Rozdział 1
Padało.
Oglal Młodszy siedział z drewnianą tabliczką na kolanach i piórem
zastygłym nad kawałkiem pergaminu, z którego tyle razy wywabiano
poprzednie teksty, że całą kartę pokrywały szare plamy. Miał sporządzić
raport, który zostanie wysłany łodzią do stolicy, ale zupełnie nie
wiedział, co napisać. W głowie czuł pustkę wypełnioną jednostajnym
szumem.
Padało.
Ciężkie krople uderzały w ziemię, pluskały o kałuże, bębniły o naciągniętą płachtę namiotu.
Cały świat tonął w tych dźwiękach.
Od dwudziestu trzech dni trwała pora deszczowa, w czasie której padało,
a zapiski Wielkiej Biblioteki potwierdzały to skrupulatnie, nie krócej
niż siedemdziesiąt sześć i nie dłużej niż siedemdziesiąt dziewięć dni, z czego co najmniej czterdzieści dwa dni lało bez przerwy. Przez czterysta
dwadzieścia sześć lat, odkąd zaczęto prowadzić regularne badania, nie
odnotowano ani jednego odstępstwa od tej reguły. To oznaczało, że miał
przed sobą jeszcze pięćdziesiąt, może sześćdziesiąt dni i nocy
spędzonych głównie na wilgotnym posłaniu, w towarzystwie gryzącego
robactwa. Na dodatek, ponieważ przy tej pogodzie w obozie rozbitym
pośrodku bagnistego rozlewiska żywność psuła się w oczach, czekała go
także bliżej nieokreślona liczba posiłków składających się z zawilgoconych sucharów, niezbyt świeżych owoców oraz mięsa, które trzeba
było gotować tak długo, by przybrało konsystencję bladej, kleistej papki
o mdławym zapachu i smaku.
Uczony zerknął na osiemnaście nacięć zdobiących słupek namiotu.
Symbolizowały dni, które spędził tu wraz z małym oddziałem esumi,
młodziutkich żołnierzy Rodu Słowika, zwanych Pisklętami lub, nieco
pogardliwie, nielotami. Większość skończyła już podstawowe szkolenie,
lecz dowództwo uważało, że są zbyt niedoświadczeni, by przydzielać ich
do naprawdę ważnych zadań, więc wysłało ich tutaj, na tę dziwną,
szarpaną i - jak sądzono - niezbyt ważną "niby-wojnę". Oglal czuł się
między nimi niczym sędziwy starzec, bo dowodzący resztą Ecu Fammeh w stopniu uhuriego, mimo iż był najstarszy, miał ledwo siedemnaście lat.
Byli mu zupełnie obcy.
Obóz rozbili na niewielkim wzgórzu, tuż przy jednym z bezimiennych
dopływów Olohy, wężowym ruchem meandrującym przez porośniętą trawą,
krzewami i nielicznymi drzewami równinę. Na imię dopływ nie zasługiwał,
gdyż poza porą deszczową była to tylko szeroka na kilka jardów i głęboka
na stopę struga, płynąca płytkim parowem o porośniętych trawą zboczach.
Jednak po rozpoczęciu pory deszczowej strumyk rozrastał się niczym
spasiony wąż, niemal co godzinę stając się szerszy i głębszy, tak że po
kilku dniach opadów bez trudu mogłyby po nim pływać ciężkie kupieckie
statki.
Gdyby było po co, oczywiście.
A dziesięć czy jedenaście dni temu - uczony nie pamiętał już dokładnie -
woda wylała się na pobliską równinę, obejmując wzgórze, i znaleźli się
na wyspie pośród bagna, z którego gdzieniegdzie sterczały pnie smutnych
drzew o oklapniętych koronach. Mogliby stąd obserwować teren na pięć mil
wokół, gdyby nie to, że nieustanny deszcz mocno ograniczał widoczność.
Przez większość czasu połowa młodych żołnierzy patrolowała więc
rozlewisko, pływając wokół obozu w ośmioosobowej łodzi.
Bo takie mieli zadanie.
Rola Oglala ograniczała się zaś do pisania raportów i niewchodzenia
innym w drogę. Był najmniej ważny w obozie, co nie raz i nie dwa dano mu
odczuć. W końcu to Ecu Fammeh i jego "łobuzy" odwalali tu całą robotę.
Młody Słowik niezmiennie nazywał swoich podkomendnych "łobuzami", jakby
chodziło o bandę wyrostków wałęsających się po handlowej dzielnicy,
podkradających owoce ze straganów i podszczypujących dziewczyny po
kątach. Z początku Oglal sam tak o nich myślał, zwłaszcza o tych kilku
najmłodszych, piętnastoletnich, którzy czasem budzili w nim tkliwość,
gdy widział ich w zbyt dużych pancerzach i hełmach.
Ale te uczucia szybko mu minęły, gdy po rozbiciu obozu "nieloty" zaczęły
ćwiczyć. A w przerwach między patrolowaniem okolicy młodzi żołnierze
ćwiczyli bez wytchnienia, mimo wysysającej siły parnej duchoty i nieustannego deszczu. Trenowali szablami, włóczniami, toporami i ciężkimi sztyletami, uprawiali tuviri - sztukę walki łączącą
pięściarstwo z zapasami, kopnięciami i rzutami. A nawet doskonalili
strzelanie z łuku, choć o tej porze roku łuki były przecież na nic.
Widział jednak codziennie, jak wzmacniali siłę palców i mięśni, stojąc
pod rozpiętą płachtą i szyjąc, strzała za strzałą, w kilka worków z mokrą bawełną, ustawionych jeden za drugim. Aby utrwalić nawyk napinania
broni z dokładnie taką samą siłą, pociski musiały wbijać się na tę samą
głębokość. Jeśli któremuś z młodzików nie powiodła się ta sztuka,
kończył dzień, biegając wokół obozowiska z ciężkim pniakiem trzymanym
nad głową.
Oglal nie znał się zbyt dobrze ani na szermierce, ani na łucznictwie,
ale widział w życiu dość, by odróżnić pozerstwo od prawdziwej sztuki
wojennej. A "łobuzy" to przecież żołnierze niewolnicy Rodu Słowika,
wojskowa elita Białego Konoweryn. Zostali Wyniesieni do służby jako
dzieci, w wieku pięciu, sześciu, najpóźniej siedmiu lat i trafili w młyny ahyr, gdzie wstępne, trwające dekadę szkolenie kończyła
niespełna połowa z nich i gdzie dzień w dzień ćwiczyli walkę i wdrażali
się do żelaznej dyscypliny, resztę czasu poświęcając na adorację Pana
Ognia. Po latach takiego morderczego warunkowania stawali się świętymi
wojownikami, gotowymi oddać życie za swego boga i za swoich braci.
Niczym więcej i niczym mniej.
Poza tym było w nich coś jeszcze, jakaś ledwo tłumiona ekscytacja,
podszyte radością oczekiwanie na prawdziwą walkę. Czasem Oglal miał
wrażenie, że otacza go gromada wilczych szczeniąt, chudych, żylastych,
nieproporcjonalnie zbudowanych, lecz tryskających dzikim, przerażającym
wręcz entuzjazmem drapieżników, czujących, że lada chwila będą mogły
posmakować krwi. I wtedy uświadamiał sobie, że ci chłopcy to nie banda
wesołych uliczników, lecz bestie trenowane do zabijania, które lata
wychowania w religijnym fanatyzmie pozbawiły współczucia, litości i innych ludzkich odruchów.
W takich chwilach przerażali go do szpiku kości.
Co gorsza, chyba zaczynał chorować. Tracił apetyt; coraz częściej
oddawał swoją porcję tego tak zwanego gulaszu jednemu z esumi i szedł
do siebie, głodny i wstrząsany dreszczami. Młodzi żołnierze przyjmowali
ten podarunek bez słowa i dzielili równo między siebie. Na dwadzieścia
dwie miski. Nie dziękowali mu, w Rodach Wojny nie uczono takich rzeczy,
jak jawne okazywanie wdzięczności, no i w końcu on był tylko starym
sadu une - liżącym papier, jak pogardliwie nazywali wszystkich
urzędników. Ale odkąd zaczął tak robić, znajdował jakby mniej robactwa
na posłaniu, a czasem dostawał na kolację kilka dodatkowych sucharów i garść owoców ponad przydział.
Ecu Fammeh traktował go jak psa, czyli całkiem znośnie. Po prostu
karmił, poił i pilnował, by bibliotekarz nie plątał się przy brzegu,
gdzie polowały drapieżne gady. Niektóre miały kilkanaście stóp długości
i mogły w mgnieniu oka wciągnąć człowieka pod wodę. Słowik wiedział, że
Oglal dostał zadanie od samej Wybranki Ognia, więc nie może mu się
przydarzyć żaden wypadek, ale chyba podświadomie obwiniał go o to, że od
wielu dni musi siedzieć nad brzegiem tej bagnistej rzeki bez nazwy,
zamiast ćwiczyć w ahyrach, przygotowując się do kolejnych chwalebnych
bitew z buntownikami.
Pióro zadrżało i musnęło pergamin, zostawiając kroplę atramentu.
Bibliotekarz starł ją szybkim ruchem, nie bacząc, że plami rękaw, a na
karcie pojawiła się kolejna szara smuga, po czym westchnął i odłożył
przybory do pisania. I tak najbliższa łódź pojawi się nie wcześniej niż
wieczorem, a jego raport będzie wyglądał tak samo jak poprzednie.
Nic się nie dzieje. Deszcz wciąż pada. Nie zaobserwowano żadnych ruchów
wrogich sił. Z góry leci woda. Przyślijcie więcej suchego drewna.
Wszędzie leje. Dżungla jest coraz zieleńsza. Deszcz nawiedza nas
nieustannie. Nic się nie dzieje. Poza tym, że niebo płacze.
Wszystko to było prawdą. Mimo że siedzieli tu już tak długo i regularnie
patrolowali swój kawałek bagniska, ani razu nie napotkali buntowników.
Dni zaczęły zlewać się Oglalowi w jednolitą, wypełnioną szumem deszczu,
monotonną otchłań. Czuł, jakby ta otchłań pożerała go od środka; jego
umysł, karmiony od dziecka niezliczoną liczbą ksiąg, poematów, rozpraw i traktatów filozoficznych z całego świata, ćwiczony do dyskusji z najtęższymi głowami Wielkiej Biblioteki, usychał. Oglal miał więc coraz
większą ochotę wysłać raport zapełniony takimi banałami, słowami bez
znaczenia i większego sensu, byle tylko ktoś w stolicy zwrócił uwagę na
jego los albo choć poczuł się zirytowany bezczelnością uczonego, który
utkwił na zapomnianym przez bogów posterunku i liczył upływające dni.
Podejrzewał jednak - i to chyba było najgorsze - że i tak nikt by się
nie przejął jego narzekaniem i zakamuflowanym wołaniem o łaskę. Dwie
trzecie urzędników Wielkiej Biblioteki znalazło się w takiej sytuacji
jak on - po nieszczęsnej bitwie z buntownikami Czarnego Kahelle, armia
Konoweryn cierpiała na rozpaczliwy niedostatek ludzi umiejących pisać. Z oddziałów Rodów Wojny wróciła zaledwie jedna trzecia żołnierzy. Jedna
trzecia! Nigdy w historii księstwa armia nie poniosła takich strat. Ale
nie to było najgorsze. Zarówno Słowiki, jak i Bawoły uczyły posługiwania
się pismem tylko oficerów. Od stopnia ehendara - dowodzącego minimum
sześćdziesięcioma żołnierzami - w górę. Reszta nie zawracała sobie głowy
takimi głupotami. W końcu żołnierze mieli się przede wszystkim bić, a nie studiować poezję.
A z korpusu oficerskiego Słowików wrócił jeden na dwunastu dowódców.
U Bawołów było jeszcze gorzej.
Oglal, siedząc w wejściu do namiotu i obserwując ścianę wody lejącą się
z nieba, po raz kolejny zastanowił się, czy tak duże straty wśród kadry
to dowód jej niesłychanego bohaterstwa, czy też potwornej głupoty i błędów w szkoleniu armii Konoweryn.
Tak naprawdę były to jałowe myśli kogoś, kto został wyrwany z suchego i ciepłego świata ksiąg, pergaminów oraz wiekowych woluminów i porzucony
pośród bagien.
Zachciało mu się płakać.
Po tej cholernej bitwie, w czasie której objawiła się nowa potęga,
nazwana przez żołnierzy Krwawnicą, kapłani Agara we wszystkich
księstwach Dalekiego Południa ogłosili, że Krwawnica jest demonem. Bytem
spoza Mroku, który najechał na święte ziemie Pana Ognia, ciemne siły
niczego bowiem tak nie nienawidzą, jak ciepła, światła i blasku
Wiecznych Płomieni. To ona stała za głupim powstaniem niewolników,
zwiodła ich i pchnęła do niewyobrażalnych okrucieństw, by zniszczyć
Święte Miasto i Najczcigodniejszą Wybrankę Pana Ognia.
To na prośbę Wybranej sam Agar stanął przeciw demonicy w bitwie i odepchnął jej armię tchnieniem świętego ognia. Jednak bogowie złożyli
kiedyś przysięgę, że nie będą znów chodzić między śmiertelnikami, gdyż
ich Moc mogłaby zniszczyć świat, więc to na barkach jego wiernych
wyznawców spoczął obowiązek dobicia rannej bestii.
Takie właśnie orędzia wygłaszano bez przerwy we wszystkich świątyniach,
na miejskich rynkach i w każdej wiosce większej niż kilka chat.
Białe Konoweryn nie tłumiło już powstania niewolników.
Nadszedł czas świętej wojny.
Armia zbierała siły. Armia potrzebowała informacji. Armia cierpiała na
niedostatek ludzi, którzy mogliby sporządzać raporty, a szkolenie nowych
oficerów szło zbyt wolno. Postanowiono więc sięgnąć po tych, którzy
potrafili czytać i pisać, a nie mieli żadnych innych umiejętności
przydatnych dla kraju szykującego się do morderczej batalii przeciw
buntownikom i ich demonicznej władczyni.
Czyli takich nieszczęśników jak on.
A w czasie świętej wojny nawet osławiona neutralność Wielkiej Biblioteki
musiała zostać odłożona na półkę. Jej uczeni, urzędnicy i kopiści, do
tej pory zwolnieni z wszelkich powinności wobec państwa, trafili do
oddziałów wojskowych rozrzuconych po niewielkich posterunkach wzdłuż
różnych rzek i rzeczułek w środkowej części kraju, by sporządzać i wysyłać do stolicy raporty o ruchach wroga. Raporty, których - jak
podejrzewał Oglal - zapewne nikt nie czytał, bo przecież tylko głupiec
uważałby za istotne informacje o jakichś nic nieznaczących potyczkach
pośród bagien.
Och, na wszystkich Nieśmiertelnych! Umiał mówić, pisać i czytać w pięciu
językach, potrafił kaligrafować w sześciu różnych stylach, iluminować
książki, sporządzać tuzin rodzajów inkaustu, w tym trzy odporne na wodę
i dwa sympatyczne, po kilku wersach odróżniał poezję północnogeghijską
od południowogeghijskiej. A nawet - jako jeden z nielicznych
bibliotekarzy - znał historię i zwyczaje Issaram, którzy obdarowali
Białe Konoweryn dzikuską na tronie. I tkwił tutaj! W obozie składającym
się z czterech namiotów i rozpiętej na kilku słupach płachty, na
wysepce, która powstała tylko dlatego, że bezimienny strumień opił się
za dużo deszczówki, w towarzystwie dwudziestu dwóch słowiczych
"nielotów", nienawidzących swojego zadania równie mocno jak on.
Gdyby zamiast studiować historię, nauczył się opierzać strzały albo szyć
buty, siedziałby teraz w domu z żoną i dziećmi, pijąc wino i śmiejąc się
z uczonych głupców moknących na bagnach.
Bo ta wojna, święta czy nie, była inna od wszystkich toczonych na
Dalekim Południu od stuleci.
Normalnie pora deszczowa była czasem zawieszenia wszelkich działań. Gdy
przychodziła, centralne ziemie Konoweryn, wschodnia Kambehia, północne
Wahesi i większość Geghii Północnego stawały się nieprzejezdne. Pola
uprawne i łąki nasiąkały wodą do tego stopnia, że człowiek zapadał się w rozmokłą ziemię po kolana. Lasy, nawet te okiełznane przez ludzi, piły
wilgoć i rosły jak szalone. Drogi między miastami zamieniały się w wąskie groble otoczone grząskimi terenami, prace rolne zamierały, towary
produkowane przez rzemieślników zapełniały magazyny w miastach, a karawany kupieckie czekały na lepszy czas, by znów wyruszyć. Armia
najeżdżająca sąsiedni kraj nie miałaby gdzie rozbić obozu, nie
potrafiłaby się pozbyć wilgoci z ubrań, sprzętu i żywności ani rozpalić
ognia. Zdobycie lub dostarczenie wojsku zaopatrzenia stawało się
koszmarem. Kawaleria i słonie grzęzły, ziemne szańce zmieniały się w sterty błocka. Dowolny teren można było utrzymać niewielkimi siłami, po
czym wystarczyło tylko siedzieć i patrzeć, jak dyzenteria i dur zbierają
śmiertelne żniwo wśród napastników.
I dlatego Deana d'Kllean, za radą ocalałych oficerów, postanowiła
przeczekać porę deszczów, by dopiero po niej uderzyć na zachód i dobić
Krwawnicę. Liczono na to, że straty, jakie poniosła armia niewolników w wyniku gniewu Pana Ognia, nie pozwolą jej odzyskać sił, a nadchodzące
ulewy dodatkowo zdziesiątkują buntowników głodem i chorobami.
Zresztą Wybrana nie miała wielkiego wyboru - wojska nie wyciąga się z sakwy na zawołanie. Białe Konoweryn potrzebowało czasu na uzupełnienie
sił, reorganizację i zawarcie nowych sojuszy. Oglal z nostalgią
wspominał gorące dyskusje, jakie toczył z innymi bibliotekarzami od
chwili, gdy Wybrana wyszła z Oka. Był w końcu - jak jego ojciec Oglal z Fyz - znawcą Issaram, więc każda jego opinia o sposobie myślenia Deany
d'Kllean stawała się niepodważalną prawdą. W tych wspaniałych dniach
kontaktowali się z nim nie tylko inni uczeni, ale także arystokraci,
ważni członkowie cechów rzemieślniczych i gildii kupieckich, magowie i kapłani, a nawet ambasadorzy sąsiednich księstw.
Przez prawie dwa miesiące upajał się swoją nagłą ważnością.
Lecz nawet on nie potrafił przewidzieć, że rozkaz z pałacu wyśle go i większość jego kolegów wprost na pierwszą linię tej dziwacznej nowej
wojny.
Bo Krwawnica zmieniła reguły prowadzenia walk w porze deszczowej.
A wszystko zaczęło się od Pomwe, głupiego Pomwe, które najpierw
wymordowało swoich niewolników, a potem weszło w niezwykły sojusz z niedobitkami Geghijczyków pod dowództwem księcia Hantara Sehrawina. Po
bitwie z Krwawym Kahelle, objawieniu się demonicy i interwencji Agara
resztki armii niewolników wycofały się spod miasta, uciekając do
dżungli. Hantar Sehrawin natychmiast wraz ze swoimi żołnierzami
pomaszerował do Białego Konoweryn, gdzie padł do stóp Deany d'Kllean,
żebrząc o łaskę. Miał powody do strachu, bo jak donosili szpiedzy, jego
stryjeczny brat zbierał siły i szykował się do przejęcia władzy w Geghii
Północnym.
Wybrana pozwoliła mu wynająć statki i popłynąć do domu, wkrótce też
nadeszły wieści, że całe tamtejsze księstwo dzieli się na frakcje i szykuje do bratobójczej walki. Panowało powszechne przekonanie, że bunt
został zdławiony, a Konoweryn musi tylko pozamiatać we własnym domu,
więc można wrócić do wspaniałej tradycji wbijania sobie noży w plecy i wskakiwania na lepiące się od krwi trony.
A potem gruchnęła wieść, że Pomwe padło.
Przynieśli ją kupcy, którym udało się w ostatniej chwili uciec rzeką.
Ich opowieść była jednak tak dziwna, że początkowo uznano ją za
kłamstwo.
Według relacji uciekinierów, po doprowadzeniu ulic do porządku, otwarciu
portu i wznowieniu handlu urządzono w mieście kilkudniowe święto, by
uczcić zarówno koniec oblężenia, jak i odejście geghijskich sojuszników,
za którymi nikt nie przepadał. Poza tym, jak mówili złośliwi, tamtejsza
Rada Miasta chciała uspokoić nie tylko biedotę, ale także cechy
rzemieślnicze, które poniosły duże straty w czasie walk.
Wino lało się więc strumieniami, pieczono góry mięs, tańczono, śmiano
się, płakano, dziękowano Panu Ognia i urządzano urągające wszelkiej
przyzwoitości orgie. Miasto zmywało z siebie strach i obezwładniające
przerażenie, które towarzyszyło mieszkańcom w czasie oblężenia, zniknął
wreszcie lęk przed zemstą za tysiące wymordowanych na początku rebelii
niewolnych.
A wtedy, trzeciego dnia pijaństwa, o świcie niespodziewanie zadęły rogi
i zadudniły gongi. Buntownicy wrócili! Z dżungli wyłoniły się oddziały
niewolników liczne niczym armia leśnych mrówek, i z marszu uderzyły na
mury. Atakujący biegli przed siebie z drabinami i linami, jakby brali
udział w jakimś wyścigu, i nieważne, ilu padło od strzał, reszta parła
naprzód. Zresztą łuczników na blankach i wieżach było niewielu, bo
większość kontyngentu Bawołów znalazła się bez pancerzy i broni w tłumie
świętującym zwycięstwo. Zanim zdążyli dotrzeć do zbrojowni, drabiny i haki stuknęły o blanki i rozpoczął się szturm.
Pomwe ogarnął chaos. Pijany tłum miotał się na wszystkie strony,
korkując ulice, tratując się w panice, rozwalając stragany i wzniecając
pożary. Prawda wyglądała tak, że miasto upadło, zanim zdobyto jego mury
i otwarto bramy.
Ani wojownicy Rodu Wojny, ani ci z mieszkańców, którzy sięgnęli po broń,
nie zdołali zatrzymać ataku, bo niewolnicy w jednej chwili uderzyli na
całej długości obwarowań. A walczyli jak szaleńcy. Nieważne, ile dłoni
odrąbano i ile głów rozwalono, wciąż szturmowali. Aż w końcu cienka
linia obrońców załamała się i buntownicy wtargnęli na ulice.
Ale nie zabijali. Brali żywcem mężczyzn, kobiety, dzieci, a nawet
próbujące walczyć aż do śmierci Bawoły.
W chwili gdy masa atakujących przelała się nad blankami, kilka
kupieckich statków próbowało uciec. Tylko jednej barce się to udało,
reszta albo nie zdołała odbić od brzegu, albo poszła na dno, zatopiona
przez spanikowany tłum.
Informacje te wstrząsnęły najpierw władzami Nowego Nurotu, a potem
stolicy. By je potwierdzić, wysłano natychmiast trzy szybkie statki
patrolowe obsadzone przez pełny brytah Bawołów, chcąc zdążyć przed
nadejściem deszczów. Wróciły na kilka dni przed pierwszymi opadami,
przywożąc niepokojące wieści i ostatniego uciekiniera z Pomwe.
Nie zdołali dotrzeć w pobliże miasta. Dwadzieścia pięć mil przed nim
rzekę przegrodzono rzędami pali wbitych w dno, między którymi powiązano
łodzie i tratwy. Gdy Bawoły podpłynęły do tego prymitywnego mostu
pontonowego, zaroiło się na nim od buntowników, a konowerskie statki
zasypano strzałami, kamieniami i garnkami z płonącą smołą.
Pierwszy okręt, który spróbował staranować przeszkodę, rozdarł kadłub i w kilka chwil poszedł na dno.
Pozostałe zawróciły.
W drodze powrotnej znaleźli dryfującego na stercie szczątków młodego
mężczyznę, który ledwo dawał znaki życia.
Nazywał się Eluwanor Achonoh i mimo tak wymyślnego imienia okazał się
zwykłym czeladnikiem garbarskim z Pomwe. Ukrywając się pod stertą
śmierdzących skór, przeżył zdobycie miasta i to, co nastąpiło później.
Jego opowieść uznano wpierw za objawy szaleństwa. Według garbarza
wszystkich mieszkańców miasta spętano i już w godzinę po ustaniu oporu
zaczął się ponury rytuał. Więźniów zaciągano na rynek, na mniejsze
place, a nawet na skrzyżowania szerszych ulic, gdzie w koszach z płonącymi węglami nagrzewały się niewolnicze obroże brudnych. Związanych
Pomweńczyków rzucano na kolana i na kilka chwil zakładano im na szyje
rozżarzone do czerwoności żelazo. Wycia, jęki, płacze i błagania o litość wypełniały ulice, a swąd przypalanej skóry unosił się w powietrzu
przez wiele godzin.
Później poparzonych zabierano na bok, gdzie siadali na ziemi, ogarnięci
dziwną obojętnością, wpatrując się w bruk szklanym wzrokiem.
Trzeciego dnia - zaklinał się Eluwanor Achonoh - część z nich brała
udział w chwytaniu i piętnowaniu reszty mieszczan. Przysięgał też, że
widział nawet Bawoły w pełnym uzbrojeniu spacerujące po ulicach i pomagające w wyłapywaniu resztek ukrywających się mieszkańców.
Nie nosili już więzów i swobodnie poruszali się między niewolnikami.
Młody rzemieślnik uciekł po kilku dniach ukrywania się, gdy według jego
zeznań, niemal wszyscy Pomweńczycy zostali już oznaczeni gorącym
żelazem. Nocą dotarł do rzeki i ryzykując życie w paszczach wodnych
gadów, ruszył wpław na drugi brzeg. Wiele dni wędrował wzdłuż koryta,
żywiąc się byle czym i kryjąc na każdy podejrzany szelest, aż wreszcie
trafił na porzuconą łódź. Próbował nią popłynąć, lecz utknął na zaporze
przegradzającej Tos. Obszedł ją brzegiem i kilka mil poniżej zbudował z powiązanych lianami kawałków drewna prymitywną tratwę, którą ruszył
dalej, zdając się na prąd i łaskę Agara.
Stracił wszystkie siły i całą nadzieję, gdy dostrzeżono go ze statków z Konoweryn.
Opowieść uciekiniera wzbudziła zrozumiałe zdumienie i niedowierzanie.
Oglal zapoznał się z nią, bo Wielkiej Bibliotece nakazano poszukiwanie w starych pismach wyjaśnienia wydarzeń z Pomwe. Po wnikliwych badaniach
wszyscy zgodnie orzekli, że garbarz albo fantazjuje, albo oszalał.
Bibliotekarz znów wrócił do tych dni, które spędził w stolicy, otoczony
sławą i szacunkiem należnym uczonemu.
Wszystko to dobiegło końca, gdy Krwawnica uderzyła ponownie.
Rozdział 2
Kailean przeciągnęła się, czując, jak prześcieradło lepi jej się do
skóry. Ohyda. Za oknem lało i mimo poranka było duszno jak w łaźni
parowej. Do tej pory sądziła, że wie już, co to znaczy południowy
klimat, z upałem i wilgotnością, które sprawiały, że wszystkie ubrania
zdawały się niedosuszone, ale ostatnie dni, gdy deszcz padał bez chwili
przerwy, a powietrze nawet nie drgnęło, nauczyły ją jednej rzeczy o Białym Konoweryn.
To nie jest kraj stworzony dla normalnych ludzi.
Gdyby wiedziała, jak wygląda pora deszczowa w tym przeklętym miejscu,
ubłagałaby Laskolnyka, żeby wziął ją ze sobą, gdy na rozkaz cesarza
wyruszał do Meekhanu. Albo zabrałaby się do domu pierwszym statkiem,
jaki wypływał na Północ.
Teraz nie miała już nawet takiej szansy, bo o tej porze roku statki
stały martwo w basenie portowym, czekając na koniec sztormów szalejących
na oceanie.
Otworzyła oczy. Otaczał ją prawdziwy przepych. Jej łóżko zrobiono z kilku gatunków cennego drewna, zdobionego macicą perłową i kamieniami.
Leżała na miękkim jak puch materacu, pod lekką, bawełnianą narzutą
haftowaną w kwiaty i motyle. Moskitiera otaczała ją delikatną mgiełką
jedwabiu tkanego cieniej niż pajęcza sieć. Taki materiał byłby w Meekhanie cenniejszy od złota, a tu używano go do ochrony przed
robactwem, któremu najwyraźniej deszcz nie przeszkadzał.
Lecz mimo że miała sypialnię pasującą do rozpuszczonej książęcej
córeczki, wcale nie wysypiała się dobrze. Nawiedzały ją koszmary o duszeniu i tonięciu, pociła się, nawet leżąc pod cienką bawełną, budziła
co chwila, po czym znów zapadała w niespokojny półsen.
Na dodatek wciąż bolały ją mięśnie po wczorajszych ćwiczeniach i mimo
wieczornej kąpieli czuła się, jakby dopiero co skończyła zażartą walkę
na śmierć i życie.
Leżała nieruchomo, zbierając siły. Każda kolejna tutejsza noc bardziej
dawała jej w kość, każdy poranek wydawał się trudniejszy. A ten
nieustannie padający deszcz sprawiał, że miała ochotę kogoś zamordować.
Gdybyż tylko mordowanie nie było związane z wysiłkiem, a wysiłek z poceniem się.
Tę komnatę miała tylko dla siebie. Dag i Lea również dostały własne
pokoje, i tak było nawet lepiej. Pierwszą noc, jak często robiły w obcym
miejscu, próbowały spędzić razem, w jednym łóżku. Okazało się to błędem.
W tej temperaturze i wilgotności człowiek nie powinien przytulać się do
kogoś innego. W żadnym przypadku i za żadne skarby świata.
Nauczyła się kłaść do łóżka nago, zakładać moskitierę tak, by nie dać
najmniejszej szansy natrętnym owadom, przykrywać cienką bawełną lub
lnem. Nie nauczyła się tylko zasypiać na życzenie, jak potrafiła to
zrobić w domu, na ziemi, z końską derką pod tyłkiem i siodłem zamiast
poduszki pod głową.
Wstała niechętnie, odgarnęła moskitierę i podeszła do miski z wodą.
Obmyła się z grubsza miękką gąbką, wytarła, czując, jak od razu skóra na
powrót pokrywa się warstewką potu.
Szybko włożyła swoje rzeczy, łącząc styl północnej barbarzynki, jak
nazwała go Varala z Omeru, z konowerskim. Górę jej stroju stanowiła
biała bluzka z krótkimi, bufiastymi rękawami i miękkim kołnierzem - coś,
czemu najbliżej było do rzeczy, jakie nosiła w domu - spięta szerokim
gorsetowym pasem, dół zaś to kilka luźnych, wściekle kolorowych spódnic,
niekrępujących ruchów i nieodsłaniających zbyt wiele, nawet gdy robiła
daleki wypad w czasie ćwiczeń z szablą.
Albo gdyby naszła ją ochota kogoś kopnąć.
Tak jak miała wielką chętkę kopnąć Varalę, gdy okazało się, że ta
arogancka, zadzierająca nosa kobieta kazała spalić wszystkie ubrania
Kailean, Dag i Lei, ledwo dziewczyny pojawiły się w pałacu. Co prawda
większość z tych rzeczy i tak nadawała się do wyrzucenia, ale do licha,
Kailean miała tam dwie ulubione koszule i parę całkiem dobrych
wełnianych skarpet, które mogłyby jej posłużyć jeszcze długie lata, gdy
tylko wróci w strony stworzone dla normalnych ludzi. Wystarczyłoby
jedynie wystawić je nocą na mróz, żeby zabić wszy.
Gdyby pierwsza nałożnica ośmieliła się tknąć jej szablę albo łuk,
polałaby się krew.
Z powodu utraty swoich ubrań została zmuszona do noszenia babskich
fatałaszków dostarczonych przez służbę pałacu. Z mściwą satysfakcją
odkryła jednak, że jej dobór kolorów i stylów doprowadza Varalę do bólu
głowy, a na dodatek ku własnemu zdziwieniu stwierdziła, że właściwie
podoba jej się wkładanie bogato haftowanych, barwionych w jaskrawe
kolory strojów.
Po latach chodzenia w spodniach krzykliwe spódnice i sukienki były dla
niej olśniewająco buntownicze i niepokorne. Poza tym, i tak zaraz
zamówiła sobie dwie pary modnych tutaj kawaleryjskich szarawarów, ale
wkładała je tylko wtedy, gdy wybierała się pojeździć na Torynie.
Na szczęście nikt nie miał żadnych obiekcji co do tego, że często chodzi
z szablą, bo w tej części pałacu, zwanej Domem Kobiet, broń była
powszechna. Część służących nosiła krótkie szable albo kordy, a zakrzywione noże i ukryte w fałdach sukien sztylety stanowiły zwykły
dodatek do odzieży tych, które wolały coś mniej rzucającego się w oczy.
Ciężkie włócznie, miecze, topory i długie tasaki zajmowały miejsca na
ścianach w co drugiej komnacie i korytarzu, dziwacznie kontrastując z wiszącymi obok obrazami pełnymi kwiatów, antylop, ptaszków, zachodów
słońca i łagodnych pejzaży.
Kailean poznała już historię ataku na pałac i rzezi, jaką urządził tu
jeden z Rodów Wojny, więc nie dziwiła się takim zwyczajom. Ani temu, że
każda z tutejszych kobiet poświęca godzinę rano i wieczorem na ćwiczenia
pod okiem jednej z issarskich strażniczek Domu. Sama z nimi ćwiczyła i dlatego tak bolały ją mięśnie. Najwyraźniej to, że na początku
znajomości pochwaliła się, iż umie robić szablą, nie było dobrym
pomysłem, bo Amwer i Bahmeria wzięły to sobie do serca i wyciskały z niej siódme poty.
Z ich starszą towarzyszką, Rash y'Wannu, Kailean nigdy jeszcze nie
ćwiczyła, ale tamta była podobno mistrzynią nad mistrzynie i trzeba było
specjalnie się zasłużyć, by raczyła przetrzepać ci skórę.
Niemniej codzienne treningi pozwalały jej zmęczyć się przed nocą. I nie
roztyć, co nie byłoby trudne w miejscu, gdzie na każde zawołanie miała
tace pełne słodkości.
No i, szczerze powiedziawszy, polubiła te zamaskowane kobiety. Wszystkie
trzy od lat prowadziły karawany meekhańskich kupców przez pustynie, więc
całkiem znośnie posługiwały się meekhem. Gdy okazało się, że dziewczyny
z czaardanu zajmują się czymś bardzo podobnym do zajęcia issarskich
strażniczek, szybko przełamano lody. Umiejętności posługiwania się
szablami Kailean i Dagheny wzbudziły pewne uznanie, a Lea pokonała nawet
Rash w strzelaniu z łuku, za co została nagrodzona oszczędnymi, ale
szczerymi pochwałami. Często wieczorem siadały w szóstkę i opowiadały
sobie historie swoich podróży i przygód. Oraz plotkowały o pałacowych
sprawach, polityce, powstaniu niewolników, które zmieniło się w tę
dziwaczną wojnę na bagnach, tutejszych okropnych zwyczajach, modzie,
jedzeniu, a czasem nawet o mężczyznach i o tym, jakie to musi być
paskudne mieć przy tej duchocie jednego z nich w łóżku.
Lubiła te wieczorne spotkania i pogaduchy, mimo że nigdy nie widziała
twarzy żadnej ze swoich nowych znajomych.
W czasie ćwiczeń nie wzywała Berdetha. Raz, że byłoby to haniebne
oszustwo, a dwa, bo kha-dar, zanim powędrował magicznymi portalami do
Meekhanu, powiedział im wyraźnie, aby unikały afiszowania się ze swoimi
talentami. Daghena miała zakaz zabaw z duchami i plemiennego czarowania,
Lea nie powinna podsłuchiwać, Janne wzywać ptaków, a Kocimiętka -
korzystać ze swojej zdolności zmiany w wielkiego lwa.
To mogło być dla nich niebezpieczne, w końcu gościły w miejscu, w którym to kapłani Pana Ognia decydowali, jaka magia jest, a jaka nie
jest akceptowana. Pod wieloma względami ich poglądy były bardziej
fanatyczne i nietolerancyjne niż meekhański Wielki Kodeks, a w tej
chwili większość z nich skupiała swoją uwagę na Domu Kobiet.
Bo w Domu Kobiet rezydował największy skarb Białego Konoweryn - Deana
d'Kllean, Wybrana, Błogosławiona przez Ogień, Naczynie Gniewu Agara,
Nasza Pani Stąpająca po Popiołach Grzeszników, Żar Wypalający Wszystkie
Niegodziwości Świata i tak dalej. Przydomki tej kobiety mnożyły się jak
oszalałe króliki i każdy był bardziej wyszukany od poprzedniego.
Na dodatek była w ciąży, jak głosiły plotki - z samym Panem Ognia. A to
znaczyło, że wszyscy lojalni kapłani i czarownicy dzień i noc
sprawdzali, czy ktoś w pobliżu Wybranej nie uprawia jakiejś podejrzanej
magii.
Berdeth musiał sobie radzić sam.
Męska część czaardanu i tak miała się lepiej, bo Kocimiętka, Janne i reszta, odmówiwszy gościny w pałacu, spędzali czas w karawanseraju pod
miastem, pijąc, grając w kości i zapewne drapiąc się po tyłkach przy
puszczaniu bąków. Nie musieli przejmować się tym, że ktoś bez przerwy
patrzy im na ręce. Szczęściarze.
Z drugiej strony dziewczyny odwiedziły ich tam już kilka razy, żeby
pogadać o tym, co dzieje się w księstwie i ustalić plany najszybszego
powrotu do Imperium, i za każdym razem stwierdzały, że jednak wolą
czyste łóżka i dostęp do wanny z gorącą wodą niż zawszone materace i smród wielbłądzich odchodów. Chciały czuć się rozpieszczane przynajmniej
przez jakiś czas.
Kailean skończyła się ubierać, zaplotła włosy w niesforny warkocz -
kolejna rzecz, która drażniła Varalę - jeszcze raz obmyła twarz i przejrzała się w małym lustrze. Ostatni miesiąc, w czasie którego słońce
nie wyglądało zza chmur, pozwolił jej pozbyć się opalenizny i znów
robiła się bladoróżowa. Usłyszała już nawet kilka komplementów na temat
swojej cery, głównie od kobiet, które chciały wiedzieć, jakich
kosmetyków używa. Niektóre chyba nie wierzyły, że żadnych.
Uśmiechnęła się lekko. W miarę jak kolejna kiepsko przespana noc stawała
się tylko wspomnieniem, nastrój też się jej poprawiał.
Mimo wszystko dobrze było spać w czystej pościeli, codziennie zmieniać
ubrania na świeżo wyprane, jeść i pić do syta. Dobrze było móc ćwiczyć
szermierkę z kimś, kto pokazał jej kilka naprawdę zaskakujących
sztuczek, spotykać się i gadać o wszystkim i niczym z issarskimi
wojowniczkami i nie martwić się o to, gdzie będzie się spało i co jadło
następnego dnia.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki