Wirtuoz przekrętu
Bogusław Bagsik (1963-)
Jest jeden sposób na sprawdzenie, czy człowiek jest uczciwy
- zapytać go o to. Jeżeli powie, że tak, to na pewno jest oszustem.
Gaucho Marx
W jaki sposób młody muzyk, który pod koniec lat 80. był tylko szarym człowiekiem z prowincjonalnej Polski, wdrapał się na szczyt światowej finansjery? W jaki sposób zaskarbił sobie przyjaźń polityków pełniących najważniejsze funkcje w państwie? W jaki sposób niewielka spółka z Cieszyna w ciągu zaledwie półtora roku stała się potężnym holdingiem kontrolującym kilkaset firm? Przedsiębiorstwem obracającym miliardami dolarów, robiącym interesy praktycznie na całym świecie, zaangażowanym w strategiczne przedsięwzięcia związane z rynkiem paliwowym i handlem bronią? Przedsięwzięcia, które - jak stwierdził później Urząd Ochrony Państwa - zagroziły bezpieczeństwu kraju.
Kiedy rozpętała się afera Art-B, wysuwano najrozmaitsze hipotezy: współpraca z mafią, Mosadem, KGB. Pojawił się też tak zwany wątek cygański, ale i ta droga - podobnie jak wszystkie inne - wiodła na manowce. Poniższa opowieść z pewnością nie wyjaśni zagadki jednej z największych afer gospodarczych Polski początku lat 90. ubiegłego wieku, ale niewątpliwie przybliży czytelnikowi jej kulisy, biorące w niej udział postaci i przebieg zdarzeń, a tym samym pozwoli na pełniejsze zrozumienie tego, co tak naprawdę zdarzyło się pewnego dnia w spokojnym Cieszynie.
***
Bogusław Bagsik przyszedł na świat 8 kwietnia 1963 roku w Bytomiu, w rodzinie żydowskiej. Adoptowany następnie przez rodzinę protestancką, dzieciństwo spędził w Zabrzu-Rokitnicy, gdzie ukończył szkołę podstawową (nr 30 na Helence) i średnią (IV LO im. Mikołaja Reja). Kształcił się także w Państwowej Szkole Muzycznej im. Stanisława Moniuszki pierwszego i drugiego stopnia, w klasie fortepianu.
Po maturze wyjechał z Zabrza i zamieszkał najpierw w gminie Goleszów, a następnie w Cieszynie. Tam ożenił się z Magdaleną Kamieniarz, z zawodu krawcową, z którą z czasem spłodził czterech dorodnych synów: Beniamina, Samuela, Szymona i Marka. Kształcił się dalej w Studium Nauczycielskim oraz Akademii Muzycznej w Katowicach, jednak studiów wyższych w nie ukończył.
Pracował jako stroiciel fortepianów, później był nauczycielem, pomocnikiem na budowach kościołów i organistą w kilku parafiach, by ostatecznie zostać akwizytorem w firmie Jur-Gast w Wiśle, gdzie szybko awansował na pełnomocnika zarządu spółki.
Będąc stroicielem fortepianów (zatrudnionym w cieszyńskiej Spółdzielni Pracy Instrumentów Muzycznych "Ton"), zasłynął wystawianiem lewych rachunków, dzięki czemu do jego kieszeni trafiło prawie dziewięćdziesiąt trzy tysiące złotych (w 1988 roku przeciętna pensja wynosiła ok. 20-30 tys. zł miesięcznie). Brał również instrumenty do sprzedaży komisowej (oficjalnie za pośrednictwem spółdzielni), upłynniał je natomiast całkowicie prywatnie. Efektem tych praktyk był wyrok sądowy z października 1988 roku - rok pozbawienia wolności z zawieszeniem na dwa lata oraz siedemdziesiąt tysięcy złotych grzywny.
Niektórzy dziennikarze lansowali potem uparcie teorię, że zaangażowany w zielonoświątkowy ruch misyjny Bagsik został w całą tę historię o lewych rachunkach wrobiony przez Służbę Bezpieczeństwa. Ponoć nie zgodził się donosić o tym, co się dzieje w jego zborze, czym naraził się na zemstę. Cóż, niektórzy widać wierzą, że im mniej sensowna bajka, tym ciekawsza. Prawdziwa historia Bogusława Bagsika i jego Art-B jest jednak znacznie bardziej interesująca niż legenda.
Spółka z o. o. Art-B (skrót od Artyści Biznesu), została zarejestrowana 4 maja 1989 roku w Cieszynie, a jej kapitał zakładowy wynosił sto tysięcy złotych, co stanowiło w opisywanym czasie równowartość piętnastu ówczesnych dolarów. I tyle można powiedzieć o Art-B z całkowitą pewnością. Reszta to już gąszcz niedomówień, spekulacji i fantasmagorii prasowych, sprzecznych racji prawników oraz dezinformacji - świadomie lub nie - rozpowszechnianych przez jej właścicieli.
Udziałowcami spółki byli początkowo: Franciszek Juraszek (szef firmy "Jurgast" - były już pracodawca Bagsika, właściciel rzeźni, hotelu i dyskoteki), jego żona - Janina Filak oraz mecenas Jerzy Pagiełło (obrońca Bagsika w wyżej wspomnianym procesie karnym). Potem do grona udziałowców dołączyli Jan Kiwit (były pracownik ministerstwa komunikacji) oraz Marek Doliński - syn wójta Cyganów z Kalisza. Ten muzyczno-cygański kontakt zaowocował wkrótce wygenerowanym wspólnie z Piotrem Prońko (bratem Krystyny) pomysłem festiwalu muzyki romskiej w Gorzowie, który ponoć przyniósł Art-B pierwsze duże pieniądze. Dopiero na końcu w skład spółki wszedł Andrzej Gąsiorowski, lekarz laryngolog z Wałbrzycha. Z Bagsikiem połączyło ich wspólne muzykowanie i zamiłowanie do jazzu.
***
Pierwsze interesy handlowe Art-B wpisane były w lokalny koloryt raczkującego w Polsce kapitalizmu. Na każdym kursie po kawę, czekoladę czy cytrusy do Berlina Zachodniego zarabiało się sto procent. Na alkoholu, elektronice, papierosach i samochodach jeszcze więcej. Tajemnicą poliszynela jest, że wiele firm eksportowych w Berlinie i Wiedniu, w których zaopatrywali się Polacy, należało do ludzi związanych ze służbami specjalnymi dawnej PRL...
Berlin Zachodni stawał się powoli polskim miastem. Cały Charlottenburg, w okolicach dworca ZOO i Kudamu, zaroił się od polskich pionierów biznesu, którzy kupowali, kupowali i kupowali. To my, Polacy, pracowaliśmy pod koniec lat 80. na potęgę dzisiejszej stolicy zjednoczonych Niemiec, likwidując ostatecznie problem tak zwanej nadprodukcji, dając zatrudnienie dziesiątkom tysięcy tubylców i zostawiając w tamtejszych sklepach miliony marek.
"Dostałem zamówienie od pewnego przedsiębiorstwa na zakup sprzętu elektronicznego" - wspomina początki swojej działalności biznesowej sam Bogusław Bagsik. "O ósmej wszedłem do zakładu i odebrałem zaliczkę, pięćdziesiąt procent wartości zamówienia. Zamieniłem złotówki na dolary. Pojechałem do Warszawy, kupiłem sprzęt za dolary. O połowę taniej niż za złotówki. O szesnastej byłem już z powrotem w zakładzie. Zdałem sprzęt i dostałem drugą połowę. W ciągu jednego dnia zarobiłem dwadzieścia cztery tysiące dolarów. Potem nauczyłem się, że równie trudno, czy równie łatwo, zarobić tysiąc dolarów jak milion".
Na pytanie, skąd wziął się kapitał Art-B, prezes odpowiedział kiedyś:
"Ja zaczynałem z tymi dwudziestoma czterema tysiącami dolarów. A potem był już snow ball - zasada kuli śnieżnej. Transformacja kapitału z przyszłości do teraźniejszości".
Zasadę tę wyjaśnił później w kilku zdaniach:
"To proste, jeśli mam dziesięć złotych i złożę je do banku na rok na sto procent, po roku będę miał dwadzieścia złotych. Idę do banku i mówię: chciałbym sobie kupić telewizor za dwadzieścia złotych. Otwórzcie mi akredytywę na te dwadzieścia złotych. "Ależ proszę pana, pan będzie miał te dwadzieścia złotych dopiero za rok". Tak, ale za telewizor też muszę zapłacić dopiero za rok. Jeśli ja nie zapłacę, to zapłaci bank, ale z moich pieniędzy. Jestem z bankiem fair? Jestem. Mam ten telewizor już po miesiącu. Mogę go sprzedać, nawet jeśli nie zarobię na tym sto procent, tylko pięćdziesiąt, bo przecież przeniosłem zysk z przyszłości w teraźniejszość. Tego typu operacji można zrobić mnóstwo. Przy dziesięciu złotych mam dwadzieścia, przy dziesięciu milionach - dwadzieścia milionów. A przy miliardach mogę już zacząć prawdziwy interes".
U podstaw pierwszych sukcesów finansowych Art-B legło rozporządzenie któregoś z ministrów uniemożliwiające przedsiębiorstwom państwowym zakup dewiz, za które można było nabyć w istniejących sieciach sklepów Pewex i Baltona poszukiwane na rynku telewizory, magnetowidy oraz inne artykuły niedostępne w normalnej sprzedaży. Za skupione na czarnym rynku dolary Bagsik kupował więc w tych sklepach owe telewizory i magnetowidy, a następnie od podstawionych osób prywatnych z kręgu rodziny i przyjaciół nabywał je jako Spółka Art-B. (Wiały już inne wiatry, ale ograniczoność większości polityków ciągle była bezgraniczna. Tak zresztą zostało do dziś).
Następnie wystawiał stosowną fakturę i odsprzedawał towar za złotówki jednostkom państwowym, tyle że za cenę dwukrotnie wyższą. Nie pamiętam już nazwiska durnia, który zabronił państwowym firmom kupować telewizory taniej, niemniej jednak Bogusław Bagsik był mu za tę decyzję głęboko wdzięczny, bo zyski z opisywanej działalności były naprawdę godziwe.
Kolejnym krokiem milowym w rozwoju spółki stał się pomysł zaopatrywania w wyżej wymieniony sprzęt Państwowych Domów Towarowych, rozsianych wtedy jeszcze gęsto po całym pięknym kraju. Kupiony za dewizy sprzęt był odsprzedawany za złotówki państwowym placówkom z olbrzymią marżą i oczywiście ze względu na niebotyczne ceny (PDT dokładał przecież jeszcze swoje), był zupełnie niesprzedawalny. Każdy klient mógł w końcu kupić dolary pod Pewexem i nabyć telewizor znacznie taniej. Do czasu jednak. Po kilku tygodniach szalejąca inflacja i związany z nią gwałtowny wzrost cen twardej waluty powodowały prawdziwy najazd kupców na stoiska radiowo-telewizyjne pedetów i autentyczne bitwy o możliwość kupna Bagsikowego sprzętu, w tym momencie o wiele tańszego niż pewexowski czy baltonowski.
Jeżeli ktoś jeszcze nie zrozumiał, to wyjaśniam na przykładzie. Telewizor kosztował, powiedzmy, trzysta dolarów, a dolar tysiąc złotych. Kupno telewizora kosztowało więc trzysta tysięcy złotych. Boguś sprzedawał ten telewizor, dajmy na to, pedetowi w Kutnie za sześćset tysięcy, za które nabywał natychmiast sześćset dolarów. (Zysk - trzysta dolarów, minus oczywiście rozmaite koszty). Telewizor wystawiano na półkę za, dajmy na to, siedemset pięćdziesiąt tysięcy. Za miesiąc dolar kosztował już trzy tysiące złotych, czyli, że za telewizor trzeba było wybulić dziewięćset tysięcy. W zaopatrywanych przez niego sklepach kosztował siedemset pięćdziesiąt tysięcy...
Nieobytym z ekonomicznym słownictwem wyjaśniam również, że inflacja jest wtedy, kiedy byle co ma większą wartość niż pieniądz. W opisywanym czasie inflacja była tak duża, że w celu uniknięcia jej skutków co bardziej zapobiegliwe żony, wydawały pensje swoich mężów zaraz w pierwszych dniach miesiąca.
***
Do końca 1989 roku Art-B osiągnęła zysk niewiele powyżej dwunastu milionów złotych. Jesienią 1990 roku deponowała w PKO BP wkład terminowy w wysokości czterystu miliardów złotych! Jak widać, do zarobienia tak wielkich pieniędzy wcale nie był potrzebny udział służb specjalnych ani Rosji, ani Izraela. Niemniej Jarosław Kaczyński twierdził w listopadzie 1992 roku, powołując się na rzekomą informację otrzymaną od Andrzeja Milczanowskiego, ówczesnego szefa UOP-u, że Bagsik i Gąsiorowski mieli etaty w KGB. "Gazeta Polska" dla odmiany donosiła zaś o "bliskiej współpracy Bagsika i Gąsiorowskiego z pułkownikiem Mosadu Meirem Braundweinem. W rzeczywistości chodzi o Meira Brandweina (czasem zapisywanego jako Meir Bar Brandwein), który pojawia się w kontekście afer gospodarczych w Polsce lat 90. Choć jego rzekoma przeszłość w Mossadzie dodawała mu aury tajemniczości, wiele wskazuje na to, że była to raczej część legendy budowanej wokół jego osoby niż fakt potwierdzony przez izraelskie źródła.
Wśród kooperujących z firmą znalazł się również Yossi Ginossar, sławny oficer wojskowego kontrwywiadu Szin Bet, urodzony w Wilnie. Równocześnie w Art-B zatrudniony został generał dywizji Edwin Rozłubirski pseudonim "Gustaw", polski Żyd o równie barwnym życiorysie, zastępca dowódcy Batalionu Armii Ludowej im. Czwartaków, uczestnik zamachu na Cafe Club i powstania warszawskiego, a po wojnie, w latach 1963-1968, dowódca 6. Pomorskiej Dywizji Powietrznodesantowej. (Odwołany z zajmowanego stanowiska w wyniku zatargu z I sekretarzem KW PZPR w Krakowie oraz za odmowę użycia wojska przeciwko demonstrującym studentom).
Jedną z ciekawszych hipotez na temat pochodzenia majątku Art-B przedstawił na łamach "Polityki" socjolog i dziennikarz Jerzy Diatłowicki. Według jego wiedzy przedsiębiorstwo współpracowało z rządem Izraela przy wynajmowaniu od zachodnich firm lotniczych odrzutowców, którymi po 1990 roku z warszawskiego Okęcia docierały do Tel Awiwu dziesiątki tysięcy rosyjskich Żydów. Po latach represji Michaił Gorbaczow wprowadził reformy (pierestrojka i głasnost), które umożliwiły swobodniejsze przemieszczanie się obywateli, w tym Żydów, objętych wcześniej ograniczeniami wyjazdowymi. ZSRS zaczął zezwalać na emigrację Żydów, szczególnie do Izraela, w zamian za korzyści gospodarcze i złagodzenie sankcji. Wielu z nich marzyło o powrocie do ojczyzny przodków. Po dekadach życia w państwie, które tłumiło religię i tożsamość narodową, Izrael jawił się jako bezpieczne miejsce do życia w zgodzie z własną kulturą. Pod koniec lat 80. sytuacja gospodarcza ZSRS pogarszała się dramatycznie. Mosad ostrzegał, że Żydzi mogą stać się kozłami ofiarnymi za kryzys, co groziło pogromami na niespotykaną skalę. Izrael oferował lepsze warunki życia, pomoc socjalną i możliwość pracy. W ZSRS panowały bieda, bezrobocie i niepewność, a dla wielu emigracja była szansą na nowy start...
Operacja nosiła kryptonim MOST. Szczegóły tej fascynującej historii są nadal owiane głęboką tajemnicą, samoloty z transportem osób pochodzenia żydowskiego mogły bowiem celem arabskich ataków. Nie stanowiło tajemnicy, że terroryści mieli bliskie kontakty z sowieckimi służbami specjalnymi. Uniknięcie przecieku i zabezpieczenie lotnisk tak, by nie doszło do zamachu, graniczyło z cudem. Trzeba było poszukać kraju tranzytowego, w którym bezpiecznie mogłyby lądować i z którego mogłyby startować izraelskie jumbo jety.
Początkowo emigracja Żydów z ZSRS do Izraela odbywała się przez Wiedeń. Jednak ruch okazał się tam zbyt duży, by prowadzić masową i bezpieczną ewakuację. Potrzebowano lotniska specjalnie przygotowanego do takiego celu. Węgrzy odmówili z obawy przed odwetem ze strony arabskich organizacji terrorystycznych. Na przeprowadzenie akcji nie zgodziła się też Rumunia.
W Polsce w tym czasie utworzono pierwszy niekomunistyczny rząd Tadeusza Mazowieckiego. Będąc z wizytą w Stanach Zjednoczonych (26 marca 1990), na spotkaniu z przedstawicielami Amerykańskiego Kongresu Żydów w nowojorskim hotelu Plaza Mazowiecki obiecał im pomoc. I tak rozpoczęła się współpraca polskich służb z izraelskim Mosadem.
Informacja, która przedostała się do światowych serwisów, wywołała błyskawiczną reakcję terrorystów. Cztery dni po oświadczeniu Mazowieckiego, 30 marca, attaché handlowy polskiej ambasady w Libanie Bogdan Serkis wsiadał z żoną do samochodu przed biurem radcy handlowego w zachodnim Bejrucie, gdy kilku zamaskowanych napastników otworzyło do nich ogień z kałasznikowów. Polacy zostali ciężko ranni. Do zamachu przyznała się nieznana wcześniej grupa Organizacja Akcji Rewolucyjnej. Dwa dni później inna grupa - Islamski Front Militarny - zapowiedziała następne ataki na polskich dyplomatów i biura LOT, jeśli Polska nie wycofa się z obietnic złożonych Żydom.
Ale Polska się nie wycofała. Do Warszawy zaczęli przybywać z ZSRS obywatele pochodzenia żydowskiego, skąd transportowano ich samolotami do Izraela. 14 czerwca z Okęcia odleciał pierwszy Boeing 747 z grupą trzystu emigrantów na pokładzie. W sumie z terenów byłego Związku Sowieckiego przerzucono przez Polskę do Jerozolimy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Operacja "Most" zapoczątkowała współpracę polskich służb z zachodnimi, do tej pory wrogimi, agentami.
13 lipca 1990 roku dowództwo nad jednostką wojskową 2305 (GROM), prowadzącą operację "Most" w Polsce, objął generał Sławomir Petelicki. Działania osłaniał Jerzy Dziewulski wraz z utworzoną przez siebie jednostką antyterrorystyczną. Swój udział w akcji mieli też szefowie Art-B.
"Lato 1990 roku" - czytamy w artykule Andrzeja Fedorowicza. "Most. Tajna operacja Mossadu w Polsce. - Na warszawskim Dworcu Gdańskim pasażerowie ze zdumieniem przyglądają się grupie podróżnych, którzy opuścili pociąg Moskwa-Paryż. To około setki osób w różnym wieku, od dzieci po osiemdziesięcioletnie staruszki. Mają ze sobą wielkie worki, uszyte z ciemnozielonego płótna, tak ciężkie, że nie dają rady ich nieść. Ciągną je więc po podłodze dworca, rozglądając się niepewnie wokoło. Nagle do grupy podchodzi dwóch szczupłych, elegancko ubranych mężczyzn. Wszyscy skupiają się wokół nich. Po kilku minutach cała setka ludzi siedzi już w stojących pod dworcem autokarach, eskortowanych przez policyjne radiowozy. Konwój rusza do ściśle strzeżonego miejsca na warszawskim Mokotowie".
"Było już ciemno, kiedy konwój eskortowany przez policyjne radiowozy docierał do zamkniętego na ten czas krajowego portu lotniczego - wspominał Izaak Goldberg. - Z autobusu wchodziliśmy do hali, gdzie pracownicy LOT-u liczyli pasażerów według listy i prowadzili od razu do samolotu" - mówi Izaak. Potężne jumbo jety El Al-u stały z boku pasa startowego, w otoczeniu innych maszyn. Pod samolotem widać było zaparkowany transporter opancerzony jednostki antyterrorystycznej. Dwa inne jeździły po drodze kołowania oraz po drogach patrolowych lotniska. Na kandelabrach oświetlających miejsce postojowe maszyn siedzieli strzelcy wyborowi".
"Kiedy nasz samolot startował, od strony jednego ze skrzydeł eskortował go polski śmigłowiec wojskowy - dodaje Izaak. - Dowiedziałem się później, że jego zadaniem było przyjęcie na siebie uderzenia, gdyby w tym czasie ktoś próbował wystrzelić w nas rakietę".
Takie sceny jak opisana przez Izaaka Goldberga, odbywały się na Okęciu każdej nocy przez dwa i pół roku. Przez ten czas z Warszawy do Ziemi Obiecanej wyemigrowało dokładnie czterdzieści dwa tysiące radzieckich Żydów. Mimo to operację "Most" udało się utrzymać w tajemnicy. Oficjalnie zakończyła się jesienią 1992 roku, nieoficjalnie - Polacy nadal brali w niej udział, ale już poza granicami kraju.
"Jeśli chodzi o operację MOST, to na początku chciałbym zdementować, że finansowaliśmy ją z pieniędzy z oscylatora - wyznał w 2020 roku reporterom "Faktu" Andrzej Gąsiorowski. - Została w całości sfinansowana przez rząd Stanów Zjednoczonych w wysokości ponad 15 miliardów dolarów".
"Bezsprzeczną prawdą jest to, że nikt nigdy nikomu nie wystawił za MOST rachunku - dodał Bogusław Bagsik. - Jest jednak druga strona medalu. I dziś może są to trudne słowa dla wielu Polaków. Ale to Żydzi, dzięki operacji MOST, doprowadzili do redukcji zadłużenia Polski o 50 proc. My, jako Art-B, zrobiliśmy to, o co nas poproszono. Tylko tyle i aż tyle [...]. W wyniku operacji przez Polskę przejechało 150 000 Żydów z byłego ZSRS. Jak już dzisiaj wiadomo, dzięki MOST-owi dokonano redukcji dolarów polskiego zadłużenia w wysokości ponad 15 miliardów. Jest to 100 000 dolarów za jedną osobę. Dodatkowo dofinansowanie wyszkolenia komandosów GROM-u - 1 milion dolarów na jednego komandosa".
***
Rok 1990 Bogusław Bagsik wraz z przyjaciółmi witał w gościńcu Femina w Wiśle. Wśród zaproszonych gości było kilka wysoko postawionych osób z MSW, bawił się także dyrektor gabinetu ministra Jacka Ambroziaka. W czerwcu tego roku ustalił się ostateczny skład udziałowców Art-B. (odeszli Doliński, Kiwit, Juraszek i Filak).
Duże pieniądze rodziły nowe przyzwyczajenia. Szybkie samochody i dobre hotele stały się codziennością szefów spółki. Na swoje bazy upatrzyli motel Orbis w Cieszynie i warszawski Holiday Inn. Faceci w dżinsach z kieszeniami wypchanymi forsą, T-shirtach i czarnych skórzanych kurtkach, ze złotymi łańcuchami na szyi i takimiż rolexami na przegubach nie bardzo pasowali do ociekających luksusem wnętrz. Bagsik jeździł wykonanym na prywatne zamówienie cadillakiem za sto pięćdziesiąt tysięcy dolarów, nowiutkim BMW 750 kupionym za tę samą sumę oraz mercedesem 600 SE za dwieście tysięcy dolarów. Przyzwyczajenie się do takich szosowych rakiet opłacił uprzednim rozbiciem chevroleta corvette i renault alpine, dzięki czemu zyskał sobie przydomek "Prędki Bags".
W roku 1991 Art-B uchodziła już za największą prywatną grupę kapitałową w Polsce. Do nieformalnego holdingu dysponującego siecią około trzydziestu tak zwanych departamentów branżowych i funkcjonalnych należało ponad dwieście spółek krajowych, zatrudniających łącznie piętnaście tysięcy osób i pięćdziesiąt zagranicznych. Art-B miała udziały w kilkuset domach towarowych oraz sklepach, własny samolot, helikopter i bogatą kolekcję dzieł sztuki.
Ważnymi postaciami w interesach spółki byli od początku Ireneusz Sekuła - wicepremier w rządzie Mieczysława Rakowskiego, a za rządów SLD prezes Głównego Urzędu Ceł; Andrzej Kolikowski, pseudonim "Pershing" - szef gangu pruszkowskiego; oraz Wiesław Peciak, jeden z egzekutorów długów Art-B. Pierwszy miał wpływy w świecie polityki, pozostali - pieniądze.
Bogusław Bagsik zasiadł w fotelu radnego miasta Cieszyna pierwszej kadencji, niewiele głosów zabrakło mu, aby znalazł się w Senacie. W roku 1991 został laureatem Nagrody Kisiela (Stefana Kisielewskiego) w kategorii "najlepszy biznesmen", wręczonej mu osobiście przez czcigodnego fundatora. W tym samym roku znalazł się na ósmym miejscu rankingu "100 najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost"".
Dzięki współpracy nawiązanej z koreańskim GoldStarem, w wałbrzyskim "Elektrochemie" i ząbkowickim "Elsinie" w 1990 roku zostało zmontowanych piętnaście tysięcy telewizorów, które trafiły na polski rynek opatrzone wspólnym logo Art-B i GoldStara. Jednocześnie w całym kraju powstało dwadzieścia serwisów świadczących usługi związane ze sprzętem. Zakłady zatrudniały półtora tysiąca osób, w tym trzydzieścioro inwalidów. Ceny były wyjątkowo konkurencyjne, bowiem - ze względu na niższe stawki celne - bardziej opłacało się sprowadzać urządzenia w częściach niż w całości. Konkretnie oznaczało to, że osobno przywożono telewizory i magnetowidy, a osobno - piloty do nich, które wkładano do pudełek ze sprzętem już w Polsce. Co więcej, sztywny przez kilkanaście miesięcy kurs dolara (1 USD = 9,5 tysiąca starych złotych), przy wciąż wysokiej inflacji powodował, że każdy kolejny transport można było w Polsce sprzedać już drożej, choć w dolarach płacono wciąż tyle samo. A właściwie dopiero zamierzano zapłacić, bo partnerzy z GoldStara zgodzili się podobno na płatność odroczoną aż o rok.
Nie byłoby tego interesu bez Glorii Ritt, mentorki niezliczonych młodych muzyków. To właśnie ona, a nie obce wywiady, jak sądzono po wyjeździe szefów Art-B z Polski, była ich "oknem na świat". To ona nauczyła ich, jak mają się ubierać, jak rozmawiać o biznesie, jak załatwiać interesy. Gloria Ritt, przedstawicielka Kościoła zielonoświątkowego i menedżerka jednej z dużych amerykańskich firm, wsparła wizerunkowo Bagsika i Gąsiorowskiego, wprowadziła ich do gabinetów ludzi, dzięki którym zrealizowali pierwsze wielkie operacje finansowe.
W szybkim tempie teren kraju pokryła sieć dwustu sklepów Art-B ze sprzętem elektronicznym, odzieżą i artykułami spożywczymi. Dalsze plany przewidywały otwarcie podobnej sieci na terenie Czechosłowacji, gdzie od pewnego czasu spółka miała swoje udziały w firmie "Tesla-Art", montującej w Trzyńcu telewizory Goldstar. Korporacja podjęła ponadto produkcję aparatury medycznej, w tym elektrokardiogramów i aparatury do kruszenia kamieni w nerkach.
***
Następną inwestycją była budowa wykupionych Zakładów Mleczarskich w Sępólnie Krajeńskim. Kupiono też olejarnię w województwie zielonogórskim, przejęto siedemdziesiąt procent udziałów w spółce Laktopol zajmującej się przetwórstwem rolno-spożywczym i pięćdziesiąt jeden procent udziałów Agrotechniki. Właściciele spółki nawiązali kontakty z amerykańską firmą Fred Cody of Chrysler International w sprawie uruchomienia montowni samochodów w Polsce. Przymierzali się do eksportu autosanów i rozpoczęli negocjacje trójstronnego porozumienia ArtB - FSM - koncern Formosa (Tajwan), na otwarcie linii produkcyjnej małego fiata w Chinach. Podpisali listy intencyjne w sprawie wykupienia udziałów w przedsiębiorstwach komunalnych Cieszyna: Termika - urządzenia grzewcze, i Cespa - urządzenia spawalnicze.
Zlokalizowana w Warszawie spółka Print AB, wykorzystując sieć komputerową składu (nowość w owych czasach), szykowała do druku tygodniki "Monitor" i "Wyższe Sfery". Rozbudowywało się założone we Wrocławiu studio nagrań Art-B-Sound i poznańskie wydawnictwo Art Press. Korporacja zarządzała też wspólnie z firmą Hartwig przejściem granicznym dla TIR-ów w Pawłowicach Śląskich, a w planach poczesne miejsce zajmowała budowa czterech nowoczesnych kontenerowców dla Belgii.
W Wielkiej Brytanii spółka posiadała wytwórnię wideoklipów i materiałów promocyjnych "Fifty-five", przygotowywano uruchomienie telewizji kablowej w Cieszynie, będącej dopełnieniem kupionych wcześniej sześćdziesięciu procentach udziałów w Telewizji Ryga, z którą utworzono joint venture. Linie "Art-B Air" z siedzibą na lotnisku Pyrzowice koło Katowic utworzono w maju 1991 roku. Stan posiadania obejmował sześć samolotów turbośmigłowych i jeden canadair-challenger. 6 lipca, w swój pierwszy lot przez Atlantyk wystartował należący do Art-B turbolet.
Mnogość interesów Bagsika i Gąsiorowskiego nie przesłoniła im tego, o czym zawsze marzyli, wielkich interesów w show-biznesie. Zorganizowali w katowickim "Spodku" festiwal muzyki gospel, ze znaną w świecie firmą Tribute podpisali kontrakt na organizację w Sewilli widowiska "Legendy Gitary", współuczestniczyli w organizacji koncertu Placido Domingo na Placu Czerwonym w Moskwie. W dniach 14 i 15 sierpnia 1991 roku, podczas czwartej podróży Jana Pawła II do Polski, firma Art-B została współorganizatorem II Festiwalu Artystów Chrześcijańskich w Częstochowie, którego gwiazdą była Donna Summer. Koncert odbył się na stadionie Włókniarza w Częstochowie i był transmitowany przez stację BBC... Wszystkich dziedzin aktywności Artystów Biznesu wymienić tu nie sposób, bo potrzebna byłaby do tego osobna książka. Zamiłowanie do sztuki Bogusława Bagsika zaowocowało też zgromadzeniem sporej kolekcji dzieł, w tym grafik Picassa czy płócien Malczewskiego, Kossaka, Witkacego i Renoira, które obecnie znajdują się w warszawskim Muzeum Narodowym.
Szczególną sławę Spółka zyskała w marcu 1991 roku, kiedy to - jak doniosła prasa - na pniu wykupiła całoroczną trudno zbywalną produkcję Zakładów Mechanicznych "Ursus".
Obok obrotu walutą i alkoholem największe pieniądze przynosił w tamtych latach międzynarodowy handel bronią. Wielomilionowe kontrakty organizowali głównie ludzie powiązani z wywiadem, największymi wpływami na światowym rynku zbrojeniowym cieszyli się zaś sowieccy agenci. Możliwość zarobienia wielkiej forsy na tym interesie skusiła także Art-B. Dotychczasowa, oparta na koleżeńskich układach i politycznych sympatiach, skostniała branża, została podbita wolnorynkową doktryną niskiej ceny i wysokiej jakości oferowanego sprzętu. Tym samym Bogusław Bagsik i Andrzej Gąsiorowski odebrali zlecenia biznesmenom powiązanym ze światem polityki oraz oficerami służb specjalnych.
ArtB była pierwszym prywatnym podmiotem, który otrzymał w III RP koncesję na handel bronią. Koronnym argumentem decydującym o jej przyznaniu pozostawały wpływy spółki w rządzie Kostaryki i u prezydenta tegoż kraju, za którymi miał iść kontrakt na sprzedaż trzydziestu tysięcy karabinów KBK AK. Drugim odbiorcą broni miała być Malezja. Polskie władze zaoferowały Bagsikowi upłynnienie sprzętu wojskowego zalegającego w magazynach Ministerstwa Obrony Narodowej, w tym dwustu czołgów, sześćdziesięciu samolotów MIG-21 oraz trzech okrętów desantowych. Spółka pośredniczyła też w zakupie przez Polskę nowoczesnego izraelskiego wyposażenia, między innymi elektronicznych systemów wykrywania, silników samolotowych i systemów termowizyjnych dla statków i samolotów. Usługami holdingu zainteresowana była policja, zwłaszcza importem broni, sprzętu antyterrorystycznego i samochodów z Ziemi Świętej. Sprowadzono próbne, testowe partie pistoletów i kamizelek kuloodpornych.
Wkrótce Art-B przejęła długi fabryki w Łabędach. Współpraca objęła także inne ośrodki produkcyjne, co umożliwiło samodzielne i tanie wytwarzanie różnego rodzaju broni oraz jej hurtową sprzedaż do Syrii. Kolejnym celem stał się "kontrakt pakistański". Realizację tego projektu przeprowadziła już jednak powiązana z Urzędem Ochrony Państwa spółka NAT, konkurująca wcześniej z Art-B o dostawy zaopatrzenia dla polskiej armii. Podczas niezwykle spektakularnej akcji, na polecenie Urzędu Ochrony Państwa i prokuratury, komandosi elitarnej jednostki GROM spacyfikowali biura holdingu, a za Bagsikiem i Gąsiorowskim rozesłano listy gończe. Pod kontrowersyjnymi zarzutami oszustw bankowych doprowadzono do rozbicia największego polskiego przedsiębiorstwa pierwszych lat III RP. Kontrakty zbrojeniowe Art-B zostały przejęte przez podmioty powiązane ze służbami specjalnymi...
***
Pod kontrowersyjnymi zarzutami oszustw bankowych... No właśnie. Zastosowany przez Art-B oscylator, zwany także oscylacyjną akceleracją kapitału, nie był niczym nowym. Na Zachodzie znano go już od dawna pod nazwą floating, czyli po prostu przepływ gotówki. Przepływ korzystny dla firm, ale nie dla banków. W wielu krajach jest zabroniony. W innych system bankowy broni się przed jego stosowaniem, używając superszybkich sieci komputerowych. Już w kilka sekund po dokonaniu operacji we wszystkich podłączonych do niej bankach wiadomo, że została wykonana. W Polsce informacja o wypłaceniu pieniędzy potrafiła wędrować z banku do banku przez kilkanaście dni i nikt się tym nie przejmował.
Cała afera nie zaczęła się bynajmniej z chęci zysku - to przyszło dopiero później. Na początku była wściekłość i bezsilność.
"Powiedzmy, że wpłaciło się sto tysięcy złotych w banku w Szczecinie - tłumaczy to wszystko Bogusław Bagsik - Dwa dni później chciało się odzyskać swoją gotówkę w Rzeszowie i zapłacić nią za towar. Można było sobie chcieć... Żeby z powrotem dostać swoje pieniądze, trzeba było czekać tydzień albo i dłużej. Co w tym czasie działo się z gotówką? Kto był jej faktycznym właścicielem? Kto korzystał na tej zwłoce? Oczywiście banki. I jeszcze ściągały za to wysokie prowizje".
Oburzony takimi praktykami Bagsik postanowił więc odpłacić łobuzom pięknym za nadobne. "Operacja oscylator" polegała na lokowaniu pieniędzy na bankowych kontach, a następnie pobieraniu czeków potwierdzonych (tj. gwarantowanych przez bank) na ulokowane kwoty i - w dalszej kolejności - realizowaniu tych czeków w innym banku, gdzie zakładana była kolejna lokata, pobierany kolejny czek gwarantowany itd. W warunkach panującej wówczas hiperinflacji i jednoczesnej niedrożności systemu przepływu informacji międzybankowej wiadomość o tym, że czek został zrealizowany w innym banku, docierała nierzadko po kilku dniach lub po tygodniu, a do tego czasu lokata stworzona z tych samych pieniędzy była oprocentowana w kilku bankach równocześnie. Pod koniec 1990 roku w Polsce działały 74 banki. Art-B miała rachunki w 68 z nich. (Dopiero w lipcu 1991 roku wprowadzono obowiązek telegraficznego potwierdzania czeków między bankami, co definitywnie pogrzebało mechanizm oscylatora).
W całej operacji, jak w starej piosence Izy Trojanowskiej, liczył się przede wszystkim czas. Bagsik podróżował helikopterem pomiędzy bankami, odwiedzając dziennie po kilka odległych instytucji finansowych. Sprawnie działający oscylator w ciągu niespełna dwóch lat przyniósł jego twórcom sto pięćdziesiąt miliardów złotych czystego zysku! W tym czasie dolar kosztował około 3 tysięcy złotych, za 150 miliardów można więc było kupić 50 milionów dolarów. Dzisiaj (2025 rok) kurs dolara wynosi około 3,5 tysiąca złotych. A więc za 50 milionów USD można kupić 175 milionów złotych.
W świetle obowiązującego w Polsce prawa obracanie czekami w systemie oscylatora było jak najbardziej legalne, jeżeli tylko firma stosująca floating zaksięgowała zyski z niego płynące i zapłaciła stosowne podatki. Art-B tak właśnie postąpiło. W całej aferze nie dałoby się więc znaleźć niczego nagannego - z wyjątkiem kulawych przepisów bankowych. Problem w tym - co wyszło na rozprawie sądowej kilka lat później - że spółka zdobyła również potwierdzenie przez PKO BP wkładów bankowych, których nigdy nie miała - na trzysta, sześćset, a nawet więcej miliardów złotych...
Główny Inspektorat Nadzoru Bankowego bił na alarm już w grudniu 1990 roku, lecz prokuratura wszczęła śledztwo w tej sprawie dopiero pół roku później. W nocy z 31 lipca na 1 sierpnia 1991, dwie godziny przed zamknięciem dla nich granic, ostrzeżeni przed aresztowaniem dwaj szefowie Art-B, Bagsik i Gąsiorowski, wyjechali z kraju.
"Obserwowaliśmy ich, wiedzieliśmy, że wyjeżdżają za granicę, a walizki wypełnione kilkudziesięcioma milionami dolarów czekają na Okęciu. Ale baliśmy się ich zatrzymać bez nakazu prokuratorskiego" - tak okoliczności wyjazdu z Polski Bogusława Bagsika i Andrzeja Gąsiorowskiego, opisuje oficer UOP, który prowadził wtedy dochodzenie. "Chcieliśmy ich zatrzymać w ostatniej chwili, więc poprosiliśmy prokuratora Kazimierza Radomskiego, by był gotów do wystawienia nakazu zatrzymania. Kiedy nadszedł odpowiedni moment od prokuratora usłyszeliśmy, że nie ma czasu, bo właśnie idzie na urlop".
Wkrótce okazało się, że panowie Boguś i Andrzej są w Izraelu, gdzie szybko uzyskali obywatelstwo, co uchroniło ich przed wysłanym za nimi międzynarodowym listem gończym. (Bagsik ma potrójne obywatelstwo: polskie, izraelskie i niemieckie). Izrael zawsze i niezmiennie odmawia deportacji własnych obywateli do innych krajów. (Trzeciego ze wspólników, Jerzego Pagiełły, właściwie nikt nie ścigał, jako że swoją rangą w spółce niewiele tylko przewyższał kosz na śmieci).
***
Po ucieczce z Polski obaj szefowie Art-B często spędzali wolne chwile, grając w duecie przy wielkim fortepianie na tarasie luksusowej willi Bagsika w Tel Awiwie. Nie mogli tylko jednego: przekroczyć granic Izraela, państwa wielkości mniej więcej połączonych województw białostockiego i suwalskiego.
"Duszę się, wegetacja" - określał swój stan ducha Bogusław Bagsik, nim w czerwcu 1994 roku wybrał się wraz ze swoją młodziutką przyjaciółką Michelle w zgubną podróż do Zurychu. (W międzyczasie rozwiódł się z pierwszą żoną, Magdą, zostawiając jej i czterem synom dom oraz wysokie alimenty). W Szwajcarii jurysdykcja Izraela już nie chroniła. Jak Bagsik sam mówił, nie chciał żyć w jednym państwie jak w więzieniu. Tym sposobem właśnie do więzienia trafił.
Został zatrzymany i osadzony w świeżo oddanym do użytku areszcie dla obcokrajowców, położonym niedaleko lotniska. Ot, właściwy Szwajcarom zmysł oszczędności. Z takiego miejsca transport cudzoziemców, których wcześniej czy później trzeba odesłać do upominających się o nich ojczyzn, nic nie kosztuje. Większość czasu Bagsik spędzał na słuchaniu muzyki, dużo czytał. (Później, już po przewiezieniu do więzienia na warszawskim Mokotowie, nadal z pasją oddawał się muzyce, skomponował nawet muzykę do własnej płyty, która jednakże nie cieszyła się specjalnym powodzeniem).
Po trwającej prawie dwa lata procedurze ekstradycyjnej w lutym 1996 wydano go Polsce. Tu zarzucono mu między innymi zagarnięcie ponad czterystu milionów złotych metodą oscylatora (doliczono się sześciuset dwudziestu wielokrotnie oprocentowanych czeków), przekupstwo urzędników bankowych i działanie na szkodę spółki. W lutym 1998 rozpoczął się proces, a w październiku - po wpłaceniu przez Klub Kapitału Polskiego dwóch milionów złotych kaucji - Bagsik znalazł się na wolności. (Gąsiorowski nie wychylał nosa z Izraela). 3 lipca 2013 roku Sąd Okręgowy w Kaliszu umorzył sprawę o przywłaszczenie na szkodę spółki Art-B ponad siedemdziesięciu jeden milionów złotych z powodu przedawnienia. Pan Gąsiorowski, który od tego momentu zaczął się pojawiać w Polsce, wyraził oficjalnie żal z powodu orzeczenia, gdyż został w ten sposób pozbawiony możliwości udowodnienia przed sądem swojej niewinności.
Po wyjściu z aresztu Bogusław Bagsik został prezesem Zakładów Futrzarskich Knurów SA i podpisał kontrakt z armią polską na dostawę skórzanych kurtek dla pilotów. W 1999 roku wydał płytę 2B in Art, składającą się z utworów instrumentalnych, które napisał razem ze znajomymi muzykami (między innymi Mirosławem Stępniem i Marcinem Nowakowskim).
20 października 2000 skazano go na dziewięć lat więzienia (zaliczając na poczet kary cztery i pół roku pobytu w areszcie), pięć tysięcy złotych grzywny oraz pięcioletni zakaz pełnienia stanowisk w spółkach. Obrońcy wnieśli apelację, ale wyrok został utrzymany w mocy. 2 sierpnia zgłosił się ze szczoteczką do zębów w areszcie na warszawskim Służewcu. Do odsiedzenia pozostało mu wówczas niespełna cztery lata. Opuścił więzienną celę w maju 2004 na mocy warunkowego przedterminowego zwolnienia za dobre sprawowanie, a okres próby, któremu zgodnie z prawem podlegał, minął 24 lutego 2007 roku.
W innym procesie w sprawie Art-B, zakończonym w 1995 roku, czterech urzędników bankowych skazano na kary więzienia od dwóch i pół do czterech lat. Wszystkim zarzucano karalną niegospodarność, a jednemu dodatkowo wzięcie łapówki. Uniewinniono natomiast Grzegorza Wójtowicza, byłego prezesa NBP. (W związku z aferą Art-B i ujawnieniem tzw. oscylatora był obwiniony o zaniedbania w nadzorze nad bankami, co doprowadziło do żądań jego odwołania ze stanowiska prezesa NBP. Ponieważ ówczesny stan prawny nie przewidywał takiej możliwości, marszałek Sejmu Mikołaj Kozakiewicz wezwał Wójtowicza do powstrzymania się od pełnienia obowiązków, czemu ten posłusznie się podporządkował. Po nowelizacji przepisów dotyczących NBP został odwołany ze stanowiska. W związku z zarzutami zatrzymano go, a następnie spędził kilka miesięcy w areszcie tymczasowym).
Odzyskawszy wolność, Bagsik związał się z przeprowadzającą z nim wywiad dziennikarką telewizyjnych Wiadomości Martą Grzywacz. "Coś między nami zaiskrzyło. Wiedziałam, że będą nam towarzyszyły spojrzenia ciekawskich i pytania, na które nie będę chciała odpowiadać" - opowiadała Marta Grzywacz w rozmowie z "Na Żywo". Ich związek budził wielkie emocje i medialne poruszenie. Za romans z "niewłaściwą sobą" dziennikarkę wyrzucono z pracy. Byli ze sobą dwa lata, potem musieli podzielić się majątkiem oraz owocem tego związku w postaci córki Soni.
A jeżeli już jesteśmy przy temacie wywiadów, to w 2015 roku Bogusław Bagsik wraz z Andrzejem Gąsiorowskim wspólnie powołali w Polsce Organizację Byłych Oficerów Wywiadu...
***
Największa gwiazda polskiego biznesu początku lat 90. powróciła do gry w roku 2007, tym razem jako promotor polskiego mistrza pięści, Tomasza Adamka. Skończyło się na kolejnej aferze, opóźnieniach w wypłacie pieniędzy dla bokserów i innych uczestników bokserskiej gali oraz "przekręceniu" na kilkaset tysięcy dolarów samego Donalda Kinga, słynnego amerykańskiego promotora boksu, słynącego dotychczas z rolowania innych.
Don King, stary gangster z Cleveland (urodzony 20 sierpnia 1931 roku), to potężnej postury czarny mężczyzna w połyskującym garniturze, z natapirowanymi siwymi włosami, obwieszony biżuterią jak bożonarodzeniowa choinka bombkami, z olbrzymimi złotymi sygnetami na palcach i wysadzanym diamentami złotym łańcuchem na szyi. W wypowiedziach publicznych zdarzało mu się często cytować klasyków, na przykład Szekspira, chociaż styl jego wypowiedzi cechowały zawsze przesadna ekspresja, nagromadzenie barokowego słownictwa i językowe lapsusy.
Zanim został największym w Ameryce (obok Boba Aruma) organizatorem walk bokserskich, był w latach 1951-1966 trzydziestokrotnie aresztowany za napaści, hazard i inne drobne przestępstwa. Jego ojciec, Clarence King, zginął na skutek eksplozji kotła w stalowni, w której pracował. Matka, Hattie King, próbowała utrzymać siedmioro dzieci, sprzedając na ulicy wyrabiane przez siebie pasztety. Od osiemnastego roku życia Don prowadził w rodzinnym Cleveland nielegalny hazard loteryjny. Zarabiał piętnaście tysięcy dziennie, z czego odpalał działkę miejscowej mafii za ochronę. Skończył szkołę średnią i miał niesamowitą głowę do matematyki. Szczególnie do dodawania pieniędzy.
W 1954 roku zastrzelił człowieka, który próbował okraść jego kasyno. Ława Przysięgłych uznała, że uczynił to w obronie własnej, mimo że King strzelił uciekającemu napastnikowi w plecy. Dwanaście lat później skopał na śmierć swojego pracownika, Sama Garreta, który był mu winien sześćset dolarów. Próbował uniknąć oskarżenia, oferując świadkom pieniądze za zeznania na jego korzyść, a gdy to się nie udało - zastraszając ich. Groziło mu "koło", czyli dożywocie, ale sędzia zmienił kwalifikację czynu na nieumyślne spowodowanie śmierci i King wykręcił się zaledwie czterema latami pobytu za kratkami. Nie marnował tam czasu. Zdobył wielką wiedzę prawniczą, aby już nigdy więcej nie wpakować się w podobne tarapaty.
Po wyjściu na wolność w roku 1971 zajął się organizowaniem walk bokserskich. Ponieważ nie miał o tym zielonego pojęcia, przybrał sobie wspólnika, który na tym zajęciu zjadł zęby, swojego imiennika Dona Elbauma.
Rozpoczął interes z dużym rozmachem, organizując w Cleveland pokazową walkę Muhammada Alego, z której część dochodów przeznaczono na szpital dla czarnych dzieci. W roku 1974 namówił dyktatora Zairu Sese Seko, vulgo Mobutu, do wyłożenia dziesięciu milionów dolarów na zorganizowanie w Kinszasie walki George'a Foremana z Muhammadem Alim, która przeszła do historii jako Rumble in the Jungle - Bijatyka w dżungli. Ugruntował swoją pozycję wpływowego promotora organizując rok później trzecią walkę Alego z Joem Frazierem w stolicy Filipin, do której wypromowania użył chwytliwego hasła Thrilla In Manila - Thriller w Manili.
To był początek jego wielkiej kariery. Przez prawie siedemnaście lat dzierżył niemalże monopol na organizowanie pojedynków o mistrzostwo w wadze ciężkiej. Miał w ręku wszystkich najlepszych zawodników i udzielał praw wyłączności stacjom telewizyjnym. Z powodzeniem stosował zasadę króla Macedonii Filipa II: Divide et impera. Dziel i rządź. Palił wielkie jak przedramię cygara i do celu zwykł był podążać per fas et nefas, wszelkimi sposobami. Zorganizował ponad pół tysiąca pojedynków o mistrzostwo świata w różnych kategoriach, zarabiając przy tym miliony. Był pierwszym człowiekiem na świecie, który zapewnił bokserowi gażę w wysokości dziesięciu milionów dolarów. Tym szczęśliwcem był Ray "Sugar" Leonard w walce z Roberto Duranem (Montreal 1980).
Jest właścicielem budynku z czerwonej cegły przy 69th Street w Nowym Jorku, gdzie mieścił się jego sportowy koncern Don King Sport Promotion. - "Nikt nie płaci tak ja" - lubi się chwalić. Jest najlepszym "sprzedawcą" wśród bokserskich promotorów. Jak nikt inny potrafi oszołomić kibiców kolejną "walką stulecia". Działał zresztą nie tylko w boksie czy nawet sporcie, ale w całym szeroko rozumianym show-biznesie. Przez długi czas był na przykład menedżerem gwiazdy popu Michaela Jacksona. W 1984 roku zorganizował trasę objazdową pięciorga Jacksonów, która przyniosła ponad sto pięćdziesiąt milionów dolarów dochodu. King był winien urzędowi podatkowemu jakieś wielkie pieniądze, ale tak pokombinował, że zarobili Jacksonowie i on sam.
Don zgromadził potężną kolekcję chorągiewek i zawsze wymachiwał nimi na konferencjach prasowych promowanych przez siebie sportowców, albo na ringu, przed rozpoczęciem pojedynków. Gdy walczył Amerykanin, King machał amerykańską flagą, gdy miał się bić Hiszpan - hiszpańską, a gdy Polak (Andrzej Gołota) - polską.
Od samego początku swej kariery pięściarskiego menedżera i promotora był nieustannie pozywany przez swoich podopiecznych przed oblicze sądu, najczęściej z powodu nierzetelnych rozliczeń finansowych. Gdy jacyś zawodnicy kończyli z nim współpracę, prawie zawsze towarzyszyła temu atmosfera skandalu. Narzekali przeważnie, ze King ich "przekręcił", ale niewielu z nich decydowało się pójść do sądu.
"On zamordowałby swoją matkę za dolara" - podsumował swoje gorzkie doświadczenia z promotorem Mike Tyson. "Don to wstrętny, oślizgły skurwysyn. Miał być moim czarnym bratem, a okazał się po prostu złym człowiekiem. Miał mnie uczyć, a zależało mu tylko na pieniądzach. Był bardzo chciwy. Myślałem, że poradzę sobie z kimś takim jak King, ale on mnie przechytrzył. Pod tym względem nie dorastałem mu do pięt. [...]. Don zawsze bredził o tym, że białe skurwiele do niczego się nie nadają i że ich celem jest zabicie nas wszystkich. W pewnym momencie zacząłem wierzyć w niektóre z tych głupot. Grałem w jego grę. King zupełnie rozregulował mój barometr. Wystarczyło popatrzeć na jego fryzurę, na jego niewyparzoną gębę i ekstrawaganckie murzyńskie ciuchy, żeby zrozumieć, że to pieprznięty koleś".
W sądzie skończyła się między innymi współpraca Dona Kinga z Muhammadem Alim, który w 1980 roku pozwał promotora o milion dolarów. Ostatecznie uzyskał zaledwie kilkanaście tysięcy. Na początku lat 90. towarzystwo ubezpieczeniowe Lloyd's oskarżyło Dona o wyłudzenie pieniędzy na walkę, która się nie odbyła. King został uniewinniony, a niedługo potem opłacił całej ławie przysięgłych luksusową wycieczkę. W 1992 roku senacka komisja badająca kontakty aresztowanego gangstera Johna Gottiego ze światem polityki i biznesu sprawdzała, czy interesów z nim nie prowadził także Don King. Promotor nazwał tego rodzaju podejrzenia "rasistowskimi" i jak zwykle wykręcił się sianem.
Wielokrotnie oskarżany o niepłacenie podatków i różne finansowe malwersacje, ciągle utrzymywał się na szczycie pięściarskiego biznesu. Wygrywał bez wyjątku wszystkie wytoczone przeciwko niemu procesy, i to zarówno cywilne, jak i karne. Ryzykował często wiele, ale zawsze wychodził cało z tarapatów, które położyłyby każdego innego. Boks jest jedyną dżunglą, w której lew boi się szczura.
"Przerysować" Kinga (i paru innych ludzi - przy okazji) zdołał tylko jeden człowiek na świecie - Bogusław Bagsik. Właśnie w 2007 roku, podczas organizowania w katowickim "Spodku" pojedynku Andrzeja Gołoty z Tomaszem Adamkiem.
"- Twierdził pan, że Bogusław Bagsik winny jest panu jakieś pieniądze. Naprawdę?" - pytał Amerykanina dziennikarz "Super Expressu".
"- Tak - odpowiedział King. - Nie rozliczył się ze mną po ostatniej gali, którą współorganizowaliśmy w katowickim Spodku 9 czerwca.
- Ile konkretnie jest winny?
- Sporo, ale nie będę podawał dokładnej sumy. [Chodziło o siedemset tysięcy dolarów -przyp. aut.].
- Mniej czy więcej niż milion?
- Doceniam twój dziennikarski upór w wyciąganiu ode mnie tej informacji. Napisz więc, że daję Bagsikowi szansę i czas, by oddał mi pieniądze. Wiem, że opowiadając to, kompromituję go w Polsce. To przykre i wcale nie miałem takiego zamiaru, ale niestety taka jest prawda. Szkoda, że tak zakończyła się nasza współpraca, gdyż zorganizowaliśmy wspaniałe bokserskie widowisko".
W dalszej części rozmowy dziennikarz indagował Kinga, za co Bagsik jest mu dłużny pieniądze. Promotor wyjaśnił, że za organizację gali. Stwierdził też, że on sam wypełnił wszelkie zobowiązania finansowe wobec pięściarzy, chociaż Polak nie oddał mu nawet jednego grosza. "Ale mam nadzieję, że mi zapłaci" - dodał optymistycznie. "Czy mu wierzę - zastanowił się - Prosił, żebym dał mu szansę, więc dałem". Pytany, czy w tej sytuacji ma zamiar zorganizować w Polsce kolejne gale, odpowiedział: "Polska to jeden ze wspanialszych krajów na świecie i mam nadzieję, że kiedyś tam wrócę. Chciałbym promować Polskę w świecie, bo na to zasługuje. Ale poczekajmy. Niech Bagsik najpierw odda mi pieniądze"
***
Bernard Lawrence Madoff (ur. 29 kwietnia 1938 w Nowym Jorku, zm. 14 kwietnia 2021 w Butner) był amerykańskim finansistą żydowskiego pochodzenia, który 11 grudnia 2008 został aresztowany przez FBI, a 29 czerwca 2009 skazany na 150 lat więzienia za stworzenie piramidy finansowej, w której poszkodowanych zostało ok. 13,5 tysiąca indywidualnych inwestorów i organizacji. Łączne straty oszukanych są różnie szacowane - początkowo sądzono, że to nawet 65 miliardów dolarów, lecz z biegiem czasu te szacunki znacznie zmalały. Pierwszymi klientami byli bogaci Amerykanie żydowskiego pochodzenia należący do elitarnego klubu golfowego Palm Beach, którego Bernard był prominentnym członkiem. Stopniowo dołączali kolejni inwestorzy. Wielu było związanych z przemysłem filmowym, jak aktorzy Kevin Bacon i jego żona Kyra Sedgwick, John Malkovich, Zsa Zsa Gabor. Swoje pieniądze powierzały Madoffowi gwiazdy sportu (np. baseballista Sandy Koufax), polityki (senator Frank Lautenberg) i muzyki pop. Inwestowały elitarne wyższe uczelnie i fundacje charytatywne. Wśród ofiar znalazło się wielu wybitnych Żydów z diaspory, łącznie z laureatem Nagrody Nobla Eliem Wieslem, reżyserem Stevenem Spielbergiem i magnatem nieruchomości Mortimerem Zuckermanem. Co najdziwniejsze, wśród inwestorów funduszu Bernarda Madoffa znalazło się wiele szacownych banków i wyspecjalizowanych instytucji finansowych. Najdziwniejsze, bo zatrudniani przez nie fachowcy powinni znacznie wcześniej zorientować się, że są po prostu nabijani w butelkę. Fundusz miał charakter elitarny, a przystąpić można było do niego, wyłącznie mając odpowiednią rekomendację. Minimalna kwota inwestycji wynosiła 10 milionów dolarów.
Polskim Madoffem nazywano dotąd w mediach przede wszystkim Marcina Plichtę - właściciela Amber Gold. W rzeczywistości jednak chyba największe prawo do tego miana - choć oczywiście przyznanego ze sporym przymrużeniem oka - przysługuje Bogusławowi Bagsikowi, współkierującemu w latach 2005-2007 piramidą finansową znaną jako Digit Serve Ltd.
Digit Service miał być dla inwestorów synonimem złotego interesu i wielkiej forsy, a stał się kolejnym oszustwem. Półtorej setki osób, mamionych wizją krociowych zysków z rynku kontraktów walutowych (tzw. forex), zostało wystrychniętych na dudka i straciło w sumie blisko czterdzieści milionów złotych.
Myślały, że podpisują umowę z brytyjską firmą, której uczciwość miała zabezpieczać współpraca z jednym z największych polskich banków - BRE. Umowa gwarantowała zwrot całego zainwestowanego kapitału w każdej chwili i zapewniała, że Digit Service działa pod kontrolą Komisji Nadzoru Finansowego, zgodnie z obowiązującymi przepisami.
Zawarte z Digit Service umowy obiecywały klientom cotygodniową wypłatę - jeden procent zysku, co daje pięćdziesiąt dwa procent rocznie. Początkowo dotrzymywano zobowiązań. Jednak od połowy 2007 roku większość klientów nie otrzymała obiecanych pieniędzy. W zamian wysyłano do nich kolejne pisma tłumaczące zwłokę w wypłatach i podające wciąż nowe terminy spłaty. Większość z tych pism podpisał... Bogusław Bagsik.
Właścicielem Digit Service była szwajcarska firma CENG. Jej prezes Sławomir Kempa (obywatel szwajcarski, kojarzony z Peterem Voglem, bankierem szwajcarskim polskiego pochodzenia, oskarżonym przez Marka Dochnala o pomoc w praniu brudnych pieniędzy pochodzących z łapówek), zapewnił, że Bogusław Bagsik jedynie "doradza przy różnych sprawach". Na wizytówce, którą posługiwał się były szef Art-B, figurował jednak jako prezes CENG. Od sierpnia 2005 roku do września 2006 roku oficjalnym szefem tej firmy był Meir Bar, Izraelczyk, który - zdaniem wciąż ścigającej go listem gończym prokuratury - był ukrytym wspólnikiem Art-B. Zapewne zupełnym przypadkiem również, szefem CENG Polska był jeden z byłych dyrektorów Art-B, Maciej Głowiński.
Przy okazji słów kilka o Peterze Voglu, postaci kiedyś głośnej, a dziś już nieco zapomnianej. Peter Vogel, urodzony jako Piotr Filipczyński w 1954 roku w Warszawie, został skazany w 1971 roku na dwadzieścia pięć lat więzienia za zamordowanie kobiety na tle rabunkowym. Rada Państwa złagodziła mu wyrok do piętnastu lat, ale w 1979 roku wyszedł na wolność (przerwa w odbywaniu kary). Przyczynił się do tego jego ojciec, TW "Tadeusz" - Tadeusz Filipczyński, prominentny dyplomata w PRL. W roku 1983 (jeszcze w czasie stanu wojennego!) Piotr otrzymał paszport i wyjechał z Polski. Od 1987 roku był poszukiwany listem gończym. Mimo to (już jako Peter Vogel) w drugiej połowie lat 90. przebywał w Polsce, będąc częstym gościem Sejmu RP. Aresztowany w Szwajcarii w roku 1998, został przekazany do Polski. W 1999 roku został ułaskawiony w trybie nadzwyczajnym przez prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego. Pan prezydent tłumaczył się potem, że dopiero po fakcie dowiedział się o czynach Filipczyńskiego, a ułaskawił go tylko dlatego, że jego nazwisko znalazło się na liście ówczesnej prokurator generalnej Hanny Suchockiej.
A główny bohater tego opowiadania zapewnił uroczyście, że nie jest winny niczemu i że sam stracił na interesie ponad trzy i pół miliona złotych. 19 listopada 2007 roku w Dąbrowie Górniczej Bagsik osobiście uspokajał blisko trzydziestu pokrzywdzonych obywateli, podając kolejny "ostateczny" termin wypłaty pieniędzy, które miano uzyskać ze sprzedaży nieruchomości. Na spotkaniu tym pewien otoczony ochroniarzami klient o groźnym wyglądzie obiecał mu solennie:
- Jeśli kasa nie spłynie w obiecanym terminie, będzie to twoja ostatnia transakcja w życiu.
Według prokuratury oskarżeni w latach 2005-2007 oszukali około 170 osób, które zainwestowały łącznie ponad 33,5 miliona złotych. W październiku 2019 roku wyrokiem Warszawskiego Sądu Okręgowego Bagsik został skazany na karę sześciu lat więzienia i grzywnę 100 tysięcy złotych oraz zobowiązany do "naprawienia szkody uczynionej przestępstwem poprzez zwrócenie pokrzywdzonym pobranych kwot pieniędzy". (Proces w tej sprawie rozpoczął się na początku września 2017 roku). Wspólnik Bagsika, Maciej Głowiński, dostał rok w zawieszeniu na trzy lata. "Doszło do zbudowania piramidy finansowej. Ludziom obiecano kolosalny zwrot kapitału. Nazywa się to oszustwem" - powiedział w uzasadnieniu wyroku sędzia Mariusz Iwaszko.
Jak ujawnił 19 czerwca 2009 roku dziennik "Rzeczpospolita", Bagsik miał zlecić zabójstwo dziennikarza stacji TVN zbierającego materiały dotyczące spółki Digit Service.
"Powodem miał być wyemitowany w lutym materiał ujawniający rolę byłego szefa Art-B w aferze związanej z brytyjska firmą Digit Serve, która oszukała 130 osób na prawie 40 mln zł. Dziennikarz TVN sam zawiadomił organy ścigania. Skąd wiedział, że wydano na niego zlecenie? Z informacji gazety wynika, że do reportera dotarł mężczyzna, który twierdził, iż został wynajęty przez Bagsika, by go zlikwidować".
Jak dowiedziała się "Rzeczpospolita", podczas prowadzonego śledztwa informacje o rzekomym zleceniu wydanym przez Bagsika potwierdził niejaki Marek S., były pracownik Art.-B. "Słyszałem, że miał proponować jednemu człowiekowi 50 tys. euro za zlikwidowanie dziennikarza. Gdyby tego nie zrobił, przechwalał się, że przyjadą chłopaki z Mossadu i sami załatwią sprawę" - powiedział. Sam Bagsik natomiast uciął krótko dalsze indagacje dziennikarza "Rzepy" w tej materii: "Nie komentuję sprawy".
Nadal nie wyjaśniono wielu wątków politycznych towarzyszących sprawie Art-B. Spółka powstała w okresie przejściowym, między jednym a drugim systemem ustrojowym. Bagsik i Gąsiorowski dobrze orientowali się w ówczesnych układach. W firmie zatrudniali byłych wysokich działaczy PZPR, ale utrzymywali też kontakty z ludźmi nowej władzy. Do grona ich bliskich współpracowników należeli między innymi Jerzy Dziewulski (wtedy szef ochrony spółki, potem poseł SLD) i Marek Siwiec (wtedy redaktor naczelny tygodnika wydawanego przez Art-B, potem szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego). Krążyła wersja, że Bagsik i Gąsiorowski uciekli z Polski dzięki Maciejowi Zalewskiemu, ówczesnemu szefowi Biura Bezpieczeństwa Narodowego, współpracownikowi prezydenta Lecha Wałęsy. Sam Bagsik potwierdzał później tę informację. Sąd uniewinnił jednak Zalewskiego od zarzutów.
***
Do dziś nie wyjaśniono również, czy i ewentualnie jaką rolę Bogusław Bagsik odegrał w śmierci Ireneusza Sekuły...
Ostatnie miesiące życia Sekuły były jednym wielkim chaosem. Jeszcze w 1994 roku przeszedł wylew. Choć rodzina systematycznie woziła go na wizyty do Anina - był pod stałą opieką neurologa i neurochirurga - jego stan się pogarszał. Miał problemy z mową, proste czynności manualne sprawiały mu kłopot. Zawodziła koordynacja ruchów - dlatego pisał prawie wyłącznie na komputerze. Gdy choroba się nasilała, popadał w głęboką depresję. Kiedyś dusza towarzystwa, teraz z trudem mógł się w nim odnaleźć. Duża część dawnych kolegów unikała go, bo kojarzył się z kłopotami.
Przyjaciele Sekuły wspominali o długach i rozpaczliwej sytuacji finansowej, która zmuszała go do coraz gwałtowniejszego szukania pieniędzy. Bronisław K., doradca Sekuły w GUC, zeznał, że 1 lutego Sekuła "wezwał go w trybie alarmistycznym" na spotkanie w warszawskiej restauracji "Baszta". Na kartce podał mu wypisany wcześniej tekst: "Pomóż mi zdobyć 50 tys. USD do 8 lutego. Jeśli nie oddam, to mnie zastrzelą". Kartkę natychmiast podarł. K. najpierw z tego kpił, potem poradził, by Sekuła poszedł na policję. Zasugerował również pożyczkę pod hipotekę. Na żadne z tych rozwiązań zainteresowany nie przystał. Spotkanie się zakończyło.
Z zebranych relacji wynika, że Sekuła zwracał się kolejno do wielu zaprzyjaźnionych biznesmenów.
- Obiecywali, kazali mu się stawiać o określonej godzinie, a gdy on stawał pod głównymi drzwiami, oni wychodzili bocznymi.
W nocy z 22 na 23 marca jego żona i córka znalazły go nieprzytomnego w biurze przy ulicy Brackiej w Warszawie. Według ustaleń policji było to samobójstwo, Podobno strzelił sobie trzy razy w brzuch, z czego dwa razy celnie... W ciężkim stanie został przewieziony do szpitala MON na ulicę Szaserów, gdzie zmarł 29 kwietnia, nie odzyskawszy przytomności.
Świadek koronny w procesie Ryszarda Boguckiego i Mirosława Danielaka pseudonim "Malizna", Piotr W., zeznał po latach, iż o okolicznościach śmierci Sekuły miał usłyszeć w katowickim areszcie od Boguckiego:
"Malizna" z synem poszli do Sekuły, aby odzyskać pieniądze, które ten był winny "Pershingowi". Zaczęli straszyć Sekułę, że za pośrednictwem dziennikarzy ujawnią jego związki z gangsterem. Wywiązała się jakaś awantura, w czasie której Sekuła wyjął swoją broń. Wyrwali ją Sekule i oddali z niej trzy strzały w brzuch i klatkę piersiową".
Zeznania podobnej treści złożył inny świadek koronny, Jarosław Sokołowski, ksywa "Masa":
"Sekuła był winny Bogusławowi Bagsikowi milion dolarów jeszcze z początku lat 90. W wyegzekwowanie długu zaangażował się "Pershing" robiący wcześniej interesy z Sekułą. Gdy zginął w 1999 roku, dług przejęli Mirosław Danielak "Malizna" i jego syn. [...] Wyznaczyli Sekule bardzo krótki termin zwrotu długu i w ostatnim tygodniu życia Sekuła próbował od różnych osób gwałtownie pożyczać pieniądze. Znając ich metody działania, mogę przypuszczać, że wywierali duży nacisk na Sekułę".
Według relacji "Masy", przez wiele lat mafia pruszkowska utrzymywała bliskie powiązania z częścią polityków związanych z SLD, czerpiąc z tego realne korzyści. Początkowo dotyczyło to biznesu związanego z automatami do gier, później zaś rozwinęło się w kierunku wielomilionowych pożyczek. Kluczową postacią w tym procederze był Bogusław Bagsik, który działał jako swoisty pośrednik finansowy grupy przestępczej. To właśnie do niego po pieniądze zgłaszali się między innymi poseł Jerzy Dziewulski oraz Ireneusz Sekuła, pełniący funkcję wicepremiera w rządzie Mieczysława Rakowskiego.
Środki, które Bagsik przekazywał politykom, w dużej mierze pochodziły od jego znajomego, znanego gangstera Andrzeja Kolikowskiego, pseudonim "Pershing". Rolę łącznika pomiędzy mafią a światem polityki pełnili także inni ludzie - np. Wojciech P., który w połowie lat 90. był brany pod uwagę jako kandydat na ministra budownictwa, oraz biznesmen Dariusz W., odpowiedzialny za kontakty mafii z biznesem i politykami.
Prokuratura, mimo że pojawiały się wyraźne tropy wskazujące na udział osób z życia politycznego, miała koncentrować się wyłącznie na aspektach kryminalnych, całkowicie pomijając polityczne powiązania sprawy. Zeznający w tej sprawie świadek podkreślał, że śledczy unikali zadawania pytań dotyczących kontaktów mafii z politykami - wręcz bali się wchodzić w ten obszar.
"Pershing" miał też ujawnić, że w jego rękach znajdowała się lista przedsiębiorców zadłużonych wobec Bagsika, których zobowiązania zamierzał wyegzekwować. Zgodnie z jego relacją, niektórych dłużników nie dało się już dosięgnąć - przykładem był Jerzy Dziewulski, który miał zalegać na kwotę miliona dolarów i oficjalnie przyznał się do długu. Wśród innych wymienianych osób znajdowali się Ireneusz Sekuła, właściciel restauracji Bilbao, a także senator Aleksander Gawronik.
Jerzy Dziewulski o świadku koronnym Jarosławie Sokołowskim mówi krótko: "To śmieć. Gdybym go spotkał, udusiłbym skurwysyna gołymi rękami". Więcej Dziewulski mówi o swojej przyjaźni z Bogusławem Bagsikiem: "Nie wypieram się tej znajomości - to mój dobry kolega. Tak samo jak nie wypieram się, że pożyczyłem od niego kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Wątek ten sprawdzano w prokuraturze, gdzie ustalono, że oddałem Bagsikowi całą sumę, co do grosza".
Jeszcze inny świadek opowiadał, że dług wobec Bagsika miał wynosić dwa miliony dolarów, co Sekuła potwierdził podobno podpisanym wekslem. Przesłuchiwany w sprawie Bagsik stwierdził, że Sekuła pożyczał od niego pieniądze, ale znacznie mniejszą sumę, wiele lat wcześniej, i oddał w całości.
Zatrzymani przez policję członkowie gangu włamywaczy, tak zwani Karatecy, ujawnili dalsze, nieznane dotąd szczegóły stanu finansów Ireneusza Sekuły. Kilka lat wcześniej, złodzieje okradli dom należący do Wiesława Peciaka, pseudonim "Wicek". W jego sejfie odnaleźli podobno dokumentację potwierdzającą wierzytelności spółki Art-B oraz pełnomocnictwa umożliwiające ich windykację. Wśród nich znajdowały się również dokumenty obciążające Sekułę, a opiewające na kwoty rzędu miliona dolarów. Według nieformalnych ustaleń swój dług wobec Bogusława Bagsika były prezes "Polnipponu" spłacił najprawdopodobniej wspomnianym wyżej mieszkaniem w Alei Róż w Warszawie.
Wznowione w 2007 roku śledztwo nie dostarczyło niezbitych dowodów na to, aby Ireneuszowi Sekule ktoś pomógł przenieść się na tamten świat. Z akt pierwszego śledztwa w sprawie jego śmierci zginęły jednak ważne dowody, między innymi zdjęcia ran, dzięki którym można by odtworzyć, w jaki sposób Sekuła został postrzelony. W tajemniczych okolicznościach zniknęła też zawartość sejfu byłego szefa GUC. Wiadomo, że Sekuła trzymał w nim ważne dokumenty dotyczące swoich interesów. Uważano, że zawartość sejfu może wywołać polityczno-biznesowe trzęsienie ziemi. Prowadzący pierwsze śledztwo prokuratorzy nie zainteresowali się tym zupełnie. Sejf rozpruto dopiero siedem miesięcy po śmierci Sekuły. Okazało się wtedy, że jest pusty. Zniknęły wszystkie ważne papiery.
Prokuratura nie zleciła również badań śladów zebranych w biurze firmy "Prodexim", gdzie znaleziono rannego Ireneusza Sekułę, ani nie widziała konieczności zbadania zawartości jego komputera. Wygląda na to, iż komuś bardzo zależy na tym, by tajemnica śmierci byłego szefa GUC już na zawsze pozostała tajemnicą.
Nie ma żadnych informacji na temat tego, co porabia obecnie pan Bagsik. Zniknął z życia publicznego.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki