Dziedzictwo krwi (#3). Karmazynowe rządy - Amelie Wen Zhao

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (21,95 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

CESARSTWO CYRILYJSKIE

Tamtej nocy w poświa­cie krwa­wego księ­życa ocean pobły­ski­wał nie­po­ko­ją­cym kar­ma­zy­nem. Ana­sta­zja Michaj­łowna wychy­liła się przez reling i zro­biła głę­boki wdech. Znów oddy­chała ostrym, mroź­nym powie­trzem swo­jego cesar­stwa.

Przez te dwa tygo­dnie, które spę­dziła na morzu, patrzyła, jak z pięk­nego kobal­to­wego błę­kitu u brze­gów Bre­gonu woda prze­cho­dzi stop­niowo w blade, bez­li­to­sne fale Cyri­lii. Wil­gotne połu­dniowe powie­trze sta­wało się coraz surow­sze i such­sze, im dalej byli na pół­nocy. Wiatr sma­gał żagle.

Cesar­stwo Cyri­lyj­skie wykute było z lodu i śniegu. To tu się uro­dziła i wycho­wała. Była córką tej ziemi.

- Za godzinę dobi­jamy do brzegu.

Ana odwró­ciła się. W jej stronę szła Daja. Na pew­nym eta­pie tego rejsu na zimną pół­noc Kusu­tryjka zarzu­ciła na swoją bre­goń­ską tunikę grube futro, spod któ­rego wysta­wały teraz skó­rzane buci­ska. Bły­snęła jej kapi­tań­ska odznaka. Tej nocy na jej ustach nie igrał bez­tro­ski uśmiech. Twarz miała poważną, gdy oparła się o burtę obok Any.

- Załoga jest gotowa na... cóż... na cokol­wiek tam zasta­niemy - zakoń­czyła, ponu­rym ruchem głowy wska­zu­jąc kie­ru­nek.

Cokol­wiek tam zasta­niemy. Ana chwy­ciła się mocno burty, zaci­snęła szczęki, wbiła w hory­zont nie­ugięty wzrok.

Minął już cały księ­życ, odkąd zmu­szona była uciec ze swego cesar­stwa, porzu­cić swój lud, choć gro­ziła mu rzeź, a wszystko to w poszu­ki­wa­niu zabój­czej broni, która - gdyby zdo­była ją Mor­ga­nia - mogłaby dopro­wa­dzić do zagłady nie tylko Cyri­lii, ale wręcz całego świata. Syfony umoż­li­wiały tym, któ­rzy je nosili, kra­dzież powi­no­wac­twa i sta­no­wiły część więk­szego, knu­tego od dzie­się­cio­leci planu Ala­rica Ker­lana i rządu bre­goń­skiego, który zakła­dał mię­dzy innymi jesz­cze więk­sze wyzy­ski­wa­nie powi­no­wa­tych. Mor­ga­nia oczy­wi­ście zdo­łała namie­rzyć jedyne dwa ist­nie­jące jesz­cze sprawne syfony, żeby zagar­nąć całą tę moc dla sie­bie.

- Szu­kamy tylko jed­nej osoby - odpo­wie­działa Ana cicho.

- Myślisz, że gdzieś tam jest? - mruk­nęła Daja, znowu wska­zu­jąc głową w stronę brzegu.

Nie musiały nawet wyma­wiać tego imie­nia. Sor­sha. Sor­sha Far­rald, przy­rod­nia sio­stra Ram­sona, nie­gdyś porucz­nik Błę­kit­nego Fortu. Dziew­czyna, która w imię zemsty zdra­dziła wła­sną armię i kró­le­stwo, sie­jąc przy tym znisz­cze­nie i zgrozę.

Dziew­czyna, która ukra­dła oba syfony.

Za pomocą jed­nego z nich prze­jęła powi­no­wac­two krwi Any. Były to bran­so­lety ze skały mor­skiej; jedną Sor­sha nosiła na nad­garstku, tak że w każ­dej chwili mogła ska­na­li­zo­wać ukra­dzioną moc. Drugą poprzy­się­gła zawieźć Mor­ga­nii. A potem znik­nęła.

Anie robiło się słabo na myśl o tym, że jej mocą będzie teraz wła­dać osoba opę­tana furią i manią nisz­cze­nia. Był to zresztą zale­d­wie wstęp do zagłady, którą syfony mogły spro­wa­dzić na zie­mię. Ludz­kość na­dal będzie wyzy­ski­wać powi­no­wa­tych. Dalej poto­czy się koło wła­dzy i wła­da­nych, wyzy­sku­ją­cych i wyzy­ski­wa­nych.

Chyba że Ana znaj­dzie oba syfony i zakoń­czy oparte na stra­chu rządy Mor­ga­nii.

Zmru­żyła oczy.

- Wiem, że gdzieś tam jest - odparła. - Musimy tylko dotrzeć do niej szyb­ciej niż ona do Mor­ga­nii... - Roz­kasz­lała się tak bar­dzo, że aż ją rzu­ciło na burtę. Nie po raz pierw­szy poczuła, że coś w niej jest bar­dzo nie tak, jakaś pustka, która aż boli.

Poczuła na ramio­nach dotyk moc­nych dłoni Dai.

- Wszystko w porządku? - Mil­cze­nie. A potem dru­gie pyta­nie: - Czy ty dziś w ogóle coś jadłaś?

Przez ostat­nie dwa tygo­dnie na pokła­dzie Zwia­stuna Burzy Ana coraz bar­dziej tra­ciła ape­tyt. Kła­dła to na karb cho­roby mor­skiej, lecz każ­demu, kto przyj­rzałby się uważ­niej, bez­sen­ność, zawroty głowy i napady kaszlu sko­ja­rzy­łyby się raczej z czymś o wiele poważ­niej­szym.

Z utratą powi­no­wac­twa.

Linn, przy­ja­ciółka i sojusz­niczka Any, opo­wia­dała jej prze­cież, co ujrzała w bre­goń­skich lochach, gdy się do nich wła­mali. Mówiła o dziew­czy­nie, która wyglą­dała jak szkie­let obcią­gnięty skórą, a nie czło­wiek. O jej cien­kich, wypa­da­ją­cych gar­ściami zło­tych wło­sach. O twa­rzy tak zapad­nię­tej, jakby już była tru­pem.

Ana widziała swoje odbi­cie w zwier­cia­dle, które Daja miała w kapi­tań­skiej kaju­cie - zauwa­żyła wklę­słe policzki, gęste, czarne włosy po matce teraz nagle rzed­nące.

Co dnia powta­rzała sobie, że król Bre­gonu Darias pro­wa­dzi bada­nia nad roz­bra­ja­niem syfo­nów i neu­tra­li­zo­wa­niem ich dzia­ła­nia. Da jej znać, gdy tylko się cze­goś dowie.

Wypro­sto­wała się.

- To nic takiego - rzu­ciła, nie patrząc Dai w oczy.

Przy­ja­ciółka pokle­pała ją po ple­cach.

- Pew­nie tylko cho­roba mor­ska. Jak sta­niesz na lądzie, od razu się lepiej poczu­jesz. - Daja uśmiech­nęła się i wska­zała niebo. - Dziś Krwawy Księ­życ. Wiesz, co to ozna­cza?

Ana podą­żyła za jej wzro­kiem.

- Według cyri­lyj­skich legend to Zimowy Ogień - powie­działa. - Ale podoba mi się nazwa "Krwawy Księ­życ".

- Według moich bogów zapo­wiada wojnę i prze­lew krwi - cią­gnęła Daja, odchy­la­jąc głowę zupeł­nie tak jak Ana. Odgar­nęła sobie z twa­rzy czarny war­ko­czyk. Jej białe zęby bły­snęły w ciem­no­ściach. - Bio­rąc pod uwagę, że mamy za ple­cami tysięczne woj­sko bre­goń­skie, wróżę nam udaną bitwę.

Na tę myśl Ana odwró­ciła się ple­cami do dziobu. Za nią niczym duchy w księ­ży­co­wej poświa­cie maja­czyły żagle floty, któ­rej uży­czył jej w ramach soju­szu król Darias. Maszty wbi­jały się w nie­bo­skłon jak szty­lety. Na płót­nach wid­niały bre­goń­skie smoki mor­skie i cyri­lyj­skie tygrysy - tym razem nie białe, lecz krwi­ście czer­wone.

Czer­wona Tygry­sica.

To ona stała się sym­bo­lem par­tii i jej rewo­lu­cji. Sym­bo­lem nowej Cyri­lii - kra­iny spra­wie­dli­wej, pozba­wio­nej wyzy­sku, gdzie ramię w ramię iść będą na równi powi­no­waci z nie­po­wi­no­wa­tymi.

Co to jed­nak ozna­czało dla niej - dla jej przy­szło­ści, o któ­rej marzyła jako dzie­dziczka cesar­stwa - tego nie była pewna.

Jej płaszcz zało­po­tał na wie­trze, uka­zała się czer­wona pod­szewka. Nie po raz pierw­szy prze­mknęło jej przez myśl pyta­nie, co myślą sobie teraz o niej duchy jej krew­nych. Nie­mal widziała chłodne roz­cza­ro­wa­nie w oczach ojca, cichą roz­pacz na twa­rzy brata. A jed­nak papa, Łuka, a teraz Mor­ga­nia... kolejni władcy Cesar­stwa Cyri­lyj­skiego byli dowo­dem na to, jak nie­bez­pieczna jest monar­chia. To wła­śnie ich porażki pchnęły kraj w dół spi­rali ciem­no­ści, korup­cji i wyzy­sku.

Znów chwy­ciła się za reling, tak mocno, że aż jej pobie­lały kłyk­cie. Zmar­łych należy zosta­wić w spo­koju. Czas sku­pić się na żywych, na tym, co naj­lep­sze dla jej cesar­stwa, dla jej ludu.

- A skoro już o tym mowa, to pora budzić załogę - stwier­dziła Daja. - Za godzinę dobi­jamy do brzegu.

Z bocia­niego gniazda usły­szały nagle:

- Jastrząb śnieżny!

Ana pod­nio­sła wzrok i ujrzała blady, wyła­nia­jący się z mroku nocy kształt. Kie­ro­wał się pro­sto na nią. Unio­sła rękę i ptak wylą­do­wał na jej przed­ra­mie­niu, wbi­ja­jąc ostre pazury w gruby kar­ma­zy­nowy płaszcz. W dzio­bie trzy­mał zwi­tek mate­riału wyszy­wa­nego w nie­wiel­kie złote kwiatki.

Roz­po­znała go natych­miast - rękaw keczjanu, który nosiła w pałacu w Sal­skof­fie.

Deli­kat­nie pogła­skała dziób jastrzę­bia, tak że wypu­ścił zawi­niątko. Ze środka wyjęła drżą­cymi pal­cami kawa­łek per­ga­minu.

Kolst Impe­ra­trico, cze­kamy.

Z powa­ża­niem,

A. Mar­kow

Daja pochy­liła się w jej stronę.

- Potwier­dzili?

Ana ski­nęła głową, miała ści­śnięte gar­dło.

I oto się zaczęło, jej ludzie wciąż są lojalni, tylko cze­kają, by ruszyć do boju w jej imię.

Była to odpo­wiedź na list, który wysłała gołę­biem mor­skim do zaufa­nego czło­wieka w pałacu, kapi­tana Mar­kowa. Stary straż­nik czu­wał nad jej bez­pie­czeń­stwem, gdy była dziec­kiem, a potem, dwa księ­życe temu, pomógł jej unik­nąć śmierci z rąk Mor­ga­nii. Ana popro­siła go, by wraz z wszyst­kimi żoł­nie­rzami, któ­rzy na­dal są lojalni, opu­ścił pałac i wyszedł jej na spo­tka­nie w rybac­kiej wsi Bał­go­rad, dwa dni drogi na połu­dnie od Sal­skoffu, gdzie zbie­rze swoje siły i roz­pocz­nie marsz na cesar­ski dwór.

Gdy odpo­wia­dał, zawsze prze­sy­łał jakąś pamiątkę, o któ­rej wie­dzieli tylko oni, by miała pew­ność co do jego toż­sa­mo­ści.

- W takim razie... - Daja wypro­sto­wała się, stu­ka­jąc obca­sami - ...ni­gdy w życiu jesz­cze tego nie robi­łam, ale w takim razie zajmę się przy­go­to­wa­niem Bre­goń­czy­ków do walki.

Ana spoj­rzała na swoją kapi­tankę, na przy­ja­ciółkę, która led­wie przed kil­koma tygo­dniami była samotną żeglarką szu­ka­jącą fuchy w połu­dnio­wych por­tach Cyri­lii.

- Daju - ode­zwała się. - Nie musisz tego robić. Bre­goń­ska flota ma swo­ich dowód­ców. Mogę... mogę wysa­dzić cię w Bał­go­ra­dzie. Tam będziesz bez­pieczna. Odnajdę cię, gdy tylko zakoń­czy się ta wojna.

Prawda była taka, iż nie mogła znieść myśli, że i Daja może ucier­pieć pod­czas toczo­nej przez nią walki.

Daja prze­chy­liła głowę.

- Wiesz - rzu­ciła, a głos miała zadzi­wia­jąco jak na nią trzeźwy - nim to wszystko się zaczęło, byłam tylko jakąś żeglarką spod ciem­nej gwiazdy, kom­bi­nu­jącą byle prze­żyć. Nie mia­łam poję­cia, co począć z życiem, ot żyłam z dnia na dzień. A teraz... - Zro­biła głę­boki wdech, wska­zu­jąc dło­nią wokół. - Teraz jestem kapi­tanką okrętu. Stoję u boku dziew­czyny, która pro­wa­dzi całą armię... cały ruch. To zna­czy dla mnie o wiele wię­cej niż parę monet, Ana.

- Byle tylko Ram­son nie usły­szał, co wyga­du­jesz - zażar­to­wała.

Te słowa wymknęły jej się, nim się nad tym zasta­no­wiła. Zaparło jej dech w pier­siach, serce prze­szył ostry ból - ten naj­gor­szy. Zupeł­nie jakby się wyło­nił nagle z ciem­no­ści nocy, jasne włosy, błysz­czące orze­chowe oczy zmru­żone w kpią­cym uśmie­chu. Wiedźmo.

Pozwa­lała myślom wra­cać do Ram­sona Far­ralda tylko pod­czas dłu­gich nocy, gdy męczyły ją kaszel i bez­sen­ność. Został w Bre­go­nie. Chciał dorwać ludzi Ala­rica Ker­lana, doko­pać się do wszyst­kich infor­ma­cji o jego kry­mi­nal­nym impe­rium, które mogły się jesz­cze kryć za wodami Bre­gonu. Znów przy­po­mniał jej się tam­ten pora­nek, błę­kit nieba, gdy opie­rała się o burtę tego statku i spo­glą­dała na zni­ka­jące brzegi Bre­gonu, gdzie zosta­wiła tak wiele.

I zasta­na­wiała się, czy jesz­cze kie­dy­kol­wiek go zoba­czy.

Zamru­gała, a duchy wspo­mnień zawi­ro­wały niczym dym, nim zdo­łała je w pełni wyga­sić. Taki jest koszt wojny, pod­ję­cia walki o cesar­stwo i lud. I jeśli to ocali Cyri­lię, Ana była gotowa wybrać drogę poświę­ce­nia, choćby znów sta­nęła przed tym samym wybo­rem.

- Oczy­wi­ście liczę na to, że potem będę mogła zanur­ko­wać do two­jego cesar­skiego skarbca - dodała Daja. - Ale jestem nie­po­wi­no­watą. Jak myślisz, co w obec­nym reżi­mie czeka mnie i ludzi takich jak ja? Tak, wiem, że mogę odejść... mogę odpły­nąć do innego kró­le­stwa, ale... widzia­łam już, co się dzieje, gdy Mor­ga­nia zwy­cięża. Spójrz tylko, co się nie­mal stało w Bre­go­nie. - Odna­la­zła spoj­rze­nie Any. Jej oczy były brą­zowe niczym zie­mia, a wzrok twardy. - Jeśli świat pole­gnie, nie chcę mieć świa­do­mo­ści, że mogłam wal­czyć, mogłam coś zro­bić, ale wybra­łam bez­czyn­ność.

Jej słowa wybrzmiały groź­nie na sło­nym wie­trze, cięż­kie od zna­czeń, ostre od kon­se­kwen­cji - co może się stać ze świa­tem, jeśli Anie się nie powie­dzie.

Przy­po­mnie­nie, o co wal­czy.

Ana ski­nęła głową.

- Dzię­kuję, Daju.

Kapi­tanka przy­ło­żyła dwa palce do czoła, salu­tu­jąc jej kpiar­sko, po czym wsko­czyła na wanty i wspięła się szybko po wyblin­kach.

- Załoga! - wrza­snęła. - Uwaga!

Ana odwró­ciła się znów w stronę dziobu, mgiełka kro­pel pry­skała na jej policzki, gdy napa­wała się zim­nem swego cesar­stwa. Tęsk­niła za nim. Połu­dniowy bre­goń­ski kli­mat był cie­pły i łagodny, ale to tu pod cięż­kimi od śniegu nie­bio­sami wiel­kiego pół­noc­nego impe­rium Ana znów czuła, że wstę­puje w nią życie.

A jed­nak było coś... coś było ina­czej tej nocy. Wyczu­wała w cesar­stwie coś ostrzej­szego, nie­po­ko­ją­cego, pach­nący sosnami i śnie­giem wiatr niósł ze sobą zapach krwi i stali. Powie­trze było nie tylko mroźne, ale i groźne - czuła to w falach ata­ku­ją­cych kadłub statku i w chmu­rach pędzą­cych nad jej głową. Zupeł­nie jakby jej kra­ina już cze­kała na wojnę.

Załoga rzu­ciła się do przy­go­to­wań. Jeden z wielu powi­no­wa­tych ura­to­wa­nych z okrut­nych lochów Bre­gonu, gdzie wszy­scy cze­kali na testo­wa­nie na nich syfo­nów, dzięki powi­no­wac­twu dźwięku prze­ka­zał roz­kazy Dai resz­cie floty.

Dzioby okrę­tów cięły mrok. Czer­woną tar­czę księ­życa zasło­niły śnie­gowe chmury, a nad wodami znów poja­wiła się mgła. Załogi wyle­gły na pokłady, ludzie w mil­cze­niu patrzyli na zbli­ża­jący się brzeg. Wargi Dai się poru­szały, gdy odli­czała sekundy, w dłoni ści­skała kie­szon­kowy zega­rek z brązu.

Mary­narz sto­jący naj­bli­żej jęk­nął nagle cicho:

- Ruseł­kia.

Ana wychy­liła się za burtę. Z tej per­spek­tywy wody obmy­wa­jące kadłub zda­wały się czarne i miały lekki czer­wony połysk. Nie­mal krwawy. Pod samą powierzch­nią prze­my­kały w falach dłu­gie, nie­wy­raźne kształty. Dopiero gdy nagle zawró­ciły, bły­snęły srebrne ogony i Ana doj­rzała zarysy tuło­wia i dłu­gie włosy. Daja sta­nęła tuż obok niej.

- Znasz żeglar­skie mity o ruseł­kiach?

- Przy­no­szą pecha - odpo­wie­działa Ana. Przy­po­mniały jej się książki o wod­nych duchach, które czy­tała. Pod­czas gdy duszki lodu, sywint'sja, mogły być podłe lub zupeł­nie łagodne, ruseł­kia sta­no­wiły według wie­rzeń pozo­sta­ło­ści nik­czem­nej, ciem­nej magii po tym, jak Bóstwa opu­ściły świat.

Daja poki­wała głową.

- Od żegla­rzy, któ­rzy dotarli do naj­dal­szych zakąt­ków Morza Cichego, sły­sza­łam, że zda­rzało im się natknąć na ruseł­kia. Ni­gdy jed­nak nie widzia­łam ich tak oży­wio­nych ani tak bli­sko lądu. - Mil­czała chwilę z zatro­skaną miną. Potem pokrę­ciła głową i wybuch­nęła śmie­chem. - To tylko gada­nie. Ważne, że mamy po swo­jej stro­nie bre­goń­ską flotę. Masz jesz­cze ten tali­zman, który ci dałam?

Ana się­gnęła po wiszący na jej szyi amu­let - nie więk­szy niż opuszka małego palca wisio­rek w kształ­cie słońca. Zro­biony był z gra­natu pocho­dzą­cego z ojczy­zny Dai, Korony Kusu­tri. Dziew­czyna dała go Anie na szczę­ście, bo uznała, że krwi­sty odcień amu­letu lepiej do niej pasuje. Będzie w sam raz, jak już odzy­skasz swoje powi­no­wac­two, stwier­dziła żeglarka. Ana pogła­dziła kciu­kiem gładką powierzch­nię klej­notu.

- Za nic bym go nie zgu­biła.

- Dobra - mruk­nęła Daja. - A teraz chodź ze mną... muszę zro­bić obchód, spraw­dzić, czy wszystko gra. Do lądu został nam led­wie kwa­drans.

Ana już miała za nią ruszyć, gdy coś zwró­ciło jej uwagę. Zamru­gała i znów spoj­rzała za burtę na czarny prze­stwór oce­anu, nie­pewna, czy nie było to tylko złu­dze­nie wywo­łane poświatą Krwa­wego Księ­życa. Lecz znów to ujrzała - świa­tło prze­ci­na­jące mgłę, nie­wiel­kie, ale nara­sta­jące.

- Daju... - zaczęła, gdy nagle noc roz­świe­tliła się niczym dzień.

Pierw­szy wybuch pchnął Anę na deski pokładu, gruch­nęły jej kości, zęby zagrze­cho­tały w szczęce. Poczuła na twa­rzy cie­pły powiew. Niebo i morze zachwiały się, gdy unio­sła głowę, oczy nie potra­fiły zła­pać ostro­ści. Pło­mie­nie lizały drewno, rosły pod­sy­cane wia­trem, pochła­niały kolej­nych zało­gan­tów i szczątki wala­jące się po pokła­dzie. Wybuch wyrwał spory kawał Zwia­stuna Burzy, przez dziurę w bur­cie już wle­wała się woda.

Drugi wybuch zato­pił okręt.

2

KRÓLESTWO BREGOŃSKIE

W holu było ciemno, a skryty w mroku męż­czy­zna umie­rał.

Kapi­tan Ram­son Far­rald prze­kro­czył próg mię­dzy ciem­no­ścią a świa­tłem, jego kroki wyci­szał zaku­rzony dywan. Już stąd widział leżącą w fotelu chudą postać. Jedy­nie powolne uno­sze­nie się klatki pier­sio­wej, drże­nie głowy, błysk oku­la­rów w sła­bym świe­tle suge­ro­wały, że ten czło­wiek jesz­cze żyje.

Zresztą dwór pre­zen­to­wał się rów­nie żało­śnie. Potocz­nie zwany "Gniaz­dem" miał być jakoby sie­dzibą nie­do­bit­ków sił Ker­lana. Ram­son nie był pewien, czego ma się tu spo­dzie­wać - może jakiejś bar­dziej zapusz­czo­nej wer­sji cyri­lyj­skiej posia­dło­ści Ker­lana, ale też opły­wa­ją­cej w luk­susy? Czy raczej pro­stej drew­nia­nej szopy peł­nej najem­ni­ków i byłych człon­ków Zakonu Kon­wa­lii?

W każ­dym razie nie jed­nego umie­ra­ją­cego czło­wieka w pustym dworku peł­nym zwo­jów per­ga­minu, ksiąg i sto­sów papie­rzysk.

Ram­son uniósł dłoń w skó­rza­nej ręka­wicy, żeby dać znać żoł­nie­rzom z oddziału bre­goń­skiej mary­narki, że mają pocze­kać na zewnątrz. Potem, obna­ża­jąc mize­ry­kor­dię, wkro­czył do środka.

- A zatem w końcu cię zna­la­złem - powie­dział cicho. - Scho­la­styku Ardon­nie.

Zale­d­wie kilka tygo­dni temu Ram­son wyrwał swoje kró­le­stwo z rąk sko­rum­po­wa­nego ojca, przy­wró­cił na tron pra­wo­wi­tego króla, a rząd oddał znów Trzem Dwo­rom. Mimo to jed­nak wojna trwała. Ala­ric Ker­lan nie żył, lecz korze­nie jego kry­mi­nal­nego impe­rium - zarówno w Cyri­lii, jak i w Bre­go­nie - zdą­żyły wro­snąć głę­boko. Król Darias wyzna­czył Ram­sonowi zada­nie pole­ga­jące na namie­rze­niu wszyst­kich pozo­sta­ło­ści siatki prze­stęp­czej Ker­lana.

Dwu­ty­go­dniowe poszu­ki­wa­nia dopro­wa­dziły Ram­sona wła­śnie w to miej­sce - na pół­nocny skraj Bre­gonu, gdzie, jak wieść nio­sła, skryli się ostatni ludzie Ker­lana. Do Gniazda. Infor­ma­to­rzy króla Dariasa utrzy­my­wali, że Gniazdo i pozo­sta­ło­ści sił Ker­lana mogą sta­no­wić klucz do wie­dzy na temat zabój­czej broni, która umoż­li­wia kra­dzież powi­no­wac­twa - do syfo­nów.

Na stole przed uczo­nym pło­nęła świeca. Z bli­ska nie przy­po­mi­nał już nie­mal zupeł­nie kró­lew­skiego scho­la­styka, który współ­pra­co­wał z Ala­ri­kiem Ker­la­nem nad budową syfo­nów, a któ­rego Ram­son widział jakiś czas temu na okrę­cie Ker­lana. To tam ujrzał też na wła­sne oczy, jak tor­tu­rują jego byłego zna­jo­mego, Bog­dana, za pomocą syfonu i ukra­dzio­nych prze­zeń mocy.

Ram­son obrzu­cił wzro­kiem ostre rysy czło­wieka, któ­rego szu­kał - zapa­dłe policzki, pod­krą­żone oczy, wypa­da­jącą całymi kęp­kami, szarą jak popiół brodę. Zamiast bia­łych, wykoń­czo­nych tur­ku­sową lamówką szat sym­bo­li­zu­ją­cych jego wie­dzę i wła­dzę miał teraz na sobie koszulę i spodnie czło­wieka z ludu. Wyglą­dał jak por­tret, który pozo­sta­wiono na słońcu i szybko zblakł.

A jed­nak na jego widok Ram­so­nowi zmro­ziło krew w żyłach. Oto czło­wiek, który być może trzyma klucz do wszyst­kich nie­zbęd­nych infor­ma­cji o syfo­nach - gdzie są scho­wane, jak je znisz­czyć i, co naj­waż­niej­sze, jak cof­nąć ich dzia­ła­nie.

Scho­la­styk Ardonn zachi­cho­tał cicho, nisko.

- A więc to ty jesteś tym bękar­tem.

Te słowa jesz­cze nie­dawno wbi­łyby się w jego serce niczym nóż, otwo­rzyły ni­gdy nie­za­go­joną ranę. Teraz jed­nak Ram­son poczuł w głębi duszy tylko prze­lotny smu­tek, drże­nie wspo­mnie­nia.

Prze­chy­lił głowę.

- Tak, to ja. Ale my dwaj bar­dzo się od sie­bie róż­nimy, Ardon­nie.

Żywy szkie­let zwró­cił na niego wyłu­pia­ste oczy.

- Który to z moich naj­droż­szych współ­pra­cow­ni­ków się wyga­dał? Jeden z Cyri­lyj­czy­ków?

- Wyśpie­wali wszystko, gdy zasto­so­wa­łem jedną z moich spraw­dzo­nych metod per­swa­zji.

Ardonn znowu zachi­cho­tał.

- Nie na darmo uczy­łeś się u Ker­lana, co, Zło­to­usty?

Palce Ram­sona zaci­snęły się moc­niej na mize­ry­kor­dii.

- Na to wygląda. Król Darias wydał dekret, na mocy któ­rego mam cię ode­skor­to­wać do Błę­kit­nego Fortu na roz­prawę.

Scho­la­styk zaśmiał się chra­pli­wie.

- Na roz­prawę? - powtó­rzył. Przy­su­nął bli­żej świecę, chwy­ta­jąc za świecz­nik tak, żeby otu­lić dło­nią źró­dło cie­pła. - Nie wybie­ram się do Błę­kit­nego Fortu na roz­prawę, chłop­cze.

- Wcale nie nama­wiam. Jak widzisz, swo­ich ludzi zosta­wi­łem za drzwiami. Jeśli uda nam się zała­twić wszystko tu i teraz, nie zamie­rzam brać cię w nie­wolę. - Nie­wiele było w tych sło­wach prawdy, lecz Ram­son ni­gdy nie czuł się winny swo­ich kłamstw, jeśli tylko pozwa­lały mu one osią­gnąć wyzna­czone cele.

A tak się skła­dało, że w grun­cie rze­czy jego cele roz­mi­jały się znacz­nie z tym, co zle­cił mu król Darias, wysy­ła­jąc go tu z całym oddzia­łem mary­narki.

Ode­pchnął te myśli. Jego umysł był sku­piony, zmy­sły wyostrzone niczym sztych mize­ry­kor­dii, którą przy­su­nął teraz do szyi scho­la­styka.

- Gdzie ona jest?

Ardonn zamru­gał.

- Nie mam bla­dego poję­cia, o czym mówisz.

- Już ci wyja­śniam - odparł Ram­son, przy­ci­ska­jąc ostrze do jego gar­dła. Scho­la­styk drgnął, spiął się, pło­mień wypa­lo­nej już w poło­wie świecy zami­go­tał. - Sor­sha Far­rald, do nie­dawna porucz­nik Gwar­dii Kró­lew­skiej, sojusz­niczka Ker­lana. Moja uko­chana sio­stra przy­rod­nia, która zagar­nęła syfony i znik­nęła pod­czas bitwy o Godhal­lem. A więc? Gdzie ona jest?

Scho­la­styk pokrę­cił głową.

- Nie wiem. Ostatni raz widzia­łem ją wie­czo­rem przed bitwą. Sły­sza­łem, że zgi­nęła.

Ram­son zmru­żył oczy. Jego sio­stra może i była opę­tana sza­leń­stwem, ale była też jedną z naj­sil­niej­szych i naj­bar­dziej bez­li­to­snych wojow­ni­czek, jakie znał. W gło­wie mu się nie mie­ściło, że mia­łaby po pro­stu... umrzeć tam­tej nocy. Nie, miał prze­czu­cie - a może była to jakaś okrutna tele­pa­tia mię­dzy sio­strą a bra­tem - że Sor­sha żyje i nie oglą­da­jąc się na nic, dąży do swo­ich celów. A te miała jasno okre­ślone: znisz­cze­nie, zemsta i ode­bra­nie wła­dzy męż­czy­znom, któ­rzy ją taką stwo­rzyli.

Ardonn zare­cho­tał, ale szybko skoń­czyło się to napa­dem kaszlu.

- Wiem, dla­czego tak naprawdę tu jesteś - powie­dział cicho, a jego słowa wbi­jały się głę­boko w umysł Ram­sona. - Byłem prze­cież przy was, gdy Ker­lan mówił do cie­bie tam­tej nocy na okrę­cie. Sły­sza­łem, co zaszło pod­czas bitwy o Godhal­lem. - Jego uśmiech stał się jesz­cze ostrzej­szy. - Chcesz wie­dzieć, co się sta­nie z tą cyri­lyj­ską krwawą księż­niczką.

I nagle - choć prze­cież miał nad sobą pano­wać - Ram­son miał w gło­wie mętlik. Przed oczami znów sta­nęła mu ta twarz: śniada cera, ciemne włosy, ostro zary­so­wane kości policz­kowe i broda, a przede wszyst­kim oczy o tak prze­szy­wa­ją­cym spoj­rze­niu, jakby mogły prze­drzeć się przez każdą jego maskę.

Kłyk­cie zbie­lały mu na ręko­je­ści szty­letu.

- Dobra. Dość tego owi­ja­nia w bawełnę. - Jego głos stał się chro­po­waty, coś w nim spięło się dziko. Nie­mal był tym ostrzem, które przy­ci­skał scho­la­sty­kowi do gar­dła. Oto jego ostat­nia nadzieja. Ostat­nia szansa, by dowie­dzieć się, co się dzieje z kimś, komu ukra­dziono powi­no­wac­two. - Chcę wie­dzieć wszystko o syfo­nach. Jak się je nisz­czy. Jak się odzy­skuje skra­dzione powi­no­wac­two. Jak się je oddaje pra­wo­wi­temu wła­ści­cie­lowi. I... co się dzieje z tymi, któ­rym moce zostały zabrane.

- Dla­czego miał­bym ci cokol­wiek powie­dzieć?

Ram­son prze­chy­lił głowę.

- Jestem czło­wie­kiem ukła­dów. Ręka rękę myje. Ale nie obie­cuję, że ludzie w Błę­kit­nym For­cie będą rów­nie ugo­dowi.

Nie była to może cał­kiem prawda, ale w sumie też nie kłam­stwo. Raczej obiet­nica, pro­po­zy­cja. Jeśli Ardonn nie miał ochoty przy­jąć oferty z Błę­kit­nego Fortu, może okaże się gotów przy­stać na pro­po­zy­cję Ram­sona.

Lep­szą pro­po­zy­cję.

Nie potra­fił się powstrzy­mać. Nie­ważne, ile zawdzię­czał kró­lowi Daria­sowi, nie­ważne, że dowo­dził wła­snym oddzia­łem - Ram­son dora­stał jako prze­chera i w głębi duszy był mistrzem prze­krę­tów. Pra­co­wał sam, zwy­kle na prze­kór wła­dzy. Jego ludzie reago­wali aler­gicz­nie nawet na wzmiankę o zdra­dzie czy braku lojal­no­ści, lecz Ram­son był zda­nia, że słowa to tylko słowa - jakie miały zna­cze­nie, jeśli uda mu się wydo­być zezna­nia lub coś utar­go­wać?

Ardonn uka­zał w uśmie­chu bez­zębne dzią­sła.

- Skąd prze­ko­na­nie, że zostało mi cokol­wiek, o co warto by się tar­go­wać?

Po raz pierw­szy Ram­son zwąt­pił.

- Naprawdę przy­pusz­czasz, że Ker­lan mógłby odejść, nie upew­niw­szy się, że nie prze­żyje nikt, kto mógłby zdra­dzić jego tajem­nice? - cią­gnął scho­la­styk. Uniósł dłoń. W sła­bym świe­tle widać było tylko skórę i kości. - Sły­sza­łeś może o rycy­nie?

Ram­son opu­ścił mize­ry­kor­dię.

- Otruł cię - stwier­dził.

Oczy­wi­ście. Ker­lan zawsze miał jakiś okrutny plan na zatar­cie śla­dów. Nim uciekł z Cyri­lii, wymor­do­wał wszyst­kich swo­ich pod­wład­nych w Nowo­myń­sku. Zresztą poma­gała mu w tym żona, a raczej wdowa po Bog­da­nie, powi­no­wata tru­ci­zny imie­niem Olu­sza. To wła­śnie ona - w despe­rac­kiej pró­bie odna­le­zie­nia porwa­nego męża - ostrze­gła Ram­sona o kno­wa­niach Ker­lana.

Nie­mal sły­szał jej ochry­pły śmiech. Wysze­dłeś z wprawy, Zło­to­usty.

- Rycyna - powtó­rzył scho­la­styk - to tru­ci­zna wyjąt­kowa i cie­kawa. Wystę­puje jedy­nie w bar­dzo rzad­kim cyri­lyj­skim kwie­cie. Anti­do­tum zaś kryje się w korze­niach tej samej rośliny. Ker­lan kar­mił nas tą tru­ci­zną każ­dego dnia, gdy byli­śmy w jego służ­bie. Poda­wał nam duże dawki anti­do­tum, w ten spo­sób mogli­śmy funk­cjo­no­wać, póki żył. A teraz, gdy nie żyje, i my podzie­limy jego los. - Ardonn pochy­lił głowę w stronę Ram­sona, skóra nacią­gnęła się na jego chu­dych policz­kach, gdy się uśmiech­nął. - Typowe dla naszego pana, czyż nie?

Ram­son chwy­cił scho­la­styka za koszulę. Męż­czy­zna zro­bił ostry wdech, ale nie odwró­cił wzroku. Świeca w jego ręku drgnęła, wosk pry­snął na dło­nie Ram­sona, roz­lał się palą­cym bólem.

- W tej chwili powiesz mi wszystko, co muszę wie­dzieć, albo poża­łu­jesz, że tru­ci­zna nie zabiła cię wcze­śniej.

Ardonn znowu zare­cho­tał, lecz umilkł natych­miast, gdy Ram­son potrzą­snął nim tak mocno, że mało nie poła­mał mu kości.

- Jak się nisz­czy syfony? Jak można oddać prze­trzy­my­wane w nich powi­no­wac­twa pier­wot­nym wła­ści­cie­lom? - Urwał i zmu­sił się do ostat­niego pyta­nia: - Co się dzieje z tymi, któ­rym ode­brano powi­no­wac­two?

Ramiona scho­la­styka drżały i do Ram­sona dotarło, że męż­czy­zna chi­cho­cze.

- Zostały mi dwa tygo­dnie życia, jeśli będę miał szczę­ście, ale nie zamie­rzam zda­wać się na powolną, bole­sną śmierć z powodu rycyny. - Zama­chał świecą, wosk spły­nął na dywan. - Rozej­rzyj się, Zło­to­usty. Widzisz ten kurz? Nie zain­try­go­wał cię zapach?

Ram­son zamarł. Wła­śnie to poczuł - w woni drewna i stę­chli­zny czuć było jakąś meta­lową nutkę. Dopiero teraz roz­po­znał co to. Za późno. Bre­goń­czycy sto­so­wali ten wysoce łatwo­palny proch. Mię­dzy innymi wła­śnie dzięki niemu mieli naj­lep­szą mary­narkę na świe­cie.

Jedna iskra i cały dwo­rek sta­nie w pło­mie­niach.

- Tak, tak - zachi­cho­tał Ardonn. - Czer­wony pył.

Po czym z mania­kal­nym śmie­chem pozwo­lił świecy opaść na pod­łogę.

Czas zwol­nił. Świeca leciała poza zasię­giem ramie­nia Ram­sona, pło­mień zami­go­tał, gorący wosk pry­snął gład­kim łukiem.

Ram­son odwró­cił się i rzu­cił do scho­la­styka.

Dopadł go w ostat­niej chwili. Usły­szał, jak świeca cicho ude­rza o pod­łogę, pło­mień zaskwier­czał w kon­tak­cie z pro­chem na dywa­nie.

Ram­son przy­ci­snął męż­czy­znę do ściany, wygiął plecy.

W jed­nej chwili zapusz­czony dwo­rek zmie­nił się w ośle­pia­jącą, huczącą ścianę bia­łych, czer­wo­nych i poma­rań­czo­wych pło­mieni. Wybuch był tak silny, że Ram­son ujrzał czarne plamy przed oczami. Z oddali usły­szał krzyki, szcze­ka­nie psa. Dym, kwa­śny, gorzki, duszący, chwy­tał go za gar­dło, pokrył język żół­cią.

Ram­son moco­wał się z napie­ra­jącą ciem­no­ścią. Ode­pchnął się od ściany, zaci­snął zęby, gdy ciało na jego ple­cach jakby pękło.

Wci­śnięty mię­dzy niego a mur Ardonn nie miał żad­nej broni, tylko prze­krzy­wione od wybu­chu oku­lary na krwa­wią­cym nosie. Zdez­o­rien­to­wa­nie na jego twa­rzy prze­szło w prze­ra­że­nie, gdy Ram­son, igno­ru­jąc ból ramion, chwy­cił go za koszulę i przy­cią­gnął tak bli­sko, że czuł jego cuch­nący oddech na swo­ich policz­kach.

- Zapo­mi­nasz - wyce­dził przez zęby - że i ja nie mam nic do stra­ce­nia. I nie cofnę się przed niczym, by zdo­być to, czego chcę.

Uniósł rękę, rękaw jego nowego mary­nar­skiego dubletu spło­nął wraz ze skórą, uka­zu­jąc czer­woną, lśniącą masę. Za nim pło­mie­nie lizały już ściany, sunęły po pod­ło­dze. Część sufitu się zawa­liła. Sły­chać było nawo­ły­wa­nia jego ludzi, któ­rzy pró­bo­wali dostać się do środka. To tylko kwe­stia czasu.

Na twa­rzy Ardonna nie został nawet ślad po pew­nym sie­bie uśmieszku.

- Skoro jestem gotów zro­bić coś takiego sobie - wychar­czał Ram­son, uno­sząc spa­lone ramię tak, żeby scho­la­styk dobrze je widział - to jak myślisz, co mogę zro­bić tobie?

Łomo­ta­nie za nimi, trzask pęka­ją­cego drewna i wykrzy­ki­wane pospiesz­nie roz­kazy.

- Nawet jeśli mnie ura­tu­jesz - wyszep­tał scho­la­styk, a w jego zapad­nię­tych oczach migo­tały pło­mie­nie - tru­ci­zna i tak mnie zabije. Nie możesz już nic zro­bić.

Dym był teraz wszę­dzie, świat zaczy­nał strzę­pić się na brze­gach. Lecz Ram­son na­dal zasła­niał scho­la­styka swoim cia­łem, choć czuł, że plecy ogar­nia mu roz­ża­rzony ból.

Roz­legł się huk i usły­szeli krzyki ludzi, któ­rzy wresz­cie prze­bili się do środka. Zasy­czały pło­mie­nie zale­wane wodą. To zabrał się do roboty któ­ryś z ich mage­nów wody.

- Tutaj! - wrza­snął ktoś.

Ram­son roz­po­znał ten głos. To jego prawa ręka, pierw­szy ofi­cer Nar­ron.

Odtrą­cił ręce swo­ich ludzi, gdy rzu­cili się w jego stronę.

- Weź­cie scho­la­styka - roz­ka­zał, jego głos brzmiał niczym papier ścierny na kamie­niu. - Jeśli spad­nie mu choć włos z głowy, wła­sno­ręcz­nie obe­drę wino­wajcę ze skóry.

Wyszli na jasne świa­tło. Słońce wisiało w poło­wie swo­jej codzien­nej drogi po nie­bie, jego pro­mie­nie migo­tały na powierzchni kobal­to­wego oce­anu niczym na potrza­ska­nym szkle.

Ram­son zaczerp­nął tchu, poczuł świeże, słone powie­trze. Już pędziła ku niemu uzdro­wi­cielka przy­pi­sana do jego oddziału, ale uniósł dłoń, krzy­wiąc się z powodu palą­cych popa­rzeń. Pokuś­ty­kał do Ardonna i przy­klęk­nął przy nim na pia­sku.

Pochy­la­jąc się nad nim, szep­nął mu do ucha:

- Moja pro­po­zy­cja jest taka: twoje życie za infor­ma­cję, któ­rej chcę.

Twarz Ardonna cała była w sadzy, policzki spo­cone i zapad­nięte. Ale gdy spoj­rzał na Ram­sona, wzrok miał prze­bie­gły.

- Za infor­ma­cję, któ­rej ty chcesz, czy za tę, któ­rej chce Błę­kitny Fort? - wychar­czał.

Szum fal zagłu­szał jego słowa, tak że sły­szał je tylko pochy­lony nad nim Ram­son. Coś ści­snęło go w piersi, jakby scho­la­styk roz­ciął mu ciało i przej­rzał naj­ciem­niej­sze zaka­marki jego biją­cego dziko serca.

Cele Błę­kit­nego Fortu były jego celami, nawet jeśli ich moty­wa­cje się róż­niły. Razem z zespo­łem scho­la­sty­ków króla Dariasa wyszar­pią z Ardonna wszystko, co ten wie na temat syfo­nów.

Ram­son wypro­sto­wał się, kącik jego ust się uniósł.

- Już nie­długo wyśpie­wasz wszystko w Błę­kit­nym For­cie - stwier­dził.

Śmiech scho­la­styka był cichy, a słowa led­wie sły­szalne.

- Tru­ci­zna i tak zabije mnie w nieco ponad dwa tygo­dnie - powie­dział. - Skąd myśl, że w ogóle jesz­cze będzie mi się chciało śpie­wać?

- Pra­co­wa­łeś dla mojego ojca - odparł bez­na­mięt­nym tonem Ram­son. - Znasz jego metody prze­słu­chań. Wierz mi, że pod pew­nymi wzglę­dami jestem jego nie­odrod­nym synem.

W oku starca Ram­son ujrzał błysk zro­zu­mie­nia. Ardonn wes­tchnął cicho, jego oddech zaświ­stał.

- Mógł­bym ci coś powie­dzieć, chłop­cze - przy­znał - ale to ci się nie spodoba. Wła­ści­wie nie spodo­ba­łoby ci się wiele z tego, co miał­bym ci do powie­dze­nia.

- Wyra­żaj się jaśniej. Nie zno­szę takich nie­do­mó­wień.

- Wydaje ci się, że znisz­cze­nie syfo­nów zakoń­czy sprawę? Lepiej się nad tym dobrze zasta­nów. - Wzrok mu spo­chmur­niał. Patrząc mu w oczy, Ram­son zasta­na­wiał się, jakie tajem­nice kryje ten czło­wiek. - To, co teraz widzisz... syfony, cier­pie­nie, które wywo­łują u powi­no­wa­tych i niepowi­no­wa­tych... To się zaczęło dawno temu, kiedy posta­no­wi­li­śmy uży­wać prze­ciwko nim czar­nego kamie­nia. Widzisz, tu w ogóle nie cho­dzi o nową cesa­rzową Cyri­lii czy nawet o Ala­rica Ker­lana. - Głos scho­la­styka pobrzmie­wał głu­cho. - To magek, coś o wiele więk­szego niż ty, ja czy jacyś cesa­rze i cesa­rzowe. To próba dla ludz­ko­ści. Test naszej natury. To spraw­dzian, jak daleko jeste­śmy gotowi się posu­nąć w walce o wła­dzę. Jakie są gra­nice naszego okru­cień­stwa, jak głę­boki jest nasz ego­izm. Wie­rzę w bogów tak samo żar­li­wie jak w naukę, Ram­so­nie Zło­to­usty, i jestem prze­ko­nany, że pozo­sta­ło­ści magek zna­la­zły się w naszym świe­cie po to, by spraw­dzić, jakich wybo­rów doko­nu­jemy. Czy potra­fimy współ­dzia­łać w har­mo­nii... czy też w walce o wła­dzę rzu­cimy się sobie do gar­deł.

Facet zupeł­nie osza­lał. Ram­son odwró­cił się i dał znak uzdro­wi­cielce.

- Iver­sho - rzu­cił krótko. - Zaj­mij się więź­niem z naj­wyż­szą tro­ską.

- Ale kapi­ta­nie... - zaopo­no­wała kobieta, nie mogąc ode­rwać wzroku od popa­rzeń na jego ple­cach, czer­wo­nych od krwi skraw­ków dubletu odcho­dzą­cych wraz ze skórą.

- To roz­kaz - wark­nął.

Uzdro­wi­cielka zasa­lu­to­wała i już bez słowa pod­bie­gła do leżą­cego na pia­sku Ardonna.

Ram­son odwró­cił się do reszty oddziału. Ta decy­zja nie przy­szła mu łatwo, ale teraz, gdy już był jej pewien, czuł jej cię­żar na piersi. Znaj­do­wali się w naj­bar­dziej wysu­nię­tym na pół­noc punk­cie Bre­gonu; Błę­kitny Fort był odda­lony o pół dnia drogi łodzią.

Pół dnia to bar­dzo długo, gdy bra­kuje czasu.

Ram­son spoj­rzał na ocean, tam, gdzie niebo spo­ty­kało się z morzem. Potem na oddział, który powie­rzył jego dowódz­twu król Darias Ren­na­ron. Miał prze­możną ochotę rzu­cić to wszystko i w tej chwili poże­glo­wać do Cyri­lii.

Ostatni raz widział Anę nieco ponad dwa tygo­dnie temu, kiedy wypły­wała do swo­jego pół­noc­nego cesar­stwa. Znów ujrzał w wyobraźni jej zmi­zer­niałą twarz, ciemne cie­nie pod oczami i lekko zapad­nięte policzki.

Inten­cją króla Dariasa i Trzech Dwo­rów było dowie­dzieć się jak naj­wię­cej o syfo­nach, aby zro­zu­mieć, jak Mor­ga­nia może ich użyć, by zyskać nie­zwy­cię­żoną moc i znisz­czyć rów­no­wagę świata.

I jak zwy­kle inten­cje Ram­sona były o wiele mniej szla­chetne. Wręcz ego­istyczne. Jak zawsze.

Chciał wie­dzieć, co się dzieje z powi­no­wa­tymi, któ­rym za pomocą syfo­nów wydarto moce.

Chciał wie­dzieć, co się sta­nie z Aną.

Przy­mknął na chwilę oczy, wsłu­chu­jąc się w huk fal. Król w bada­nia nad syfo­nami zaan­ga­żo­wał mnó­stwo środ­ków Błę­kit­nego Fortu i swo­ich naj­lep­szych scho­la­sty­ków. Odej­ście w tej chwili ozna­cza­łoby porzu­ce­nie tego wszyst­kiego; odej­ście w tej chwili byłoby rów­no­znaczne ze znisz­cze­niem wszyst­kiego, co Ram­son zaczął budo­wać dla sie­bie tu, w Bre­go­nie - z utratą zaufa­nia, któ­rym obda­rzył go król.

Bryza owiała jego twarz sło­nym zapa­chem morza, przy­nio­sła echo prze­szło­ści - słowa sta­rego przy­ja­ciela, który radził mu kie­dyś, by żył tylko dla sie­bie.

Twoim kom­pa­sem jest serce.

Ram­son nie był pewien, czy w pełni rozu­mie, co to ozna­cza. Jego serce wska­zy­wało zupeł­nie inny kie­ru­nek niż umysł - niż jaka­kol­wiek logika.

- Nar­ro­nie - powie­dział, a młody ofi­cer wystą­pił naprzód i zasa­lu­to­wał. - Prze­szu­kać resztę dworu. Wszyst­kie księgi, papiery i per­ga­miny, które prze­trwały pożar, zała­do­wać na nasz sta­tek.

- Tak jest!

- Za godzinę wypły­wamy do Błę­kit­nego Fortu.

Dopiero kiedy jego ludzie odwró­cili się i ruszyli w stronę wypa­lo­nych, dymią­cych ruin Gniazda, Ram­son ode­tchnął cicho. Ból pul­su­jący w jego ple­cach i ramio­nach zastygł nagle i Ram­son z tru­dem pokuś­ty­kał do pochy­lo­nej nad Ardon­nem uzdro­wi­cielki.

Scho­la­styk wpa­try­wał się w Ram­sona, jego wargi roz­chy­lały się i zamy­kały. Z bli­ska Ram­son posły­szał kilka słów:

- ... wie­dzieć... o krwa­wej księż­niczce.

Świat zawi­ro­wał. Ram­son przy­klęk­nął na pia­sku i igno­ru­jąc pro­te­sty Iver­shy, chwy­cił Ardonna za koszulę.

- Co takiego? - wychar­czał. - Co o niej wiesz?

Twarz scho­la­styka była szara jak popiół, czoło zro­szone potem. Zamru­gał, już osu­wał się w wywo­łaną lekami śpiączkę. Ale Ram­son jesz­cze pochwy­cił ostat­nie słowa niczym wes­tchnie­nie wia­tru piesz­czą­cego fale.

- Oba­wiam się, że... dla two­jej krwa­wej księż­niczki... nie będzie już szczę­śli­wego zakoń­cze­nia.

3

SZLAK ŻADOWY

Mgła była gęsta, lecz o takiej wła­śnie nocy od lat marzyła Linn.

Sie­działa na pokła­dzie, wsłu­chu­jąc się w ciszę, a okręt ciął ciemne fale. Każde ude­rze­nie wody o kadłub, każdy podmuch wia­tru w żagle były dla niej niczym małe magiczne znaki.

Pły­nęła do domu.

Opu­ściła ojczy­znę osiem lat temu, sama, prze­ra­żona, a jed­nak zde­ter­mi­no­wana, by odna­leźć porwa­nego przez cyri­lyj­skich han­dla­rzy brata. Prze­trwała kosz­mary, któ­rych wielu nie doświad­czy nawet przez całe życie, prze­żyła bru­tal­ność wadli­wego sys­temu.

Teraz wra­cała do Cesar­stwa Kemejr­skiego jako amba­sa­dorka Cyri­lii, by w imie­niu Czer­wo­nej Tygry­sicy, Ana­sta­zji Michaj­łow­nej, zdo­być sojusz­ni­ków na Wyspach Aze­atyc­kich. By przy­go­to­wać się na wojnę z sys­te­mem, który ją tor­tu­ro­wał.

Bo choć była to wojna Any, Linn wal­czyła w niej całym ser­cem.

Król Darias wyzna­czył jej oso­bi­ście naj­zna­mie­nit­szą załogę z Błę­kit­nego Fortu i prze­ka­zał w jej ręce spe­cjal­nie dla niej prze­ro­biony bryg. Gra­na­towe bre­goń­skie żagle z sym­bo­lami rumaka, orła i ryb zastą­piono sza­rymi płót­nami w odcie­niach chmur. Na nich wid­niały teraz dum­nie bre­goń­ski smok mor­ski i ryczący czer­wony tygrys. Był to sym­bol odmienny od tra­dy­cyj­nego herbu Cesar­stwa Cyri­lyj­skiego - z któ­rym Cesar­stwo Kemejr­skie ofi­cjal­nie pozo­sta­wało w sta­nie wojny - lecz uczci­wie repre­zen­to­wał cel Linn: dopro­wa­dzić do pokoju mię­dzy Cyri­lią a jej ojczy­zną, prze­ko­nać rząd kemejr­ski do udzie­le­nia wspar­cia Czer­wo­nej Tygry­sicy w jej walce z aktu­alną monar­chi­nią.

Przy tej pogo­dzie z oddali okręt był zale­d­wie smugą cie­nia. Duchem, wła­śnie tak, jak tego chciała.

Naj­wspa­nial­szym pre­zen­tem od króla był jed­nak prze­świ­tu­jący mate­riał, który miała zarzu­cony na ramiona. Opły­wał jej ciało, otu­lał deli­kat­nie nad­garstki.

Nie roz­sta­wała się ze swoim chi, co po kemejr­sku zna­czyło "skrzy­dło". Spała w nim w nocy, a w ciągu dnia na morzu wyska­ki­wała na nim z bocia­niego gniazda i szy­bo­wała nad chmu­rami, by po chwili zanur­ko­wać tuż ponad fale roz­śpie­wane pie­śniami ducho­ry­bów. Ręka, którą Ala­ric Ker­lan roz­trza­skał pod­czas bitwy o Godhal­lem, goiła się dobrze; z każ­dym dniem Linn mogła ruszać nią z nieco więk­szą swo­bodą, odzy­ski­wała coraz więk­szą rów­no­wagę. Dzięki opa­trun­kowi mogła latać coraz dłu­żej, znów wyra­bia­jąc sobie mię­śnie, które zanik­nęły po kon­tu­zji.

Minęły ponad dwa tygo­dnie, odkąd wyru­szyła w kie­runku Kemejry. Byli już cał­kiem bli­sko. Linn przy­mknęła oczy w zim­nym oce­anicz­nym powie­trzu, poczuła, jak owiewa ją wie­czorna bryza. Wyczu­wała sub­telne zmiany prą­dów, rześki, zimowy chłód jakże inny od powie­trza w Cyri­lii i Bre­go­nie. Głę­boko w jej sercu budziły się wspo­mnie­nia. Przed chwilą patrzyła w mil­cze­niu, jak słońce zacho­dzi za szew mię­dzy nie­bem a morzem, lśniąc tym samym głę­bo­kim oran­żem, jaki znała z man­da­ry­nek, które w dzie­ciń­stwie wybu­chały na jej języku sło­dy­czą i cudow­nym sma­kiem. Coś chwy­ciło ją za gar­dło i nawet gdyby chciała coś powie­dzieć, nie potra­fi­łaby zna­leźć słów, by opi­sać to uczu­cie.

Uczu­cie, gdy wraca się do domu.

Mgła sunęła po falach, cicha, szara, roz­cią­ga­jąca się bez końca we wszyst­kich kie­run­kach, aż wresz­cie pochła­niała ją noc.

Linn zmarsz­czyła brwi i oparła się o burtę. W ciągu godziny pogoda się popsuła, widocz­ność spa­dła. Z tru­dem widziała drugi koniec wła­snego okrętu. W tej mgle było coś dziw­nego. Zda­wała się zbyt gęsta, zbyt ciężka.

- Tak myśla­łem, że cię tu znajdę.

Odwró­ciła się. Widziała tylko syl­wetkę wyła­nia­jącą się z mgły - zarys moc­nych ramion i sil­nych mię­śni.

Ka?s sta­nął tuż przy niej, mimo potęż­nej postury jego kroki były lek­kie jak u kota. Cyri­lyj­ski, a potem bre­goń­ski mun­dur zamie­nił na pro­stą czarną tunikę i ciemny płaszcz, który powie­wał lekko przy każ­dym ruchu. Było mu w nim do twa­rzy.

- Jeste­śmy bli­sko - odparła. - Kapi­tan powie­dział, że zej­dziemy na ląd o pół­nocy.

Na chwilę zapa­dła mię­dzy nimi cisza, ich odde­chy mie­szały się spo­koj­nie w zim­nym mor­skim powie­trzu.

- Czu­jesz nostal­gię?

W jego spo­koj­nym basie zadźwię­czała tęsk­nota. Tak jak i ją jego rów­nież porwano, ode­brano matce, od mło­dego wieku wię­ziono w Cyri­lii. Ka?sa zwer­bo­wano do Patroli Cesar­skich, ponie­waż miał rzadki dar wyczu­wa­nia i kon­tro­lo­wa­nia powi­no­wactw. Takich jak on nazy­wano yaege­rami, czyli w sta­ro­cy­ri­lyj­skim "myśli­wymi", i wyko­rzy­sty­wano do spra­wo­wa­nia kon­troli nad zwy­kłymi powi­no­wa­tymi.

Ker­lan uwię­ził też jego matkę, żeby móc go szan­ta­żo­wać pod­czas bitwy o Godhal­lem. Mimo to Ka?s w ostat­niej chwili zna­lazł w sercu odwagę, by pomóc Anie i Linn, dzięki czemu wygrały - ze świa­do­mo­ścią, że być może stra­cił ostat­nią szansę, by kie­dyś znów zoba­czyć matkę.

Jeśli teraz wrócę, Mor­ga­nia domy­śli się, co zro­bi­łem, że ją zdra­dzi­łem, powie­dział Linn. Jedyny spo­sób na to, by chro­nić matkę, to pozo­sta­wić ich w prze­ko­na­niu, że zgi­ną­łem.

Muszę stać się duchem.

Gdy tak stał teraz przed nią, to poja­wia­jąc się, to zni­ka­jąc w prze­pły­wa­ją­cych mię­dzy nimi pasmach mgły, zda­wało się, że już nim jest. W jego oczach lśniło sre­bro księ­życa, a Linn widziała w nich niebo i morze odbite jak w lustrze, choć ni­gdy się nie­spo­ty­ka­jące.

Przez te dwa tygo­dnie wciąż ana­li­zo­wała ich plan. Tęsk­nota za matką, za rodzinną wio­ską była nie­mal fizyczna, lecz jej dom leżał w prze­ciw­nej czę­ści kraju wzglę­dem celu ich podróży, Bei'kinu. To tam w pałacu na naj­wyż­szej ufor­ty­fi­ko­wa­nej górze rezy­do­wał cesarz. To tam w samym cen­trum mia­sta znaj­do­wała się uko­chana Świą­ty­nia Nie­bios, a w niej naj­wyżsi mistrzo­wie w całej Kemej­rze.

Cesarz był głową Kemejry, lecz to mistrzo­wie świą­tyni sta­no­wili jej serce - to oni zawsze słu­żyli mu radą i wpro­wa­dzali regu­la­cje przez sieć mistrzów roz­cią­gniętą na wszyst­kie pro­win­cje i regiony kraju niczym żyły.

To ich wspar­cie musiała sobie zapew­nić Linn. To oni mogli uru­cho­mić siły Kemejry, zabój­czych i świet­nie wyszko­lo­nych wło­da­rzy - tak po kemejr­sku mówiło się na powi­no­wa­tych.

Bez względu na wszystko wie­działa, co powie­działby jej mistrz wia­tru.

- Naj­pierw obo­wiązki - szep­nęła. - Musimy kie­ro­wać się na pół­noc, w stronę sto­licy, by pozy­skać pomoc cesa­rza i mistrzów świą­tyni. Dopiero wtedy...

Długo się już zasta­na­wiała nad tym pozor­nie nie­wy­ko­nal­nym zada­niem. Cesar­stwo Kemejr­skie znaj­do­wało się w sta­nie wojny z Cyri­lią, jesz­cze zanim Linn się uro­dziła. Punk­tem zapal­nym był spo­sób trak­to­wa­nia powi­no­wa­tych w Cesar­stwie Cyri­lyj­skim, ale rów­nież prze­myt i han­del wło­da­rzami, do któ­rego Cyri­lia się nie przy­zna­wała, a zara­zem nie robiła nic, by ukró­cić ten pro­ce­der.

Czy rząd kemejr­ski zary­zy­kuje i sta­nie po stro­nie innej cesa­rzo­wej? Takiej, która obieca oba­lić obecny reżim i odpo­wie­dzial­nie zarzą­dzać cesar­stwem? Czy też będą woleli patrzeć z zało­żo­nymi rękami, jak ich odwieczny wróg, inne wiel­kie cesar­stwo - ginie w pło­mie­niach?

Myśli Linn prze­rwało poru­sze­nie wia­tru, na które zawsze była wyczu­lona.

Rozej­rzała się bacz­nie. Wody wokół były puste, w srebr­nej mgle cza­iła się ciem­ność. Skąd brało się to nie­po­ko­jące prze­czu­cie, że coś tam na nich czyha?

I wtedy z bocia­niego gniazda usły­szeli okrzyk:

- Flara!

Krzą­ta­nina na pokła­dzie ustała, wszy­scy wytę­żali wzrok, wpa­try­wali się w hory­zont. Linn zmru­żyła oczy i w końcu, gdzieś w opa­rach mgły, wśród cieni nocy, doj­rzała sła­biut­kie świa­tełko. Miało cie­pły odcień, jakby poma­rań­czowy albo...

Poczuła, jak napina się każdy nerw jej ciała. Nie­moż­liwe. Przy niej syl­wetka Ka?sa spięła się w goto­wo­ści.

- Kolor? - krzyk­nęła do żegla­rza w bocia­nim gnieź­dzie.

- Czer­wony!

W jej gło­wie roz­dzwo­niły się dzwony alar­mowe. Czer­wony - znak nie­bez­pie­czeń­stwa. Linn wie­działa dość, by nie mieć wąt­pli­wo­ści, że czer­wona flara to wzy­wa­nie pomocy ze strony obcych stat­ków. Sygnał despe­racki.

Co mogło pchnąć tam­tych do jego wysła­nia?

- Pod jaką ban­derą płyną? - zawo­łała.

- Nie widzę!

Oczy­wi­ście. Mgła.

Linn zebrała powi­no­wac­two, okrę­ciła je wokół sto­ją­cego w opa­rach mgły powie­trza. Pchnęła i powiew wia­tru roz­pro­szył mgłę. Przez chwilę widzieli zarys statku oświe­tlo­nego kar­ma­zy­nową łuną. Zaraz potem flara przy­ga­sła, mgła wró­ciła na swoje miej­sce, a ciem­ność znowu pochło­nęła wszystko, co przed­tem skry­wała.

Linn jed­nak widziała już wszystko, czego potrze­bo­wała. Te żagle niczym skrzy­dła smoka. Na świe­cie ist­niało tylko jedno kró­le­stwo, które pły­wało pod takimi żaglami.

- To Kemej­ra­nie! - krzyk­nął czło­wiek w bocia­nim gnieź­dzie. - To kemejr­ski okręt, amba­sa­dorko!

Nie­po­kój chwy­cił ją za serce. Dla­czego okręt z jej ojczy­zny wyszedł w środku nocy w morze i wysłał czer­woną flarę?

Na ramio­nach poczuła silne, cie­płe dło­nie. Zamru­gała i ujrzała Ka?sa, jego spo­kojny wzrok.

- Linn...

Usły­szeli kroki, ktoś się zbli­żał. Ka?s odsu­nął się, zgrab­nie sta­jąc u jej boku tak, żeby móc przy­wi­tać nad­cho­dzą­cego.

- Amba­sa­dorko. - Z mgły wyło­niła się smu­kła, pro­sta syl­wetka kapi­tana. Ręko­jeść jego mie­cza pobły­ski­wała w świe­tle nie­sio­nej przez niego latarni. - Przy­ję­li­śmy sygnał nie­bez­pie­czeń­stwa. Twoje roz­kazy?

Świa­tło otu­liło ich krę­giem jasno­ści we mgle.

- Pły­niemy w stronę flary - odparła Linn.

Kapi­tan się zawa­hał.

- Z całym sza­cun­kiem, amba­sa­dorko. Odra­dzał­bym. Jest bar­dzo mała widocz­ność i nie mamy dość zapa­sów, by prze­pro­wa­dzić misję ratun­kową. Poza tym naszym celem jest dostar­cze­nie cię do Kemejry.

Linn się zadu­mała. Nie chciała nara­żać załogi na nie­bez­pie­czeń­stwo. Ale...

- Kapi­ta­nie, jeste­śmy jedy­nym okrę­tem w zasięgu wzroku. Jeśli tam­ten sta­tek ma kło­poty, jak mogli­by­śmy nie pomóc?

- Roz­sąd­nie byłoby się też dowie­dzieć, dla­czego Kemej­ra­nie w ogóle wysłali taki sygnał, skoro zaraz mamy wcho­dzić do portu - dodał Ka?s, a Linn zalała fala wdzięcz­no­ści, gdy usły­szała jego spo­kojny, pewny głos.

Kapi­tan ski­nął głową.

- Dobrze. Wyślę gołę­bia mor­skiego do Bre­gonu, żeby poin­for­mo­wać ich o tym kroku.

- Dzię­kuję.

Linn patrzyła, jak męż­czy­zna znika we mgle. Usły­szała jego stłu­mione przez nią roz­kazy, po czym załoga rzu­ciła się do akcji ratun­ko­wej.

W mrok pomknął ciemny kształt, Linn usły­szała trze­pot skrzy­deł. Jeden z gołębi pofru­nął z rapor­tem do Bre­gonu.

Okręt pły­nął dalej. Woda chlu­stała o burty. Mgła dyszała ciężko.

Nagle Ka?s się spiął.

- Coś wyczu­wam.

Linn roz­chy­liła usta, by odpo­wie­dzieć, lecz w tej samej chwili mgła roz­pro­szyła się i ode­brało jej mowę.

W czy­stym powie­trzu Linn ujrzała cmen­ta­rzy­sko.

Ocean przed nimi usiany był wra­kami okrę­tów, znisz­czone kadłuby wysta­wały z wody niczym klatki, podarte żagle dry­fo­wały na czar­nych falach niczym włosy. Linn czuła się, jakby spo­glą­dali wła­śnie na nie­koń­czące się rzędy nagrob­ków.

Na okrę­cie zapa­dła rap­towna cisza, do załogi docie­rało, co widzą. Tylko z oddali docho­dził ich dziwny, gwiż­dżący dźwięk, który prze­ci­nał powie­trze, nara­stał.

Znów roz­legł się krzyk z bocia­niego gniazda. Krzyk, który zmro­ził Linn krew w żyłach.

- OKRĘT CYRI­LYJ­SKI! KRYĆ SIĘ!

Zdą­żyła tylko odwró­cić się do Ka?sa, nim nad wodą przed dzio­bem roz­bły­sło jasne świa­tło.

* * *

Okręt wybuchł. Ocean był dużo zim­niej­szy i ciem­niej­szy niż we wspo­mnie­niach Linn. Ude­rze­nie pozba­wiło ją tchu w pier­siach, pchnęło w otchłań ciemną jak noc.

Tu na dole nie było gwiazd.

Czas jakby zwol­nił. Linn wiła się i w głę­bi­nach ujrzała jakieś ślady bły­sków: noc roz­świe­tlona w iskrach ognia, odłamki drewna, jęk całego toną­cego okrętu. Niebo, pło­mie­nie i morze roz­ma­zały się jej przed oczami, gdy leciała przez mrok. Jej ciało huk­nęło o wodę.

W lewej nodze poczuła ostry, wszech­ogar­nia­jący ból. Płuca się ści­snęły. Musi pły­nąć, oddy­chać.

Pra­co­wała nogami, ale z jedną ręką wciąż słab­szą po kon­tu­zji nie potra­fiła zła­pać rów­no­wagi i krę­ciła się bez­rad­nie to w jedną, to w drugą stronę, nie mogąc opa­no­wać sytu­acji.

Zdrową ręką usi­ło­wała wyko­ny­wać mocne ruchy, któ­rych uczyła się u mistrzów wody. Płyń z prą­dem, powta­rzali jej w dzie­ciń­stwie.

To jed­nak było otwarte morze, a fale mio­tały nią na wszyst­kie strony niczym liściem na wie­trze. Nie wie­działa nawet, gdzie dół, gdzie góra, nie było żad­nego świa­tła, które mogłoby ją nakie­ro­wać.

Wezwała swoje powi­no­wac­two, szu­kała wia­tru. Lecz głę­boko pod wodą była od niego odcięta. Dusiła się.

Nie, pomy­ślała, na­dal szu­ka­jąc wia­tru. Nie po to znio­sła to wszystko, nie po to tyle prze­żyła, żeby uto­nąć teraz u brzegu ojczy­zny, na progu wojny, w któ­rej musi wal­czyć.

Świat zasnu­wała mgła, połą­cze­nie z powi­no­wac­twem wymy­kało się z jej umy­słu. Wokół piersi czuła ucisk, jakby coś się na niej zaci­skało. Zdra­dliwa lek­kość. Świat się roz­ja­śnił - potem zapło­nął brzydką poma­rań­czą i palącą czer­wie­nią.

Po czym wró­cił do niej wirem kolo­rów, hała­sem huczą­cych fal i wyją­cych w ago­nii ran­nych.

- Oddy­chaj - roz­ka­zał niski głos w jej uchu i Linn zaczęła wymio­to­wać wodą, a potem łap­czy­wie chwy­tać oddech, spi­jać zimne powie­trze pełne kwa­śnego dymu.

Znała ten głos. Drżąc, odwró­ciła twarz w stronę męż­czy­zny, w jego srebr­nym spoj­rze­niu widziała blask pło­mieni toną­cego statku.

- Popłynę - powie­dział Ka?s. - Zdo­łasz się mnie trzy­mać?

Ucze­piła się jego ramion. Woda była jak lód, zimno ści­skało mię­śnie Linn z każdą mija­jącą sekundą, aż pozo­sta­wiło je zupeł­nie bez czu­cia. Za nią maja­czył bled­nący oranż statku, świa­tło gasło jesz­cze chwilę. Potem byli już tylko ona i Ka?s sunący przed sie­bie przez ciem­ność. Przy­ci­skała się do jego ciała, ich serca wybi­jały rytm tej samej modli­twy, odde­chy zle­wały się w jedno z dźwię­kiem morza.

W każ­dym ruchu jego sil­nych ramion wyczu­wała zmę­cze­nie, ocean z łatwo­ścią bujał ich na falach.

Coś wyło­niło się z ciem­no­ści przed nimi. Pod bla­skiem roz­świe­tla­ją­cym chmury nad ich gło­wami poja­wił się kształt okrętu.

Linn mało nie popła­kała się z ulgi.

- Ka?s - wychar­czała. - Okręt.

- Coś jest nie tak - odparł tak cicho, jakby nie chciał, by go usły­szano.

W tej samej chwili księ­życ wyło­nił się zza chmur i zalał poświatą jasno­nie­bie­skie żagle, a na każ­dym z nich herb. Na nie­zli­czo­nych okrę­tach sto­ją­cych cicho na kotwicy w zatoce łopo­tał ryczący biały tygrys.

Okręty z Cyri­lii. Nie jeden - cała flota.

Linn zapo­mniała o oddy­cha­niu. Czuła, jak ramiona Ka?sa napi­nają się pod jej dłońmi, sły­szała jego ostry wdech. To widział czło­wiek na bocia­nim gnieź­dzie, gdy krzyk­nął ostrze­gaw­czo sekundę przed tym, jak zostali zaata­ko­wani.

Co tu robią cyri­lyj­skie okręty?

W gło­wie miała pustkę. Ucze­piła się kur­czowo nadziei. Może to Ana już dopły­nęła do Cyri­lii i wysłała posiłki do Kemejry.

Ale... nie, to nie­moż­liwe. Nie tak szybko. Ana pew­nie led­wie dobija do brze­gów swego cesar­stwa.

Nie­po­kój zupeł­nie ją ośle­pił, nawet nie zare­je­stro­wała lądu, póki Ka?s nie stęk­nął i nie potknął się o coś. Trzę­sąc się z zimna, padli na lodo­waty, lizany falami piach.

- Dla­czego? - Zęby jej szczę­kały. - Dla­czego są tu cyri­lyj­skie okręty?

Ka?s przy­klęk­nął obok niej. Zrzu­cił płaszcz, został tylko w dopa­so­wa­nej czar­nej tunice i skó­rza­nych butach. Włosy przy­le­piły mu się do policz­ków, krę­ciły na karku, kapała z nich słona woda.

- Linn. Jesteś ranna.

Spoj­rzała w dół na nogę i dopiero wtedy zro­zu­miała, skąd się bie­rze ten pul­su­jący ból. Jej lewa łydka była roz­cięta, wśród mię­śni i ścię­gien mignął jej chyba blady blask kości. Krew zalała już pia­sek wokół.

Usły­szała sze­lest, zastu­kało szkło i dotarło do niej, że Ka?s jakimś cudem ura­to­wał swoją apteczkę i wła­śnie w niej szpe­rał.

- Założę szwy - zade­cy­do­wał. - Wypij to. To śro­dek uspo­ka­ja­jący.

Wzięła fiolkę, którą jej podał. Płyn był gorzki, alche­miczna mik­stura dla ran­nych żoł­nie­rzy. Paliła, nim dotarła do żołądka.

W ciągu kilku chwil poczuła cie­pło w koń­czy­nach, ból zaczął usta­wać. Świat się wymy­kał, myśli spo­wol­niły.

Jak mogło pójść aż tak źle? Jesz­cze przed chwilą byli na wła­snym okrę­cie; potem nagle to jasne świa­tło i już krwa­wiła na brzegu ojczy­zny, którą opu­ściła przed ośmioma laty. Prze­pa­dło wszystko - jej okręt, załoga, to, co przy­go­to­wała na tę misję.

A tym­cza­sem u bram jej kró­le­stwa stała wroga mary­narka.

Pół­przy­tomna patrzyła, jak Ka?s potrząsa kulą ogniową. Usły­szała, jak pęka szkło, ujrzała w świe­tle pło­mie­nia igłę. Jego dło­nie były deli­katne, gdy przy­klęk­nął przy jej nodze i zaczął szyć, led­wie czuła ukłu­cia i wsu­waną w ciało igłę. Fale zawi­ro­wały, ryk w jej uszach przy­cichł.

Ka?s zdjął tunikę i baweł­nianą koszulę i podarł tę drugą na dłu­gie, cien­kie pasy. Z żoł­nier­ską pre­cy­zją i sku­tecz­no­ścią zaczął ban­da­żo­wać jej ranę. Kiedy skoń­czył, znów wło­żył tunikę. Potem wsu­nął ręce pod jej ciało, przy­ci­snął do sie­bie i wstał.

Oparła głowę o jego ramię, mil­czała. Ruszyli. Mokry piach prze­szedł w błoto i skały; słona bryza i szum morza ustą­piły cięż­kiemu zapa­chowi liści i sze­le­stowi krza­ków. Przez liście drzew księ­życ oświe­tlał powy­gi­nane gałę­zie, jakże inne od pro­stych, smu­kłych świer­ków Cyri­lii.

W końcu Ka?s zatrzy­mał się pod skalną półką, która roz­cią­gała się nad ich gło­wami, two­rząc coś w rodzaju płyt­kiej jaskini. Ostroż­nie poło­żył Linn na mchu.

- Daj mi swoje chi - powie­dział, więc odpięła je od nad­garst­ków.

Odszedł kilka kro­ków i wyżął je. Kiedy odda­wał jej tka­ninę, wciąż była wil­gotna, ale i tak natych­miast znów przy­pięła ją do nad­garst­ków.

Potem znik­nął. Usły­szała sze­lest zdej­mo­wa­nego ubra­nia, woda pry­skała na liście wokół, gdy zaczął wyży­mać spodnie i tunikę. Linn rozej­rzała się otę­pia­łym wzro­kiem: nie­równa skała nad ich gło­wami, led­wie wysta­jąca spod pną­czy i paproci, spo­ra­dyczne głowy pta­ków i brzę­cze­nie owa­dów nio­sące się po lesie. Powie­trze powoli ogrze­wało jej skórę, deli­katne i wil­gotne jak ni­gdy w Cyri­lii, gdzie zawsze wiał ostry, suchy, zimny wiatr.

Znów zasze­le­ściły krzaki. Przed jaski­nią poja­wił się Ka?s. Wsu­nął się pod skałę i usiadł naprze­ciwko Linn. Bez słowa ujął jej ranną łydkę i zaczął odwi­jać mokry opa­tru­nek, wymie­nił go na nowy. W powie­trzu wisiały nie­wy­po­wie­dziane myśli i nie­za­dane pyta­nia.

Linn pierw­sza prze­rwała ciszę.

- Zaata­ko­wali nas?

- Tak. Praw­do­po­dob­nie cyri­lyj­scy powi­no­waci, wno­sząc po znisz­cze­niach doko­na­nych przez ogień.

- A reszta załogi? - wyszep­tała.

Pokrę­cił głową.

- Nie wiem, co się z nimi stało. Wyczu­łem jedy­nie, że wzy­wasz swoje powi­no­wac­two. Po tym zdo­ła­łem cię zna­leźć.

Nawet w tej chwili jego głos był spo­kojny, równy, niczym kotwica w burz­li­wym świe­cie.

Przy­mknęła oczy. Jasno­nie­bie­skie flagi, a na nich cyri­lyj­ski Krąg Bóstw, w jego środku korona.

- Flagi Cesar­stwa Cyri­lyj­skiego.

- Tak. - Głos Ka?sa na­dal był opa­no­wany, a jed­nak wyczuła w nim napię­cie. - Wygląda na to, że do Kemejry dotarły woj­ska Mor­ga­nii.

Dla­czego? To pyta­nie wciąż huczało jej w gło­wie, odkąd tylko ujrzała te okręty. Dla­czego Mor­ga­nia mia­łaby zapę­dzać się aż tu, do poło­żo­nej hen, za oce­anem Kemejry?

Odpo­wiedź kryła się w okrę­tach zako­twi­czo­nych w ciem­no­ści.

Lecz nie tej nocy.

W gło­wie jej wiro­wało. Czuła dziwną lek­kość na sku­tek utraty krwi. Otu­liła się ramio­nami, zro­biła kilka głę­bo­kich wde­chów.

- Odpocz­niemy - powie­działa, a jej głos zabrzmiał o wiele pew­niej, niż się czuła. - Zjemy, odzy­skamy siły. A rano...

Jej wzrok spo­czął na ran­nej nodze owi­nię­tej ban­da­żami, które już nacią­gnęły czer­wie­nią. Czuła słabe mro­wie­nie bólu, stłu­mio­nego mgłą środka, który dał jej Ka?s.

- Rano pój­dziemy i zbie­rzemy infor­ma­cje na temat tych okrę­tów - dokoń­czył rze­czowo, jakby głę­boka rana jej nogi w ogóle nie ist­niała. Jakby nie musiał jej przed chwilą rato­wać, wycią­gnąć z oce­anu i tu przy­nieść. Poło­żył się koło niej. - Trzy­maj się bli­sko mnie. Żeby nasze ciała nie stra­ciły cie­pła.

Linn sku­liła się i poło­żyła głowę w zgię­ciu mię­dzy jego ramie­niem a klatką pier­siową. Jego ciało było cie­płe, solidne. Równe bicie jego serca ją uspo­ko­iło. Poczuła, jak Ka?s wygła­dza jej chi, otula nim jej ramiona niczym kocem.

Jed­nak Linn była spięta jak sprę­żyna. W ciągu jed­nej nocy jej plan zupeł­nie się posy­pał. Oto Kemejra, jesz­cze przed chwilą bez­pieczna przy­stań, wcią­gnięta została w wir krwi i prze­mocy, w który Mor­ga­nia naj­pierw pchnęła Cyri­lię, potem Bre­gon. A skoro okręty Mor­ga­nii już dotarły do brze­gów Cesar­stwa Kemejr­skiego, to ani Bei'kin, ani Świą­ty­nia Nie­bios nie są bez­pieczne.

Linn zaci­snęła pię­ści. Znio­sła zbyt wiele, prze­szła zbyt długą drogę, by się wyco­fać.

To wojna.

To jej dom.

I nie dopu­ści do tego, by Mor­ga­nia zwy­cię­żyła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki