Dwa płatki śniegu oraz wielka heca w pewnej kuchni - Tomasz Walczak

Kup ebooka

6.06 zł
5.03 zł (5,15 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Daleko na północy naszego globu, wysoko nad ziemią, na szczytach gęstych pierzastych chmur, unosił się nad światem ogromny, kryształowy zegar.

Miał on tylko jedną, potężną wskazówkę, a jego tarcza podzielona była nie zwyczajnie na dwanaście godzin, tylko na cztery równe części.

W pierwszej części, jak w magicznym zwierciadle widać było drzewa usiane zielonymi pąkami listków, bukiety przebiśniegów, sasanek, krokusów i tulipanów porastających soczyste, świeże, zielone łąki.

W drugim drzewa zamiast pąków miały dorodne liście, na polach złociły się i srebrzyły zboża, a w sadach dorodne owoce oblepiały gałęzie drzew.

W trzecim zwierciadle, krajobraz tonął w żółciach i czerwieniach liści, wzbijanych w niebo przez gwałtowne podmuchy chłodnego wiatru.

W ostatniej ćwiartce zegara, pola i łąki otulone były białym, gęstym puchem, a z nieba spadały błyszczące płatki śniegu.

Nagle, poprzez zimne niebo północy przetoczył się metaliczny, ostry dźwięk i ogromna wskazówka

kryształowego zegara spoczęła na ostatniej jego ćwiartce, rozpoczynając tym samym kolejną porę

roku, zimę.

Lodowaty, arktyczny wicher porozdzierał gęste, brunatne chmury i gnał je niczym stado śnieżnych

baranów hen daleko na południe. Miliony drobnych, niepowtarzalnych płatków śniegu szybowało

bezwładnie w przestworzach niesionych na ramionach swawolnych wichrów i wiaterków, do

najróżniejszych, przedziwnych krain. Dwa płatki śniegu, które dopiero co wyskoczyły z rozdartej,

skłębionej chmury, przylgnęły do siebie nawzajem i lekko dygocząc trochę z zimna, trochę ze strachu,

nieuchronnie spadały w dół, ku swojemu przeznaczeniu.

- Dokąd lecimy? - odezwał się mniejszy płatek śniegu.

- Nie za bardzo wiem dokąd i w ogóle po co lecimy. - odpowiedział większy.

- Może by tak zapytać kogoś? - zasugerował mały płatek.

- Kogo?

- No, innej śnieżynki na przykład.

- Nie sądzę, aby ktokolwiek inny nas usłyszał w tej okropnej zawiei, a tak na marginesie, to skąd

wiesz, że te białe fruwające w około nas nazywają się śnieżynkami?

- Nie wiem skąd, po prostu wiem i tyle. To są płatki i śnieżynki. Ja na przykład jestem Śnieżynką.

- A ja pewnie Płatkiem?

- Jestem prawie pewna, że tak.

- Skąd ty to wiesz, moja droga?

- Nie zrozumiesz tego, to kobieca intuicja, kochany.

- Co?!

* * *

Pod niewielką, poszarzałą ze starości kamienicę otoczoną nowymi, jasnymi budynkami, podjechała elegancka taksówka. Ze środka, powoli, brnąc po kostki w świeżym śniegu wysiadła rodzinka. Najpierw mama w ciepłym futrze spod którego wyłaniała się wieczorowa suknia. Następnie dziewczynka otulona ciepłym czerwonym szalem z wełnianą czapką na głowie, tak na oko siedmioletnia. Na końcu w długim palcie z postawionym kołnierzem wygramolił się tata. Rodzice żywo gestykulując wymieniali między sobą zapewne, jakieś bardzo ważne informacje, dziewczynka tym czasem co tchu pobiegła w kierunku drzwi kamienicy w których pojawiła się starsza, siwowłosa, lekko przygarbiona pani.

- Babcia! - wykrzyknęła dziewczynka.

- A, witaj kochana. - pochyliła się babcia, rozłożyła szeroko ramiona i obdarzyła prawnuczkę tak pogodnym i radosnym uśmiechem, jakim tylko babcie obdarowywać potrafią.

- Dobry wieczór babciu. - przywitali się rodzice dziewczynki ze starszą panią, która dla ich córeczki tak naprawdę była prababcią.

- Dobry, dobry. Proszę zachodźcie. - zapraszała babcia.

- Nie, dziękujemy, ale trochę się spieszymy. - wykręcił się tata, korzystając z tego, że babcia wyszła im na przeciw.

- Jak zwykle. - skomentowała starsza pani.

- Przepraszamy, ale taksówka czeka, a będziemy jechali dość daleko i drogi śliskie więc pewnie powoli ...

- Bawcie się dobrze moje dzieci. - przerwała babcia dramatyczny wywód taty i dodała po chwili:

- W sylwestrową noc każdy powinien się wyśmienicie bawić.

- Pewnie tak, pewnie tak. - rzucił na odchodne tata wsiadając do samochodu.

- Ja na pewno będę. - stwierdziła stanowczo dziewczynka.

- Ja też, moja droga, jak bum cyk, cyk, ja też. - roześmiała się babcia.

Po kolacji rozsiadły się wygodnie w fotelach i popijając różaną herbatkę, gawędziły sobie o tym i o owym ciesząc się swoją obecnością. W pewnym momencie babcia wstała z fotela, podeszła do szafy i wyciągnęła z niej małe zawiniątko.

- Co to jest? - spytała prawnuczka.

- Kawałek historii, moja miła. - oznajmiła poważnie babcia, po czym wydobyła z zawiniątka piękny złoty medalion na grubym łańcuszku.

- Ale wspaniały! - wykrzyknęła z przejęciem Ola, (bo tak miała na imię owa dziewczynka) i przytuliła klejnot do piersi.

- Tak, tam jest jego miejsce. Od dzisiaj ty będziesz go nosiła. A wiesz Olu, kto jest na tym medalionie?

- Nie.

- To jest święty Krzysztof, patron wszystkich wędrowców, podróżników i żeglarzy.

- Dziękuję babciu.

- Niech cię chroni, drogie dziecko.

* * *

Czerwone słońce rzuciło ostatni, słaby poblask na morską kipiel, po czym schowało się za horyzont. Zimowa chmura postrzępiła się, pofałdowała i zniżyła swój lot dotykając niemal brunatnym brzuchem morskich fal.

- Zobacz! Tam w oddali, jakieś światełko mruga! - krzyknęła Śnieżynka.

- A niech sobie mruga. - odpowiedział znudzony Płatek.

- Coś mi się wydaje, że niedługo dotrzemy do celu. - oznajmiła Śnieżynka.

- I mnie się tak wydaje, choć co nas tam czeka, nie mam zielonego pojęcia.

- Ja też nie znam celu naszej wędrówki, ale wydaje mi się, że jest on niezmiernie ważny i ... i wyczuwam jakąś niezrozumiałą radość oraz podniecenie.

- To dziwne, ale ja czuję zupełnie to samo i coś mi podpowiada, że tam dokąd zmierzamy, ktoś na nas czeka. - wyszeptał Płatek.

- Uważaj! - krzyknął nagle. - Nie dotykaj wody!

- Staram się, ale nic nie mogę na to poradzić! Płatku, ja nie chcę tutaj spaść!

I wtedy, jakby ktoś usłyszał rozpaczliwe wołanie Śnieżynki, bo zerwał się potężny wicher i uniósł ich wysoko ponad wzburzone, morskie bałwany, skąd po chwili dostrzegli stały ląd, na skraju którego pobłyskiwała morska latarnia.

- Coś mi się wydaje Śnieżynko, że to jeszcze nie był kres naszej podróży.

- Na pewno nie, mój drogi.