Rozdział pierwszy
ROSEMARY I GUY WOODHOUSE'OWIE właśnie podpisali umowę najmu pięciopokojowego mieszkania w białym klocku przy Pierwszej Alei, kiedy niejaka Cortez zawiadomiła ich, że zwolnił się czteropokojowy apartament w Bramfordzie. To stare, czarne i monstrualne gmaszysko składa się z labiryntu wysokich mieszkań, pożądanych ze względu na kominki oraz wiktoriańskie detale. Rosemary i Guy zaraz po ślubie wpisali się na listę oczekujących, lecz w końcu zrezygnowali.
Guy zakrył mikrofon, przyciskając słuchawkę do piersi, i przekazał wiadomość żonie.
- O nie! - jęknęła; wyglądała, jakby miała się rozpłakać.
- Za późno - powiedział do telefonu. - Wczoraj podpisaliśmy umowę najmu.
Rosemary złapała go za rękę.
- A może uda się z niej wymiksować? - podsunęła. - Coś wymyślimy.
- Chwileczkę, pani Cortez. - Guy znów zakrył mikrofon. - Co miałbym im powiedzieć? - zapytał.
Skołowana Rosemary bezradnie zamachała rękami.
- Bo ja wiem? Prawdę. Że mamy szansę zamieszkać w Bramfordzie.
- Kochanie, takie rzeczy ich nie obchodzą - uświadomił ją.
- Guy, ty na pewno coś wymyślisz. Obejrzyjmy chociaż to mieszkanie, dobrze? Umów się na oglądanie. Błagam. Zanim ona się rozłączy.
- Podpisaliśmy umowę, Ro. Mamy związane ręce.
- Proszę cię! Ona się zaraz rozłączy! - Rosemary zaszlochała, udając, że cierpi, oderwała słuchawkę od piersi męża i spróbowała przystawić mu ją do ust.
Roześmiał się i nie stawiał oporu.
- Pani Cortez? Okazuje się, że chyba możemy zrezygnować z tamtego lokalu. Nie zawarliśmy wiążącej umowy, podpisaliśmy tylko przedwstępną, bo zabrakło im formularzy. Czy możemy obejrzeć mieszkanie?
Pani Cortez udzieliła im wskazówek - niech się stawią w Bramfordzie między jedenastą a wpół do dwunastej, znajdą pana Micklasa albo Jerome'a, powołają się na nią i powiedzą, że przyszli obejrzeć mieszkanie 7E. A potem niech do niej zadzwonią. Dała Guyowi swój numer.
- Widzisz, jak chcesz, to potrafisz - pochwaliła go Rosemary, wkładając skarpetki stopki i żółte czółenka. - Jesteś niezrównanym kłamcą!
Guy przeglądał się w lustrze.
- Chryste, pryszcz! - rzucił.
- Nie wyciskaj.
- Wiesz, że tam są tylko cztery pokoje. Nie ma dziecięcego.
- Wolę cztery pokoje w Bramfordzie niż całe piętro w tamtym... tamtym białym blokhauzie - oświadczyła.
- Wczoraj byłaś nim zachwycona.
- Spodobał mi się, ale zachwycona nie byłam. Głowę dam, że nawet architekt nie jest zachwycony. Połączymy salon z jadalnią i wygospodarujemy miejsce na piękny pokój dla dziecka... jeśli w ogóle będzie potrzebny.
- Będzie, już niedługo - zapewnił ją. Przesuwał elektryczną maszynką do golenia pod nosem, spoglądając w odbicie swoich dużych piwnych oczu.
Rosemary wcisnęła się w żółtą sukienkę i zasunęła zamek na plecach.
Znajdowali się w kawalerce Guya. Na ścianach wisiały plakaty z Paryża i Werony, a na podłodze stał duży tapczan; pokój miał też aneks kuchenny.
Był wtorek trzeciego sierpnia.
PAN MICKLAS OKAZAŁ SIĘ drobnym i energicznym człowieczkiem, któremu brakowało części palców u rąk, więc ściskanie mu dłoni było dość krępujące, choć jemu najwyraźniej nie przeszkadzało.
- No proszę, aktor - ucieszył się, środkowym palcem naciskając guzik windy. - Mamy wzięcie wśród aktorów. - Wymienił czterech mieszkających w Bramfordzie, same znane nazwiska. - Widziałem pana w czymś?
- Pomyślmy - odparł Guy. - Jakiś czas temu grałem Hamleta, prawda, Liz? Potem występowaliśmy razem w Brodźcu...
- Mąż żartuje - wpadła mu w słowo Rosemary. - Grał w Lutrze i w Nikt nie kocha albatrosa, a poza tym w wielu serialach telewizyjnych i reklamach.
- Reklamy - rozmarzył się pan Micklas. - Kopalnia pieniędzy, co nie?
- To prawda - przytaknęła Rosemary.
- A jakie wyzwanie dla artysty - dorzucił Guy.
Spojrzała na niego błagalnie. Zrewanżował się miną ucieleśnionej niewinności, a potem nad głową pana Micklasa łypnął na nią pożądliwie, niczym lubieżny wampir.
Windę - wyłożoną dębową boazerią i z błyszczącą mosiężną poręczą - obsługiwał młody czarny chłopak w liberii, z nieodłącznym uśmiechem na twarzy.
- Na siódme - polecił pan Micklas i zwrócił się do Guya i Rosemary: - Mieszkanie ma cztery pokoje, dwie łazienki i pięć szaf ściennych. Na początku dom składał się z olbrzymich apartamentów, najmniejszy miał dziewięć pokoi, ale z czasem prawie wszystkie podzielono na czwórki, piątki i szóstki. Siedem E to czwórka, pierwotnie tylna część dziesiątki. Zachowały się oryginalna kuchnia i główna łazienka... Jak wkrótce się państwo przekonają, są olbrzymie. Główną sypialnię przerobiono na salon, druga stała się obecną sypialnią, a dwa pokoje dla służby połączono i powstała jadalnia albo drugi pokój. Macie państwo dzieci?
- W planach - odparła Rosemary.
- To idealny pokój dla dziecka, z osobną łazienką i wielką szafą w ścianie. Całość została pomyślana dla młodego małżeństwa, jak państwo.
Winda zatrzymała się. Uśmiechnięty czarny chłopak opuścił ją nieco w dół, a potem podjechał do góry, by zrównać podłogi kabiny i korytarza na piętrze; nadal się uśmiechając, otworzył wewnętrzną mosiężną kratę i zewnętrzne rozsuwane drzwi. Pan Micklas przepuścił Rosemary i Guya przodem i wysiedli na kiepsko oświetlony korytarz o ciemnozielonych ścianach i z wykładziną tego samego koloru. Sprzed rzeźbionych zielonych drzwi z numerem 7B zerknął na nich robotnik, po czym wrócił do montowania judasza w wyciętym otworze.
Pan Micklas poprowadził ich w prawo, a potem w lewo krótkimi odgałęzieniami ciemnozielonego korytarza. Idąc za nim, Rosemary i Guy zobaczyli wytarte placki na tapecie i szew w miejscu, gdzie odkleiła się i zagięła do spodu; widzieli przepaloną żarówkę w kinkiecie z rżniętego szkła i dziurę w ciemnozielonym dywanie, zaklejoną jasnozieloną taśmą.
Guy zerknął na Rosemary. Łatany dywan? - mówiło jego spojrzenie. Uciekła wzrokiem i uśmiechnęła się promiennie. Uwielbiam to, tutaj wszystko jest cudowne! - krzyczała jej mina.
- Od śmierci poprzedniej lokatorki, pani Gardenii, minęło dopiero kilka dni, jej rzeczy wciąż są w mieszkaniu - poinformował pan Micklas, nie oglądając się na nich. - Jej syn prosił mnie o przekazywanie oglądającym, że dywany, klimatyzatory i niektóre meble można odkupić praktycznie za bezcen. - Skręcił w kolejne odgałęzienie korytarza, wyłożone nowszą na oko tapetą w zielone i złote pasy.
- Czy zmarła w mieszkaniu? - spytała Rosemary. - Nie żebym...
- Ależ nie, skądże - zaprzeczył czym prędzej pan Micklas. - W szpitalu. Tygodniami leżała w śpiączce. Była bardzo stara, umarła, nie odzyskawszy przytomności. Też chciałbym tak odejść, kiedy wybije moja godzina. Do końca zachowała pogodę ducha i energię, sama sobie gotowała, robiła zakupy... Była jedną z pierwszych kobiet prawników w stanie Nowy Jork.
Dotarli do schodów na końcu korytarza. Po lewej ujrzeli drzwi mieszkania 7E, pozbawione rzeźbionych ozdób i węższe od tych, które mijali. Pan Micklas nacisnął perłowy guzik dzwonka - nad którym na czarnej plastikowej tabliczce wypisano białymi literami L. Gardenia - i przekręcił klucz w zamku. Pomimo brakujących palców poradził sobie z klamką i szarmancko otworzył drzwi.
- Zapraszam - powiedział i stojąc na palcach, przytrzymał im drzwi wyciągniętą na całą długość ręką.
WĄSKI KORYTARZ BIEGNĄCY NA wprost od wejścia dzielił czteropokojowe mieszkanie na pół, po dwa pomieszczenia z każdej strony. W pierwszym po prawej była kuchnia; na jej widok Rosemary nie mogła powstrzymać chichotu, bo była równie duża, jeśli nie większa, niż cała kawalerka, w której teraz mieszkali. Znajdowały się tam sześciopalnikowa kuchenka gazowa z dwoma piekarnikami, kolosalna lodówka i ogromny zlew; poza tym były dziesiątki szafek, okno wychodzące na Siódmą Aleję, rzeczywiście wysoki sufit, a nawet - gdyby usunąć chromowany stół i krzesła pani Gardenii oraz powiązane roczniki "Fortune" i "Musical America" - idealne miejsce na coś w rodzaju błękitno-kremowego kącika śniadaniowego, którego projekt wycięła sobie z ostatniego numeru "House Beautiful".
Naprzeciwko kuchni znajdowała się jadalnia. Mógł to być też drugi pokój, który pani Gardenia najwyraźniej wykorzystywała jako coś pomiędzy gabinetem a oranżerią. Na prowizorycznych półkach pod spiralami zgaszonych jarzeniówek stały setki małych roślin, więdnących bądź martwych, a pośród nich królowało biurko żaluzjowe, zawalone książkami i papierami. Był to piękny mebel, okazały i wiekowy. Rosemary zostawiła Guya i pana Micklasa, rozmawiających przy drzwiach, i podeszła do niego, ostrożnie omijając półkę z uschniętymi brązowymi liśćmi. Takie biurka wystawiano w witrynach antykwariatów; dotykając go, zastanawiała się, czy to jeden z tych przedmiotów, które można odkupić praktycznie za bezcen. Na różowym papierze ktoś wypisał pięknym charakterem pisma: ...niż tylko zajmującą rozrywką, jak sądziłam. Nie mogę już dłużej utożsamiać się z... Rosemary uświadomiła sobie, że wtyka nos w nie swoje sprawy, podniosła wzrok i zobaczyła, że pan Micklas odwraca się od Guya.
- Czy to biurko wchodzi w skład rzeczy, które syn pani Gardenii chce sprzedać? - spytała.
- Nie wiem - odparł pan Micklas. - Ale mogę się dowiedzieć.
- Jest piękne - przyznał Guy.
- Prawda? - rzuciła Rosemary i z uśmiechem rozejrzała się po ścianach i oknach.
Pomieszczenie idealnie nadawałoby się na taki pokój dziecięcy, jaki sobie wymarzyła. Był trochę ciemny - okna wychodziły na wąskie podwórko - ale żółto-biała tapeta ładnie by go rozjaśniła. Łazienka, choć niewielka, stanowiła miły dodatek, a szafa, pełna doniczek z młodymi sadzonkami, które wyglądały na całkiem zdrowe, była naprawdę porządna.
Skierowali się do wyjścia.
- Co to za rośliny? - zapytał Guy.
- Głównie zioła - odparła Rosemary. - Jest mięta, bazylia... a tych nie znam.
Dalej w korytarzu, po lewej, znajdowała się szafa dla gości, a po prawej - szerokie sklepione wejście do salonu. Naprzeciwko widniały dwa duże okna wykuszowe, z szybami w kształcie rombów i trzyczęściowymi ławami pod spodem. W ścianie po prawej zamontowano mały kominek z rzeźbionym gzymsem z białego marmuru, a tę po lewej zajmowały wysokie dębowe regały.
- Och, Guy! - pisnęła Rosemary, chwyciła jego dłoń i ją ścisnęła.
- Uhm - mruknął wymijająco, ale odwzajemnił uścisk.
- Kominek działa, ma się rozumieć - powiedział pan Micklas, stojący obok nich.
Sypialnia, za ich plecami, była wystarczającej wielkości - miała mniej więcej cztery metry na sześć i okna wychodzące na to samo wąskie podwórko co te w pomieszczeniu, które mogło być jadalnią, drugim pokojem lub pokojem dziecięcym. Łazienka za salonem była duża i pełna obłych białych urządzeń z mosiężnymi gałkami.
- Cudowne mieszkanie! - zawołała Rosemary po powrocie do salonu. Obróciła się, rozkładając ramiona, jakby chciała je objąć. - Uwielbiam je!
- Próbuje pana skłonić do obniżki czynszu - rzucił Guy.
Pan Micklas uśmiechnął się.
- Podnieślibyśmy go, gdybyśmy mogli. To znaczy ponad dozwolone piętnaście procent. Mieszkania z takim urokiem i charakterem są dziś równie rzadkie jak zęby u kury. Nowi... - Urwał, spoglądając na mahoniową sekreterę stojącą na końcu głównego korytarza. - Dziwne - mruknął. - Za tą sekreterą jest szafa. Z całą pewnością. Powinno ich być pięć: dwie w sypialni, jedna w drugim pokoju i dwie w korytarzu, tutaj i tutaj. - Podszedł do mebla.
Guy stanął na palcach.
- Ma pan rację - przytaknął. - Widzę górną krawędź drzwi.
- Przesunęła ją - zauważyła Rosemary. - Sekreterę. Kiedyś stała tutaj.
Wskazała wysoki ślad na ścianie obok drzwi sypialni i głębokie odciski po czterech kulistych nóżkach w bordowym dywanie. Od tych wgnieceń aż do miejsca, gdzie teraz przy wąskiej sąsiedniej ścianie znajdowała się sekretera, biegły łukiem blade rysy.
- Pomoże mi pan? - zwrócił się do Guya pan Micklas.
Wspólnymi siłami stopniowo przepchnęli mebel z powrotem na jego pierwotne miejsce.
- Już wiem, czemu zapadła w śpiączkę - mruknął Guy, napierając.
- Nie przesunęłaby jej sama. Miała osiemdziesiąt dziewięć lat - odparł pan Micklas.
Rosemary z wahaniem spojrzała na drzwi szafy, które odsłonili.
- Wolno nam je otworzyć? - spytała. - Może powinien to zrobić jej syn?
Nogi sekretery idealnie wpasowały się w cztery odciski w dywanie. Pan Micklas rozmasował pozbawione niektórych palców dłonie.
- Mam pozwolenie na pokazanie mieszkania - oświadczył, podszedł do drzwi i je otworzył.
Szafa była prawie pusta; z jednej strony stał odkurzacz, z drugiej kilka desek. Na górnej półce leżały niebieskie i zielone ręczniki kąpielowe.
- Ten, kogo tam zamknęła, zwiał - skomentował Guy.
- Widocznie nie potrzebowała pięciu szaf - skwitował pan Micklas.
- Ale dlaczego zastawiła odkurzacz i ręczniki? - spytała Rosemary.
Pan Micklas wzruszył ramionami.
- Pewnie nigdy się nie dowiemy. Chyba na starość rzeczywiście dziwaczała. - Uśmiechnął się. - Mogę państwu coś jeszcze pokazać albo wyjaśnić?
- Tak - odparła Rosemary. - Co z praniem? Czy na dole jest pralnia?
PODZIĘKOWALI PANU MICKLASOWI, który odprowadził ich aż na ulicę, i wolno ruszyli Siódmą Aleją.
- Jest tańsze od tamtego - powiedziała Rosemary takim tonem, jakby na uwadze miała przede wszystkim względy praktyczne.
- Ale ma o jeden pokój mniej, kochanie - zauważył Guy.
Przez chwilę szła w milczeniu.
- Za to jest w lepszej dzielnicy - dodała w końcu.
- To prawda - przyznał. - Mógłbym chodzić do teatrów pieszo.
Podniesiona na duchu, zapomniała o względach praktycznych.
- Guy, weźmy je! Proszę cię! Proszę! To takie cudowne mieszkanie! Ta stara pani Gardenia nic z nim nie zrobiła! Ten salon mógłby być... mógłby być piękny, ciepły i... Och, Guy, proszę cię! Weźmy je, dobrze?
- Jasne - rzucił z uśmiechem. - Jeśli tylko uda nam się wykręcić z tamtej umowy.
Uszczęśliwiona Rosemary złapała go pod rękę.
- Uda się! - zawołała. - Coś wymyślisz, wiem, że potrafisz!
Guy zadzwonił z przeszklonej budki telefonicznej do pani Cortez, a Rosemary, stojąc na zewnątrz, próbowała czytać z ruchu warg. Pani Cortez powiedziała, że daje im czas do trzeciej; jeśli do tej pory się nie odezwą, zadzwoni do następnych chętnych z listy oczekujących.
Poszli do Rosyjskiej Herbaciarni i zamówili po Krwawej Mary i kanapce z kurczakiem na czarnym chlebie.
- Możesz im powiedzieć, że zachorowałam i muszę iść do szpitala - podsunęła Rosemary.
Taki argument nie był jednak ani przekonujący, ani dostatecznie mocny. Guy zmyślił więc bajeczkę o tym, że dostał propozycję dołączenia do obsady spektaklu Przyjdź i zadmij w róg, która wybierała się na czteromiesięczne tournée po Wietnamie i Dalekim Wschodzie. Aktor grający Alana złamał biodro, więc jeśli on, Guy, znający rolę z wcześniejszych występów, nie wskoczy na jego miejsce, wyjazd trzeba będzie przełożyć o co najmniej dwa tygodnie. A byłoby szkoda, przecież ci chłopcy tam, w Wietnamie, tak dzielnie walczą z komunistami. Jego żona musiałaby w tym czasie zatrzymać się u rodziców w Omaha...
Przećwiczył tę historyjkę dwa razy i ruszył na poszukiwanie telefonu.
Rosemary sączyła drinka i zaciskała mocno kciuk schowanej pod stołem lewej ręki. Myślała o mieszkaniu przy Pierwszej Alei, którego już nie chciała, i skrupulatnie wyliczała w myślach jego zalety: lśniąca nowością kuchnia, zmywarka, widok na East River, centralna klimatyzacja...
Kelnerka przyniosła kanapki.
Obok przeszła ciężarna kobieta w granatowej sukience. Patrząc na nią, Rosemary oceniła ją na szósty, może siódmy miesiąc; przyszła matka rozmawiała wesoło przez ramię z objuczoną torbami starszą kobietą, pewnie matką.
Ktoś siedzący pod ścianą naprzeciwko pomachał do niej ręką - ruda dziewczyna, która zaczęła pracę w CBS kilka tygodni przed jej rezygnacją. Rosemary odwzajemniła gest. Dziewczyna powiedziała coś bezgłośnie, a widząc, że koleżanka nie zrozumiała, powtórzyła. Siedzący na wprost niej mężczyzna odwrócił się i spojrzał na Rosemary; jego woskowa twarz sprawiała, że wyglądał jak zagłodzony.
I wtedy wrócił Guy - wysoki, przystojny, z trudem hamował uśmiech, a z całej jego postawy biło jedno słowo: Tak.
- Załatwiłeś? - rzuciła Rosemary, gdy usiadł naprzeciwko niej.
- Załatwiłem - odparł. - Umowa jest unieważniona, zwrócą nam zaliczkę, a ja mam wypatrywać porucznika Hartmana z Korpusu Łączności. O drugiej jesteśmy umówieni z panią Cortez.
- Dzwoniłeś do niej?
- Dzwoniłem.
Ni stąd, ni zowąd stanęła obok nich ruda dziewczyna, zaczerwieniona i rozpromieniona.
- Właśnie mówiłam, że małżeństwo wyraźnie ci służy, wyglądasz wspaniale - powiedziała.
Rosemary roześmiała się, gorączkowo próbując sobie przypomnieć jej imię.
- Dziękuję! Świętujemy. Właśnie załatwiliśmy sobie mieszkanie w Bramfordzie!
- W Bram? - Dziewczyna aż zapiszczała. - Uwielbiam ten budynek! Jeśli będziecie kiedyś chcieli je podnająć, jestem pierwsza w kolejce, pamiętajcie! Te wszystkie dziwaczne gargulce i stwory, co się wspinają między oknami!
Rozdział drugi
O DZIWO, HUTCH PRÓBOWAŁ ich od tego odwieść, twierdząc, że Bramford to "strefa zagrożenia".
Po przyjeździe do Nowego Jorku w czerwcu 1962 roku Rosemary zamieszkała z inną dziewczyną z Omaha i dwiema z Atlanty przy Lexington Avenue, na jej modnym odcinku. Hutch mieszkał po sąsiedzku i wprawdzie zrezygnował z roli ojca zastępczego na pełny etat, jakiego dziewczyny z chęcią by z niego zrobiły - wychowałem dwie córki i wystarczy, pięknie dziękuję - to jednak zawsze był pod ręką w razie nagłych wypadków, takich jak "Noc, kiedy ktoś czaił się na schodach przeciwpożarowych" albo "Ten raz, gdy Jeanne o mało się nie udławiła". Nazywał się Edward Hutchins, był Anglikiem i miał pięćdziesiąt cztery lata. Pod trzema pseudonimami pisał trzy serie książek przygodowych dla chłopców.
Rosemary zapewniał pomoc w innego rodzaju sytuacjach kryzysowych. Była najmłodsza z sześciorga dzieci - pozostała piątka wcześnie wyszła za mąż lub ożeniła się i zamieszkała niedaleko rodziców. W Omaha zostawiła za sobą wiecznie wściekłego, podejrzliwego ojca, milczącą matkę i czworo obrażonego rodzeństwa. (Tylko Brian, drugi najstarszy z braci, który miał problem z alkoholem, powiedział: "Jedź, Rosie, rób, co chcesz" i wsunął jej do ręki plastikową torebkę z osiemdziesięcioma pięcioma dolarami). W Nowym Jorku dręczyło ją poczucie winy, gryzła się, że jest egoistką, a Hutch wspierał ją mocną herbatą, rozmowami o rodzicach i dzieciach i tłumaczył, że każdy ma także obowiązki wobec samego siebie. Zadawała mu pytania, które w katolickim liceum były nie do pomyślenia, a on z kolei zapisał ją na wieczorowy kurs filozofii na New York University. "Zrobię jeszcze księżnę z tej ulicznicy!" - mawiał, na co Rosemary dowcipnie odpowiadała: "Się wie!".
Teraz Rosemary i Guy mniej więcej raz w miesiącu spotykali się z Hutchem na kolacji - przeważnie u nich, a jeśli przyszła jego kolej i on zapraszał, to w restauracji. Guy uważał go wprawdzie za nudziarza, ale zawsze odnosił się do niego serdecznie; żona Hutcha była kuzynką dramatopisarza Terence'a Rattigana, a Hutch z nim korespondował. Guy wiedział, że w teatrze często najbardziej liczą się znajomości, nawet te z drugiej ręki.
W czwartek, po obejrzeniu mieszkania Rosemary i Guy zjedli z Hutchem kolację U Klubego - w małej niemieckiej knajpce przy Dwudziestej Trzeciej. We wtorek po południu wymienili go jako jedną z trzech osób, które na życzenie pani Cortez udzielą im referencji, a on tymczasem otrzymał jej prośbę i już ich polecił.
- Korciło mnie, żeby napisać, że ćpacie i śmiecicie, gdzie popadnie, albo robicie coś równie odpychającego dla zarządców nieruchomości - rzekł.
Zapytali dlaczego.
- Nie wiem, czy o tym słyszeliście - powiedział, smarując bułkę masłem - ale na początku wieku Bramford miał dosyć marną reputację. - Spojrzał na nich, zobaczył, że nie mają o tym pojęcia, i mówił dalej. (Miał szeroką, błyszczącą twarz, żywe niebieskie oczy i kilka pasm przyklepanych czarnych włosów, zaczesanych w poprzek łysiny). - Oprócz sław takich jak Isadora Duncan czy Theodore Dreiser w Bramfordzie mieszkało sporo nieciekawych, acz znanych osób. Siostry Trench przeprowadzały tam swoje eksperymenty dietetyczne, a Keith Kennedy wydawał przyjęcia. W Bramfordzie mieszkał też Adrian Marcato. I Pearl Ames.
- Kim były siostry Trench? - zapytał Guy, a Rosemary dodała:
- A kto to był Adrian Marcato?
- Siostry Trench to były dwie przykładne damy z epoki wiktoriańskiej, które od czasu do czasu uprawiały kanibalizm - wyjaśnił Hutch. - Ugotowały i zjadły kilkoro małych dzieci, w tym własną bratanicę.
- Urocze - mruknął Guy.
Hutch odwrócił się do Rosemary.
- Adrian Marcato zajmował się czarną magią - ciągnął. - W latach dziewięćdziesiątych dziewiętnastego wieku wzbudził sensację, ogłaszając, że przywołał żywego Szatana. Na dowód pokazywał garść włosów i kawałki pazurów i najwyraźniej ludzie mu uwierzyli... w każdym razie było ich dość, żeby zebrać tłum, który napadł go i omal nie zabił na dziedzińcu Bramfordu.
- Żartujesz - wtrąciła Rosemary.
- Jestem śmiertelnie poważny. Kilka lat później działalność zaczął tam prowadzić Keith Kennedy i w latach dwudziestych dom stał prawie pusty.
- Wiedziałem, co robili Keith Kennedy i Pearl Ames - odezwał się Guy - ale nie miałem pojęcia, że mieszkał tam Adrian Marcato.
- I te siostry - dorzuciła Rosemary, wzdrygając się.
- Dopiero w związku z brakiem mieszkań po drugiej wojnie światowej budynek znów się zapełnił - ciągnął Hutch. - Teraz ma renomę prestiżowego starego apartamentowca. Ale w latach dwudziestych mówiono na niego Czarny Bramford i rozsądni ludzie omijali go szerokim łukiem. Melon jest dla ciebie, prawda, Rosemary?
Kelner przyniósł przystawki. Rosemary spojrzała pytająco na Guya; ten zmarszczył czoło i szybko pokręcił głową: Spokojnie, nie daj mu się wystraszyć.
Kelner odszedł.
- Przez lata w Bramfordzie wydarzyło się aż nadto potwornych i niesmacznych rzeczy - podjął Hutch. - I nie wszystkie należą do odległej przeszłości. W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku znaleziono w piwnicy martwe niemowlę zawinięte w gazetę.
- Ale przecież... od czasu do czasu pewnie w każdym budynku zdarzają się okropne rzeczy - zaprotestowała Rosemary.
- Od czasu do czasu tak - przyznał. - Sęk w tym, że w Bramfordzie okropne rzeczy zdarzają się znacznie częściej niż tylko "od czasu do czasu". Są też mniej spektakularne nieprawidłowości. Na przykład liczba samobójstw jest tam wyraźnie wyższa niż w innych domach o podobnej wielkości i wieku.
- A twoim zdaniem z czego to wynika? - zapytał Guy, udając, że jest na serio zatroskany. - Na pewno da się to jakoś wytłumaczyć.
Hutch przyglądał mu się przez chwilę.
- Nie wiem - odparł. - Może po prostu zła sława otaczająca siostry Trench przyciągnęła Adriana Marcato, z kolei jego renoma przyciągnęła Keitha Kennedy'ego i w końcu budynek stał się czymś w rodzaju... mekki dla ludzi bardziej niż inni skłonnych do pewnych zachowań. A może zachodzą zjawiska, których jeszcze nie znamy, związane z polami magnetycznymi, elektronami czy czym tam jeszcze... Coś, co powoduje, że dane miejsce staje się siedliskiem zła, dosłownie. Wiem jedno: Bramford wcale nie jest wyjątkiem. W Londynie, na Praed Street, stał niewielki budynek, w którym w ciągu sześćdziesięciu lat dokonano pięciu brutalnych morderstw. Nie miały ze sobą nic wspólnego... zabójcy ani ofiary nie byli spokrewnieni i nie chodziło o ten sam kamień księżycowy ani o sokoła maltańskiego. A jednak sześćdziesiąt lat przyniosło pięć bestialskich zabójstw w tym samym domku ze sklepem na parterze i mieszkaniem na piętrze. Zburzono go w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym czwartym roku... bez żadnego szczególnego powodu, bo z tego, co wiem, działka do dziś stoi pusta.
Rosemary dłubała łyżeczką w melonie.
- Może są też dobre domy - powiedziała. - Takie, w których ludzie ciągle się w sobie zakochują, pobierają się i mają dzieci.
- I zostają gwiazdorami - dorzucił Guy.
- Pewnie są i takie - przyznał Hutch. - Tyle że o nich się nie słyszy. To te parszywe zdobywają rozgłos. - Uśmiechnął się do nich. - Wolałbym, żebyście znaleźli sobie jakiś porządny dom zamiast Bramfordu.
Łyżeczka z kawałkiem melona zatrzymała się w połowie drogi do ust.
- Naprawdę próbujesz nas od tego odwieść? - spytała Rosemary.
- Moja droga, wieczorem byłem na całkiem udanej randce z czarującą kobietą i przerwałem ją tylko po to, żeby się z wami zobaczyć i powiedzieć, co mam do powiedzenia. Tak, naprawdę próbuję wam to wyperswadować.
- Na litość boską, Hutch... - zaprotestował Guy, ale ten wpadł mu w słowo:
- Nie twierdzę, że ledwie wejdziecie do Bramfordu, fortepian spadnie wam na głowę, zjedzą was stare panny albo zamienicie się w kamień. Mówię tylko, że takie są fakty, więc trzeba je brać pod uwagę tak samo, jak rozsądny czynsz czy działający kominek... a ten dom ma wyjątkowo wysoki wskaźnik przykrych zdarzeń. Po co z premedytacją wchodzić w strefę zagrożenia? Jeśli już tak wam zależy na dziewiętnastowiecznym przepychu, wprowadźcie się do Dakoty albo do Osborne'a.
- Dakota należy do spółdzielni mieszkaniowej, a Osborne ma iść do rozbiórki - zauważyła Rosemary.
- Nie przesadzasz aby trochę, Hutch? - zapytał Guy. - Czy w ostatnich latach zdarzyło się tam jeszcze "coś przykrego"? Poza tym dzieckiem w piwnicy?
- W zeszłą zimę zginął windziarz - odparł Hutch. - W wypadku, o którym lepiej nie mówić przy stole. Dziś po południu spędziłem trzy godziny w bibliotece, nad katalogiem "New York Timesa" i mikrofilmami. Chcecie usłyszeć więcej?
Rosemary spojrzała na Guya. Odłożył widelec i otarł usta.
- To bez sensu - oświadczył. - No dobrze, zdarzyło się tam sporo przykrych rzeczy. Ale to nie znaczy, że będą się powtarzać. Nie widzę powodu, dlaczego Bramford miałby być większą "strefą zagrożenia" niż jakikolwiek inny dom w tym mieście. Jeśli rzucasz monetą i pięć razy z rzędu wypadnie ci orzeł, to wcale nie znaczy, że kolejne pięć rzutów też da orła. Ani że ta moneta różni się od innych. Ot, zwykły przypadek i tyle.
- Gdyby rzeczywiście coś tam było nie tak, to chyba by go zburzono? - dorzuciła Rosemary. - Jak tamten dom w Londynie.
- Dom w Londynie należał do rodziny ostatniego z zamordowanych. Bramford jest własnością kościoła obok.
- No widzisz - rzucił Guy, zapalając papierosa. - Będziemy pod boską opieką.
- Dotychczas jakoś nie działała - zauważył Hutch.
Kelner zabrał ich talerze.
- Nie wiedziałam, że ten dom należy do Kościoła - powiedziała Rosemary.
- Całe to miasto do nich należy - skwitował Guy.
- A próbowaliście w Wyomingu? - spytał Hutch. - Zdaje się, że to ten sam kwartał ulic.
- Kochany, próbowaliśmy wszędzie - zapewniła go Rosemary. - Naprawdę wszędzie. Nie ma nic, absolutnie nic, są tylko te nowe bloki, a w nich równiutkie kwadratowe pokoje, wszystkie identyczne, i kamery ochrony w windach.
- Czy to aż takie straszne? - zapytał Hutch z uśmiechem.
- Tak - odparła.
- Mieliśmy już się do takiego wprowadzać, ale zrezygnowaliśmy, żeby wziąć to mieszkanie - dodał Guy.
Hutch przyglądał im się przez chwilę, a potem odchylił się na krześle i uderzył dłońmi w stół.
- Wystarczy - powiedział. - W ogóle nie powinienem się wtrącać, ale odtąd będę pilnował własnego nosa. Palcie sobie w tym waszym kominku! Dam wam zasuwę do drzwi i od dziś będę trzymał buzię na kłódkę. Wybaczcie mi, jestem idiotą.
Rosemary się uśmiechnęła.
- W drzwiach już jest zasuwa. I łańcuch, a nawet wizjer.
- No to pamiętajcie, żeby używać wszystkich trzech - poradził Hutch. - I nie łaźcie po korytarzach, żeby się przedstawiać każdemu, kto się napatoczy. To nie Iowa.
- Omaha.
Kelner podał dania główne.
W PONIEDZIAŁEK PO POŁUDNIU Rosemary i Guy podpisali dwuletnią umowę najmu mieszkania 7E w Bramfordzie. Wręczyli pani Cortez czek na pięćset osiemdziesiąt trzy dolary - czynsz za pierwszy miesiąc z góry oraz kaucję - i dowiedzieli się, że jeśli chcą, mogą się wprowadzić przed pierwszym września, bo mieszkanie zostanie opróżnione do końca tygodnia, więc malarze mogą wejść już w środę osiemnastego.
Tego samego dnia po południu zadzwonił Martin Gardenia, syn poprzedniej lokatorki. Umówili się z nim w mieszkaniu na wtorek, na ósmą wieczorem, i spotkali wysokiego mężczyznę po sześćdziesiątce o pogodnym, otwartym usposobieniu. Pokazał im rzeczy, które chciał sprzedać, i podał - bardzo atrakcyjne - ceny. Rosemary i Guy naradzili się, obejrzeli wszystko i kupili dwa klimatyzatory, toaletkę z palisandru z tapicerowanym stołkiem, perski dywan z salonu oraz przybory kominkowe: ruszt, ekran i pogrzebacz. Niestety, biurko żaluzjowe nie było na sprzedaż. Kiedy Guy wypisywał czek i pomagał oznaczać przedmioty, które miały zostać, Rosemary zmierzyła salon i sypialnię składaną dwumetrową miarką, którą kupiła rano.
W marcu Guy zagrał epizodyczną rolę w serialu Inny świat. Teraz jego postać powróciła na trzy dni, więc przez resztę tygodnia był zajęty. Rosemary przejrzała teczkę z pomysłami na wystrój, które zbierała od czasów liceum, wybrała dwa najbardziej pasujące do nowego mieszkania i poszła oglądać meble z Joan Jellico, jedną z dziewczyn z Atlanty, z którymi dzieliła lokum po przyjeździe do Nowego Jorku. Joan miała wizytówkę dekoratora, dzięki czemu mogły wejść do hurtowni i salonów wystawowych. Rosemary chłonęła wzrokiem asortyment, robiła dla Guya notatki i szkice, objuczona próbkami tkanin i tapet wróciła do domu w samą porę, by obejrzeć go w Innym świecie, a potem zdążyła jeszcze wyskoczyć po zakupy na kolację. Opuściła zajęcia z rzeźby i z radością odwołała wizytę u dentysty.
W piątkowy wieczór mieszkanie było już ich - pustka wysokich pokoi i obcego im mroku, w którą weszli z lampą i torbą z zakupami, słuchając, jak z najdalszych zakątków niesie się echo ich kroków. Włączyli klimatyzatory i zachwycali się dywanem, kominkiem i toaletką; podziwiali też wannę, klamki, zawiasy, sztukaterię, podłogi, kuchenkę, lodówkę, wykusze i widok. Zrobili sobie piknik na dywanie - kanapki z tuńczykiem i piwo - a potem rozrysowali plan wszystkich czterech pomieszczeń; Guy mierzył, a Rosemary szkicowała. Wrócili na dywan, zgasili lampę, rozebrali się i kochali w nocnej poświacie z pozbawionych żaluzji okien.
- Ciii! - syknął później Guy, rozszerzając oczy ze strachu. - Słyszysz? To siostry Trench żują dzieci!
Rosemary walnęła go mocno w głowę.
Kupili sofę i olbrzymie łóżko, stół do kuchni i dwa krzesła z giętego drewna. Zadzwonili do dostawcy elektryczności, do firmy telefonicznej, do sklepów, do fachowców i firmy od przeprowadzek Padded Wagon. W środę osiemnastego przyszli malarze, załatali, zaszpachlowali, zagruntowali, pomalowali i w piątek dwudziestego zniknęli, zostawiając po sobie kolory niemal identyczne z próbkami Rosemary. Potem przyszedł tapeciarz, pomarudził, ale wykleił sypialnię.
Obdzwonili sklepy, fachowców i matkę Guya w Montrealu. Kupili szafę, stół do jadalni, sprzęt hi-fi, nową zastawę i sztućce. Było ich na to stać: w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym czwartym roku Guy zagrał w serii reklam Anacinu, które, wielokrotnie powtarzane, przyniosły mu osiemnaście tysięcy dolarów i wciąż dawały solidny dochód.
Zamontowali rolety, wykleili półki, dopilnowali kładzenia dywanu w sypialni i białych winylowych płyt w przedpokoju. Kupili telefon z trzema gniazdkami, zapłacili rachunki i zostawili na poczcie zawiadomienie o zmianie adresu.
W piątek dwudziestego siódmego sierpnia przeprowadzili się. Joan i Dick Jellico przysłali im dużą roślinę w donicy, a agent Guya mniejszą. Od Hutcha dostali telegram: Bramford zmieni się ze złego domu w dobry w dniu, gdy znajdą się w nim drzwi z napisem R. i G. Woodhouse'owie.