Dwupak. Podróż do wnętrza Ziemi. Wokół Księżyca - Jules Verne

Kup ebooka

5.04 zł
4.33 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

W niedzielę dnia 24 maja 1863 roku, stryj mój profesor Lidenbrock wracał pospiesznie do swego domku, oznaczonego Nr. 19 na Königstrasse, jednej z najdawniejszych ulic Hamburga.

Poczciwa Marta zlękła się zobaczywszy pana o niezwykłej porze, bo obiad dopiero co gotować się zaczął.

Co do mnie - powiedziałem sobie - jeśli mój stryj, najniecierpliwszy człowiek na kuli ziemskiej, jest głodnym, to on tu nam dom cały przewróci do góry nogami.

Marta uchylając nieśmiało drzwi jadalnego pokoju, z bojaźnią wybąknęła pytanie:

- Jakto! pan Lidenbrock już w domu?

- Tak jest, moja Marto ale obiad może jeszcze być niegotowym, bo niema drugiej godziny; wpół dopiero wybiło na wieży świętego Michała.

- A więc po cóż przyszedł?

- Zapewne nam to powie.

- Otóż on, ja uciekam; ale pan, panie Axel przekonaj go, że na obiad jeszcze nie czas.

To mówiąc, zacna Marta powróciła do swej kuchni.

Zostałem sam, ale anim myślał wdawać się w jakie przekonywanie człowieka zapalającego się i niecierpliwca. Już chciałem wymknąć się na górę do mego pokoju, gdy wtem zaskrzypiały drzwi od sieni; na starych drewnianych schodach rozległ się ciężki chód szanownego profesora, który też niebawem wszedł do mieszkania, a przebiegłszy prędko przez pokój jadalny, wpadł do swego gabinetu.

W przechodzie rzucił na stół swój szeroki kapelusz, ciężką laskę niecierpliwie postawił w kącie, a na mnie zawołał:

- Axel, choć ze mną!

Jeszczem się nie miał czasu opamiętać, a już profesor z największą niecierpliwością krzyczał:

- No jeszcześ to tam?

Wszedłem machinalnie do gabinetu mojego stryja,

Otto Lidenbrock nie był złym człowiekiem, ale jeśli się nie odmieni (o czem już wątpić można), to umrze strasznym oryginałem.

Był on profesorem w Johannaeum, gdzie wykładał kurs mineralogii. Na każdej lekcyi regularnie gniewał się ze dwa razy, nie dla tego żeby miał uczniów leniwych lub nieuważnych, nie chodziło mu też tak bardzo o postęp; profesorkę traktował on "subjektywnie" według wyrażenia niemieckich filozofów, dla siebie, a nie dla innych. Był to uczony egoista, studnia wiedzy, skrzypiąca strasznie za każdym razem, gdy z niej co wydobyć chciano - słowem, skąpiec swego rodzaju.

Takich profesorów, dość często w Niemczech napotkać można.

Na nieszczęście, stryj mój nie posiadał daru łatwego wysłowienia się, mianowicie gdy występował publicznie. Jestto niedostatek przykry nader dla człowieka przymuszonego częściej odzywać się wśród licznych zgromadzeń. Często się zdarzało, że podczas wykładu w Johannaeum, profesor zaciął się, szukając zbuntowanego wyrazu, który nie chciał mu przyjść na wargi; jąkał się, męczył, a w końcu pod nosem wybąknął krótkie przekleństwo. Ztąd pochodziło gniewliwe jego usposobienie.

W mineralogii mnóstwo się napotyka nazw nawpół greckich, nawpół łacińskich, trudnych do wymówienia. Nie chcę dyskredytować tej nauki, ani też kogo do niej zniechęcać, Boże mię zachowaj! lecz przekonany jestem, że najwprawniejszy nawet język, zatnie się nieraz przy wymienieniu krystalizacyj rhomboedrycznych, żywic retinoasfaltowych, genelitów, fangasitów, molibdanów ołowiu, tungstanów manganezu i tytanjanów cyrkony.

Zresztą, miasto całe znało doskonale tę drobną ułomność mojego stryja, a słuchacze jego z góry wiedzieli, w którem miejscu szanowny profesor zapomni języka w ustach; czekali na to, śmieli się z jego kłopotu i przyprowadzali go przez to do największej pasyi, co nawet na Niemców jest nieprzyzwoite.

Jeżeli więc był zawsze napływ słuchaczy na lekcyach Lidenbrocka, jakżeż pilnie uczęszczali na nie ci, którzy przychodzili głównie w celu naśmiania się z gniewów profesora.

Cokolwiekbądź, przyznać jednak potrzeba koniecznie, że stryj mój był prawdziwie uczonym człowiekiem. Prawda, że często niszczył i łamał swe okazy, nieuważnie i niecierpliwie ich próbując, przy tem wszystkiem jednak był i genialnym geologiem, i wybornym a wprawnym mineralogiem. Mając przed sobą młotek, sztyft stalowy, igłę magnesową, metalową dmuchawkę i flaszeczkę z kwasem saletrzanym, był co się nazywa w swoim żywiole. Minerał każdy z łomliwości jego, z twardości, z pozoru, z topliwości lub zapachu, rozpoznawał od razu i bez wahania zaliczał do jednego z sześciuset znanych dotąd nauce rodzajów.

I nic też dziwnego, że nazwisko profesora Lidenbrocka zaszczytnie znane i powtarzane było w gimnazyach i wszystkich towarzystwach uczonych całego kraju. Znakomici mężowie, jak Humphry Davy, Humboldt, oraz kapitan Franklin i Sabine, mieli sobie za obowiązek odwiedzić go w czasie swego przez Hamburg przejazdu, a Becquerel, Ebelmen, Brewster, Dumas i Milne-Edwards, często w najtrudniejszych kwestyach chemicznych rad jego zasięgali. Nauka też ważne mu zawdzięcza odkrycia; a w 1855 roku, w Lipsku ukazał się nawet na widok publiczny "Traktat krystallografii transcendentalnej" napisany przez profesora Ottona Lidenbrocka, wielka in folio, z licznemi tablicami księga, która pomimo to nie zwróciła nakładcy kosztów wydania.

Wobec takiej to figury, znajdowałem się w tej chwili. Wyobraźcie sobie człowieka chudego, wysokiego, z żelaznem zdrowiem, z włosami blond, które mu na pierwszy rzut oka, z jaki dziesiątek lat odejmowały od jego pięćdziesiątki. Oczy jego ruchliwe, wciąż biegały poza ogromnemi okularami; nos długi i cienki podobny był do klingi wyostrzonej. Złośliwcy rozpuszczali nawet pogłoskę, że nos szanownego profesora był namagnesowany tak, że przyciągał do siebie opiłki żelazne; ale upewnić was mogę czytelnicy, że to było czystem oszczerstwem. Znam doskonale nos mojego stryjaszka i wiem dokładnie, że oprócz ogromnej dozy tabaki nic innego do siebie nie przyciąga.

Gdy dodam w końcu, że profesor Lidenbrock, półsążniowe stawiał kroki, a idąc trzymał pięście szczelnie zaciśnięte - co jest niezawodnym znakiem niecierpliwego usposobienia, sądzę że po tym opisie każdy go poznał od razu, choć może nie wszyscy radziby szukać jego towarzystwa.

Mieszkał on - jak to już wyżej powiedziałem - na Königstrasse, we własnym domku nawpół z drzewa, nawpół z cegły zbudowanym, którego front wychodził na jeden z owych krętych kanałów, których mnóstwo krzyżuje się w jednej z najdawniejszych dzielnic Hamburga, niedotkniętej pożarem 1862 roku.

Domek pochylał się już nieco od starości, a dach na nim był zbakierowany. jak czapka na głowie studenta z Tugendbundu; cała powierzchowność jego wiele do życzenia pozostawiała, ale przy tem wszystkiem nieźle jeszcze wyglądał, a nawet nieco ozdoby dawał mu stary wiąz szeroko rozpościerający swe gałęzie, który wpuszczał na wiosnę swe kwieciste paczki w szyby u okien.

Stryj mój dość był bogatym, jak na profesora niemieckiego. W domu który ze wszystkiemi przynależytościami jego był własnością, przebywała chrzestna jego córka, milutka siedmnastoletnia Graüben, poczciwa stara Marta i ja, który w charakterze synowca i sieroty, zostałem pomocnikiem jego, jako preparator przy robieniu doświadczeń.

Przyznać się muszę, że z gustem i zamiłowaniem oddawałem się nauce geologii; w żyłach moich płynęła krew mineraloga, i nigdym się nie znudził w towarzystwie moich ukochanych kamyków.

W ogóle można było swobodnym być i szczęśliwym w domku na Königstrasse, pomimo niecierpliwości jego właściciela, który kochał mnie bardzo, choć często szorstko się ze mną obchodził. Lecz cóż on temu był winien, że czekać całkiem nie umiał, że zawsze mu było pilno?

Kiedy naprzykład w kwietniu zasadził w doniczkach swego salonu rezedę, lub inny jaki kwiateczek, to codzień rano przychodził pociągać listki, chcąc przez to wzrost ich przyśpieszyć.

Z takim oryginałem nie było co żartować i słuchać go koniecznie było potrzeba; wszedłem prędko do gabinetu profesora.

Rozdział 2

Gabinet ten był prawdziwem muzeum. Wszystkie okazy państwa kopalnego znajdowały się tam ułożone i opatrzone etykietami w największym porządku, odpowiednio do trzech podziałów minerałów, na niepalne, metaliczne i kamienie.

Jakżeżto ja się doskonale znałem z całą tą kolekcyą! Ileż to razy, zamiast iść bawić się z chłopcami mojego wieku, wolałem czyścić okurzać i porządkować te grafity, antracyty, węgle, lignity, torfy, smółki, żywice i sole organiczne, tak niecierpiące najmniejszego pyłu; i te metale od żelaza do złota, których wartość względna, niknęła wobec absolutnej równości okazów naukowych; i wszystkie te kamienie nareszcie, które wystarczyłyby do całkowitego odbudowania naszego domku na Königstrasse. nawet z dodaniem jednego więcej pokoiku dla mnie. któryby mi się tak był przydał.

Lecz wchodząc do gabinetu nie myślałem bynajmniej o tych cudach; stryj zajmował mnie wyłącznie w tej chwili. Siedział on w szerokim fotelu, pokrytym aksamitem utrechtskim, trzymająca w ręku książkę, na którą spoglądał z niemem uwielbieniem.

- Ach co za książka! co za książka! - wołał.

Wykrzyknik ten przypomniał mi, że profesor Lidenbrock w wolnych od zajęć chwilach, był także i bibliomanem; lecz książka, lub stary jaki szpargał wtedy dopiero miały wartość dla niego, kiedy były albo bardzo trudne do znalezienia, albo też całkiem nieczytelne.

- A więc - rzekł do mnie - czyż nie widzisz? ależ to ja odkryłem skarb nieoceniony, szperając dziś rano w sklepiku żyda Heveliusa.

- Pyszna! - odpowiedziałem z wyraźnie nakazanym zapałem.

W rzeczy samej, nie miałem bynajmniej ochoty zapałać się do jakiegoś tam starego rupiecia in quarto, którego grzbiet i boki oprawne były w grubą cielęcą skórę, a wyżółkłe karty przełożone wypłowiałą i bezbarwna zakładką.

Szanowny profesor nie przestawał tymczasem głośno podziwiać swego nabytku.

- Patrz - mówił, rozmawiając sam z sobą - patrz jakie to piękne! Prawda że cudowne? A co za oprawa! A z jaką otwiera się i zamyka łatwością! Co za pyszna oprawa, kiedy po siedmiuset latach istnienia, ani jednego nie widać pęknięcia! Jestem pewny, że najsłynniejsi introligatorzy, jak Bozerian, Closs lub Purgold, chętnieby się do tej roboty przyznali.

Tak rozmawiając, stryj mój otwierał i zamykał książkę z radością studenta; wypadało mi zapytać o treść tego szacownego dzieła, choć jeśli mam prawdę wyznać, nie bardzo tego byłem ciekawy.

- A jakiż jest tytuł tego cudownego woluminu? - spytałem nieśmiało, udając zajęcie.

- Dzieło to - odrzekł mi stryj z zapałem - jest Heims - Kringla, przez Snorre Turlesona, słynnego w XII-tym wieku autora Islandzkiego; jestto kronika królów Norwegskich, panujących w Islandyi.

- Czy być może? - zawołałem, siląc się na udawanie - i zapewne jest to tłomaczenie na język niemiecki?

- Maszże tobie - wrzasnął profesor - tłomaczenie! a cóżbym ja robił z twojem tłomaczeniem! Ktoby tam dbał o tłomaczenie! To jest utwór oryginalny w języku islandzkim, owem pysznem narzeczu, tak bogatem i prostem zarazem, które i najrozmaitsze kombinacye gramatyczne i rozliczne odmiany słów posiada.

- Tak samo jak i język niemiecki - wtrąciłem z niejaką dumą.

- Tak - odpowiedział stryj, wzruszając ramionami - z tą tylko wszakże różnicą, że język islandzki posiada trzy rodzaje jak grecki, a deklinuje imiona własne jak łaciński.

- A druk tej książki - znowu zapytałem, zaczynając się naprawdę wstydzić swojej obojętności - czy ładny i wyraźny.

- Druk! a któż ci tu o druku powiedział, szalony dzieciaku! Druk mu przyszedł do głowy! On myśli że to drukowana książczyna! Ależ nieuku, to jest rękopism i do tego rękopism runiczny!

- Runiczny?

- Tak, runiczny! teraz mi się spytasz zapewne o znaczenie tego wyrazu.

- Bynajmniej - odpowiedziałem tonem człowieka obrażonego w swojej miłości własnej.

Stryj nie zważając na to, począł mi objaśniać i tłomaczyć rzeczy, których wcale nie byłem ciekawy.

- Runa - mówił mi - są to głoski pisma niegdyś na Islandyi używanego, a według tradycyi, przez Odina samego wynalezione. Masz tu oto, przypatrz się i podziwiaj te typy, wyszłe z wyobraźni samego bóstwa.

Zamiast odpowiedzi, schyliłem głowę z uszanowaniem, gdy wtem wypadek niespodziany, zmienił nagle tok naszej rozmowy.

Ze starej księgi wypadł na ziemię kawał brudnego i zaplamionego pargaminu.

Stryj mój chciwie schwycił to cacko. Stary jakiś dokument, od niepamiętnych może czasów zamknięty w zapleśniałej księdze, musiał koniecznie ogromną mieć wartość w jego oczach.

- Co to jest? - zawołał i w tejże chwili starannie rozwinął na stoliku kawałek pargaminu, długi na pięć a szeroki na trzy cale, na którym w liniach poprzecznych wpisane były tajemnicze głoski runa.

Oto jest dokładna podobizna tych cudacznych znaków, które tu podaję dla tego, że one doprowadziły profesora Lidenbrock'a i jego synowca, do najdziwaczniejszego może w XIX-tym wieku przedsięwzięcia.

Profesor przez chwilę z wielka uwagą przypatrywał się tym znakom, nareszcie podnosząc okulary rzekł:

- Tak, to są runa podobne zupełnie do tych, jakie są w rękopiśmie Snorre Turlesona. Lecz co one mogą znaczyć?

Ponieważ miałem to przekonanie, że runa wymyślili uczeni dla mistyfikowania poczciwych ludzi, nie bardzo więc dziwiłem się, że stryj ich nie rozumiał, o czem przynajmniej wnosić mogłem z konwulsyjnego ruchu jego palców.

- Jest to jednakże stary islandzki język - mruczał przez zęby.

A profesor Lidenbrock musiał się dobrze znać na tem, bo uchodził za prawdziwego polyglottę. Nie mówił wprawdzie dwoma tysiącami języków i czterema tysiącami narzeczy znanych i używanych na kuli ziemskiej, ale jednak umiał ich dość, jak na jednego człowieka.

Trudność świeżo napotkana, obudziła w nim całą gwałtowność charakteru, i już przewidywałem burzę, gdy w tem zegar na kominku stojący wybił drugą godzinę, a poczciwa Marta uchyliła drzwi do gabinetu, donosząc że zupa już na stole.

- Idź do dyabła z twoją, zupą! - wrzasnął profesor.

Marta uciekła, ja wybiegłem za nią i nie wiem już jakim sposobem znalazłem się na zwykłem mojem miejscu, w jadalnym pokoju.

Czekałem przez chwilę - profesor nie przychodził. Pierwszy to raz od czasu jak go znałem, chybił zwyczaju. A jednak przyznać muszę, że obiad był wyborny; zupa z włoszczyzny, omlet na szynce ze szczawiem duszonym, cielęcina z kompotem śliwkowym, na deser krewetki (małe raki morskie) i buteleczka wybornego Mozelu.

Kosztem takich to delicyi, stryj mój cieszył się zbutwiałym swoim szpargałem. Ja zaś, jako przywiązany synowiec, uważałem za święty obowiązek zjeść za niego i za siebie, co też i najsumienniej spełniłem.

- Jeszczem też tego doprawdy nie widziała, mruczała poczciwa Marta, żeby pan Lidenbrock nie siedział przy obiedzie.

- To trudne do uwierzenia! nieprawdaż, dobra Marto?

- I to jest przepowiednią ważnego jakiegoś wypadku - mówiła staruszka potrząsając głową.

Według mego przekonania, cały ten wypadek nie zapowiadał nic, prócz może jakiej sceny okropnej, gdy stryj dowie się że obiad jego został przez kogo innego zjedzonym.

Ostatniego właśnie dogryzałem raka, gdy silny głos stryja przerwał mi ucztę. Jednym susem od stołu przeskoczyłem do gabinetu pana Lidenbrock.

Wstęp

W roku 186... świat naukowy został zaciekawiony pewnym projektem, jakiego przykładu nie odnajdziesz w rocznikach naukowych. Członkowie klubu puszkarskiego, który powstał w Baltimore po ukończeniu wojny amerykańskiej, powzięli zamiar urządzenia komunikacyi z księżycem - tak, z księżycem - za pomocą wyrzuconej nań kuli. Prezes Barbicane, inicyator przedsięwzięcia, zasiągnąwszy w tej sprawie rady astronomów obserwatoryum w Cambridge, którzy uznali projekt za wykonalny, zajął się niebawem przygotowaniami do tego nadzwyczajnego przedsięwzięcia. Ogłosił subskrypcyę publiczną, która w tym kraju, przepadającym za nadzwyczajnościami, dała około 30.000.000 franków.

Według memoryału, zredagowanego przez członków obserwatoryum, armata przeznaczona do wyrzucenia kuli, miała być ustawioną w kraju, położonym pomiędzy 0 i 28° szerokości północnej lub południowej tak, aby celowała do księżyca w zenicie. Kula miała posiadać szybkość początkową 12.000 yardów na sekundę. Wyrzucona w dniu 1 grudnia wieczorem, o godzinie 11 bez 13 minut i 20 sekund, miała dojść do księżyca 5 grudnia, o samej północy, w chwili, gdy ten byłby w swem perigeum, to jest, w najbliższej odległości od ziemi, bo oddalony od niej tylko na 86410 mil.

Wybitniejsi członkowie Klubu puszkarskiego: prezes Barbicane, major Elphiston, sekretarz J. T. Maston i inni uczeni odbyli sporo posiedzeń, na których rozpatrywano kształt i skład kuli, ustawienie i rodzaj działa, oraz jakość i ilość prochu, którego użyć należy. Postanowiono: 1° że pocisk będzie aluminiowy, w kształcie granata, mającego 108 cali średnicy, a 12 cali grubości w ścianach, ważyć ma 19.250 funtów; 2° że armatą będzie kolumbiada z lanego żelaza, długa na 900 stóp, która ma być ulana wprost w ziemi; 3° że nabój stanowić będzie 400.000 funtów bawełny piorunującej, która, wywiązując 6 miliardów litrów gazu pod pociskiem, zaniesie go z łatwością na księżyc.

Po rozstrzygnięciu tych kwestyi, prezes Barbicane przy pomocy inżyniera Murchisona wybrał miejsce na Florydzie pod 27° 7' szerokości północnej, a 5° 7' długości zachodniej, - i w tem to miejscu po licznych, nadzwyczajnych przygotowaniach, udało się odlać kolumbiadę z zupełnem powodzeniem.

Tak stały rzeczy, gdy wydarzył się wypadek, który jeszcze zwiększył zainteresowanie się tem przedsięwzięciem, i tak już bardzo głośnem.

Jakiś francuz, paryżanin, fantastyk, artysta, zażądał, aby go zamknięto w kuli, gdyż pragnął dostać się na księżyc i zbadać tego satelitę ziemi. Odważny ten awanturnik nazywał się Michał Ardan. Przybył on do Ameryki, gdzie go przyjęto z zapałem; urządzano dlań meetingi, obnoszono w tryumfie. Udało mu się pogodzić prezesa Barbicana ze śmiertelnym jego wrogiem kapitanem Nicholl, a dla utrwalenia tej zgody namówił ich, aby z nim wsiedli do kuli.

Propozycyę jego przyjęto. Zmieniono wtedy kształt kuli na cylindrowo-stożkowy. Zaopatrzono ten wagon powietrzny dużemi sprężynami i przegrodami, które miały zniweczyć siłę odbicia się w chwili wystrzału, oraz żywnością na rok, wodą na parę miesięcy i gazem na kilka dni. Aparat automatyczny miał wytwarzać i dostarczać powietrze potrzebne do oddychania dla trzech podróżnych. Jednocześnie Klub polecił na jednym z najwyższych wierzchołków Gór Skalistych zbudować olbrzymi teleskop dla śledzenia biegu pocisku na całej przestrzeni powietrznej. Wszystko było przygotowane.

Dnia 30 listopada, o naznaczonej godzinie, wobec olbrzymiego napływu ciekawych, puszczono pocisk i po raz pierwszy trzech ludzi, opuszczając kulę ziemską, puściło się w przestrzenie międzyplanetarne, z przeświadczeniem, iż przybędą do zamierzonego celu

Ci odważni podróżnicy: Michał Ardan, prezes Barbicane i kapitan Nicholl mieli przebyć swą drogę w 97 godzinach, 13 minutach i 20 sekundach. Przybycie ich na powierzchnię tarczy księżycowej musiało nastąpić 5 grudnia o północy, gdy księżyc był w pełni, a nie 4, jak to zapowiedziały niektóre gazety, źle poinformowane.

Nikt wszakże nie przewidział, że wystrzał kolumbiady sprawi takie wstrząśnienie atmosfery ziemskiej i nagromadzi tak ogromną ilość dymu, że ten na kilka nocy zakryje księżyc przed oczami ciekawych - co wywołało nadzwyczajne oburzenie.

Pan J. T. Maston, przyjaciel trzech podróżników, pojechał do Gór Skalistych w towarzystwie pana J. Belfasta, dyrektora obserwatoryum w Cambridge, i przybył do stacyi Long's Peak, gdzie znajdował się teleskop, zbliżający księżyc na odległość dwóch mil. Sekretarz Klubu puszkarskiego pragnął własnemi oczami śledzić swych odważnych przyjaciół. Skutkiem nagromadzenia chmur w atmosferze, nie można było robić żadnych spostrzeżeń w ciągu dni od 5 do 10 grudnia. Przypuszczano nawet, że wypadnie zaniechać obserwacyj aż do 3 stycznia roku przyszłego, bo 11-go księżyc wstępował w ostatnią kwadrę; przedstawiał więc ziemi tak małą tylko część swej tarczy, iż niepodobna było na niej śledzić pocisku.

Nareszcie ku zadowoleniu ogólnemu, silna burza oczyściła atmosferę w nocy z 11 na 12 grudnia, a księżyc napół oświecony zajaśniał na czarnem tle nieba.

Tejże nocy J. T. Maston i Belfast wysłali z Long's Peak telegram do członków obserwatoryum w Cambridge.

Donosili oni, iż 11 grudnia, o godzinie 8 minut 47 wieczorem, pocisk wyrzucony przez kolumbiadę w Stone's Hill, zauważony został przez pp. Belfasta i J. T. Mastona; - iż pocisk sprowadzony z drogi, nie dosięgnął celu, lecz przeszedł dość blizko niego, aby być zatrzymany siłą przyciągającą księżyca; iż bieg pocisku prosty, zamienił się na krążący, i że wtedy wciągnięty w bieg eliptyczny naokoło księżyca, stał się jego satelitą.

Telegram doniósł nadto, iż pochodu tej nowej gwiazdy nie można jeszcze obracho-wać, bo dla oznaczenia go należy gwiazdę trzykrotnie i z trzech różnych obserwować pozycyi. Dalej stwierdzał, że odległość pomiędzy pociskiem a powierzchnią księżyca "mogła" wynosić około 2.833 mil.

Wreszcie telegram zawierał następujące dwa przypuszczenia: albo siła przyciągająca księżyca pochwyci go nakoniec i podróżnicy dojdą do zamierzonego celu; albo ten pocisk, utrzymywany w kręgu niezmiennym, krążyć będzie naokoło tarczy słonecznej do nieskończoności.

Wobec takich ostateczności, jakiż los oczekiwał podróżników? Mieli oni żywność na czas pewien, to prawda; ale, przypuściwszy nawet, iż im się uda śmiałe ich przedsięwzięcie, jakim sposobem powrócą? Czy kiedykolwiek powrócą? Czy będą o nich jakieś wiadomości. Takie pytania roztrząsane przez najwybitniejszych uczonych, rozbudziły ciekawość ogółu do najwyższego stopnia.

Uważamy tu za właściwe zrobić uwagę, nad którą panowie obserwatorowie zbyt niecierpliwi powinni się byli zastanowić. Uczony, zapowiadając publiczne odkrycie, oparte jedynie na teoryi, winien postępować bardzo ostrożnie. Nikogo nie zmusza się do odkrywania planet, komet lub satelitów; kto się więc myli w takich razach, słusznie bywa przez tłum wyśmianym. Lepiej było poczekać rezultatu - i tak właśnie uczynić należało panu J. T. Maston, zanim ogłosił.ów telegram, wedle którego osiągnięto mniemane rozwiązanie przedsięwzięcia.

I w rzeczy samej, telegram ten zawierał dwa błędy, jak to później sprawdzono: 1° obserwacyjny, co do odległości pocisku od powierzchni księżyca, bo tego nie można było dostrzedz w dniu 11 grudnia; i 2° teoretyczny w przypuszczeniach nad przyszłym losem pocisku, bo czyniąc go satelitą księżyca, stawał w sprzeczności z prawami mechaniki racyonalnej.

Jedno tylko przypuszczenie obserwatorów z Long's-Peak było możliwe, mianowicie, że podróżnicy, jeśli istnieli jeszcze, wspierani siłą przyciągającą księżyca, dostać się mogą na powierzchnię jego tarczy.

Otóż ci ludzie, zarówno inteligentni, jak odważni, wytrzymali straszne wstrząśnienie odbicia się przy wystrzale, i właśnie podróż ich ze wszystkiemi najdramatyczniejszymi i najbardziej zadziwiającymi szczegółami, ma być treścią niniejszego opowiadania.