Prolog
Niedziela
- ...dziewięćdziesiąt osiem, dziewięćdziesiąt dziewięć, sto. Szukam, nie ma zmiłuj!
Maggie Finch otworzyła oczy, przekonana, że zobaczy córeczkę ukrywającą się za zasłonami. Czterolatka chowała się tam zawsze, ewentualnie w pościeli na łóżku, a od czasu do czasu w spiżarni - tam jednak tylko wtedy, gdy zostały im jeszcze ciastka, a ostatnie tygodnie miały dość chude, więc puszka świeciła pustkami.
- Orla? - zawołała śpiewnie Maggie, zaczynając poszukiwania na serio.
Dźwignęła zmęczone ciało z zapadniętej kanapy, po czym rozciągnęła ręce w kierunku sufitu.
Będzie łatwiej, jeśli mała jest za zasłonami.
- Orla? - zagruchała ponownie i na wszelki wypadek zajrzała za kotarę.
Nikogo tam nie było - jedynie fragmentaryczny widok na słone bagna dystryktu North Norfolk, starego Forda Ka, który rdzewiał na podjeździe, oraz sięgające kolan chwasty w przydomowym ogródku. Kolejne zadanie na stale wydłużającej się liście obowiązków.
Maggie westchnęła i poszła sprawdzić resztę zasłon na parterze.
Proszę, bądź tu. Proszę, bądź.
Ale nic to nie dało. Myśl o przetransportowaniu ciała po wąskich schodach na górę, kiedy nie widzi się nawet własnych stóp, sprawiła, że Maggie chciała się rzucić na sofę i zasnąć. Poprzednim razem na pewno nie czuła się aż tak zmęczona. Będąc w ciąży z Orlą, stanowiła uosobienie kwitnącej kobiecości, a teraz miała się po prostu za grubą i znużoną. Tyle że wtedy nie musiała sobie radzić z czteroletnim dzieckiem zupełnie sama.
Co za gnojek z niego.
Odsunęła ciężkie zasłony blokujące przeciąg w drzwiach wejściowych. Nie żeby w sierpniu groziły jakieś przeciągi, ale te stare kamienne domy zatrzymywały zimno, jakby wżerało się w ich tkankę. Każda odrobina ciepła stanowiła więc skarb.
- Mam cię! - zawołała ze śmiechem Maggie.
Ale i tam nikogo nie było. Sprawdziła klamkę.
Zamknięte na klucz.
Odwróciła się. Schody ciągnęły się w górę niczym Mount Everest. W oczach Maggie przedstawiały się jak niezdobyty górski szczyt. Córeczka chciała się bawić w chowanego, a ona się oczywiście zgodziła, choćby ze względu na sto sekund spokoju podczas odliczania.
Poręcz ledwo trzymała się ściany, a tynk wokół mocowań odpadł, nim Maggie się tu wprowadziła. Cóż, nie było innego sposobu, żeby bezpiecznie dotrzeć na górę. Wzięła głęboki wdech i postawiła stopę na pierwszym schodku.
- Idę po ciebie! - krzyknęła w nadziei, że pisk Orli zdradzi, gdzie się ukryła.
Maggie liczyła też po cichu, że mała nie każe jej się chować jako kolejnej w tej zabawie. Dla dorosłej osoby istniało niewiele sensownych miejsc. A w przypadku kobiety w ósmym miesiącu ciąży - nie było praktycznie żadnych.
Piętro starej kamiennej chaty miało mniejszą powierzchnię niż parter. Maggie często się zastanawiała nad tą dziwną fizyczną anomalią, zwłaszcza że dom sprawiał wrażenie symetrycznego z każdej strony - dziś jednak była za tę osobliwość wdzięczna. Miała do sprawdzenia tylko dwa pokoje oraz starą, skrzypiącą szafkę na bieliznę. Orla lubiła przebiegać obok niej, by jak najszybciej dostać się od schodów do swojej sypialni na tyłach budynku, ponieważ za drzwiami zawsze czaiła się jakaś czarownica, duch albo inny złoczyńca. Odgłos wydawany przez zbiornik na wodę mógł oznaczać obecność smoka bądź wycie wichru, niosąc ze sobą niewidzialne zagrożenie, strach, który wybuchał w umyśle dziewczynki. Krzyczała wtedy histerycznie, dopóki nie dotarła do łóżka.
Pokój Maggie znajdował się zaraz przy schodach, więc sprawdziła go najpierw. Materac na łóżku wyglądał zachęcająco, mimo że zapadał się niemal do podłogi. Żołądek kobiety zaczęły oblepiać zimne macki strachu. W domu panowała cisza, zbyt głęboka. A przecież Orla zawsze wydawała z siebie jakieś dźwięki, nawet we śnie. Czyżby poczyniła tak wielkie postępy w zabawie w chowanego?
No, zapewne tak. Jeśli chodzi o ukrywanie się, jest naprawdę znawczynią.
Maggie strzepnęła zasłony, lecz posypał się z nich tylko kurz. Kaszląc, odpięła zatrzask i otworzyła szeroko okno. Musiała odetchnąć świeżym, słonawym powietrzem, poczuć, jak przykleja się do jej twarzy, tak jak do wszystkiego wokół. Okno wychodziło na bagna, rozciągał się stąd widok na Morze Północne. Nawet dzisiaj, gdy słońce przebijało się przez mgłę znad wody, morze sprawiało wrażenie zimnego i brudnego. Trwał odpływ, na którego granicy pozostały kręte, błotniste zatoczki usiane fioletowymi plamami limonium. Należałoby ów widok uznać za piękny, lecz w Maggie wzbudzał on poczucie złowieszczego niepokoju; jakby Szczurołap z Hameln hipnotycznymi melodiami wabił dzieci ku śmierci w odmętach.
Coś tu nie grało. Maggie nie potrafiła tego dokładnie określić. Czy to, że woda napływała falami, bezładnie białymi grzywami fal, ukrywając zdradliwe piaszczyste łachy? Czy chodziło raczej o samotne popiskiwanie ostrygojadów?
Spróbowała zapanować nad oddechem, obejmując ramionami brzuch. Musi chronić swoje nienarodzone dziecko.
A nie umiem nawet zadbać o to, które już mam na tym świecie. Co ze mnie za matka?
- Orla! - zawołała głosem pozbawionym wesołości.
Dziewczynka żadną miarą nie mogła się ukryć pod łóżkiem, było zbyt niskie. Zresztą w tym pokoiku Maggie brakowało dobrego miejsca na kryjówkę. Ściany zdawały się nad nią zamykać; niemalże wybiegła z pomieszczenia i otworzyła drzwi szafki na bieliznę. Zbiornik wodny zazgrzytał, kiedy wyrzucała na podłogę ręczniki - nie znalazła tam nic poza już pustymi półkami.
- Orla, natychmiast odpowiedz mamie! Chodźmy coś zjeść. Masz ochotę na czekoladę? - Maggie kłamała. Żadnej czekolady nie było, lecz wrzeszcząca i zła Orla była lepsza niż jej brak.
Szum krwi w uszach zabrzmiał jak morze. Przecież Orla wiedziała, że nie wolno zbliżać się do wybrzeża. Maggie wbijała jej ten zakaz do głowy od urodzenia. Poza tym drzwi frontowe były zamknięte na klucz.
- ORLA!
Coś tu naprawdę nie grało. Maggie wśliznęła się do pokoju córeczki i skontrolowała go pobieżnie wzrokiem. Łóżko wciąż schludnie zasłane. Zasłony wytarte, praktycznie przezroczyste. Orli nie było. Sprawdziła już wszystkie miejsca, w których mogłaby się ukryć czterolatka.
Próbując wykonać zwrot w progu, Maggie potknęła się o własne nogi. Kiedy pędziła ku schodom, wąski korytarz zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Poręcz drżała pod jej ręką, grzechotała donośniej niż wezwania kierowane do dziecka przez matkę. Najniższy stopień, wyżłobiony wskutek ponad stu lat użytkowania, ukazał się Maggie szybciej, niż się spodziewała; stopa się jej ześliznęła, a ona sama z trzaskiem wylądowała na kości ogonowej. Zaparło jej dech w piersiach. Bolało ją wszystko, ciało było zbyt ciężkie, by je podnieść, nie miała jednak innego wyjścia, jak wstać i szukać Orli.
Bo na niczyją pomoc liczyć nie mogła. Codziennie rozmawiała w duchu z rodzicami, tak bardzo za nimi tęskniła. Tylko że oboje opuścili ją już dawno. A ojciec Orli zwiał przed miesiącem, dwa lata po tym, jak przeprowadził się z rodziną na koniec świata, gdyż tak było mu wygodniej pracować. Wcale nie zważał na to, że żona i córka całymi dniami siedziały same. Od tamtego dnia nie wysłał im żadnej wiadomości.
Może właśnie wrócił...
Roześmiałaby się na tę myśl, gdyby nie strach paraliżujący ciało. Chciała do kogoś zadzwonić, usłyszeć, że wszystko będzie dobrze. Że pewnie Orla jest dumna ze swojej nowej kryjówki i nie chce się ujawniać, nawet za czekoladę. W gardle Maggie wezbrał szloch.
- Orla! - krzyknęła. - Gdzieś ty się podziała?!
Ostatnimi dniami czuła, że brzuch lekko się jej obniżył - dziecko szykowało się na spotkanie ze światem. Wiedziała, że to już niedługo. Obejmując go ramionami najlepiej, jak potrafiła, pokuśtykała przez salon do kuchni. Raz jeszcze sprawdzi parter. Czyżby Orla skradała się od miejsca do miejsca, żeby przydać grze intensywności?
W domu panowała cisza. Ile razy Maggie będzie zaglądać do każdego pokoju, nim uzna, że dziecka w nim nie ma? Musiała to przedyskutować z kimś dorosłym, aby przyjazny głos uśmierzył jej obawy, ponieważ telefon na policję uważała za ostateczność. Przecież tylko bawią się w chowanego. Wyśmiano by ją za przewrażliwienie, zbytnie dramatyzowanie. Niestety nie miała z kim porozmawiać. Nie licząc dwojga ludzi w podeszłym wieku, którzy uważali Maggie za złą matkę, jej jedynymi sąsiadami były morskie ptaki.
Zegar w kuchni tykał mimo blokującej tryby warstwy tłuszczu, odliczając minuty od zniknięcia Orli. Co Maggie powinna jeszcze zrobić? Zbliżała się pora kolacji, a dziecko kierowało się biologicznym cyklem karmienia. Może odczekać, aż mała zgłodnieje? Podeszła do drzwi i po raz kolejny stwierdziła, że są zamknięte na klucz.
Sprawdzałam je poprzednio?
Nie miała pewności. Gdy otworzyła je na przestrzał, uczucie strachu jeszcze się spotęgowało, jakby w jelitach chlupała lodowata ciecz.
- ORLA! - wrzasnęła Maggie w kierunku chwastów.
Wkroczyła boso na żwir. Ogród był mały, podobnie jak sam domek. Niewielki kwadrat pierwiosnków i mleczy. Chrzęściło jej pod stopami, gdy obeszła budynek ku przedniemu wejściu - i otwartej furtce.
Nie, proszę!
Trzęsąc się ze strachu, powoli postępowała ścieżką naprzód. Minęła stary samochód i wyszła na pas asfaltu. Spojrzała w lewo i w prawo w nadziei, że dostrzeże lśniące w słońcu jasne włosy. Nic. Dalej, za drogą, rozciągały się słone bagniska porośnięte kępami trzcin, które sprawiały wrażenie przyjaznych, choć tak naprawdę skrywały w sobie głęboką błotną pułapkę.
- ORLA!
Maggie nie chciała tam patrzeć. Jeśli tego nie zrobi, wszystko się ułoży.
Asfalt był gorący, czuła to na bosych podeszwach stóp, idąc skrajem drogi. Wychyliła się jak najdalej do przodu - jak tylko umożliwiała jej postura bez utraty równowagi - i zajrzała w trzciny. Nie zobaczyła nic poza czarnym mułem. Z ust Maggie wyrwał się kolejny szloch. Po policzkach spływały łzy, ocierała je mankietem rękawa.
- Orla, proszę cię! - zawołała, odwróciwszy się twarzą w stronę domu.
Nagle coś przy drzwiach frontowych przykuło jej uwagę. Zmrużyła oczy w słońcu, z dłoni utworzyła daszek.
Co jest...?
Wracała, potykając się, z żółcią podchodzącą do gardła. Nie czuła ostrych kamyków podjazdu pod stopami ani pokrzyw parzących kostki. Para gniazdujących pod dachem szpaków przeleciała tak blisko Maggie, że wiatr spod ich skrzydeł owiał jej twarz. Na drzewach zaskrzeczały gawrony, wydając donośne, ostrzegawcze okrzyki. Maggie zakręciło się w głowie.
Płynące z oczu łzy powodowały, że drzwi widziała niewyraźnie, ich kształt zdawał się przypominać surrealistyczny obraz Dalego. Niebieska farba - dawno już zniszczona przez zawartą w powietrzu sól - tak zmatowiała, że nawet przy niedoskonałym wzroku Maggie mogła dostrzec przedmiot przybity do progu niczym marzanna. Sięgnęła tam drżącą ręką, bojąc się go dotknąć, ale niezdolna się powstrzymać. Wierzchem drugiej ręki otarła oczy i wtedy zrozumiała, że nie jest to wiązka słomy, lecz łuski kukurydziane, nieudolnie splecione w pozbawioną twarzy żeńską postać.
Kukurydziana lalka.
- ORLA! - wrzasnęła Maggie, a pochłaniające ją strach i przerażenie sprawiły, że padła z płaczem na kolana.
Rozdział 1
Poniedziałek
- Mogę już iść?
Annie powstrzymała się od westchnienia, próbując zachować profesjonalizm, choć tak naprawdę miała ochotę krzyknąć: "Jesteś tu od pięciu minut, a odezwałeś się do mnie tylko z informacją, jakie to nie fair, że nie możesz już iść grać w gierki!".
- Może najpierw ustalmy sobie jakieś cele? - rzuciła. - Wtedy, w przyszłym tygodniu, będziemy mogli ocenić, jak daleko zaszliśmy w ich realizacji.
- Co? Muszę tu wrócić? - Facet sprawiał wrażenie zaskoczonego. Skubał skórki na kciuku i choć siedział w wygodnym fotelu, nogi mu podskakiwały.
Annie przywykła do takich sytuacji. Prawie nikt, kto do niej przychodził, nie chciał robić tego ponownie. Zapewne brałaby ten fakt do siebie, gdyby nie to, że podopiecznych przysyłał jej kurator w ramach procesu wymaganego przy zwolnieniach warunkowych.
- Może zaczniemy od tego, za czym pan najbardziej tęsknił w więzieniu? Bez czego nie mógł się pan obejść? Może właśnie te sprawy powinny być dla pana priorytetem na wolności? Rodzina albo przyjaciele? Jakiś sport na początek lub nowe hobby? Albo coś, co poprawi panu samopoczucie: wizyta u fryzjera, przygotowanie posiłku? Cokolwiek, co uważa pan za pozytywne i łatwe do spełnienia - naciskała Annie. Podała podpiecznemu czysty notes oraz długopis marki Bic ze swoich zapasów.
Kłykcie miał zaczerwienione i spierzchnięte, ręce trzęsły mu się nad przyborami do pisania, którym przyglądał się nieufnie, jakby terapeutka poczęstowała go właśnie napalmem. Szary dres wyglądał na standardowy. Gdy podwinął rękawy, Annie nie mogła nie zauważyć na ramionach starych śladów po igłach. Nic już jej nie ruszało; po blisko dziesięciu latach pracy z osobami pod nadzorem kuratorskim widziała chyba wszystko, choć miała dopiero trzydzieści pięć lat.
Nagle młody mężczyzna wykrzyknął radośnie, a jego oczy rozbłysły pomysłem.
- Dobra! Akurat jak mnie wsadzili, na ulicach pojawiło się nowe zioło. Chciałbym go popróbować. W ciupie cały czas o tym myślałem. Podobno jest zajebiste. - Wierzchem dłoni otarł nos i otworzył notes.
Dobry Boże. Być może Annie widziała już wszystko, a słyszała jeszcze więcej, ale w niektórych przypadkach niezbyt to pomagało.
- Może zaczniemy od czegoś, co nie jest nielegalne? - zaproponowała, próbując utrzymać przyklejony do twarzy uśmiech. - Co nie spowoduje pańskiego powrotu za kraty za złamanie warunków zwolnienia.
Mężczyzna zaczął gryźć końcówkę długopisu, wydając głośne, siorbiące dźwięki. Nie przestawał, więc Annie spojrzała kątem oka na zegar. Półgodzinna sesja zbliżała się do końca, ale nie zamierzała jej przedłużać, aby zrekompensować brak zaangażowania podopiecznego. Nadal rozmyślał nad tym, co byłoby dla niego ważne, ale czego nie mógłby sobie wstrzyknąć, zapalić ani wciągnąć w płuca. Pozwoliła więc wzrokowi wędrować, dając tamtemu szansę na wymyślenie realistycznych celów terapii.
Niebo na zewnątrz wisiało ciężkie niczym mokra ścierka. Będzie burza, Annie nie miała wątpliwości. Dzień był zbyt upalny, zbyt duszny, ciśnienie wydawało się ciasno oplatać czaszkę od chwili, w której wytoczyła się z łóżka i zaczęła pracę. Rozluźniła żuchwę i skupiła uwagę na młodym podopiecznym.
- Jakieś wnioski?
Potrząsnął głową.
- Nie, nic nie umiem wymyślić. Mogę już iść? - zapytał, po czym zerwał się na nogi i ruszył ku drzwiom.
Czas prawie dobiegł końca, a Annie potrafiła rozpoznać, kiedy zaczyna się walka z wiatrakami. Wstała i wyciągnęła rękę.
- W takim razie zadanie domowe - powiedziała, gdy podskoczył do niej z powrotem i potrząsnął zaoferowaną dłonią. Palce miał zimne i wilgotne. - Proszę podać przynajmniej kilka skromnych celów, które chciałby pan osiągnąć w ramach naszej współpracy. Warunki zawieszenia kary przewidują co najmniej dwunastotygodniową ewaluację, więc mamy mnóstwo czasu.
Skierowała się do drzwi niewielkiego gabinetu i otworzyła je przed swoim najnowszym podopiecznym. Kiedy spróbował oddać jej mokry od śliny długopis, pokręciła głową.
- Proszę zatrzymać, niech go pan wykorzysta do napisania zadania domowego.
Młody człowiek się ucieszył.
- Dziękuję, panno O'Malley. Do zobaczenia.
Annie zamknęła za nim drzwi, po czym oparła się o nie, zwalczając chęć osunięcia się na podłogę. Była wyczerpana.
Przez całe dwa lata studiów podyplomowych nieustannie miała przed oczami wizję siebie jako psychoterapeutkę zatrudnioną w sektorze prywatnym. Widziała się w gabinecie uczelnianym pełnym regałów z książkami, współdziałającą z podopiecznymi w osiąganiu celów, które czyniłyby ich życie bardziej sensownym. Prowizoryczne biuro nad pizzerią przy starej, brukowanej uliczce w Norwich, gdzie za niewystarczające wynagrodzenie od państwa przyjmowała klientów objętych nadzorem kuratorskim, nie do końca odpowiadało tamtym wyobrażeniom. Mimo wszystko była to dobra praca, a Annie umiała się cieszyć różnorodnością osób, z którymi się codziennie stykała. Nie każda z nich była młodym mężczyzną zmagającym się z uzależnieniem od nielegalnych substancji, których Annie być może sama próbowała podczas studiów licencjackich na uniwersytecie, czyli dobre piętnaście lat temu.
- Kolacja? - zwróciła się z pytaniem do roślinki doniczkowej na parapecie.
Roślina zachowała stoicką obojętność, którą Annie uznała jednak za potwierdzenie. Zamknęła drzwi gabinetu na klucz i zbiegła po schodach na ulicę. Słońce już zachodziło, bruk lśnił bursztynem i stalą. Sklepy dawno były nieczynne, ożywiały się natomiast bary i kawiarnie. W mieście panował zwykły wieczorny zgiełk.
Annie ustąpiła z drogi grupce dziewczyn, które chichotały ze sobą konspiracyjnie. Szybko zlustrowała ich twarze, nim zniknęły.
Czy to ty, Mim? Jesteś tutaj?
Dziewczęta przeszły obok, nawet na nią nie patrząc. Nadzieja ulatniała się z Annie wolno niczym powietrze z przebitej opony. Westchnęła i weszła do pizzerii. Dźwięk dzwonka nad drzwiami wywołał w niej odruch Pawłowa.
- Annie! - Pomachał do niej mężczyzna za ladą w białym kucharskim stroju i w pokrytym pyłem fartuchu. - To co zwykle?
Skinęła głową, odmachała, a następnie zajęła swoje miejsce przy oknie i wyjęła z torby laptop. Uruchomiła go, po czym zaczęła wpisywać notatki dotyczące ostatniego dnia sesyjnego. A był on pracowity, w sumie pięcioro podopiecznych. Annie kochała swój zawód; ustalanie celów wyznaczonych przez potrzeby klienta stanowiło kluczową metodę nawiązywania kontaktu z osobami objętymi nadzorem kuratorskim, one natomiast postrzegały ją głównie jako szansę wyjścia na wolność. Środek do celu. Po dziesięciu latach w tej profesji Annie czuła, że zasoby jej cierpliwości są znacznie mniejsze niż na początku. Wszystko było jednak lepsze niż te pół roku, które spędziła jako policjantka zaraz po ukończeniu studiów, z dyplomem psychologii w kieszeni oraz naiwnym pragnieniem poprawiania świata.
Za oknem przeszła kolejna grupa kobiet; w przyciemnianej szybie sprawdzały makijaż, nieświadome, że po drugiej stronie Annie analizuje ich twarze w poszukiwaniu Mim. Gdy zniknęły, zobaczyła własne odbicie. Mogłaby być bliźniaczką swojej młodszej siostry, a przecież różnica wieku między nimi wynosiła piętnaście lat. Typowo angielska uroda i kremowa cera w ostatnich miesiącach nabrały odcienia szarości. Uszczypnęła się w policzki, żeby mniej przypominać Morticię Addams, choć z miedzianymi lokami oraz jasnozielonymi oczyma nie mogła się kojarzyć z makabryczną rodzinką, nawet gdyby próbowała. Annie westchnęła i wróciła do notatek, zapychając mózg tą prozaiczną czynnością.
Może faktycznie przyszła pora na zmiany? Czy to w porządku spotykać się z ludźmi, gdy czuje się tak, jak teraz? Czy nie była winna swoim podopiecznym czegoś więcej niż absolutne minimum? Parsknęła cichym śmiechem - ale cóż innego miałaby robić? Świat nie proponował zbyt wielu opcji osobie po trzydziestce, a zwłaszcza takiej, która całą dziesięcioletnią karierę zawodową spędziła na tym samym stanowisku, nie licząc blamażu w policji.
Z zadumy wyrwał ją zapach pizzy.
- Proszę bardzo, jedna Wegetariańska Rozkosz na grubym cieście z dodatkiem pieczarek - powiedział człowiek w kucharskiej bieli, z rozmachem kładąc przed Annie talerz z kolacją. - Oraz duży kieliszek Malbeca.
- Jesteś mistrzem, Pete - odrzekła Annie. Ślinka jej ciekła. - Dzięki.
Kucharz uśmiechnął się i odwrócił, żeby odejść.
- Och, Pete - powstrzymała go terapeutka. - Jutro nie wpadnę na pizzę, mam imprezę networkingową dla współpracowników służby penitencjarnej.
Zadrżała teatralnie na widok udawanego grymasu na twarzy Pete'a.
- W takim razie do środy, wtedy mi wszystko opowiesz. - Mrugnął i zostawił ją z posiłkiem.
Tak zwany networking stanowił najmniej ulubioną część jej pracy; pochłaniając pizzę, Annie zastanawiała się teraz, czy właśnie to stanowiło przyczynę dzisiejszego spadku jej wydajności. Dwa razy do roku służba więzienna organizowała spotkania swojej rozbudowanej rodziny zawodowej i dwa razy do roku Annie czuła, że wpadła jak śliwka w kompot, gdy musiała ściskać dłonie różnych konsultantów i psychiatrów, którzy stale spoglądali na nią z góry.
Opróżniła kieliszek, rzuciła na blat pięć funtów w ramach napiwku i zaczęła się zbierać. Zanim wyszła z pizzerii, zdążyła jeszcze wykrzyknąć Pete'owi "dziękuję".
Potem otworzyła drzwi na klatkę schodową i skierowała się z powrotem do biura, z sercem równie ciężkim jak jej kroki. Tam zaciągnęła żaluzje, blokując dostęp światła ulicznych latarni. Małe pomieszczenie pogrążyło się w mroku. Przeszła po omacku do aneksu kuchennego, włączyła czajniczek, po czym zmieniła zdanie i wyjęła korek z butelki czerwonego wina, które trzymała w górnej szafce. Wlała resztki do kieliszka, przemierzyła część biurową i spod sofy wyciągnęła łóżko polowe ze śpiworem. Rozłożyła je, stękając. Posłanie na dzisiejszą noc było gotowe.
Nie, zdecydowanie nie tak wyobrażałam sobie życie.
Laptop zasygnalizował nadejście wiadomości. Annie wyszarpnęła go z torby i rzuciła na łóżko. Sprężyny nieludzko zaskrzypiały, gdy układała się wygodnie. Polówka najlepsze dni miała już za sobą. Gdy Annie była nastolatką, nocami gromadziły się na niej tabuny koleżanek, które spędzały u niej noc. Poprosiła więc mamę o użyczenie tego starego wyrka, z nadzieją, że nie domyśli się prawdziwego powodu jego użytkowania.
Kliknęła ikonkę poczty, a wówczas - na widok kwoty na comiesięcznej fakturze - serce podskoczyło jej do gardła. Większość czasu spędzała na uczeniu innych, jak rozpoznawać sytuacje, gdy ktoś ich wykorzystuje, udzielała wskazówek dotyczących prowadzenia osobistego budżetu oraz nabywania różnych umiejętności życiowych, tymczasem sama płaciła ogromne sumy - nie licząc wydanych już wszystkich oszczędności - prywatnemu detektywowi, który co miesiąc wracał z pustymi rękami. Gdy jednak wzrosła złość, wzrosła też krucha nadzieja Annie.
Może następnym razem. Może kolejny trop okaże się właściwy. Nie mogę się poddawać, nie mogę przestać szukać Mim.
Zajmie się tym rano; na razie zapas energii pozwalał jej tylko na obejrzenie powtórki serialu Tajniacy oraz dopicie wina. Gdy zamykała laptop, jej uwagę zwrócił pasek wiadomości u dołu ekranu. Widok znajomej twarzy dominującej nad tekstem wyświetlił coś w pamięci. Annie błyskawicznie uniosła pokrywę komputera, po czym kliknęła w link: wstępna orientacja w temacie ustąpiła zimnemu dreszczowi strachu.
"Policja poszukuje ojca zaginionej dziewczynki. Dziecko zniknęło z domu rodzinnego wczoraj wieczorem. Według funkcjonariuszy mogło zostać porwane, dlatego prosi się o kontakt wszystkie osoby, które przebywały wówczas w okolicy. O sygnał proszony jest również ojciec dziewczynki. Każdy posiadający jakiekolwiek informacje w tej sprawie powinien się zgłaszać do miejscowej komendy policji przy..."
Ignorując sensacyjne zajawki tabloidów, Annie zlustrowała ekran i zapisała w telefonie numer kontaktowy. Zamarła, kiedy jej wzrok zatrzymał się na smutnym zdjęciu kobiety w zaawansowanej ciąży. Pod nim widniał dopisek o zaginionej dziewczynce. Fotografia poszukiwanego ojca, ta, która wcześniej przykuła uwagę Annie, przedstawiała mężczyznę o wychudzonej twarzy i oczach zapadniętych wskutek wieloletniego zażywania narkotyków. Tim Barclay, człowiek, z którym pracowała jeszcze ponad cztery tygodnie temu. Więcej się nie pojawił, od tamtej pory Annie nie miała od niego żadnych wiadomości.
Dalsza część w wersji pełnej