Rozdział XVII
Przygotowania do następnej zimy - Propozycja Brianta - Wyjazd Brianta, Jacques'a i Moko - Przeprawa przez Family Lake - East River7 - Mały port przy ujściu - Morze na wschodzie - Jacques i Briant - Powrót do French Den
Tydzień później rozpoczął się rok 1861, a w tej części południowej półkuli nowy rok rozpoczyna się w pełni lata.
Minęło już blisko dziesięć miesięcy, odkąd młodzi rozbitkowie ze "Sloughi" zostali wyrzuceni na wyspę, tysiąc osiemset lig od Nowej Zelandii!
Należy przyznać, że w tym czasie w ich sytuacji powoli następowała poprawa. Wydawało się nawet, że potrafią się zatroszczyć o wszelkie swoje potrzeby materialne. Pozostawali jednak samotni na tej nieznanej ziemi! Czy pomoc z zewnątrz - jedyna, na jaką mogli liczyć - wreszcie nadejdzie, i to jeszcze przed końcem letniej pory? Czy kolonia będzie skazana na znoszenie surowości drugiej antarktycznej zimy? Jak dotąd, co prawda, nie doświadczyli jeszcze żadnych poważniejszych chorób. Wszyscy, młodsi i starsi, czuli się na tyle dobrze, jak było to możliwe. Dzięki roztropności Gordona, który wszystko trzymał twardą ręką - co czasem prowokowało protesty przeciwko jego surowości - nie popełniono żadnej lekkomyślności, nie doszło do żadnego ekscesu. Czy jednak nie należało się liczyć z dolegliwościami, których doświadczają dzieci w ich wieku, szczególnie te najmłodsze? W sumie, jeżeli obecna sytuacja była możliwa do przyjęcia, przyszłość ciągle pozostawała wielką niewiadomą. Dlatego też za wszelką cenę - o czym nieustannie marzył Briant - należało opuścić Wyspę Chairmana! Lecz jak tego dokonać, dysponując jedynie jedną łodzią, tą kruchą łupiną, jolką? Jakże odważyć się na długi rejs, jeżeli wyspa nie należała do któregoś z archipelagów na Pacyfiku, albo jeśli najbliższy kontynent znajdował się w odległości kilkuset mil? Gdyby nawet dwaj lub trzej najśmielsi z nich poświęcili się, by szukać jakiegoś lądu na wschodzie, jakie mieliby szanse, by do niego dotrzeć?! Czy potrafiliby wybudować na tyle duży statek, by pokonać te rejony Pacyfiku? Nie, na pewno nie! To było ponad ich siły, a Briant nie wiedział, co wymyślić, by wszystkich uratować!
Mogli więc jedynie czekać, ciągle czekać, pracując, by uczynić możliwie wygodnym French Den - tylko tyle mogli zrobić. Jeżeli nie tego lata - teraz trzeba było bowiem poczynić przygotowania do sezonu zimowego - to w przyszłym roku młodzi koloniści powinni dokończyć rozpoznanie całej wyspy.
Każdy więc zabrał się energicznie do pracy. Doświadczenie wskazywało, jakie surowe bywają na tych szerokościach geograficznych zimy. Przez tygodnie, a nawet miesiące, niepogoda będzie ich zmuszać do pozostawania w hallu i byłoby nierozwagą nie zabezpieczyć się przed głodem i chłodem - dwoma wrogami, których najbardziej należało się obawiać.
Walka z chłodem we French Den była kwestią opału, a jesienią, która była tak krótka, Gordon musiał zgromadzić wystarczającą ilość drewna, by w dzień i w nocy palić w piecach, zanim zima dobiegnie końca. Czy nie powinno się również pomyśleć zawczasu o zwierzętach domowych, zamkniętych w zagrodzie i kurniku? Trzymanie ich w Store Room byłoby niezmiernie kłopotliwe, a nawet niebezpieczne ze względów higienicznych. Konieczne więc było zabezpieczenie szopy w zagrodzie przed niskimi temperaturami i ogrzanie jej piecem, by utrzymać wewnątrz znośne warunki. Tym właśnie zajęli się Baxter, Briant, Service i Moko w pierwszym miesiącu nowego roku.
Co się zaś tyczy nie mniej ważnego problemu zaopatrzenia w pożywienie na długie zimowe miesiące, zajęli się tym Doniphan i polujący z nim koledzy. Każdego dnia sprawdzali doły, sidła i sieci. Wszystko, czego nie przeznaczano na bieżące potrzeby, odkładano do spiżarni, czy to w formie mięsa solonego, czy wędzonego, które Moko jak zwykle przygotowywał bardzo starannie. Tak właśnie gromadzono zapasy, mogące wystarczyć nawet na długą i srogą zimę.
Tymczasem należało bezwzględnie odbyć następną wyprawę. Jej głównym celem nie było poznanie wszystkich nieznanych terytoriów Wyspy Chairmana, lecz jedynie części leżącej na wschód od Family Lake. Czy znajdowały się tam lasy, bagna albo wydmy? Kryła jakieś bogactwa, które mogły być użyteczne dla kolonistów?
Któregoś dnia Briant rozmawiał o tym z Gordonem, mając zresztą całkiem inne podejście do zagadnienia.
- Chociaż mapa rozbitka Baudoina jest narysowana z pewną dokładnością, o czym mogliśmy się przekonać - powiedział - warto byłoby się przyjrzeć Pacyfikowi na wschodzie. Mamy do dyspozycji doskonałe lunety, których mój rodak nie miał, a kto wie, czy nie zobaczymy lądu, którego on nie dostrzegł? Jego mapa przedstawia Wyspę Chairmana jako odosobnioną w tych okolicach, a może wcale tak nie jest?
- Stale myślisz o tym samym - odparł Gordon. - Spieszno ci stąd wyjechać?
- Tak, Gordonie, i w głębi duszy jestem pewny, że myślisz tak samo jak ja! Czy nie powinniśmy kierować wszystkich naszych wysiłków ku temu, by jak najszybciej powrócić do kraju?
- Zgoda! - odparł Gordon. - Skoro tak nalegasz, zorganizujemy następną wyprawę...
- Wyprawę, w której wszyscy wezmą udział...? - zapytał Briant.
- Nie - odparł Gordon. - Myślę, że wystarczy sześciu lub siedmiu kolegów...
- To zbyt wielu, Gordonie! Tak liczna grupa nie będzie mogła postąpić inaczej jak obejść jezioro od północy lub południa. Czy jesteś pewny, że nie będzie to wymagało zbyt wiele czasu i trudów?
- Co więc proponujesz, Briancie?
- Proponuję od French Den przepłynąć jezioro jolką, by dotrzeć do przeciwległego brzegu, i dlatego może nas być jedynie dwóch lub trzech.
- Kto będzie kierował jolką?
- Moko - odparł Briant. - Potrafi manewrować szalupą, a ja też trochę się na tym znam. Z pomocą żagla, jeśli wiatr będzie sprzyjający, lub dwóch wioseł, jeżeli będzie przeciwny, powinniśmy spokojnie przepłynąć te pięć czy sześć mil, jakie ma jezioro w kierunku tego cieku, który według mapy przepływa przez lasy na wschodzie. W ten sposób dostaniemy się aż do jego ujścia.
- Rozumiem, Briant, i zgadzam się z twoim pomysłem - powiedział Gordon. - Kto będzie towarzyszył Moko?
- Ja, Gordonie, skoro nie brałem udziału w wyprawie na północ jeziora. Teraz ja chciałbym być użyteczny... i domagam się tego.
- Użyteczny! - wykrzyknął Gordon. - Och, mój drogi Briancie, czy już nie oddałeś nam tysięcznych usług? Czy nie poświęcałeś się bardziej niż inni? Czy to nie my powinniśmy być tobie wdzięczni?
- Daj spokój, Gordonie! Każdy z nas robi, co do niego należy! Powiedz, zgadzasz się?
- Tak, jest uzgodnione! Kogo weźmiesz jako trzeciego towarzysza drogi? Nie proponuję ci Doniphana, ponieważ nie za bardzo się ze sobą zgadzacie...
- Och, chętnie bym go zabrał - odparł Briant. - Doniphan nie jest taki zły: jest odważny i zręczny, a gdyby nie jego zawistny charakter, byłby świetnym kompanem. Poza tym z czasem się zmieni, kiedy zrozumie, że nie pragnę ani nikogo wyprzedzać, ani nad nikim górować. Wtedy, jestem tego pewny, staniemy się najlepszymi przyjaciółmi na świecie. Myślałem jednak o innym towarzyszu tej podróży.
- O kim...?
- O moim bracie Jacques'u. Jego zachowanie coraz bardziej mnie martwi. Z pewnością zarzuca sobie coś ciężkiego, o czym nie chce mi powiedzieć. Może podczas tej podróży, kiedy będziemy sam na sam...
- Masz rację, Briancie. Zabierz ze sobą Jacques'a i już od dziś zacznij przygotowania do wyprawy.
- Nie zajmie mi to zbyt dużo czasu - odparł Briant - ponieważ będziemy nieobecni najwyżej przez dwa lub trzy dni.
Tego samego dnia Gordon powiadomił wszystkich o planowanej ekspedycji. Doniphan był bardzo rozżalony, że nie weźmie w niej udziału. Poskarżył się Gordonowi, który wytłumaczył mu jej wyjątkowe warunki i fakt, że mogą w niej wziąć udziału tylko trzy osoby, a Briant jako pomysłodawca może sobie sam dobrać towarzystwo.
- Tu wszystko jest dla niego, nieprawdaż Gordonie? - odparł Doniphan.
- Jesteś niesprawiedliwy, Doniphanie, tak wobec niego, jak i wobec mnie!
Doniphan dłużej nie nalegał i odszedł do swoich przyjaciół Wilcoxa, Crossa i Webba, przy których mógł swobodnie wyładować swój zły humor.
Kiedy chłopiec okrętowy dowiedział się, że tymczasowo zamieni rolę kucharza na rolę szefa jolki, nie ukrywał zadowolenia. Myśl, że wyrusza z Briantem, jeszcze podwoiła jego radość. Co do jego zastępcy przy kuchni w Story Room, to naturalnie został nim Service, który cieszył się na myśl, że będzie mógł nareszcie pofolgować swoim fantazjom bez niczyjej kontroli. Jeśli chodzi o Jacques'a, to wydawało się, że odpowiadał mu pomysł opuszczenia French Den na kilka dni w towarzystwie brata.
Jolka została natychmiast przygotowana do drogi. Wyposażona była w niewielki łaciński żagiel, który Moko przymocował do rei i zwinął wzdłuż masztu. Załadowano również dwie fuzje i trzy rewolwery wraz z dostateczną ilością amunicji, trzy posłania podróżne, zapas jedzenia i picia, nieprzemakalne płaszcze na wypadek deszczu, dwa wiosła i parę zapasowych - takie było niezbędne wyposażenie wyprawy, która nie miała trwać zbyt długo. Nie zabrakło też kopii mapy francuskiego rozbitka, na której w miarę badania mieli dodawać nowe nazwy.
Czwartego lutego około ósmej rano, pożegnawszy się z towarzyszami, Briant, Jacques i Moko wsiedli do łódki nieopodal grobli na Rio Zealand. Była ładna pogoda, a od południowego zachodu wiała lekka bryza. Podniesiono żagiel, a Moko, usadowiwszy się w tylnej części, chwycił z ster, pozostawiając Briantowi zajmowanie się szotem8. Chociaż powierzchnię jeziora marszczyły tylko od czasu do czasu lekkie podmuchy, jolka poczuła powiew bryzy, kiedy tylko odpłynęli dalej od brzegu, i stopniowo nabierała prędkości. Pół godziny później Gordon i pozostali chłopcy obserwujący łódkę ze Sport Terrace widzieli jedynie czarny punkt, który wkrótce zniknął.
Moko siedział w tyle łódki, Briant pośrodku, a Jacques usadowił się z przodu, przy maszcie. Jeszcze przez godzinę w zasięgu ich wzroku znajdowały się wysokie grzbiety Auckland Hill, które niebawem zniknęły za horyzontem. Nadal nie widzieli przeciwległego brzegu jeziora, choć nie powinien być zbyt odległy. Jednak na nieszczęście, jak to zazwyczaj bywa, kiedy słońce zaczyna grzać mocniej, wiatr zaczynał słabnąć i około południa objawiał się zaledwie kapryśnymi lekkimi podmuchami.
- Szkoda, że wiatr nie utrzymał się przez cały dzień...! - powiedział Briant.
- Byłoby bardziej przykre, panie Briant - odparł Moko - gdyby zaczął wiać w przeciwną stronę!
- Jesteś filozofem, Moko!
- Nie wiem, co pan rozumie przez to słowo - odpowiedział chłopiec okrętowy - ale ja, cokolwiek się wydarzy, nie mam nigdy zwyczaju narzekać!
- No i dobrze, bo to właśnie jest filozofia!
- Niech będzie filozofia, ale bierzmy się do wioseł, panie Briant. Dobrze byłoby dopłynąć do drugiego brzegu przed nocą. W końcu, jeśli to nam się nie uda, trzeba będzie pogodzić się z losem.
- Zróbmy, jak powiedziałeś, Moko. Ja wezmę jedno wiosło, ty drugie, a Jacques będzie sterował.
- Właśnie tak - odparł chłopiec okrętowy. - Jeżeli pan Jacques będzie dobrze sterował, pokonamy spory kawałek drogi.
- Będziesz mi mówił, Moko, jak mam sterować - powiedział Jacques - a ja będę postępował według twoich wskazówek najlepiej, jak potrafię.
Moko zwinął żagiel, który już nawet nie łopotał, gdyż wiatr całkowicie ucichł. Trzej chłopcy pospiesznie coś przekąsili, po czym Moko usadowił się z przodu, Jacques przeszedł na tył łódki, a Briant został pośrodku. Jolka, mocno pchana wiosłami, ruszyła i skierowała się nieco na północny wschód, zgodnie ze wskazaniami busoli.
Łódka znajdowała się wówczas pośrodku rozległego obszaru wód, jakby była na otwartym morzu, a powierzchnię jeziora ograniczała kolista linia nieba. Jacques uważnie patrzył na wschód, by dostrzec, czy z tej strony nie ukaże się brzeg przeciwległy w stosunku do położenia French Den.
Około trzeciej Moko, wziąwszy lunetę, mógł stwierdzić, że rozpoznaje jakieś zarysy lądu. Chwilę później Briant potwierdził, że Moko się nie mylił. O czwartej powyżej dość niskiego brzegu ukazały się wierzchołki drzew, co wyjaśniało, dlaczego Briant ze szczytu False Sea Point wcześniej ich nie dojrzał. Tak więc na Wyspie Chairmana nie było innych większych wyniosłości poza Auckland Hill, wznoszącym się między Sloughi Bay a Family Lake.
Do wschodniego brzegu pozostało im jeszcze nie więcej niż dwie i pół lub trzy mile. Briant i Moko ostro wiosłowali, co było dość męczące, zważywszy na panujący upał. Tafla jeziora była gładka jak lustro. Często przejrzystość wody pozwalała dojrzeć na głębokości dwunastu, piętnastu stóp dno porośnięte trawami wodnymi, pomiędzy którymi uwijały się miriady rybek.
Wreszcie około szóstej wieczorem jolka przybiła do podnóża wysokiego brzegu, nad którym zwisał gęsty wieniec gałęzi dębów ostrolistnych i sosen nadmorskich9. Chłopcy nie mogli przybić do tego dość wysokiego brzegu, musieli więc płynąć wzdłuż niego jeszcze mniej więcej pół mili w kierunku północnym.
- Oto rio zaznaczone na mapie - powiedział wówczas Briant, wskazując wcięcie w brzegu, którym wypływał nadmiar wód z jeziora.
- Sądzę, że powinniśmy nadać mu jakąś nazwę - rzekł chłopiec okrętowy.
- Masz rację, Moko. Nazwijmy ją East River, skoro płynie na wschód wyspy.
- Doskonale - odpowiedział Moko. - Teraz pozostaje nam jedynie płynąć z prądem East River, by dotrzeć do jej ujścia.
- Zrobimy to jutro, Moko. Lepiej będzie przenocować w tym miejscu. Jutro o świcie damy jolce dryfować, co pozwoli nam przyjrzeć się okolicy po obu brzegach rio.
- Przybijamy...? - zapytał Jacques.
- Oczywiście - odparł Briant. - Obozowisko założymy pod osłoną drzew.
Briant, Moko i Jacques wyskoczyli na brzeg, uformowany w niewielką zatoczkę. Kiedy zacumowali solidnie jolkę do pnia drzewa, wyciągnęli z niej broń i zapasy jedzenia. Pod wielkim dębem ostrolistnym zapłonęło ognisko podsycane suchym drewnem. Chłopcy zjedli suchary z zimnym mięsem, rozłożyli swoje posłania na ziemi i już nic nie mogło im przeszkodzić w zaśnięciu. Na wszelki wypadek załadowali broń, jednak noc upłynęła spokojnie, jeżeli nie liczyć wycia jakichś zwierząt po zapadnięciu zmroku.
- Ruszamy w drogę! - wykrzyknął Briant, który obudził się pierwszy o szóstej rano.
Po kilku minutach wszyscy trzej zajęli miejsca w jolce, pozwalając się nieść prądowi rio.
Prąd był na tyle silny - od pół godziny trwał odpływ - że prawie nie trzeba było używać wioseł. Dlatego Briant i Jacques przycupnęli na dziobie łódki, podczas gdy Moko zajął miejsce na rufie, używając jednego z wioseł jako zwykłego steru tylko po to, by utrzymać lekką łódź w prądzie rzeki.
- Jest prawdopodobne - powiedział - że wystarczy jeden odpływ, by zanieść nas do morza, jeśli East River ma tylko pięć lub sześć mil długości, ponieważ jej prąd jest szybszy niż nurt Rio Zealand.
- Należałoby sobie tego życzyć - odpowiedział Briant. - Jednak aby wrócić, będziemy potrzebowali zapewne dwóch lub trzech przypływów...
- Rzeczywiście, panie Briant, i jeżeli pan zechce, natychmiast zawrócimy... - odparł Moko.
- Dobrze, Moko - odparł Briant - ale dopiero jak sprawdzimy, czy na wschód od Wyspy Chairmana nie widać jakiegoś lądu.
Tymczasem jolka płynęła z prędkością, którą Moko oceniał na ponad milę na godzinę. Ponadto East River płynęła niemal prosto w kierunku wschodnio-północno-wschodnim, co wskazywała busola. Jej łożysko było głębsze niż Rio Zealand, jak również węższe - miało jedynie około trzydziestu stóp szerokości - co wyjaśniało prędkość jej nurtu. Briant obawiał się jedynie tego, czy nagle nie pojawią się bystrza i wiry, i stanie się niespławna aż do ujścia. Gdyby jednak pojawiły się jakieś przeszkody, byłby czas, aby w porę je zauważyć.
Znajdowali się w samym środku dość gęstego lasu o bujnej wegetacji. Rosły tam podobne gatunki jak w Traps Woods, z tą różnicą, że dominowały dęby zielone, dęby korkowe10, sosny i świerki.
Mimo mniejszej znajomości botaniki niż miał Gordon, Briant między innymi rozpoznał pewne drzewo, którego okazy spotyka się dość często w Nowej Zelandii. Drzewo to, którego parasolowata korona gałęzi zaczynała się sześćdziesiąt stóp powyżej ziemi, miało długie na trzy, cztery cale i spiczaste na swych końcach owoce, pokryte czymś w rodzaju błyszczących łusek.
- To musi być pinia! - wykrzyknął Briant.
- Jeżeli się pan nie myli, panie Briant - powiedział Moko - warto się będzie na chwilę zatrzymać!
Pchnięciem wiosła skierował jolkę ku lewemu brzegowi. Briant i Jacques wyskoczyli na ziemię. Kilka minut później przynieśli dość dużą liczbę szyszek pinii, w których znajdowały się owalne nasiona otoczone cienką błonką i pachnące jak orzechy laskowe. Było to cenne znalezisko dla łakomczuchów z kolonii, ale także - co oznajmił im Gordon po powrocie - bogate źródło znakomitego oleju.
Należało też rozpoznać, czy las ten był bogaty w zwierzynę, jak inne lasy położone na zachód od Family Lake. Tak zapewne musiało być, gdyż Briant dostrzegł przechodzące pośród gęstych zarośli wystraszone stada nandu i wigoni, a nawet parę gwanak, uciekających z wielką prędkością. Co do ptaków, to Doniphan miałby okazję do oddawania celnych strzałów ze swej fuzji. Jeśli chodzi o Brianta, ten powstrzymywał się od niepotrzebnego zużywania prochu, ponieważ w jolce znajdował się wystarczający zapas jedzenia.
Około jedenastej stało się jasne, że zwarty masyw drzew zaczął się przerzedzać, a w lesie pojawiły się niewielkie jasne polany. Jednocześnie wietrzyk nasycał się zapachem soli, co wskazywało na bliskość morza.
Kilka minut później za grupą okazałych dębów zielonych nagle pojawiła się na horyzoncie niebieskawa linia.
Prąd wciąż pociągał jolkę - co prawda nieco wolniej. Już wkrótce mierząca w tym miejscu czterdzieści do pięćdziesięciu stóp szerokości East River miała odczuć siłę przypływu.
Kiedy dopłynęli do skał wznoszących się na wybrzeżu, Moko skierował łódź w stronę lewego brzegu; następnie wyskoczył z małą kotwiczką w ręku i wbił ją mocno w piasek, podczas gdy Briant i jego brat również wyszli na ląd.
Jakże bardzo różniło się tu wybrzeże oceanu od tego na zachodzie Wyspy Chairmana! Tutaj otwierała się głęboka zatoka, dokładnie na tej samej wysokości co Sloughi Bay, ale zamiast szerokiej piaszczystej plaży otoczonej barierą raf i ograniczonej falezą wznoszącą się na dalszym planie Wreck Coast, tutaj było skalne zwalisko, pośród którego - Briant miał się o tym wkrótce przekonać - można było znaleźć nie jedną, lecz ze dwadzieścia grot.
Zatem to miejsce nadawało się do zamieszkania i gdyby schooner został wyrzucony w tej okolicy, gdyby udało się ponowne spuścić go na wodę po utknięciu na mieliźnie, mógłby się skryć u ujścia East River, w małym naturalnym porcie, gdzie było wystarczająco głęboko nawet podczas odpływu.
Briant przede wszystkim skierował spojrzenie w stronę pełnego morza, na daleki horyzont tej rozleglej zatoki. Rozciągnięta na odcinku około piętnastu mil, pomiędzy dwoma piaszczystymi cyplami, zasługiwała na miano zatoki.
W tej chwili zatoka była pusta - bez wątpienia jak zawsze. Ani jednego statku w zasięgu wzroku, nawet na horyzoncie rysującym się wyraźnie na tle nieba! Żadnego pozoru stałego lądu lub wyspy! Moko, przyzwyczajony do rozpoznawania niewyraźnych, odległych wyniosłości, które często mieszają się z oparami znad pełnego morza, nie dostrzegł nic nawet przez lunetę. Wyspa Chairmana wydawała się odosobniona tak od wschodu, jak i od zachodu. Oto dlaczego mapa francuskiego rozbitka nie wskazywała żadnej ziemi w jej okolicy.
Powiedzieć, że Briant był zawiedziony, byłoby przesadą. Nie! Właściwie tego się spodziewał. Jednak wydało mu się oczywiste, by nazwać ten wycinek wybrzeża Deception Bay11.
- No cóż - stwierdził - to jeszcze nie od tej strony będziemy mogli wyruszyć w drogę powrotną!
- Ech, panie Briant - odpowiedział Moko - zawsze się odchodzi, tą czy też inną drogą! Tymczasem dobrze zrobimy, gdy zjemy śniadanie...
- Zgoda, ale się pospieszmy - rzekł Briant. - O której godzinie jolka będzie mogła popłynąć w górę East River?
- Jeżeli chcemy skorzystać z przypływu, należałoby już wyruszać.
- To niemożliwe, Moko! Chciałbym spojrzeć na horyzont w jak najlepszych warunkach i z wysokości jakiejś skały górującej nad wybrzeżem.
- Wtedy, panie Briant, będziemy zmuszeni poczekać na kolejny przypływ, który da się odczuć na East River przed dziesiątą wieczorem.
- Nie będziesz się bał żeglować nocą? - zapytał Briant.
- Nie, żegluga powinna być bezpieczna, gdyż mamy pełnię księżyca - odpowiedział Moko. - Poza tym rio płynie tak prosto, że jak długo będzie trwał przypływ, wystarczy sterować wiosłem. Później, kiedy prąd skieruje się ku ujściu, spróbujemy używać wioseł, a gdyby odpływ okazał się zbyt silny, zrobimy postój aż do rana.
- Dobrze, Moko, to mi odpowiada, a skoro mamy przed sobą dwanaście godzin, wykorzystajmy je na rozpoznanie.
Po śniadaniu, aż do obiadu, cały czas poświęcono na poznawanie tej części wybrzeża, chronionej gąszczem drzew, wyrastających nawet u podnóża skał. Co do zwierzyny, wydawała się równie liczna jak w okolicy French Den, i Briant pozwolił na ustrzelenie kilku kusaczy na wieczorny posiłek.
Tym, co charakteryzowało tę część wybrzeża, było nagromadzenie granitowych bloków. Prawdziwe rumowisko skalne, stosy gigantycznych skał - podobnie jak pola w Carnac12, lecz ich nieregularne rozmieszczenie nie było dziełem ręki człowieka. Między nimi chłopcy napotkali wiele głębokich jam, nazywanych w krajach celtyckich13 "kominami", pomiędzy ścianami których łatwo można było urządzić sobie schronienie. Były tam również groty i jaskinie, które mogłyby zapewnić kolonii warunki jak we French Den. Tylko na przestrzeni pół mili Briant odkrył tuzin takich wygodnych pieczar.
Dlatego Briant całkiem naturalnie zadawał sobie pytanie, dlaczego francuski rozbitek nie schronił się w tej części Wyspy Chairmana. Co do tego, że ją odwiedził, nie było żadnych wątpliwości, ponieważ zarysy tego wybrzeża były pokazane na jego mapie. Jeśli więc nie znaleźli żadnych śladów jego pobytu, było prawdopodobne, że François Baudoin zamieszkał we French Den, zanim zaczął swoje poszukiwania na wschodnim terytorium, i tam, będąc mniej narażony na nawałnice od morza, uznał za wskazane pozostać. Było to bardzo wiarygodne wyjaśnienie, które Briant uznał za możliwe do przyjęcia.
Około drugiej po południu, kiedy słońce przekroczyło już najwyższy punkt na swojej drodze, nastał najbardziej korzystny czas, by przystąpić do szczegółowej obserwacji morza wokół wyspy. Briant, Jacques i Moko spróbowali więc wdrapać się na skalny masyw, przypominający kształtem ogromnego niedźwiedzia, który wznosił się około stu stóp nad małym portem. Chłopcy nie bez trudu zdołali dotrzeć na jego szczyt.
Patrząc z tego miejsca do tyłu, widać było lasy rozciągające się ku zachodowi aż po Family Lake, którego powierzchnię przysłaniała rozległa zasłona zieleni. Na południu kraina wydawała się poorana żółtawymi piaskowymi wydmami, poprzecinanymi zagajnikami czarnych jodeł, podobnie jak w nieurodzajnych campines14 krajów północnej Europy. Północny zarys zatoki kończył się niskim cyplem, stanowiącym granicę wielkiej piaszczystej równiny ciągnącej się poza nim. W sumie Wyspa Chairmana naprawdę urodzajna była jedynie w swojej środkowej części, której życie nadawały słodkie wody jeziora, zasilające różne rios wypływające z obu jej stron.
Briant skierował lunetę w stronę wschodniego horyzontu, zarysowującego się wówczas z wielką czystością. Przez jej obiektyw z łatwością zauważyłby każdy ląd położony w promieniu siedmiu do ośmiu mil.
Jednak w tym kierunku nie było nic...! Nic, tylko niezmierzony ocean, ograniczony nieprzerwaną linią nieba!
Przez godzinę Briant, Moko i Jacques nie przestawali obserwować uważnie morza i w końcu postanowili zejść na brzeg, kiedy Moko powstrzymał Brianta.
- Co tam jest? - zapytał, wskazując ręką w kierunku północno-wschodnim.
Briant nastawił lunetę na wskazany punkt.
Tam rzeczywiście nieco powyżej linii horyzontu lśniła jakaś biaława plama, którą oko mogło pomylić z obłokiem, gdyby w tym momencie niebo nie było całkiem czyste. Ponadto po długim trzymaniu jej w polu obiektywu lunety Briant był w stanie stwierdzić, że plamka ta się nie poruszyła, a jej kształt nie zmienił się w żaden sposób.
- Nie mam pojęcia, co to może być - powiedział - chyba żeby to była góra! Ale przecież góry tak nie wyglądają!
Kilka chwil później, kiedy słońce pochyliło się bardziej ku zachodowi, plama zniknęła. Czy był to rzeczywiście jakiś wyniosły ląd, czy raczej jedynie odbicie światła na wodzie? Jacques i Moko przychylali się do tej ostatniej hipotezy, chociaż Briant miał co do tego wątpliwości.
Po zakończeniu obserwacji wszyscy trzej powrócili do ujścia East River, do małego portu, w głębi którego zacumowali jolkę. Jacques nazbierał pod drzewami suchych gałęzi i rozpalił ognisko, podczas gdy Moko przygotowywał pieczeń z kusaczy.
Około siódmej, po zjedzeniu z apetytem kolacji, Briant i Jacques poszli brzegiem na spacer, oczekując na godzinę przypływu, by móc odpłynąć.
Moko poszedł lewym brzegiem rio, gdzie rosły pinie, z zamiarem nazbierania ich szyszek.
Kiedy powrócił do ujścia East River, zaczynała zapadać noc. Brzeg morza tonął już w półmroku, podczas gdy horyzont oświetlały jeszcze ostatnie promienie słońca, ślizgając się lekko po powierzchni wyspy.
W chwili gdy Moko dotarł do jolki, Briant i jego brat jeszcze nie wrócili. Ponieważ nie mogli odejść daleko, nie miał powodów do obaw.
Nagle jednak usłyszał jakiś lament, a w tym samym momencie podniesiony głos. Nie mógł się mylić: głos należał do Brianta.
Czy obu braciom groziło jakieś niebezpieczeństwo? Chłopiec okrętowy nie zawahał się pospieszyć ku piaszczystemu wybrzeżu, okrążając ostatnie skały zamykające mały port.
Nagle to, co zobaczył, nie pozwoliło mu iść dalej.
Jacques klęczał przed Briantem...! Wydawał się o coś błagać, prosić o litość...! Stąd pochodził ów lament, jaki dobiegł do uszu Moko.
Chłopiec zamierzał dyskretnie się wycofać... Było jednak za późno...! Wszystko usłyszał i wszystko zrozumiał! Poznał już błąd, który popełnił Jacques, do którego właśnie przyznał się bratu! Ten zaś wołał:
- Nieszczęsny! Jak to, to ty... ty to zrobiłeś!? To ty jesteś przyczyną...
- Przepraszam... bracie... wybacz!
- To dlatego odsunąłeś się od kolegów...! Dlatego się ich obawiałeś...! Ach, oby się nigdy nie dowiedzieli! Nie...! Ani słowa więcej! Ani jednego słowa... nikomu!
Moko dałby wiele, by nie poznać tego sekretu. Teraz jednak udawanie przed Briantem kosztowałoby go zbyt dużo. Dlatego też kilka chwil później, kiedy znaleźli się razem koło łódki, Moko rzekł:
- Panie Briant, ja wszystko słyszałem...
- Co?! Więc wiesz, że Jacques...?
- Tak, panie Briant... ale myślę, że trzeba mu wybaczyć.
- Lecz czy inni mu przebaczą...?
- Być może! - odparł Moko. - W każdym razie byłoby lepiej, gdyby o niczym nie wiedzieli. Może pan być pewny, że ja będę milczał...!
- Ach, mój zacny Moko! - szepnął Briant, ściskając dłoń chłopca okrętowego.
Podczas dwu godzin dzielących ich od chwili odjazdu, Briant ani słowem nie odezwał się do brata. Ten zresztą siedział pod skałą niewątpliwie bardziej przygnębiony od czasu, kiedy ulegając naleganiom brata, przyznał się do wszystkiego.
Około dziesiątej dało się odczuć przypływ. Briant, Jacques i Moko zajęli swoje miejsca w jolce. Gdy tylko została odcumowana, porwał ją szybki prąd rzeki. Zaraz po zachodzie słońca ukazał się księżyc i wystarczająco oświetlał East River, by mogli płynąć aż do wpół do pierwszej w nocy. Kiedy rozpoczął się odpływ, zmusił ich do chwycenia za wiosła, i podczas następnej godziny jolka nie pokonała nawet jednej mili w górę rzeki.
Briant zaproponował więc postój aż do świtu, aby poczekać na następny przypływ, co też uczynili. O szóstej rano ruszyli w dalszą drogę, a około dziewiątej jolka znalazła się na wodach Family Lake.
Wówczas Moko podniósł żagiel i niesieni mocną, wiejącą z boku bryzą, wzięli kurs na French Den.
Około szóstej wieczorem po szczęśliwej podróży, podczas której Briant i Jacques trwali w milczeniu, jolka została zasygnalizowana przez Garnetta, który łowił ryby na brzegu jeziora. Kilka chwil później dopłynęła do grobli, gdzie Gordon radośnie przyjął powrót swoich towarzyszy.
7 East River (ang.) - Rzeka Wschodnia.
8 Szot - na żaglowcu lina olinowania ruchomego służąca do ustawiania wolnego rogu żagla najkorzystniej względem kierunku wiatru; napina pracujący żagiel i biegnie od niego w dół do pokładu, w stronę rufy.
9 Sosna nadmorska (Pinus pinaster) - gatunek drzewa z rodziny sosnowatych; naturalnie występuje w basenie Morza Śródziemnego.
10 Dąb korkowy (Quercus suber) - gatunek wiecznie zielonego, rozłożystego drzewa, rosnącego w Afryce północnej i Europie południowej, z którego uzyskuje się korek; w celu pozyskania korka wykorzystuje się jedynie korę, a dokładniej - jej zewnętrzną, obumarłą część.
11 Deception Bay (ang.) - Zatoka Rozczarowania.
12 Carnac - wioska we Francji, w której znajdują się wielkie głazy wznoszone w epokach przedhistorycznych (menhiry), związane m.in. z kultem zmarłych.
13 Kraje celtyckie - autor ma tu na myśli Francję, Hiszpanię i Wielką Brytanię, których tereny w starożytności zamieszkiwali Celtowie; język celtycki zachował się do dziś w Bretanii, we Francji i w Irlandii.
14 Campine (hol. Kempen) - naturalny region położony głównie w północno-wschodniej Belgii i częściowo w Holandii, pokryty torfowiskami, piaszczystymi wrzosowiskami i mokradłami.