KŁOPOTY PANA JACKA
Kłopoty pana Nowackiego zaczęły się jeszcze latem poprzedniego roku, kiedy otrzymał trzeci list od przebywającej w Kownie córki. Pan Jacek wówczas omal nie zemdlał. Serce zaczęło mu bić w szalonym rytmie, krew pulsować w skroniach. Gdyby nie to, że pokojówka Wiera była akurat w pobliżu z kroplami uspokajającymi, dotknęłaby go niewątpliwie apopleksja.
- Czy złe wiadomości, wielmożny panie? - spytała, podając krople na łyżeczce cukru.
Pan Jacek zażył lekarstwo, list zgniatając w ręku. - Niedobre - potwierdził. - Pewnie od panienki - domyśliła się pokojówka. - Panienka to nie myśli o zdrowiu ojca...
dze majątki, zamiast zająć się własnymi sprawami.
Nowacki skinął głową.
- Masz rację. Potrzebna mi była ta dzierżawa Rafałówki jak dziura w moście...
Wiera wyjęła z kredensu butelkę z ciemnego szkła, nalała z niej do kieliszka odrobinę nalewki na kasztanach.
- Proszę wypić. Ale tylko jedną porcję.
Pan Jacek zażył lekarstwo, odstawił kieliszek na tacę, którą pokojówka trzymała w rękach.
- Pomaga - pochwalił. - Ale czasem bywają takie dni, że wypiłbym wszystko.
- Nie może pan - przypomniała. - Jutro rano trzeba jechać do tartaku w Świnobrodzie.
- Pamiętam, pamiętam.
We wsi mówiono, że Wiera Golanko jest kochanką pana Nowackiego, ale to niezupełnie tak wyglądało. Pokojówka w Topolanach, choć dobrze znała jego ciało, nadal była dziewicą. Pracując we dworze zbierała na posag, a część tej sumy pochodziła z dodatkowego zarobku, który jakiś czas temu umożliwił jej pan Nowacki. Zamierzała w następnym roku wyjść za mąż, a należała do osób starannie układających wszystko - serwetki i sztućce, prześcieradła, plan dnia, plan roku, plan życia. Do uzyskania wyznaczonej sumy brakowało jej ośmiu miesięcy.
- Słusznie mnie krytykujesz - odezwał się pan Jacek. - Jako ojciec nie odniosłem wielkich sukcesów.
Ruchem głowy wskazał zmięty list od córki.
- Nie wiem, co się dzieje - poskarżył się. - Poprzednio pisała, że jest jakiś mężczyzna. Nie narzeczony. Znajomy, przewodnik po Kownie, towarzysz spacerów. A teraz pisze... teraz pisze, że będzie miała dziecko.
Rozłożył ręce bezradnym gestem.
- Rozumiesz? Będzie miała dziecko, a ja nawet nie wiem, z kim!
Wiera była bystrą dziewczyną.
- Czy bez ślubu? - zapytała.
Mężczyzna potwierdził gestem, jego ramiona zadrżały od tłumionego płaczu. Pokojówka podeszła, delikatnym ruchem objęła głowę starszego pana i przytuliła ją do siebie.
Posiadanie wnuka, a jeszcze lepiej wnuczki, od dawna było marzeniem pana Jacka. Jedyna córka niewielką dawała na to nadzieję, a i teraz nadzieja ta miałaby się spełnić nie tak jak pragnął.
Pan Nowacki szlochał dłuższą chwilę, z twarzą przytuloną do łona pokojówki. Trzymała go za głowę cierpliwie, łagodnie, uspokajająco. Nie drgnęła, gdy wyciągnął ramiona i objął ją wpół.
- Jesteś jak balsam - odezwał się po pewnym czasie. - Działasz jak najlepsze lekarstwo...
Wiera przelotnie musnęła pracodawcę po włosach.
- Powinien pan wcześniej się położyć - powiedziała. - Przygotuję łóżko.
Opuścił ręce, spojrzał w górę, na twarz dziewczyny.
- Racja - zgodził się. - Przygotuj. A potem przyjdź mnie pomasować.
Wiera cofnęła się o pół kroku.
- Proszę wybaczyć, wielmożny panie. Dziś jest dopiero czwartek, trzeba poczekać do jutra. Masaż wypada w piątek.
Jacek Nowacki westchnął z rozczarowaniem. Nie zrobisz wyjątku? - zapytał z prośbą w oczach. - Jednego malutkiego wyjątku?
Wiera Golanko odpowiedziała bez uśmiechu.
- Nigdy nie robię wyjątków, wielmożny panie. To zaburza ustalony porządek. A pan życzył sobie, żeby zawsze był porządek w domu.
Pan Jacek zgodził się w milczeniu. W uporządkowanym świecie Wiery nie było miejsca na improwizację.
- Proszę się położyć. Sen pomaga na kłopoty. Rano wielmożny pan zobaczy wszystko w lepszym świetle.
***
Pan Jacek wstał pogodny i zdecydowany. Po wczorajszych wątpliwościach nie było śladu.
- Spakuj mnie - powiedział do pokojówki. - Postanowiłem pojechać do Kowna i na miejscu rozeznać się w sytuacji. Pani Jabłczykowska nie raczyła mnie zawiadomić o tym, co powinienem wiedzieć, więc sam się dowiem.
Wiera uśmiechnęła się porozumiewawczo.
- Noc przynosi dobrą radę - stwierdziła sentencjonalnie. - Które walizy pan zabierze?
- Tylko tę dużą brązową. Wrócę za kilka dni.
Podjąwszy decyzję, pan Jacek czuł się rzeczywiście znacznie lepiej. Z apetytem zjadł śniadanie, każąc zaprzęgać za kwadrans. Miał jechać do tartaku Hasbacha, obstalować duże zamówienie.
Zanim jednak wyruszył, przyjechał posłaniec z depeszą.
- Pilna wiadomość, wielmożny panie! - wołał kurier, zeskakując z roweru. - Błyskawiczna! Ledwo wczoraj nadeszła!
Pan Jacek podpisał odbiór, wręczył listonoszowi kilka kopiejek za fatygę, po czym wziął telegram, ale go nie czytał, przez chwilę obracając w rękach.
- Czy pan nie otworzy? - spytała pokojówka Wiera.
Nowacki włożył kartkę do kieszeni.
- Nie teraz - odpowiedział. - Nie jestem przygotowany na kolejne niedobre wiadomości.
Wsiadł do powozu i pojechał do tartaku w Świnobrodzie. Ale nie ujechał daleko. Dwie wiorsty od Topolan nie wytrzymał, otworzył telegram, a przeczytawszy zawrócił i w szalonym pędzie przyjechał do domu.
- Wiera! - krzyczał z daleka. - Jestem spakowany? Pospiesz się, wyjeżdżam natychmiast!
Pół godziny później stangret Makary wiózł go na stację kolejową w Żedni.
Pokojówka Wiera Golanko, porządkując ubrania po wyjeździe pana Jacka, znalazła w kieszeni jego marynarki depeszę, która skłoniła pana do nagłego wyjazdu.
Pani Jabłczykowska pisała z Kowna, żeby pan Nowacki pofatygował się jak najszybciej, ponieważ jego córkę zamknięto w szpitalu. Dla wariatów.
***
Na stacji w Landwerowie, niedaleko Wilna, gdzie z Kolei Petersburskiej należało przesiąść się na Kolej Kowieńską, pan Jacek Nowacki z trudem znalazł miejsce w dworcowej restauracji. Ostatni stolik, w kącie, obok drzewka palmowego, kierownik sali wskazał mu dopiero na widok trzyrublowego banknotu.
Pan Nowacki usiadł, zamówił herbatę i wydał kolejnego rubla, żeby mu ją podano natychmiast. Miał wprawdzie ponad dwie godziny do pociągu, ale był zniecierpliwiony i zły. Niepokój o los córki nie opuszczał go ani na chwilę, tym silniejszy, że pan Jacek przedwcześnie uwierzył, że kłopoty z osobowością Justyny więcej się nie powtórzą.
Kelner podał nakrycie i przyniósł mały samowar z wrzątkiem, z ukłonem pytając, czym jeszcze może służyć.
- Kieliszek koniaku - zaordynował Nowacki. - Albo lepiej dwa.
Poczekalnię wypełniał tłum złożony z tak zwanego lepszego towarzystwa - panie w toaletach, panowie we frakach. Rozmawiano przyciszonymi głosami, śmiano się dyskretnie. Powiewały pióra przy damskich kapeluszach, męskie laski drgały w takt muzycznych przebojów, wygrywanych przez dwóch skrzypków, na zmianę lub w duecie.
- Wielmożny pan pozwoli nasze menu? - zapytał kelner, wskazując na kartę dań.
Pochylił się lekko, aby ją położyć na stoliku. Przechodzący tuż za nim młody mężczyzna z samowarem, po wieku sądząc zapewne pomocnik kelnera, zaczepił o coś butem, zachwiał się, jedną ręką oparł się o plecy pochylonego kolegi. Nie utrzymał równowagi, wypuścił samowar. Wrzątek chlusnął na stół obok, naczynie z głośnym brzękiem spadło na podłogę. Na chwilę zapanowała cisza, wszystkie oczy zwróciły się w tym kierunku.
Gość przy stoliku, elegancki mężczyzna w średnim wieku, z przystrzyżoną bródką, zerwał się ze swojego miejsca, w ostatniej chwili ratując się przed oparzeniem i przeklinając głośno po niemiecku.
Starszy kelner natychmiast ocenił sytuację. Wyprostował się, palnął pomocnika w łeb otwartą dłonią i kątem ust mówił, co mu wyrwie, jak tylko znajdą się na zapleczu. Kłaniał się przed przestraszonym gościem i przed wszystkimi w sali, przepraszał uniżonymi ukłonami za zamieszanie.
Nadbiegła dodatkowa obsługa, błyskawicznie zabrano naczynia, zerwano mokre obrusy, próbując uspokoić klienta. Mężczyzna, oburzony tak nieostrożnym potraktowaniem, uspokoił się już nieco i domagał nowego miejsca, jego krzesło było przemoczone.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.