Wstęp
A co, jeśli dzieci, o które najbardziej się martwimy, mają największy
potencjał? Jeżeli te młode istoty, w których życiu występują trudności i zawirowania, predestynowane są do najbardziej błyskotliwych, kreatywnych
dokonań? Jeżeli najtrudniejsze dzieciństwo przy odpowiednim wsparciu i zachęcie może przejść w dorosłość oznaczającą nie tylko normalne życie i znośne osiągnięcia, ale także głębokie, serdeczne relacje i wielkie
sukcesy? Jeśli nawet największą wrażliwość nieprzeciętnego dziecka na
wyzwania można by, w sprzyjających warunkach, przekształcić w namacalne
przejawy odporności? Co, jeśli, krótko mówiąc, ewidentne słabości i problemy występujące w młodym życiu da się obrócić na dobre - poprzez
alchemię wspierającej rodziny czy też społeczności i zreformowany system
opieki?
Ta książka to opowieść o takiej zadziwiającej odmianie losu, biorąca
początek w badaniach nad rozwojem dziecka i trwających niemal całe życie
bacznych obserwacjach - prowadzonych przez młodego pediatrę, potem,
wskutek szczęśliwych okoliczności, ojca, dziadka, aż w końcu siwego,
dobrze zakonserwowanego doradcę-konsultanta dzieci i rodziców. Ta
relacja, zarazem naukowa i osobista, ma zachęcać i dawać nadzieję tym
wszystkim, którzy opiekują się dziećmi, uczą je i wychowują, niepokoją
się o nie, a także dla tych, którzy trudzą się od dzieciństwa, żeby
zrozumieć źródło własnych doświadczeń wynikających z różnic między
ludźmi. Jeśli twoje życie w jakimkolwiek stopniu przypomina moje, to
nieustannie niepokoisz się o dobre samopoczucie i przyszłość swoich
dzieci, zachodzisz w głowę, do jakiego stopnia ich zmagania i rozterki
mogą wynikać z twoich. Pewnie tak samo jak ja ogromnie cieszysz się z ich triumfów i przejmujesz zmartwieniami, szczycisz ich dokonaniami i niepokoisz porażkami.
Kiedy synowa była w ciąży i miał się urodzić nasz pierwszy wnuk, moją
żonę Jill i mnie pewnej nocy wyrwał z najgłębszego snu przenikliwy
dzwonek telefonu przy łóżku. Dzwonił nasz syn, mieszkający trzy tysiące
mil dalej, na Brooklynie w Nowym Jorku. Jego ukochana młoda żona,
zbliżająca się do końca drugiego trymestru ciąży, nie mogła spać z powodu ostrego bólu w boku i miednicy. Bardzo cierpiała i oboje
strasznie się niepokoili, zwłaszcza że byli nowicjuszami, jeśli chodzi o ciążę i dzieci. Starając się otrząsnąć ze snu, Jill, pielęgniarka, i ja
w końcu uzyskaliśmy więcej informacji o tym bólu, usiłując dokładniej
ustalić jego umiejscowienie, charakter i możliwą przyczynę. Przede
wszystkim oboje mieliśmy obawy, że sygnalizuje on przedwczesny poród, w trzydziestym drugim tygodniu ciąży, ze wszystkimi związanymi z tym
zagrożeniami dla matki i dziecka. Jednak kiedy poznaliśmy szczegóły,
upewniliśmy się, że to tylko skurcz mięśni spowodowany pewnie tym, że
drobna kobieta z niezwykle wielkim brzuchem gwałtownie obróciła się w łóżku. Uspokoiliśmy młodych, że ból sam ustąpi, a stanie się to szybciej
pod wpływem okładu ogrzewającego i odpoczynku. Po zakończeniu rozmowy
telefonicznej powiedziałem do Jill ze zmęczeniem, że choć to naprawdę
wspaniałe, iż nasze dzieci znalazły partnerów i założyły rodziny, to
jednak przybyły nam następne osoby, o które musimy się troszczyć. Nie
dość, że przez prawie trzydzieści lat stale zamartwialiśmy się chorobami
i innymi bolączkami własnej dwójki, to teraz jeszcze doszła nam trójka:
synowa, zięć i trzydziestodwutygodniowy nienarodzony wnuk! W dobrym
sensie tego słowa, ale zawsze1.
Były to jednak przeważnie prozaiczne, zwyczajne troski - normalne miny
typowego rodzicielstwa: dwulatka, która rozcięła sobie wargę podczas
upadku, próbując wysiusiać się do umywalki; pięciolatek, który czuł się
samotny i opuszczony w przedszkolnej sali; uczeń podstawówki, który
zgubił w ciągu jednego roku pięć kurtek i cztery kłódki do szafki na
podręczniki; dwunastolatek zastraszany przez wątpliwych kolegów, którzy
wielokrotnie wkładali mu głowę do kubła na śmieci; piętnastolatka, która
pod nieobecność rodziców, ku ich stałemu niezadowoleniu i irytacji,
spraszała kogo się da na imprezy w domu. To banalne problemy, z którymi,
w takiej czy innej formie, stykają się niemal wszyscy rodzice,
wychowując dzieci. Choć z perspektywy czasu wydają się śmieszne, w danej
chwili bywają przyczyną niemałego stresu i zmartwienia.
Jednakże cierpienia rodzica, którego dziecko, syn albo córka, poważnie
się zagubiło - biorąc narkotyki, dopuszczając się przestępstw albo
nawiązując niebezpieczne związki - należą do zupełniej innej kategorii.
Bezsilne obserwowanie, jak dziecko błądzi i zaczyna ponosić
przewidywalne, często nieodwracalne konsekwencje zejścia na złą drogę,
to ból wręcz fizyczny, "ściskanie w dołku", mdląca, przepojona paniką
rozpacz i strach, które nie pozwalają spać, zajmują myśli w pracy i mogą
stopniowo, z powodu nieporozumień, konfliktów, żalu, zniszczyć nawet
najsilniejsze małżeństwo. Patrzeć, jak własne dziecko zagłębia się w mroczny obszar problemów psychicznych, niepowodzeń w szkole albo
przestępczości, to agonia nie do opisania. Choć nigdy jako rodzic nie
zaznałem takich zmartwień, przez całe życie bezpośrednio się z nimi
stykałem - za pośrednictwem siostry, o której więcej opowiem w swoim
czasie.
Ta książka, gorąco na to liczę, może przynieść pocieszenie i nadzieję
tym wszystkim umęczonym bliskim: rodzicom, nauczycielom, rodzeństwu i innym, który stracili już wiarę w dziecko, w to, że wyjdzie ono na
prostą, i których wiara w jego wrodzoną dobroć i potencjał została
podważona. W metaforze, od której ta publikacja bierze swój enigmatyczny
tytuł - w pojęciach "orchidei" i "mlecza" - kryje się bowiem głęboka i często pomocna prawda o źródłach jego problemów i możliwościach ich
rozwiązania. Przeważnie dzieci - w naszych rodzinach, klasach czy
społecznościach - w większym albo mniejszym stopniu są jak mlecze:
podlewane, rosną i kwitną niemal wszędzie tam, gdzie zostały wysiane.
Ich dobre samopoczucie wynika z wrodzonej siły i odporności. Są jednak
też inne, przypominające orchidee, które tak jak te kwiaty,
niepodlewane, mogą zmarnieć, ale też potrafią pięknie rozkwitnąć, jeżeli
otoczy się je odpowiednią opieką.
Podczas gdy konwencjonalna prawda głosi, że dzieci wykazują słabość albo
odporność na wyzwania, jakie stawia przed nimi świat, nasze i innych
badania coraz wyraźniej pokazują, że dualizm słabość/odporność jest z gruntu fałszywy, albo co najmniej mylący. To wadliwa dychotomia, która
przypisuje słabość albo siłę - kruchość albo twardość - poszczególnym
podgrupom dzieci i maskuje fakt, że one po prostu się różnią, tak jak
orchidee i mlecze, pod względem wrażliwości na warunki życiowe, które je
otaczają i dostarczają im pożywki. Większość naszego potomstwa, jak
mlecze, dobrze się rozwija nawet w najtrudniejszych, najcięższych
sytuacjach życiowych, a mniejszość, jak orchidee, albo pięknie zakwita,
albo, niestety, usycha, zależnie od tego, jak się nimi opiekujemy.
Niniejsza książka ujawnia zbawienną tajemnicę: że te z dzieci orchidei,
które się załamują i nie dają rady, łatwo mogą odżyć i naprawdę
zabłysnąć.
Są jednak i inne powody, dla których, czytelniku, możesz zechcieć
zapoznać się z naukową historią opowiedzianą w tej książce. Na przykład
jesteś rodzicem, który starając się dobrze wychować bardzo różniące się
od siebie potomstwo, zmaga się z przykrą świadomością, że jeden rozmiar
nie pasuje na wszystkich. Może masz dziecko, które boryka się z poważnymi trudnościami w szkole i w życiu, chociaż intuicja ci mówi, że
to wyjątkowa i szczególnie obiecująca młoda istota. Niewykluczone też,
że jesteś szkolnym nauczycielem szukającym sposobu, żeby lepiej
zrozumieć nieopanowaną menażerię, jaką stanowią dzieci, które masz uczyć
(i wychowywać!). A może metafora z orchideą i mleczem symbolizuje dla
ciebie osobistą prawdę, którą zawsze przeczuwałeś, ale nie zdawałeś
sobie sprawy z jej istnienia i o niej nie mówiłeś. Na następnych
stronach przedstawię naukowe odkrycia i rady odnoszące się nie tylko do
orchidei, ale także do mleczy. Te drugie, chociaż mniej zagrożone niż
orchidee, mają własny niepowtarzalny zespół cech fizycznych i psychicznych, i zrozumienie wiążących się z nimi skłonności może
przynieść rodzicowi większą świadomość, prowadzącą do sukcesu i zadowolenia. A same mlecze i tak stają w obliczu różnych okrutnych
okoliczności życiowych, szans i możliwości. Jak wiemy z obserwacji
kwiatów w środowisku naturalnym, niezależnie od tego, jak silny i odporny jest dany gatunek, wszystkie w jakimś momencie życia mogą
zmarnieć. Dlatego, choć punktem wyjścia tej książki jest podatność
człowieka na wpływ otoczenia w dzieciństwie, nasze pochodzenie i wrażliwość kształtują nas podczas całej drogi życiowej, także w okresie
dojrzałości i na starość. Dlatego istoty ludzkie nie są wcale delikatnym
gatunkiem - mają liczne potężne możliwości, żeby się odradzać i odzyskiwać siły.
Mam skromny, ale poważny zamiar zaoferować w kolejnych rozdziałach
użyteczną wiedzę i pomoc szerokiemu gronu czytelników. Prześledzimy
pierwsze badania dotyczące stresu wobec przeciwności w rozwoju fizycznym
i psychicznym dziecka. Przyznam szczerze, że czasami tylko dzięki
przypadkowym i nieoczekiwanym odkryciom naukowym zobaczymy, skąd biorą
się u dzieci zasadnicze różnice w neurobiologicznej wrażliwości na
społeczne konteksty. Omówię aktualną wiedzę o pochodzeniu orchidei i mleczy, wyjaśnię, dlaczego w tej samej rodzinie nie wychowa się dwojga
takich samych dzieci i jak epigenetyka rewolucjonizuje nasze rozumienie
współoddziaływania geny-środowisko przy określaniu, kim jesteśmy i kim
się staniemy. Opierając się na dotychczas uzyskanych danych,
przedstawię, w jaki sposób różnice między orchideami i mleczami wpływają
na zdrowie i genezę chorób przewlekłych, rozwój ogólny, kształtowanie
się zdolności do nauki oraz reakcje na medyczne interwencje
zapobiegawcze. Przeanalizuję, co wiemy o miłości, wsparciu i zachęcie w przypadku orchidei - czy będzie to twoje dziecko, uczeń, pacjent, czy
nawet ty sam - i jak wykorzystać jej cudowny potencjał w środowiskach,
które kreujemy. Dla orchidei świat bywa czasami przerażającym i przytłaczającym miejscem, ale przy życzliwej pomocy i wsparciu może ona,
jak ku naszemu zaskoczeniu odkryliśmy, radzić sobie równie dobrze, a nawet lepiej niż rówieśnicy w typie mleczy. W końcu orchideę określa nie
słabość, ale wrażliwość, i jeśli otrzyma ona odpowiednie wsparcie, ta
wrażliwość może przynieść jej w życiu wielką radość, powodzenie i satysfakcję.
Omawiając cechy orchidei, wezmę także pod uwagę tych z nas, którzy są
bardziej w typie mleczy, i dowiodę, jak ważni są oni w "pomnażaniu dobra
na świecie", mówiąc słowami George Eliot2.
Choć wybitne w wielu wymiarach, mlecze mają własne problemy i ograniczenia, które należy określić i zrozumieć. Przekonamy się, że za
wygodnymi w użyciu kategoriami "orchidea" i "mlecz" kryje się bardziej
odpowiadające rzeczywistości kontinuum, całe spektrum wrażliwości, w którym każdy z nas ma swoje miejsce. Na koniec zechcę podkreślić jakże
ważną komplementarność orchidei i mleczy: użyteczność jednych dla
drugich, a nawet ich miłości do siebie wzajemnie, symetryczność ich ról
w historii człowieka oraz koewolucji jako różnych, ale równie
skutecznych rozwiązań głębokich dylematów, wobec których stawia nas
życie.
Żyjemy obecnie w czasach odradzającej się pogardy - być może
bezprecedensowej w całym naszym życiu - wobec tych najbardziej
wrażliwych i bezbronnych oraz obowiązku opieki nad nimi. W coraz
większej liczbie państw - co, niestety, chyba najbardziej widać w moim
własnym - są oni wyśmiewani i spychani na margines: ubogich wini się za
ich biedę, bezdomnych uważa się za leniwych i niezdolnych, uciekających
przed prześladowaniami odsyła się z powrotem, przeciętnych się ignoruje,
a "braci najmniejszych"1 odrzuca się i zapomina. To
powszechny i, niestety, coraz bardziej nasilający się trend: negowanie
potrzeb i postulatów najbardziej marginalizowanych, pozbawionych praw
obywatelskich, bezbronnych ludzi.
Jednak szerszy wydźwięk tej książki najlepiej ilustruje jakże prawdziwe
stwierdzenie, że to dzieci są najbardziej wrażliwe i delikatne z tych
wszystkich, którzy pozostają z dala od władzy, najbardziej zależne wśród
tych, którzy, aby przeżyć, muszą polegać na łasce i dobrej woli innych.
To dzieci nie są zdolne same o siebie zadbać, nie wytrzymują bez opieki
albo pomocy, są najbardziej podatne na porażki i uchybienia rządów.
Chociaż wśród nich orchidee, jak się wkrótce przekonamy, są szczególnie
wyczulone i żywo reagują na to, jak traktujemy, jak chronimy nasze
potomstwo, w większej skali, skali ludzkich społeczeństw i całych
populacji, takimi orchideami są wszystkie dzieci.
Ewangelia według św. Mateusza 25, 40 (wszystkie przypisy z gwiazdką pochodzą od tłumaczki). [wróć]
Rozdział 1
Historia dwojga dzieci
To cud
że kwiat rośnie
za kwiatem
równie piękny -
jakby luster
niemalże doskonałych
nie można było
pokazywać za często -
spowija je cisza -
- w tej samej przestrzeni.
William Carlos Williams, The Crimson Cyclamen
które jak orchidee i mlecze jaskrawo różnią się pod względem wrażliwości
na wpływ środowiska; pisała się powoli, ale bez przerwy przez
dwadzieścia pięć lat badań laboratoryjnych i terenowych. To historia, w którą autor niewątpliwie głęboko się zaangażował, zarówno zawodowo, jak
i prywatnie, jako jeden z badaczy, ale także jako jedno z dzieci, dla
których stała się boleśnie i ujmująco prawdziwa, zanim jeszcze było co
opowiadać.
Opowieść o orchidei i mleczu zaczyna się od dwójki rudowłosych dzieci, z których jednym byłem ja. Urodziły się w latach pięćdziesiątych w kalifornijskiej rodzinie z klasy średniej, ale choć dzieliły je ponad
dwa lata, miały identyczne dzieciństwo, jakby były bliźniętami. Jedno i drugie, wychowywane z całą miłością, w atmosferze nadziei i pełnych
optymizmu oczekiwań pokolenia powojennego, będące dla siebie wzajemnie
najlepszymi i najwierniejszymi przyjaciółmi, nie różniły się
usposobieniem, inteligencją ani wrażliwością w zakresie, w jakim to
możliwe, gdy chodzi o brata i siostrę. Jednak podczas kryzysu w życiu
rodzinnym ścieżki tych dzieci się rozdzieliły: jedno zaczęło robić
karierę naukową, rozszerzać i pogłębiać przyjaźnie, zawarło długie
szczęśliwe małżeństwo i wiodło naprawdę udane życie, aż wstyd; drugie
natomiast wstąpiło na trajektorię coraz większych problemów
psychicznych, samotności, narastającej rozpaczy i psychozy.
Moja młodsza siostra Mary była piegowatą, uroczą dziewczynką, która
pewnego dnia miała zamienić się w młodą kobietę o uderzającej urodzie.
Jako dziecko aniołek, zarówno pod względem powierzchowności, jak i charakteru, czarowała wszystkich, którzy ją widzieli i znali, skwapliwym
uśmiechem powodującym dołeczki w policzkach, nieśmiałą rezerwą i bystrością umysłu, wyraźnie widoczną w niebieskich oczach. W okresie
dorastania zmieniła imię z Betty na Mary, co można uznać za wzruszającą
próbę "zresetowania" swojego młodego życia, żeby zacząć je od nowa.
Jednak podczas powolnej drogi w dół, ku cierpieniu i bezradności, nie
straciła dawnych godnych podziwu cech, może ukrytych, ale naprawdę
niezwykłych. Miała artystyczną duszę i niemal intuicyjną zdolność
tworzenia pięknych, urzekających wnętrz. W innych okolicznościach
mogłaby zostać uznaną projektantką albo dekoratorką i do dziś wiele
należących do niej obrazów, foteli, ozdób i dekoracji, cennych dla nas
pamiątek, zdobi domy jej braci, córki, bratanic i bratanków. Jednak jej
największym atutem, choć może najmniej spektakularnym, była ogromna
inteligencja, która ujawniała się coraz bardziej, w miarę jak Mary
dorastała i studiowała, uzyskując licencjat na Stanford University, a potem magisterium na Harvardzie. Była uważana przez wykładowców nie
tylko za pilną i obiecującą studentkę, ale także za młodą, zdolną
badaczkę o niezwykle wnikliwym i błyskotliwym umyśle. Była niewątpliwie
najinteligentniejsza, najbystrzejsza i najbardziej kreatywna z całej
naszej rodziny, a starszy brat stanowił zaledwie jej cień, jeśli chodzi
o polot i wyobraźnię. Introwertyczna i nieśmiała z natury oraz pod
względem skłonności, w późniejszym okresie dzieciństwa nauczyła się
przyciągać uwagę i zdobywać sympatię innych dzieci, nawiązując bliskie i satysfakcjonujące relacje. Wiele z tych szkolnych przyjaźni przetrwało,
mimo coraz bardziej pogarszającego się, niestety, stanu jej zdrowia w okresie dorosłości.
I ta dziewczynka, niemowlę o rudych kręconych włoskach, którą rodzice
przywieźli do domu, kiedy miałem trzy lata, stała się moim pierwszym
przyjacielem i niezawodnym, bo stale obecnym towarzyszem; spędzałem z nią całe godziny na zabawie, wymyślaniu historii, fantazjowaniu. Rzadko
nudziliśmy się ze sobą, wspólnie snuliśmy niekończące się historie,
pełne przygód i intryg, nawzajem karmiliśmy swoją potrzebę magicznych
wyimaginowanych przeżyć. Podziwiałem jej pomysłowość, kiedy podczas
pewnej pamiętnej przerwy na drzemkę wsadziła sobie do nosa rodzynki,
jedną po drugiej, całą ich paczkę, co skończyło się jazdą do lekarza.
Tam, pokryte śluzem, wyjęto je długimi błyszczącymi kleszczami, które
zagłębiały się w dziurki od nosa trzylatki. Stale wyrzekałem głośno na
jej skłonność do choroby lokomocyjnej podczas dłuższych podróży
samochodem, kiedy niezawodnie wymiotowała na siedzenie między nami;
kiedyś obrzygała także swojego brata, a nawet, co było nie do
wybaczenia, jego cenny "namiot indiański" (tak nazywany, bo nie znałem
jeszcze wtedy słów "tipi" ani "wigwam"). Martwiłem się o jej
bezpieczeństwo. Pewnego razu podczas plażowania ruszyłem jej na pomoc,
kiedy z nadmuchiwanym kołem ratunkowym w pasie skończyła w wodzie jako
odwrócona boja, z pupą i nogami w powietrzu; gdy została przekręcona z powrotem, pluła wodą morską. Ona i ja byliśmy nie tylko rodzeństwem, ale
i najlepszymi kumplami o podobnie nieposkromionej wyobraźni, równymi
partnerami we wspaniałych, hałaśliwych, nieznających granic zabawach, w których obowiązywały nieliczne zasady. Choć nie powiedziałbym tego
wtedy, naprawdę ją kochałem - tak jak pięciolatek może kochać swoją
siostrę - a ona kochała mnie.
Kiedy na świecie, prawie dziesięć lat później, pojawił się nasz młodszy
brat, wspólnie upajaliśmy się rolą starszego rodzeństwa i razem z rodzicami uwielbialiśmy niespodziewanego nowego członka rodziny z marchewkową czupryną. Archiwalna kartka bożonarodzeniowa z 1957 roku,
kiedy nasz braciszek Jimie miał dwa miesiące, tak dobrze oddaje tę
rodzinną czułość, że od tego czasu nosi nazwę "Hołd Trzech Króli". Mary
i ja jeszcze zbliżyliśmy się do siebie, ciesząc się razem z przybycia
niemowlęcia i tylko czasem rywalizując o jego względy. Kiedy z początkiem dojrzewania nasze ciała i umysły zaczęły się zmieniać,
wkroczyliśmy w ten okres związani bliską i serdeczną więzią, jaka może
łączyć jedynie rodzeństwo - ze wspaniałymi wspomnieniami, otoczeni
miłością rodziny, wyznając podobne poglądy na świat i życie.
I wtedy runęło niebo. Nasza rodzina przeprowadziła się pięćset mil na
północ, w rejon zatoki San Francisco; ojciec, najwyraźniej wieczny
student, zamierzał robić doktorat w Stanfordzie. Na kilka miesięcy przed
podjęciem decyzji o przenosinach wpadł w głęboką depresję - mówiąc
ówczesnym językiem, przeżywał "załamanie nerwowe" i przez całe dnie
leżał na kanapie w salonie. Nie mógł pracować, zachowywał się apatycznie
i płakał. Stracił wiarę w przyszłość. Niemniej przenieśliśmy się na
północ, gdzie całe nasze życie się zmieniło. Nagle wszystko stało się
nowością i wyzwaniem, nieznane otoczenie budziło niepokój. Okolica, w której się teraz bawiliśmy, wydawała się obca; szkoły, do których
chodziliśmy, były zaludniane przez tłumy bezimiennych dzieci; i nawet
nasi rodzice czuli się zagubieni, niezakotwiczeni na tych nieznajomych
burzliwych wodach. Mary i ja chodziliśmy do nowych nieznanych
podstawówek, a po roku czy dwóch przeszliśmy do jeszcze bardziej
nieznanych (i nieprzyjaznych) gimnazjów. Nasza matka, zajęta opieką nad
małym dzieckiem, starała się, jak mogła, złagodzić wstrząs, jakim były
zmiany w naszym życiu, ale ojciec, który z kolei miał wspierać ją, wpadł
w wir zajęć, prac naukowych i obowiązków studenckich. Małżeństwo naszych
rodziców, zawsze targane niezgodą - z powodu finansów, wymagań wobec
dzieci, sprzecznych interesów i wyimaginowanych pretensji - niepokojąco
zaczęło zmierzać w stronę poważnych konfliktów, nawet z użyciem siły.
Zmarli ukochani dziadkowie i dwaj stryjowie; przeprowadziliśmy się
ponownie, do nowego domu bliżej kampusu uniwersyteckiego, i ojciec,
uzyskawszy wreszcie doktorat, podjął nową, jeszcze bardziej wymagającą
pracę.
Żadne z tych wydarzeń, wprawdzie licznych i następujących zaraz po
sobie, nie było w życiu młodej rodziny u progu lat sześćdziesiątych
szczególnie uciążliwe ani trudne. W gruncie rzeczy wiele rodzin
doświadcza podobnych zawirowań i komplikacji, a niektóre napotykają
naprawdę poważne przeciwności, które nie dla wszystkich kończą się
szczęśliwie. Ale te wszystkie zmiany razem, choćby i prozaiczne, okazały
się traumatyczne dla mojej siostry. W wyniku ponownej przeprowadzki i przejścia do miejscowego gimnazjum nabawiła się poważnej choroby, której
przez kilka miesięcy nie można było zdiagnozować. Nawracająca gorączka,
wysypka na całym ciele, która pojawiała się i znikała, powiększona
śledziona i obrzmiałe węzły chłonne nasuwały podejrzenia, że to może być
białaczka albo chłoniak, co skutkowało serią pobytów w szpitalu i bolesnych, inwazyjnych badań. W końcu jednak, kiedy mojej siostrze
zaczęły puchnąć stawy i odczuwała ogromny ból, uznano, że cierpi na
chorobę Stilla, niezwykle ostrą postać młodzieńczego reumatoidalnego
zapalenia stawów. Rodzice zabrali ją ze szkoły i spędziła cały rok w łóżku, leczona aspiryną, sterydami i na przemian to ciepłymi, to znów
zimnymi okładami, żeby złagodzić ból i obrzęk stawów. Jako starszy brat,
wstrząśnięty i przerażony, patrzyłem, jak w sypialni na końcu korytarza
rozpada się życie Mary. Chociaż od tamtej pory stale cierpiała na ataki
artretyzmu, pod koniec roku na tyle doszła do siebie, aby wrócić do
normalnego funkcjonowania.
Niestety, normalne funkcjonowanie nie było jej widać dane. Wskutek
chronicznej choroby fizycznej Mary zaczęła wykazywać niepokojące oznaki
w sferze zdrowia psychicznego. Coraz mniej jadła i traciła na wadze,
przestała spotykać się z przyjaciółmi, aż w końcu stwierdzono u niej
anoreksję, zaburzenie odżywiania, które dotyka bardzo wiele dziewcząt w okresie dorastania. Mary raz po raz wracała do szpitala na terapię i przymusowe dożywianie, była wysyłana do różnych szkół z internatem,
polecanych przez leczących ją psychiatrów, ale popadała w coraz większą
depresję, coraz gorzej spała, wycofywała się z życia towarzyskiego i przejawiała coraz dziwniejsze zachowania. Pod koniec szkoły średniej
zdiagnozowano u niej, zgodnie z przewidywaniami, schizofrenię - była to
najgorsza z medycznego punktu widzenia wiadomość, jaką można przekazać
rodzicom, może z wyjątkiem zawiadomienia o śmierci dziecka.
Jednak wrodzone zdolności pozwoliły jej podjąć studia licencjackie w Stanfordzie; tam, mimo ciągłych problemów ze zdrowiem psychicznym, stale
się wyróżniała. Jeśli spojrzeć wstecz, cztery lata, które spędziła w college'u, stanowiły nieprzerwany ciąg sukcesów akademickich, chociaż
jej stan wciąż się pogarszał. Po uzyskaniu dyplomu i krótkim okresie
niedokończonych studiów prawniczych w San Francisco została przyjęta na
kurs teologiczny do Harvard Divinity School. Liczyła, że będzie tam
badać osobiste przeżycia religijne i ich zbieżność z objawami chorób
psychicznych. Jednak jej własna choroba - głównie objawiająca się
słyszeniem nieprzyjaznych, niepokojących głosów i okresami katatonii,
kiedy nie mogła się ruszać ani mówić - spowodowała u niej jeszcze
większe spustoszenia. Mary kilka razy przebywała w miejscowym szpitalu
psychiatrycznym, nawiązywała relacje seksualne z przygodnymi
mężczyznami, w końcu zaszła w ciążę. Poród był trudny i długi, a jej
córka, obecnie urocza trzydziestoośmioletnia kobieta, dziecko specjalnej
troski, przyszła na świat w stanie asfiksji i z napadami drgawkowymi.
Mimo trudności związanych z opieką nad upośledzonym dzieckiem, zmagając
się z własną poważną, komplikującą życie chorobą, moja siostra okazała
się odpowiedzialną, opiekuńczą matką, która wychowała córkę w atmosferze
miłości i troski. Dolegliwości psychiczne Mary wciąż jednak dawały o sobie znać, powodując u niej zagubienie i rozpacz, a jej dorosłe życie
powoli zamieniało się w ruinę, która trzymała się, ledwo, ledwo, dzięki
wytrwałości rodziny i jej własnemu samozaparciu, żeby się nie poddawać.
Nieprzypadkowy przydział chorób i nieszczęść
Dlaczego jedne dzieci ciągle mają problemy, a drugie odnoszą sukcesy?
Dlaczego życie niektórych ludzi pełne jest niepowodzeń, a innych -
satysfakcji i zadowolenia? Dlaczego jedni chorują i umierają młodo,
podczas gdy drudzy, ich rówieśnicy, w dobrym zdrowiu dożywają starości?
Czy to po prostu kwestia szczęścia i przypadku, czy może istnieją
wczesne symptomy rozwoju zapowiadające powodzenie albo porażkę? Dlaczego
życie skazało moją siostrę na rozpacz i powolne dążenie do katastrofy,
podczas gdy mnie - na nieoczekiwany i w dużej mierze niezasłużony
sukces? Te pytania pobudzały moją wyobraźnię, inspirowały mnie jako
młodego pediatrę do pogłębiania wiedzy, aż w końcu doprowadziły do
odkrycia w rozwoju dziecka wyraźnych rozbieżności, także zdrowotnych,
które, gdy wchodzi ono w dorosłość, kształtują jego dalsze życie.
Z epidemiologii - nauki o zdrowiu i chorobach ludzkich populacji - wiemy
na pewno, że istnieje wyraźna dysproporcja między chorobą i dobrym
samopoczuciem. Zamieszczony tu wykres ilustruje wyniki badań stanowiące
podstawę naszego sposobu myślenia o problemach zdrowia ludzkości: 15-20%
dzieci cierpi na większość chorób fizycznych i psychicznych wykrytych w danej populacji w określonym czasie.
A skoro statystycznie 15-20% dzieci stanowi połowę pacjentów służby
zdrowia, musi to także odpowiadać większości ponoszonych przez nią
wydatków. Co więcej, tę samą dysproporcję w zachorowalności stwierdza
się w populacjach osób dorosłych i są dowody, że tymi właśnie dorosłymi
stają się dzieci o niewspółmiernym do reszty udziale w leczeniu chorób.
A zatem te same dzieci, które niosą nadmierne brzemię związane z chorobami, wyrastają na dorosłych, którzy także cierpią ponad miarę.
Warto zauważyć, że dotyczy to dzieci na całym świecie: w państwach
bogatych i ubogich, w społeczeństwach socjalistycznych i kapitalistycznych, na każdym kontynencie, na wschodzie i zachodzie, na
półkuli północnej i południowej. Znaczenie tych obserwacji dla służby
zdrowia jest oczywiste: gdybyśmy potrafili zrozumieć przyczyny różnic
zdrowotnych u tej mniejszości dzieci, moglibyśmy wyeliminować połowę
chorób fizycznych i zaburzeń psychicznych w ramach populacji i znacznie
zredukować koszty leczenia. Inaczej mówiąc, dałoby się stworzyć bardziej
zrównoważone społeczeństwa, ze szczęśliwszymi, zdrowszymi ludźmi.
Powstałyby także silniejsze rodziny, o mniejszych dolegliwościach
fizycznych i psychicznych, rodzice i dzieci z widokami na lepszą
przyszłość, pełną nadziei i optymizmu.
Uzyskane wielokrotnie, reprezentatywne wyniki analiz dotyczących
pediatrycznej opieki zdrowotnej: 15-20% dzieci - w przybliżeniu jedno na
pięć - z każdej populacji dziecięcej cierpi na przeszło połowę chorób i zaburzeń psychicznych występujących w całej populacji i stanowi
większość korzystających z opieki zdrowotnej.
Zły stan zdrowia dzieci i późniejsza zachorowalność dorosłych nie są
więc przypadkowe. Choroby nie występują "równo i sprawiedliwie" w całej
populacji dziecięcej, lecz dotykają tylko nieliczne z nich, jak moja
siostra. Dlatego też w podgrupach dzieci istnieją systematyczne,
znaczące różnice procentowe, jeśli chodzi o zachorowania, i nie wynikają
one wyłącznie z natury (to znaczy z genetyki) ani z wychowania (czyli z doświadczeń i kontaktu z otoczeniem), ale z nieustającego i systematycznego oddziaływania między naturą i wychowaniem, a więc
interakcji geny-środowisko. Zrozumienie tych interakcji doprowadzi nas w swoim czasie do najnowszych odkryć dopiero kształtującej się dziedziny
wiedzy, jaką jest epigenetyka, a nawet jeszcze dalej. Najpierw jednak
musimy powrócić na początek i dowiedzieć się, dlaczego stan zdrowia
poszczególnych dzieci tak bardzo różni się w zależności od grupy, do
której należą, i kim są te nieszczęsne, nieproporcjonalnie dużo
chorujące3.
Chociaż podchodzę sceptycznie do typologii i zbyt uproszczonego
kategoryzowania, w szerokim programie badań odkryliśmy z kolegami, że
dzieci przejawiają bardzo różne wewnętrzne, biologiczne sposoby
reagowania na otoczenie. Ujmując krótko to, co, jak później zobaczymy,
wykazała nauka, możemy powiedzieć dla wygody, że reakcje te dzielą się
na dwie odrębne kategorie. Niektóre dzieci, jak mlecze, wykazują
niezwykłą zdolność radzenia sobie w niemal wszystkich środowiskach, w jakich się znajdą. Mlecze rosną i kwitną wszędzie tam, gdzie wykiełkują
- od żyznych górskich łąk po szczeliny w miejskich chodnikach. Inne, jak
orchidee, są ogromnie wrażliwe na otoczenie; dzieci będące ich
odpowiednikami są szczególnie słabe w trudnych warunkach, ale też
niezwykle witalne w warunkach sprzyjających i wtedy odnoszą sukcesy.
Metafory te - dziecko orchidea i dziecko mlecz - wywodzą się z mojej
krótkiej znajomości, sprzed prawie dwudziestu lat, z pewnym starszym
Szwedem, który przyszedł na wykład wygłaszany przeze mnie na Stanford
University. Kiedy powiedziałem, co miałem do powiedzenia, spomiędzy
ławek wyszedł na początek sali wykładowej pomarszczony staruszek z krzaczastymi brwiami o wyglądzie Yody, opierający się na krzywej niczym
korzeń lasce, i mierząc nią we mnie, oznajmił: "Mówi pan o maskrobarn!". Nie miałem o tym pojęcia, nie wiedziałem też, co to
takiego maskrobarn. Jak wyjaśnił, w języku szwedzkim to idiomatyczne
określenie, które znaczy tyle co "dziecko mlecz". Szwedzi określają nim
te dzieci, które, jak mlecze, rosną wszędzie, gdzie się wysieją - mające
nieograniczoną zdolność rozwoju w każdym miejscu. Ponieważ to urocze i obrazowe słowo przemówiło nam do wyobraźni, ukuliśmy szwedzki neologizm:
orkidebarn, czyli "dziecko orchidea" - na określenie dzieci, które jak
te kwiaty są wyjątkowo wrażliwe na otoczenie: mogą zakwitnąć tylko
wówczas, gdy się je starannie pielęgnuje, a zmarnieć i uschnąć, kiedy są
zaniedbywane albo krzywdzone.
Z tego punktu możemy wprowadzić coraz bardziej użyteczne rozróżnienia
dzieci mleczy, które kwitną niezależnie od środowiska, warunków w szkole
czy rodzinie, i dzieci orchidei, które mogą wyrosnąć na piękne i zdolne
istoty albo zamienić się w wątłe, zagrożone wersje samych siebie,
zależnie od otoczenia. Dzieci orchidee, bardziej wrażliwe i biologicznie
mniej odporne na wpływy zewnętrzne, zarówno w laboratorium, jak i w warunkach naturalnych, budzą naszą zbiorową troskę, niepokój i lęk jako
rodziców, nauczycieli oraz pracowników służby zdrowia. I one, i będący
ich odpowiednikami dorośli - przyjaciele, koledzy, o których często się
martwimy - kiedy nie są rozumiani, wspierani, mogą stać się przyczyną
wielkiego cierpienia, smutku i rozczarowania dla swoich rodzin,
środowisk szkolnych, a także społeczności.
Historie orchidei i mleczy
Te dwie historie doskonale ilustrują wyzwania, przed którymi stają małe
orchidee. Bohaterem pierwszej jest dziesięciolatek (nazwijmy go Joe) z odległego hrabstwa, który został skierowany do szpitala przez lekarza
rodzinnego z podejrzeniem wrzodu żołądka. Jako pediatra byłem jednym z pierwszych, którzy dowiedzieli się o dolegliwościach chłopca i zbadali
jego brzuch. Ból, na który się uskarżał, był silny i skurczowy,
zlokalizowany tuż nad żołądkiem, po lewej stronie jamy brzusznej. Joe
nie miał innych objawów i stanowczo zaprzeczał, żeby w jego stolcu
występowały jakiekolwiek zmiany albo krew, nie wymiotował; ból nie
zmieniał się ani przed posiłkiem, ani po nim. Diagnostyka, łącznie z prześwietleniami, testami na obecność krwi w stolcu czy moczu, analizy
krwi w celu wykrycia stanu zapalnego albo anemii, nic szczególnego nie
wykazała.
Przypuszczając, że są to epizody bólu psychosomatycznego spowodowanego
jakimiś problemami, w domu i w szkole młodego Joego zacząłem szukać
dysfunkcji, które mogły być przyczyną jego dolegliwości. Wyglądało na
to, że w szkole wszystko jest dobrze, chociaż chłopiec często z powodu
bólu zostawał w domu, nie było też żadnych przypadków, które
świadczyłyby o stresach związanych z nauką albo relacjami społecznymi w życiu szkolnym. Miał przyjaciół i kolegów, był zdolnym uczniem i dostawał dobre oceny, nieźle porozumiewał się z nauczycielem,
wychowawcą. Wtedy przy różnych okazjach zacząłem wypytywać Joego o to,
jak wygląda jego życie w domu, o stosunki między rodzicami, o ewentualną
przemoc ze strony ojca albo matki, o kłopoty i zmartwienia w rodzinie.
Daremnie: w jego relacjach domowych nie było niczego niezwykłego ani
podejrzanego.
Zwróciłem się więc do rodziców - oboje byli obecni i wykazywali troskę w trakcie całej hospitalizacji. Czy Joe miał powody martwić się o któreś z nich? Jak wyglądały ich stosunki małżeńskie? Czy w domu występowała
przemoc albo konflikty? Czy mieli jakieś sugestie co do przyczyn stanu
dziecka? Nic. Rodzice, podczas trzech, czterech sesji, kiedy z nimi
rozmawiałem, nie wspomnieli o żadnym problemie, psychologicznym czy
dotyczącym relacji, który mógłby mieć związek z bólami Joego. Mimo braku
dowodów na istnienie wrzodu żołądka albo dwunastnicy postanowiliśmy
podawać mu środki na zahamowanie wydzielania kwasu i bóle wkrótce
zaczęły ustępować. Po kilku dniach pobytu w szpitalu chłopiec został
wypisany do domu i skierowany pod opiekę lekarza pierwszego kontaktu.
Przez trzy miesiące nie miałem żadnych wiadomości o Joem ani jego
rodzinie; później odebrałem telefon od prokuratora okręgowego hrabstwa,
w którym mieszkali. Czy miałem powody podejrzewać, że ojciec Joego
przejawiał skłonność do przemocy bądź znęcania się, bo wieczór wcześniej
matka chłopca poszła do sypialni, wyjęła ukryty tam pistolet i strzeliła
mężowi w głowę, dokładnie między oczy? Po kilku miesiącach sąd ją
uniewinnił, orzekając obronę konieczną; ofiara chronicznie, bezwzględnie
maltretowała psychicznie i fizycznie żonę i syna. Próbując poznać
historię tej rodziny, nie pomyślałem o jednej ważnej rzeczy: nigdy nie
rozmawiałem z rodzicami oddzielnie, z każdym osobno. Podczas badań nie
było żadnych widocznych oznak znęcania się nad dzieckiem, a Joe i jego
matka, obawiając się odwetu za ujawnienie prawdy, nie mogli przy ojcu
zdradzić tej zasadniczej informacji dotyczącej sytuacji rodzinnej.
Patrząc z perspektywy czasu, nie mam wątpliwości, że Joe był typowym
dzieckiem orchideą - żyjącym w przytłaczającym strachu o siebie i matkę,
nieumiejącym bronić się przed uczuciami, jakie wywoływała w nim przemoc
ze strony ojca, i podświadomie nadającym bólowi bezpieczną i możliwą do
zaakceptowania formę choroby fizycznej. Historia Joego uświadamia także,
jak wszyscy żyjemy: w ten czy inny sposób w cieniu nieszczęścia,
pomiędzy złudnym poczuciem bezpieczeństwa a przerażającą prawdą o prawdziwym, groźnym świecie.
Druga historia opowiadająca o tym, jak to jest być dzieckiem orchideą,
kryje się w portretach dwóch chłopców: z niezapomnianej artystycznej
fotografii i z ponadczasowej książki. Co ważne, oba wizerunki sugerują
jeszcze jedną cechę dziecka orchidei - jego ukrytą siłę i niezwykłą
wrażliwość. Jeden chłopiec, którego pewnego popołudnia 1988 roku
uwiecznił na zdjęciu (poniżej) fotograf Paul D'Amato, pojawił się na
okładce czasopisma "Double Take". Może dziesięcioletnie dziecko, w pomiętej niebieskiej koszuli, stoi pewnie, z założonymi na piersi
rękami, na tle grupy rozbawionych agresywnych chłopców tuż przed okresem
dojrzewania, i patrzy przed siebie. Dla mnie ta fotografia zawsze
wiernie oddawała charakter dziecka orchidei i środowiska społecznego, w którym przyszło mu żyć. Stoi ono spokojnie, czujne i otwarte, słabe i silne jednocześnie, na obrzeżu grupy gniewnych, skonfliktowanych
rówieśników. Zdjęcie zdaje się wyrażać paradoksalny kontrast między
obojętnym statecznym dystansem chłopca wobec grupy a jego wewnętrznym
wrzeniem, kłębowiskiem emocji: poczucia samotności, bezsilności, rezerwy
i odporności, które odczuwa.
Portret autorstwa Paula D'Amato, przedstawiający z całą pewnością młodą
orchideę (na pierwszym planie, w jasnej koszuli) w interakcji z grupą
innych chłopców na pustej działce w Portland w stanie Maine.
Taki sam chimeryczny obraz namalował słowami William Golding w swojej
klasycznej powieści o dorastaniu i straconej niewinności, Władca much.
Spotykamy w niej Simona, chłopca będącego jednym z głównych bohaterów,
który w czasie wojny trafia na bezludną wyspę z coraz bardziej agresywną
gromadą młodych Brytyjczyków; ich samolot został zestrzelony nad
nieznanym wrogim terytorium. Chłopcy stopniowo stają się świadomi
wspólnego zagrożenia w postaci tajemniczego potwora, czającego się tuż
poza granicami ich zmysłowego postrzegania. Simon, z całą pewnością
dziecko orchidea znajdujące się w obcym świecie, jest opisywany w następujący sposób:
Wyglądał na energicznego chłopaka, spoglądającego spod strzechy
prostych, opadających na czoło włosów, czarnych i szorstkich...
Simon odczuwał ryzykowną potrzebę powiedzenia czegoś, ale publiczne
wystąpienie było dla niego rzeczą straszną.
- Może - rzekł z wahaniem - może zwierz naprawdę jest?
Zgromadzenie wydało dziki okrzyk, a Ralf aż wstał ze zdumienia.
- Ty, Simon? Ty w to wierzysz?
- Ja nie wiem - rzekł Simon. Serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi. -
Ale...
Utknął z wysiłku wyrażenia zasadniczej dolegliwości ludzkiej1.
Chociaż i chłopiec w niebieskiej koszuli z fotografii Paula D'Amato, i Simon Goldinga stanowią wręcz ikoniczne przykłady wrażliwości dzieci
orchidei, to jednocześnie wyraźnie pokazują ich niezwykłą, często
skrywaną siłę. Takich delikatnych, odważnych dzieci potrzebujemy w naszych społecznościach i społeczeństwach. Niestety, bywają one, jak
głosił terapeuta rodzinny Salvador Minuchin (1), potencjalnymi ofiarami
dysfunkcjonalnej, nadużywającej przemocy rodziny. Innymi słowy, ich
wrażliwość i odpowiedzialność powodują, że ponoszą emocjonalne i fizyczne koszty przebywania w szkodliwym środowisku. Jak widzieliśmy w przypadku Joego i jego rodziny, potencjalne ofiary - bo bywają nimi nie
tylko dzieci - w osłabionych, wypaczonych systemach rodzinnych stają się
takim metaforycznym Chrystusem, który umiera za swoją dysfunkcjonalną
rodzinę, niosąc brzemię cierpienia i bólu, żeby zapewnić jej
funkcjonowanie. Jednak dziecko orchidea może również być przykładem
wnikliwości, kreatywnego myślenia i innych licznych zalet. W ciągu ponad
dwudziestu pięciu lat badań moi koledzy i ja przekonaliśmy się, że ta
sama niezwykła, biologicznie uwarunkowana wrażliwość, pod wpływem której
takie dziecko jest wyjątkowo podatne na zagrożenia i przeciwności, jakie
niesie ze sobą życie, sprawia, że w większym stopniu korzysta ono z jego
darów i obietnic. Tu kryje się intrygujący życiodajny sekret: orchidee
nie są złamanymi mleczami, ale inną, subtelniejszą rośliną. W delikatności orchidei tkwi jej całkiem realne, zbawcze piękno.
Orchidee - zarówno dzieci, jak i dorośli, na których te wyrastają -
często zmagają się, w rodzinach, szkołach, życiu z zagrożeniami, których
inni są ledwie świadomi. Jak kwiaty, od których biorą nazwę, są
obdarzone i jednocześnie obciążone niezwykłą wrażliwością na
zamieszkiwany przez nie świat i tak jak one charakteryzują się
słabością, zagrażającą ich zdrowiu i życiu, choć jednocześnie dysponują
także ukrytym potencjałem, umożliwiającym im piękne, uczciwe, udane
życie. Błędem jednak byłoby sądzić, że ta wewnętrzna wrażliwość na świat
pozwala im pokonywać zewnętrzne zagrożenia, znane nam z historii -
toksyczne oddziaływanie biedy i stresu, wojen i przemocy, rasizmu i podporządkowania, wszelkich patogenów. Nie tylko orchidee, ale także
mlecze są zagrożone przez te i inne światowe plagi, a ubóstwo w dzieciństwie stanowi najpotężniejszy czynnik chorobotwórczy w dziejach
ludzkości (2). Jednak charakterystyczna dla orchidei szczególna
wrażliwość na takie zagrożenia znacznie przewyższa wrażliwość mleczy
(3).
O głębokiej nierównowadze między mleczami a orchideami, jeśli chodzi o choroby, zaburzenia i niepowodzenia życiowe, nie decydują ani wpływ
środowiska, ani kod genetyczny. Wynika ona raczej ze współdziałania tych
czynników - jest to udowodnione naukowo, do czego wrócimy w jednym z następnych rozdziałów. Chociaż i środowisko, i geny odgrywają ważną rolę
w rozwoju dziecka orchidei oraz dziecka mlecza, wiemy już, że to
interakcja między nimi, na poziomie molekularnym i komórkowym, stanowi
zasadniczy aspekt biologii jednego i drugiego: określa, w jakim stopniu
jest ono wrażliwe na otoczenie, w którym się rozwija.
Choć moje zainteresowanie tymi wyraźnie rozbieżnymi trajektoriami
rozwoju dzieci, także w zakresie stanu ich zdrowia, wynikało ze
statystyki, to zaangażowałem się w badanie nad nimi dodatkowo z przyczyn
osobistych, z powodu niezwykłej rozbieżności ścieżek życiowych mojej i siostry. Choć wzięły początek z tego samego punktu i najpierw biegły
równolegle, poprowadziły, niestety, w dwie różne strony. Ja okazałem się
mleczem, a Mary orchideą.
A zatem historia dwojga dzieci - przyszłego pediatry i jego siostry Mary
- stanowi wprowadzenie do nowej nauki, opisującej i do pewnego stopnia
tłumaczącej, jak dzieci z jednej rodziny mogą wieść tak różne życie.
Chociaż Mary ze swoją wrażliwością miała znacznie większy od mojego
potencjał intelektualny, złamała się pod wpływem tragedii i niepowodzeń
i nie rozkwitła tak, jak mogła. Z powodu konfliktów rodzinnych, zawodu,
straty i śmierci moja siostra znalazła się na skalistym gruncie, na
którym jej brat mlecz nie czuł się aż tak źle. I jak mlecz nie może
sobie przypisywać zasługi za odporność, jaką wykazuje w obliczu
podobnych przeciwności, tak Mary nie ponosiła odpowiedzialności za
zamęt, jaki ostatecznie zapanował w jej życiu. Gdyby wychowała się w innym czasie albo w innej rodzinie, mogłaby zostać zdolnym kaznodzieją,
uznanym teologiem albo przywódczynią ruchu, który uratowałby tysiące
dusz. Wiodłaby wspaniałe życie, pełne radości i sukcesów, aktów wielkiej
dobroci i wybitnych idei. I gdyby dzięki jakiejś cudownej opiece i wsparciu znalazła swoją drogę, nikt by się nawet nie domyślił, że
katastrofa było tak blisko, tuż-tuż.
Przekład: Wacław Niepokólczycki. [wróć]
Rozdział 2
Muzyka i szum
Krzycząca ciężarna kobieta w jednosilnikowym samolocie, lecącym przez śnieżycę, z pilotem z czasów
drugiej wojny światowej za sterami - to nie były przelewki. To była
próba dla całego mojego jestestwa jako mlecza, każdej tkanki aż po
ostatnią lepką kroplę soku z korzenia. Rok 1978 - byłem
trzydziestodwuletnim początkującym pediatrą i nie wiedziałem, jak ten
dzień się skończy.
Dwie godziny wcześniej, w piątek rano, z niespokojnego snu wyrwał mnie
telefon ze szpitala Indian Health Service w Crownpoint, na suchym,
zapomnianym przez Boga i ludzi wschodnim skraju plemiennego terytorium
Indian Nawaho w Nowym Meksyku. Jako jedyny pediatra w promieniu 50-100
mil miałem w nagłych poważnych wypadkach udzielać pomocy dzieciom, w tym
także jeszcze nienarodzonym. Pokonawszy pół przecznicy od rządowego
budynku u podnóża płaskiej jak stół góry, w którym mieszkaliśmy z Jill,
do szpitala na trzydzieści łóżek, poszedłem od razu na oddział porodowy,
jeśli w ogóle można go było nazwać oddziałem. Składał się z pojedynczej,
stosunkowo czystej sali ze stołem, strzemionami oraz zdjęciem prezydenta
Jimmy'ego Cartera obserwującego z wyżyn swojego stanowiska odbywające
się tu zabiegi położnicze (zawsze sprawiał wrażenie lekko zakłopotanego
swoją obecnością). Tam powitał mnie widok stópki wcześniaka, liczącej
zaledwie dwa cale, niczym żonkil z ziemi wiosną wyłaniającej się z waginy dwudziestoparoletniej Indianki, która została matką bez wizyt
prenatalnych, za to miała już dwójkę dzieci. Zgodnie z kartą była w trzydziestym drugim tygodniu ciąży, ale brzuch miała większy, niż
powinna na tym etapie ciąży. Zabraliśmy ją na USG i naszym oczom ukazało
się nie jedno dziecko, lecz dwoje.
Szpital w Crownpoint, przynajmniej czterdzieści lat temu, nie był
miejscem, gdzie chciałoby się przyjmować przedwczesny poród wysokiego
ryzyka, z jedną stópką już na świecie, w dodatku poruszającą paluszkami.
Wziąłem więc telefon z listą najbliższych, choć i tak odległych placówek
medycznych, w których były oddziały intensywnej terapii noworodka, i szybko je obdzwoniłem, zaczynając od najbliższych. Każdy szpital z takim
oddziałem - w Albuquerque, Gallup, Phoenix i Tucson - miał
przepełnienie, jeśli chodzi o wymagające opieki wcześniaki, które
zdążyły przed nami. W końcu, podejmując ostatnią próbę, zadzwoniłem do
szpitala dziecięcego przy University of Colorado i z wielką ulgą
usłyszałem, że mogą przyjąć tam moje malutkie indiańskie bliźnięta.
Obudziłem innego młodego miejscowego lekarza, najlepiej obeznanego z położnictwem w naszej małej, pięcioosobowej ekipie, i poprosiłem go,
żeby spotkał się ze mną na tak zwanym lotnisku w Crownpoint, czyli
wysoko położonym pasie suchej ziemi, pozbawionym roślinności i wyrównanym na tyle, na ile się dało przy użyciu koparki. Na tamtejszy
zespół medyczny składało się pięciu lekarzy, wprawdzie z dyplomami, ale
jeszcze niedoświadczonych i mających pełne ręce roboty podczas pierwszej
prawdziwej praktyki po rozmaitych różnej długości stażach. Stanowiliśmy
przypadkową zbieraninę wystraszonych nowicjuszy, których trzymało razem
poczucie koleżeństwa młodych lekarzy w amerykańskim trzecim świecie.
Gil, mój zaspany, ale pełen dobrej woli partner w tej porannej misji,
przyjechał na lotnisko, a za nim zjawił się pilot, starszy mężczyzna
nazywany Ole Bob, który latał nad buszem wiekowym samolotem. Młodą
kobietę na noszach (nazwijmy ją Serena, ze względu na zdumiewający
spokój wobec tego wszystkiego, co miało się zdarzyć) wsadziliśmy za
fotel pilota; Gil zajął miejsce przy końcu noszy, a ja tuż obok nich,
przy sprzęcie do reanimacji niemowląt, składającym się z worka
tlenowego, maski oraz butli z tlenem. Wzbiliśmy się w bezkresne niebo o jaskrawych barwach nowomeksykańskiego wschodu słońca. Jak na razie
wszystko szło dobrze.
Kiedy wznieśliśmy się na wysokość tysiąca stóp, wyglądało na to, że nam
się powiedzie. Gil monitorował pozycję dzieci w kanale rodnym matki, ja
czekałem przygotowany na resuscytację noworodka, gdyby poród nastąpił
jednak przed wylądowaniem, a Ole Bob kierował się na północ, w stronę
ośnieżonych szczytów Gór Skalistych, od czasu do czasu rzucając przez
ramię nerwowe spojrzenia, żeby skontrolować scenę w głębi swojej
maszyny. Jednak zbliżając się do granicy z Kolorado, trafiliśmy na
wielką śnieżycę. Niebo nad nami przybrało niepokojąco ciemną barwę,
widoczność, zasnuta ziarnistą bielą, znacznie się pogorszyła, a pod nami
rozpostarło się morze białych gór i jednolicie szarego płaskowyżu.
Samolot zaczął się trząść jak wiewiórka w psim pysku, opadał i wznosił
się niemal pionowo 200-300 stóp w górę i w dół, wyraźnie stanowiąc
wyzwanie dla Ole Boba, któremu już i tak drżały ręce, jakby miał chorobę
Parkinsona. Serena, niewątpliwie przerażona perspektywą porodu we
wzburzonym powietrzu, w asyście młodocianych lekarzy, zaczęła mimowolnie
przeć. Gil, który niespodziewanie dostał choroby lokomocyjnej, nie
wytrzymał i zwymiotował, zamieniając kabinę samolotu w trzęsącą się
pralkę pełną rzygowin, płynu owodniowego i moczu. Ole Bob, wytrącony z równowagi, z determinacją pilotował maszynę.
Wtedy na świat, w drżące ręce Gila, przyszedł pierwszy bliźniak, ten,
którego różowa stópka stanowiła zapowiedź nadchodzących przygód. Mój
kolega przeciął pępowinę, udrożnił drogi oddechowe niemowlęcia za pomocą
czerwonego gumowego irygatora i przekazał wrzeszczące dziecko mnie.
Owinąłem je w koc, żeby nie zmarzło, położyłem sobie na kolanach, między
udami, buzią do góry i główką do siebie, i za pomocą maski podałem mu
tlen. Jak na biedne indiańskie dziecko, poczęte w samotnym rezerwacie i nieobjęte opieką prenatalną, urodzone w śnieżnym zimnym świecie wysoko
nad płaskowyżem Nowego Meksyku, miało się całkiem nieźle; byłem wręcz
zdumiony jego ewidentną witalnością - wyraźnie chciało żyć! Chwilę
później, w ślad za bratem, równie głośno i spektakularnie urodziło się
drugie niemowlę. Pisząc później raport, zdaliśmy sobie sprawę, że
bliźniak A przyszedł na świat nad Nowym Meksykiem, podczas gdy bliźniak
B - już nad Kolorado; obaj chłopcy, urodzeni w różnych stanach,
podróżowali z prędkością dziewięćdziesięciu mil na godzinę w górnych
warstwach atmosfery podczas dużej burzy śnieżnej. Opatuleni kocami, jak
małe świnki, leżeli u mnie na kolanach i na przemian co piętnaście
sekund dostawali dodatkową porcję tlenu.
Kiedy zbliżaliśmy się do lotniska w Denver, kontrola powietrzna -
prawdopodobnie w odpowiedzi na relację Ole Boba z tego, co działo się w jego małym rzężącym samolocie - zaczęła przekierowywać i wstrzymywać
chcące podejść do lądowania większe maszyny, żeby zrobić miejsce dla
nadlatujących świeżo urodzonych bliźniaków. Wreszcie zatrzymaliśmy się
przy terminalu i z ulgą ujrzeliśmy karetkę szpitala dziecięcego z czekającym zespołem medycznym. Dwaj maleńcy chłopcy, z których każdy
ważył nie więcej niż trzy funty, znaleźli się w ciepłych, przytulnych
inkubatorach, ze swoją oszołomioną, ale uśmiechniętą mamą tuż obok. W następnych tygodniach, z telefonów do szpitala w Denver, dowiedziałem
się, że obaj bliźniacy czują się dobrze, rosną i mają być wypisani do
domu za jakieś sześć tygodni, pod opiekę czekającej już na nie licznej
rodziny.
Później, kiedy zastanawiałem się nad okolicznościami narodzin tych
bliźniąt, w warunkach zagrożenia i niepewności, a także nad ich energią
i wigorem w radzeniu sobie z tymi pierwszymi przeciwnościami, pomyślałem
- dobrze to pamiętam - że przeżycie jednego i drugiego zależało nie
tylko od obecności lekarzy i dostępności opieki medycznej. Owszem, być
może nie przeżyłyby, gdyby nie zajęto się nimi odpowiednio na oddziale
intensywnej terapii, ale to, że pochodziły z kochającej trzypokoleniowej
rodziny indiańskiej, miało równie duże albo i większe znaczenie. Jak
miałem się dowiedzieć w następnych latach, to przeczucie, które
towarzyszyło mi długo po tamtym najbardziej pamiętnym locie samolotem w całym moim życiu, znalazło potwierdzenie nie tylko w niebawem podjętych
przeze mnie badaniach naukowych, ale również w zaskakujących odkryciach,
do których te badania doprowadziły.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki