Daleko na północy naszego globu, wysoko nad ziemią, na szczytach gęstych pierzastych chmur, unosił się nad światem ogromny, kryształowy zegar.
Miał on tylko jedną, potężną wskazówkę, a jego tarcza podzielona była nie zwyczajnie na dwanaście godzin, tylko na cztery równe części.
W pierwszej części, jak w magicznym zwierciadle widać było drzewa usiane zielonymi pąkami listków, bukiety przebiśniegów, sasanek, krokusów i tulipanów porastających soczyste, świeże, zielone łąki.
W drugim drzewa zamiast pąków miały dorodne liście, na polach złociły się i srebrzyły zboża, a w sadach dorodne owoce oblepiały gałęzie drzew.
W trzecim zwierciadle, krajobraz tonął w żółciach i czerwieniach liści, wzbijanych w niebo przez gwałtowne podmuchy chłodnego wiatru.
W ostatniej ćwiartce zegara, pola i łąki otulone były białym, gęstym puchem, a z nieba spadały błyszczące płatki śniegu.
Nagle, poprzez zimne niebo północy przetoczył się metaliczny, ostry dźwięk i ogromna wskazówka
kryształowego zegara spoczęła na ostatniej jego ćwiartce, rozpoczynając tym samym kolejną porę
roku, zimę.
Lodowaty, arktyczny wicher porozdzierał gęste, brunatne chmury i gnał je niczym stado śnieżnych
baranów hen daleko na południe. Miliony drobnych, niepowtarzalnych płatków śniegu szybowało
bezwładnie w przestworzach niesionych na ramionach swawolnych wichrów i wiaterków, do
najróżniejszych, przedziwnych krain. Dwa płatki śniegu, które dopiero co wyskoczyły z rozdartej,
skłębionej chmury, przylgnęły do siebie nawzajem i lekko dygocząc trochę z zimna, trochę ze strachu,
nieuchronnie spadały w dół, ku swojemu przeznaczeniu.
- Dokąd lecimy? - odezwał się mniejszy płatek śniegu.
- Nie za bardzo wiem dokąd i w ogóle po co lecimy. - odpowiedział większy.
- Może by tak zapytać kogoś? - zasugerował mały płatek.
- Kogo?
- No, innej śnieżynki na przykład.
- Nie sądzę, aby ktokolwiek inny nas usłyszał w tej okropnej zawiei, a tak na marginesie, to skąd
wiesz, że te białe fruwające w około nas nazywają się śnieżynkami?
- Nie wiem skąd, po prostu wiem i tyle. To są płatki i śnieżynki. Ja na przykład jestem Śnieżynką.
- A ja pewnie Płatkiem?
- Jestem prawie pewna, że tak.
- Skąd ty to wiesz, moja droga?
- Nie zrozumiesz tego, to kobieca intuicja, kochany.
- Co?!
* * *
Pod niewielką, poszarzałą ze starości kamienicę otoczoną nowymi, jasnymi budynkami, podjechała elegancka taksówka. Ze środka, powoli, brnąc po kostki w świeżym śniegu wysiadła rodzinka. Najpierw mama w ciepłym futrze spod którego wyłaniała się wieczorowa suknia. Następnie dziewczynka otulona ciepłym czerwonym szalem z wełnianą czapką na głowie, tak na oko siedmioletnia. Na końcu w długim palcie z postawionym kołnierzem wygramolił się tata. Rodzice żywo gestykulując wymieniali między sobą zapewne, jakieś bardzo ważne informacje, dziewczynka tym czasem co tchu pobiegła w kierunku drzwi kamienicy w których pojawiła się starsza, siwowłosa, lekko przygarbiona pani.
- Babcia! - wykrzyknęła dziewczynka.
- A, witaj kochana. - pochyliła się babcia, rozłożyła szeroko ramiona i obdarzyła prawnuczkę tak pogodnym i radosnym uśmiechem, jakim tylko babcie obdarowywać potrafią.
- Dobry wieczór babciu. - przywitali się rodzice dziewczynki ze starszą panią, która dla ich córeczki tak naprawdę była prababcią.
- Dobry, dobry. Proszę zachodźcie. - zapraszała babcia.
- Nie, dziękujemy, ale trochę się spieszymy. - wykręcił się tata, korzystając z tego, że babcia wyszła im na przeciw.
- Jak zwykle. - skomentowała starsza pani.
- Przepraszamy, ale taksówka czeka, a będziemy jechali dość daleko i drogi śliskie więc pewnie powoli ...
- Bawcie się dobrze moje dzieci. - przerwała babcia dramatyczny wywód taty i dodała po chwili:
- W sylwestrową noc każdy powinien się wyśmienicie bawić.
- Pewnie tak, pewnie tak. - rzucił na odchodne tata wsiadając do samochodu.
- Ja na pewno będę. - stwierdziła stanowczo dziewczynka.
- Ja też, moja droga, jak bum cyk, cyk, ja też. - roześmiała się babcia.
Po kolacji rozsiadły się wygodnie w fotelach i popijając różaną herbatkę, gawędziły sobie o tym i o owym ciesząc się swoją obecnością. W pewnym momencie babcia wstała z fotela, podeszła do szafy i wyciągnęła z niej małe zawiniątko.
- Co to jest? - spytała prawnuczka.
- Kawałek historii, moja miła. - oznajmiła poważnie babcia, po czym wydobyła z zawiniątka piękny złoty medalion na grubym łańcuszku.
- Ale wspaniały! - wykrzyknęła z przejęciem Ola, (bo tak miała na imię owa dziewczynka) i przytuliła klejnot do piersi.
- Tak, tam jest jego miejsce. Od dzisiaj ty będziesz go nosiła. A wiesz Olu, kto jest na tym medalionie?
- Nie.
- To jest święty Krzysztof, patron wszystkich wędrowców, podróżników i żeglarzy.
- Dziękuję babciu.
- Niech cię chroni, drogie dziecko.
* * *
Czerwone słońce rzuciło ostatni, słaby poblask na morską kipiel, po czym schowało się za horyzont. Zimowa chmura postrzępiła się, pofałdowała i zniżyła swój lot dotykając niemal brunatnym brzuchem morskich fal.
- Zobacz! Tam w oddali, jakieś światełko mruga! - krzyknęła Śnieżynka.
- A niech sobie mruga. - odpowiedział znudzony Płatek.
- Coś mi się wydaje, że niedługo dotrzemy do celu. - oznajmiła Śnieżynka.
- I mnie się tak wydaje, choć co nas tam czeka, nie mam zielonego pojęcia.
- Ja też nie znam celu naszej wędrówki, ale wydaje mi się, że jest on niezmiernie ważny i ... i wyczuwam jakąś niezrozumiałą radość oraz podniecenie.
- To dziwne, ale ja czuję zupełnie to samo i coś mi podpowiada, że tam dokąd zmierzamy, ktoś na nas czeka. - wyszeptał Płatek.
- Uważaj! - krzyknął nagle. - Nie dotykaj wody!
- Staram się, ale nic nie mogę na to poradzić! Płatku, ja nie chcę tutaj spaść!
I wtedy, jakby ktoś usłyszał rozpaczliwe wołanie Śnieżynki, bo zerwał się potężny wicher i uniósł ich wysoko ponad wzburzone, morskie bałwany, skąd po chwili dostrzegli stały ląd, na skraju którego pobłyskiwała morska latarnia.
- Coś mi się wydaje Śnieżynko, że to jeszcze nie był kres naszej podróży.
- Na pewno nie, mój drogi.