Wstęp
W książce tej spróbuję odsłonić duchowe oblicze zdrowia. Zobaczymy, że
subiektywne poczucie zdrowia jest odczuwaniem żywotności i przyjemności
z ciała, uczuciem, które urasta do radości. W takich stanach odczuwamy
pokrewieństwo ze wszystkimi żywymi istotami i dostrzegamy naszą łączność
ze światem. Natomiast ból odcina nas od innych. Gdy jesteśmy chorzy,
zdrowie jest niweczone nie tylko przez odczuwane symptomy, ale także
przez izolację, jaką nam one narzucają.
Zobaczymy także, że zdrowie przejawia się obiektywnie we wdzięku ruchów
ciała, w cielesnym blasku czy promieniowaniu (mówimy o kimś, iż
"promienieje zdrowiem") oraz w miękkości i cieple ciała. Całkowita
nieobecność tych cech oznacza śmierć lub śmiertelną chorobę. Im nasze
ciało miększe i plastyczniejsze, tym bliżsi jesteśmy zdrowia. W miarę
jak z wiekiem nasze ciało usztywnia się, tym bliżsi jesteśmy śmierci.
Aldoux Huxley opisuje trzy postaci wdzięku: grację zwierząt, wdzięk
ludzki i wdzięk duchowy, czyli łaskę1 (użyty tu angielski termin
"grace" oznacza wdzięk, grację oraz stan łaski). Więc wdzięk duchowy
łączy się z uczuciem zadowolenia wyższego rzędu. Wdzięk ludzki znajduje
odbicie w zachowaniu osoby wobec innych i można go dokładniej określić
jako łaskawość czy urok osobisty. Grację zwierzęcą znamy z obserwacji
dzikich stworzeń na wolności. Lubię obserwować wiewiórki bawiące się
wśród drzew. Niewielu ludziom udaje się przybliżyć do wdzięku wiewiórek
i ich pewności ruchów. Ponadto zwinny lot jaskółek może przyprawić o niemy zachwyt. W większym lub mniejszym stopniu wszystkie dzikie
zwierzęta posiadają tę piękną cechę wdzięcznego poruszania się. U ludzi,
według Huxleya, gracja zwierzęca pojawia się, gdy otwieramy się na
"cnotę słońca i ducha powietrza", zamiast maltretować swe ciała i zakłócać działanie naszej wrodzonej zwierzęcej
inteligencji2.
Jednak ludzie nie żyją i prawdopodobnie nie są w stanie żyć na tej samej
płaszczyźnie co wolne zwierzęta, dla których według Huxleya
zarezerwowana jest pełnia zwierzęcej gracji. Taka jest natura człowieka,
że musi on żyć życiem świadomym w czasie. Oznacza to, jak pisze Huxley,
"że gracja zwierzęca nie jest już wystarczającym elementem życia i musi
być uzupełniana świadomym wyborem pomiędzy dobrem a złem"3. Trzeba
uznać zasadność argumentów Huxleya, lecz nawet jeśli gracja zwierzęca
nie wystarcza człowiekowi, by przejść przez życie, może być ona jednak
konieczna. Czy możliwe jest zachowanie prawdziwie pełne uroku i łaskawości, jeżeli brak mu podbudowy w postaci cielesnego wdzięku? Kiedy
człowiek rozmyślnie przyjmuje styl pełen gracji, lecz nie zakotwicza go
w cielesnym odczuwaniu przyjemności, urok jego jest jedynie fasadą
wzniesioną, by wzbudzać podziw i mamić świat.
Przed zjedzeniem owocu z zakazanego drzewa wiadomości dobrego i złego,
jak czytamy w Biblii, człowiek żył w raju bez samoświadomości, podobnie
jak inne zwierzęta. Był niewinny i znał radość życia w stanie łaski.
Wraz z poznaniem dobra i zła przyszła odpowiedzialność za dokonywane
wybory i stracił on swoją niewinność, stał się świadomy siebie i niespokojny. Harmonia, jaka istniała między człowiekiem a Bogiem, między
człowiekiem a naturą, została zniszczona. Zamiast błogosławionej
niewiedzy, homo sapiens doświadczył niewygód i chorób. Część
odpowiedzialności za tę utratę harmonii Joseph Campbell przypisuje
tradycji chrześcijańskiej, oddzielającej ducha od ciała.
"Chrześcijańskie oddzielanie materii i ducha, dynamizmu życia i wartości
duchowych, naturalnego wdzięku i nadprzyrodzonej łaski, w istocie
okaleczyło naturę"4.
Za tradycją chrześcijańską stoi judeogrecka wiara w wyższość rozumu nad
ciałem. Gdy oddziela się umysł od ciała, duchowość staje się zjawiskiem
intelektualnym - wiarą, a nie witalną siłą - gdy ciało staje się mięsem
na szkielecie z kości lub, jak widzi je współczesna medycyna,
laboratorium biochemicznym. Pozbawione ducha ciało cechuje niski stopień
żywotności i brak wdzięku. Jego ruchy są mechaniczne, bo w dużym stopniu
decyduje o nich umysł czy wola. Gdy duch wstępuje w ciało, drży ono z podniecenia, skacze z entuzjazmu, niczym potok spadający po zboczu góry,
lub porusza się płynnie, jak rozlana po równinie głęboka rzeka. Życie
nie zawsze upływa gładko, lecz gdy ktoś całymi dniami zmuszony jest
popychać swe ciało siłą woli, oznacza to, że dynamika jego ciała została
poważnie zakłócona, narażając go na choroby.
Prawdziwa gracja ciała nie jest czymś wyuczonym, lecz stanowi część
naturalnego wyposażenia człowieka jako jednego z boskich stworzeń.
Jednak gdy raz zostanie utracona, można ją odzyskać jedynie przez
przywrócenie ciału jego duchowości. Aby to uczynić, należy zrozumieć,
dlaczego i w jaki sposób jego wdzięk został utracony. Ale ponieważ nie
da się odzyskać zagubionej rzeczy, jeżeli nie wiemy, co konkretnie
zgubiliśmy, musimy zacząć od przestudiowania ciała naturalnego - ciała,
w którym ruch, uczucie i myśl stapiają się w czynności pełne wdzięku.
Będziemy badać ciało jako oddzielny, samopodtrzymujący się system
energetyczny, który współreaguje ze środowiskiem i którego przetrwanie
zależy od środowiska. Spojrzenie na ciało z perspektywy energetycznej
pozwoli nam zrozumieć istotę wdzięku cielesnego i duchowości ciała bez
popadania w mistycyzm. Doprowadzi nas to do poznania związku
uczuciowości z wdziękiem. Człowiekowi załamanemu na duchu, którego dusza
pełna jest nienawiści, możemy oczywiście prawić kazania o miłości, lecz
trudno oczekiwać, że odniesie to jakiś skutek. Jeśli natomiast uda się
nam przywrócić mu ducha, miłość bliźniego zabłyśnie w nim na nowo.
Zbadamy niektóre z zaburzeń łamiące ducha człowieka, pomniejszające
wdzięk jego ciała i podkopujące jego zdrowie. Ześrodkowanie uwagi na
wdzięku jako kryterium zdrowia pozwoli nam zrozumieć wiele problemów
emocjonalnych, jakie trapią istoty ludzkie, oraz rozwijać wdzięk, który
sprzyja zdrowiu.
Duch i materia łączą się w pojęciu wdzięku czy łaski. W teologii łaskę
definiuje się jako "wpływ boski, działający w sercu, aby je odrodzić,
uświęcić i zachować". Można też ją określić jako boski duch. Ten duch
odczuwany jest jako naturalny wdzięk ciała oraz postrzegany we
wdzięcznej postawie człowieka wobec wszelkich stworzeń boskich. Wdzięk,
czyli łaska, jest stanem świętości, kompletności, łączności z życiem i jedności z tym, co boskie. A pojęcia te są synonimami zdrowia.
Rozdział 1
Duchowość i gracja
Nasze dążenie do zdrowia może przynieść rezultaty tylko wtedy, gdy
dysponujemy pozytywnym modelem zdrowia. Definiowanie zdrowia jako braku
choroby jest ujęciem negatywnym, ponieważ takie spojrzenie na ciało
przypomina sposób, w jaki mechanik patrzy na samochód, w którym potrafi
wymienić poszczególne części, nie naruszając sprawności całego pojazdu.
Nie można tego samego powiedzieć o żadnym żywym organizmie, a już na
pewno nie o ludziach. Mamy bowiem zdolność odczuwania, jakiej nie
posiadają maszyny; poruszamy się spontanicznie, czego żadne urządzenie
nie potrafi; jesteśmy głęboko powiązani z innymi żywymi organizmami i z przyrodą. Nasza duchowość wywodzi się z tego właśnie poczucia łączności
z siłą, czy też porządkiem, potężniejszym niż my sami. Nie ma znaczenia,
jak tę siłę nazwiemy ani też czy, jak Hebrajczycy, pozostawimy ją
bezimienną.
Jeżeli przyjmiemy, że istoty ludzkie są stworzeniami duchowymi, musimy
również przyjąć, iż zdrowie ma związek z duchowością. Jestem przekonany,
że utrata poczucia łączności z innymi ludźmi, zwierzętami i naturą
poważnie zakłóca zdrowie umysłowe. Na płaszczyźnie kulturowej nazywamy
takie zakłócenie anomią. Na poziomie jednostki ludzkiej określamy je
jako uczucie izolacji, osamotnienia czy pustki, które może doprowadzić
do depresji, a w ostrzejszych przypadkach nawet do schizoidalnego
wyłączenia się z życia. Na ogół nie dostrzega się faktu, że gdy
połączenie ze światem zewnętrznym zostanie przerwane, następuje również
utrata łączności ze swym cielesnym "ja". To właśnie brak odczuwania
ciała leży u podłoża depresji i stanów schizoidalnych. Wynika on z obniżonej żywotności ciała, spadku jego ducha witalnego czy kondycji
energetycznej. Nie da się oddzielić zdrowia umysłowego od zdrowia
fizycznego, bowiem prawdziwe zdrowie łączy w sobie obydwa aspekty
osobowości. Mimo to medycyna nie dysponuje sprawdzonymi kryteriami
fizycznymi dla obiektywnej oceny zdrowia umysłowego. Daje się ono
mierzyć tylko brakiem niepokojących elementów osobowości pacjenta i rodzajem zgłaszanych przez niego dolegliwości.
Obiektywnie zdrowie umysłowe objawia się żywotnością ciała, którą można
dostrzec w bystrości spojrzenia, kolorze i cieple skóry, spontaniczności
wyrazu, ożywieniu ciała oraz elegancji ruchów. Szczególnie ważne są
oczy, będące oknami duszy. W nich możemy dostrzec życie ducha, który
tkwi w człowieku. W przypadkach, gdy duch jest nieobecny, jak w schizofrenii, oczy są puste. W stanach depresji oczy są smutne, a często
maluje się w nich głęboka rozpacz. W osobowości z pogranicza tych stanów
oczy bywają matowe i nieruchome, co świadczy, że funkcja postrzegania -
w sensie rozumienia tego, co się widzi - została upośledzona. W większości przypadków zmatowienie oczu daje się odnieść do ciężkich
przeżyć i przerażających sytuacji z dzieciństwa. Ponieważ oczy są ważne
dla naszych stosunków z innymi ludźmi i otaczającym światem,
przeanalizuję ich funkcję dokładniej w rozdziale 9. Ludzie o żywych,
błyszczących oczach zwykle patrzą sobie prosto w twarz, utrzymując
kontakt wzrokowy, który jest łączem uczuciowym z drugą osobą. Żywy kolor
i ciepło skóry są wynikiem obfitego dopływu krwi do zewnętrznych warstw
ciała - z serca działającego pod wpływem "boskiego" ducha. Duch ten
przejawia się także w żywości ciała i gracji ruchów. Mieli rację Grecy,
twierdząc, iż zdrowy duch może istnieć tylko w zdrowym ciele.
W świetle powyższego wywodu można zapytać, czy leczenie choroby
umysłowej bez zwracania uwagi na kondycję ciała ma sens i rokuje
powodzenie oraz czy można leczyć chorobę ciała, nie uwzględniając stanu
duchowego pacjenta. Odpowiedź musi brzmieć: tak i nie. Gdy celem terapii
jest wyeliminowanie uciążliwego objawu, wyłączne skoncentrowanie się na
ograniczonym fragmencie osoby, u której ten objaw występuje, jest
sensowne i może okazać się skuteczne. Prawie cała praktyka medyczna
stosuje ten rodzaj leczenia. Nie przywraca ono jednak pełni zdrowia ani
nie działa na przyczynę schorzenia, tzn. na czynniki osobowościowe
stanowiące o skłonności danej osoby do zachorowania. Nie zawsze
oczywiście zachodzi konieczność wnikania w te sprawy. Jeżeli ktoś złamie
kość lub gdy zainfekuje mu się rana, można oddziaływać bezpośrednio na
chore miejsce, aby przyspieszyć gojenie. Mimo ograniczonego podejścia do
chorób medycyna Zachodu osiągnęła zadziwiające rezultaty w ich leczeniu.
Chociaż jej stosunek do ciała jest mechanistyczny, to znajomość jego
mechaniki, zarówno w zakresie strukturalnym, jak i biochemicznym,
pozwoliła lekarzom na dokonywanie cudów. Ten typ medycyny ma jednak
wyraźne ograniczenia, których jej praktycy nie chcą dostrzec. Wiele z najpowszechniej występujących chorób jest odpornych na takie podejście.
Schorzenia dolnego odcinka kręgosłupa, któremu często towarzyszą
zaburzenia nerwu kulszowego, często atakują mieszkańców krajów
zachodnich, ale niewielu chirurgów ortopedów rozumie ten problem i potrafi go skutecznie leczyć. Innymi chorobami niepoddającymi się wiedzy
lekarskiej są artretyzm i schorzenia reumatyczne. Znana jest też
nieustępliwość raka. Przypomnę, że są to choroby całego organizmu i można je zrozumieć tylko poprzez całościowe spojrzenie na człowieka.
Zrozumienie choroby nie zawsze prowadzi do jej wyleczenia, lecz bez tego
zrozumienia na pewno nie uda się przywrócić człowiekowi pełni zdrowia.
Kilka lat temu leczyłem kobietę cierpiącą na ostre zaburzenia jelitowe.
Była ona uczulona na wiele produktów, włącznie z chlebem, cukrem i mięsem. Spożycie któregokolwiek z tych pokarmów wywoływało u niej
skurcze żołądka i biegunki, które ją wyczerpywały i osłabiały. Z konieczności musiała przestrzegać ścisłej diety. Mimo wielkiej
ostrożności nękały ją ataki biegunki. Borykała się z niedowagą i niedoborem energii. Oczywiście zasięgała porady wielu lekarzy, których
badania wykazywały, że jej jelita są zakażone pasożytami - zarówno
amebą, jak i grzybem. Lekarstwa, jakie jej przepisywano, przynosiły
jednak krótkotrwałą ulgę. Pasożyty wydawały się znikać, by wkrótce
pojawić się ponownie.
Jako terapeuta poznałem ją dobrze. Nazwijmy ją Ruth. Ruth była kobietą
filigranową, całkiem przystojną, o ładnej twarzy. Dwie cechy jednakże
poważnie zakłócały jej urodę. Jej duże oczy pełne były strachu i była
także krótkowidzem. Dolną szczękę miała niezwykle napiętą i wysuniętą do
przodu. Nadawało to jej twarzy wyraz nieustępliwości, jak gdyby mówiła:
"Nie uda się wam mnie zniszczyć". Na tle przestrachu malującego się w jej oczach, szczęka wydawała się mówić: "Nie będę się was bała". Ruth
nie zdawała sobie sprawy z owego przestrachu.
Podczas analizy wypłynęły następujące informacje: Ruth była jedynym
dzieckiem żydowskich rodziców, którzy wyemigrowali do USA wkrótce po
wojnie, jeszcze przed urodzeniem córki. Każde z rodziców miało problemy
emocjonalne. Matka była kobietą przestraszoną i pełną obaw. Ojciec był
chorowity, ale bardzo pracowity. Ruth scharakteryzowała swe dzieciństwo
jako nieszczęśliwe. Czuła, że matka była do niej wrogo usposobiona i że
nazbyt obciążała ją domowymi obowiązkami, które nie pozostawiały jej
czasu na zabawę. Była też wobec niej krytyczna. Ruth nie mogła sobie
przypomnieć ciepła czy bliskiego kontaktu fizycznego z matką. Wobec ojca
natomiast zachowała ciepłe uczucia i czuła, że ją kochał. Odsunął się od
niej jednak, gdy była jeszcze mała.
Duch Ruth został złamany, jednak jej ciało nie było go całkiem
pozbawione. W jej ciele istniała pustka świadcząca, że jej duch jest
słaby. Nie była agresywna. Z wielką trudnością osiągała dobre
samopoczucie. Jej oddech był płytki, a poziom energii niski. Zdawała
sobie sprawę, jak trudno przychodzi jej wyciągnąć rękę do innych, co
przypisywała swojej nieufności wobec ludzi. Jej problem z jelitami
skojarzył mi się z tą właśnie nieufnością, a także z niezdolnością do
przyjmowania i wchłaniania pożywienia. Było to tak, jak gdyby na mleko
swojej matki reagowała jak na truciznę. Piersią karmiona była krótko i mimo że nie mogła sobie przypomnieć momentu odstawienia od piersi, ten
właśnie moment uznałem za pierwszy poważniejszy uraz w jej życiu. Z pewnością wrogość matki była trująca. Drugi poważny uraz stanowiła
utrata bliskiego kontaktu z ojcem, spowodowana w dużej mierze zazdrością
matki o jego miłość do Ruth. Odsunięcie się ojca uczyniło ją bezbronną
wobec wrogo nastawionej matki i dało jej poczucie, że nikomu już na niej
nie zależy.
Mimo moich wysiłków, Ruth pozostawała wobec mnie nieufna. Choć po każdym
seansie czuła się bardziej żywotna, poprawa ta była nietrwała. Aż
wydarzyła się rzecz zaskakująca. Ruth miała przyjaciółkę, która
opowiedziała jej o kobiecie zajmującej się uzdrawianiem w ramach religii
Christian Science5. Ruth odbyła kilka wizyt u tej kobiety,
która opowiedziała jej o uzdrowicielskiej mocy wiary w Jezusa Chrystusa.
Wyjaśniła też Ruth, że dusza jest nieśmiertelna i że chociaż ciało może
umrzeć, człowiek żyje nadal w swej duszy. Podkreśliła, że Ruth utożsamia
się ze swoimi dolegliwościami. Mogłaby jednak przerwać tę identyfikację
poprzez uświadomienie sobie, że objawy choroby są częścią jej ciała, a nie duszy. Ruth rzekła wówczas do mnie: "Proszę sobie wyobrazić mnie,
Żydówkę, wierzącą w Jezusa Chrystusa".
Niezwykłą sprawą było to, że dolegliwości u Ruth całkowicie ustąpiły.
Wyglądała i czuła się dobrze. Nawet spożywanie pokarmów, na które była
uczulona, nie powodowało już nieprzyjemnych reakcji. Wyglądało to na cud
wiary, która może dać efekty wskazujące na cuda. Wierze poświęcę zatem
jeden z następnych rozdziałów. To cudowne wyzdrowienie Ruth daje się
jednak wytłumaczyć na innej płaszczyźnie.
Wyjaśnienie opiera się na tezie, że dolegliwości i patologiczny stan
jelit u Ruth stanowiły jej identyfikację z matką, którą Ruth postrzegała
jako kobietę upośledzoną i cierpiącą. Szczególną cechą ludzkiej natury
jest to, że tego typu utożsamianie się jest zawsze skierowane na
prześladowcę. Ruth, jak widzieliśmy, czuła się gnębiona przez matkę,
bała się i nienawidziła jej. Równocześnie bardzo jej współczuła i miała
wobec niej ogromne poczucie winy. W podświadomości, tzn. w swoim duchu,
była z matką związana. Musiała więc cierpieć.
Dla Żydówki przyjęcie Chrystusa oznacza zerwanie z rodziną i własną
przeszłością. Czyniąc to, Ruth uwolniła swego ducha od patologicznych
więzów z cierpieniem swojej matki, przynajmniej na jakiś czas, pokonując
tym samym chorobę. W języku psychoterapii nazywamy to przełomem. Przełom
jest ważnym krokiem do przywrócenia zdrowia i uwolnienia ducha pacjenta,
wymaga jednak utrwalenia. Po tym przeżyciu Ruth była bardziej
zrelaksowana, choć jej twarz pozostała nadal napięta, oczy
przestraszone, a ramiona skurczone. Zator, który uwięził jej ducha,
zaczynał pękać, ale Ruth wiedziała, że musi jeszcze rozwiązać kilka
problemów i pracować ze swym ciałem, by odzyskać grację.
Inną pacjentką, która osiągnęła przełom w terapii poprzez uwolnienie
swego ducha, była Barbara. Ta blisko sześćdziesięcioletnia kobieta od
przeszło dziesięciu lat cierpiała na ciągłe ataki biegunki. Spożycie
cukru lub czegokolwiek słodkiego zwykle wywoływało atak. Czynnikiem
dodatkowym był stres, ponieważ ataki zdarzały się częściej, gdy
przebywała poza domem lub miejscem zamieszkania. Największym źródłem
napięć było jednak dla niej drugie małżeństwo, pełne konfliktów. Mimo
swych kłopotów Barbara niechętnie szukała pomocy, uważając, że sama
powinna radzić sobie z problemami. Gdy w końcu rozpoczęła terapię,
postęp był bardzo powolny. Barbara uważała, że musi sama kontrolować
przebieg terapii w ten sam sposób, w jaki kontrolowała swoje życie.
Kontrola oznaczała powściąganie uczuć i bezemocjonalne reagowanie na
wszelkie sytuacje. Obawiała się, że tracąc pełną kontrolę i folgując
uczuciom, może wpaść w obłęd.
Przełom u Barbary nastąpił dopiero wtedy, gdy zdała sobie sprawę, że
przegrała. Jej małżeństwo znalazło się na krawędzi rozpadu i ogarnęła ją
panika. Gdy po raz pierwszy od wielu lat Barbara zaczęła przyznawać się
przed samą sobą do swych uczuć, załamała się i rozpłakała. Czuła, że
przegrała i że jest zagubiona. W młodości zawsze była "małą córeczką"
swojego tatusia i zawsze wierzyła, że potrafi zaspokoić oczekiwania
swojego mężczyzny i zatrzymać go przy sobie. Utrata pierwszego męża,
który ją odumarł, nie zakłóciła tej iluzji. Po sesji, podczas której się
rozpłakała, poczuła silny gniew wobec ojca za to, iż złamał swą
pośrednio wyrażoną obietnicę, że będzie ją kochał, jeśli będzie
"grzeczna". Bycie grzeczną dziewczynką oznaczało dla niej
powstrzymywanie się od okazywania uczuć, jak również bycia sprytną i silną. Taka postawa sprawdzała się, jak się wydaje, w jej pierwszym
małżeństwie, w którym była stroną sprawującą kontrolę. Nie dało to
jednak efektów w drugim, które spowodowało wzrost potrzeby kontroli. W rezultacie nabawiła się zespołu nadwrażliwości jelita grubego, który pod
wpływem stresu powodował napady biegunki. Po przełomie w terapii napady
u Barbary ustąpiły; początkowo przypisywała to starannemu unikaniu
cukru. Dopiero gdy pewnego razu uległa łaknieniu na słodycze i mimo to
nie nastąpiły żadne przykre konsekwencje, zdała sobie sprawę, że
uwolniła się od tego problemu. Stanowiło to także uleczenie duchowe,
gdyż dając upust uczuciom, uwolniła również swego ducha.
Przypadek Ruth ukazuje potencjał siły duchowej w leczeniu ciała.
Christian Science znana jest z wiary w tę siłę i ze stosowania jej w swoim programie uzdrawiania. Jednakże medycyna świata zachodniego, z racji swojej mechanistycznej orientacji, nie chce uznać tej siły, która
jest zasadniczym elementem medycyny Wschodu. Na Wschodzie skupia się
uwagę na zachowaniu zdrowia, a nie na leczeniu choroby. Wymaga to jednak
holistycznego spojrzenia na zdrowie, obcego medycynie zachodniej. Na
całym obszarze Wschodu zdrowie jest powszechnie postrzegane jako stan
równowagi, czy też harmonii, między tym, co indywidualne, a tym, co
uniwersalne. Zasada ta leży u podstaw praktyki taijiquan6,
programu ćwiczeń nastawionych na wyrobienie w człowieku poczucia
jedności z kosmosem poprzez płynne i wdzięczne ruchy. Ta sama zasada
funkcjonuje w medytacji, która zmierza do wyciszenia umysłu jednostki po
to, by mogła ona odczuć swego ducha wewnętrznego i poczuć swą łączność z duchem uniwersalnym. Pojęcie równowagi i harmonii odnosi się również do
dwóch wielkich sił, które Chińczycy nazywają yin i yang. Te dwie siły,
jedna wyrażająca ziemię, a druga niebo, powinny się w jednostce
równoważyć, tak jak równoważą się we wszechświecie. Chorobę można
postrzegać jako brak równowagi między nimi.
Choroby Ruth i Barbary dają się zrozumieć jako nierównowaga tych sił.
Dwie działające tu siły można utożsamiać z ego i ciałem, myślą i uczuciem, dobrem i złem. W obydwu przypadkach nierównowaga uwidoczniła
się w dominacji głowy nad ciałem. Dla Ruth być dobrą znaczyło być
wrażliwą na cierpienie matki i negować własne potrzeby. Dla Barbary być
dobrą znaczyło być sprytną i silną, a być złą, to być uczuciową. Stale
będę podkreślał potrzebę harmonii ego i ciała jako podstawy gracji i prawdziwej duchowości.
Ważne jest, byśmy zdawali sobie sprawę, że wschodnie i zachodnie
filozofie i religie patrzą na duchowość - czyli poczucie łączności z wyższym porządkiem - z różnych punktów widzenia. Podczas gdy myśl
Wschodu postrzega duchowość jako zjawisko cielesne, myśl Zachodu
traktuje ją przede wszystkim jako funkcję umysłu. Różnicę tę można
inaczej wyrazić stwierdzeniem, że na Zachodzie duchowość jest głównie
sprawą wiary, a na Wschodzie bardziej sprawą uczucia. To prawda, że
wiara może wpływać na uczucia, tak jak uczucia mogą określać
przekonania. W historii Ruth widzieliśmy, w jak wielkim stopniu wiara w Chrystusa i nieśmiertelność duszy może wpłynąć na procesy ciała. Z drugiej strony przeżycie transcendentalne, w którym odczujemy siłę
ducha, może skłonić nas do wiary w bóstwo lub wiarę tę wzmocnić. Musimy
jednak uznać, że istnieje zasadnicza różnica między tymi dwoma
spojrzeniami na relację człowieka z jego światem. Wschód zawsze
przejawiał większy szacunek dla przyrody niż Zachód, w przekonaniu, że
dobro człowieka zależy od jego harmonii z naturą. Tao jest przecież
drogą natury. Zachód, przynajmniej w ciągu kilku ostatnich stuleci,
zmierza do przejęcia kontroli i władzy nad przyrodą, a różnica ta jest
widoczna w zachodniej postawie wobec ciała. Człowiek Zachodu myśli o zdrowiu cielesnym w kategoriach sprawności, dobrej kondycji pozwalającej
mu przepracować całe życie, tak jak o sprawnej maszynie. Postawę tę
można dostrzec w ćwiczeniach fizycznych, jakim się oddaje, takich jak
podnoszenie ciężarów czy trening na specjalnych maszynach. Wschodnie
ćwiczenia, takie jak joga czy taijiquan, odzwierciedlają zainteresowanie
żywotnością ciała - czyli jego duchowością.
Historia utraty gracji (w znaczeniu wdzięku, ale także łaski) powtarza
się przy narodzinach każdej nowej osoby. Jak każdy inny ssak, niemowlę
ludzkie rodzi się w stanie zwierzęcej gracji, mimo że przez kilka
następnych miesięcy jego ruchy są nieporadne. Musi bowiem wyrobić sobie
dopiero koordynację mięśni, która z czasem pozwoli mu poruszać się na
tyle sprawnie, by zaspokoić swoje potrzeby. Nawet pełna wdzięku sarna
zaraz po urodzeniu niezgrabnie gramoli się, by po raz pierwszy stanąć na
nogach. Żaden jednak organizm zwierzęcy nie musi robić świadomych
wysiłków, by rozwijać koordynację, jest ona bowiem zaprogramowana
genetycznie i rozwija się sama w miarę wzrastania ciała.
Już w pierwszych miesiącach życia niemowlę wykonuje ruchy naprawdę pełne
wdzięku. Najbardziej oczywistym przykładem jest wysuwanie ust, by
dosięgnąć matczynej piersi i possać ją. W tym ruchu, przypominającym
rozchylanie się płatków kwiatu pod wpływem promieni porannego słońca,
jest jakaś miękkość, słodycz i płynność. Usta są tym obszarem ciała
niemowlęcia, który dojrzewa najpierw; ich ssanie zaś jest mu niezbędne
do życia. Natomiast wielu dorosłych, których w życiu spotkałem i z którymi pracowałem, nie potrafi wysuwać ust w sposób naturalny i pełny.
U wielu wargi są ściągnięte i twarde, a szczęki napięte, co nadaje
twarzy ponury wyraz. Niektórzy mają nawet trudności z szerokim otwarciem
ust. W zaledwie kilka miesięcy po urodzeniu niemowlę potrafi wyciągnąć
rękę, by dotknąć ciała matki miękkim, delikatnym ruchem, który jest
bardzo wdzięczny.
Niemniej w trakcie dorastania dzieci wcześniej czy później tracą swój
wdzięk, tracą łaskę, w miarę jak zmuszone są poddawać się zewnętrznym
oczekiwaniom, kosztem słuchania swych wewnętrznych impulsów. Gdy ich
własne impulsy kłócą się z nakazami rodziców, dzieci uczą się szybko, że
zachowanie takie jest złe. Jeżeli dziecko trwa w złym zachowaniu,
zostaje samo zakwalifikowane jako złe. W niemal wszystkich przypadkach
impulsy i zachowania bardzo małych dzieci są niewinne, a dziecko jest po
prostu wierne swojej naturze. Typowym przykładem jest tu zachowanie
dziecka zmęczonego, które chce, by je wziąć na ręce. Tymczasem matka
sama może być zmęczona, zajęta lub może nieść ciężki pakunek, co nie
pozwala jej podnieść dziecka. W tej sytuacji płaczące dziecko doprowadza
matkę do rozpaczy swą odmową chodzenia. Niektóre matki karcą dziecko i każą mu przestać płakać. Jeśli jego denerwujące zachowanie trwa nadal,
matka może je uderzyć, co powoduje jeszcze więcej łez. Jak dotąd, w niniejszym przykładzie, dziecko nie utraciło swej gracji. Dopóki potrafi
ono płakać w pełni, jego ciało pozostanie miękkie. Niemowlęta często
doświadczają frustracji i bólu, co powoduje, że ich małe ciała napinają
się i sztywnieją; ten stan nie trwa jednak długo. Wkrótce podbródek
dziecka zaczyna drżeć i wybucha ono płaczem. Gdy przez ciało przechodzą
fale płaczu, jego sztywność rozpływa się i napięcie topnieje. Nadchodzi
jednak czas, że dziecko zostaje skarcone za płacz, musi zdusić w sobie
spazmy i przełknąć łzy. W tym właśnie momencie jest ono "wypchnięte" ze
stanu łaski i staje się kimś, kto nie jest już w stanie "podążać ku
błogości", jak zalecał Joseph Campbell.
Innym naturalnym uczuciem, trudnym do przyjęcia dla wielu rodziców, jest
gniew, zwłaszcza gdy jest skierowany przeciwko nim samym. A jednak
dzieci spontanicznie atakują rodziców, gdy czują, że się je ogranicza
lub narzuca im swoją wolę. Niewielu rodziców potrafi zaakceptować gniew
swojego dziecka, ponieważ zagraża on ich władzy i kontroli. Tak czy
inaczej, będą oni uczyć swoje dziecko, że gniew jest złym zachowaniem i zostanie ukarany. Nawet tak niewinne czynności, jak bieganie,
hałasowanie czy zachowywanie się w sposób aktywny potrafią zirytować
niektórych rodziców, którzy żądają, by dziecko się uspokoiło,
zachowywało grzecznie i siedziało cicho.
Dla wielu dzieci lista zachowań nakazanych i zakazanych jest bardzo
obszerna. Pewien zakres kontroli ze strony rodziców jest oczywiście
konieczny w wychowywaniu, niemniej sprawą kluczową staje się nazbyt
często nie to, co dobre dla dziecka, lecz to, co odpowiada rodzicielowi.
Ten konflikt przeradza się bardzo często w walkę o władzę. Nie ma tu
znaczenia, kto wygra w takim konflikcie, ponieważ przegrane są obydwie
strony. Bez względu na to, czy dziecko się podda, czy też będzie się
buntować, przerwana zostaje nić miłości łącząca dziecko z ojcem lub
matką. Wraz z utratą miłości duchowość dziecka ulega zniszczeniu i traci
ono grację.
Utrata gracji jest zjawiskiem fizycznym. Dostrzegamy to w sposobie, w jaki ludzie poruszają się lub stoją. W ramach konsultacji często widuję
pacjentów cierpiących na powszechną dolegliwość, jaką jest depresja. Jak
pisałem w swej wcześniejszej pracy7, depresja wpływa nie tylko na
myśli danej osoby, ale także na jej ruchy, apetyt, oddychanie i wytwarzanie energii. Aby w pełni zrozumieć tę chorobę, przyglądam się
ciału. Bardzo często dostrzegam osobę stojącą w postawie grzecznego
chłopca lub dziewczynki i czekającą, aż jej się powie, co ma zrobić. Ta
nieświadoma postawa stała się częścią ich osobowości, wchodząc w strukturę ich ciała. Gdy uświadamiam pacjentom znaczenie takiego sposobu
stania, niezmiennie potwierdzają, że byli uważani przez rodziców za
grzeczne dzieci. Takie "dobre" dzieci wyrastają na wydajnych
pracowników, lecz jeśli nie nastąpi radykalna zmiana w ich osobowości,
to nigdy nie osiągną pełnej żywotności i wdzięku.
Często się mówi, że jesteśmy ukształtowani przez nasze przeżycia, lecz
teraz chcę to powiedzieć jak najbardziej dosłownie. Nasze ciała
odzwierciedlają nasze przeżycia. Dla zilustrowania tego stwierdzenia
opiszę trzy przypadki z własnej praktyki. Pierwszy dotyczy psychologa z Holandii, który był uczestnikiem seminarium, jakie prowadziłem wiele lat
temu w Instytucie Esalen. Postępując zgodnie z rutynową już praktyką w terapii bioenergetycznej, mam zwyczaj szukać w ciele danej osoby
wskazówek co do jej przeżyć. Ciało tego człowieka wykazywało niezwykłe
zaburzenie, a mianowicie głębokie na sześć cali wcięcie czy wgłębienie
po lewej stronie ciała. Nigdy przedtem takiego wgłębienia nie widziałem
i nie potrafiłem go sobie wytłumaczyć. Kiedy zapytałem Holendra, w jakich okolicznościach ono wystąpiło, powiedział, że pojawiło się jako
niewielka wklęsłość w lewym boku, gdy miał lat jedenaście. W ciągu
trzech następnych lat wklęsłość pogłębiła się, osiągając stan, w jakim
je zobaczyłem. Holender nie zwracał się z tym nigdy do lekarza, ponieważ
wgłębienie nie utrudniało mu normalnego funkcjonowania. Zapytałem go,
czy wydarzyło się coś ważnego w jego życiu, gdy miał jedenaście lat.
Odparł, że jego matka wyszła wówczas powtórnie za mąż i że został on
wysłany do szkoły z internatem. To stwierdzenie nie wywarło wrażenia na
pozostałych osobach w grupie, ale dla mnie było ono znaczące.
Natychmiast pojąłem znaczenie tego wcięcia: to tak jakby czyjaś ręka
mocno go odepchnęła.
Drugi przypadek stanowił młody człowiek o tak szerokich ramionach, z jakimi nigdy przedtem się nie spotkałem. Gdy podczas konsultacji
zwróciłem na to uwagę, opowiedział mi o swoim ojcu, wyrażając się o nim
jak o człowieku, którego bardzo podziwiał. Powiedział, że kiedyś, gdy w wieku lat szesnastu wrócił do domu ze szkoły wojskowej, ojciec poprosił,
by stanął obok niego przed lustrem. Młody człowiek spostrzegł, że
wzrostem dorównuje ojcu, i uderzyła go myśl, że gdyby jeszcze bardziej
urósł, to spoglądałby na ojca z góry. Od tamtego dnia nie urósł już ani
o centymetr, natomiast poszerzały mu się barki. Stało się dla mnie
oczywiste, że cała energia wzrostu została skierowana na boki, by
uchronić syna od przerośnięcia ojca.
Trzecim przykładem może być przypadek młodego człowieka o wysokim
wzroście, ok. 190 cm. Narzekał, że czuje się odcięty od życia. Mówił, że
podczas chodzenia nie czuje dolnych części nóg ani też stóp. Gdy stawiał
krok, nie umiał wyczuć, kiedy jego stopa uderzy o ziemię8.
Wzrost swój osiągnął całkiem gwałtownie, gdy miał około czternastu lat.
Gdy wypytywałem go o jego życie, opowiedział, że w owym czasie jego
ojciec wyprowadził się ze wspólnej sypialni rodziców i zajął pokój
chłopca. Ten z kolei zmuszony był spać na poddaszu. Według jego własnych
słów, odczuł to jak "kopniaka w górę".
Dla większości ludzi tego rodzaju urazy emocjonalne nie wydają się
dostatecznie mocne, by mogły spowodować tak zauważalne zniekształcenia
ciała. Jednakże, jak doświadczyłem, głębia i siła uczuć człowieka często
wyrażają się w reakcjach ciała. Każde przeżycie, którego człowiek
doświadcza, dotyka jego ciała i zapisuje się w umyśle. Jeżeli przeżycie
jest przyjemne, to wpływa ono pozytywnie na jego zdrowie, witalność i grację ciała. W przypadku przeżyć bolesnych, negatywnych, jest
odwrotnie. Jeśli dana osoba potrafi odpowiednio zareagować na odniesiony
uraz, to jego skutek nie będzie trwały, jako że ciało się goi. Jeżeli
natomiast reakcja zostanie zablokowana, uraz pozostawia na ciele piętno
w postaci chronicznego napięcia mięśniowego.
Rozważmy, co się dzieje z dzieckiem, które jest uczone, iż płacz jest
zachowaniem nie do przyjęcia. Odruch płaczu tkwi w ciele i musi zostać w jakiś sposób zablokowany, jeśli nie może być wyrażony. Aby opanować ten
odruch, mięśnie biorące udział w płaczu muszą się skurczyć i pozostać w tym napiętym stanie, dopóki odruch płaczu nie wygaśnie. Odruch ten
jednak nie zamiera, a jedynie wycofuje się do wnętrza ciała, gdzie tkwi
w podświadomości. Daje się go po latach uaktywnić poprzez terapię lub
jakieś silne przeżycie. Dopóki to nie nastąpi, właściwy zespół mięśni -
w tym wypadku mięśnie ust, szczęk i gardła - pozostają w chronicznym
napięciu. O tym, że stanowi to częsty problem, świadczy powszechność
zesztywnienia szczęk, które w ciężkiej postaci znane jest jako zespół
stawu skroniowo-szczękowego.
Ilekroć w ciele występuje chroniczne napięcie mięśniowe, naturalne
odruchy są nieświadomie blokowane. Dobrym przykładem jest tu przypadek
mężczyzny, którego mięśnie barkowe były do tego stopnia napięte i skurczone, że nie był on w stanie unieść rąk nad głowę. Owo zablokowanie
stanowiło przypadek hamowania impulsu podniesienia ręki na rodzica. Gdy
go zapytałem, czy potrafił kiedykolwiek rozzłościć się na swego ojca,
odparł, że nigdy. Myśl, że mógłby go uderzyć, była dla niego tak samo
nie do przyjęcia, jak dla jego ojca. Niemniej konsekwencją owego
zahamowania było zniszczenie naturalnego wdzięku ruchów ramion.
Kilka lat temu byłem w Japonii świadkiem, jak trzyletnie dziecko
okładało pięściami swoją mamę. Wrażenie zrobiło na mnie to, że matka nie
uczyniła niczego, aby je powstrzymać lub aby mu w jakikolwiek sposób
oddać. Dowiedziałem się później, że dopiero gdy dziecko ukończy sześć
lat, uczy się je kontroli potrzebnej do wyrobienia umiejętności
towarzyskich. Zanim dziecko osiągnie ten wiek, uważane jest za istotę
niewinną, niezdolną odróżnić to, co właściwe, od rzeczy niewłaściwych. U sześcioletniego dziecka ego jest na tyle rozwinięte, że uczenie się jest
czynnością świadomą, opartą na chęci, a nie na strachu. Na tym etapie
dziecko uważane jest za dostatecznie dojrzałe, by mogło świadomie
wzorować się na zachowaniu swoich rodziców. Karą za zaniedbywanie
uczenia się nie jest przemoc fizyczna lub zaprzestanie okazywania
miłości, ale zawstydzanie dziecka. W tym wieku dziecko zaczyna na ogół
chodzić do szkoły. W naszej kulturze panuje silna tendencja do
rozpoczynania tego procesu wcześniej9. Dzieci młodsze
oczywiście także uczą się, ale ich nauka jest całkowicie spontaniczna.
Narzucanie dziecku zbyt wielu reguł i przepisów, zanim osiągnie ten
wiek, tylko ogranicza jego żywotność, spontaniczność i wdzięk.
Widoczna u Japończyków i innych narodów Wschodu zdolność patrzenia na
dziecko jak na istotę niewinną wywodzi się z głębokiego szacunku dla
natury. Jeśli żyjemy w harmonii z przyrodą i z samymi sobą, potrafimy
również żyć w harmonii z dziećmi. Ludzie Zachodu natomiast starają się
podporządkować sobie przyrodę. Jeżeli eksploatujemy przyrodę, to
będziemy nieuchronnie eksploatować swoje dzieci.
Jednak w miarę industrializacji gospodarki krajów Wschodu, ludzie tam
żyjący upodobniają się do ludzi Zachodu. Społeczeństwo przemysłowe
opiera się na sile, która początkowo jest siłą do działania, lecz w końcu staje się siłą władzy. Siła zmienia stosunek człowieka do
przyrody. Pojęcie harmonii zostaje zastąpione kontrolą, a szacunek
eksploatacją. Równoczesne nastawienie na władzę i dążenie do harmonii są
ze sobą sprzeczne. W sposób nieunikniony ludzie Wschodu będą cierpieć na
te same zaburzenia emocjonalne, które gnębią człowieka Zachodu, czyli
niepokój, depresję i utratę wdzięku.
Powrót do dawnego sposobu życia nie jest niestety możliwy. Raz utraconej
niewinności nie da się odzyskać. Z tego właśnie powodu dawne praktyki
wschodnich filozofów nie mogą rozwiązać emocjonalnych problemów, z którymi borykamy się dzisiaj. Nawet najdłuższe medytacje nie przywrócą
zdolności płaczu osobie, u której odruch płaczu został zdławiony. Żadne
ćwiczenia jogi nie zwolnią napięcia barków u człowieka, który nie śmie
podnieść ręki w gniewie na osobę będącą dla niego autorytetem. Nie jest
to równoznaczne z twierdzeniem, że medytacja czy joga nie mają żadnego
dobroczynnego oddziaływania. Istnieje wiele praktyk i ćwiczeń mających
pozytywną wartość dla zdrowia. Na przykład masaż jest równocześnie
przyjemny i pożyteczny. Taniec, pływanie i spacery są tym rodzajem
ruchu, który mocno zalecam. By odzyskać wdzięk ciała, trzeba wiedzieć,
jak się go utraciło. Uświadomienie więc tego człowiekowi jest w ostatecznym rozrachunku zadaniem dla analizy.
W kontekście uwagi, z jaką traktujemy ciało, powinno być wyraźnie
podkreślone, że gdy mówię o analizie, to nie mam na myśli psychoanalizy.
Nie odzyskuje się gracji ruchów, leżąc na kanapie lub siedząc w fotelu i rozmawiając o swoich przeżyciach. Taka rozmowa jest potrzebna i pożyteczna, ale chronicznym napięciom mięśni, które towarzyszą utracie
gracji, należy stawić czoło na poziomie ciała. Czyni to właśnie
bioenergetyka, podejście, które staram się rozwijać i doskonalić od
trzydziestu pięciu lat. Jest to podejście łączące w sobie idee ze
Wschodu i z Zachodu i wykorzystujące siłę rozumu dla zrozumienia napięć,
które krępują ciało. Mobilizuje ono też energię ciała do wyeliminowania
tych napięć.
Nicią łączącą jest tu pojęcie energii, które przenika myśl Wschodu i Zachodu. Energia jest siłą stojącą za duchem, stanowi zatem podstawę
duchowości ciała. Użyta świadomie staje się potęgą. W następnym
rozdziale zbadam wschodnie i zachodnie ujęcia energii i ukażę, jak
bioenergetyka integruje te dwa stanowiska.