proszę mi pozwolić sobie pomóc, se?ora.

- Dziękuję, będę... - Uniosła wzrok i zobaczyła człowieka, który zaoferował jej pomoc.

Był starszy od niej, o ciemnobrązowej skórze i poprzetykanych siwizną czarnych włosach. Ciemne, pozbawione brwi oczy spoglądały z opuchniętej, głęboko pobrużdżonej twarzy. Kiedy wyciągnął rękę i chwycił uchwyt kufra, dostrzegła na jego przedramieniu duże skupisko odrażających grudek.

Mirielle cofnęła się i przyłożyła dłoń do ust, by stłumić krzyk. To był wagon do przewozu chorych. On był... trędowaty. Ile jeszcze jemu podobnych kryło się w cieniach wagonu?

Zanim zdołała się opanować na tyle, by móc zaprotestować, mężczyzna zeskoczył, chwycił pozostałe dwa kufry i zaciągnął je do środka. Czuła się, jakby wokół niej rozgrywała się scena z Ben Hura. Czytała tę książkę za młodu, a ledwie miesiąc temu Charlie zaciągnął ją do kina, by razem z nim obejrzała film pana Niblo. Wagon przypominał ten odrażający loch, w którym zamknięto na długie lata matkę i siostrę Ben Hura. Włosy im posiwiały. Paznokcie odpadły od ciała. Skóra pokryła się łuskami, a wargi i powieki pożarła choroba. Czy to właśnie czekało ją w Luizjanie?

Cofnęła się kilka kroków. Uderzyła piętą w szynę i upadła do tyłu.

Meksykanin podszedł do niej i podał jej rękę. Mirielle pokręciła głową, on jednak i tak chwycił ją za przedramię i dźwignął na nogi.

- To nie jest dobre miejsce na ucieczkę, se?ora - wyszeptał jej do ucha.

Ucieczkę? O czym on mówił? Podążyła za jego nerwowym spojrzeniem i rozejrzała się po zatłoczonym terenie dworca. Kręciło się tu co najmniej kilku funkcjonariuszy straży kolejowej.

- Ale ja nie...

Rozległ się kolejny przenikliwy gwizd. Mężczyzna wgramolił się z powrotem do wagonu. Kiedy pomagał jej wejść, dotknął rękawa jej płaszcza. Teraz był pokryty zarazkami. W całym pociągu musiało ich być zatrzęsienie. Może jednak powinna uciekać.

Rozejrzała się ponownie i odniosła wrażenie, że strażnicy jakby się do nich zbliżyli. Gdyby spowodowała zamieszanie, ktoś by ją z pewnością rozpoznał. Jej i Charliego nazwisko znów znalazłoby się na pierwszych stronach każdej gazety i każdego szmatławca. Nikogo by nie interesowało, że tak naprawdę nie jest chora. Ci bezmózdzy dziennikarze nigdy nie pozwalali, by prawda przeszkodziła im w opublikowaniu sensacyjnych doniesień.

Koła pociągu ruszyły z piskiem. Mirielle obejrzała się jeszcze na Los Angeles, po czym chwyciła metalową poręcz przy drzwiach i dała się wciągnąć do wagonu.

Rozdział 4

Mirielle ledwie zdołała wejść do środka, kiedy truchtający wzdłuż składu pracownik kolei zatrzasnął za nią drzwi. W wagonie zapanowała całkowita ciemność. Po omacku sunęła wzdłuż ściany z nieheblowanych desek, aż jej stopa natrafiła na coś miękkiego.

- Ej! - zaprotestowała jakaś kobieta.

Mirielle cofnęła się chwiejnie.

- Przepraszam.

Pociąg się nagle przechylił, wskutek czego straciła kontakt ze ścianą, zachwiała mocno i niemal upadła.

- Naprawdę powinna pani usiąść, zanim zrobi sobie krzywdę.

Mirielle rozpoznała głos pielęgniarki. Gdzieś w pobliżu usłyszała też miarowy i gardłowy charkot przypominający szum fal po sztormie. Cofała się, aż natrafiła na ostrą, twardą krawędź kufra - miała nadzieję, że to był jeden z tych należących do niej - i usiadła na nim.

Przez szpary między deskami ściany wagonu przesączały się cienkie smużki światła. Po paru minutach oczy przyzwyczaiły się do półmroku. Kufer istotnie był jej, a pozostałe bagaże spoczywały w jego pobliżu. Charkot wydawał z siebie mężczyzna leżący na posłaniu pod przeciwległą ścianą. Każdy oddech zdawał się przychodzić mu z trudem. Pielęgniarka siedziała przy nim na niskim, trójnożnym zydlu, który był jedynym meblem w całym wagonie. Meksykanin siedział na podłodze w odległym kącie, a kobieta, na którą Mirielle wcześniej wpadła, spoczywała na walizce, która najlepsze lata miała już dawno za sobą. Nieznajoma sprawiała wrażenie starszej niż pani West, choć tylko niewiele. Była krępa, miała nalaną twarz, a głowę obwiązała jakąś szmatą. Dłonie miała pokryte krostami. Nie bladymi i nierzucającymi się w oczy plamkami jak ta przy kciuku Mirielle, ale wyraźnie odstającymi i łuszczącymi się. Wyglądały, jakby na jej skórze pozasychały grudki czerwonej gliny.

Choć nie brakowało jej żadnej kończyny i nie odchodziły jej też paznokcie, jak to miało miejsce w Ben Hurze, Mirielle mimowolnie się wzdrygnęła. Wyjęła z torebki chustkę, wytarła sobie rękaw i czubek buta, po czym odrzuciła materiał na podłogę. Kiedy napotkała spojrzenie Meksykanina, odwróciła wzrok i skupiła się na układzie słojów na deskach.

Pociąg mknął po torach, a ona czuła wewnętrzne rozdarcie, jakby tylko częściowo wsiadła do tego wagonu, a częściowo pozostała w Los Angeles. Musiała sobie powtarzać, że za kilka tygodni wróci do domu. Dziewczynki nawet nie zdążą za nią zatęsknić. Złożyła razem dłonie. Wciąż nieco drżały, ale najgorsze efekty braku alkoholu miała już za sobą. Kiedy wróci do domu, może będzie piła nieco mniej.

Skład zatrzymał się późnym popołudniem i ktoś odsunął na bok drzwi wagonu. Mirielle zmrużyła oczy i osłoniła je ręką przed nagłym zalewem ostrego światła. Plecy ją bolały, a kark zdążył zesztywnieć od nieustannego odwracania głowy od pozostałych. Miała pełny pęcherz, a w brzuchu burczało jej z głodu.

- Macie piętnaście minut - rzucił ktoś na zewnątrz chropawym głosem. - Wysiadka i załatwiajcie sobie, co trzeba.

Meksykanin wyskoczył na ziemię i zaczął się przeciągać. Kobieta i pielęgniarka zeszły jako następne, a Mirielle za nimi. Kiedy jej stopy dotknęły ziemi, buty zapadły się w miękki grunt i poczuła wsypujący się do środka piasek.

Na bocznicy stało tu i ówdzie kilka samotnych wagonów. Dalej rozciągała się pustynia: wiotkie bylice przypominające drzewa, rosłe kaktusy, a w oddali za nimi - górskie szczyty. Ruszyła w stronę budynku stacji, którego spadzisty dach dostrzegła nad pociągiem. Na zwisającej na łańcuchach tablicy widniał napis "Yuma". Nawet tu, przy końcu pociągu, słychać było odgłosy ludzkiej krzątaniny na peronie - pośpieszne kroki, stukot kół wózków bagażowych, radosne powitania, łzawe pożegnania.

Zanim jednak zdążyła się oddalić od wagonu o więcej niż kilka kroków, zatrzymała ją pielęgniarka.

- Proszę się zbytnio nie oddalać.

- Zajrzę tylko do wagonu restauracyjnego. Wrócę lada chwila.

- Obawiam się, że nie ma pani do niego wstępu. Kolacja jest tutaj - odparła kobieta i podała jej talerz z fasolą i kromką chleba.

Mirielle nie spodziewała się kawioru, ale to nie spełniało nawet jej maksymalnie obniżonych oczekiwań.

- Proszę się nie wygłupiać. Nie mam nawet widelca.

- Po to jest chleb.

Odsunęła od siebie talerz.

- Mniejsza o kolację. Muszę skorzystać z toalety.

Ale oni - trędowaci - tam też nie mieli, wedle słów pielęgniarki, wstępu. Kobieta wskazała stojący kawałek dalej odłączony wagon i zasugerowała, by Mirielle ulżyła sobie za nim.

Pani West wpatrzyła się w nią wstrząśnięta. Z pewnością nie sugerowała jej oddawania moczu w niecywilizowany sposób. W końcu nie byli zwierzętami. Pielęgniarka zachowała jednak niewzruszony wyraz twarzy.

Mirielle zerknęła z utęsknieniem w stronę stacji, po czym podreptała smętnie za stojący samotnie wagon. Czuła, że pęcherz jej zaraz pęknie, nie miała więc większego wyboru, jak zadrzeć spódnicę i kucnąć przy pordzewiałych kołach. Kiedy będzie wracała do domu, będzie nalegała na wagon sypialny z oddzielnymi przedziałami. To jest, kiedy tylko lekarze w szpitalu wojskowym zorientują się, że nie jest chora na trąd, i będzie mogła zostawić ten obłęd za sobą.

Jako że do odjazdu pociągu zostało jeszcze kilka minut, ruszyła w stronę ostatnich wagonów. Przypłaciła to jeszcze większą ilością piachu w butach. Do pończochy przyczepił jej się rzep i kłuł ją przez cienki jedwab. Ale po tylu dniach w zamknięciu najpierw w tej obskurnej szpitalnej izolatce, a potem w dusznym wagonie, zwyczajnie rozkoszowała się ciepłem promieni słońca na skórze. Niebo nad jej głową było błękitne niczym topaz w pierścionku otrzymanym od Charliego z okazji trzeciej rocznicy. W oddali za kaktusami i bylinami pojawiło się pasmo pyłu, brudnobrązowa smuga na horyzoncie. Czy to był człowiek? Biegnący?

Za nią zaryczał muł i po chwili minął ją w pełnym pędzie wóz. Spoglądała za nim, aż ten też pozostał jedynie chmurą pyłu, po czym podreptała z powrotem do wagonu.

Kiedy wróciła, zastała pielęgniarkę kajającą się przed kimś ze straży kolejowej.

- Sądziłam, że był tutaj. Nie... nie zdołam cały czas ich wszystkich pilnować. Jestem w końcu ich pielęgniarką, nie strażniczką więzienną.

Piwne oczy funkcjonariusza strzeliły między jego rozmówczynią a Mirielle. Momentalnie wykrzywił twarz w grymasie odrazy. Splunął na ziemię i wrócił do przerwanej rozmowy:

- Niech pani po prostu zabierze resztę swoich przeklętych trędowatych z powrotem do wagonu i nie pozwoli nikomu więcej uciec.

Pielęgniarka machnęła na Mirielle, by ta wsiadła do pociągu. W środku byli tylko oddychający chrapliwie mężczyzna na posłaniu pod ścianą i kobieta z obwiązaną głową. Czyżby to Meksykanin uciekł? Pani West domyślała się tego po cierpiętniczej minie medyczki. Podążyła za jej spojrzeniem na rozciągającą się za torami pustynię.

Widziana wcześniej chmura pyłu zdążyła już opaść. Czy tamtemu człowiekowi udało się uciec przed ścigającym go wozem? Mirielle z pewnym zaskoczeniem odkryła, że taką ma właśnie nadzieję. Wkrótce z nowego obłoku kurzu wyłonił się zarys wozu. Kiedy podjechał bliżej, zauważyła truchtającego za nim Meksykanina, z trudem dotrzymującego kroku mułom. Drewnianą ramę pojazdu i kajdanki na przegubach jego dłoni łączyła mocna lina. Mężczyzna miał zakrwawioną i opuchniętą twarz, a jedna z nogawek była wyraźnie podarta. Powiewała mu wokół łydki i przy każdym kroku odsłaniała długie rozcięcie na piszczeli.

Pielęgniarka odpędziła Mirielle z dala od wejścia. Ta zdążyła jeszcze zauważyć, że w lokomotywie palacz najwyraźniej dorzucił do pieca, bo z komina buchały obłoki dymu. Wóz zatrzymał się przy wagonie, a pracownicy kolei rozwiązali schwytanego zbiega. Kilkakrotnie usiłowali otworzyć kajdanki, ale zamek był pełny zakrzepłej krwi i klucz nie chciał się poruszyć.

- Nie mamy czasu na użeranie się z tym - stwierdził strażnik kolejowy i wraz z pozostałymi dźwignęli biedaka na próg wagonu. - Będą musieli mu to rozciąć, kiedy dotrzecie na miejsce.

Kolejarze zasunęli drzwi i niemal zmiażdżyli stopę Meksykanina, który wciąż usiłował wpełznąć do środka.

W końcu dostał się do swojego kąta i z trudem dźwignął się do pozycji siedzącej. Kajdanki obtarły mu skórę do żywego. Wokół ust miał ślady ziemi i zaschniętej krwi. Mirielle oczekiwała, że pielęgniarka zajmie się jego obrażeniami - rozcięciem na nodze, ranami i sińcami na twarzy, powbijanymi w skórę kolcami kaktusa. Ona jednak opiekowała się chorym leżącym pod ścianą, który od czasu opuszczenia Kalifornii oddychał z coraz większym trudem.

Meksykanin zakaszlał i cmoknął. Kiedy biegł uwiązany do wozu, zapewne wdychał więcej pyłu niż powietrza. Mirielle unikała jego wzroku, nie mogła jednak zignorować nieustępującego ciężkiego kaszlu. Podeszła do stojącej w innym kącie beczki z wodą pitną. Ciemna, lustrzana powierzchnia drżała w rytmie stukotu kół pociągu. Unikała picia z tej beczki z obawy przed zarażeniem się od pozostałych. Brudne wargi mężczyzny tylko dodatkowo zanieczyściłyby wodę. Byli jednak dwa dni drogi od Luizjany, a żadne z nich nie wytrzymałoby tak długo bez picia.

Mirielle zrobiła głęboki wdech, zanurzyła chochlę i się napiła. Następnie ponownie nabrała wody i zaniosła ją mężczyźnie. Z powodu podskakiwania i chybotania się wagonu po drodze połowa znalazła się na jej sukience.

Meksykanin ujął chochlę w brudne dłonie i wypił wszystko do ostatniej kropli.

- Gracias.

Pani West spojrzała mu w oczy i skinęła głową. Może i był trędowaty, ale był też człowiekiem i nie zasługiwał na to, co ci kolejarze mu zrobili. Przyniosła mu więcej wody, a potem odszukała odrzuconą wcześniej chustkę i otarła mu twarz z krwi i brudu. Serce łomotało jej mocno w piersi. Z odczuwanego lęku na włosach zaczął jej się zbierać pot. Trudno było odgadnąć, czy głębokie bruzdy na skórze mężczyzna zawdzięczał swemu wiekowi, czy chorobie. Tak czy owak pilnowała, by nie dotknąć go gołą ręką, tylko przez chustkę.

Następnie starannie powyciągała mu z nóg kolce. Zdecydowanie nie była pielęgniarką, niemniej jednak nauczyła się tego i owego o kaktusach podczas odbywanych z synem wypraw na kalifornijskie wzgórza.

Meksykanin skrzywił się i syknął, ale poza tym się nie odzywał. Od jak dawna choruje na trąd? Ile razy próbował już uciec? Siwiejące włosy wskazywały, że jest już sporo po pięćdziesiątce. Surowe spojrzenie sugerowało kogoś jeszcze starszego. Kogoś, kto doskonale znał podłość tego świata.

Przynajmniej to mieli ze sobą wspólnego.

Rozdział 5

Dwa i pół dnia później pociąg w końcu dojechał do Nowego Orleanu. Mirielle i jej towarzysze podróży czekali w zamknięciu, podczas gdy z zewnątrz dobiegały głosy wysiadających pasażerów. Potem ich wagon został odłączony i przepchnięty na pustą bocznicę. Ktoś odsunął drzwi na bok akurat wtedy, kiedy z piskiem hamulców zatrzymywał się obok stary, pamiętający jeszcze wojnę ambulans. Na boku widniał wymalowany łuszczącą się białą farbą "Szpital wojskowy US Marines". Z kabiny wyskoczyło na ziemię dwóch mężczyzn w prostych wełnianych kombinezonach roboczych. Zmierzyli chorych wzrokiem, po czym poczęli się naradzać z pielęgniarką. Przenieśli leżącego mężczyznę z posłania na nosze i zanieśli go do ambulansu. Mirielle była zbyt wymęczona koszmarną podróżą, by zdobyć się na cokolwiek poza powleczeniem się za nimi.

Zachodni horyzont miał barwę dojrzałej pomarańczy, jak gotowe do zbioru owoce w domu. Pozostała część nieba była wyprana z barw. Ambulans ledwie zdołał ruszyć, kiedy przez warkot silnika przebił się trzask płomieni. W powietrzu pojawił się zapach dymu. Po ostrym skręcie za oknem pojawił się ich wagon. Płomienie pełzły po jego ścianach i spopielały wszelki ślad po ich podróży, wraz ze wszystkimi zarazkami.

Kiedy wielogodzinna jazda ambulansem ze stacji kolejowej dobiegła końca, Mirielle miała już zesztywniałe nogi, a powieki co chwilę jej opadały. Wysiadła chwiejnie i rozejrzała się wkoło. W Luizjanie powietrze było wilgotne i chłodniejsze, niż się spodziewała. Panująca w tym odludnym miejscu ciemność działała jej na nerwy. Brakowało jej latarń, błyskających szyldów i rozświetlonych witryn sklepowych z Los Angeles. Tam widziało się, słyszało i czuło pulsujące wszędzie wokół życie. Tutaj były tylko szmery i skrzypienia w głębokich cieniach, przytłumione i złowróżbne.

Reflektory ambulansu oświetlały ogromny dom, niegdyś najpewniej należący do jakiegoś plantatora. Z rodzaju tych, o których Mirielle czytała w powieściach albo widziała w filmach traktujących o przedwojennym Południu. Budynek lśnił na tle otaczającego go mroku niczym zjawa, a wysunięta weranda i ozdobione gzymsami kolumny rzucały długie cienie na białą fasadę.

- To jest szpital? - zapytała kierowcę, który właśnie rozładowywał jej bagaże.

- Nie, psze pani - odparł zapytany z ciężkim południowym akcentem. - To budynek administracyjny i kwatery sióstr.

Zanim zdążyła zapytać, o jakie siostry mu chodzi, od strony domu zbliżyły się dwie kobiety z lampami. Ich sukienki przypominały coś, co mogłaby nosić jej babka - były nadmiernie wykrochmalone i nieludzko długie. Przy paskach grzechotały im sznury koralików. Na głowach miały jakieś dziwne konstrukcje, które ledwie można było nazwać kapeluszami. Przypominały wielką mewę z rozpostartymi skrzydłami.

- Jeden na noszach i trzy takie, co mogą chodzić - zwrócił się do nich kierowca.

- Wyśmienicie - odparła jedna z nich. - Proszę go zabrać prosto do infirmerii. My się zajmiemy pozostałymi. - Kobieta obróciła się do nowo przybyłych i posłała im zdawkowy uśmiech. Następnie uniosła lampę i przyjrzała się im po kolei. Gdy przyszła kolej Mirielle, zmarszczyła lekko brwi. W końcu oznajmiła: - Tędy.

Ruszyła na przełaj przez szeroki trawnik, w stronę rosnącego w oddali żywopłotu, za którym znajdował się rozległy kompleks budynków, ledwie widoczny w przyćmionym blasku księżyca.

- Przepraszam! Kiedy portier uda się po nasze bagaże? - zapytała Mirielle.

Kobieta się odwróciła i spojrzała z dezaprobatą na stos kufrów, waliz i pudeł u stóp pani West.

- Nie mamy tu portiera, moja droga. To szpital, a nie Ritz.

- No doprawdy - szepnęła bezgłośnie Mirielle.

- Weź tyle, ile zdołasz unieść. Rano poślę sanitariusza po resztę.

- Rano? A jeśli będzie padać albo do środka wejdą dzikie zwierzęta?

- Jakiego rodzaju zwierzęta masz na myśli?

Pani spojrzała na postrzępiony zarys drzew w oddali.

- Nie wiem. Wilki, niedźwiedzie, węże.

Kobieta zaśmiała się, choć bez cienia wesołości.

- Nie mamy tu niedźwiedzi ani wilków, a jeśli Bóg da, nie będzie też padać. A teraz weź, co tam potrzebujesz, i chodź.

A węże? Na samą myśl o nich Mirielle dostała gęsiej skórki. Spojrzała na pudła z kapeluszami, walizy i kufry i spróbowała zdecydować, co zabrać. Nie była pewna, gdzie Charlie spakował poszczególne elementy jej garderoby. Jej piżamy były zapewne w jednym z kufrów. Szczotka do włosów w jednej z walizek. Szczoteczka do zębów i pasta w...

Rozważania przerwało jej głośne chrząknięcie.

- Nie mamy całej nocy.

Mirielle chwyciła dwie torby - z nadzieją, że w jednej z nich znajdują się przybory niezbędne do nocnej ablucji - i podążyła wydeptaną ścieżką za kobietami w absurdalnych nakryciach głowy. Minęli sięgający pasa żywopłot, po czym weszli po rampie na wybity deskami deptak z barierkami po obu stronach. Z zadaszenia zwisały tanie lampy przemysłowe. Chodnik rozgałęział się i skręcał w tak wiele stron, że odnosiło się wrażenie, jakby wylądowało się w środku labiryntu. Czasem w bok odchodziły wejścia do budynków różnych kształtów i wielkości. Bielone deski pokrywające ich ściany zalśniły jasno, gdy księżyc wysunął się zza pokrywy chmur.

Na jednym z rozgałęzień grupa się rozdzieliła. Meksykanin, utykając, podążył długim korytarzem za milczącą cały czas kobietą. Na przegubach wciąż jeszcze miał kajdanki. Mirielle podreptała za pozostałymi wijącym się przejściem, które ostatecznie doprowadziło je do żeńskiej infirmerii. Pod obiema ścianami długiego i wąskiego budynku stały łóżka szpitalne. Na kilku leżały jakieś śpiące osoby, na które Mirielle nie chciała patrzeć. Pozostałe posłania były puste, zaścielone w ascetyczny i nienaganny sposób, którego można byłoby się spodziewać w klasztorze. Pani West uznała to za stosowne, gdyż kiedy już wszystkie znalazły się w środku, rozpoznała w dyndających u pasa ich przewodniczki sznurze koralików różaniec.

- Procedurę przyjęcia rozpoczniemy rankiem - oznajmiła zakonnica, wskazując Mirielle jej posłanie.

- Nie możemy zacząć teraz? Niezmiernie śpieszy mi się z powrotem do domu.

- Lekarze już dawno udali się na spoczynek. Budzimy ich tylko w nagłych przypadkach.

- To jest nagły przypadek! Została mi postawiona błędna diagnoza. Nie powinno mnie tu być.

Jedna z pacjentek na pobliskim łóżku poruszyła się przez sen. Zakonnica zmarszczyła brwi.

- Obawiam się, że to nie ty decydujesz, co jest nagłym przypadkiem, a co nim nie jest. Spróbuj wypocząć, rano wrócimy do tej rozmowy.

Zanim Mirielle zdołała ponownie zaprotestować, kobieta obróciła się na pięcie i odeszła. Pani West wpatrywała się w tył jej skrzydlatego nakrycia głowy. Następnie przejrzała zawartość przyniesionych toreb. W pierwszej znajdowały się rękawiczki, szale i biżuteria. W drugiej - sześć par butów oraz owinięte w szmatkę i ułożone starannie na dnie zdjęcie w srebrnej ramce, które zawsze stało na jej toaletce. To bardzo miło ze strony Charliego, że je spakował, choć przecież nie będzie jej w domu dość krótko.

Wpatrujące się w nią przez szkło kochane oblicza rodziny sprawiły, że Mirielle nagle poczuła, jak bardzo jest obolała i zmęczona. Usiadła na cienkim materacu, który ugiął się pod jej ciężarem. Zsunęła buty ze stóp, nakryła się drapiącym bawełnianym kocem i zasnęła z fotografią przytuloną do piersi.

Kiedy obudziła się następnego dnia rano, dostrzegła, jak kobieta, która ją wczorajszej nocy przyprowadziła do infirmerii, przyciąga sobie do jej łóżka stołek. Na ubranie miała narzucony śnieżnobiały fartuch. Ogromny kapelusz na jej głowie był sztywny, jakby został wykonany z gipsu. Mirielle usiadła na łóżku i wygładziła rozczochrane włosy. Sukienkę miała tak pomiętą i pokrytą kurzem, że musiała wyglądać jak jakaś bezdomna. Śmierdzieć też musiała podobnie.

- Czy lekarz już przyszedł? - zapytała.

- Obecnie asystuje na sali operacyjnej, ale wkrótce się go tu spodziewam.

- Proszę pani, pani posłucha, tak jak mówiłam wczoraj...

- Może mi pani mówić "siostro Vereno".

- Siostro, w Kalifornii zaszło nieporozumienie. Lekarz nie potrafił odróżnić swojej głowy od tyłka.

Zakonnica zmarszczyła brwi.

- Nawet jeśli pani wulgarna ocena jest zgodna z prawdą, i tak muszę wypełnić formularz przyjęcia.

- Czy jest tu jakaś pielęgniarka, z którą mogłabym porozmawiać? Kwestie medyczne mogą być poza siostry...

- Ja jestem pielęgniarką. Przełożoną. - Spojrzała znacząco na Mirielle i przygotowała pióro. - Możemy zaczynać?

Pani West machnęła twierdząco dłonią i obróciła głowę w stronę okna. Niebo było zasnute chmurami, co nadawało powykręcanym drzewom i cienkim pasmom mchu matowo szary odcień.

- Ile ma pani lat?

- Trzydzieści dwa.

- Miejsce urodzenia?

- Los Angeles.

- Mieszkała pani kiedykolwiek za granicą?

- Wszystko to już mówiłam doktorowi w Kalifornii. W mojej historii nie ma nic szczególnego.

- My to ocenimy. Mieszkała pani kiedykolwiek za granicą?

Mirielle obróciła twarz w stronę zakonnicy.

- Nie, nigdy. I skoro o tym mowa, niech siostra zapisze, że nigdy żaden z moich krewnych nie chorował na trąd ani też nigdy nie znałam nikogo takiego.

- Jest pani zamężna?

- Tak.

- Dzieci?

- Tak.

- Ile?

- Troje... to znaczy... dwójka. - Mirielle spuściła wzrok na splecione dłonie. - Dwójka.

Siostra Verena zapisała jej odpowiedź. Zadała jeszcze kilka banalnych pytań, a na koniec spytała:

- A pod jakim nazwiskiem chce być pani znana tu, w Carville?

- Pod jakim nazwiskiem? Moim własnym. Miri...

- Większość pacjentów preferuje obranie nowego nazwiska. Bardzo pilnie strzeżemy naszych rejestrów, ale przy tylu podopiecznych, pracownikach i odwiedzających... cóż, wieść może się nieumyślnie wydostać poza nasze mury. Dla rodzin taki stygmat może być druzgocący.

- Nie jestem pacjentką ani podopieczną! - Mirielle zorientowała się, że zaczęła krzyczeć, dopiero gdy wszystkie pozostałe kobiety w pomieszczeniu obróciły się w jej stronę. Ściszyła głos i wycedziła przez zęby: - Nie jestem na to chora.

- W porządku - oznajmiła zakonnica, wyrównała trzymane dokumenty i odłożyła pióro. - Na razie będziemy panią nazywać pacjentką numer trzysta sześćdziesiąt siedem.

Rozdział 6

Sanitariusz przyniósł Mirielle śniadanie - jajka, kaszę kukurydzianą i puszkowane brzoskwinie - na emaliowanym kamionkowym talerzu. Była to zdecydowana poprawa po zimnym jedzeniu na tekturowych tackach, które dostawali w pociągu. Zanim przyszedł lekarz, pacjentki dostały też lunch. Medyk miał białą marynarkę nałożoną na czarny mundur oficerski. Podszedł do jej łóżka z szerokim uśmiechem. Siostra Verena szła o krok za nim. Kiedy usiadł na stołku przy łóżku Mirielle, w jego zaczerwienionych oczach dostrzegła ślady zmęczenia. Grzywka rzednących brązowych włosów stała dęba na podobieństwo piór przepiórki.

- Witam panią w sześćdziesiątym szóstym szpitalu US Marines - powiedział i podał jej rękę. - Zwanym też Carville, jeśli pani woli. Jestem doktor Jachimowski, ale większość naszych podopiecznych mówi mi "doktorze Jack".

Kiedy ściskała mu dłoń, uzmysłowiła sobie, że był pierwszym z licznych lekarzy i pielęgniarek spotkanych w ostatnich dniach, którzy raczyli jej dotknąć. Ciepła skóra i szczery uśmiech złagodziły ucisk, który jej dokuczał w piersi.

- Miło mi pana poznać, doktorze. Czy jest pan tutejszym specjalistą?

Zaśmiał się krótko.

- Jednym z nich. Doktor Ross, nasz naczelny lekarz, spędził kilkadziesiąt lat na walce z tą chorobą w Indiach i jest jednym z najlepszych leprologów na świecie. Obecnie zajmuje się głównie sprawami administracyjnymi, ale od czas do czasu może go pani spotkać. Mamy też innych specjalistów, przychodzących do nas regularnie z miasta: oftalmologa, dentystę i chirurga ortopedę. Ponadto...

- Tak, ale potrafi pan odróżnić prawdziwy trąd od innych przypadłości. To znaczy, musi się pan z tym spotykać każdego dnia. Czyli może pan dowieść, że te zakute łby z Kalifornii postawiły mi błędną diagnozę.

Jego uśmiech na chwilę przybladł.

- Tak, potrafię. Przyjrzyjmy się. Siostro, czy może pani przynieść nam parawan?

Siostra Verena ustawiła wokół łóżka składane przepierzenie, a Mirielle się rozebrała na prośbę doktora Jacka, który następnie zbadał jej skórę, podczas gdy zakonnica robiła notatki w karcie chorej.

- Płaska, zaczerwieniona zmiana skórna na boku lewej łopatki, około pięć centymetrów średnicy... płaskie odbarwienie na prawym pośladku, trzy centymetry... płaska, zaczerwieniona zmiana skórna w dolnej przyśrodkowej części prawego uda, półtora centymetra...

Za każdym razem, kiedy lekarz informował o nowym znalezisku, tętno Mirielle skakało na podobieństwo silnika po zbyt mocnym naciśnięciu pedału gazu. Łącznie siedem zmian chorobowych, podczas gdy doktor w Los Angeles znalazł tylko pięć.

- Nie mogą to być znamiona lub efekt złego krążenia?

- Hmm - mruknął w sposób niezbyt pokrzepiający doktor Jack. - Wkrótce się dowiemy.

Wyjął niewielki patyk z kawałkiem bawełny na jednym końcu i poprosił ją, by zamknęła oczy.

- Proszę powiedzieć, kiedy i gdzie poczuje pani dotyk na skórze.

- Oczywiście, na przedramieniu - powiedziała niemal od razu po zamknięciu oczu. - Prawym przedramieniu.

- Dobrze.

Potem poczuła lekkie łaskotanie na lewej łydce, prawej dłoni, na krzyżu. Poczuła się, jakby wróciła do szkoły i właśnie recytowała przed nauczycielami stolice czterdziestu pięciu stanów. Prawa łopatka... prawy policzek... kolejne dotknięcia dzieliły coraz większe odstępy... a potem nic.

- Czy to już wszystko?

- Prawie - odparł lekarz.

Zacisnęła wargi w pełnym skupieniu i czekała. Pióro siostry Vereny skrobało po papierze.

- Lewe kolano - niemal krzyknęła, kiedy ponownie poczuła muśnięcie bawełny na skórze.

- Jest pani pewna? - zapytał doktor Jack.

- Tak... to znaczy... chyba. Może pan to powtórzyć?

- Mamy już wszystkie potrzebne informacje. Może już pani otworzyć oczy.

Mirielle objęła się ramionami, po raz pierwszy świadomie odnotowując swoją nagość.

- Mogę się ubrać?

- Jeszcze nie. Muszę pobrać próbki tkanki ze znalezionych miejsc, tak jak to zrobili w Kalifornii. Nie powinno bardzo boleć.

Pielęgniarka podprowadziła niewielki stalowy stolik na kółkach. Na blacie leżały skalpel i kilka szkiełek laboratoryjnych. Pani West przyglądała się, jak lekarz robi wąskie nacięcie na odbarwionej plamce przy kciuku, po czym skrobie ostrzem brzeg rany. Nie poczuła żadnego bólu. Ani w następnym miejscu, ani w kolejnym, choć czuła wzbierające mdłości i musiała odwrócić wzrok. Dopiero kiedy naciął jej płatek ucha, poczuła ukłucie bólu, choć bardzo niewielkie.

- Gotowe - oznajmił lekarz, przywoławszy na powrót na twarz przyjazny uśmiech. Może pani się ubrać. Siostro Vereno, zaniesie pani te próbki do laboratorium?

- Tak, panie doktorze - przytaknęła zakonnica i odprowadziła stolik.

Szkiełka podzwaniały na stalowym blacie.

- Kiedy będzie wiadomo? - spytała Mirielle.

- Za kilka dni.

- Dni? Ale ja mam rodzinę, niemowlaka, który mnie potrzebuje. - Mimowolnie uniosła dłonie do piersi, z których dawno zniknęło mleko. - Muszę wracać do domu.

Spojrzał na nią zmęczonymi oczami, a ona przekonywała się, że biła z nich nie litość, a zwykła życzliwość.

- Mógłbym pójść obejrzeć te próbki osobiście. Proszę dać mi godzinę, może dwie.

- Dziękuję.

Zaczął już wychodzić za parawan, kiedy zawołała jeszcze za nim:

- Doktorze Jack.

Odwrócił się.

- Ten człowiek w kajdankach, czy wszystko u niego w porządku?

- Niemal godzinę zajęło nam przepiłowanie tych przeklętych obręczy, ale tak, nic mu nie jest.

- A ten drugi? - Mirielle się zawahała. Czy naprawdę chciała wiedzieć? - Ten, którego nieśli na noszach.

Uśmiech lekarza zgasł.

- Dziś rano przeprowadziliśmy u niego pilną tracheotomię, ale miał już krwawienie do płuc i nie przeżył.

Pani West pokiwała głową, a doktor odszedł. Nagle poczuła napływ nudności. Trzęsącymi się palcami zapięła na halce gorset i stanik, po czym wsunęła się z powrotem w sukienkę.

Doktor Jack wrócił zgodnie z obietnicą nieco ponad półtorej godziny później. W ślad za nim szła z szelestem sztywnej spódnicy siostra Verena. Lekarz uśmiechnął się do innej pacjentki. Pozdrowił wesoło napotkaną pielęgniarkę. Mirielle wzięła to za dobry znak. Kiedy jednak dotarł do jej łóżka, przysunął sobie stołek i usiadł, po wcześniejszym uśmiechu nie było już śladu.

- Bardzo uważnie zbadałem pani próbki i obawiam się, że lekarze w Kalifornii mieli rację. Jest pani zarażona prątkami Mycobacterium leprae.

Pomieszczenie zaczęło się chwiać, jakby uderzyło właśnie trzęsienie ziemi. Mirielle rozrzuciła ręce i chwyciła się kurczowo materaca.

- Prątkami?

- Pani wybaczy, tak tu nazywamy mikroorganizm, zarazek wywołujący trąd.

- Ale to... to niemożliwe. Czuję się zupełnie dobrze.

- Szczęśliwie dla pani wykryliśmy chorobę w bardzo wczesnym stadium. Przy odpowiednim leczeniu może nigdy się nie posunąć...

Pani West usiłowała rozszyfrować jego słowa, poustawiać je w taki sposób, żeby nabrały sensu.

- Musiałam pić wodę z tej samej beczki co pozostali pasażerowie w pociągu. Mogłam też jednego z nich przypadkowo dotknąć. Może to ich zarazki są na tych szkiełkach, nie moje. Może gdybym mogła wziąć prysznic, umyć zęby, może wtedy mógłby pan sprawdzić ponownie i wynik wyszedłby negatywny.

- Nie tak rozwija się ta choroba. Okres inkubacji jest wieloletni... jak by to... okres narastania w organizmie. Wielu tutejszych pacjentów zaraziło się w dzieciństwie i nie przejawiało żadnych objawów...

- Muszę iść. - Mirielle wstała i sięgnęła po swoje torby. - Muszę jechać do domu. To nie jest, ja nie mogę, pomylił się p...

Doktor Jack również się podniósł i położył jej dłoń na ramieniu.

- Obawiam się, że pani nie może opuścić szpitala. Jeśli chodzi o leczenie trądu, Carville jest najlepszym miejscem na świecie. Mamy tu najlepszy personel, cały czas przeprowadzamy próby nowych metod leczenia.

- Nie ma na to leku?

Ścisnął jej ramię, po czym włożył dłoń do kieszeni.

- Cóż, nie. Nie do końca. Dysponujemy środkami farmakologicznymi i terapiami, które mogą pomóc w niektórych przypadkach i mogą...

Na salę wpadł zdyszany sanitariusz i zawołał między kolejnymi ciężkimi oddechami:

- Doktorze... Jack! Jest pan... potrzebny... w infirmerii... męskiej.

- Muszę iść, ale wkrótce ponownie do pani przyjdę. Siostra Verena odpowie na wszystkie pani pytania.

Mirielle cofała się, szurając nogami po podłodze, aż natrafiła zgięciem kolan na skrzypiącą ramę łóżka. Nie ma leku? Opadła na materac i rozejrzała się wokół za basenem, na wypadek gdyby nieprzetrawiony lunch powędrował w górę jej przełyku.

- Ma pani jeszcze jakieś pytania? - zapytała pielęgniarka.

Pytania? Miała ich milion, ale nie potrafiła ubrać w słowa. Pokręciła głową.

- A nazwisko?

- Słucham?

- Moja droga, muszę wpisać na kartę jakieś nazwisko.

Pani West przymknęła oczy w nadziei, że wtedy sala przestanie wirować, treść żołądka przestanie jej podchodzić do gardła, a ta szarada, która nagle stała się jej życiem, dobiegnie końca.

Rozdział 7

- To jest pani Pauline... - Siostra Verena wyjęła spod pachy kartę Mirielle i zerknęła do niej. - Pauline Marvin.

Kiedy zakonnica wypowiedziała jej przybrane imię i nazwisko na głos, zabrzmiały niedorzecznie. Czy było już za późno, by je zmienić? Jednocześnie wszak cała ta sytuacja była niedorzeczna. Inne nazwisko - coś bardziej powszechnego i mniej osobistego - niewiele by tu zmieniło.

Pielęgniarka popchnęła ją lekko w stronę niewielkiej grupki czekającej pod infirmerią.

- Swoich towarzyszy podróży, jak mniemam, pani zna.

- Jestem Hector - przedstawił się Meksykanin. Na chwilę spojrzał jej w oczy, po czym z powrotem spuścił wzrok na ziemię. Poprzednie porwane i brudne odzienie zniknęło, zostało zastąpione czystym ubraniem. Oba przeguby dłoni miał obandażowane.

- Olga - rzuciła kobieta o nalanej twarzy.

Ale to nie były ich prawdziwe imiona. Z pewnością im też kazano przybrać pseudonimy. Kim byli wcześniej? Mirielle poczuła lekkie ukłucie żalu, że nie rozmawiała z nimi w wagonie, zanim zostali tak dokumentnie odcięci od świata.

Podobnie jak ona oboje trzymali szpitalne poduszki i komplety pościeli.

- A to jest Frank Garrett - podjęła siostra Verena, wskazując człowieka, którego Mirielle nie rozpoznawała. - Pan Garrett jest naszym pacjentem już od kilku lat i działa bardzo aktywnie w kolonii. Oprowadzi was po całym terenie, a następnie pokieruje do przydzielonych wam domów. - Na koniec posłała im uśmiech ze ściągniętymi ustami, po czym wróciła do infirmerii.

- Mówcie mi Frank - powiedział przedstawiony właśnie mężczyzna, wyciągając przed siebie dłoń.

Mirielle cofnęła się ze stłumionym okrzykiem. Trudno to było nazwać dłonią. Skóra była gruzłowata i pobliźniona. Tam, gdzie powinien znajdować się palec serdeczny, sterczał tylko krótki kikut. Pozostałe palce zakrzywiały się do środka. Zwisająca luźno przy boku lewa dłoń była podobnie zniekształcona.

Ścisnęła mocniej poduszkę i pościel. Czyli te opowieści były prawdziwe. Palce, ramiona i nogi trędowatych zwyczajnie odpadały. Czy będą znajdować rozrzucone po terenie, rozkładające się kawałki ciała? Czy ich kończyny tak samo uschną i odpadną?

- Wstrząsający widok, prawda? - powiedział Frank, unosząc obie odrażające dłonie na wysokość oczu. - Nazywamy je tu pazurami. Trudno jest utrzymać pióro, ale nie mierzcie się ze mną w konkursie jedzenia raków. - Tu wykonał gest przypominający rozrywanie skorupy.

Hector zaśmiał się pod nosem. Mirielle cofnęła się w stronę budynku.

- Mais - podjął z południowym zaśpiewem Frank, cały czas lekkim tonem. - Miło mi panią poznać, pani Marvin. - Ruszył zadaszonym przejściem i machnął pazurami na znak, by podążyli za nim. - Powiem, że podoba mi się pani nazwisko. Przypomina mi filmy, które oglądałem lata temu.

Przystanął i skinął na budynek w kształcie litery T. Na wszystkich ścianach ciągnęły się rzędy okien osłoniętych płóciennymi markizami. Podobnie jak wszystkie zabudowania i chodniki, tak i ten stał na murowanych kolumnach, wyniesiony kilka stóp ponad grząski grunt.

- Tu są jadalnia i kuchnia. Posiłki podają o siódmej, jedenastej i czwartej trzydzieści. Usłyszycie dzwon. A jeśli nie, to zobaczycie kolejkę. W Carville stoimy w kolejkach praktycznie po wszystko, od zupy po mydło. - Odwrócił się i uśmiechnął do Mirielle i Olgi. - Panie mogą chwycić tacę i ominąć kolejkę. Staramy się tu zachowywać po dżentelmeńsku. W każdym razie większość z nas.

Ruszyli dalej. Frank pokazywał kolejno kort tenisowy i pralnię, laboratorium i salę operacyjną. Nie tylko jego dłonie nadawały się na pokaz cyrkowy, mówił też w zabawny sposób. Szybko, ale jednocześnie jakby leniwie, jak gdyby nie chciało mu się w pełni wymawiać samogłosek albo wysuwać języka, by uzyskać prawidłowy dźwięk th. Jego wymowa nie przypominała południowego zaciągania pozostałych miejscowych. Być może był Kreolem. Albo Cajunem. Była między nimi jakaś różnica? Mirielle nie wiedziała i nie dbała o to. Pragnęła tylko nie musieć słuchać go z tak wytężoną uwagą, by go w ogóle zrozumieć.

Po drodze mijali ich inni kuracjusze, niektórzy na wózkach inwalidzkich, inni na rowerach, część pieszo. Wszyscy bez żadnego wstydu gapili się na Mirielle i jej towarzyszy. Frank zdawał się znać ich wszystkich i raczył swoich podopiecznych zbędnymi prezentacjami. Mirielle nie odnotowywała imion ani nazwisk, nie ściskała też podawanych jej dłoni. Obiecano jej pokój w jednym z wydłużonych domów w stylu bungalowów, które otaczały budynek mieszczący się za jadalnią, i nie pragnęła niczego innego, jak się tam dostać, zamknąć za sobą drzwi i odciąć się od tego wszystkiego.

- Pauline Marvin? - spytał jeden z przedstawionych nieznajomych. Twarz miał tak poznaczoną rozmaitej wielkości grudami, że ledwie widać było jego wargi czy oczy. - Jak w tym starym cyklu?

Frank poklepał się po nodze.

- To samo sobie pomyślałem. Pamiętasz może tytuł?

- Nie - odparł zapytany. - Grali w nim Pearl Sutter i Charlie Wes...

- Na litość boską! Moje nazwisko nie ma nic wspólnego z tymi starymi filmami - weszła mu w słowo Mirielle.

- Rany - mruknął mężczyzna, spojrzał na panią West spode łba, po czym oddalił się na rowerze.

- Wybacz, ch?re - zwrócił się do niej Frank, choć w jego udziwnionej wymowie drugie słowo zabrzmiało jak "sza". - Nie chciałem ci zajść za skórę.

- Moja skóra nie ma tu nic do rzeczy. Chcę zwyczajnie znaleźć się już w swoim pokoju.

- Jasna sprawa. Już prawie jesteśmy na miejscu. - Ruszył w dalszą drogę i poprowadził ich głębiej w sieć krytych chodników. - Ale to były dobre filmy. Tarapaty Pauliny? Nie, inaczej. Dramaty Pauliny...

Dramatyczne dążenia Pauliny. Latem roku, w którym skończyła dziewiętnaście lat, wymykała się co tydzień, żeby zobaczyć ostatnią część. Jej babka uznawała całą branżę ruchomych obrazów za nieznośnie poślednią, ale Mirielle pokochała kino od pierwszego spojrzenia na kinoteatr nad morzem. W tamtych filmach Pearl Sutter była u szczytu kariery, a towarzyszący jej przystojniak też był niczego sobie, choć wtedy Mirielle nie kojarzyła jego nazwiska. Wszystkie filmy nakręcono w New Jersey. Charlie dopiero następnej wiosny zmienił studio i przyjechał do Hollywoodu. Poznali się na przyjęciu - na które, podobnie jak na filmy, musiała się wykraść z domu - zawsze jednak żartowała, że ich pierwsze spotkanie miało miejsce w obskurnym kinie przy Adams Street podczas pokazu Dramatycznych dążeń Pauliny. Nikt z tu obecnych nie musiał jednak o tym wiedzieć. A już zwłaszcza Frank.

Ich obchód ponownie przystanął przy budynku rekreacyjnym i przylegającym do niego barze.

- Zazwyczaj znajdziecie mnie właśnie tu, za ladą, podającego napoje gazowane - oznajmił im przewodnik. - Albo sortującego pocztę. Listy trzeba dostarczyć najpóźniej do dziesiątej, żeby mogły zostać wysterylizowane przed przybyciem listonosza. - Urwał na chwilę. - Nie zawadzi zmówić krótkiej modlitwy w intencji niespopielenia przesyłki.

- Poczta jest sterylizowana? - spytała Mirielle.

Odsunął z twarzy kosmyk ciemnych, falujących włosów. Ewidentnie nie wiedział, że obecnie moda dyktuje przycinanie włosów na krótko, z przedziałkiem z boku, i przylizywanie w stylu Valentino.

- Tak, właśnie.

- I czasem listy są spopielane?

- Niezbyt często - odparł z przymrużeniem oka.

Wydęła wargi i odwróciła wzrok. W barze była długa lada i trochę stołków. Parę półek z papierosami, batonami i żywnością w puszkach. Do tego rozstawione bez ładu i składu niepasujące stoły i krzesła. Na podłodze w jednym z kątów stała pułapka na myszy z kawałkiem pleśniejącego sera. Na ścianach wisiały chorągiewki ze złotej i zielonej krepiny, podarte i zwisające smętnie, wraz z przekrzywioną tablicą z wymalowanym ręcznie napisem "Wesołego Mardi Gras!". Podłoga była usiana konfetti w tych samych kolorach.

- Gotowa iść dalej? - spytał Frank, jako że ona ostatnia stała jeszcze w pomieszczeniu i się przyglądała.

Wyminęła go i wyszła na zewnątrz, ale sama nie potrafiłaby znaleźć drogi. Wszystkie białe budynki wyglądały podobnie, a łączyła je bodaj ponad mila zadaszonych deptaków. Mirielle czuła się jak szczur w labiryncie, torturowany w licznych eksperymentach dotąd, póki całkowicie nie wyłysieje i nie odgryzie sobie ogona.

Wycieczka przystanęła na kolejnym rozwidleniu.

- Dla osób wyznania protestanckiego jest osobna kaplica - oznajmił Frank, wskazując zniekształconą dłonią otynkowany budynek z kwadratową dzwonnicą i bursztynowym oknem. - W niedzielne poranki odprawiane są cotygodniowe nabożeństwa, a w środowe wieczory odbywają się wykłady biblijne.

Pokazał im też kaplicę katolicką, oddaloną o ledwie kilkadziesiąt jardów. Oba budynki stały tyłem do kolonii, a frontem do wąskiej drogi gruntowej i łagodnego zbocza grobli. Wedle słów przewodnika teren z trzech stron zamykała rzeka Missisipi, ale grobla przesłaniała widok na wodę. Między kaplicami a drogą stał płot z metalowej siatki zwieńczony kilkoma zwojami drutu kolczastego. Ciągnął się bez końca, jak okiem sięgnąć.

Frank mówił coś o codziennych mszach, ale Mirielle weszła mu w słowo:

- Prowadzą tu szpital czy więzienie?

Powiódł wzrokiem od niej do płotu i z powrotem.

- Nie słyszałaś? Mają tu trędowatych.

Odczekał chwilę, po czym zaśmiał się z własnego żałosnego żartu. Mirielle ścisnęła mocniej poduszkę i pościel. Miała ogromną ochotę go udusić. Ruszyli dalej, a pani West razem z nimi. Nie unosiła już wzroku, kiedy mijali innych pacjentów. Nie kiwała głową i nie odpowiadała swoim fałszywym imieniem, kiedy się jej przedstawiali. Bała się tego, co by zobaczyła, gdyby na nich spojrzała - więcej łuszczącej się skóry i zapadniętych nosów, więcej brakujących nóg i uschniętych dłoni, więcej przybitych spojrzeń zaczerwienionych oczu.

Minęli róg jakiegoś budynku i zatrzymali się przed długim szeregiem domów. Mirielle modliła się, by to był już koniec wycieczki i żeby jeden z nich był przeznaczony dla niej.

- Nie zapomnijcie o przyjściu na nasze następne zebranie Klubu Jaka Radość - mówił Frank, idąc tyłem, twarzą do nich. Z uwagi na swój dziwaczny chód posuwał się wolniej niż jej córka Helen potrafiła raczkować. - Organizujemy przyjęcia świąteczne i towarzyskie...

- Dość już tych żartów! - Mirielle tupnęła z całej siły w deski deptaka. - Jesteśmy zmęczeni i chcemy tylko dostać się do naszych przeklętych pokoi.

Frank stanął. Olga i Hector obrócili się i spojrzeli na nią.

- Mój Boże - mówiła dalej pani West, której tama hamująca dotąd gniew właśnie pękała. - Kolejki, listy, twoje okaleczone dłonie. - Machnęła ręką na domki, chodniki i zabudowania szpitalne. - Nic z tego nie jest zabawne. A ten Klub Jaka Radość... Masz nas za naiwniaków? Jakie powody do radości ktokolwiek tutaj miałby mieć?

Ich przewodnik spuścił wzrok, przeczesał powykrzywianymi palcami zmierzwione włosy, po czym uniósł głowę i wbił w nią hardo swe jasnobłękitne oczy.

- Żyjemy. To już jeden powód.

- Żyjemy? Sam to powiedziałeś, jesteśmy... - Słowo nie chciało jej przejść przez gardło. - Trędowatymi. Równie dobrze moglibyśmy być martwi.

- Ja tak tego nie widzę.

Wzięła swój bagaż i przepchnęła się obok Olgi i Hectora, by stanąć na wprost Franka.

- Cóż, może powinieneś udać się do okulisty. Proszę, masz dowcip! A teraz powiedz mi, jaki numer ma mój pokój.

Pokręcił głową, po czym wymamrotał:

- Dom osiemnasty. Irene jest opiekunką tego domu. Pokaże ci twój pokój.

Mirielle przeszła koło niego gniewnym krokiem. Drzwi wejściowe domów wychodziły na chodnik. Nad każdymi widniał wymalowany numer budynku. Większość była otwarta, a na malutkim ganku tłoczyły się fotele bujane i doniczki z roślinami.

W jednym z podniszczonych bujaków przed domem numer osiemnaście siedziała przygarbiona staruszka. Twarz miała usianą grudami, a lewy policzek przesłaniał opatrunek z gazy. Przez materiał przesiąkał różowy płyn i spływał jej po twarzy.

- Na co się tak patrzy? - zapytała, kiedy Mirielle się do niej zbliżyła.

- Pani jest Kathleen?

- Chciała chyba powiedzieć Irene. I nie, to nie ja.

Pani West odczekała chwilę, ale kiedy staruszka nie powiedziała już ani słowa więcej, wyminęła ją i weszła do środka. Wzdłuż domu biegł korytarz z drzwiami do dalszych pomieszczeń po obu stronach. Deski podłogowe skrzypiały jej pod nogami. Farba ze ścian odchodziła płatami.

- Trzecie drzwi po prawej, nowa - zawołała za nią kobieta.

W pokoju były tylko wąskie łóżko o żelaznej konstrukcji, stolik nocny, proste krzesło i szafa z nielakierowanego drewna. Przy ścianie szemrał żeliwny kaloryfer. Bagaże Mirielle leżały złożone na stertę w kącie pomieszczenia. Szarawe światło dnia wpadało do środka przez niczym nieopatrzone okno. Pani West weszła do środka i zamknęła za sobą drzwi. Upuściła wszystko, co niosła, i wpatrywała się w swój maleńki pokoik, zbyt wstrząśnięta, by zapłakać.