1.
Dom mój znalazłem na Antypodach
Nie będę zmyślał. Nie będę opowiadał głodnych kawałków, udawał, że wszystko, co przeżyłem, do dziś tkwi w mojej głowie. Pamiętam tylko pewne pojedyncze obrazy, wyrwane z kontekstu zdarzenia, których w dodatku często nie mogę ze sobą powiązać. Daty i nazwy wyparowały z mojej głowy, a może nigdy ich w niej nie było? Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że teraz mam przeszło osiemdziesiąt lat, a wtedy, gdy wszystko nabierało rozpędu, miałem trzy lata i niecałe dwa miesiące.
Mieszkaliśmy w gospodarstwie. Nie wiem dokładnie, gdzie się znajdowało. Później mówili mi, że koło Sokala, na wschodzie, wtedy w powiecie lwowskim, teraz to miasto na Ukrainie. Ojciec był leśniczym, dużo czasu spędzał więc w lesie. Domem i nami zajmowała się mama. Było nas czterech: najstarszy brat, Józek, był dziewięć lat starszy ode mnie, Tadek był ode mnie sześć lat starszy, a Janek dwa lata młodszy. Urodziłem się w lipcu 1936 roku. Wszyscy mieliśmy za zadanie pomagać mamie. Już jako trzylatek karmiłem kury.
W domu było wesoło, bo do starszych braci przeważnie przychodzili koledzy. Razem chodziliśmy nad staw, żeby się kąpać, a w zimie na sanki. Pamiętam, że kiedyś Józek wsadził mnie na konia, on już na nim siedział, a mnie posadził za sobą. Mieliśmy tylko jednego konia. Powiedział: "Jedziemy?". I od razu ruszył. Chciałem powiedzieć: "Tak", ucieszyłem się przecież, ale nie zdążyłem. Gdy tylko uniosłem wzrok, wystająca z dużego drzewa gruba gałąź tak mocno uderzyła mnie w głowę, że spadłem na ziemię. Zapamiętałem to najlepiej, bo byłem nieźle poobijany.
Pewnego razu wszedłem do stodoły i zobaczyłem, że ojciec kopie dziurę. Nigdy nie widziałem, żeby kopał w stodole, więc spytałem:
- Po co ojciec to kopie?
- Muszę wrzucić tam broń i swoje prywatne rzeczy - odpowiedział.
- Dlaczego?
- Bo Rosjanie zaraz przyjdą.
- A kto to Rosjanie? - zapytałem głupio, ale jako trzylatek chyba miałem prawo nie wiedzieć. Ojciec ich znał, był legionistą w czasie pierwszej wojny światowej.
Nie odpowiedział, ale w nocy, kilka dni, a może tygodni później, nie pamiętam, otrzymałem odpowiedź. Zapanował taki hałas, że zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje. Wszyscy biegali po domu, a my z Jankiem, moim najmłodszym bratem, który miał wtedy około roku, wybuchnęliśmy płaczem. Najgorsze było to, że mama stanęła pośrodku pokoju, załamała ręce i wyglądała tak, jakby chciała się do nas przyłączyć. Potem w sieni zobaczyłem mężczyznę w mundurze. Trzymał karabin, jakiego jeszcze nigdy nie widziałem, przedtem widywałem tylko ten należący do ojca, i był chyba inny. Mężczyzna wrzasnął coś nie po naszemu, potem powiedzieli mi, że to znaczyło:
- Pakujcie się, macie dziesięć minut!
Nie wiem, czy to rzeczywiście było dziesięć minut, czy więcej, ale jeszcze dobrze się nie obudziłem, kiedy dosłownie wrzucili nas na sanie, mnie tak, jak kolejne pakunki, i zawieźli na najbliższą stację kolejową. Tam stał pociąg tak długi, że nie było widać końca, a obok niego i w nim tłumy ludzi. Naprawdę nie wiedziałem, co się dzieje. Wszedłem do wagonu za ojcem, Janka trzeba było wnieść. W środku byli już jacyś ludzie, ale zostało jeszcze trochę miejsca. Po obu stronach znajdowały się wysokie półki. Ludzie siedzieli albo pod, albo na półkach. Józek szybko wybrał sobie najlepsze miejsce pod oknem. Położył się tam i już.
Raz obudziłem się jakoś wcześniej i poszedłem do niego, żeby spojrzeć przez okno. On jeszcze spał, obrócił się na drugi bok, nie wiedział, że leżę koło niego i strącił mnie z ławki. Upadłem tuż koło piecyka; gdybym spadł trochę dalej, to nie tylko mocno bym się uderzył, bo piec miał ostre kanty, ale mógłbym się też poparzyć.
Na postojach ludzie wychodzili zebrać śnieg, bo jak się stopił, to mieli wodę do picia. Kiedyś pociąg ruszył, a nasz ojciec jeszcze nie wrócił. Zaczęliśmy płakać, jak tu jechać bez ojca? Co się z nim stało, co z nami będzie bez niego? Mama nas nie pocieszała, też się bała, ale ojciec przyszedł na następnym postoju. Okazało się, że jechał w ostatnim wagonie, do którego wskoczył już w biegu. Odetchnęliśmy z ulgą.
Sytuacja nadal była jednak niejasna. Nikt nie tłumaczył mi, o co chodzi, ale w pamięci utkwił mi taki lęk, strach przed czymś. Dużo ludzi płakało, kłóciło się, krzyczało jeden na drugiego, a ja nie wiedziałem dlaczego, lecz jakoś wewnętrznie się tego wszystkiego bałem. Zapamiętałem scenę, jak na jednym z postoi wyrzucili człowieka, wprawdzie już nie żył, ale ja byłem przerażony, że wszystkich będą tak wyrzucać, łapiąc za nogi i głowę. Potem zrozumiałem, że robili tak tylko z trupami.
Wreszcie kazali nam wysiadać. Kto nie mógł, został wypchnięty, prawie tak samo, jak trupy. To był koniec podróży. Nie wiem, ile trwała. Zrobiło się zamieszanie, znów krzyki, płacze, upiorny szum. Zaprowadzili nas do miejsca, gdzie znajdowało się kilka domków. Pilnowali ich strażnicy z karabinami i psami. Ktoś potem powiedział mi, że to obóz. Żeby dostać tam cokolwiek do zjedzenia, trzeba było pracować. Mama, tata i najstarszy brat, Józek, pracowali. Wszyscy w lesie. Gdy ojciec wspomniał, że jest kowalem, kazali mu robić narzędzia do wycinania drzew i tym podobne rzeczy. Dostawał za to więcej niż w lesie. Ja niby nie pracowałem, ale też miałem zadanie. Co środę szedłem na dyżur, musiałem stać w kolejce po prowiant. Trzeba było stanąć jak najwcześniej, bo często chleba nie wystarczało dla wszystkich. Jeśli się spóźniłem, cała rodzina nie miała co jeść. Bochenek był twardy jak kamień, taka trudna do zgryzienia glina, jakoś dało się zjeść, a często niczego innego nie było.
Tadka, mojego średniego brata, wzięli do szkoły rosyjskiej na zrusyfikowanie. Tęskniłem za nim. Wrócił dopiero po ogłoszeniu amnestii. Gdy powiedziano nam, że jesteśmy wolni, mama i tata nagle zniknęli. Nie wiedziałem, co się dzieje. Nie było ich przez dłuższy czas, myślałem już nawet, że nie wrócą. Ale wrócili. Szukali transportu, trzeba było coś załatwić, żebyśmy mogli wyjechać z obozu.
Najpierw jechaliśmy pociągiem, nie pamiętam jak długo. Potem bardzo długo - brat powiedział mi, że prawie dwa tygodnie - szliśmy na piechotę. Nie sami, przed nami i za nami szedł cały tłum ludzi. Pośród nich był tylko jeden wóz i na nim jechali chorzy i tacy, którzy nie mogli iść. Gdy ktoś z nich umarł, zrzucali go na ziemię i brali kogoś nowego. Nie wiem dokładnie, dokąd szliśmy. Najpierw chyba do Kazachstanu, a potem do Uzbekistanu. Tam zostaliśmy dłużej. Rodzice znaleźli wolną, małą, glinianą chatkę; nie było w niej okien, ale były drzwi. Tam zamieszkaliśmy. Ojciec podkuwał konie i czasem wielbłądy.
Pewnego razu wielbłąd miał kamień pomiędzy palcami i ojciec musiał go wyciągnąć. Byłem akurat w pobliżu, więc powiedział:
- Trzymaj za lejce.
Trzymałem, a ojciec męczył się, by wyjąć kamień. Wielbłąda musiało zaboleć, bo nagle poderwał głowę i poleciałem do góry, po czym spadłem na plecy. Ciężka to była praca, ale można było coś zarobić, nie zawsze pieniądze, pieniądze raczej rzadko. Kiedyś dostaliśmy cały worek mąki. Ale co mieliśmy z tą mąką robić, gdy nie było wody i trudno ją było zdobyć? Nie było też jajek.
Kiedyś mama wysłała nas w pole.
- Idźcie chłopcy, może znajdziecie jakieś żółwie, to będą i jajka...
Aż do nocy chodziliśmy, szukaliśmy, ale nie znaleźliśmy nawet jednego żółwia. Najczęściej byliśmy głodni i wciąż tylko myśleliśmy, co nadawałoby się do jedzenia. Kiedyś z głodu tak bardzo bolał mnie brzuch, że w nocy, kiedy wszyscy spali, wszedłem po drabinie, by sięgnąć do półki, gdzie stało jedzenie. Była tylko mąka, więc zacząłem ją jeść rękami. Mama się obudziła i jak tylko to zobaczyła, zaczęła na mnie krzyczeć. Z tego, co mówiła, zrozumiałem, że mogą mi się skleić kiszki. Okropnie się przestraszyłem i później ciągle wydawało mi się, że wszystko w środku mam sklejone.
Niedługo potem mama zachorowała na tyfus, po niej także ojciec i najstarszy brat. Tadek, Janek i ja jakimś cudem się nie zaraziliśmy. Dbaliśmy o chorych najlepiej, jak umieliśmy, ale mama szybko umarła. Nie wiedzieliśmy, jak ją pochować, a nikt z sąsiadów nie chciał nam pomóc, bo bali się tyfusu. W pobliżu mieszkała rodzina żydowska i to oni nam pomogli. Nie mieliśmy narzędzi do kopania, a na pustyni piasek był miękki tylko dwa, trzy centymetry z góry, a głębiej bardzo twardy. Wykopaliśmy więc patykami tyle, ile się dało, położyliśmy mamę i nasypaliśmy na nią piasek, zrobiliśmy kopiec, a w niego włożyliśmy dwa patyki ułożone w krzyż. Często mówiło się tam, że groby rozkopują szakale, szukając jedzenia. Gdy usłyszałem je w nocy, przestraszyłem się, że zjedzą mamę. Chciałem wyjść, ale się bałem. Całą noc nie spałem, czekałem, żeby pójść i sprawdzić. Nie wykopały jej, ale chyba rzeczywiście tam były, bo krzyż był przewrócony i razem z bratem go poprawialiśmy. To wszystko pamiętam, tego nikt nie musiał mi opowiadać. To tkwi we mnie chyba do dziś. Przepraszam, muszę się trochę pozbierać...
Kiedy Józek, najstarszy brat, trochę lepiej się poczuł, zaprowadził nas do niedawno otwartej ochronki. Sam wrócił, żeby opiekować się ojcem, a do nas po jakimś czasie dołączył Tadek. Jednak w ochronce nie było niczego. Spaliśmy na podłodze, bez przykrycia, nie dawali nam też nic do jedzenia. Ciągle przychodzili jacyś ludzie, nie było wiadomo, co się dzieje. Po dwóch dniach powiedziałem więc do Janka:
- Idziemy z powrotem do ojca.
Ale nie wiedziałem, w którą stronę. Wymyśliłem, że tam, gdzie zachodziło słońce. Nie wiem, dlaczego wybrałem akurat tę drogę. Szliśmy i szliśmy, nie wiem, jak długo, chyba cały dzień... A potem obudziłem się w jakimś namiocie. Gdy już coś zaczęło do mnie docierać, zobaczyłem, że naokoło siedzą Kazachowie i modlą się, chyba za nas... Miałem mętlik w głowie. Kiedy się poruszyłem, ci, którzy siedzieli naokoło, zaczęli krzyczeć, zrobił się hałas. Od razu przynieśli nam wodę do picia i jakieś jedzenie. Gdyby nas nie znaleźli, to pewnie też wylądowalibyśmy w grobie na pustyni. Ci ludzie uratowali nam życie. Zatrzymali nas na kilka dni, karmili, a gdy doszliśmy do siebie, odprowadzili z powrotem do ochronki.
Wtedy chyba umarł ojciec, podejrzewaliśmy, że może i Józek się od niego zaraził i jego też już nie ma. Tadek zamierzał nawet wyrwać się z ochronki do obozu, żeby sprawdzić, ale nie zdążył, bo ogłoszono, że wyjeżdżamy. Powiedziano nam, że kto będzie nieobecny, już na zawsze zostanie w Rosji, bo to ostatnia możliwość ewakuacji. Co było robić, Tadek uznał, że jeśli nie pojedziemy, to z Polaków staniemy się Rosjanami, a tego tata na pewno by nie chciał. Wybaczyłby nam, że nie wróciliśmy do obozu, a jeśli go już nie ma, tylko zmarnowalibyśmy czas.
Weszliśmy więc na pokład statku we trójkę, razem z innymi dziećmi z ochronki. Znajdowało się tam tak dużo ludzi, że statek był prawie cały zanurzony, wydawało się, że zaraz znajdzie się pod wodą. Zapewne wszyscy wiedzieli, że następnego statku nie będzie. Tej podróży nie pamiętam. Było niesamowicie gorąco i chyba zemdlałem. W każdym razie, gdy się ocknąłem, nie mogłem znaleźć moich braci. Nigdzie, wyparowali, ani jednego, ani drugiego. Byłem zupełnie sam. Poczułem się strasznie opuszczony. Rodziców nie widziałem już dawno i wiedziałem, że już nigdy nie zobaczę, a teraz Tadek i Janek też zniknęli. W Pahlevi zdarli z nas ubrania, a właściwie już szmaty, nie ubrania, pełno w nich było pluskiew i wszy, wykąpali nas i spryskali jakimś środkiem owadobójczym. Śmierdział, ale przynajmniej nic nas już nie swędziało.
Przez kilka dni spałem w baraku, gdzie mieszkali junacy. Dalej byłem zupełnie sam. Dopiero gdy przewieźli mnie do Isfahanu, spotkałem tam Tadka. Janka wciąż nigdzie nie było. Zostaliśmy podzieleni na grupy, w zależności od wieku. Moja była bardzo liczna. Gdy już zacząłem się przyzwyczajać do kolegów, znów nastąpiła zmiana. Przeniesiono mnie do sanatorium, bo z moim zdrowiem było kiepsko. Tam mieli mnie odżywić i wyleczyć. W sanatorium było sympatycznie, wszyscy byli mili, troszczyli się o mnie. Pracowały tam siostry zakonne, szczególnie zapamiętałem jedną, najsympatyczniejszą, chyba nazywała się siostra Aleksandrowicz. Były też nowe dzieci, które dopiero musiałem poznać, niestety braci nie było. Trzymali mnie w sanatorium dziewięć miesięcy. I znowu jak poczułem się tam naprawdę dobrze, bo znałem wszystkich i wszyscy mnie znali, wypisano mnie i przydzielono do obozu numer osiem (nasze obozy nie miały nazw, tylko numery).
Na szczęście w ósemce spotkałem wielu dawnych kolegów z grupy. Było dobrze. Niestety, dość szybko się pochorowałem i zabrano mnie do szpitala. Tam nie znałem nikogo. Wtedy też jeden, jedyny raz widziałem się z Tadkiem, bo przyszedł mnie odwiedzić. Wiedziałem przynajmniej, że nadal jest w Isfahanie. O Janku nadal nie miałem żadnych wieści. Po szpitalu nie wróciłem do ósemki, gdyż przydzielono mnie do dwunastki. I znowu byłem zupełnie sam.
Mniej więcej po dwóch latach pobytu w Persji rozeszła się wieść, że będą nas rozsyłać po świecie. Wymieniali miejsca, o których nigdy nie słyszałem: Indie, Afrykę, Meksyk, Nową Zelandię. Mnie było właściwie wszystko jedno, dokąd pojadę, bo te nazwy i tak były mi obce. Dla mnie najważniejsze stało się to, żeby moi bracia pojechali tam, gdzie ja. Tym się naprawdę martwiłem. Nikt nie wiedział, na jakich zasadach następuje przydział. Może po prostu ktoś losował nazwiska? Chyba nie brano pod uwagę więzów krwi, bo po czasie dowiedziałem się, że mój kolega pojechał do Afryki, a jego siostra do Meksyku. Kiedy więc wieźli nas do Ahwazu, miasta w Iranie, skąd wyruszało się do innych krajów, byłem naprawdę przerażony. Czyżbym miał pojechać tak daleko zupełnie sam? Na szczęście pierwszą osobą, jaką spotkałem na korytarzu koszar, w których nas zakwaterowano, był Tadek, potem dołączył do niego Janek. Wszyscy byliśmy w jednej grupie!
Wysyłano nas do Nowej Zelandii. Szczególnie cieszyłem się ze względu na Janka, bo gdy mama zachorowała, wciąż powtarzała mi: "Dbaj o niego, dbaj o niego, strzeż go jak oka w głowie!". Kiedy nas wywieziono, miał niecałe dwanaście miesięcy, więc ja, choć niewiele starszy, zawsze starałem się nim w pewien sposób opiekować. Byłem zadowolony. Cała nasza trójka wsiadła na amerykański okręt. Sądziłem, że teraz już niczego się nie boję, ale gdy na pokładzie ktoś zaczął opowiadać, że w Nowej Zelandii mieszkają Maorysi, przestraszyłem się, bo nie miałem pojęcia, kto to taki. Jeszcze większy strach ogarnął mnie, kiedy usłyszałem, że żyją tam ludożercy. W pewnym momencie pomyślałem, że może lepiej było zostać w Rosji, gdyż, mimo że było tam okropnie, to już wiedziałem jak, a jeszcze lepiej w Iranie, gdzie naprawdę mi się podobało. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy jakieś dzieci miały zostać na miejscu, ale nie, wszystkie dokądś wysyłano.
Te czarne chmury w postaci groźnych opowieści szybko się rozwiały, gdy wpłynęliśmy do portu w Wellingtonie. Małe, kolorowe domki z czerwonymi albo zielonymi dachami, przyklejone do zielonych wzniesień, przypominające jaskółcze gniazda zwisające pod powałą, wyglądały tak malowniczo i radośnie, że doszedłem do wniosku, że w tym kraju nie czeka nas nic złego. Miałem rację, bo od pierwszych godzin tam spędzonych czuło się, że tamtejsi ludzie cieszą się z naszego przyjazdu, nie traktowali nas jak zło konieczne. W porcie zobaczyłem tłumy witających, szybko okazało się, że przyszli głównie dla swoich żołnierzy, którzy wracali po wojnie do ojczyzny. Potem jednak jechaliśmy ponad dwie godziny do naszego obozu w Pahiatua, już bez żołnierzy, a mimo to wzdłuż całej trasy widzieliśmy ludzi, którzy machali nam kwiatami, a na postoju dawali jakieś smaczne rzeczy, których nie chcieliśmy brać, bo nie wiedzieliśmy, co to jest. Pamiętam, że podszedł do mnie postawny chłopak w mundurze harcerskim i chciał dać mi lody. Lodów nie tylko nigdy nie jadłem, ale nawet nie widziałem, więc odwróciłem się i chciałem uciec, ale zobaczyła to pani wychowawczyni i powiedziała mi, co to jest. Poradziła, żebym wziął, podziękował i spróbował. Zaryzykowałem. Jakie to było dobre! Już nigdy nie odmówiłem zjedzenia lodów. Cukierków też nie znaliśmy, więc kiedy je rzucano, nawet przez okno pociągu, odsuwaliśmy się przerażeni, a co odważniejsi odrzucali je z powrotem.
Obóz Pahiatua z lotu ptaka.
Źródło: Wikimedia Commons/Archives New Zealand
Na dworcu w Pahiatua czekały na nas ciężarówki wojskowe. Pomyślałem sobie podejrzliwie, dlaczego wojskowe? Co oni chcą z nami zrobić? Gdzie chcą nas zamknąć? Nie mogłem się dłużej zastanawiać, bo nagle ktoś wziął mnie na ręce i podsadził do jednego z samochodów. Zresztą nie tylko mnie, wejście do ciężarówki było bardzo wysoko i sami nie mieliśmy szans, by się tam dostać. Jechaliśmy krótko, bo obóz, w którym mieliśmy mieszkać, znajdował się tylko kilka kilometrów od centrum miasta. Gdy się przed nim zatrzymaliśmy, większość z nas zamarła z przerażenia i nikt nie chciał wysiadać. Teren obozu był ogrodzony drutem kolczastym, znajdowała się tam też wysoka wieża wartownicza. Któreś ze starszych dzieci krzyknęło: "Obóz koncentracyjny!". Nikt się nie poruszył, zaległa cisza. Na szczęście znalazł się jeden nowozelandzki żołnierz, który zrozumiał, o co nam chodzi. Zaczął z takim przekonaniem tłumaczyć i zapewniać, że nie mamy się czego bać, że mu zaufaliśmy.
Dosyć szybko po naszym przyjeździe wieżę wartowniczą zdemontowano. Może wydawać się to dziwne, ale ten kawałek ziemi za oceanami, odgrodzony od reszty terytorium nowozelandzkiego drutem kolczastym, stał się dla mnie pierwszym najprawdziwszym domem. Swego rodzinnego, na Kresach Wschodnich, nie pamiętałem, bo wyrwano mnie z niego, kiedy miałem trzy lata. Na zesłaniu żadne z miejsc nie przypominało domu. W Iranie ciągle zmieniałem miejsca pobytu, więc do żadnego nie zdążyłem się przywiązać. Dopiero po najdłuższej podróży mego życia, kiedy przebyłem blisko piętnaście tysięcy kilometrów, znalazłem mój dom. Miał być tylko tymczasowy, dlatego przygotowywano nas w nim do powrotu do kraju. Wszystko było po polsku i na polską modłę. Używaliśmy tylko języka polskiego. Mieliśmy polskich wychowawców, nauczycieli, księdza, lekarza, dentystę. Święta i wszystkie uroczystości obchodzone były dokładnie tak, jak w Polsce. Stanowiliśmy jedną wielką rodzinę.
Oprócz mnie było tam siedemset trzydzieści dwoje dzieci, które z czasem stały się sobie niezwykle bliskie. Tak jak bracia i siostry, utrzymywaliśmy ze sobą kontakt przez długi czas po opuszczeniu obozu i usamodzielnieniu się. Z wieloma do starości, aż po grób. Myślę, że zorganizowanie takiego miejsca dla przybyszów z drugiego końca świata wymagało sporego wysiłku, nie mówiąc o pieniądzach. Kiedy w 1945 roku okazało się, że nasza ojczyzna jest tylko rzekomo wolna, gdyż znalazła się pod kolejnym butem, tym razem radzieckim, rząd nowozelandzki pozwolił nam u nich zostać tak długo, jak będziemy tego potrzebowali albo po prostu chcieli. Moją grupę czterdziestu ośmiu chłopaków wraz z wychowawczynią wysłano do miasta Hawera, gdzie również stworzyliśmy polski dom, tyle że już dużo mniejszy. Chodziliśmy tam do szkoły angielskiej, ale po południu mieliśmy też lekcje polskiego i różne przedmioty po polsku. Nie za bardzo nam się to podobało, bo gdy nasi nowozelandzcy koledzy bawili się, grali w piłkę, my wciąż musieliśmy się uczyć. Ale sport też uprawialiśmy i to z sukcesami. Nasza drużyna rugby przeważnie wygrywała mecze, przez kilka lat przegraliśmy tylko jeden.
Z czasem doceniliśmy to, że swobodnie porozumiewaliśmy się w języku ojczystym, mimo że żyliśmy tak daleko od Polski. Uważam, że Nowozelandczycy to wspaniali ludzie. Nigdy nie dawali nam odczuć, że jesteśmy niepotrzebnymi przybłędami. Podczas wakacji zabierali nas do swoich domów, choć przyznam, że byłem tak zżyty z moją ogromną rodziną, że cieszyłem się, kiedy wakacje się kończyły i wracałem do obozu. Gdy byłem starszy, dorabiałem sobie, pracując na różnych farmach. Wtedy przekonałem się, że i tam są różni, nie zawsze dobrzy ludzie; zdarzali się i tacy, którzy mnie wykorzystywali, płacąc mniejsze niż inni stawki. Nie obyło się też bez konfliktów z tamtejszymi rówieśnikami. Oni zarzucali nam, że mówimy między sobą po polsku, a my im, że przecież znamy angielski, a oni polskiego nie. Taka wymiana zdań była wystarczającym powodem do bitwy, która jednak przeważnie kończyła się niegroźnie.
Kilka lat po wojnie, kiedy jeszcze byliśmy w obozie w Pahiatua, wydarzyło się dla nas, trzech rodzonych braci, coś niezwykłego. Ojciec odnalazł nas przez Czerwony Krzyż. Myśleliśmy, że zmarł na tyfus w Rosji, choć nie wiedzieliśmy tego na pewno, a okazało się, że wyzdrowiał i obaj, z najstarszym bratem Józkiem, wstąpili do Armii Berlinga i z nią wrócili do Polski.
Życie w obozie Pahiatua. Wycinek z gazety "Dominion" z 3 listopada 1944 roku. Pierwotnie znajdował się tu tor wyścigowy, przekształcony w obóz internowania dla "obcokrajowców", a następnie przystosowany na przyjazd polskich dzieci.
Źródło: Wikimedia Commons/Archives New Zealand
Ojciec szukał nas długo, bo w czasie naszej podróży zmieniono nam nazwisko z Lepionka na Lepianko i to wystarczyło, by utrudnić poszukiwania. Chcieliśmy ściągnąć go do Nowej Zelandii, ale on nie chciał. Był tak gorliwym patriotą, że w żadnych okolicznościach nie zamierzał opuszczać kraju, a poza tym bał się latać samolotem. My z kolei baliśmy się komuny, bo ostrzegali nas przed nią różni koledzy, którzy mieli w Polsce niemiłe przygody, ze śledzeniem każdego ich kroku włącznie. Czekaliśmy na wolną ojczyznę. Tata niestety jej nie doczekał, zmarł w 1984 roku, dlatego już się nie zobaczyliśmy. Za to kiedy pierwszy raz pojechałem do Polski w 2000 roku, spotkałem się z najstarszym bratem Józkiem. Nie widzieliśmy się pięćdziesiąt siedem lat.
Zdzisław Lepionka