Dzicz - Dariusz Gizak

Reflow text when sidebars are open.
Zgodnie ze zwyczajami panującymi na tym warszawskim podwórku, tak zwanej studni, przy ulicy Stalowej, głośne, jednorazowe walnięcie w blaszaną, jedyną pozostałą część bramy stanowiło komunikat: "Obcy wchodzi na podwórko". Dwa, a właściwie więcej niż jedno walnięcie, były już poważnym ostrzeżeniem, bo oznaczały: "Jakieś służby, czyli policja czy skarbówka, wjeżdżają na teren".
Tego dnia, kiedy detektyw Jacek Kowalik usłyszał pojedynczy odgłos uderzenia, poczuł się dziwnie zaniepokojony. Zupełnie, jakby dotarła do niego jakaś negatywna energia. Z reguły prawie nie reagował na taki dźwięk sygnału ostrzegawczego od czujki stojącej zawsze w tej bramie, ale teraz ruszył sprawdzić, co się dzieje. Przechodząc z pokoju do kuchni, której okno wychodziło na to podwórko otoczone kamienicami, usłyszał jeszcze chrobot zamykanego zamka w drzwiach u sąsiada naprzeciwko. Pomyślał, że sąsiad, hurtownik perfum, w większości podrabianych, zabezpieczał się na wszelki wypadek.
Jacek wyjrzał przez okno i aż zamarł przy szybie. Przez podwórko szedł potężnie zbudowany, wysoki blondyn w zielonej kurtce M65. Tak na oko miał około stu dziewięćdziesięciu centymetrów wzrostu.
Jacek spojrzał uważniej i ze zdumieniem rozpoznał Zbyszka Madziaka, swojego byłego podwładnego z czasów, kiedy dowodził policyjnymi antyterrorystami. Zbychu był jedynym, który wzrostem dorównywał swojemu dowódcy, a muskulaturą nawet go przewyższał. I taki właśnie był potrzebny, bo to on często wchodził pierwszy, dźwigając nie najlżejszą przecież tarczę, czy młotem saperskim wywalał drzwi. I teraz też każdy na jego widok powiedziałby "kawał chłopa". Nie zmienił się zbytnio.
Zbyszek jednak nie skierował się do jego klatki schodowej, ale ruszył do zupełnie innej. Jacek otworzył okno i krzyknął:
- Zbychu!
Mężczyzna spojrzał w górę i się uśmiechnął.
- Jeśli do mnie idziesz, to przez tę klatkę - powiedział Jacek i pokazał mu kierunek.
Zbyszek pogroził pięścią Wojtkowi stojącemu w bramie jako czujka i ruszył w stronę właściwej klatki. Po chwili już się witali i Jacek zaprosił go do pokoju.
- Ale się dowódca ukrył, żeby nie powiedzieć: zamelinował - powiedział Zbyszek i po namyśle dodał: - Tam w bramie jakiś dziwny gościu stoi. Pytam go, gdzie mieszka Jacek Kowalik, a on do mnie: "A ty kto?". Udałem, że nie słyszę, i pytam o numer mieszkania, a on wzrusza ramionami i mówi: "Nie wiem, komu miałbym to powiedzieć". No to wykręciłem mu łapę, przycisnąłem, a wtedy skubaniec pokazał mi wejście nie do tej bramy i wystękał: "Jedenaście". Ani brama, ani numer się nie zgadza. Co to za cudaczne zwyczaje? On ze złości aż w bramę przykopał, kiedy go puściłem. Jak będę wychodził, to chyba jemu kopa sprzedam. O ile będzie jeszcze tam stał.
Jacek pokiwał głową.
- Nic mu, Zbychu, nie rób. Tutaj tak jest. W bramie stoi czujka i pilnuje, żeby nikt niepotrzebny tu nie wlazł. Sąsiedzi kręcą różne lody, wiesz, lewe fajki, podróby ubrań i tak dalej, więc wystawiają takiego chłopaka, co za parę groszy pilnuje. Pewnie prochami też kręcą, ale ja o tym oficjalnie nie wiem. I powiem ci, że nawet fajnie się tu mieszka. A jak mnie ze służbowego wywalili, urząd miasta to mieszkanie dał mi złośliwie. Nikt tu nie chciał mieszkać. Ale poradziłem sobie jakoś. Przyzwyczaiłem się, sąsiedzi mnie zaakceptowali, choć początkowo się boczyli, bo wiesz... były policjant. Ale potem ja im pomagałem, oni mnie i się ułożyło. Ten chłopak chciał dobrze. A w bramę kopnął, bo taki jest sygnał ostrzegawczy, że ktoś obcy wchodzi do bramy.
- Aaaa... to dlatego...
Po tym stwierdzeniu Zbyszek zamilkł i jakby się nad czymś zastanawiał. Rozejrzał się po pokoju, którego parapety wypełnione były storczykami. Część z nich akurat kwitła i intensywnie pachniała.
- Ale zapach... - stwierdził gość i zapytał: - Chyba w końcu dowódca ma jakąś kobietę na stałe, bo te kwiaty...
- Jestem z kimś, ale nie mieszkamy razem.
- To tak nowocześnie. Mówią na to LAT, czyli razem, ale osobno. Może i dobrze, ale myślałem, że te kwiaty... A racja, przecież dowódca zawsze miał jakieś kwiaty u siebie. Nawet po dowódcy odejściu były jaja, bo został taki dziwny kaktus i on zakwitł. Wszyscy latali po pokoju i szukali zepsutego mięsa, bo tak śmierdziało. Dopiero ktoś schylił się nad tym kaktusem i okazało się, że to z niego tak jedzie. Ale kwiatki miał ładne, takie żółto-brązowe. Jeszcze przez parę lat był w tym pokoju. Rozrósł się i...
- To była Stapelia, ona takim zapachem wabi muchy do zapylania... Zbychu, o czym przyszedłeś pogadać? Bo chyba nie o kwiatkach po tylu latach?
- No widzi dowódca, bo to tak trudno jakoś od razu. Bo wie dowódca... no...