CHOROBY
Kalinówka, listopad 1917
Niefortunna przygoda Waci Potockiej, podczas której niespodziewanie skąpała się w stawie i omal nie straciła życia, wpędziła ją w chorobę o skutkach bardziej długotrwałych, niż można byłoby się tego spodziewać.
Przeniesiona do dworu, zapakowana pod dwie kołdry, leczona nalewkami kucharki Serafiny, później zaś medykamentami przepisanymi przez doktora Bogdanowicza, pokojowa starszej pani spędziła w łóżku kilka tygodni, zanim wróciła do sił i mogła podjąć swoje zwykłe obowiązki. Czekała ją jeszcze rehabilitacja, ponieważ złamanie żebra, nie tak poważne, jak wyglądało w pierwszej chwili, okazało się jednak dokuczliwe i bolesne.
Wacia leżała w pościeli, doglądana przez służącą Kazię, i nawet sobie chwaliła ten stan, bo choć objawy choroby były bolesne, to nigdy wcześniej nie miała poczucia takiej troskliwej opieki. Mogła też czytać do woli, wyłącznie dla własnej przyjemności, wybierając lektury według uznania, a nie spośród tych, na które zezwalała pani Katarzyna. Starsza pani absolutnie nie tolerowała tanich romansów, ich lekturę uważając za stratę czasu, ale teraz nie wkraczała w listę lektur panny Potockiej. Wacia leżała więc w łóżku, czytała, drzemała i znowu czytała.
W pierwszych dniach po odzyskaniu świadomości z niepokojem nasłuchiwała głosu pani Katarzyny z wnętrza domu, gotowa biec na każde jej skinienie. Dopiero po pewnym czasie upewniła się, że starsza pani ma opiekę i jej towarzystwo, choć oczywiście najlepsze i niezastąpione, w tej chwili nie jest niezbędne.
- Poleż, poleż - powiedziała pani Katarzyna. - Wolę, żebyś była całkiem zdrowa, gdy już wstaniesz.
Starsza pani nie od razu doszła do takiego wniosku, początkowo boczyła się na pokojową, obwiniając ją o nieostrożność, która mogła doprowadzić do tragedii.
- Dlaczego poszłaś nad stawy? - spytała niezadowolona. - A jeśli już tam byłaś, po co podchodziłaś do brzegu? Czy pomyślałaś, co stałoby się ze mną, gdybyś postradała życie?
Panna Potocka tłumaczyła zawstydzona, że to niebieski przetacznik i czerwony czyściec błotny zwabiły ją nad stawy, bo tych właśnie okazów brakowało jej w zielniku.
Nie pamiętała, w jaki sposób wpadła do wody i miała wielce zadziwioną minę, gdy Franciszka opowiedziała jej wszystko, powołując się na to, czego dowiedziała od Poleszuka. Młynarz każdego dnia przychodził pytać o zdrowie panny Waci i z każdym dniem wracał do siebie coraz bardziej uspokojony.
- Potknęła się - oznajmił zdawkowo. - Tak i wpadła.
Franciszka domyślała się, że Poleszuk nie przedstawił wszystkich okoliczności wypadku, ale nie spytała o szczegóły i udawała, że zadowala się tym, co jej powiedziano.
- Wacia wpadła do wody - powiedziała w rozmowie z poszkodowaną. - Nic nie pamięta? Pewnie by się utopiła, gdyby Poleszuk nie wyciągnął. Cud to prawdziwy, że akurat przechodził niedaleko...
Panna Potocka zupełnie nie pamiętała upadku i ześlizgnięcia się do stawu. Miała za to w pamięci zimną topiel, ciemność panującą pod wodą i wielki strach, jakiego wcześniej nie zaznała. Wzdrygała się na samo wspomnienie.
- Niech mu Pan Bóg błogosławi za dobry uczynek - szepnęła pod adresem młynarza.
- Stale przychodzi zapytać o zdrowie - dodała Franciszka. - Powinna Wacia podziękować.
Ale panna Potocka nie chciała widzieć Poleszuka.
- Kiedy się wstydzę - przyznała się. - Nigdy już nie spojrzę mu w oczy. Przecież on mnie widział nieubraną!
Franciszka zgodziła się, że jest to kłopotliwy moment, ale przekonywała, że Poleszuk zajmował się jej ratowaniem, a nie oglądaniem.
- Ale mnie zobaczył prawie zupełnie gołą - martwiła się Wacia. - Nie wiem, jak to zniosę. Taki wstyd! Lepiej, żeby wcale nie przychodził.
Mimo powtarzanych próśb Franciszki, pokojowa nie zezwoliła, by młynarz ją odwiedził. Pani Katarzyna, której były znane okoliczności uratowania panny Waci, również była zdania, że pokojowa powinna podziękować młynarzowi, choć nie uważała, że dwór jest dobrym na to miejscem.
- Będzie jeszcze okazja - stwierdziła ogólnikowo. - Gdy Wacia wyzdrowieje, wtedy podziękuje. Teraz ważniejsze, żeby Finę z jej lekarstwami trzymać od chorej jak najdalej.
Kucharka Serafina zaglądała do panny Potockiej często, podając jej w tajemnicy swoje środki lecznicze, po których pokojowa dostawała rumieńców i dobrego humoru.
- Moje lekarstwo najlepsze - powtarzała Serafina. - Sam doktor tak powiedział, a on najlepiej wie!
***
Witia Sidorowicz, który także trochę chorował, bo podobno zamoczył się gdzieś nad rzeką, znacznie szybciej odzyskał siły i wrócił do swoich dzikich zwyczajów. Przekonał się ostatecznie, że panna Wacia nie pamięta powodu, dla którego biegła przez łąkę i w wyniku czego wpadła do stawu. Uspokoił się ostatecznie, że pokojowa nie będzie opowiadała komukolwiek o jego spotkaniu z Wandzią Kurpik. Do tego stopnia był zadowolony z milczenia panny Potockiej, że któregoś dnia pobiegł nawet do Zabłudowa po lekarstwo, zostawione dla niej w jednym ze sklepów.
Wandzia Kurpik także odetchnęła z ulgą, dowiedziawszy się, że jej niewinne zabawy z Witią utonęły w niepamięci panny pokojowej.
- To strasznie dobrze się stało - oświadczyła z uśmiechem. - Bo jak dotąd nic sobie nie przypomniała, to już chyba na zawsze zapomni.
Od kilku dni pracowała przy krowach w Kalinówce, na miejscu Kazi, która przeszła na pokoje. Dostała kąt do spania i miejsce przy stole dla służby.
- Na próbę tu jesteś - powiedziała jej pani Franciszka. - Staraj się, żeby żadnych skarg nie było. Twój ojciec ma dług wobec dworu, możesz go spłacić dobrą pracą.
***
Kurpik z Nowosadów pracował dla nowej pani w Złotnikach. Została mu wyznaczona stała pensja, a zajęcie polegało na pilnowaniu posiadłości przed szkodami ze strony złych ludzi. To był pomysł samej pani Nowackiej, która znała opinie o Kurpiku, a mimo tego kazała go zatrudnić.
- Nikt lepiej przed złodziejami nie ustrzeże, jak ktoś, kto sam do niedawna był złodziejem.
Kurpik nie znał powodów łaskawości pani, przypisywał je cygańskiej wróżbie, która zapowiadała znaczącą poprawę losu. Chodził po całym majątku ze strzelbą na ramieniu, pilnował lasu i pola, wolno mu było strzelać do drobnej zwierzyny i czuł się jak pan, samodzielny i prawie niezależny. Tylko noce musiał spędzać koło dworu, na straży i stróży, by odpędzać wszystkich obcych i niezapowiedzianych.
- Tu nikt nie ma interesu po nocy - powiedziała mu sama pani Nowacka. - Niech Kurpik strzela, gdyby kto wezwania nie posłuchał i chciał wejść bez mojego zezwolenia.
- A jak kogo naprawdę postrzelę, wielmożna pani?
- Sam będzie sobie winien!
Stróż przyjął polecenie i wkrótce zanotował pierwsze sukcesy.
***
Jesienią Witia Sidorowicz wiele czasu spędzał w Kalinówce. Często można go było zastać w stajni, często zaglądał do obory.
- Chyba zima szybko nadejdzie - żartowała Franciszka. - Witia dziwnie domu się pilnuje!
Od nocnych wydarzeń w starym sadzie w Złotnikach minęło już kilka tygodni, a chłopiec ani razu nie poszedł zobaczyć, jak wygląda teraz dawny dom Haneczki Skórnickiej.
"Szkoda, że nie mam żadnej fotografii naszego dawnego domu - pisała z Berlina. - Zupełnie nie wiem, jak mogłam być taka nierozsądna i nie przewidzieć, że będę tak bardzo tęsknić. Mam wprawdzie rysunek, który kiedyś zrobiłam latem, ale to jednak nie to samo, co fotografia."
Witia miał wielki kłopot. Dom pani Nowackiej mało przypominał tamten, w którym mieszkał niegdyś pan Skórnicki z córką.