Dzieci ze stacji Sybir. Przez tajgi Syberii i stepy Kazachstanu. Historie ocalałych - Agnieszka Osiak

-
Proszę czekać

Wstęp

Była noc, głę­boka, bez­wietrzna, wyjąt­kowo mroźna i śnieżna tego roku. Mała wio­ska -?kilka domów otu­lo­nych lasem i polami -?spała spo­koj­nie nakryta śnieżną pie­rzyną, jakby czas się w niej zatrzy­mał. Pośród tej nad­ran­nej ciszy pierw­szy nie­po­kój wzbu­dziły czy­jeś skrzy­piące w śniegu kroki. Błogi sen miesz­kań­ców, nie­świa­do­mych zbli­ża­ją­cego się nie­bez­pie­czeń­stwa, prze­rwały nagle gło­śne krzyki i wście­kłe uja­da­nie psów.

Jacyś obcy, uzbro­jeni, zaczęli zło­wiesz­czo dobi­jać się do drzwi cha­łup. Wtar­gnęli bru­tal­nie, bez uprze­dze­nia. Zapa­no­wał chaos, w któ­rym gubiły się kobiece lamenty, płacz dzieci, osza­lałe rże­nie koni i zwie­rząt gospo­dar­skich. Nie­wzru­szeni pła­czem, bła­ga­niem domow­ni­ków, cho­robą ani nie­po­rad­no­ścią star­szych obcy usta­wili wszyst­kich pod ścianą, zarzą­dzili rewi­zję i wydali nakaz:

-?Decy­zją wła­dzy radziec­kiej będzie­cie prze­sie­dleni w inny rejon Związku Radziec­kiego. Macie pół godziny! Zbie­rać się! Przy pró­bie ucieczki będziemy strze­lać!

***

Tak wyglą­dał począ­tek depor­ta­cji tysięcy pol­skich rodzin na Kre­sach Wschod­nich w 1940 roku. Wydarł ludzi z ich łóżek i ich codzien­no­ści. Tej pamięt­nej nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku dla wielu z nich skoń­czyło się dotych­cza­sowe życie. Od tej pory czas dzie­lił się na "przed" albo "po" wywózce. Nie było czasu na poże­gna­nia. W ciągu kilku minut ich dotych­cza­sowy świat prze­stał ist­nieć. Z powodu zapla­no­wa­nych i reali­zo­wa­nych przez apa­rat NKWD maso­wych depor­ta­cji tysiące rodzin utra­ciło wszystko -?dach nad głową i cały, gro­ma­dzony z poko­le­nia na poko­le­nie doby­tek.

Wkro­cze­nie Armii Czer­wo­nej na tery­to­rium Pol­ski 17 wrze­śnia 1939 roku zapo­cząt­ko­wało sowiecką oku­pa­cję, a na zaję­tym obsza­rze przy­stą­piono do wpro­wa­dza­nia radziec­kiego "porządku". Roz­po­częły się aresz­to­wa­nia wszyst­kich, któ­rzy mogliby sta­no­wić poten­cjalne zagro­że­nie dla oku­panta. Za wro­gów uznano w pierw­szej kolej­no­ści m.in. zasłu­żo­nych Pol­sce żoł­nie­rzy i ich rodziny, któ­rzy za udział w wal­kach z bol­sze­wi­kami w latach 1919-1920 roku otrzy­mali nadziały ziemi.

Depor­to­wano całe rodziny, wie­lo­dzietne i wie­lo­po­ko­le­niowe, nie­rzadko pusto­szały całe wsie. Akcja depor­ta­cyjna była prze­pro­wa­dzona na pod­sta­wie przy­go­to­wa­nych wcze­śniej przez NKWD imien­nych list wywo­zo­wych, a nad­zór nad nią spra­wo­wały trzy­oso­bowe grupy ope­ra­cyjne. Wyrwani ze snu ludzie mieli bar­dzo mało czasu na przy­go­to­wa­nie się do drogi -?od 15 minut do 2 godzin.

Pierw­sza akcja depor­ta­cyjna roz­po­częła się 10 lutego 1940 roku. Pano­wały wów­czas siar­czy­ste mrozy, się­ga­jące -40 st. Cel­sju­sza. Wywo­żono przede wszyst­kim osad­ni­ków woj­sko­wych oraz pra­cow­ni­ków służby leśnej, leśni­ków, gajo­wych, straż­ni­ków i dozor­ców leśnych. Powo­dem było wyeli­mi­no­wa­nie w pierw­szej kolej­no­ści osób bar­dzo dobrze zna­ją­cych tereny leśne i posłu­gu­ją­cych się bro­nią. Wła­dze sowiec­kie oba­wiały się, że mogliby oni sprzy­jać dzia­łal­no­ści par­ty­zanc­kiej, toteż uznano ich za poten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych1.

Osoby wywie­zione w lutym 1940 roku skla­sy­fi­ko­wano jako tzw. spec­prze­sie­dleń­ców-osad­ni­ków (ros. spiec­pie­rie­sie­lency-osad­niki)2. Wią­zało się to z przy­mu­sem pracy i poby­tem w ści­śle nad­zo­ro­wa­nych i kon­tro­lo­wa­nych przez NKWD osie­dlach spe­cjal­nych (ros. spiec­po­sioł­kach)3.

Zde­cy­do­waną więk­szość z nich skie­ro­wano do cięż­kiej pracy przy wyrę­bie lasów, w kopal­niach mine­ra­łów, hut­nic­twie czy budow­nic­twie. Wystra­szo­nych i zdez­o­rien­to­wa­nych ludzi nie zapo­znano z pod­sta­wo­wymi zasa­dami bez­piecz­nego wyko­ny­wa­nia narzu­co­nej pracy w tak skraj­nych warun­kach kli­ma­tycz­nych, a brak odpo­wied­niej odzieży, nie­do­ży­wie­nie i wycień­cze­nie szybko stały się powo­dem licz­nych wypad­ków, oka­le­czeń i śmierci.

Ofia­rami dru­giej akcji depor­ta­cyj­nej, prze­pro­wa­dzo­nej 13 kwiet­nia 1940 roku, stały się rodziny pol­skich ofi­ce­rów WP wię­zio­nych w Koziel­sku, Sta­ro­biel­sku i Ostasz­ko­wie4, poli­cjan­tów, nauczy­cieli, urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, wła­ści­cieli ziem­skich, fabry­kan­tów i ban­kie­rów. Skie­ro­wano ich do Kazach­stanu. Inna, łagod­niej­sza była rów­nież kate­go­ria, do któ­rej zostali zakwa­li­fi­ko­wani: zesłani w try­bie admi­ni­stra­cyj­nym (ros. admi­ni­stra­tiwno-wysłan­nyje)5. Ze względu na wcze­śniej­sze aresz­to­wa­nia ojców rodzin zde­cy­do­waną część depor­to­wa­nych sta­no­wiły wów­czas kobiety i dzieci.

Trze­cia akcja depor­ta­cyjna roz­po­częła się pod koniec czerwca 1940 roku i objęła bie­żeń­ców, czyli uchodź­ców z tere­nów zachod­niej i cen­tral­nej Pol­ski oku­po­wa­nych przez Niem­ców6. Otrzy­mali oni sta­tus spec­prze­sie­dleńcy-uchodźcy (ros. spiec­pie­rie­sie­lency-bie­żency)7. Ostat­nią, czwartą kate­go­rią depor­to­wa­nych byli zesłani na osie­dle­nie (ros. zsylno-posie­lency)8. Wywo­żono ich w maju i czerwcu 1941 roku, były to rodziny wcze­śniej aresz­to­wa­nych człon­ków pol­skich orga­ni­za­cji kon­spi­ra­cyj­nych oraz innych uzna­nych za wro­gów komu­ni­zmu i ZSRR9. W try­bie admi­ni­stra­cyj­nym prze­pro­wa­dzono rów­nież przy­mu­sowe wysie­dle­nia lud­no­ści zamiesz­ka­łej w nowo utwo­rzo­nej stre­fie przy­gra­nicz­nej obej­mu­ją­cej pas terenu o sze­ro­ko­ści 800 metrów od linii gra­nicy10. Wysie­dlono wów­czas całe wsie, a zabu­do­wa­nia roze­brano.

W pol­skiej pamięci słowo "Sybe­ria" nie jest jedy­nie poję­ciem geo­gra­ficz­nym. Wspólne doświad­cze­nie cier­pie­nia, przy­musu i wyko­rze­nie­nia wykra­czały daleko poza jej geo­gra­ficzne gra­nice. "Sybir" był dla wszyst­kich zesłań­ców nie tyle miej­scem na mapie, ile wspól­nym losem obej­mu­ją­cym także odle­głe rejony pół­noc­nej, pod­bie­gu­no­wej czę­ści Rosji, Dale­kiego Wschodu, Kazach­stanu, Besa­ra­bii czy Ukra­iny.

Po dłu­giej, trwa­ją­cej nie­kiedy mie­siąc podróży w wago­nach towa­ro­wych, w któ­rych zamknięci od zewnątrz ludzie cier­pieli z głodu, cho­rób i zimna, tra­fiali w miej­sca, które dla wielu oka­zy­wały się gra­nicą ludz­kiej wytrzy­ma­ło­ści. Przy­by­wali na obce, surowe tereny prak­tycz­nie z pustymi rękami. Warunki, jakie zastali na miej­scu zesła­nia, były skraj­nie nie­ludz­kie. W cza­sie mro­zów się­ga­ją­cych -40, a nie­kiedy nawet -50 st. Cel­sju­sza nie­od­po­wied­nio ubra­nych ludzi zmu­szano do cięż­kiej pracy, która dla nie­do­łęż­nych star­ców, scho­ro­wa­nych kobiet i dzieci ozna­czała codzienną walkę o prze­trwa­nie. Roz­bite rodziny, cier­pie­nie i roz­pacz były codzien­no­ścią pol­skich zesłań­ców.

Po agre­sji III Rze­szy na ZSRR w wyniku zawar­tego w 1941 roku układu Sikor­ski-Maj­ski ogło­szono akt tzw. "amne­stii". Objęto nią oby­wa­teli pol­skich osa­dzo­nych w wię­zie­niach, łagrach, roz­pro­szo­nych w licz­nych sybe­ryj­skich obo­zach, posioł­kach, a także w koł­cho­zach i sow­cho­zach na tere­nie Kazach­stanu. Na pod­sta­wie usta­leń doty­czą­cych for­mo­wa­nia Pol­skich Sił Zbroj­nych na tere­nie ZSRR osoby te zwol­niono z łagrów i dotych­cza­so­wych miejsc osa­dze­nia, otwie­ra­jąc tym samym drogę do wstą­pie­nia w sze­regi two­rzą­cego się pol­skiego woj­ska. Słowo "amne­stia" celowo zapi­suję w cudzy­sło­wie, ponie­waż z defi­ni­cji sto­so­wana jest prze­cież wobec prze­stęp­ców ska­za­nych pra­wo­moc­nymi wyro­kami -?dla nie­win­nie depor­to­wa­nych rodzin była okre­śle­niem krzyw­dzą­cym i nie­od­po­wia­da­ją­cym praw­dzie.

Nie wszyst­kim udało się dotrzeć do Armii Andersa, po dro­dze umie­rali z głodu i wyczer­pa­nia. Na miej­scu zesła­nia pozo­stały jed­nak całe rodziny -?matki z dziećmi, ludzie starsi i scho­ro­wani. Mogli oni jedy­nie zmie­nić miej­sce dotych­cza­so­wego pobytu na względ­nie lżej­sze.

W ramach two­rzą­cej się Armii Andersa powstała m.in. 5. Wileń­ska Dywi­zja Pie­choty pod dowódz­twem gen. Mie­czy­sława Boruty-Spie­cho­wi­cza. Postać gene­rała zapi­sała się w pamięci kilku moich boha­te­rów szcze­gól­nie, także oso­bi­ście. Po powro­cie z Sybe­rii do Pol­ski w 1946 roku i po krót­kim poby­cie w Lipia­nach za namową ojca jed­nej z boha­te­rek książki, zde­mo­bi­li­zo­wa­nego żoł­nie­rza Armii Andersa, kilka zesłań­czych rodzin zde­cy­do­wało się roz­po­cząć swoje nowe życie w szcze­ciń­skim Skol­wi­nie (w tym gro­nie zna­leźli się rów­nież moi dziad­ko­wie). Tam też, jak się oka­zało, na tej samej ulicy, po sąsiedzku, na krótko przed ich przy­jaz­dem zamiesz­kał gen. Boruta-Spie­cho­wicz. Od tej pory byli zwy­kłymi sąsia­dami, któ­rych połą­czyło doświad­cze­nie wojny, tułaczki, a także walki o prze­trwa­nie na róż­nych szla­kach bojo­wych. Taka bli­skość, choć przy­pad­kowa, sym­bo­licz­nie domy­kała ich dra­ma­tyczną wojenną histo­rię.

Moi roz­mówcy, opo­wia­da­jąc o swo­ich sybe­ryj­skich dra­ma­tach, nie­odmien­nie wra­cają pamię­cią do bólu roz­łąki i tęsk­noty za bli­skimi, któ­rzy chcąc wyrwać się śmierci w taj­gach Sybe­rii, zgło­sili się do Armii Andersa lub 1. Dywi­zji Pie­choty im. Tade­usza Kościuszki. Wspo­mi­nają losy ojców i braci -?tych, któ­rych wojna roz­rzu­ciła po róż­nych fron­tach, a jed­nak połą­czyła ta sama żoł­nier­ska wspól­nota doświad­czeń. Jedni i dru­dzy byli prze­cież Pola­kami wywie­zio­nymi w latach 1940-1941 na Sybe­rię, więź­niami łagrów i zesłań­cami, a ich droga do wol­no­ści wio­dła przez woj­skowe sze­regi.

To, ile osób wywie­ziono w głąb ZSRR, do dziś sta­nowi temat badań histo­ry­ków. Począt­kowo liczbę oby­wa­teli pol­skich depor­to­wa­nych z Kre­sów Wschod­nich sza­co­wano na bli­sko 1 mln, z cza­sem nawet na 1,2-1,5 mln. Pierw­szą infor­ma­cję na ten temat podał dele­gat Komendy Obszaru nr 3 ZWZ Lwów, ppor. Roman Tatar­ski ps. "Luda" na kon­fe­ren­cji bel­gradz­kiej (29 maja -?2 czerwca 1940 roku), który okre­ślił liczbę depor­to­wa­nych Pola­ków w głąb ZSRR na ok. 1 mln11. Także w rapor­cie z ponad­trzy­mie­sięcz­nej podróży po naj­od­le­glej­szych rejo­nach ZSRR Alfonsa Klotza ps. "Dok­tor Hen­ryk Urbań­czyk" i Ele­onory Ptasz­kówny ps. "Kamila Arga­siń­ska" wska­zano, że pod­czas trzech depor­ta­cji prze­pro­wa­dzo­nych w 1940 roku wywie­ziono 950 tys. osób12. Wyli­cze­nia te opie­rały się głów­nie na sza­cun­kach histo­ry­ków ze śro­do­wisk emi­gra­cyj­nych, rela­cjach świad­ków, w tym, jak podają Irena Gru­dziń­ska-Gross i Jan Tomasz Gross, ok. 10 tys. rela­cjach zło­żo­nych przez żoł­nie­rzy Armii Andersa i ich rodziny (w zbio­rach archi­wum znaj­do­wało się rów­nież ok. 2,3 tys. wypra­co­wań napi­sa­nych przez pol­skie dzieci uwol­nione z sowiec­kiej zsyłki)13.

Udo­stęp­nie­nie doku­men­tów z rosyj­skich archi­wów umoż­li­wiło zwe­ry­fi­ko­wa­nie wcze­śniej­szych danych. Jako pierwsi ana­lizę zgro­ma­dzo­nych mate­ria­łów NKWD prze­pro­wa­dzili histo­rycy rosyj­scy, okre­śla­jąc łączną liczbę oby­wa­teli pol­skich depor­to­wa­nych w 1940 roku na ok. 300 tys.14. Na pod­sta­wie doku­men­tów Wojsk Kon­wo­jo­wych NKWD oraz mate­ria­łów Wydziału Osie­dleń Robo­czych i Spe­cjal­nych GUŁAG NKWD Alek­sandr Gur­ja­now15 usta­lił liczbę depor­to­wa­nych na ok. 315 tys. z dokład­no­ścią do 10-15 tys., zazna­cza jed­nak, że nie udało się odna­leźć "spi­sów esze­lo­no­wych" z imien­nymi listami osób wywo­żo­nych trans­por­tami depor­ta­cyj­nymi. Według Gur­ja­nowa jest to o tyle zadzi­wia­jące, że doku­men­ta­cja trans­por­tów z więź­niami z tego samego okresu i w tych samych zespo­łach zawie­rała "spisy esze­lo­nowe"16.

Rosyj­skie mate­riały archi­walne NKWD zostały pod­dane kry­tyce m.in. przez bry­tyj­skich histo­ry­ków. Roger Moor­ho­use (na pod­sta­wie usta­leń z prof. Nor­ma­nem Davie­sem) stwier­dził, iż "można podej­rze­wać, że rosyj­skie archiwa uka­zują nie­pełną prawdę, nie uwzględ­nia­jąc tych ska­za­nych w try­bie doraź­nym i nie­za­re­je­stro­wa­nych. Wydaje się, że na każ­dego ska­zańca bądź "ofi­cjal­nie" depor­to­wa­nego przy­pa­dało trzech czy czte­rech wywie­zio­nych, bez odno­to­wa­nia tego faktu w doku­men­ta­cjach"17. Na pod­sta­wie obec­nych badań sza­cuje się, że pod­czas czte­rech maso­wych akcji depor­ta­cyj­nych wywie­ziono 320-350 tys. osób18.

W inte­re­su­ją­cej pole­mice na temat liczby osób wywie­zio­nych w głąb ZSRR dr Ewa Kowal­ska pod­kre­śla, że z wielu wzglę­dów danych tych nie należy przyj­mo­wać bez­kry­tycz­nie. Zwraca uwagę, że zawie­rają one liczne nie­ści­sło­ści, a brak nie­mal wszyst­kich imien­nych spi­sów może świad­czyć o wcze­śniej­szej inge­ren­cji w mate­riały archi­walne oraz rodzić pyta­nie, czy w udo­stęp­nio­nych zbio­rach zna­la­zły się wszyst­kie doku­menty doty­czące liczby wywie­zio­nych. Rów­nież prof. Andrzej Korzon uważa, że nie należy opie­rać się wyłącz­nie na doku­men­tach spo­rzą­dzo­nych przez NKWD ani odrzu­cać pol­skich źró­deł, które wska­zują na wyż­sze sza­cunki liczby depor­to­wa­nych19.

Szepty spod śniegu i lodu

Odkąd pamię­tam, temat Sybe­rii zawsze był obecny w moim domu. Słowa "Sybir", "Kazach­stan", "zsyłka", które usły­sza­łam po raz pierw­szy jako mała dziew­czynka, były wypo­wia­dane cicho, nie­mal szep­tem. Poja­wiały się jed­nak na tyle czę­sto, że zapa­mię­ta­łam atmos­ferę, która im towa­rzy­szyła -?bólu i tęsk­noty za ode­bra­nym domem oraz utra­co­nym dzie­ciń­stwem, a także cier­pie­nia, któ­rego moi dziad­ko­wie jako dzieci doświad­czyli z powodu głodu i pracy ponad ich dzie­cięce siły gdzieś na dale­kiej Sybe­rii. W mojej wie­lo­po­ko­le­nio­wej rodzi­nie dziad­ko­wie zaj­mo­wali szcze­gólne miej­sce. Pocho­dzili z Kre­sów Wschod­nich. Bab­cia Sta­ni­sława Duda z domu Sza­ła­chow­ska uro­dziła się w Sto­nie­wi­czach w gmi­nie Iwje w powie­cie lidz­kim, w woje­wódz­twie nowo­gródz­kim, dzia­dek Jan Duda pocho­dził z miej­sco­wo­ści Chatki w gmi­nie Złot­niki, w powie­cie pod­ha­jec­kim, w woje­wódz­twie tar­no­pol­skim. 10 lutego 1940 spo­tkał ich ten sam los co tysiące innych pol­skich rodzin na Kre­sach Wschod­nich. W zapla­no­wa­nej i bar­dzo dobrze zor­ga­ni­zo­wa­nej akcji zostali depor­to­wani na Sybe­rię. To odci­snęło piętno na całym ich póź­niej­szym życiu.

Wspo­mnie­nia dziad­ków -?naj­pierw bar­dzo oszczędne, wypo­wia­dane ści­szo­nym gło­sem, usły­szane gdzieś zza uchy­lo­nych drzwi, były począt­kiem nie­ła­twych roz­mów -?no bo jak opo­wie­dzieć o tym małemu dziecku? Były to dla nich trudne tematy, nie chcieli się tym dzie­lić, opo­wia­dać, co prze­żyli. Zwłasz­cza że nie mówiło się o Sybe­rii powszech­nie, temat ten jak sami wyja­śniali przez dłu­gie lata po woj­nie, w ówcze­snym ustroju był zaka­zany. Z cza­sem decy­do­wali się opo­wie­dzieć wię­cej, ni­gdy jed­nak nie zdo­byli się na opo­wie­dze­nie wszyst­kiego, prze­ry­wali nagle, głos im się łamał i ocie­ra­jąc łzy, po pro­stu wycho­dzili w mil­cze­niu. Powrót do tych wspo­mnień na­dal był bole­sny.

Z tego okresu pamię­tam stary, nad­gry­ziony zębem czasu album, który bab­cia wycią­gała z szafki. Sia­dała w fotelu, sadzała mnie obok i poka­zy­wała zdję­cia swo­ich rodzi­ców, dziad­ków i dal­szej rodziny z Kre­sów. Zna­łam te wszyst­kie zdję­cia na pamięć. Kilka z nich było jed­nak innych, nie paso­wały do reszty sta­ran­nie pozo­wa­nych foto­gra­fii. Moją uwagę przy­ku­wało szcze­gól­nie jedno, na któ­rym pod ścianą z drew­nia­nych bali sie­dzą dwie kobiety w oto­cze­niu dzieci. Jedną z nich, w bia­łej chu­stce na gło­wie, jest moja pra­babka Adol­fina, a tuż za nią stoi moja bab­cia Sta­sia z rodzeń­stwem. Nie­stety nie pamię­ta­łam szcze­gó­łów roz­mowy o tym zdję­ciu. Foto­gra­fia nie była opa­trzona pod­pi­sem, mogła więc zostać wyko­nana jesz­cze przed 1940 rokiem, np. w Sto­nie­wi­czach na Kre­sach. Spę­dza­jąc jed­nak dłu­gie godziny na prze­glą­da­niu zbio­rów archi­wum Ośrodka KARTA, natknę­łam się na ude­rza­jąco podobną foto­gra­fię. Ten sam kadr, świa­tło i kolor foto­gra­fii, widoczne w tych samych miej­scach spe­cy­ficzne prze­bar­wie­nia powstałe w pro­ce­sie powsta­wa­nia foto­gra­fii, a przede wszyst­kim cha­rak­te­ry­styczna, krzywo umiesz­czona na zdję­ciach czarna maska do kopio­wa­nia suge­ro­wały, że obie foto­gra­fie zostały wyko­nane w tym samym miej­scu, o tej samej (raczej let­niej) porze roku, ręką tego samego czło­wieka. Zdję­cie odna­le­zione w archi­wum KARTY było opi­sane -?wyko­nano je w 1941 roku na tere­nie jed­nego z wielu obo­zów w rejo­nie taj­szec­kim, w obwo­dzie irkuc­kim i przed­sta­wia sie­dzące przed bara­kiem Polki wywie­zione do ZSRR. Byłam już wtedy pewna, gdzie została wyko­nana foto­gra­fia z rodzin­nego albumu. To wła­śnie tam do obozu dla spec­prze­sie­dleń­ców Zoło­taja Gorka nad rzeką Biriusą w rejo­nie taj­szec­kim, w obwo­dzie irkuc­kim, po trwa­ją­cym mie­siąc trans­por­cie w wago­nach towa­ro­wych, w marcu 1940 roku tra­fiła moja bab­cia. Inni Polacy z tego samego trans­portu zostali roz­lo­ko­wani m.in. w pobli­skich obo­zach Kwi­tok i Topo­rok.

Naznaczeni Sybirem

Po śmierci dziad­ków, na prze­strzeni wielu lat spo­ty­ka­łam się i roz­ma­wia­łam z Sybi­ra­kami, któ­rzy zde­cy­do­wali podzie­lić się swo­imi wspo­mnie­niami. Sta­ra­łam się przed­sta­wić ich przej­mu­jące histo­rie w spo­sób jak naj­bar­dziej wierny i auten­tyczny, uka­zać jako obraz sybe­ryj­skich prze­żyć Pola­ków, uzu­peł­nić go o bra­ku­jące ele­menty, uło­żyć w jedną całość.

Książka powstała na pod­sta­wie moich roz­mów z oso­bami, które w latach 1940-1941 jako małe dzieci zostały depor­to­wane wraz z rodzi­nami z Kre­sów Wschod­nich na Sybe­rię i do Kazach­stanu. Moi roz­mówcy dzielą się swo­imi bole­snymi wspo­mnie­niami z zesła­nia, poru­szają w nich, czę­sto po raz pierw­szy w życiu, bar­dzo oso­bi­ste wątki. Mimo upływu wielu lat od tych wyda­rzeń przy­wo­ły­wane w roz­mo­wach wspo­mnie­nia oży­wały na nowo, były zadzi­wia­jąco szcze­gó­łowe i dokładne. Powrót do nich wzbu­dzał w moich roz­mówcach emo­cje, które prze­ży­wało wtedy bez­bronne i wystra­szone dziecko. Obrazy, uczu­cia, miej­sca, twa­rze -?zarówno te uko­chane, jak i te okrutne, bez­li­to­sne, strach i głód -?zapa­dły w nich tak głę­boko, że nie zatarły się mimo upływu wielu lat. Z ich rela­cji wyła­nia się straszny obraz ówcze­snej rze­czy­wi­sto­ści.

Potworne prze­ży­cia, któ­rych doświad­czyli jako dzieci, utrwa­liły się w ich pamięci jak na kli­szy foto­gra­ficz­nej, są wyraźne i stale obecne. Bar­dzo dokład­nie pamię­tają tamte dra­ma­tyczne wyda­rze­nia. Opo­wia­dają o potwor­nym stra­chu, jaki wywo­ły­wały krzyki uzbro­jo­nych enka­wu­dzi­stów, któ­rzy w nocy wtar­gnęli do ich domów. Wystra­szone rodziny wycią­gnięto z łóżek, pod bro­nią usta­wiono pod ścianą i zre­wi­do­wano. Wspo­mi­nają bez­dusz­ność i okru­cień­stwo żoł­nie­rzy, gdy jeden z nich na oczach dzieci zastrze­lił uko­cha­nego psa rodziny. Bła­ga­nia matek i płacz dzieci pozo­stały bez odpo­wie­dzi. Roz­ka­zano szybko się spa­ko­wać i wywie­ziono, bez wyja­śnień i bez lito­ści. Zasko­cze­nie i paniczny strach dopro­wa­dzały ludzi do obłędu. To począ­tek tych wstrzą­sa­ją­cych rela­cji. Naj­gor­sze jed­nak miało dopiero nadejść...

Wielu z moich roz­mów­ców ze łzami w oczach przy­wo­ły­wało nie­koń­czący się trans­port wago­nami towa­ro­wymi. W ści­sku, mro­zie, w warun­kach urą­ga­ją­cych ludz­kiej god­no­ści, głód i cho­roby były powo­dem tra­ge­dii. Pierwsi ginęli naj­słabsi -?starcy i dzieci. Jeden z boha­te­rów wspo­mina mar­twe nie­mowlę, które enka­wu­dzi­sta wyszarp­nął z rąk zroz­pa­czo­nej matki i wyrzu­cił przez otwór w pod­ło­dze wagonu. Inni powra­cają do bole­snych wspo­mnień utraty naj­bliż­szych, śmierci rodzi­ców, rodzeń­stwa, poczu­cia ogrom­nego osa­mot­nie­nia, wgry­za­ją­cego się w kości mrozu i wynisz­cza­ją­cej pracy. Ze szcze­gó­łami opi­sują potworne sceny, któ­rych byli naocz­nymi świad­kami, gdy zmar­łych z głodu i wycień­cze­nia ludzi wrzu­cano do wiel­kiego dołu, bez tru­mien i bez pogrzebu.

Zna­mienne są rów­nież rela­cje mówiące o zała­ma­niu psy­chicz­nym, któ­rego doświad­czały całe rodziny. Nie widząc szans na ratu­nek i jaką­kol­wiek ucieczkę, rodzice wie­lo­krot­nie decy­do­wali się zakoń­czyć życie swo­ich dzieci, a póź­niej i wła­sne. Przy­padki samo­bójstw i prób samo­bój­czych były na tyle czę­ste, że miej­scowe organy wła­dzy w oba­wie przed spad­kiem wydaj­no­ści pracy podej­mo­wały dzia­ła­nia mające im prze­ciw­dzia­łać m.in. poprzez wzmo­żony nad­zór i groźby. Jak wspo­mi­nają dawni zesłańcy, przy życiu trzy­mała ich jedy­nie wiara i nadzieja, że ten kosz­mar kie­dyś się skoń­czy i dane im będzie wró­cić do Pol­ski.

Temat zesłań na Sybe­rię przez dłu­gie lata był zasło­nięty kur­tyną mil­cze­nia: "Nie wolno nam było o tym mówić", "O tym, co prze­ży­li­śmy na Sybe­rii, się nie mówiło" -?to czę­ste słowa moich boha­te­rów. "Wró­ci­łam z Sybe­rii, ale ona dalej we mnie trwa, przez całe życie się z nią zma­gam" -?to słowa wypo­wie­dziane przez panią, która pierw­szy raz w życiu zdo­była się na to, aby tak szcze­gó­łowo opo­wie­dzieć o swo­ich prze­ży­ciach i dra­ma­cie swo­jej rodziny.

To, czego doświad­czyli jako małe dzieci, było wstrzą­sem i traumą. Po powro­cie do Pol­ski zma­gali się z ogrom­nymi lękami, noc­nymi kosz­ma­rami, z któ­rych budził ich wła­sny krzyk. Wielu opo­wia­dało o bez­pow­rot­nym utra­cie zdro­wia, licz­nych scho­rze­niach, ode­bra­niu szansy na posia­da­nie dzieci.

W 1946 roku wra­cali do Pol­ski z wiarą i wdzięcz­no­ścią, że udało im się prze­żyć. Począt­kowo o tym, czego doświad­czyli, chcieli jak naj­szyb­ciej zapo­mnieć, nie mówić, nie pamię­tać. W miarę upływu czasu zaczęli dzie­lić się swo­imi histo­riami, pra­gnąc prze­ka­zać je młod­szym poko­le­niom, by pamię­tano o tych strasz­nych wyda­rze­niach, które są czę­ścią naszej wspól­nej histo­rii, i ku prze­stro­dze. Ich słowa, że wol­ność nie jest nam dana raz na zawsze, powra­cają w obec­nych cza­sach z podwójną mocą.

Moi roz­mówcy, Sybi­racy, to dzi­siaj jedni z ostat­nich świad­ków zesłań­czej histo­rii. To ci, któ­rych można jesz­cze zapy­tać, spoj­rzeć im w oczy, wysłu­chać. To kon­kretne twa­rze i przej­mu­jące głosy, które możemy usły­szeć. Mówią nie tylko we wła­snym imie­niu, lecz także niosą histo­rię tysięcy, któ­rzy nie prze­żyli zesła­nia, któ­rzy zostali tam, gdzie nikt dzi­siaj nie przy­cho­dzi ze zni­czem -?w ziemi bez grobu, bez nazwi­ska wyry­tego w kamie­niu. Sta­ram się przed­sta­wić ich trudne i bole­sne doświad­cze­nia w spo­sób wyra­zi­sty i poru­sza­jący, nada­jąc im jed­nak przy­stępny i bez­po­średni styl opo­wie­ści. Ta książka jest zapro­sze­niem do zapo­zna­nia się z trud­nymi doświad­cze­niami zesłań­ców, do zatrzy­ma­nia się nad ich histo­rią.

Wie­rzę, że odda­jąc im głos, będziemy pamię­tać o tra­gicz­nych losach Pola­ków wywie­zio­nych na Sybe­rię oraz ich nie­by­wa­łej sile prze­trwa­nia. Sile, która pozwo­liła im prze­żyć, wró­cić i dać świa­dec­two w imie­niu tysięcy, któ­rzy zostali tam na zawsze.

Romuald Sikora

Gdy matka zacho­ro­wała na tyfus, zosta­li­śmy zupeł­nie sami i kom­plet­nie bez­radni. Krą­ży­li­śmy nad nią zroz­pa­czeni i zapła­kani. Zda­wało nam się, że to koniec, że teraz umrzemy z głodu i zimna.

Kresy -?piękne, nie­za­po­mniane i wciąż bli­skie sercu. Wła­śnie tam, 4 grud­nia 1934 roku, w domu moich dziad­ków Kata­rzyny i Szy­mona Siko­rów przy ul. Fabrycz­nej 5 w Rów­nem na Woły­niu, przy­sze­dłem na świat. Te kilka lat mojego dzie­ciń­stwa, które pamię­tam sprzed wybu­chu wojny, wspo­mi­nam jako naj­pięk­niej­szy czas dzie­cię­cej bez­tro­ski. Wszystko to, co było mi wtedy bli­skie i znane, prze­kre­śliła wojna.

Ostatnie dni

Kilka lat przed wybu­chem II wojny świa­to­wej ojciec został prze­nie­siony z Rów­nego na poste­ru­nek we wsi gra­nicz­nej Kobyla. Do dzi­siaj pamię­tam główną ulicę wsi, zamkniętą szla­ba­nem i wie­życzkę straż­ni­czą, w któ­rej cza­sami stał żoł­nierz, naj­czę­ściej jed­nak nikogo w niej nie było. Poste­ru­nek skła­dał się z trzech osób: komen­danta, poste­run­ko­wego Zyblew­skiego i mojego ojca.

Po prze­nie­sie­niu się do Kobyli ojciec wyna­jął kwa­terę u popa. Nazy­wał się Kostecki. Miał moto­cykl i budził nim powszechne zgor­sze­nie, no bo jak to, pop ma moto­cykl i do tego jeź­dzi nim w powie­wa­ją­cej na wszyst­kie strony sutan­nie? Nie­prze­ciętny, fan­ta­styczny czło­wiek. Ale! Jaką on miał wie­dzę tech­niczną! Potra­fił ten moto­cykl roz­ło­żyć na drobne czę­ści, napra­wić i zło­żyć z powro­tem.

Pamię­tam cudowne chwile, gdy ojciec wra­cał ze służby do domu. Z sio­strą cho­wa­li­śmy się przed nim, zawsze za drzwi do pokoju. Ojciec wcho­dził, roz­glą­dał się i wołał:

-?Gdzie są moje dzieci?

-?Nie wiem, szu­kaj -?odpo­wia­dała mama.

Ojciec uda­wał, że nie może nas zna­leźć. W pew­nym momen­cie wypa­da­li­śmy na niego zza drzwi z wiel­kim hała­sem. Ojciec padał na łóżko, roz­kła­dał sze­roko ręce, a my razem z psem wska­ki­wa­li­śmy na niego. Pies naj­bar­dziej się roz­py­chał, zazdro­śnie bro­niąc dostępu do ojca, cie­szył się strasz­nie.

Tego psa, kil­ku­dnio­wego szcze­niaka, ojciec ura­to­wał kie­dyś od pew­nej śmierci w cze­ka­ją­cym już na niego wia­drze. Za namową mamy zapo­biegł nie­po­trzeb­nej krzyw­dzie i przy­niósł go do domu. Nazwał go Los, bo psiak ewi­dent­nie miał w życiu szczę­ście, że tra­fił na dobrych ludzi. Był tak przy­wią­zany do ojca, że cho­dził razem z nim na poste­ru­nek, ale, jak mawiał ojciec:

-?To nie jest pies poli­cyjny, tylko pies poli­cjanta.

Dom popa oto­czony był pach­ną­cymi sosnami, za któ­rymi po dru­giej stro­nie ulicy wzno­siła się wysoka cer­kiew. Pamię­tam dobrze dzień 17 wrze­śnia 1939 roku. Bawi­łem się wtedy pod kamien­nym mur­kiem ota­cza­ją­cym cer­kiew z moim podwór­ko­wym kolegą. Usły­sza­łem strzał. Mój ojciec cho­dził z długą bro­nią, ale ni­gdy nie sły­sza­łem, by strze­lał. Jak wra­cał z poste­runku, to kara­bin od razu wsta­wiał do szafy.

Po chwili pod­nie­siony został szla­ban i do wsi czwór­kami weszło uzbro­jone w kara­biny sowiec­kie woj­sko. Sta­łem z kolegą pod cer­kwią i patrzy­łem, jak obcy żoł­nie­rze spo­koj­nie prze­ma­sze­ro­wali koło nas. Nie czu­łem stra­chu, raczej zdzi­wie­nie. Pamię­tam ogromny kurz, który wzbił się za nimi i straszne uja­da­nie naszego psa. Na ich widok wyszły ukra­iń­skie kobiety, w far­tu­chach nio­sły dla nich jabłka. Na końcu wje­chał budzący wiel­kie zdzi­wie­nie, a także trwogę czołg.

Mój ojciec, jak i reszta załogi, nie otrzy­mał żad­nego roz­kazu co do dal­szych dzia­łań, trwali więc na służ­bie. Kilka dni póź­niej cała obsada poste­runku została aresz­to­wana przez NKWD. Tego dnia widzia­łem ojca po raz ostatni w życiu.

List z Ostaszkowa

W grud­niu 1939 roku dosta­li­śmy od ojca list, a raczej kartkę z wize­run­kiem Lenina i pie­czę­cią na jego ustach. Wymowny sym­bol "Mil­czeć", "Nie wolno ci", "Nie mogę wszyst­kiego mówić". I taki był ten list. Ojciec pisał w nim po rosyj­sku jedy­nie: "Ja żyw i zdrów, jak z dziećmi?" I tyle, cen­zura i koniec. Następny i zara­zem ostatni list przy­szedł opa­trzony datą 24.01.1940 roku. Nazy­wam go listem miło­ści i bole­snego poże­gna­nia.

"Kochane dziatki

Jeste­ście jesz­cze maleń­kie, nie umie­cie czy­tać, więc niech wam mamu­sia prze­czyta.

Kochany Romeczku i Lilu, tatuś was zawsze jed­na­kowo kocha, widzę was w nocy i w dzień na każ­dym kroku i każ­dej chwili, niech mamu­sia opo­wie wam, jak ja was kocha­łem -?pamię­taj­cie, że mamu­się trzeba kochać, bo ona jest przy was i pil­nuje was. Twoje Romku oczki i złote włosy czuję pod swymi pal­cami, a we śnie całuję. Lileczko, Cie­bie zawsze sły­szę, jak szcze­bio­czesz -?tak was kocham.

Ten list połóż pod poduszkę na noc, niech się tatuś wam przy­śni, a rano wszystko opo­wiedz­cie mamusi, bo jak będzie­cie spać, to tatuś z wami będzie roz­ma­wiać aż tu z daleka, z daleka.

Uca­łuj­cie ode mnie mamu­się po sto razy i ukłony dla wszyst­kich, nie wychodź­cie na mróz, bo się prze­zię­bi­cie.

Całuję was, tatuś Stach.

Wiciu napisz mi jak twoje zdro­wie i dzieci -?ja zdrów.

Całuję Cię, twój mąż Stach".

Ten list czy­tany był w naszym domu w każdą Wigi­lię -?nie mogę mówić [pła­cze]. Z sio­strą się kłó­ci­łem, bo każde z nas chciało ten list mieć pod swoją poduszką.

Po aresz­to­wa­niu ojca matka posta­no­wiła prze­nieść się do swo­jej star­szej sio­stry Zofii Kamiń­skiej, do odda­lo­nej o ok. 40 km Macie­jówki. Sio­stra matki przy­słała po nas fur­mankę. Spa­ko­wa­li­śmy naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy, do wozu przy­wią­za­li­śmy krowę, poże­gna­li­śmy się z popem Kostec­kim i wyru­szy­li­śmy w drogę. Ostat­nie, co widzia­łem, opusz­cza­jąc wieś, to czołg, który wje­chał tu 17 wrze­śnia. Stał na wzgó­rzu i manew­ro­wał lufą w naszą stronę.

Macie godzinę

Macie­jówka w więk­szo­ści była wsią ukra­iń­ską, miesz­kało w niej tylko kilka rodzin pol­skich osad­ni­ków woj­sko­wych. Długo nie cie­szy­li­śmy się spo­ko­jem. "Życz­liwi" sąsie­dzi donie­śli, że do wsi spro­wa­dziła się rodzina pol­skiego poli­cjanta.

Był kwie­cień 1940 roku. Któ­re­goś dnia nad ranem usły­sze­li­śmy gło­śne wale­nie do drzwi. Do domu wtar­gnęło trzech męż­czyzn -?ofi­cer w krót­kim kożu­chu spię­tym pasem i nogą w gip­sie oraz dwóch soł­da­tów. Na pyta­nie mamy i cioci o przy­czynę naj­ścia ofi­cer odczy­tał posta­no­wie­nie o naszym wywo­zie. Bez tłu­ma­cze­nia i jakich­kol­wiek wyja­śnień oznaj­mił tylko, że daje nam godzinę na spa­ko­wa­nie się.

Matka zupeł­nie się tego nie spo­dzie­wała, myślała, że u sio­stry będzie z dziećmi bez­pieczna.

-?Dokąd nas zabie­ra­cie? -?zapy­tała zasko­czona.

-?A dokąd chce­cie jechać?

-?Do męża.

-?A, no to dobrze, zawie­ziemy was do męża -?odpo­wie­dział drwiąco enka­wu­dzi­sta.

Mama spa­ko­wała więc sukienny, galowy mun­dur ojca i butelkę wina. Naszy­ko­wana była tak, jakby za chwilę miała się z nim spo­tkać. Na szczę­ście w ostat­niej chwili za namową cioci wzięła jakieś pie­rzyny i koce oraz coś do zje­dze­nia, wię­cej nic.

Wsa­dzili nas na fur­mankę i zawieźli na sta­cję kole­jową do Korca. W ogól­nym szoku i nie­do­wie­rza­niu ludzie tło­czyli się przy schod­kach do bydlę­cych wago­nów. Upy­chano ich do środka bez jakie­go­kol­wiek tłu­ma­cze­nia, gdzie i po co mają jechać. Na sta­cji pano­wał duży ruch, kłę­bo­wi­sko wystra­szo­nych ludzi cią­gle się powięk­szało. Zała­do­wali nas po cztery rodziny do wagonu, sie­dzie­li­śmy w nim jed­nak jesz­cze dobę, zanim ruszy­li­śmy.

Cho­ciaż w Pol­sce była już wio­sna, to tam daleko na wscho­dzie zima trwała w naj­lep­sze. Od naszych odde­chów w wago­nie lód osia­dał na ścia­nach. Warunki były maka­bryczne. Ludzie gro­ma­dzili się za potrzebą przy dziu­rze w pod­ło­dze. Scho­ro­wani, w gorączce, upodleni. Jak żyć nor­mal­nie po takich doświad­cze­niach? Po kil­ku­na­stu dniach podróży zorien­to­wa­li­śmy się, gdzie jedziemy, że wcale z ojcem się nie zoba­czymy. Wie­dzie­li­śmy już prze­cież z listów od niego, gdzie jest, że do Ostasz­kowa też jest daleko, ale nas już wieźli prze­szło dwa tygo­dnie. Nadzieja opu­ściła nas wtedy zupeł­nie. Zała­ma­li­śmy się.

Bogoduchowka -?blizny pamięci

Ostatni etap podróży wiódł zaśnie­żo­nym, bez­kre­snym ste­pem. W końcu pociąg zatrzy­mał się i z 4 wago­nów 16 rodzi­nom kazano wysiąść pośrodku niczego. Pociąg gwizd­nął i odje­chał, a my wszy­scy sta­li­śmy, nie wie­dząc co dalej. Dookoła pusto, nic, tylko gładki śnieg po hory­zont i chwie­jąca się na dwóch kijach tablica z napi­sem Tajyn­sza20.

Po jakimś cza­sie ktoś zauwa­żył, że daleko na hory­zon­cie unosi się dym, a po chwili, że czarne mrówki idą w naszym kie­runku. Miej­scowi ruszyli w naszą stronę -?dostali nakaz od władz, aby przy­jąć nas do swo­ich domostw, mimo że nie­chęt­nie inte­gro­wali się z obcymi.

Przy­pro­wa­dzili nas do wsi Bogo­du­chowka21, ale, o dziwo, na kwa­terę przy­jął nas nad­woł­żań­ski Nie­miec, nazy­wał się Hau­sman. Miesz­kał w zie­miance razem z żoną, która nie mówiła po rosyj­sku, i 17-let­nim synem.

Przy­byli pol­scy zesłańcy z mar­szu tra­fili do pracy w koł­cho­zie. Jego prze­wod­ni­czą­cym był młody Kazach. Nazy­wał się Kab-Dysz, był ostat­nim dra­niem. W koł­cho­zie mama razem z innymi kobie­tami pra­co­wała przy prze­bie­ra­niu ziem­nia­ków w kopcu. Od naszego przy­jazdu nie mie­li­śmy już co jeść, zaczę­li­śmy gło­do­wać. Czło­wiek tylko cały czas myślał o tym, aby zdo­być choć odro­binę cze­goś do jedze­nia. Przez ten potworny głód matka posta­no­wiła zary­zy­ko­wać i zabrać z kopca kilka ziem­nia­ków. Bała się. Wie­działa, że kra­dzieże były srogo karane, ale co innego mogła zro­bić, aby ura­to­wać od śmierci gło­do­wej swoje dzieci?

Ostroż­nie scho­wała sobie cztery ziem­niaki do biu­sto­no­sza. Nie­stety ktoś to zauwa­żył i doniósł prze­wod­ni­czą­cemu koł­chozu. Ten młody Kazach Kab-Dysz, głupi, ale ide­owiec, w poszu­ki­wa­niu skra­dzio­nych ziem­nia­ków roze­brał moją matkę do naga, przy wszyst­kich. To było straszne. My, dzieci, byli­śmy tam w polu razem z naszymi mat­kami. Ja tylko raz w życiu widzia­łem moją matkę nago, wła­śnie wtedy. Ni­gdy przed­tem i ni­gdy potem. Kazach oczy­wi­ście zna­lazł ziem­niaki i zaczął strasz­nie kląć. Rosyj­skie prze­kleń­stwa są jed­nymi z naj­bar­dziej ordy­nar­nych, jakie kie­dy­kol­wiek sły­sza­łem.

Kab-Dysz strasz­nie zwy­zy­wał moją matkę i zaczął stra­szyć, że odda ją pod sąd, a nas ode­śle do domu dziecka. Matka strasz­nie pła­kała, roz­pa­czała. Uklę­kła przed nim, zła­pała go za rękę, ale on ją ode­pchnął. My, zapła­kane dzieci, przy­war­ły­śmy do niego, pro­sząc o daro­wa­nie mamie, ale nas też ode­pchnął i upa­dli­śmy w błoto. Zaczą­łem do niego pod­ska­ki­wać w obro­nie matki, ale on mnie odpy­chał jak szma­cianą lalkę. Upa­da­łem w błoto raz za razem. Trauma straszna. Do końca życia tego nie zapo­mnę.

W końcu matka, roz­trzę­siona i zde­spe­ro­wana, łamią­cym się gło­sem powie­działa do niego, że da mu coś cen­nego w zamian za pozo­sta­wie­nie dzieci przy niej. Galowy mun­dur ojca, ostat­nią po nim pamiątkę ofia­ro­wała Kab-Dyszowi, żeby zli­to­wał się nad nią i nie roz­łą­czał z dziećmi. Ten mun­dur był na niego za duży. Do dzi­siaj pamię­tam, jak jeź­dził w nim na swoim niskim, mon­gol­skim koniu. W galo­wym, odświęt­nym mun­durze ojca jeź­dził na oklep, a za dłu­gie nogawki wisiały mu po bokach.

Póź­niej jed­nak, za każ­dym razem, gdy spo­ty­kał matkę, to strasz­nie wul­gar­nie na nią krzy­czał. Matka nie mogła znieść tego cią­głego stra­chu i poni­że­nia. Posta­no­wiła zro­bić wszystko, aby opu­ścić to miej­sce i prze­nieść się tam, gdzie nie będzie tego czło­wieka.

Zapolscy

W poczu­ciu wiel­kiej krzywdy, ale przede wszyst­kim ze stra­chu przed stale ter­ro­ry­zu­ją­cym ją Kab-Dyszem, mama udała się do powia­to­wej Kel­le­rówki. Nie wiem jak, ale uzy­skała pozwo­le­nie na prze­nie­sie­nie do odda­lo­nej o ok. 20 km od Bogo­du­chowki wsi Kre­mień­czug22. Któ­re­goś ranka wzięła tie­leżkę -?dwu­ko­łowy wózek z dyszel­kiem, wrzu­ciła do niego kilka naszych skrom­nych rze­czy, tro­chę słomy, posa­dziła na nią moją sio­strę, wzięła mnie za rękę i wyru­szy­li­śmy w drogę, pie­chotą.

Mama cią­gnęła ten wózek 20 km, ja, trzy­ma­jąc ją za rękę, sze­dłem obok. Wyszli­śmy wcze­śnie rano, aby zdą­żyć przed zmro­kiem. Spie­szy­li­śmy się, ponie­waż wie­czo­rem wilki urzą­dzały polo­wa­nia. Mama pamię­tała, jak ludzie opo­wia­dali, że w Kel­le­rówce zago­niły kobietę. Wie­czo­rem na wiej­skiej dro­dze zoba­czyła watahę i zaczęła ucie­kać. To była star­sza osoba, ale tak się bała, że bie­gła cały czas. W ostat­niej chwili dobie­gła do czy­jejś chaty i dostała ataku serca, zmarła po chwili.

Po dotar­ciu do Kel­le­rówki przy­jęła nas rodzina Zapol­skich. Opatrz­ność nad nami czu­wała, bo tra­fi­li­śmy do naprawdę dobrego czło­wieka. Zapol­ski był Pola­kiem wywie­zio­nym w latach 20. wraz z rodziną z oko­lic Kamieńca Podol­skiego. W Kre­mień­czugu zaj­mo­wał sta­no­wi­sko prze­wod­ni­czą­cego koł­chozu. To był złoty czło­wiek. Miesz­kał z żoną Zofią, trzema cór­kami i synem.

Do jego miesz­ka­nia wcho­dziło się przez oborę, w któ­rej stała krowa z cie­la­kiem. W izbie obok, na piecu, spał Alek­san­der Zapol­ski z żoną i naj­młod­szym syn­kiem. Niżej, na pry­czy obok kuchenki -?jego córki, a tuż za sto­łem, w kącie pod oknem na sło­mie spa­li­śmy my. Nie mie­li­śmy podu­szek, więc na noc mama zwi­jała nam nasze ubra­nia. W tym zim­nym kącie mar­z­li­śmy co noc, bo wiało od okna, tylko przy piecu było cie­plej. Obora, wia­domo, nie była ogrze­wana, więc nocą cie­lak stał w naszej izbie obok nas. Roz­dzie­lone zwie­rzęta strasz­nie ryczały, przez całą noc, aż serce bolało.

Po pew­nym cza­sie Zapol­ski przy­niósł skądś kilka desek i uło­żył je nam do spa­nia na kobył­kach. Póź­niej nawet pro­wi­zo­ryczne łóżko z tych desek dla nas zbił.

Dobrze nam było u Zapol­skiego. Do dzi­siaj pamię­tam, jak jego żona Zofia wołała do mnie:

-?Romek, chodź jeść kutię! -?Zago­to­waną i zabar­wioną mle­kiem psze­nicę.

Kiedy wspo­mi­nam Zapol­skiego i to, jak gła­skał mnie po gło­wie, to myślę sobie, że lepiej pamię­tam jego niż wła­snego ojca.

Ponad siły

W Kre­mień­czugu było sześć pol­skich rodzin. Pamię­tam więk­szość nazwisk: Kamiń­scy, Wój­to­wi­czo­wie, pani Zyblew­ska i pani Jabłoń­ska z córką. Wszy­scy razem, codzien­nie musie­li­śmy ciężko pra­co­wać na rzecz wiel­kiego koł­chozu. Mama pasła i doiła krowy albo w polu całymi dniami zbie­rała ziem­niaki. Za pracę nale­żał jej się ekwi­wa­lent w natu­rze. Rocz­nie dosta­wała dwa pudy psze­nicy, czyli ok. 32 kg. Musiało nam to wystar­czyć na cały rok. Naj­czę­ściej nie wystar­czało i trzeba było radzić sobie samemu. Cho­dzi­łem zbie­rać kłosy, ale musia­łem bar­dzo uwa­żać, ponie­waż nie wolno nam było tego robić, to było zabro­nione. Ale jedze­nia bra­ko­wało, pano­wał głód, to co było robić? Musie­li­śmy kraść, by prze­żyć. Jesie­nią, gdy już robiło się ciemno, widzia­łem, jak matka z innymi kobie­tami cho­dziły w step. Skra­dały się, aby nie zauwa­żył ich stróż, który pil­no­wał kawo­nów i ziem­nia­ków. Peł­zły mię­dzy zagony kar­to­flane i wybie­rały ziem­niaki spod krzaka.

Gdy zro­biło się zbyt nie­bez­piecz­nie, a głód doskwie­rał coraz moc­niej, zaczę­li­śmy z sio­strą cho­dzić na żebry. Cho­dzi­li­śmy po cha­łu­pach i po pro­stu się modli­li­śmy. Jeśli nas wpusz­czono, sta­wa­li­śmy w progu i odma­wia­li­śmy "Zdro­waś Mario". W nie­któ­rych domach bywało tak, że po odmó­wie­niu wszyst­kich zna­nych nam modlitw nie dawano nic, ni­gdy. Nie­któ­rzy ludzie po pro­stu nas nie rozu­mieli, bo nie tylko Polacy tam miesz­kali. Wysłu­chali nas, ale nie dali nic. Może sami też nic nie mieli? Mimo wszystko dzięki żebrom zawsze coś przy­nie­śli­śmy. Marzy­li­śmy o chle­bie, bo jego naj­bar­dziej bra­ko­wało. Codzien­nie go bra­ko­wało.

Gdy byłem już tro­chę star­szy i nada­wa­łem się do pracy, koł­choz upo­mniał się o mnie. Wraz z kil­koma kole­gami pra­co­wa­li­śmy przy wypa­sie cie­la­ków. Pil­no­wa­li­śmy, aby nie roz­bie­gły się po ste­pie. Naszym codzien­nym obo­wiąz­kiem było także zbie­ra­nie kro­wich plac­ków, bo prze­cież czymś trzeba było palić.

Pra­co­wa­łem też przy pie­le­niu kok­sa­gizu. Rosło tego całe wiel­kie pole. Była to roślina podobna do naszego mle­czu, strasz­nie kle­jąca, po któ­rej nie można było się domyć. Na noc nie wra­ca­li­śmy do swo­ich rodzin, spa­li­śmy w roz­sta­wio­nej jur­cie. Koł­choz dowo­ził nam jedze­nie, naj­czę­ściej kaszę, która, jak dziś pamię­tam, okrop­nie śmier­działa naftą. Mie­li­śmy do wyro­bie­nia normy, dwa razy po trzy rzędy. Za wyro­bie­nie normy dosta­wa­łem 40 dkg chleba, a jak wyro­bi­łem 200 proc. normy, to dosta­wa­łem jesz­cze 20 dkg. Tak, to nie było spra­wie­dliwe, ale bar­dzo chcia­łem dostać te dodat­kowe 20 dkg, aby zanieść sio­strze -?była za mała, aby pra­co­wać. Dla mnie, kil­ku­let­niego dziecka, to była strasz­nie ciężka praca.

Ty, co w Ostrej świecisz Bramie!

Na tere­nie koł­chozu funk­cjo­no­wała szkoła. Do dzi­siaj pamię­tam, jak zimą matka mnie do niej wypra­wiała. Nakła­da­łem za duże walonki, upy­cha­łem w nie słomę, mama owi­jała mnie kocem, obwią­zy­wała sznur­kiem i tak przy­go­to­wany na spo­tka­nie z mro­zem sze­dłem do szkoły. Skoń­czy­łem w niej trzy klasy, oczy­wi­ście po rosyj­sku. Nie było tablicy, więc pisało się węglem na piecu. Pamię­tam dosko­nale rosyj­skie zeszyty, które oprócz lini­jek pozio­mych miały też uko­śne, musie­li­śmy nauczyć się pisać pismem pochy­łym. Po powro­cie do Pol­ski dzi­wi­łem się, że wszy­scy piszą pio­nowo. W tej rosyj­skiej, koł­cho­zo­wej szkole była oczy­wi­ście cią­gła pochwała "ojców narodu". W Bogo­du­chowce stał nawet pomnik Sta­lina lub Lenina z wycią­gniętą ręką. Zawsze ktoś go "poczę­sto­wał" czymś nie­sto­sow­nym.

W cza­sie świąt Bożego Naro­dze­nia, któ­rych tam nie obcho­dzono, sta­ra­li­śmy się pie­lę­gno­wać pol­skie tra­dy­cje. W naszej izbie przy drzwiach do obory gospo­darz Zapol­ski wsta­wiał snop słomy. Wszy­scy wspól­nie ze źdźbeł robi­li­śmy prze­różne ozdoby i wie­sza­li­śmy je póź­niej na sno­pie. Matki z mąki pszen­nej bez zakwasu pie­kły jakiś pla­cek, który, trak­to­wany z naj­więk­szą czcią, słu­żył nam za opła­tek. To był czas wzru­szeń i powro­tów do szczę­śli­wej prze­szło­ści.

Z kolędą przy­cho­dziła do nas pani Wój­to­wi­czowa, sta­wiała na stole nary­so­waną na kawałku papieru szopkę betle­jem­ską ze Świętą Rodziną i Jezu­skiem w żło­bie. Mama rów­nież sta­wiała obok zabrany z Pol­ski obra­zek Matki Boskiej Ostro­bram­skiej, który w 1935 roku dostała na mszy w mojej inten­cji, gdy po raz pierw­szy zacho­ro­wa­łem na zapa­le­nie płuc. Wszy­scy ze łzami w oczach modli­li­śmy się o chleb, zdro­wie i powrót do Pol­ski.

Ten święty obra­zek był ze mną przez cały czas, gdy po raz drugi poważ­nie zacho­ro­wa­łem na płuca. Mia­łem bar­dzo wysoką gorączkę, którą w żaden spo­sób nie uda­wało się obni­żyć. Mama roz­pa­czała, nie było już ze mną kon­taktu, odcho­dzi­łem. Była sroga zima. Alek­san­der Zapol­ski wybiegł z domu, po czym wró­cił, wziął mnie owi­nię­tego w pie­rzyny na ręce i razem z matką wieźli mnie 40 km23 wozem dra­bi­nia­stym do szpi­tala w Jasnej Pola­nie24.

Matka, widząc, że było ze mną bar­dzo źle, że chyba już odcho­dzę z tego świata, wzięła obra­zek z Matką Ostro­bram­ską, poło­żyła obok mnie na poduszce i gło­śno pła­kała. Ten gło­śny płacz mojej matki, to jedyne co pamię­tam z tego czasu. Mama przez cały czas klę­czała przy mnie i modliła się. Nie mogę o tym spo­koj­nie mówić, ści­ska mnie na to wspo­mnie­nie...

Na lecze­niu w szpi­talu prze­by­wa­łem w cza­sie świąt Bożego Naro­dze­nia. Gdy poczu­łem się lepiej -?pamię­tam to dosko­nale -?pode­szła do mnie pie­lę­gniarka i poda­ro­wała mi w pre­zen­cie maleńką poma­rań­czową bombkę. Ten czuły gest, tak potrzebny małemu dziecku, do dzi­siaj mam w sercu i wspo­mi­nam ze wzru­sze­niem.

Święty obra­zek z Matką Ostro­bram­ską, który w szpi­talu leżał cały czas obok mnie na poduszce, mama w pośpie­chu zabrała z domu, gdy wywo­zili nas w 1940 roku. Miał dla niej ogromne zna­cze­nie. Wsta­wien­nic­two do Pani Ostro­bram­skiej dwu­krot­nie pomo­gło wyzdro­wieć jej dziecku. Prze­cho­wy­wała go jak naj­święt­sze reli­kwie. Obra­zek prze­trwał i wró­cił z nami z zesła­nia.

Śmierć zabiera, pogrzeb daje

Żyjąc tyle lat w tak cięż­kich warun­kach, nie da się zapo­mnieć potwor­nego zimna, strasz­li­wych mro­zów, które, zda­wało się, rów­nież sprzy­się­gły się prze­ciw nam, udrę­czo­nym zesłań­com. Czło­wiek sta­wał się bez­radny, gdy nad­cho­dziły burze śnieżne z wiel­kimi, potęż­nymi zamie­ciami. Gdy ludzie zauwa­żali naj­mniej­sze sygnały, że zbliża się buran, roz­cią­gali sznury mię­dzy cha­tami. Poma­gały tra­fić do domu w sza­le­ją­cej, bia­łej jak mleko zawiei. Czę­sto bywało jed­nak tak, że ktoś wyszedł z domu i prze­padł. Stra­cił orien­ta­cję, zabłą­dził, zamarzł i już go nie było.

Wio­sną kobiety wycho­dziły w step i znaj­do­wały tylko resztki ubra­nia, kufajkę, jakieś poszar­pane łachy i kości. Nic wię­cej, wilki wszystko roz­nio­sły. Wie­czo­rami wszy­scy ucie­kali do cha­łup, bo wygłod­niałe wilki zaczy­nały krą­żyć w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. Żaden pies nie mógł być trzy­many na uwięzi na zewnątrz, bo zosta­wały po nim tylko ślady krwi i łań­cuch. Pies zawsze był wpusz­czany na noc do chlewa. Jeśli tylko ktoś źle zamknął oborę czy owczar­nię, to już nie miał owiec. Wilki potra­fiły nawet roz­grze­bać dach nad kur­ni­kiem i wycią­gnąć kury.

Ale nie tylko noce były straszne. W dzień, gdy pra­co­wa­li­śmy w polu, to widzie­li­śmy na hory­zon­cie całe stada. Kobiety robiły wtedy straszny hałas, aby je spło­szyć. Pamię­tam, jak zimą mama z innymi kobie­tami poszła w step zbie­rać na opał zeschłe badyle po sło­necz­ni­kach. Sie­dzia­łem z sio­strą w okienku i patrzy­li­śmy, jak się odda­lały. Nagle ulicą pomię­dzy naszymi domami prze­biegł wilk. Jezu, jak my się wtedy strasz­nie bali­śmy o mamę, pła­ka­li­śmy i stu­ka­li­śmy w okno w nadziei, że nas usły­szą. Kobiety zauwa­żyły bie­gną­cego w ich stronę wilka. Zaczęły gło­śno krzy­czeć, hała­so­wać i to go spło­szyło. W step ni­gdy nie wolno było cho­dzić samemu. Kto odda­lił się zbyt­nio od domostw, nie miał szans, aby prze­żyć spo­tka­nie z wil­kami.

Nie­od­łącz­nym i sta­łym ele­men­tem naszej codzien­no­ści były śmierć i pogrzeb. Wszy­scy zbie­rali się w domu zmar­łego, aby poże­gnać go ostat­nią modli­twą. Pamię­tam ten widok -?nie­bosz­czyka leżą­cego na stole bez trumny. Na ste­pie nie było drzew, zmar­łych cho­wano więc w prze­ście­ra­dłach, o ile ktoś je posia­dał. Wokół stołu na łóż­kach sie­działy kobiety i żało­śnie zawo­dziły. Było gorące lato, fetor w cha­łu­pie nie­sa­mo­wity, bo nie­bosz­czyk zgod­nie z oby­cza­jem trzy dni leżał, zanim go pocho­wano.

Pamię­tam pogrzeb dziecka. Leżało na tym stole ubrane w coś lek­kiego z odsło­niętą buzią. Jego rodzice strasz­nie roz­pa­czali, coś okrop­nego. Zna­łem to dziecko, bawi­li­śmy się razem.

Ludzie sami orga­ni­zo­wali pogrzeby, na miej­scu nie było ani księ­dza, ani kościoła, a do naj­bliż­szej wio­ski -?parę­dzie­siąt kilo­me­trów. Gdzie okiem się­gnąć, tylko step sze­roki. W kon­duk­cie pogrze­bo­wym po jed­nej stro­nie szły pol­skie matki i gło­śno śpie­wały "Ser­deczna Matko". Po dru­giej stro­nie drogi szły miej­scowe kobiety i nuciły swoje pie­śni.

Nas, dzieci, te pogrzeby bar­dzo cie­szyły. Dla nas to był czas wesela, ponie­waż po pogrze­bie urzą­dzana była stypa. Zawsze dosta­łem jakiś pla­cek droż­dżowy albo miskę kaszy. Boże, pogrzeb to był czas syto­ści.

Pogrzeby miały dla nas same pozy­tywne sko­ja­rze­nia. Nie rozu­mie­li­śmy bólu doro­słych. My nawet bawi­li­śmy się w pogrzeby. Nie pamię­tam, aby­śmy bawili się w coś innego, cały czas tylko w pogrzeby. Lepi­li­śmy z gliny małe tru­mienki, robi­li­śmy lalki, kła­dli­śmy je do środka, nakry­wa­li­śmy jakąś szmatką i szli­śmy pocho­wać.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. "Zachod­nia Bia­ło­ruś" 17 IX 1939 -?22 VI 1941. Depor­ta­cje Pola­ków z pół­nocno-wschod­nich ziem II Rze­czy­po­spo­li­tej 1940-1941, t. 2, War­szawa 2001, s. 8. [wróć]

2. D. Boć­kow­ski, Czas nadziei. Oby­wa­tele Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej w ZSRR i opieka nad nimi pla­có­wek pol­skich w latach 1940-1943, War­szawa 1999, s. 52. [wróć]

3. Tamże, s. 105. [wróć]

4. Depor­ta­cje oby­wa­teli pol­skich z Zachod­niej Ukra­iny i Zachod­niej Bia­ło­rusi w 1940 r., War­szawa-Moskwa 2003, s. 27. [wróć]

5. D. Boć­kow­ski Czas nadziei..., s. 52-53, 78. [wróć]

6. "Zachod­nia Bia­ło­ruś" ..., t. 2, s. 8. [wróć]

7. D. Boć­kow­ski Czas nadziei..., s. 52. [wróć]

8. Tamże, s. 52, 105. [wróć]

9. "Zachod­nia Bia­ło­ruś"..., t. 2, s. 9. [wróć]

10. Depor­ta­cje..., s. 27. [wróć]

11. Tamże, s. 27. [wróć]

12. Raport nie obej­muje depor­ta­cji z 1941 roku i nie przed­sta­wia źró­deł, na któ­rych Alfons Klotz opiera swoje wyli­cze­nia, Doku­ment nr 1 z 15.10.1941 roku z archi­wum mini­stra Sta­ni­sława Kota Raport spe­cjal­nej grupy lwow­skiego okręgu Związku Walki Zbroj­nej doty­czący losów Pola­ków repre­sjo­no­wa­nych na tere­nie ZSRR w: A. Klotz, Zapi­ski kon­spi­ra­tora 1939-1945, oprac., wstęp i przy­pisy G. Mazur, Kra­ków 2001, s. 471. [wróć]

13. Zbiory Archi­wum Insty­tutu Hoovera na Uni­wer­sy­te­cie Stan­ford w USA w: I. Gru­dziń­ska-Gross, J.T. Gross, W czter­dzie­stym nas Matko na Sybir zesłali... Pol­ska a Rosja 1939-1942, Kra­ków 2008, s. 5. [wróć]

14. Depor­ta­cje..., s. 29. [wróć]

15. Alek­sandr Gur­ja­now -?ur. 10.10.1950 r. rosyj­ski histo­ryk zwią­zany ze Sto­wa­rzy­sze­niem Memo­riał, badacz sowiec­kich repre­sji wobec Pola­ków i współ­twórca doku­men­ta­cji losów ofiar ZSRR. [wróć]

16. A. Gur­ja­now, Cztery depor­ta­cje 1940-1941, "Karta" 1994, nr 12, s. 117, 125. [wróć]

17. R. Moor­ho­use, Pakt Dia­błów. Sojusz Hitlera i Sta­lina. Kra­ków 2022, s. 95. [wróć]

18. Zob. także: D. Boć­kow­ski, Masowe depor­ta­cje pol­skiej lud­no­ści cywil­nej w głąb ZSRR w latach 1940-1941 -?próba wery­fi­ka­cji danych, "Mazo­wiec­kie Stu­dia Huma­ni­styczne" 1996, nr 1, s. 1-12; A. Gło­wacki W taj­dze i ste­pie. O depor­ta­cjach oby­wa­teli pol­skich w głąb Związku Sowiec­kiego w latach 1940-1941, Insty­tut Badań nad Dzie­dzic­twem Kul­tu­ro­wym Europy, Muzeum Pamięci Sybiru, Bia­ły­stok 2022, s. 5, 149. [wróć]

19. Spra­woz­da­nie z dys­ku­sji doty­czą­cej liczby oby­wa­teli pol­skich wywie­zio­nych do Związku Sowiec­kiego w latach 1939-1941, Stu­dia z dzie­jów Rosji i Europy Środ­kowo-Wschod­niej, t. XXXI, 1996, s. 117-148. [wróć]

20. Tajyn­sza, mia­sto w pół­noc­nym Kazach­sta­nie, w obwo­dzie pół­noc­no­ka­zach­stań­skim. [wróć]

21. Obec­nie Bogo­du­chowka, która jest czę­ścią wsi Rosz­czin­skoje w pół­noc­nym Kazach­sta­nie. [wróć]

22. Krie­mien­czug -?wieś w pół­noc­nym Kazach­sta­nie, w obwo­dzie pół­noc­no­ka­zach­stań­skim, w rejo­nie Tajyn­sza. [wróć]

23. Odle­głość ze wsi Krie­mien­czug do Jasnej Polany jest w rze­czy­wi­sto­ści więk­sza i wynosi ok. 77 km. [wróć]

24. Jasna Polana -?wieś w pół­noc­nym Kazach­sta­nie, w obwo­dzie pół­noc­no­ka­zach­stań­skim, w rejo­nie Tajyn­sza. [wróć]