Jacek Rostocki
TEUFELSCHWANX
- Ja nie idę! - oznajmiłem Gazie na wstępie.
- Cykor!
- Może być cykor... Znaczy wolę być żywym cykorem niż martwym bohaterem
- To twoje, czy gdzieś przeczytałeś?
- Wal się, głupku...
- No no! Uważaj! Ja nie cykorzę! Idziemy wszyscy, a ty, jak chcesz, to grzej kanapę. Poczytasz o nas na portalu!
- Że niby co? Kto komu wybił zęby? A potem będę was w pierdlu odwiedzał, tak?
- Nie pieprz tchórzu! Masz jakiś inny pomysł?
- Mam!
- - -
Przywołanie jest proste. Właściwie nie jest związane ze specjalnym rytuałem - bardziej liczy się szczerość. Poza tym to działa jak on/off. Jednym tekstem się przywołuje, innym odwołuje. Żadna filozofia.
- - -
- Nic z tego, kurwa, nie kumam!
- Bo ty, Gaza, w ogóle niewiele kumasz...
- Ej! Uważaj!
- Przymknij się i patrz na ilustrację...
- Masakra, ja pierdykam! To jest noga? - Gaza z fascynacją przyglądał się obrazkowi.
- Chuj z nogą! Patrz - kolesiowi oczy wypadły, czujesz!? Tam widać jeszcze, jak mu spływają po policzkach!
- I co? Wystarczy, że się złapiemy za rączki i wypowiemy: "Przyjdź demonie, przyjdź!"?
- Ja nie mogę! Ale ty jednak jesteś tępy!
- Ty! Uważaj!
- Przymknij się! Po pierwsze, jak już mówiłem, ja nie idę.
- Tchórz!
- Mówiłem, przymknij się! Po drugie nie wiem, czy to zadziała. Nie w tej sprawie, tylko generalnie. Znaczy, ja w to wierzę tak... ogólnie raczej... - nie do końca potrafiłem mu to wyjaśnić.
- Czyli?
- Czyli możemy spróbować, ale nie ma żadnej gwarancji, że się uda.
- No ale co trzeba zrobić?
- Widzisz! To akurat wszystko sprawdziłem. Więc? Wchodzisz w to?
- Ja, kurwa, nie tchórzę! - oburzył się Gaza.
- Dżiii! Gaza, jak chcesz, możesz sobie tam iść, nic nie szkodzi. Ale do rytuału potrzebuję trzech osób.
- Nas jest dwóch przecież...
- Masz się tylko zgodzić. Lolo będzie trzeci.
- - -
Piwnica Lola zawsze śmierdziała. To był wyjątkowy odór i zbyt dużym uproszczeniem byłoby stwierdzenie, że to stare spleśniałe ziemniaki, kurz i grzyb na ścianach. To było coś znacznie głębszego, sięgającego pod udeptaną glinę aż pod najniższe fundamenty...
A może i nie? Matka Lola twierdziła, że tak daje zepsuta kapusta.
W każdym razie dzisiaj wyjątkowo ten smród nam nie przeszkadzał. Wręcz tworzył odpowiedni klimat. Na starej, odwróconej do góry dnem skrzynce po cebuli ustawiliśmy płonący znicz zakupiony u Kaliciakowej pod cmentarzem. Znicz był elegancki, plastikowy z estetycznymi wytłoczeniami po bokach. Jednak największe wrażenie robił jego kolor. Szkarłatnorubinowa barwa tworzywa podświetlonego płomieniem zdawała się rozlewać na zewnątrz, wlewać się do naszego świata. Rozpychała się i rozpełzała, obejmując w posiadanie piwnicę, nas, rytuał...
- Na tej kartce napisałem, o co prosimy.
- Ttaki list do Mikołaja? Ttak? - jak zwykle zacinając się, dopytywał Lolo.
- Bosz! Niech będzie. Ale raczej miałem na myśli to, co my chcemy, żeby się stało z Predatorami z Zatorza.
- Tfu, tfu, tfu, tfu! - Gaza otrząsnął się gwałtownie, jakby cierpiał na zespół Tourette'a. - Nawet nie wymawiaj przy mnie...
- Niby jak, co? Jak niby miałbym powiedzieć, o co chodzi, nie mówiąc, o kogo chodzi?
- Fuck! Nie podoba mi się to!
- Spoko wodza. Im się jeszcze bardziej nie spodoba. W każdym razie mogę wam przeczytać, chcecie?
- Ddawaj! - zachęcił Lolo.
- "Niech Predatorzy sczezną!".
- Co to niby znaczy? Że mają się zeszczać? Może zesrać byłoby lepiej?
- To znaczy, że mają zniknąć. Bardzo cię proszę Gaza zachlaśnij koparkę, bo się wkurwię i tak to się skończy!
- Ddawaj, ddawaj! - pogodził nas Lolo.
- "Niech Predatorzy cierpią!"
- Mam pomysł.
- Gaza, kurwa!
- Czekaj, bo ja sobie tak pomyślałem, bo mnie wpieprzają ci predatorzy i predatorzy, a przecież chodzi ogólnie o wrogów naszej Wiślanki, no nie?
- No niby tak. O nich właśnie chodzi.
- Więc jakby tam, zamiast tych chujów, wstawić właśnie "wrogowie Świtu WSS Mleczna Dolina Wiślanka KS"?
- Trochę przydługie, ale... - próbowałem to sobie wyobrazić.
- Ty, ale ja mam jeszcze lepszy pomysł, bo wiesz, możesz raz napisać: "niech wrogowie Świtu WSS Mleczna Dolina Wiślanka ks" i potem lecisz, rozumiesz - "się zeszczają", czy jak tam mówiłeś... stracą zęby, wymiękną, niech ich chuj strzeli i...
- Dobra! Gaza, szanuję twoją inwencję, niech się tak stanie. Napiszę dokładnie tak!
- Serio? Tak napiszesz? - Gaza wyraźnie się ucieszył - A co to jest to moje, co szanujesz?
- - -
Kolejnym wymogiem rytuału było spalenie kartki w ogniu świecy (w naszym przypadku znicza) wraz z wypowiedzeniem odpowiedniej formuły. To właśnie odnalezione przeze mnie zaklęcie stanowiło newralgiczny punkt całej akcji. Bo to, co wypisaliśmy na liście życzeń wobec Predatorów, to była sama szczera prawda. Teraz tylko ktoś musiał sprawę załatwić.
Pomysł przyszedł mi do głowy w trakcie lektury przedwojennego wydania "Tajemnych praktyk Złych Ludzi. Rzecz o Raubritterach, Freierach i Szwarcknechtach".
Okazuje się, że ustawki to nie nasz pomysł. Ludzie naparzali się zawsze, spontanicznie albo po wcześniejszych ustaleniach. Od prehistorii, starożytnego Rzymu, przez średniowiecze, do dzisiaj. Zacząłem szperać. Zawęziłem swoje pole zainteresowań do średniowiecznej Polski lub, powiedzmy, tej części Europy, którą teraz nazywamy Polską. Interesowało mnie wszystko, co dotyczyło grupowych naparzanek. Technika, sprzęt, zwyczaje. No i magia. Bo wziąć cep i przypierdolić słabszemu - to żaden problem, ale w garstkę pokonać armię - to już trzeba mieć pomocnika gdzieś na górze. W ten sposób trafiłem na Tojfelszwanca (Teufelschwanza). Według książki, miał być okrutnym demonem, z którego pomocy korzystali raubritterzy atakujący posiadłości panów i panków. Tojfelszwanc podobno był dosyć wygodny dla zamawiających - nie brał jeńców i oczyszczał pole, jak pies czyści kość z mięsa. Potem zaś, z tym co zostało, robił to samo, co pies robi z kością - wysysał szpik i chrupał - tak, że po jatce nie pozostawał żaden ślad.
Na koniec wystarczyło demona odwołać i można było się zabrać za liczenie nowych skarbów.
Pamiętać jednak należało, by odprawić demona odpowiednio wcześnie - rozochocony potrafił przenieść się za pole walki i tam wykończyć również zaplecze. To nie było dobre, bo odbierało rabusiom możliwość gwałcenia. A gwałcenie, podobnie jak deser jest smacznym elementem obiadu, było atrakcyjną częścią rabunku, było popularne, lubiane i cenione. Fajne było.
W sumie zabawna bajka. Okraszona ciekawymi ilustracjami i formułą, którą teraz właśnie mieliśmy wypowiedzieć, paląc kartkę z życzeniami wszystkiego najgorszego dla Predatorów z Zatorza...
- - -
Tojfelszwance komcumir undmach sznel wasichwil
himel istloch szwachist got machfirmich difajnde tot
Tojfelszwanckom!
- I cco? - Lolo wyraźnie był nieswój, ale może martwił się, że matka na górze wyczuje smród spalenizny. Bo kartka od początku nie chciała się dobrze palić. Pełgały po niej niechętne ogniki jak żarzące się, dymiące robale, pożerając papier wolno i smrodliwie.
- I nic. Teraz możecie spokojnie iść na Kiełbasianą Górkę postukać się z tymi skurwielami z Zatorza. A właściwie nawet nie będziecie się musieli napieprzać. Tojfelszwanc załatwi to za was.
- Ale ty nie idziesz?
- Już mówiłem. Ja załatwiłem wsparcie, a reszta zależy od was. Też możecie nie iść.
- Nie jesteśmy tchórzami... - żachnął się Gaza.
- O rany. Gaza, jasne, że nie jesteście tchórzami. Tylko, że sprawa jest już załatwiona. Czy tam pójdziesz, czy nie, to Zatorzanie mają przewalone. I to ty się do tego przyłożyłeś. Uważam, że jesteś bohaterem. Nic już nie musisz robić. Możesz zostać w domu i oglądać tiwi. Albo poczytać książkę...
Gaza wzdrygnął się i popatrzył na mnie jak na kosmitę.
- - -
Zaczęło się normalnie.
Zza zakrętu wyjechały furki z Zatorzanami. Nasi w liczbie siedemnastu czekali z chustkami na twarzach, z podniesionymi kołnierzami albo w zarzuconych kapturach.
Ci z Zatorza oczywiście narobili kurzu, celowo przegazowując i skręcając na ręcznych hamulcach. A kiedy pył opadł, oni już stali naprzeciwko z bejzbolami, kastetami i kłódkami na łańcuchach. Tak więc uzbrojenie po obu stronach było podobne.
No i, od słowa do słowa, zaczęło się:
- E, turyści, na piechotę żeście tu przyszli? Długo czekacie?
- Może mama ich podrzuciła?
- Chyba twoja, jak już z ulicy wróciła! Heheheh...
- Ożesz ty!
- Ożesz wy!
Osz, bosz, kurwa, chuj, et cetera.
I poszło. Niby normalnie, zwarciem. Ale za moment wir stał się jakby szybszy, kurzu zrobiło się jakby więcej. A potem cała ta zbieranina pękła jak dziki ul strącony drągiem z gałęzi.
Grupa rozpadła się, a wojownicy wypadli z niej we wszystkich kierunkach, niczym uciekające od barci niedźwiedzie gonione przez stado os.
A i w rzeczy samej zdawać by się mogło, że to właśnie owady jakoweś ich opadły. Ludzie machali rękami od czegoś się oganiając. Na niewiele jednak się to zdawało. Tysiące małych diablików czy to tabuny drobnych szatanów dosięgły każdego z osobna i gryzły, i cięły, i szarpały!
Jeden z Zatorzan potknął się o wystający z ziemi korzeń i poleciał twarzą do przodu. Pod nim ziemia nagle stała się chropowata jak gigantyczny arkusz papieru ściernego. Chłopak wyciągnął ręce przed siebie, chroniąc się przed upadkiem. Jednak kiedy tylko dłonie zetknęły się z podłożem, starły się jak drewniany klocek przyłożony do szlifierki... A może raczej jak marchewka wciśnięta w otwór sokowirówki. Właściwie burak. Nie mogąc się w żaden sposób zatrzymać, nieszczęśnik starł się aż do szlufki z tyłu spodni. A potem i ona zniknęła.
- - -
Nie powiedziałem Gazie i Lolowi prawdy. Nie zostałem w domu, tylko poszedłem na Kiełbasianą Górkę. Ale nie pokazywałem się nikomu, lecz z cyfrową kamerą w rękach przycupnąłem w krzakach, licząc na ciekawe widowisko. Poza tym, na wszelki wypadek, miałem przy sobie tekst odwołania. Jak mawiają, strzeżonego pan Bóg strzeże...
A teraz nawet nie byłem w stanie przeczytać tych słów - nie dało się po prostu oderwać oczu od tego, co rozgrywało się na małym, ciekłokrystalicznym ekranie.
Chłopaki ginęli jeden po drugim... Ale najgorsze było to, że padali jak leci! I nasi, i tamci!
- - -
Gaza zaskoczony wpatrywał się w swoją pięść, która przed chwilą zdzieliła go prosto w nos. To był jego błąd, bo kiedy patrzył na jedną rękę, druga podstępnie przywaliła mu hakiem w usta. Po takim ciosie Gaza nie był w stanie ustać - padł jak ścięte drzewo.
Podobno nie należy kopać leżącego. Gaza albo o tym nie wiedział, albo zapomniał, albo przestał być sobą. Sam na podeszwach rozniósł się na strzępy.
Przystojniak Cygan z Zatorza stanął jak wryty. Poczuł hiper erekcję. Jego penis rósł, nie przejmując się bokserkami, dżinsami, paskiem. Nabrzmiał tak bardzo, aż przerósł swojego właściciela. A potem go strzelił tak, że aż Cyganowi mózg wytrysnął uszami. Później penis, już bez właściciela, zaczął gonić niedobitków, strzelając na lewo i prawo...
Tego było już zbyt wiele. Oderwałem oczy od displeja i zdecydowanym głosem wyrecytowałem z kartki:
Tojfelszwance komcumir undmach sznel wasichwil
himel istloch szwachist got machfirmich difajnde tot
Tojfelszwanc ferszwinde!
- - -
Na pobojowisku pozostały cztery osoby - Lolo, dwóch Zatorzan i jeden gość, chyba przyjezdny. Rozglądali się wkoło przerażeni i zdezorientowani, nie mogąc uwierzyć w to, co się przed chwilą wydarzyło.
Panowała cisza, a jedynym świadectwem stoczonej bitwy były porozrzucane wszędzie atrybuty kibiców - pałki, łańcuchy i kastety.
Wybiegłem zza osłony zarośli z kamerą w ręku. Zwolniłem po kilku metrach i normalnym krokiem zbliżyłem się do zszokowanych niedobitków.
- Lolo? Nic ci nie jest?
- Cco tto było?
- Nie mam pojęcia, ale biorąc pod uwagę okoliczności, to był chyba właśnie Tojfelszwanc - wyjaśniłem przerażonemu koledze.
Obcy odwrócił się na pięcie i odbiegł, nie oglądając się za siebie. Jeden z Predatorów klapnął na ziemię, tak jak stał, a drugi odwrócił się do nas plecami i, opierając ręce na kolanach, rzygał jak kot z refluksem.
- Ttotal szajs, wiesz? Załatwił naszych, a nie Predatorów...
- No właśnie to jest dziwne, chociaż...
- Nnie mogłeś go odwołać?
- A jak myślisz palancie, dlaczego zniknął?
- Aale naszych też rozp... rozp... rozp...!
- Fakt, rozpierdolił wszystkich. Jak leci... Czekaj, a co było w końcu na tej kartce? Wiesz, to co Gaza wymyślił?
- Nno, żeby szlag trafił Predatorów.
- Właśnie nie! Tak, to ja chciałem. Gaza to zmienił. "Niech wrogowie Świtu WSS Mleczna Dolina Wiślanka KS" i tak dalej... To o to chodzi!
- O o o o... co? Bbo nie kumam... - Lolo zrobił wielkie oczy, co przy jego normalnie wyłupiastych gałach sprawiło, że zamienił się w lemura.
- Tojfelszwanc załatwił wrogów klubu.
- Ale nasi? - Lolo z wrażenia przestał się zacinać.
- Widocznie tak naprawdę wcale KS Wiślanki specjalnie nie lubili.
- Nie ma opcji, oni Wiślankę kochali! Chociaż ostatnio wygrała jakieś dwa... dwa lata i trzy miesiące już będzie...
- Nie Lolo, oni kochali się naparzać i tylko o to im chodziło. Klub mieli w dupie. Jak widzisz niektórzy z Zatorza wyszli nawet nie draśnięci. Co oznacza, że nie byli...
- Co oznacza, że nie byli wrogami Wiślanki?
- Dokładnie.
- Ale nasi... - Lolo zabrzmiał żałośnie.
- Nasi wygwizdywali zawodników, wyzywali ich od najgorszych. Ich, trenera, prezesa. Jeśli to była miłość, to raczej trudna.
- Ale ustawialiśmy się z Predatorami!
- Żeby sobie popuścić krwi. Z miłością do klubu to nie miało nic wspólnego.
- I co teraz będzie?
- Teraz? - popatrzyłem na Lola z roztargnieniem - Teraz będzie deser.
- Jjak to? - Lolo znowu zaczął się zacinać, ale ja już tego nie zauważyłem.
Ruszyłem w stronę samochodów Zatorzan.
Byłem pewny, że Jolka jak zwykle czeka na powrót Cygana z ustawki.
Tym razem jego się nie doczeka. Tym razem to będę ja.