Mobilizacja
Noc z 25 na 26 sierpnia 1939 roku była duszna i upalna. Fiat-508
prowadzony wprawną ręką kpr. Józefa Sadłeckiego mknął pustą szosą w stronę Szczercowa. Jego pasażer, kapitan broni pancernej Tadeusz
Witanowski, od niedawna dowódca 41 kompanii czołgów rozpoznawczych,
spieszył, ażeby zameldować się u dowódcy 30 dywizji piechoty, do której
jego oddział został przydzielony. Po drodze w myślach rekapitulował
ostatnie wydarzenia...
Około godziny czwartej nad ranem 24 sierpnia oficer służbowy 10
batalionu pancernego w Łodzi odebrał pilny telefon. Dzwonił oficer ze
sztabu Dowództwa Okręgu Korpusu IV. Chciał rozmawiać z dowódcą
batalionu. Ppłk Michał Piwoszczuk, który od czasu zarządzonego przed
dwoma dniami stanu czuwania nocował na miejscu w koszarach, podchodzi do
telefonu. Po krótkiej wymianie zdań odkłada słuchawkę. Poleca oficerowi
służbowemu ogłosić alarm w batalionie oraz wezwać całą kadrę do koszar.
Do dalej mieszkających wyjeżdżają samochody i gońcy na motocyklach.
W kancelarii oficera mobilizacyjnego zarządzona zostaje krótka odprawa.
Dowódca batalionu informuje zebranych o ogłoszeniu mobilizacji, jeszcze
nie powszechnej, lecz tylko alarmowej na imienne karty powołania.
- Nasz batalion - mówi ppłk Piwoszczuk - wystawia dla armii "Łódź" dwie
kompanie czołgów rozpoznawczych, czterdziestą pierwszą i czterdziestą
drugą, ponadto czterdziesty pierwszy stały park broni pancernej, kolumnę
samochodów osobowych o tym samym numerze, cztery kolumny samochodów
ciężarowych i dwie sanitarnych. W dalszej kolejności formowane będą
krajowe kolumny samochodowe dla potrzeb naszego DOK. Początek
mobilizacji, czyli godzinę "A", ustalam na szóstą zero zero. Po odprawie
każdy z panów otrzyma teczkę "mob" z dokładnym rozpisaniem czynności.
Pytania są?
Nikt z obecnych nie zabrał głosu.
- A zatem wszystko jasne - skwitował tę ciszę dowódca batalionu. - Ze
swej strony chciałbym jeszcze dodać, że pod nieobecność kapitana
Witanowskiego, który lada chwila powinien wrócić z kursu w Rembertowie,
pan porucznik Hermiczek zajmie się mobilizacją czterdziestej pierwszej
kompanii. W ciągu jednej doby musi być zorganizowana.
Już po chwili por. Zygmunt Hermiczek, przewidziany na dowódcę plutonu
techniczno-gospodarczego, pokwitował odbiór teczki z napisem: "41
kompania czołgów rozpoznawczych TK". Na kilku pierwszych stronach
zawarty był etat tego niewielkiego oddziału. W jego skład miał wchodzić
poczet dowódcy z gońcami motocyklowymi, drużyną łączności i sekcją
pionierów. Razem: 1 oficer, 7 podoficerów i 21 szeregowych, 1 czołg
(dowódcy kompanii), 1 samochód osobowo-terenowy, 2 samochody z radiostacjami N2, furgonetka i 4 motocykle. W członie bojowym kompanii
znajdowały się dwa plutony czołgów TK, w każdym: 1 oficer, 7
podoficerów i 7 szeregowych oraz 6 tankietek, 1 motocykl i 1 przyczepa
towarzysząca. Ostatnim pododdziałem był pluton techniczno-gospodarczy,
złożony z drużyny technicznej, drużyny gospodarczej, załóg zapasowych i taboru. Łącznie: 1 oficer, 13 podoficerów, 18 szeregowych, 5 samochodów
ciężarowych, warsztat samochodowy, cysterna, motocykl, transporter
czołgów, 2 przyczepy paliwowe i kuchnia połowa. Razem w zmobilizowanej
kompanii miało być: 4 oficerów, 34 podoficerów, 53 szeregowych, 13
czołgów TK, 12 samochodów różnego przeznaczenia i 7 motocykli. Oddział
był zatem niewielki, ale o nieźle rozwiniętej strukturze wewnętrznej,
dostosowanej do jego przyszłych zadań w polu.
Z zawartych w teczce zestawień wynikało, że czołgi TK-3 dostarczy
kompania szkolna, część samochodów i motocykli pochodzić będzie z zapasu
mobilizacyjnego, reszta z bieżącego użytku. Skład osobowy oddziału miał
być wystawiony przez kompanię szkolną i starszy rocznik kompanii
pancernej, liczba powoływanych rezerwistów była niewielka i wyznaczono
im miejsce w rzucie kołowym. Stanowiska dowódców czołgów i kierowców
mieli objąć podoficerowie i szeregowi służby czynnej, nie licząc kilku
podchorążych rezerwy.
Zarządzona mobilizacja przebiegała sprawnie, bez ponagleń i nerwowego
pośpiechu. Tabela czynności dokładnie precyzowała, co i w jakiej
kolejności należy robić, toteż wszystko potoczyło się gładko. Gdy pod
koniec dnia przyjechał z Warszawy kpt. Witanowski, kompania osiągnęła
przewidziany etatem stan ludzi, uzbrojenia i sprzętu, o czym zameldował
mu por. Hermiczek.
Obaj udali się do kasyna na późną kolację. O tej porze panowały tam
zwykle pustki, ale tego dnia sala huczała. Oficerowie dzielili się
spostrzeżeniami z przeprowadzonej właśnie mobilizacji, zadania
odpowiedzialnego, i głośno snuli rozważania na jeden w istocie temat:
wojna czy pokój? Zdania były podzielone, polemiki gorące, nikt jednak
nie mógł być pewny, czy jego racje są słuszne.
Inny problem trapił ppor. rez. inż. Stanisława Trojanowskiego, w cywilu
pracownika Szefostwa Budownictwa DOK IV w Łodzi, a od kilku zaledwie
godzin nowo mianowanego dowódcę 2 plutonu 41 kompanii. Przez kilka lat z przydziału mobilizacyjnego figurował na etacie 2 batalionu pancernego w Żurawicy i tam, powoływany parokrotnie na ćwiczenia, zapoznał się z lekkimi czołgami Vickers, a także polskimi 7 TP, które były ich
zmodernizowanym odpowiednikiem. Gdy z kartą powołania meldował się u por. Hermiczeka, nie oczekiwał wprawdzie, że jego pluton otrzyma takie
wozy, ale liczył przynajmniej na sprzęt pod każdym względem sprawny,
może nawet prosto ze składnicy, z zapasem części zamiennych. W Żurawicy
mówiło się po cichu o jakichś prototypach czołgów, społeczeństwo nie
szczędziło darowizn na Fundusz Obrony Narodowej, wytwórnie pracowały
ponoć na pełnych obrotach. Wszystko razem wzięte zdawało się wskazywać,
że nie będzie tak źle i mobilizacja ujawni niejedną tajemnicę, a tymczasem...
Tymczasem ku swemu zaskoczeniu musiał pokwitować odbiór sześciu
ćwiczebnych tankietek, mocno już wyeksploatowanych po kilku latach
służby. Od biedy kwalifikowały się jeszcze do szkolenia, ale wojna to
nie manewry z umownym nieprzyjacielem. Jaka rola przypadnie tym
liliputom, słabo opancerzonym i uzbrojonym w jeden tylko karabin
maszynowy? Kto i jak zapewni im sprawność marszową, skoro są po
przebiegu międzynaprawczym?
- No cóż, chwyta pan byka za rogi - odpowiedział Hermiczek, gdy
Trojanowski zadał mu te kłopotliwe pytania. - Nasze wozy po letnich
manewrach faktycznie nie są w najlepszym stanie, w kompanii szkolnej
nigdy zresztą nie były oszczędzane. Odczuwamy brak części i podzespołów,
bo ten typ od kilku lat nie jest już produkowany, podobnie jak czołgi
TKS. Nowego sprzętu jakoś nie widać, więc w tej sytuacji musimy radzić
sobie sami. Warsztatowcy zrobią na pewno wszystko, co będzie możliwe.
Do rozmowy wtrącił się siedzący obok kpt. Maciej Grabowski, dowódca 42
kompanii:
- U mnie też nie jest za dobrze, mam takie same kłopoty. Nie budzą obaw
samochody i motocykle, ale nie mogę tego powiedzieć o czołgach. Ich
silniki i skrzynie biegów są już w takim stanie, że powinny być
wymienione. Nowych nikt mi jednak nie obiecuje. Wszystkie załogi pracują
przy regulacji zawieszenia i cała nadzieja w tym, że zdążą przed
wymarszem. Porucznik Makiełko w pierwszym plutonie ma niekompletną
przyczepę towarzyszącą, w drugim plutonie jest ona na razie pusta. Nie
otrzymał pełnego wyposażenia pluton techniczno-gospodarczy...
- Pora chyba skończyć tę dyskusję - przerwał mu kpt. Witanowski. -
Mobilizacja to jeszcze nie wojna. Zrobiliśmy swoje, a co będzie dalej,
tego nikt nie wie. Trzeba mieć mocne nerwy i wierzyć, że nasze dowództwo
trzyma rękę na pulsie. Wiem o wszystkich brakach kompanii, nie mamy pod
dostatkiem sprawnego sprzętu, ale pierwszy transport francuskich czołgów
lekkich jest już w Łucku. Nadejdą niewątpliwie następne w najbliższym
czasie, więc nie traćmy nadziei, że wszystko się jakoś ułoży. Sami nie
będziemy walczyć, mamy potężnych sojuszników, którzy pomogą. Niemców
czeka wojna na dwa fronty.
Następnego dnia o 4.30 dwie zmobilizowane kompanie stanęły na placu
koszarowym do złożenia przysięgi. Dobrze prezentowali się strzelcy
pancerni w stalowych hełmach wzoru francuskiego ze skórzanym
amortyzatorem zamiast daszka, drelichowych kombinezonach koloru khaki i brązowych rękawicach z długimi mankietami. Po przysiędze złożonej przed
sztandarem 10 batalionu pancernego, w obecności duchownych trzech
wyznań, krótko przemówił ppłk Piwoszczuk:
- Żołnierze pancerni - powiedział na zakończenie - wierzę, że w razie
potrzeby wszyscy mężnie staniecie w obronie ojczyzny i spełnicie swój
obowiązek z honorem.
Słowa te głęboko zapadły w umysły i serca zebranych. Reszta dnia minęła
na gorączkowej krzątaninie. Dwukrotnie przeprowadzono wymianę załóg w 42
kompanii. Ostatnia odbyła się o 22.00.
W pół godziny później 41 kompania opuściła garnizon. Z głuchym warkotem
silników sunęły przez ulice tankietki i samochody pomalowane ochronnie w jasnozielone, piaskowożółte i brązowe nieregularne plamy. Dowódcy
czołgów wysunięci do połowy w otwartych włazach po raz ostatni
spoglądali na usypiającą Łódź. Mimo późnej pory marsz został zauważony.
Tu i ówdzie nieliczni mieszkańcy zatrzymywali się i przyjaznym gestem
pozdrawiali jadących.
Gdy miasto zostało za nimi, kierowcy zwiększyli odstępy między czołgami
i samochodami. Kompania całą mocą silników jechała do miejsca
przeznaczenia. Prowadził dowódca 1 plutonu ppor. Jerzy Rędziejowski.
Zanim padły strzały
Zadumę Witanowskiego przerwał kierowca. Wskazując na drogowskaz z napisem "Szczerców", powiedział:
- Panie kapitanie, dojeżdżamy!
W maleńkim miasteczku mimo późnej pory panował duży ruch. Wąskimi
uliczkami przewalał się potok taborów konnych, maszerowały kompanie
strzeleckie, dudniły na kocich łbach biedki amunicyjne. Łazik z trudem
manewrował między tymi kolumnami, ale jakoś odnaleźli siedzibę dowództwa
30 DP, strzeżoną przez żandarmów.
W pokoju na parterze dyżur pełnił oficer informacyjny sztabu dywizji
kpt. Włodzimierz Janiga. Przybycie Witanowskiego sprawiło mu widoczną
ulgę.
- Cieszę się, że pana tu widzę - powiedział, gdy po wzajemnej
prezentacji wymienili uściski dłoni. - Zostaliśmy poinformowani przez
Inspektorat Armii, że czterdziesta pierwsza kompania czołgów wejdzie w skład dywizji na miejsce dziewięćdziesiątej drugiej kapitana
Iwanowskiego, którą generał Rómmel oddał pułkownikowi Grobickiemu na
pozycję wysuniętą "Wieluń". Szczerze mówiąc, zżyliśmy się ze sobą od
wiosny tego roku, kiedy ta kompania, zmobilizowana w czwartym batalionie
pancernym, znalazła się w naszej dywizji. No cóż, takie przesunięcia to
rzecz normalna, zwłaszcza teraz. Gdzie pan zatrzymał swoje wozy?
- W majątku Lubiec pod Szczercowem, zgodnie z rozkazem - odpowiedział
Witanowski.
- W porządku, tam jest tymczasowe miejsce postoju czterdziestej
pierwszej kompanii - potwierdził Janiga.
Rozmowę przerwał przyjazd dowódcy 30 DP, gen. bryg. Leopolda Cehaka,
który wracał z inspekcji oddziałów. Witanowski poderwał się na baczność,
meldując swoje przybycie.
Generał, z pochodzenia Chorwat, były oficer armii austriackiej, znany
był z dosyć rubasznego traktowania podwładnych, ale tym razem zachował
powagę. Spojrzał na kapitana przenikliwym wzrokiem i tubalnym głosem
wyraził swoje zadowolenie:
- Bardzo dobrze, że dołączył pan do dywizji. Kompania nie będzie
bezczynna. Janiga zorientuje pana w sytuacji, rozpoznanie to jego
specjalność. Spokoju tutaj nie mamy - dorzucił, opuszczając
pomieszczenie.
Wrócili więc do rozmowy. Witanowski dowiedział się, że 30 DP składa się
z 82 syberyjskiego pułku strzelców im. Tadeusza Kościuszki, 83 pułku
strzelców poleskich im. Romualda Traugutta, 84 pułku strzelców poleskich
i 30 pułku artylerii lekkiej, które do niedawna stacjonowały w Brześciu,
Kobryniu i Pińsku. Dywizję zmobilizowano w alarmie 23 marca 1939 roku,
dołączając do niej zgodnie z etatem: 30 dywizjon artylerii ciężkiej,
30 batalion saperów, 30 kompanię łączności, samodzielną kompanię
cekaemów na taczankach, kompanię kolarzy, szwadron kawalerii dywizyjnej
i służby, razem ponad 16 tysięcy ludzi. Po pełnym rozwinięciu masę tych
wojsk przemieszczono do rejonu na południowy zachód od Piotrkowa, do
obszaru operacyjnego przyszłej armii "Łódź". W ten sposób 30 DP stała
się jej pierwszym w całości skompletowanym związkiem taktycznym,
wzmocnionym właśnie 41 kompanią czołgów rozpoznawczych.
- Od kwietnia przystąpiliśmy do prac fortyfikacyjnych - ciągnął Janiga.
- Najpierw na przewidywanej pozycji głównej "Kaniów", a potem, od połowy
czerwca, w pasie sąsiedniej dywizji, na którą dopiero czekamy. To tak z grubsza, bo roboty prowadziliśmy także w innych miejscach, a dochodziło
do tego jeszcze zgrywanie oddziałów, połączone z ćwiczeniami w polu i ostrym strzelaniem. Słowem, harówka od świtu do zmierzchu z niedzielnym
tylko odpoczynkiem. Ogólnie rzecz biorąc, nasza dywizja wykonała
umocnienia w trzech czwartych pasa obrony armii, wysiłek bez przesady
ogromny.
- A jakie są nastroje wśród zmobilizowanych? - zainteresował się
Witanowski. - Nie spodziewali się chyba takiej roboty?
- Bardzo dobre, choć pod koniec lipca i z początkiem sierpnia, gdy
zaczęły się żniwa, posypały się raporty. Wielu prosiło o czasowe
zwolnienie, rwali się do swoich gospodarstw i kosy. Nic w końcu
dziwnego, wieś w takim okresie potrzebuje rąk do pracy. Musieliśmy
wyrazić zgodę na rotacyjne urlopy, choć nie wszyscy chętni mogli z nich
skorzystać. A wracając do naszych zajęć - Janiga zmienił wątek - to
chciałbym podkreślić, że duszą tutejszych robót jest generał Cehak,
dowódca surowy i wymagający, ale zarazem wrażliwy na troski i potrzeby
swoich żołnierzy bez względu na stopień.
- Pamiętam, że był szefem Departamentu Artylerii - wtrącił jego
rozmówca.
- Tak, faktycznie był, ale trzy lata temu przejął trzydziestą dywizję i przez ten czas dobrze poznał piechotę. Od wiosny tego roku częściej
przebywa w terenie niż w sztabie, pomaga radą i wskazówkami, zachęca do
pracy, wyróżnia najlepszych i jak trzeba, potrafi ukarać, ale to są
sprawy wyjątkowe. Dyscyplinę w naszej dywizji należy oceniać wysoko.
Janiga posłużył się kilkoma przykładami dla podkreślenia postawy
oddziałów, po czym przeszedł do kwestii najważniejszych:
- Rozkazem dowódcy armii "Łódź" wczoraj przerwaliśmy prace
fortyfikacyjne i jutro od rana, godzina ósma zero zero, dywizja w całości ma być skoncentrowana w rejonie Szczercowa...
- Widziałem po drodze ten ruch - powiedział Witanowski. - Masa piechoty
i taborów.
- I tak będzie do świtu - podchwycił Janiga. - Musimy zdążyć i na pewno
zdążymy, bo sytuacja jest już poważna. Bezpośrednio na przedpolu naszej
dywizji, a właściwie całej armii "Łódź", Niemcy zaczęli podciągać swoje
wojska. Już nawet nie troszczą się o maskowanie, niektóre oddziały
maszerują w dzień, w zwartych kolumnach, wręcz demonstracyjnie.
Sygnalizują o tym nasi obserwatorzy z posterunków Straży Granicznej.
Wniosek stąd aż nadto oczywisty: wojna jest nieunikniona. Niemcy uderzą
w najbliższych dniach.
- Czyli koniec gry nerwów?
- Niestety, tak - przyznał oficer informacyjny. - Zaczęło się wszystko w marcu, teraz mamy koniec sierpnia, temperatura rosła przez pół roku.
Lada moment dojdzie do punktu krytycznego.
- Tak przypuszczałem, chociaż w naszym batalionie nawet po mobilizacji
zastanawiano się, czy faktycznie wybuch wojny nastąpi. Nie brakowało
optymistów, którzy szli o zakład, że wszystko rozejdzie się po
kościach...
***
W tym samym czasie, gdy kpt. Witanowski zapoznawał się z położeniem
dywizji i sytuacją na jej przedpolu, 41 kompania po długim marszu
stanęła w majątku Lubiec. Czołgi i samochody ustawiono wzdłuż drogi,
biegnącej wokół wielkich stawów hodowlanych. Drzewa i wysokie krzewy
zapewniały niezłą osłonę, zapadał zresztą półmrok, dzięki czemu nawet z niewielkiej odległości wozy były niewidoczne. Niektórzy, bardziej
obrotni żołnierze, korzystając z postoju, zaczęli rozglądać się za
rybami. Kapral Wilk, kierowca ciężarowego Fiata, zdążył już nawet
wyciągnąć z wody kilka dorodnych karpi, obiecując sobie i kolegom
dodatkową kolację. Przy polowej kuchni zebrała się gromadka takich jak
on "rybaków", ale przyjazd dowódcy kompanii nie zdawał się zapowiadać
wyczarowanej uczty. Rozeszli się do swoich wozów, przekonani, że zaraz
silniki pójdą w ruch.
Witanowski zebrał oficerów i poinformował ich o przebiegu rozmowy w sztabie dywizji i zadaniach kompanii.
- Panowie, sytuacja jest napięta - oznajmił. - Wojna wisi na włosku.
Czas, jaki pozostał do jej wybuchu, musimy wykorzystać do maksimum.
Zadanie najważniejsze to przegląd sprzętu. Pan - zwrócił się do por.
Hermiczeka - zajmie się od rana doprowadzeniem wszystkich wozów do
pełnej sprawności technicznej. Proszę też przygotować wykaz brakujących
części zamiennych, może coś nam jeszcze podrzucą z Łodzi. Panu natomiast
- spojrzał na ppor. Stanisława Trojanowskiego - powierzam zadanie w polu. Zaraz po pobudce proszę zebrać dowódców czołgów i na dwóch
samochodach ciężarowych pojedziecie rozpoznać teren w pasie działania
dywizji. Szczególną uwagę należy zwrócić na drogi w lasach i odcinki
pofałdowane, skąd Niemcy mogą podejść skrycie. Rano dam panu komplet
map. Nie wiem, jak długo będziemy tutaj stali. Musimy się jednak liczyć
z każdą ewentualnością, nawet natychmiastowym wymarszem, jeśli taki
rozkaz otrzymam.
Prawie cały następny dzień, 27 sierpnia, przebiegał pod znakiem
intensywnej pracy. Sprawność samochodów i motocykli nie wzbudzała
zastrzeżeń, wszystkie były "na chodzie", dotarte, z nowym ogumieniem.
Czołgi jak dotąd też sprawowały się dobrze, ale jeden marsz po szosie, z kilkoma postojami, nic pocieszającego jeszcze nie wróżył. Kierowcy i mechanicy z drużyny technicznej od rana dobrali się do silników, dobrze
pamiętając słowa Hermiczeka, który wielokrotnie ostrzegał przed awarią
wozu w warunkach bojowych. Unieruchomiony czołg na polu walki to łatwy
do zniszczenia cel. Dla usunięcia defektu załoga musiała wyjść na
zewnątrz, narażając się na ogień nieprzyjaciela. Nie były to zatem
przestrogi gołosłowne, lecz podyktowane troską o ich życie. Nie żałowali
więc trudu, żeby doprowadzić "teki" do pełnej sprawności. Z rozkazu
Hermiczeka zamalowali też znaki rozpoznawcze dowódców na burtach
pancerzy, żeby nie ułatwiać Niemcom identyfikacji tych wozów.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki