Dzieci ze stacji Sybir. Przez tajgi Syberii i stepy Kazachstanu. Historie ocalałych - Agnieszka Osiak


Reflow text when sidebars are open.
Była noc, głęboka, bezwietrzna, wyjątkowo mroźna i śnieżna tego roku. Mała wioska -?kilka domów otulonych lasem i polami -?spała spokojnie nakryta śnieżną pierzyną, jakby czas się w niej zatrzymał. Pośród tej nadrannej ciszy pierwszy niepokój wzbudziły czyjeś skrzypiące w śniegu kroki. Błogi sen mieszkańców, nieświadomych zbliżającego się niebezpieczeństwa, przerwały nagle głośne krzyki i wściekłe ujadanie psów.
Jacyś obcy, uzbrojeni, zaczęli złowieszczo dobijać się do drzwi chałup. Wtargnęli brutalnie, bez uprzedzenia. Zapanował chaos, w którym gubiły się kobiece lamenty, płacz dzieci, oszalałe rżenie koni i zwierząt gospodarskich. Niewzruszeni płaczem, błaganiem domowników, chorobą ani nieporadnością starszych obcy ustawili wszystkich pod ścianą, zarządzili rewizję i wydali nakaz:
-?Decyzją władzy radzieckiej będziecie przesiedleni w inny rejon Związku Radzieckiego. Macie pół godziny! Zbierać się! Przy próbie ucieczki będziemy strzelać!
***
Tak wyglądał początek deportacji tysięcy polskich rodzin na Kresach Wschodnich w 1940 roku. Wydarł ludzi z ich łóżek i ich codzienności. Tej pamiętnej nocy z 9 na 10 lutego 1940 roku dla wielu z nich skończyło się dotychczasowe życie. Od tej pory czas dzielił się na "przed" albo "po" wywózce. Nie było czasu na pożegnania. W ciągu kilku minut ich dotychczasowy świat przestał istnieć. Z powodu zaplanowanych i realizowanych przez aparat NKWD masowych deportacji tysiące rodzin utraciło wszystko -?dach nad głową i cały, gromadzony z pokolenia na pokolenie dobytek.
Wkroczenie Armii Czerwonej na terytorium Polski 17 września 1939 roku zapoczątkowało sowiecką okupację, a na zajętym obszarze przystąpiono do wprowadzania radzieckiego "porządku". Rozpoczęły się aresztowania wszystkich, którzy mogliby stanowić potencjalne zagrożenie dla okupanta. Za wrogów uznano w pierwszej kolejności m.in. zasłużonych Polsce żołnierzy i ich rodziny, którzy za udział w walkach z bolszewikami w latach 1919-1920 roku otrzymali nadziały ziemi.
Deportowano całe rodziny, wielodzietne i wielopokoleniowe, nierzadko pustoszały całe wsie. Akcja deportacyjna była przeprowadzona na podstawie przygotowanych wcześniej przez NKWD imiennych list wywozowych, a nadzór nad nią sprawowały trzyosobowe grupy operacyjne. Wyrwani ze snu ludzie mieli bardzo mało czasu na przygotowanie się do drogi -?od 15 minut do 2 godzin.
Pierwsza akcja deportacyjna rozpoczęła się 10 lutego 1940 roku. Panowały wówczas siarczyste mrozy, sięgające -40 st. Celsjusza. Wywożono przede wszystkim osadników wojskowych oraz pracowników służby leśnej, leśników, gajowych, strażników i dozorców leśnych. Powodem było wyeliminowanie w pierwszej kolejności osób bardzo dobrze znających tereny leśne i posługujących się bronią. Władze sowieckie obawiały się, że mogliby oni sprzyjać działalności partyzanckiej, toteż uznano ich za potencjalnie niebezpiecznych1.
Osoby wywiezione w lutym 1940 roku sklasyfikowano jako tzw. specprzesiedleńców-osadników (ros. spiecpieriesielency-osadniki)2. Wiązało się to z przymusem pracy i pobytem w ściśle nadzorowanych i kontrolowanych przez NKWD osiedlach specjalnych (ros. spiecposiołkach)3.
Zdecydowaną większość z nich skierowano do ciężkiej pracy przy wyrębie lasów, w kopalniach minerałów, hutnictwie czy budownictwie. Wystraszonych i zdezorientowanych ludzi nie zapoznano z podstawowymi zasadami bezpiecznego wykonywania narzuconej pracy w tak skrajnych warunkach klimatycznych, a brak odpowiedniej odzieży, niedożywienie i wycieńczenie szybko stały się powodem licznych wypadków, okaleczeń i śmierci.
Ofiarami drugiej akcji deportacyjnej, przeprowadzonej 13 kwietnia 1940 roku, stały się rodziny polskich oficerów WP więzionych w Kozielsku, Starobielsku i Ostaszkowie4, policjantów, nauczycieli, urzędników państwowych, właścicieli ziemskich, fabrykantów i bankierów. Skierowano ich do Kazachstanu. Inna, łagodniejsza była również kategoria, do której zostali zakwalifikowani: zesłani w trybie administracyjnym (ros. administratiwno-wysłannyje)5. Ze względu na wcześniejsze aresztowania ojców rodzin zdecydowaną część deportowanych stanowiły wówczas kobiety i dzieci.
Trzecia akcja deportacyjna rozpoczęła się pod koniec czerwca 1940 roku i objęła bieżeńców, czyli uchodźców z terenów zachodniej i centralnej Polski okupowanych przez Niemców6. Otrzymali oni status specprzesiedleńcy-uchodźcy (ros. spiecpieriesielency-bieżency)7. Ostatnią, czwartą kategorią deportowanych byli zesłani na osiedlenie (ros. zsylno-posielency)8. Wywożono ich w maju i czerwcu 1941 roku, były to rodziny wcześniej aresztowanych członków polskich organizacji konspiracyjnych oraz innych uznanych za wrogów komunizmu i ZSRR9. W trybie administracyjnym przeprowadzono również przymusowe wysiedlenia ludności zamieszkałej w nowo utworzonej strefie przygranicznej obejmującej pas terenu o szerokości 800 metrów od linii granicy10. Wysiedlono wówczas całe wsie, a zabudowania rozebrano.
W polskiej pamięci słowo "Syberia" nie jest jedynie pojęciem geograficznym. Wspólne doświadczenie cierpienia, przymusu i wykorzenienia wykraczały daleko poza jej geograficzne granice. "Sybir" był dla wszystkich zesłańców nie tyle miejscem na mapie, ile wspólnym losem obejmującym także odległe rejony północnej, podbiegunowej części Rosji, Dalekiego Wschodu, Kazachstanu, Besarabii czy Ukrainy.
Po długiej, trwającej niekiedy miesiąc podróży w wagonach towarowych, w których zamknięci od zewnątrz ludzie cierpieli z głodu, chorób i zimna, trafiali w miejsca, które dla wielu okazywały się granicą ludzkiej wytrzymałości. Przybywali na obce, surowe tereny praktycznie z pustymi rękami. Warunki, jakie zastali na miejscu zesłania, były skrajnie nieludzkie. W czasie mrozów sięgających -40, a niekiedy nawet -50 st. Celsjusza nieodpowiednio ubranych ludzi zmuszano do ciężkiej pracy, która dla niedołężnych starców, schorowanych kobiet i dzieci oznaczała codzienną walkę o przetrwanie. Rozbite rodziny, cierpienie i rozpacz były codziennością polskich zesłańców.
Po agresji III Rzeszy na ZSRR w wyniku zawartego w 1941 roku układu Sikorski-Majski ogłoszono akt tzw. "amnestii". Objęto nią obywateli polskich osadzonych w więzieniach, łagrach, rozproszonych w licznych syberyjskich obozach, posiołkach, a także w kołchozach i sowchozach na terenie Kazachstanu. Na podstawie ustaleń dotyczących formowania Polskich Sił Zbrojnych na terenie ZSRR osoby te zwolniono z łagrów i dotychczasowych miejsc osadzenia, otwierając tym samym drogę do wstąpienia w szeregi tworzącego się polskiego wojska. Słowo "amnestia" celowo zapisuję w cudzysłowie, ponieważ z definicji stosowana jest przecież wobec przestępców skazanych prawomocnymi wyrokami -?dla niewinnie deportowanych rodzin była określeniem krzywdzącym i nieodpowiadającym prawdzie.
Nie wszystkim udało się dotrzeć do Armii Andersa, po drodze umierali z głodu i wyczerpania. Na miejscu zesłania pozostały jednak całe rodziny -?matki z dziećmi, ludzie starsi i schorowani. Mogli oni jedynie zmienić miejsce dotychczasowego pobytu na względnie lżejsze.
W ramach tworzącej się Armii Andersa powstała m.in. 5. Wileńska Dywizja Piechoty pod dowództwem gen. Mieczysława Boruty-Spiechowicza. Postać generała zapisała się w pamięci kilku moich bohaterów szczególnie, także osobiście. Po powrocie z Syberii do Polski w 1946 roku i po krótkim pobycie w Lipianach za namową ojca jednej z bohaterek książki, zdemobilizowanego żołnierza Armii Andersa, kilka zesłańczych rodzin zdecydowało się rozpocząć swoje nowe życie w szczecińskim Skolwinie (w tym gronie znaleźli się również moi dziadkowie). Tam też, jak się okazało, na tej samej ulicy, po sąsiedzku, na krótko przed ich przyjazdem zamieszkał gen. Boruta-Spiechowicz. Od tej pory byli zwykłymi sąsiadami, których połączyło doświadczenie wojny, tułaczki, a także walki o przetrwanie na różnych szlakach bojowych. Taka bliskość, choć przypadkowa, symbolicznie domykała ich dramatyczną wojenną historię.
Moi rozmówcy, opowiadając o swoich syberyjskich dramatach, nieodmiennie wracają pamięcią do bólu rozłąki i tęsknoty za bliskimi, którzy chcąc wyrwać się śmierci w tajgach Syberii, zgłosili się do Armii Andersa lub 1. Dywizji Piechoty im. Tadeusza Kościuszki. Wspominają losy ojców i braci -?tych, których wojna rozrzuciła po różnych frontach, a jednak połączyła ta sama żołnierska wspólnota doświadczeń. Jedni i drudzy byli przecież Polakami wywiezionymi w latach 1940-1941 na Syberię, więźniami łagrów i zesłańcami, a ich droga do wolności wiodła przez wojskowe szeregi.
To, ile osób wywieziono w głąb ZSRR, do dziś stanowi temat badań historyków. Początkowo liczbę obywateli polskich deportowanych z Kresów Wschodnich szacowano na blisko 1 mln, z czasem nawet na 1,2-1,5 mln. Pierwszą informację na ten temat podał delegat Komendy Obszaru nr 3 ZWZ Lwów, ppor. Roman Tatarski ps. "Luda" na konferencji belgradzkiej (29 maja -?2 czerwca 1940 roku), który określił liczbę deportowanych Polaków w głąb ZSRR na ok. 1 mln11. Także w raporcie z ponadtrzymiesięcznej podróży po najodleglejszych rejonach ZSRR Alfonsa Klotza ps. "Doktor Henryk Urbańczyk" i Eleonory Ptaszkówny ps. "Kamila Argasińska" wskazano, że podczas trzech deportacji przeprowadzonych w 1940 roku wywieziono 950 tys. osób12. Wyliczenia te opierały się głównie na szacunkach historyków ze środowisk emigracyjnych, relacjach świadków, w tym, jak podają Irena Grudzińska-Gross i Jan Tomasz Gross, ok. 10 tys. relacjach złożonych przez żołnierzy Armii Andersa i ich rodziny (w zbiorach archiwum znajdowało się również ok. 2,3 tys. wypracowań napisanych przez polskie dzieci uwolnione z sowieckiej zsyłki)13.
Udostępnienie dokumentów z rosyjskich archiwów umożliwiło zweryfikowanie wcześniejszych danych. Jako pierwsi analizę zgromadzonych materiałów NKWD przeprowadzili historycy rosyjscy, określając łączną liczbę obywateli polskich deportowanych w 1940 roku na ok. 300 tys.14. Na podstawie dokumentów Wojsk Konwojowych NKWD oraz materiałów Wydziału Osiedleń Roboczych i Specjalnych GUŁAG NKWD Aleksandr Gurjanow15 ustalił liczbę deportowanych na ok. 315 tys. z dokładnością do 10-15 tys., zaznacza jednak, że nie udało się odnaleźć "spisów eszelonowych" z imiennymi listami osób wywożonych transportami deportacyjnymi. Według Gurjanowa jest to o tyle zadziwiające, że dokumentacja transportów z więźniami z tego samego okresu i w tych samych zespołach zawierała "spisy eszelonowe"16.
Rosyjskie materiały archiwalne NKWD zostały poddane krytyce m.in. przez brytyjskich historyków. Roger Moorhouse (na podstawie ustaleń z prof. Normanem Daviesem) stwierdził, iż "można podejrzewać, że rosyjskie archiwa ukazują niepełną prawdę, nie uwzględniając tych skazanych w trybie doraźnym i niezarejestrowanych. Wydaje się, że na każdego skazańca bądź "oficjalnie" deportowanego przypadało trzech czy czterech wywiezionych, bez odnotowania tego faktu w dokumentacjach"17. Na podstawie obecnych badań szacuje się, że podczas czterech masowych akcji deportacyjnych wywieziono 320-350 tys. osób18.
W interesującej polemice na temat liczby osób wywiezionych w głąb ZSRR dr Ewa Kowalska podkreśla, że z wielu względów danych tych nie należy przyjmować bezkrytycznie. Zwraca uwagę, że zawierają one liczne nieścisłości, a brak niemal wszystkich imiennych spisów może świadczyć o wcześniejszej ingerencji w materiały archiwalne oraz rodzić pytanie, czy w udostępnionych zbiorach znalazły się wszystkie dokumenty dotyczące liczby wywiezionych. Również prof. Andrzej Korzon uważa, że nie należy opierać się wyłącznie na dokumentach sporządzonych przez NKWD ani odrzucać polskich źródeł, które wskazują na wyższe szacunki liczby deportowanych19.
Odkąd pamiętam, temat Syberii zawsze był obecny w moim domu. Słowa "Sybir", "Kazachstan", "zsyłka", które usłyszałam po raz pierwszy jako mała dziewczynka, były wypowiadane cicho, niemal szeptem. Pojawiały się jednak na tyle często, że zapamiętałam atmosferę, która im towarzyszyła -?bólu i tęsknoty za odebranym domem oraz utraconym dzieciństwem, a także cierpienia, którego moi dziadkowie jako dzieci doświadczyli z powodu głodu i pracy ponad ich dziecięce siły gdzieś na dalekiej Syberii. W mojej wielopokoleniowej rodzinie dziadkowie zajmowali szczególne miejsce. Pochodzili z Kresów Wschodnich. Babcia Stanisława Duda z domu Szałachowska urodziła się w Stoniewiczach w gminie Iwje w powiecie lidzkim, w województwie nowogródzkim, dziadek Jan Duda pochodził z miejscowości Chatki w gminie Złotniki, w powiecie podhajeckim, w województwie tarnopolskim. 10 lutego 1940 spotkał ich ten sam los co tysiące innych polskich rodzin na Kresach Wschodnich. W zaplanowanej i bardzo dobrze zorganizowanej akcji zostali deportowani na Syberię. To odcisnęło piętno na całym ich późniejszym życiu.
Wspomnienia dziadków -?najpierw bardzo oszczędne, wypowiadane ściszonym głosem, usłyszane gdzieś zza uchylonych drzwi, były początkiem niełatwych rozmów -?no bo jak opowiedzieć o tym małemu dziecku? Były to dla nich trudne tematy, nie chcieli się tym dzielić, opowiadać, co przeżyli. Zwłaszcza że nie mówiło się o Syberii powszechnie, temat ten jak sami wyjaśniali przez długie lata po wojnie, w ówczesnym ustroju był zakazany. Z czasem decydowali się opowiedzieć więcej, nigdy jednak nie zdobyli się na opowiedzenie wszystkiego, przerywali nagle, głos im się łamał i ocierając łzy, po prostu wychodzili w milczeniu. Powrót do tych wspomnień nadal był bolesny.
Z tego okresu pamiętam stary, nadgryziony zębem czasu album, który babcia wyciągała z szafki. Siadała w fotelu, sadzała mnie obok i pokazywała zdjęcia swoich rodziców, dziadków i dalszej rodziny z Kresów. Znałam te wszystkie zdjęcia na pamięć. Kilka z nich było jednak innych, nie pasowały do reszty starannie pozowanych fotografii. Moją uwagę przykuwało szczególnie jedno, na którym pod ścianą z drewnianych bali siedzą dwie kobiety w otoczeniu dzieci. Jedną z nich, w białej chustce na głowie, jest moja prababka Adolfina, a tuż za nią stoi moja babcia Stasia z rodzeństwem. Niestety nie pamiętałam szczegółów rozmowy o tym zdjęciu. Fotografia nie była opatrzona podpisem, mogła więc zostać wykonana jeszcze przed 1940 rokiem, np. w Stoniewiczach na Kresach. Spędzając jednak długie godziny na przeglądaniu zbiorów archiwum Ośrodka KARTA, natknęłam się na uderzająco podobną fotografię. Ten sam kadr, światło i kolor fotografii, widoczne w tych samych miejscach specyficzne przebarwienia powstałe w procesie powstawania fotografii, a przede wszystkim charakterystyczna, krzywo umieszczona na zdjęciach czarna maska do kopiowania sugerowały, że obie fotografie zostały wykonane w tym samym miejscu, o tej samej (raczej letniej) porze roku, ręką tego samego człowieka. Zdjęcie odnalezione w archiwum KARTY było opisane -?wykonano je w 1941 roku na terenie jednego z wielu obozów w rejonie tajszeckim, w obwodzie irkuckim i przedstawia siedzące przed barakiem Polki wywiezione do ZSRR. Byłam już wtedy pewna, gdzie została wykonana fotografia z rodzinnego albumu. To właśnie tam do obozu dla specprzesiedleńców Zołotaja Gorka nad rzeką Biriusą w rejonie tajszeckim, w obwodzie irkuckim, po trwającym miesiąc transporcie w wagonach towarowych, w marcu 1940 roku trafiła moja babcia. Inni Polacy z tego samego transportu zostali rozlokowani m.in. w pobliskich obozach Kwitok i Toporok.
Po śmierci dziadków, na przestrzeni wielu lat spotykałam się i rozmawiałam z Sybirakami, którzy zdecydowali podzielić się swoimi wspomnieniami. Starałam się przedstawić ich przejmujące historie w sposób jak najbardziej wierny i autentyczny, ukazać jako obraz syberyjskich przeżyć Polaków, uzupełnić go o brakujące elementy, ułożyć w jedną całość.
Książka powstała na podstawie moich rozmów z osobami, które w latach 1940-1941 jako małe dzieci zostały deportowane wraz z rodzinami z Kresów Wschodnich na Syberię i do Kazachstanu. Moi rozmówcy dzielą się swoimi bolesnymi wspomnieniami z zesłania, poruszają w nich, często po raz pierwszy w życiu, bardzo osobiste wątki. Mimo upływu wielu lat od tych wydarzeń przywoływane w rozmowach wspomnienia ożywały na nowo, były zadziwiająco szczegółowe i dokładne. Powrót do nich wzbudzał w moich rozmówcach emocje, które przeżywało wtedy bezbronne i wystraszone dziecko. Obrazy, uczucia, miejsca, twarze -?zarówno te ukochane, jak i te okrutne, bezlitosne, strach i głód -?zapadły w nich tak głęboko, że nie zatarły się mimo upływu wielu lat. Z ich relacji wyłania się straszny obraz ówczesnej rzeczywistości.
Potworne przeżycia, których doświadczyli jako dzieci, utrwaliły się w ich pamięci jak na kliszy fotograficznej, są wyraźne i stale obecne. Bardzo dokładnie pamiętają tamte dramatyczne wydarzenia. Opowiadają o potwornym strachu, jaki wywoływały krzyki uzbrojonych enkawudzistów, którzy w nocy wtargnęli do ich domów. Wystraszone rodziny wyciągnięto z łóżek, pod bronią ustawiono pod ścianą i zrewidowano. Wspominają bezduszność i okrucieństwo żołnierzy, gdy jeden z nich na oczach dzieci zastrzelił ukochanego psa rodziny. Błagania matek i płacz dzieci pozostały bez odpowiedzi. Rozkazano szybko się spakować i wywieziono, bez wyjaśnień i bez litości. Zaskoczenie i paniczny strach doprowadzały ludzi do obłędu. To początek tych wstrząsających relacji. Najgorsze jednak miało dopiero nadejść...
Wielu z moich rozmówców ze łzami w oczach przywoływało niekończący się transport wagonami towarowymi. W ścisku, mrozie, w warunkach urągających ludzkiej godności, głód i choroby były powodem tragedii. Pierwsi ginęli najsłabsi -?starcy i dzieci. Jeden z bohaterów wspomina martwe niemowlę, które enkawudzista wyszarpnął z rąk zrozpaczonej matki i wyrzucił przez otwór w podłodze wagonu. Inni powracają do bolesnych wspomnień utraty najbliższych, śmierci rodziców, rodzeństwa, poczucia ogromnego osamotnienia, wgryzającego się w kości mrozu i wyniszczającej pracy. Ze szczegółami opisują potworne sceny, których byli naocznymi świadkami, gdy zmarłych z głodu i wycieńczenia ludzi wrzucano do wielkiego dołu, bez trumien i bez pogrzebu.
Znamienne są również relacje mówiące o załamaniu psychicznym, którego doświadczały całe rodziny. Nie widząc szans na ratunek i jakąkolwiek ucieczkę, rodzice wielokrotnie decydowali się zakończyć życie swoich dzieci, a później i własne. Przypadki samobójstw i prób samobójczych były na tyle częste, że miejscowe organy władzy w obawie przed spadkiem wydajności pracy podejmowały działania mające im przeciwdziałać m.in. poprzez wzmożony nadzór i groźby. Jak wspominają dawni zesłańcy, przy życiu trzymała ich jedynie wiara i nadzieja, że ten koszmar kiedyś się skończy i dane im będzie wrócić do Polski.
Temat zesłań na Syberię przez długie lata był zasłonięty kurtyną milczenia: "Nie wolno nam było o tym mówić", "O tym, co przeżyliśmy na Syberii, się nie mówiło" -?to częste słowa moich bohaterów. "Wróciłam z Syberii, ale ona dalej we mnie trwa, przez całe życie się z nią zmagam" -?to słowa wypowiedziane przez panią, która pierwszy raz w życiu zdobyła się na to, aby tak szczegółowo opowiedzieć o swoich przeżyciach i dramacie swojej rodziny.
To, czego doświadczyli jako małe dzieci, było wstrząsem i traumą. Po powrocie do Polski zmagali się z ogromnymi lękami, nocnymi koszmarami, z których budził ich własny krzyk. Wielu opowiadało o bezpowrotnym utracie zdrowia, licznych schorzeniach, odebraniu szansy na posiadanie dzieci.
W 1946 roku wracali do Polski z wiarą i wdzięcznością, że udało im się przeżyć. Początkowo o tym, czego doświadczyli, chcieli jak najszybciej zapomnieć, nie mówić, nie pamiętać. W miarę upływu czasu zaczęli dzielić się swoimi historiami, pragnąc przekazać je młodszym pokoleniom, by pamiętano o tych strasznych wydarzeniach, które są częścią naszej wspólnej historii, i ku przestrodze. Ich słowa, że wolność nie jest nam dana raz na zawsze, powracają w obecnych czasach z podwójną mocą.
Moi rozmówcy, Sybiracy, to dzisiaj jedni z ostatnich świadków zesłańczej historii. To ci, których można jeszcze zapytać, spojrzeć im w oczy, wysłuchać. To konkretne twarze i przejmujące głosy, które możemy usłyszeć. Mówią nie tylko we własnym imieniu, lecz także niosą historię tysięcy, którzy nie przeżyli zesłania, którzy zostali tam, gdzie nikt dzisiaj nie przychodzi ze zniczem -?w ziemi bez grobu, bez nazwiska wyrytego w kamieniu. Staram się przedstawić ich trudne i bolesne doświadczenia w sposób wyrazisty i poruszający, nadając im jednak przystępny i bezpośredni styl opowieści. Ta książka jest zaproszeniem do zapoznania się z trudnymi doświadczeniami zesłańców, do zatrzymania się nad ich historią.
Wierzę, że oddając im głos, będziemy pamiętać o tragicznych losach Polaków wywiezionych na Syberię oraz ich niebywałej sile przetrwania. Sile, która pozwoliła im przeżyć, wrócić i dać świadectwo w imieniu tysięcy, którzy zostali tam na zawsze.
Gdy matka zachorowała na tyfus, zostaliśmy zupełnie sami i kompletnie bezradni. Krążyliśmy nad nią zrozpaczeni i zapłakani. Zdawało nam się, że to koniec, że teraz umrzemy z głodu i zimna.
Kresy -?piękne, niezapomniane i wciąż bliskie sercu. Właśnie tam, 4 grudnia 1934 roku, w domu moich dziadków Katarzyny i Szymona Sikorów przy ul. Fabrycznej 5 w Równem na Wołyniu, przyszedłem na świat. Te kilka lat mojego dzieciństwa, które pamiętam sprzed wybuchu wojny, wspominam jako najpiękniejszy czas dziecięcej beztroski. Wszystko to, co było mi wtedy bliskie i znane, przekreśliła wojna.
Kilka lat przed wybuchem II wojny światowej ojciec został przeniesiony z Równego na posterunek we wsi granicznej Kobyla. Do dzisiaj pamiętam główną ulicę wsi, zamkniętą szlabanem i wieżyczkę strażniczą, w której czasami stał żołnierz, najczęściej jednak nikogo w niej nie było. Posterunek składał się z trzech osób: komendanta, posterunkowego Zyblewskiego i mojego ojca.
Po przeniesieniu się do Kobyli ojciec wynajął kwaterę u popa. Nazywał się Kostecki. Miał motocykl i budził nim powszechne zgorszenie, no bo jak to, pop ma motocykl i do tego jeździ nim w powiewającej na wszystkie strony sutannie? Nieprzeciętny, fantastyczny człowiek. Ale! Jaką on miał wiedzę techniczną! Potrafił ten motocykl rozłożyć na drobne części, naprawić i złożyć z powrotem.
Pamiętam cudowne chwile, gdy ojciec wracał ze służby do domu. Z siostrą chowaliśmy się przed nim, zawsze za drzwi do pokoju. Ojciec wchodził, rozglądał się i wołał:
-?Gdzie są moje dzieci?
-?Nie wiem, szukaj -?odpowiadała mama.
Ojciec udawał, że nie może nas znaleźć. W pewnym momencie wypadaliśmy na niego zza drzwi z wielkim hałasem. Ojciec padał na łóżko, rozkładał szeroko ręce, a my razem z psem wskakiwaliśmy na niego. Pies najbardziej się rozpychał, zazdrośnie broniąc dostępu do ojca, cieszył się strasznie.
Tego psa, kilkudniowego szczeniaka, ojciec uratował kiedyś od pewnej śmierci w czekającym już na niego wiadrze. Za namową mamy zapobiegł niepotrzebnej krzywdzie i przyniósł go do domu. Nazwał go Los, bo psiak ewidentnie miał w życiu szczęście, że trafił na dobrych ludzi. Był tak przywiązany do ojca, że chodził razem z nim na posterunek, ale, jak mawiał ojciec:
-?To nie jest pies policyjny, tylko pies policjanta.
Dom popa otoczony był pachnącymi sosnami, za którymi po drugiej stronie ulicy wznosiła się wysoka cerkiew. Pamiętam dobrze dzień 17 września 1939 roku. Bawiłem się wtedy pod kamiennym murkiem otaczającym cerkiew z moim podwórkowym kolegą. Usłyszałem strzał. Mój ojciec chodził z długą bronią, ale nigdy nie słyszałem, by strzelał. Jak wracał z posterunku, to karabin od razu wstawiał do szafy.
Po chwili podniesiony został szlaban i do wsi czwórkami weszło uzbrojone w karabiny sowieckie wojsko. Stałem z kolegą pod cerkwią i patrzyłem, jak obcy żołnierze spokojnie przemaszerowali koło nas. Nie czułem strachu, raczej zdziwienie. Pamiętam ogromny kurz, który wzbił się za nimi i straszne ujadanie naszego psa. Na ich widok wyszły ukraińskie kobiety, w fartuchach niosły dla nich jabłka. Na końcu wjechał budzący wielkie zdziwienie, a także trwogę czołg.
Mój ojciec, jak i reszta załogi, nie otrzymał żadnego rozkazu co do dalszych działań, trwali więc na służbie. Kilka dni później cała obsada posterunku została aresztowana przez NKWD. Tego dnia widziałem ojca po raz ostatni w życiu.
W grudniu 1939 roku dostaliśmy od ojca list, a raczej kartkę z wizerunkiem Lenina i pieczęcią na jego ustach. Wymowny symbol "Milczeć", "Nie wolno ci", "Nie mogę wszystkiego mówić". I taki był ten list. Ojciec pisał w nim po rosyjsku jedynie: "Ja żyw i zdrów, jak z dziećmi?" I tyle, cenzura i koniec. Następny i zarazem ostatni list przyszedł opatrzony datą 24.01.1940 roku. Nazywam go listem miłości i bolesnego pożegnania.
"Kochane dziatki
Jesteście jeszcze maleńkie, nie umiecie czytać, więc niech wam mamusia przeczyta.
Kochany Romeczku i Lilu, tatuś was zawsze jednakowo kocha, widzę was w nocy i w dzień na każdym kroku i każdej chwili, niech mamusia opowie wam, jak ja was kochałem -?pamiętajcie, że mamusię trzeba kochać, bo ona jest przy was i pilnuje was. Twoje Romku oczki i złote włosy czuję pod swymi palcami, a we śnie całuję. Lileczko, Ciebie zawsze słyszę, jak szczebioczesz -?tak was kocham.
Ten list połóż pod poduszkę na noc, niech się tatuś wam przyśni, a rano wszystko opowiedzcie mamusi, bo jak będziecie spać, to tatuś z wami będzie rozmawiać aż tu z daleka, z daleka.
Ucałujcie ode mnie mamusię po sto razy i ukłony dla wszystkich, nie wychodźcie na mróz, bo się przeziębicie.
Całuję was, tatuś Stach.
Wiciu napisz mi jak twoje zdrowie i dzieci -?ja zdrów.
Całuję Cię, twój mąż Stach".
Ten list czytany był w naszym domu w każdą Wigilię -?nie mogę mówić [płacze]. Z siostrą się kłóciłem, bo każde z nas chciało ten list mieć pod swoją poduszką.
Po aresztowaniu ojca matka postanowiła przenieść się do swojej starszej siostry Zofii Kamińskiej, do oddalonej o ok. 40 km Maciejówki. Siostra matki przysłała po nas furmankę. Spakowaliśmy najpotrzebniejsze rzeczy, do wozu przywiązaliśmy krowę, pożegnaliśmy się z popem Kosteckim i wyruszyliśmy w drogę. Ostatnie, co widziałem, opuszczając wieś, to czołg, który wjechał tu 17 września. Stał na wzgórzu i manewrował lufą w naszą stronę.
Maciejówka w większości była wsią ukraińską, mieszkało w niej tylko kilka rodzin polskich osadników wojskowych. Długo nie cieszyliśmy się spokojem. "Życzliwi" sąsiedzi donieśli, że do wsi sprowadziła się rodzina polskiego policjanta.
Był kwiecień 1940 roku. Któregoś dnia nad ranem usłyszeliśmy głośne walenie do drzwi. Do domu wtargnęło trzech mężczyzn -?oficer w krótkim kożuchu spiętym pasem i nogą w gipsie oraz dwóch sołdatów. Na pytanie mamy i cioci o przyczynę najścia oficer odczytał postanowienie o naszym wywozie. Bez tłumaczenia i jakichkolwiek wyjaśnień oznajmił tylko, że daje nam godzinę na spakowanie się.
Matka zupełnie się tego nie spodziewała, myślała, że u siostry będzie z dziećmi bezpieczna.
-?Dokąd nas zabieracie? -?zapytała zaskoczona.
-?A dokąd chcecie jechać?
-?Do męża.
-?A, no to dobrze, zawieziemy was do męża -?odpowiedział drwiąco enkawudzista.
Mama spakowała więc sukienny, galowy mundur ojca i butelkę wina. Naszykowana była tak, jakby za chwilę miała się z nim spotkać. Na szczęście w ostatniej chwili za namową cioci wzięła jakieś pierzyny i koce oraz coś do zjedzenia, więcej nic.
Wsadzili nas na furmankę i zawieźli na stację kolejową do Korca. W ogólnym szoku i niedowierzaniu ludzie tłoczyli się przy schodkach do bydlęcych wagonów. Upychano ich do środka bez jakiegokolwiek tłumaczenia, gdzie i po co mają jechać. Na stacji panował duży ruch, kłębowisko wystraszonych ludzi ciągle się powiększało. Załadowali nas po cztery rodziny do wagonu, siedzieliśmy w nim jednak jeszcze dobę, zanim ruszyliśmy.
Chociaż w Polsce była już wiosna, to tam daleko na wschodzie zima trwała w najlepsze. Od naszych oddechów w wagonie lód osiadał na ścianach. Warunki były makabryczne. Ludzie gromadzili się za potrzebą przy dziurze w podłodze. Schorowani, w gorączce, upodleni. Jak żyć normalnie po takich doświadczeniach? Po kilkunastu dniach podróży zorientowaliśmy się, gdzie jedziemy, że wcale z ojcem się nie zobaczymy. Wiedzieliśmy już przecież z listów od niego, gdzie jest, że do Ostaszkowa też jest daleko, ale nas już wieźli przeszło dwa tygodnie. Nadzieja opuściła nas wtedy zupełnie. Załamaliśmy się.
Ostatni etap podróży wiódł zaśnieżonym, bezkresnym stepem. W końcu pociąg zatrzymał się i z 4 wagonów 16 rodzinom kazano wysiąść pośrodku niczego. Pociąg gwizdnął i odjechał, a my wszyscy staliśmy, nie wiedząc co dalej. Dookoła pusto, nic, tylko gładki śnieg po horyzont i chwiejąca się na dwóch kijach tablica z napisem Tajynsza20.
Po jakimś czasie ktoś zauważył, że daleko na horyzoncie unosi się dym, a po chwili, że czarne mrówki idą w naszym kierunku. Miejscowi ruszyli w naszą stronę -?dostali nakaz od władz, aby przyjąć nas do swoich domostw, mimo że niechętnie integrowali się z obcymi.
Przyprowadzili nas do wsi Bogoduchowka21, ale, o dziwo, na kwaterę przyjął nas nadwołżański Niemiec, nazywał się Hausman. Mieszkał w ziemiance razem z żoną, która nie mówiła po rosyjsku, i 17-letnim synem.
Przybyli polscy zesłańcy z marszu trafili do pracy w kołchozie. Jego przewodniczącym był młody Kazach. Nazywał się Kab-Dysz, był ostatnim draniem. W kołchozie mama razem z innymi kobietami pracowała przy przebieraniu ziemniaków w kopcu. Od naszego przyjazdu nie mieliśmy już co jeść, zaczęliśmy głodować. Człowiek tylko cały czas myślał o tym, aby zdobyć choć odrobinę czegoś do jedzenia. Przez ten potworny głód matka postanowiła zaryzykować i zabrać z kopca kilka ziemniaków. Bała się. Wiedziała, że kradzieże były srogo karane, ale co innego mogła zrobić, aby uratować od śmierci głodowej swoje dzieci?
Ostrożnie schowała sobie cztery ziemniaki do biustonosza. Niestety ktoś to zauważył i doniósł przewodniczącemu kołchozu. Ten młody Kazach Kab-Dysz, głupi, ale ideowiec, w poszukiwaniu skradzionych ziemniaków rozebrał moją matkę do naga, przy wszystkich. To było straszne. My, dzieci, byliśmy tam w polu razem z naszymi matkami. Ja tylko raz w życiu widziałem moją matkę nago, właśnie wtedy. Nigdy przedtem i nigdy potem. Kazach oczywiście znalazł ziemniaki i zaczął strasznie kląć. Rosyjskie przekleństwa są jednymi z najbardziej ordynarnych, jakie kiedykolwiek słyszałem.
Kab-Dysz strasznie zwyzywał moją matkę i zaczął straszyć, że odda ją pod sąd, a nas odeśle do domu dziecka. Matka strasznie płakała, rozpaczała. Uklękła przed nim, złapała go za rękę, ale on ją odepchnął. My, zapłakane dzieci, przywarłyśmy do niego, prosząc o darowanie mamie, ale nas też odepchnął i upadliśmy w błoto. Zacząłem do niego podskakiwać w obronie matki, ale on mnie odpychał jak szmacianą lalkę. Upadałem w błoto raz za razem. Trauma straszna. Do końca życia tego nie zapomnę.
W końcu matka, roztrzęsiona i zdesperowana, łamiącym się głosem powiedziała do niego, że da mu coś cennego w zamian za pozostawienie dzieci przy niej. Galowy mundur ojca, ostatnią po nim pamiątkę ofiarowała Kab-Dyszowi, żeby zlitował się nad nią i nie rozłączał z dziećmi. Ten mundur był na niego za duży. Do dzisiaj pamiętam, jak jeździł w nim na swoim niskim, mongolskim koniu. W galowym, odświętnym mundurze ojca jeździł na oklep, a za długie nogawki wisiały mu po bokach.
Później jednak, za każdym razem, gdy spotykał matkę, to strasznie wulgarnie na nią krzyczał. Matka nie mogła znieść tego ciągłego strachu i poniżenia. Postanowiła zrobić wszystko, aby opuścić to miejsce i przenieść się tam, gdzie nie będzie tego człowieka.
W poczuciu wielkiej krzywdy, ale przede wszystkim ze strachu przed stale terroryzującym ją Kab-Dyszem, mama udała się do powiatowej Kellerówki. Nie wiem jak, ale uzyskała pozwolenie na przeniesienie do oddalonej o ok. 20 km od Bogoduchowki wsi Kremieńczug22. Któregoś ranka wzięła tieleżkę -?dwukołowy wózek z dyszelkiem, wrzuciła do niego kilka naszych skromnych rzeczy, trochę słomy, posadziła na nią moją siostrę, wzięła mnie za rękę i wyruszyliśmy w drogę, piechotą.
Mama ciągnęła ten wózek 20 km, ja, trzymając ją za rękę, szedłem obok. Wyszliśmy wcześnie rano, aby zdążyć przed zmrokiem. Spieszyliśmy się, ponieważ wieczorem wilki urządzały polowania. Mama pamiętała, jak ludzie opowiadali, że w Kellerówce zagoniły kobietę. Wieczorem na wiejskiej drodze zobaczyła watahę i zaczęła uciekać. To była starsza osoba, ale tak się bała, że biegła cały czas. W ostatniej chwili dobiegła do czyjejś chaty i dostała ataku serca, zmarła po chwili.
Po dotarciu do Kellerówki przyjęła nas rodzina Zapolskich. Opatrzność nad nami czuwała, bo trafiliśmy do naprawdę dobrego człowieka. Zapolski był Polakiem wywiezionym w latach 20. wraz z rodziną z okolic Kamieńca Podolskiego. W Kremieńczugu zajmował stanowisko przewodniczącego kołchozu. To był złoty człowiek. Mieszkał z żoną Zofią, trzema córkami i synem.
Do jego mieszkania wchodziło się przez oborę, w której stała krowa z cielakiem. W izbie obok, na piecu, spał Aleksander Zapolski z żoną i najmłodszym synkiem. Niżej, na pryczy obok kuchenki -?jego córki, a tuż za stołem, w kącie pod oknem na słomie spaliśmy my. Nie mieliśmy poduszek, więc na noc mama zwijała nam nasze ubrania. W tym zimnym kącie marzliśmy co noc, bo wiało od okna, tylko przy piecu było cieplej. Obora, wiadomo, nie była ogrzewana, więc nocą cielak stał w naszej izbie obok nas. Rozdzielone zwierzęta strasznie ryczały, przez całą noc, aż serce bolało.
Po pewnym czasie Zapolski przyniósł skądś kilka desek i ułożył je nam do spania na kobyłkach. Później nawet prowizoryczne łóżko z tych desek dla nas zbił.
Dobrze nam było u Zapolskiego. Do dzisiaj pamiętam, jak jego żona Zofia wołała do mnie:
-?Romek, chodź jeść kutię! -?Zagotowaną i zabarwioną mlekiem pszenicę.
Kiedy wspominam Zapolskiego i to, jak głaskał mnie po głowie, to myślę sobie, że lepiej pamiętam jego niż własnego ojca.
W Kremieńczugu było sześć polskich rodzin. Pamiętam większość nazwisk: Kamińscy, Wójtowiczowie, pani Zyblewska i pani Jabłońska z córką. Wszyscy razem, codziennie musieliśmy ciężko pracować na rzecz wielkiego kołchozu. Mama pasła i doiła krowy albo w polu całymi dniami zbierała ziemniaki. Za pracę należał jej się ekwiwalent w naturze. Rocznie dostawała dwa pudy pszenicy, czyli ok. 32 kg. Musiało nam to wystarczyć na cały rok. Najczęściej nie wystarczało i trzeba było radzić sobie samemu. Chodziłem zbierać kłosy, ale musiałem bardzo uważać, ponieważ nie wolno nam było tego robić, to było zabronione. Ale jedzenia brakowało, panował głód, to co było robić? Musieliśmy kraść, by przeżyć. Jesienią, gdy już robiło się ciemno, widziałem, jak matka z innymi kobietami chodziły w step. Skradały się, aby nie zauważył ich stróż, który pilnował kawonów i ziemniaków. Pełzły między zagony kartoflane i wybierały ziemniaki spod krzaka.
Gdy zrobiło się zbyt niebezpiecznie, a głód doskwierał coraz mocniej, zaczęliśmy z siostrą chodzić na żebry. Chodziliśmy po chałupach i po prostu się modliliśmy. Jeśli nas wpuszczono, stawaliśmy w progu i odmawialiśmy "Zdrowaś Mario". W niektórych domach bywało tak, że po odmówieniu wszystkich znanych nam modlitw nie dawano nic, nigdy. Niektórzy ludzie po prostu nas nie rozumieli, bo nie tylko Polacy tam mieszkali. Wysłuchali nas, ale nie dali nic. Może sami też nic nie mieli? Mimo wszystko dzięki żebrom zawsze coś przynieśliśmy. Marzyliśmy o chlebie, bo jego najbardziej brakowało. Codziennie go brakowało.
Gdy byłem już trochę starszy i nadawałem się do pracy, kołchoz upomniał się o mnie. Wraz z kilkoma kolegami pracowaliśmy przy wypasie cielaków. Pilnowaliśmy, aby nie rozbiegły się po stepie. Naszym codziennym obowiązkiem było także zbieranie krowich placków, bo przecież czymś trzeba było palić.
Pracowałem też przy pieleniu koksagizu. Rosło tego całe wielkie pole. Była to roślina podobna do naszego mleczu, strasznie klejąca, po której nie można było się domyć. Na noc nie wracaliśmy do swoich rodzin, spaliśmy w rozstawionej jurcie. Kołchoz dowoził nam jedzenie, najczęściej kaszę, która, jak dziś pamiętam, okropnie śmierdziała naftą. Mieliśmy do wyrobienia normy, dwa razy po trzy rzędy. Za wyrobienie normy dostawałem 40 dkg chleba, a jak wyrobiłem 200 proc. normy, to dostawałem jeszcze 20 dkg. Tak, to nie było sprawiedliwe, ale bardzo chciałem dostać te dodatkowe 20 dkg, aby zanieść siostrze -?była za mała, aby pracować. Dla mnie, kilkuletniego dziecka, to była strasznie ciężka praca.
Na terenie kołchozu funkcjonowała szkoła. Do dzisiaj pamiętam, jak zimą matka mnie do niej wyprawiała. Nakładałem za duże walonki, upychałem w nie słomę, mama owijała mnie kocem, obwiązywała sznurkiem i tak przygotowany na spotkanie z mrozem szedłem do szkoły. Skończyłem w niej trzy klasy, oczywiście po rosyjsku. Nie było tablicy, więc pisało się węglem na piecu. Pamiętam doskonale rosyjskie zeszyty, które oprócz linijek poziomych miały też ukośne, musieliśmy nauczyć się pisać pismem pochyłym. Po powrocie do Polski dziwiłem się, że wszyscy piszą pionowo. W tej rosyjskiej, kołchozowej szkole była oczywiście ciągła pochwała "ojców narodu". W Bogoduchowce stał nawet pomnik Stalina lub Lenina z wyciągniętą ręką. Zawsze ktoś go "poczęstował" czymś niestosownym.
W czasie świąt Bożego Narodzenia, których tam nie obchodzono, staraliśmy się pielęgnować polskie tradycje. W naszej izbie przy drzwiach do obory gospodarz Zapolski wstawiał snop słomy. Wszyscy wspólnie ze źdźbeł robiliśmy przeróżne ozdoby i wieszaliśmy je później na snopie. Matki z mąki pszennej bez zakwasu piekły jakiś placek, który, traktowany z największą czcią, służył nam za opłatek. To był czas wzruszeń i powrotów do szczęśliwej przeszłości.
Z kolędą przychodziła do nas pani Wójtowiczowa, stawiała na stole narysowaną na kawałku papieru szopkę betlejemską ze Świętą Rodziną i Jezuskiem w żłobie. Mama również stawiała obok zabrany z Polski obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej, który w 1935 roku dostała na mszy w mojej intencji, gdy po raz pierwszy zachorowałem na zapalenie płuc. Wszyscy ze łzami w oczach modliliśmy się o chleb, zdrowie i powrót do Polski.
Ten święty obrazek był ze mną przez cały czas, gdy po raz drugi poważnie zachorowałem na płuca. Miałem bardzo wysoką gorączkę, którą w żaden sposób nie udawało się obniżyć. Mama rozpaczała, nie było już ze mną kontaktu, odchodziłem. Była sroga zima. Aleksander Zapolski wybiegł z domu, po czym wrócił, wziął mnie owiniętego w pierzyny na ręce i razem z matką wieźli mnie 40 km23 wozem drabiniastym do szpitala w Jasnej Polanie24.
Matka, widząc, że było ze mną bardzo źle, że chyba już odchodzę z tego świata, wzięła obrazek z Matką Ostrobramską, położyła obok mnie na poduszce i głośno płakała. Ten głośny płacz mojej matki, to jedyne co pamiętam z tego czasu. Mama przez cały czas klęczała przy mnie i modliła się. Nie mogę o tym spokojnie mówić, ściska mnie na to wspomnienie...
Na leczeniu w szpitalu przebywałem w czasie świąt Bożego Narodzenia. Gdy poczułem się lepiej -?pamiętam to doskonale -?podeszła do mnie pielęgniarka i podarowała mi w prezencie maleńką pomarańczową bombkę. Ten czuły gest, tak potrzebny małemu dziecku, do dzisiaj mam w sercu i wspominam ze wzruszeniem.
Święty obrazek z Matką Ostrobramską, który w szpitalu leżał cały czas obok mnie na poduszce, mama w pośpiechu zabrała z domu, gdy wywozili nas w 1940 roku. Miał dla niej ogromne znaczenie. Wstawiennictwo do Pani Ostrobramskiej dwukrotnie pomogło wyzdrowieć jej dziecku. Przechowywała go jak najświętsze relikwie. Obrazek przetrwał i wrócił z nami z zesłania.
Żyjąc tyle lat w tak ciężkich warunkach, nie da się zapomnieć potwornego zimna, straszliwych mrozów, które, zdawało się, również sprzysięgły się przeciw nam, udręczonym zesłańcom. Człowiek stawał się bezradny, gdy nadchodziły burze śnieżne z wielkimi, potężnymi zamieciami. Gdy ludzie zauważali najmniejsze sygnały, że zbliża się buran, rozciągali sznury między chatami. Pomagały trafić do domu w szalejącej, białej jak mleko zawiei. Często bywało jednak tak, że ktoś wyszedł z domu i przepadł. Stracił orientację, zabłądził, zamarzł i już go nie było.
Wiosną kobiety wychodziły w step i znajdowały tylko resztki ubrania, kufajkę, jakieś poszarpane łachy i kości. Nic więcej, wilki wszystko rozniosły. Wieczorami wszyscy uciekali do chałup, bo wygłodniałe wilki zaczynały krążyć w poszukiwaniu jedzenia. Żaden pies nie mógł być trzymany na uwięzi na zewnątrz, bo zostawały po nim tylko ślady krwi i łańcuch. Pies zawsze był wpuszczany na noc do chlewa. Jeśli tylko ktoś źle zamknął oborę czy owczarnię, to już nie miał owiec. Wilki potrafiły nawet rozgrzebać dach nad kurnikiem i wyciągnąć kury.
Ale nie tylko noce były straszne. W dzień, gdy pracowaliśmy w polu, to widzieliśmy na horyzoncie całe stada. Kobiety robiły wtedy straszny hałas, aby je spłoszyć. Pamiętam, jak zimą mama z innymi kobietami poszła w step zbierać na opał zeschłe badyle po słonecznikach. Siedziałem z siostrą w okienku i patrzyliśmy, jak się oddalały. Nagle ulicą pomiędzy naszymi domami przebiegł wilk. Jezu, jak my się wtedy strasznie baliśmy o mamę, płakaliśmy i stukaliśmy w okno w nadziei, że nas usłyszą. Kobiety zauważyły biegnącego w ich stronę wilka. Zaczęły głośno krzyczeć, hałasować i to go spłoszyło. W step nigdy nie wolno było chodzić samemu. Kto oddalił się zbytnio od domostw, nie miał szans, aby przeżyć spotkanie z wilkami.
Nieodłącznym i stałym elementem naszej codzienności były śmierć i pogrzeb. Wszyscy zbierali się w domu zmarłego, aby pożegnać go ostatnią modlitwą. Pamiętam ten widok -?nieboszczyka leżącego na stole bez trumny. Na stepie nie było drzew, zmarłych chowano więc w prześcieradłach, o ile ktoś je posiadał. Wokół stołu na łóżkach siedziały kobiety i żałośnie zawodziły. Było gorące lato, fetor w chałupie niesamowity, bo nieboszczyk zgodnie z obyczajem trzy dni leżał, zanim go pochowano.
Pamiętam pogrzeb dziecka. Leżało na tym stole ubrane w coś lekkiego z odsłoniętą buzią. Jego rodzice strasznie rozpaczali, coś okropnego. Znałem to dziecko, bawiliśmy się razem.
Ludzie sami organizowali pogrzeby, na miejscu nie było ani księdza, ani kościoła, a do najbliższej wioski -?parędziesiąt kilometrów. Gdzie okiem sięgnąć, tylko step szeroki. W kondukcie pogrzebowym po jednej stronie szły polskie matki i głośno śpiewały "Serdeczna Matko". Po drugiej stronie drogi szły miejscowe kobiety i nuciły swoje pieśni.
Nas, dzieci, te pogrzeby bardzo cieszyły. Dla nas to był czas wesela, ponieważ po pogrzebie urządzana była stypa. Zawsze dostałem jakiś placek drożdżowy albo miskę kaszy. Boże, pogrzeb to był czas sytości.
Pogrzeby miały dla nas same pozytywne skojarzenia. Nie rozumieliśmy bólu dorosłych. My nawet bawiliśmy się w pogrzeby. Nie pamiętam, abyśmy bawili się w coś innego, cały czas tylko w pogrzeby. Lepiliśmy z gliny małe trumienki, robiliśmy lalki, kładliśmy je do środka, nakrywaliśmy jakąś szmatką i szliśmy pochować.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. "Zachodnia Białoruś" 17 IX 1939 -?22 VI 1941. Deportacje Polaków z północno-wschodnich ziem II Rzeczypospolitej 1940-1941, t. 2, Warszawa 2001, s. 8. [wróć]
2. D. Boćkowski, Czas nadziei. Obywatele Rzeczypospolitej Polskiej w ZSRR i opieka nad nimi placówek polskich w latach 1940-1943, Warszawa 1999, s. 52. [wróć]
3. Tamże, s. 105. [wróć]
4. Deportacje obywateli polskich z Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi w 1940 r., Warszawa-Moskwa 2003, s. 27. [wróć]
5. D. Boćkowski Czas nadziei..., s. 52-53, 78. [wróć]
6. "Zachodnia Białoruś" ..., t. 2, s. 8. [wróć]
7. D. Boćkowski Czas nadziei..., s. 52. [wróć]
8. Tamże, s. 52, 105. [wróć]
9. "Zachodnia Białoruś"..., t. 2, s. 9. [wróć]
10. Deportacje..., s. 27. [wróć]
11. Tamże, s. 27. [wróć]
12. Raport nie obejmuje deportacji z 1941 roku i nie przedstawia źródeł, na których Alfons Klotz opiera swoje wyliczenia, Dokument nr 1 z 15.10.1941 roku z archiwum ministra Stanisława Kota Raport specjalnej grupy lwowskiego okręgu Związku Walki Zbrojnej dotyczący losów Polaków represjonowanych na terenie ZSRR w: A. Klotz, Zapiski konspiratora 1939-1945, oprac., wstęp i przypisy G. Mazur, Kraków 2001, s. 471. [wróć]
13. Zbiory Archiwum Instytutu Hoovera na Uniwersytecie Stanford w USA w: I. Grudzińska-Gross, J.T. Gross, W czterdziestym nas Matko na Sybir zesłali... Polska a Rosja 1939-1942, Kraków 2008, s. 5. [wróć]
14. Deportacje..., s. 29. [wróć]
15. Aleksandr Gurjanow -?ur. 10.10.1950 r. rosyjski historyk związany ze Stowarzyszeniem Memoriał, badacz sowieckich represji wobec Polaków i współtwórca dokumentacji losów ofiar ZSRR. [wróć]
16. A. Gurjanow, Cztery deportacje 1940-1941, "Karta" 1994, nr 12, s. 117, 125. [wróć]
17. R. Moorhouse, Pakt Diabłów. Sojusz Hitlera i Stalina. Kraków 2022, s. 95. [wróć]
18. Zob. także: D. Boćkowski, Masowe deportacje polskiej ludności cywilnej w głąb ZSRR w latach 1940-1941 -?próba weryfikacji danych, "Mazowieckie Studia Humanistyczne" 1996, nr 1, s. 1-12; A. Głowacki W tajdze i stepie. O deportacjach obywateli polskich w głąb Związku Sowieckiego w latach 1940-1941, Instytut Badań nad Dziedzictwem Kulturowym Europy, Muzeum Pamięci Sybiru, Białystok 2022, s. 5, 149. [wróć]
19. Sprawozdanie z dyskusji dotyczącej liczby obywateli polskich wywiezionych do Związku Sowieckiego w latach 1939-1941, Studia z dziejów Rosji i Europy Środkowo-Wschodniej, t. XXXI, 1996, s. 117-148. [wróć]
20. Tajynsza, miasto w północnym Kazachstanie, w obwodzie północnokazachstańskim. [wróć]
21. Obecnie Bogoduchowka, która jest częścią wsi Roszczinskoje w północnym Kazachstanie. [wróć]
22. Kriemienczug -?wieś w północnym Kazachstanie, w obwodzie północnokazachstańskim, w rejonie Tajynsza. [wróć]
23. Odległość ze wsi Kriemienczug do Jasnej Polany jest w rzeczywistości większa i wynosi ok. 77 km. [wróć]
24. Jasna Polana -?wieś w północnym Kazachstanie, w obwodzie północnokazachstańskim, w rejonie Tajynsza. [wróć]