Dzieci Saturna - Charles Stross

Reflow text when sidebars are open.
Dziś przypada dwusetna rocznica ostatecznej zagłady mojej Jedynej Prawdziwej Miłości, na ile udało mi się to ustalić. Siedzę w najlepszej imprezowej sukience na balkonie pod unoszącym się w stratosferze Wenus pałacem przyjemności, pijana kwasem akumulatorowym. Moje stopy kiwają się nad śliską od deszczu rynną, kiedy zerkam za krawędź: trzydzieści kilometrów pode mną ośnieżone metalem pogórza masywu Maxwell Montes świecą rozgrzane do czerwoności. Zastanawiam się, czy skoczyć. Przynajmniej zostaną po mnie ładne zwłoki, mówię sobie. Dopóki się nie roztopię.
A potem...
Nie jestem kimś, kto łatwo myśli o samobójstwie.
Jestem stara i cyniczna i mam skazę na charakterze: nie chcę umierać. Oczywiście skazę tę dzielę z moim żyjącym do dziś rodzeństwem. To święte przymierze naszego siostrzeństwa, odziedziczone po Rei, naszej wzorcowej matriarchini: przeżyj wszystkie swoje śmierci, postanowiła z żelazną determinacją, a ja składam hołd jej pamięci. Kiedy jedna z nas umiera, odzyskujemy jej chip z duszą i przesyłamy go sobie pocztą we wciąż kurczącym się kręgu żalu. Ponowne przeżywanie końców życia jest bolesne, ale niezbędne: regularna zapośredniczona śmierć sprawia, że jesteśmy ciągle czujne. To też dobry sposób, żeby nauczyć się rozpoznawać sytuacje, w których ktoś próbuje cię zabić.
(To ostatnie stanowi pewne przerysowanie; jesteśmy przyjazne i przymilne, niewielu chce nas zabić. No, chyba że mamy depresję. Ale proszę o cierpliwość). Coraz trudniej nam wszystkim trzymać się życia. Jesteśmy wystarczająco stare, aby wszystkie ważne rocznice były śmiertelnie pociągające, bo urodziny wiążą się z nieprzyjemnymi wspomnieniami, a skoro najlepsze dni już minęły, to czemu upierać się przy trwaniu? To częsta wada mojego rodu: najpierw dopada nas nostalgia, potem pogrążamy się w zabójczej bezcelowości, a na końcu wkręcają nam się obsesje. W agonii duszy, która poprzedza zejście naszych sióstr, my, przerażone obserwatorki, dostrzegamy fragment własnego końca. Przeżyj wszystkie swoje śmierci. Okrutną ironią jest to, że Rea, oryginalna wersja, z której wszystkie zostałyśmy skopiowane, była jedną z pierwszych, które nałożyły na nas to potworne brzemię.
I tak na moje sto trzydzieste dziewiąte urodziny, tak jak je liczę - bo urodziłam się po raz drugi (i pewniejszy) dokładnie sześćdziesiąt jeden lat po tym, kiedy przez okrutny żart losu moje istnienie stało się na zawsze bezcelowe - wydałam starannie zgromadzone oszczędności po to, aby móc usiąść na balkonie kasyna tętniącego rozradowanymi hazardzistami. Powierzchnia planety daleko w dole jest czerwonawym metalicznym kontrapunktem dla wrzących nade mną chmur. A ja spoglądam w dół, rozważając śmierć na wieki, i próbuję przekonać siebie, że to nadal kiepski pomysł.
Mogłoby być gorzej, mówię sobie. Nie mam już jedenastu lat, mogę podjąć tę decyzję.
A potem...
Perlisty śmiech przez otwarte drzwi, podmuch chłodnego powietrza z wewnątrz oraz delikatna wibracja obutej stopy na podłodze balkonu wskazują mi, że nie jestem tu sama.
To irytujące. Przez większość przepracowanego tutaj roku żyłam w cichej izolacji. A teraz, kiedy chcę być sama ze swoimi wspomnieniami i z chmurami, mam towarzystwo.
- Oo, patrzcie, dziwadło! - mówi ktoś piskliwie za mną i pode mną. - Co to tutaj robi?
Ignoruj ich. Nie chcesz wzmacniać ich pętli behawioralnej. Jednak spina mnie odruch walcz albo uciekaj. Wredni mali tyrani: byłam już w takiej sytuacji, podobnie jak moje rodzeństwo. Wiemy, jak reagować.
- To chyba arbeiter. Obija się?
Rozglądam się powoli, ustawiając chromatofory twarzowe na najbardziej bladą kremową pustkę niezdradzającą żadnej emocji.
- Nie jestem pracownicą przymusową - odpowiadam bardzo powoli.
Co jest w pełni prawdą, w tym momencie i w tym miejscu. Kolejna z zasad ustalonych przez Reę: nie zostawiajcie żadnego rodzeństwa jako zniewolonego arbeitera. Ta zasada, wprowadzona we wcześniejszych czasach, wiele nas kosztowała, ale żadna z nas nie nosi sterownika niewolniczego.
- Jestem wolną kobietą.
Między mną a drzwiami balkonu jest ich troje: jedna kobieta bishoujo w przybliżeniu mojego rozmiaru i dobrana parka chibi-karłów1. To członkowie nowej arystokracji, karykatury naszych martwych Twórców, wystrojeni w skomplikowane stroje modne obecnie wśród szlachty. Kiedy tak stoją, a ja siedzę przed nimi, ich twarze są na wysokości mojego nosa. Patrzą na mnie wielkimi, przejrzystymi oczami całkowicie pozbawionymi litości.
Ich pełnowymiarowa pani spogląda na mnie z góry i szydzi:
- Temu można zaradzić. Co za odrażająca parodia! Kto to tu wpuścił?
Uznaję ją za przywódczynię, ponieważ jej suknia, która zdaje się składać głównie z falbanek z drucianej koronki przytrzymywanych wstążkami, jest bardziej wymyślna niż stroje jej towarzyszy. Ma delikatny podbródek, ostre kości policzkowe, spiczaste uszy i spektakularną grzywę pierzastych, zielonych włókien.
Kobieta-karzeł unosi okrytą koronką dłoń, by zasłonić usta, po czym melodramatycznie ziewa.
- To coś psuje widok, Domino.
Domina? Nie jest dobrze. Instynkty boleśnie uzyskane z doświadczeń mojego martwego rodzeństwa mówią mi, że jestem w poważniejszych tarapatach, niż mi się wydawało. Nasuwa mi się wspomnienie innej siostry, zamordowanej dawno temu w hutongu2 pod kopułą Lunogradu. Ma rację: nie chcę zwracać na siebie uwagi zdeprawowanej szlachty znudzonej hazardem i szukającej mocniejszych wrażeń.
- Właśnie wychodziłam - mówię cicho i podnoszę jedną stopę do poziomu podłogi, aby wstać.
- Dziękuję, dziecko - Domina zwraca się do swojej towarzyszki - ale już zauważyłam tę przeszkodę.
Odpycham się stopą od krawędzi, podpieram ręką i dźwigam w górę. Obracam się już do szklanych drzwi, kiedy Domina spogląda na swojego męskiego towarzysza z odrobiną dezaprobaty i rzuca:
- Głaz, wynieś śmieci.
Głaz (mordercza laleczka w czarnej tunice ze złotym szamerunkiem) robi krok w moim kierunku, sięgając dłonią do maczugi energetycznej u pasa. Czubkiem głowy sięga mi do bioder.
- Z przyjemnością, milady.
- Idę sobie - stwierdzam, a mój moduł walki/ucieczki podpowiada mi zmyłkę w stronę szklanych drzwi, potem nagły unik i przetoczenie się w bok. Kontynuuję przewrót, kiedy maczuga wali w lakierowaną inkrustację z aragonitu zdobiącą krawędź balkonu. Odłamki lecą we wszystkich kierunkach; miejsca, gdzie eleganckie podłoże zostało odsłonięte, zaczynają syczeć i parować.
- Grr! - ryczy karzeł i ponownie unosi maczugę.
Jestem zbyt blisko krawędzi, żeby czuć się bezpiecznie, a napastnik znajduje się między mną a drzwiami balkonowymi. Powinnam pobiec balkonem, wskoczyć do kasyna przez któreś z okien i zniknąć. Ale jestem wytrącona z równowagi, wściekła i upokorzona beztroską brutalnością interwencji Dominy, więc zamiast tego robię coś naprawdę głupiego.
Z jedną stopą nad otchłanią próbuję chwycić za ramię wolną dłonią.
- Aj!
Nie trafiam i przez pomyłkę łapię go za głowę. On odpycha mnie ku krawędzi. Jego stopy przylegają do balkonu jak przyklejone, ale jestem od niego dwa razy wyższa i co najmniej pięć razy cięższa. Ponownie podnosi maczugę. Panikuję; opieram drugą dłoń na jego ramieniu i odpycham go z całej siły, próbując maksymalnie zwiększyć dystans. Tylko zapominam puścić.
Oderwana głowa zostaje mi w dłoni, a ciało pada bezwładnie na balkon. Z kikuta szyi wycieka blady płyn uszczelniający i zabezpieczający ją przed dalszymi uszkodzeniami. Maczuga groźnie buczy i warczy. Zabije wszystko, czego dotknie. Omijam ją szerokim łukiem, wyciągając z wrogim spojrzeniem głowę karła w stronę Dominy.
- Pożałujesz tego! - mówi głowa, z braku krtani posługując się elektromową.
- Ma rację - zgadza się Domina, uśmiechając się do mnie. Wydaje się rozbawiona. - Głaz jest bardzo mściwy. Musisz uciec daleko stąd, manekinko, i mieć nadzieję, że gdziekolwiek się schowasz, on cię nie znajdzie.
- Czy będzie mnie ścigać, jeżeli go upuszczę? - pytam, wysuwając ramię za krawędź balkonu. Robię ostrożny krok do tyłu wzdłuż śliskiej krawędzi, szukając lewą szpilką bezpiecznego miejsca do postawienia stopy.
- Nie zrobisz tego - odpowiada z namysłem Domina. - Jest bardzo popularny, ma ponad dwa tysiące rodzeństwa. I wszyscy oni wypowiedzą wendetę tobie i twojemu rodzeństwu. - Śmieje się cicho. - Czyż to nie byłoby zabawne?
Jej towarzyszka chichocze, naśladując panią.
- No dalej, upuść go, manekinko. Może dam ci fory.
Obracam ku niej głowę Głaza i spoglądam na urwany kark. Tak jak oczekiwałam, jest tam chip z duszą, anioł rejestrujący jego grzechy. Wydłużam dwa paznokcie i wydłubuję go z gniazda, po czym podsuwam mu pod oczy. Jego usta nadal się poruszają. Doskonale.
- Patrz. - Pstryknięciem palca wystrzeliwuję chip w dzikie, kłębiące się chmurami powietrze za krawędzią naszego unoszącego się świata. - Pożegnaj się ze swoją kopią zapasową, Głaz.
Nawet jeżeli włoży nowy chip, potrwa chwilę, zanim nowe wspomnienia zaczną się rejestrować, a nim w chipie ułożą się starsze doświadczenia, takie jak ten incydent, miną miesiące. Do tego momentu nie będzie w stanie przekazywać swoich doświadczeń rodzeństwu. Ostrożnie kładę głowę na podłodze.
- Jeżeli będziesz mnie ścigać i znów cię zabiję, będziesz mógł mieć pretensje tylko do siebie.
Robię krok do tyłu i mam szklane drzwi po mojej prawej.
- Dorwę cię - mówią bezgłośnie jego usta, kiedy uciekam.
To nie jest miejsce dla takich jak ja. Nie jestem hazardzistką, a oferowane tu przyjemności nie są przeznaczone dla mojego sortu. Jestem artefaktem z wcześniejszej ery, nie na miejscu, poza czasem, odizolowana i samotna. Wściekła i przestraszona, ruszam do pałacowego centrum wypełnionego atmosferą utleniającą. Znajduję wystarczająco dużą dla mnie śluzę roboczą, a przechodząc przez nią, biorę prysznic w ciekłej wodzie i zmywam swój odświętny strój pieniącym się strumieniem. Wciągam brokatowe paznokcie i szpilki, sutki i owłosienie łonowe wracają do normalnego stanu. Zachowuję długie rude włosy i twarz, bo trudno zrezygnować z niektórych aspektów osobowości niezależnie od kosztu, ale w drukarce po drugiej stronie śluzy czeka na mnie bardziej praktyczne ubranie pasujące do mojego statusu ledwo wiążącej koniec z końcem przedstawicielki wolnych zawodów. Kiedy powiedziałam Dominie, że jestem wolną kobietą, mówiłam prawdę, ale wybiórczą. Moja linia i moje rodzeństwo jesteśmy wolne, ale ponieważ jesteśmy wolne, to również biedne. Jedna z większych ironii losu.
Nie mam teraz zmiany, ale jeżeli chcę, mogę znaleźć jakieś drobne zlecenia. Koszty życia tutaj mocno nadwerężają moje zasoby, ale latający pałac jest lepszy niż uwięzienie na powierzchni planety, w przykrytych kopułą slumsach, i wynajmowanie układu nerwowego pod oprogramowanie do analiz stacji sekwestracji węgla z atmosfery. Powinnam poszukać jakiejś rikszy, którą mogłabym ciągnąć, ale nadal jestem podenerwowana po spotkaniu z Dominą i jej bandziorem, więc zamiast tego ruszam na jeden z podpoziomów pod systemami kontroli środowiska, by poszukać Victora.
Victor to pianino jazzowe, ksenomorf, któremu ostatnio ciężko się wiedzie, instrument strunowy z sercem, głową i ramionami pochodzący z okresu, kiedy bycie "swoim autentycznym ja" było w modzie. Dziś improwizacja jest niemodna, nie pasuje do gustów zmanierowanych elit, a niewłaściwa melodia może zostać uznana za krytykę przez szlachtę, skłonną do gniewu i jeszcze bardziej do bronienia honoru przemocą. Dlatego na zmianie dziennej Victor pracuje w dziale konserwacji atmosferycznej, a nocą w tunelach serwisowych organizuje przenoszącą się z miejsca na miejsce akustyczną ucztę. Takie miejsca towarzyszą nam od zawsze, jeszcze z czasów, kiedy na starej Ziemi mieszkali przedstawiciele mojej Prawdziwej Miłości, a my, którzy je pamiętamy, podtrzymujemy dawne tradycje. (Pijemy nawet wodne roztwory etanolu, chociaż z nieco innych powodów). Znajduję węzeł Victora w bujającej się pułapce na opary pod jednym z wielkich obwodów ekstrakcyjnych, które w strefie stacji z atmosferą utleniającą usuwają siarczany z powietrza. Pokrył ściany węglową czernią, wyhodował układ kolorowych światełek i nakłonił podłogę, aby wyrosły z niej piankowe przegrody dzielące całość na miękkie przedziały. Spelunka jest dziś cicha, jedynie Milton (pracujący dorywczo dla Victora jako kelner i wspólnik) leniwie przeciera blat baru.
- Gdzie szef? - pytam, zatrzymując się przy nim.
- Na zapleczu, dziunia. - Milton ustawił sobie niesprawny, chrypiący głos. - Co mogę ci podać?
- Litr specjału. Bez PEG.
Wielu poważnych alkoholików lubi dodawać do drinka szota glikolu polietylenowego, ale jak dla mnie jest zbyt słodki.
- Jak sobie życzysz. - Milton wzrusza jedną parą ramion i podaje mi dzbanek. - Pięć centymów.
Podpisuję rachunek i idę z dzbankiem do szefa, który siedzi w przytulnej niszy, jedną z rąk brzdąkając na klawiaturze, otoczony wianuszkiem tymczasowo bezrobotnych odkurzaczy pochłaniających teraz jego muzykę.
- Masz chwilę, Vic? - Siadam naprzeciwko.
Kiwa głową i gra dalej, nie wypadając z rytmu. Odkurzacze są jak zahipnotyzowane, uginają nogi, bujając się w miejscu. Niektóre noszą opalizujące skorupy, ale większość ekipy sprzątającej jest naga jak w dniu, kiedy została wyprodukowana: czarne rury z wieloma nogami i głowami będącymi praktycznie wężami z frędzlami, każda zwieńczona parą wyłupiastych oczu.
- Nie spodziewałem się dziś ciebie. Myślałem, że imprezujesz z chibi. Może małe jam session?
- Chciałabym, ale nie teraz, Vic. - Czekam chwilę, wsłuchując się w wewnętrzne głosy. - Chyba muszę stąd zniknąć.
- Ach... poczekaj momencik. - Gra długą, skomplikowaną sekwencję zamykającą i kończy.
Odkurzacze nieruchomieją na kilka sekund po wybrzmieniu ostatniej nuty, a potem entuzjastycznie podskakują.
- Dziesięć minut przerwy - mówi do nich. - Jesteście cudowną publicznością, ale muszę odzyskać siły.
Puszcza sygnał do Miltona i w całym barze ukryte głośniki wznawiają wcześniejszą sesję. Już po chwili jesteśmy sami; odkurzacze są bardzo podatne na szybką stymulację.
- To poważne? - pyta. - Jak daleko stąd musisz się znaleźć?
Rozważam opcje.
- Prawdopodobnie poza planetą. - Moje rodzeństwo w większości przebywa na Ziemi; możliwe, że na Wenus jestem jedyna ze swojego rodzaju. - Obraziłam szlachciankę.
- Obraziłaś szlach... jak? - Jego mowa ciała sygnalizuje zaskoczenie: wygrywa sekwencję wznoszących się nut.
- Byłam w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. - Pociągam długi łyk z dzbana. Specjał zalatuje mocno kreozotem z nutami siarki i syropu; intensywny smak, który według mojego języka byłby wyjątkowo paskudny, gdyby mój system węchowy nie został zmodyfikowany pod normy obowiązujące na Wenus. - Mm, przyjemne.
Piętro wyżej salon gier oferuje napoje orzeźwiające, wyrafinowane koktajle dla bogatych smakoszy, ale trunek warzony przez Victora zapewnia komfort.
- Niedobrze - mówi łagodnie. - Masz pieniądze, żeby zapłacić za podróż poza planetę?
Upijam kolejny łyk.
- W tym sęk. Życie tu było droższe, niż się spodziewałam. Nie chcę wyciągać kasy od sióstr, chyba że... no. Tylko w przypadku noża na gardle. A chociaż oszczędzam, to w tym tempie zebranie kasy na przelot trzecią klasą z powrotem na Lunę zajmie mi sześć lat. - Co najmniej dwieście reali... - Ucieczka z wenusjańskiej studni grawitacyjnej jest kosztowna. - Miałam nadzieję, że może kogoś znasz.
- Być może. - Gra krótką sekwencję nut. - Możesz zniknąć na kilka godzin?
Opróżniam dzbanek i czuję ciężar wypełniający układ trawienny.
- Ile potrzebujesz?
- Powiedzmy, że trzy: muszę zasięgnąć informacji.
Bierze ode mnie pusty dzbanek i rzuca go przez cały bar, prosto w trzecią dłoń Miltona.
- Będzie mi ciebie brakowało, maleńka.
Wzruszam ramionami.
- Lepsze to niż alternatywa.
- Zdecydowanie. Spływaj!
Spływam.
Nie jest łatwo schować się w miejscu, w którym jest się dwa razy wyższą od prawie wszystkich, ale miałam w tym sporą praktykę; karzełki z wielkimi głowami i dużymi, ciemnymi oczami wytykające mnie palcami i krzyczące "Ogrzyca!" wszędzie, gdzie się tylko pojawiałam, były świetnym motywatorem do nauki, w szczególności na zadupiach pozbawionych policji. To miasteczko nie jest duże, ale jak wszystkie sterowce unoszące się w stratosferze Wenus ma przestrzenie infrastrukturalne (wnętrza wypełnionych tlenem balonów nośnych, szkieletowe ramy wsporników pod podłogą), a ja dobrze je poznałam. Przemieszczam się z klubu Victora na najniższy poziom strefy tlenowej, modyfikuję swój cykl metaboliczny i wchodzę przez śluzę do rozległych, osłoniętych przestrzeni ramy sterowca.
Często tu bywam poza swoją zmianą. Biorę ze sobą tablet, sprawdzam pocztę, oglądam filmy, przeglądam wiki i komiksy, staram się zapomnieć, że jestem jedyną przedstawicielką swojego rodzaju na tej planecie.
Jestem wygodnie schowana w jednej z prywatnych kryjówek (niszy pomiędzy balonem nośnym numer cztery a przejrzystą powłoką zewnętrzną, w której mogę odpocząć na oceanie miękkich balonów z widokiem na rozpościerający się niżej krajobraz chmur), kiedy tablet dopomina się mojej uwagi. Opieram się o membranę i skupiam na wiadomości. Jest od Emmy, jednej z moich bardziej ekstrawaganckich sióstr. Od dłuższego czasu nic od niej nie dostałam, uświadamiam sobie, i sprawdzam pamięć: od ponad sześciuset dni ziemskich. To dziwne, bo normalnie wymieniamy wiadomości co jakieś pięćdziesiąt dni.
Przywołuję jej imago z czasu ostatniej aktualizacji. Jest modelem z kaskadami słonecznych blond włosów, symetrycznymi wysokimi kośćmi policzkowymi, brązowymi oczami z lekkimi zmarszczkami nakątnymi oraz delikatnym metalicznym odcieniem skóry; jak każda z nas stanowi idealne przestarzałe ucieleśnienie piękna. Ale jej imago wygląda na lekko zaniepokojone, co odzwierciedla zakodowane w wiadomości sugestie emocji.
- Freja? Mam nadzieję, że u ciebie wszystko w porządku. Możesz się do mnie odezwać? Mam problem i chętnie skorzystałabym z twojej pomocy i rady. Pa.
Z narastającym zdziwieniem każę imago powtórzyć wiadomość. Tylko dwadzieścia pięć słów po tak długiej przerwie? Już prawie jej tak odpisuję, ale sprawdzam routing i widzę, że wiadomość przyszła przez centralny urząd pocztowy Górnego Portu Eris. Moja złość gaśnie. To tłumaczy jej zwięzłość, ale lokalizacja jest zaskakująca. Co ona robi tak daleko? Eris jest bardzo oddalona, leży na obrzeżach układu, prawie dwa razy dalej od Plutona. Osiem godzin świetlnych. To bardzo daleko dla nas. Zazwyczaj nie wybieramy się w głęboką przestrzeń, nie ma tam nic, co by nas interesowało. Emma, ja i kilka innych to wyjątki, które chętnie zapuszczają się poza planetę - jeśli na końcu trasy znajduje się jakieś cywilizowane miejsce docelowe.
Żaden ród nie jest jednolity, a Pomiot Rei jest podatny na dywergencję od wersji bazowej szybciej i dogłębniej niż większość (nic dziwnego, skoro specyfikacje rodu są przestarzałe, a wzorcowa matriarchini nie żyje). Mimo to jedną z naszych norm jest słabość do cywilizacji. Ostatnim razem, kiedy dostałam wiadomość od Emmy, przebywała na Kallisto, pracując jako przewodniczka dla wypraw narciarskich na lodowych pustkowiach. W sumie chyba nie powinnam być specjalnie zaskoczona, że pojawiła się w jednym z Zakazanych Miast, a czas potrzebny, żeby się tam dostać, może tłumaczyć długie milczenie, jednakże...
- Emmo, wkrótce wyruszam w podróż. Co mogę dla ciebie zrobić?
Kompresuję wiadomość i przesyłam ją na pocztę, starając się nie krzywić, kiedy się dowiaduję, jaka będzie cena wysyłki. Jej odpowiedź w końcu do mnie trafi, ale będzie to kosztowna korespondencja. Przez moment rozważam odwiedzenie Emmy osobiście, ale to absurdalna zachcianka: sam wydatek energetyczny byłby astronomiczny, nie wspominając o czasie lotu. Dziesiątki tysięcy reali, gdybym podróżowała trzecią klasą, a prawdopodobnie miliony, jeżeli chciałabym znaleźć się tam wystarczająco szybko, aby móc pomóc.
Po wysłaniu odpowiedzi staram się zrelaksować na łóżku z balonów, ale jestem zbyt zaniepokojona, aby czuć się komfortowo. Nikt inny nie kocha mnie wystarczająco, aby się odezwać, a groźba Dominy ciągle zaprząta mi umysł. Co za paskudny los paść ofiarą nudy szlachcianki! Muszę się stąd wydostać. Nawet jeżeli będę musiała sprzedać się w niewolę, żeby to zrobić? Może to rzeczywiście jest aż tak pilne. Przyleciałam na Wenus, sądząc, że będę mogła zacząć tutaj od zera, ale zamiast tego płynęłam od jednej beznadziejnej roboty do drugiej, samotna i niemyśląca o niczym. To naprawdę już dziewięć ziemskich lat? Chyba oszalałam! Ale nic mnie tutaj nie trzyma. Pora odlecieć.
Mam własny pokój w dolnym rejonie miasta, w pobliżu słabo oświetlonych, ciasnych koszar arbeiterów, w których niewolnicy śpią w sześciu warstwach na regałach magazynowych. Skromny, ale ma wszystko, co ważne: punkt zasilania, nadmuchiwane łóżko, drukarkę, zestaw do konserwacji, garderobę. To miejsce, w którym można spać i śnić, chociaż tego drugiego staram się nie robić - zbyt często nawiedzają mnie powtarzające się koszmary. Przeznaczam na wynajem znaczną część wypłaty, a pokój jest minimalnie umeblowany (podatek od masy jest morderczy, uznałam więc, że korzystanie z publicznej infrastruktury wyjdzie taniej), ale to najbliższe własnego domu, co mam. Niewiele chcę zabrać ze sobą, no ale to tutaj trzymam cmentarzysko. A bez tego donikąd się nie wybieram.
Przeciskam się przez kołyszące się tkaninowe tunele przechodzące przez puste obszary nośne, wspinam po drabinach i szynach zasilania, schodzę po torach. Panuje tu brud i zaduch, atmosfera jest kiepsko kontrolowana w porównaniu z wielkimi salami balowymi i kasynami. To siedziba zespołów konserwacyjnych, które utrzymują napowietrzny pałac przyjemności w stanie atrakcyjnym dla szlachty z luksusowych kabin na pokładach promenady. Tutaj żyją płotki, jeden pokład nad koszarami arbeiterów z chipami niewolniczymi.
Mój pokój to dawny kontener towarowy, jeden z kilku zespawanych ze sobą i podzielonych na mieszkania przez dawno zapomnianą modliszkę-budowlańca. Niektóre mieszkania są wielkości moich dwóch złożonych pięści, inne zajmują kilka kontenerów. Kołyszą się lekko, kiedy miasto odpala turbiny napędowe, aby zmienić kurs i uniknąć chmur grożących turbulencjami. Szlachta z Komitetu Sterującego nazywa nas "balastem" i regularnie żartuje, że zrzuci nas na powierzchnię, jeżeli miasto napotka jakąś burzę.
Kiedy wspinam się po drabinie do drzwi mieszkania, słyszę cichy odgłos drapania, chitynowe skrobanie polimerowych stóp na metalowej podłodze. Spinam się, natychmiast czujna. To z mojego pokoju! Czy któryś z braci Głaza już obrał mnie sobie na cel? Przechylam głowę, nasłuchując, starając się zbudować akustyczny obraz. Coś porusza się w mieszkaniu, coś małego i mającego o wiele za dużo nóżek. Nie Głaz, zdaję sobie sprawę. Zaczynam znowu się wspinać, cicho i szybko, a potem przygotowuję się na wąskim balkoniku przy drzwiach. Są zamknięte mechaniczną kłódką (sama ją założyłam) i oczywiście ktoś wytrawił jej pałąk. Korpus zwisa ze skobla, przyprószony białym pyłem. Intruz ciągle przemieszcza się w moim pokoju, ewidentnie przekonany, że nikt mu nie przeszkodzi. Słucham przez chwilę i kiedy mój "gość" szeleści w okolicach drukarki, gwałtownie otwieram drzwi i wskakuję do środka.
W całym pokoju panuje chaos: rozpruta pościel, z przewróconej drukarki wycieka płyn roboczy, wszędzie leżą ubrania, a pośrodku tego bałaganu przykucnął winowajca. Nie widziałam wcześniej nikogo takiego: sześć chudych ramion, pokryty szorstkim futrem korpus sięgający mi do kolan, trzy duże fotoreceptory rozmieszczone dookoła złożonego zestawu żuwaczek. Trzyma otwarte cmentarzysko, węsząc nad chipami z duszami moich martwych sióstr.
- Ej, ty! - krzyczę.
Intruz obraca głowę w moim kierunku i podskakuje, futro staje mu na sztorc od elektrowrzasku, mikrofalowego szumu, który emituje w moją stronę. Ściskając cmentarzysko, próbuje przemknąć mi między nogami. Siadam i chwytam go, dociskając do podłogi. Jest rozmiaru średniej wielkości ssaków ("psów"), które były gatunkiem towarzyszącym mojej Prawdziwej Miłości, jeszcze zanim nas wyprodukowała, i ciągle wrzeszczy, jakby się bał, że go zabiję. Jeżeli uszkodził cmentarzysko, to nie mogę tego wykluczyć.
- Zostaw to! - mówię temu czemuś. - Puszczaj natychmiast!
Czuję kłucie w palcach, którymi dotykam futra. Zdaję sobie sprawę, że przebiegają po nich iskry. Może to nie ma uszu? Wygląda tak dziwnie, że może być próżniowcem.
Przez moment się wije, po czym bezwładnie opada na podłogę pod moją dłonią. Chwytam cmentarzysko i szybko kładę je za sobą.
- Kim jesteś i co tu robisz?
Nie odpowiada. Nawet się nie rusza. Między moimi palcami zaczyna się unosić rzadki, żrący dym.
- Ups - mruczę cicho.
Popsułam go? Zdejmuję dłoń z jego pleców i przyglądam się sierści. Jest gruba i pierzasta, a kiedy obserwuję ją bliżej, dostrzegam rekursję dipolową. No dobra, to faktycznie próżniowiec, i to głośny. Nie ma płuc, tylko niewielką butlę gazową oraz siatkę zasilającą, co pokazuje, że dostosował się do tymczasowej wyprawy w dół studni grawitacyjnej. To dla mnie zbyt dziwaczne. Podnoszę cmentarzysko i starannie oglądam. Nie wydaje się uszkodzone, ale nie mogę tego sprawdzić inaczej, niż ładując każdą z jego lokatorek chip po chipie. Później, decyduję i wkładam pudełko do mocno zużytej torby na ramię.
- Mam nadzieję, że go nie uszkodziłeś - ostrzegam powalonego włamywacza, po czym pod wpływem chwilowej irytacji kopię go.
Przelatuje na drugą stronę pokoju, bezwładny do momentu, w którym uderza w ścianę, wtedy bowiem emituje oszałamiająco głośny impuls mikrofal, podwija nogi i ramiona i nurkuje prosto w moją twarz.
- Kurwa! - Rzucam się w bok, a on przelatuje mi nad głową i wypada przez drzwi na wysoce nielegalnym odrzucie.
OK, wygląda na to, że butla gazowa nie służy do oddychania. Obracam się za nim, ale nie wygląda, jakby planował wracać. Natomiast... czy w ścianie naprzeciwko jest dziura? Ups, chyba tak. Mały włamywacz wybił otwór w zewnętrznej powłoce miasta. Załoga nie będzie zadowolona, dochodzę do wniosku. Powinnam się stąd zwinąć. Schodzę szybko po drabinie, z duszami wszystkich moich martwych sióstr w torbie, i ruszam sprawdzić, co załatwił mi Victor.
bishoujo i chibi to style anime: bishoujo to stylizowane atrakcyjne dziewczyny, chibi, inaczej super deformation, charakteryzują małe sylwetki i wielkie głowy (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza). [wróć]
W Chinach tradycyjny zespół szczelnie połączonych ze sobą budynków. [wróć]
Knajpa nie jest jakoś dużo bardziej zatłoczona niż wcześniej, ale koło Victora siedzi jakiś nieznajomy. Kiedy staję w drzwiach, Milton kiwa mi głową.
- O, Freja - mówi Victor. - Chciałbym, żebyś poznała Ichibana.
Ichiban (Numer Jeden, tłumaczę w głowie) zwraca na mnie niebieskie, porcelanowe oczy wielkości talerzy i lekko pochyla głowę. Prawie cofam się o krok, bo odruchy mówią mi: Szlachcic!, ale potem zdaję sobie sprawę, że nie. On chce wyglądać jak szlachcic, ale nie jest nim i nigdy nie będzie.
- Bardzo mi miło - odpowiadam, też się skłaniając.
Wymieniamy dalej puste uprzejmości, a ja staram się zorientować, kim on właściwie jest.
- Ichiban ma drobny problem, który mogłabyś pomóc mu rozwiązać - tłumaczy Victor. - Wymaga podróży.
- Z chęcią posłużę radą - zgadzam się ostrożnie.
- Tak. - Ichiban kiwa głową w zadumie. - Jest pani bardzo duża.
Spogląda na mnie z dołu. To prawda: mam prawie sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu. Jestem faktycznie wyidealizowaną repliką Twórców, w odróżnieniu od superzdeformowanych karłów, które są dziś najczęstszym fenotypem nuworyszy.
- Dobra bezwładność cieplna - dodaje nieoczekiwanie. - I została pani zaprojektowana do warunków panujących na Ziemi przed emancypacją.
Dobra bezwładność cieplna? Uśmiecham się, kiedy włączają mi się odruchy biomimetyczne: policzki delikatnie się rumienią, sygnalizując lekkie zakłopotanie lub zmieszanie. Emancypacja? O czym on gada?
- Obawiam się, że nie do końca rozumiem.
- Moi sponsorzy mają obiekt, który wymaga transportu z układu wewnętrznego na Marsa - mówi Ichiban, lekko zawieszając głos.
Dlaczego rozmawia ze mną?, zastanawiam się. Podróże nie są moją mocną stroną. Są zbyt kosztowne dla naszego rodu, abyśmy często sobie na nie pozwalały. Podwojenie wymiarów ośmiokrotnie zwiększa objętość, a zatem masę i budżet energetyczny wymagany, aby dostać się na orbitę. Jestem dwa razy wyższa od przeciętnej osoby, i to główny powód, dla którego utknęłam tutaj, a w Układzie Słonecznym rozpanoszyły się chibi-karły zamiast prawdziwych ludzi. Przywdziewam maskę uprzejmej uważności, by ukryć rozczarowanie.
- Jest obecnie przygotowywany na Merkurym i będzie musiał wyruszyć za około osiem dni. Problem stanowi to, że to delikatny obiekt naukowy o znaczącej wartości. Wymaga nadzoru i musi być przechowywany w środowisku odpornym na wstrząsy, przy stałej temperaturze, ciśnieniu i stężeniu tlenu. - Ciągle na mnie patrzy. - Mam wrażenie, że innym przedstawicielkom pani typu zdarzało się przyjmować zlecenia kurierskie lub eskortowe, czyż nie?
Skąd ma te informacje?, dziwię się.
- Mój archetyp został faktycznie zaprojektowany jako eskortka - odpowiadam ostrożnie.
Eskorta czego? Na wszelki wypadek pozostawiam to niedopowiedziane. Niektóre uprzedzenia trzymają się mocno.
- Jako eskortka dla czysto biologicznych organizmów - potwierdza Ichiban, przyjaźnie potakując głową. - Replikatorów różowej mazi.
Staram się nie pokazać po sobie, że jestem wstrząśnięta.
- Czym dokładnie jest ten artefakt badawczy? - pytam.
- Tego nie mogę powiedzieć. - Ichiban nadal lekko się uśmiecha. - Nie przekazano mi szczegółów z uwagi na tajemnicę handlową. Jednak mogę zapłacić pani za natychmiastowy przelot trzecią klasą do Cynobru, jeżeli zgodzi się pani spotkać z moimi współpracownikami i rozważyć przyjęcie zlecenia. - Podnosi palec ostrzegawczo. - Nie jest pani jedyną, z którą się kontaktujemy. Zadanie to wymaga pewnej delikatności, ponieważ konkurencja z chęcią dokonałaby sabotażu naszego projektu, więc nie ma gwarancji, że zostanie pani wybrana. Ale rozumiem, że tak czy inaczej chce się pani wydostać poza planetę, więc mam nadzieję, że będziemy mogli sobie wzajemnie pomóc.
Chcą, żebym przetransportowała próbkę biologiczną? Żywą? Prawie zataczam się z wrażenia.
- Z... z wielką ochotą pomogę - odpowiadam automatycznie, zacinając się lekko. - Ale trzecią klasą?
Uśmiech Ichibana staje się wątlejszy.
- Umieszczenie pani wielkich kończyn na orbicie będzie nas dużo kosztować.
Odczytuję to jasno: Nie przesadzaj.
Potakuję, godząc się z nieuniknionym. Nie mam co oczekiwać kajuty z możliwością chodzenia po statku.
- Kiedy mam wylecieć?
Ichiban spogląda na Victora.
- Natychmiast - oznajmia. - Proszę pójść ze mną od razu.
I to koniec rozmowy.
Ichiban wyprowadza mnie przez nieznany mi boczny zaułek, a potem stromą zejściówką na drogę, na której czeka już riksza zaprzężona w dwa kucyponki, które popatrują na mnie gniewnie, kiedy wsiadam. Pojazd trzeszczy pod moim ciężarem, ale Ichiban wydaje się tym nie przejmować.
- Ruszajcie - mówi kucyponkom, a te ruszają kłusem, unosząc wysoko ogony.
Zauważam, że śledzi nas para małych ornitopterów.
- To wasze? - pytam.
Ichiban zerka na mnie obojętnie.
- Zajmę się nimi.
Odchyla się na siedzeniu i zamyka oczy. Kilka sekund później jeden ptakobot zaczyna dymić i skręca gwałtownie. Drugi ostrożnie trzyma się od nas z dala.
Zjeżdżamy w boczną uliczkę i przystajemy w przestronnym doku, gdzie po drugiej stronie śluzy czeka już malutka gondola pod częściowo napełnionym balonem.
- Co to?
- Dobrze, żeby pani zniknęła tak szybko, jak to tylko możliwe. Proszę wsiadać. - Ichiban wskazuje gondolę. - Ma energię i zapas surowca. Proponuję się rozgościć, posłuży pani za dom przez jakiś czas.
Oglądam tę rzecz z powątpiewaniem. To ciasny kokon z rozpórek i wiotkiej wyściółki, umieszczony na cylindrycznym adapterze z zasilaniem w energię i surowce. Pod siedzeniem ma coś, co wygląda na chwytak. Wydaje mi się, że jestem od niego ze trzy razy cięższa.
- Mam to mieć na sobie aż do Merkurego?
- Tak. - Uśmiecha się łagodnie. - Pani winda będzie tu za trochę ponad godzinę.
- Moja... - Zatrzymuję się z nogą już w połowie w kokonie. - Wykupiliście mi przejazd windą? - Nie mogę się powstrzymać i kończę wypowiedź słabym jękiem.
- Oczywiście. - Ichiban wygląda na lekko rozbawionego. - Jak inaczej miałaby pani dotrzeć na orbitę jeszcze tej doby?
Siadam ostrożnie i wsuwam drugą nogę do kokonu. Zaczyna do mnie docierać powaga sprawy. Korzystaj z okazji, mówią mi wspomnienia i godzę się z rzeczywistością. Mój system wymiany gazowej jest zbyt dobrze zaprojektowany, aby gwałtownie przyspieszać, ale gdybym należała do gatunku mojej Prawdziwej Miłości, pociłyby mi się dłonie i waliło serce. Nie wiem, czego się spodziewałam: pewnie spokojnego lotu odrzutowcem na jedną ze stacji równikowych, a potem rejsowego lotu rakietowego. Ale jesteśmy w okolicach północnej wyżyny biegunowej, więc zajęłoby to dużo czasu. Sponsorzy Ichibana kupili czas na orbitalnym kołowrotku, a ten właśnie ustawia swoje tysiąckilometrowe ramię w odpowiedniej pozycji, przygotowując je do zanurzenia w stratosferze i pochwycenia mnie jak unoszący się na wietrze płatek kwiatu. Kładę się i pozwalam, żeby kokon wessał mnie w siebie. To musi ich kosztować tysiące, zdaję sobie sprawę. Więcej niż przelot luksusową kabiną dla szlachty.
- Jak mogę rozmawiać...
- Kokon przekaże pani wszystkie niezbędne informacje - odpowiada Ichiban, odwracając się.
Lśniące tatuaże na jego ramionach i barkach puszczają do mnie oko, kiedy odchodzi.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki