Północny brzeg Śniardw, 14 maja 2021 r.
Jacek Ligęza nie był przesądny, ale ten kot był jakiś dziwny. Zamiast zniknąć w zaroślach, zatrzymał się na środku brukowanej drogi i zastygł nieruchomo, świdrując go opalizująco zielonymi oczami.
- Spływaj, czarny diable! - Mężczyzna odruchowo splunął przez ramię, a potem głośno chrząknął.
Kot ani drgnął.
- Co ty masz w pysku? A fuj...
Kot systematycznie przeżuwał kawałek padliny. Ligęza aż się wzdrygnął, a potem oparł rower o drzewo i wydobył z kieszeni polaru flaszkę z przezroczystym płynem. Była w połowie opróżniona. Krzywiąc się, wlał w siebie potężny łyk.
- Co za wstrętne bydlę...
Zwykle nie mówił do siebie, ale dziś zaprawił się bardziej niż zwykle. Tak bardzo, że większość drogi odbył na własnych nogach, używając roweru w charakterze podpórki. Noce, które spędzał jako stróż w Wodniku - podupadającym ośrodku wypoczynkowym - wciąż mu się dłużyły. Nie znosił się nudzić i chociaż pracował tam już od dwóch miesięcy, nadal nie mógł się przyzwyczaić do monotonii. Monotonii, która stała się częścią składową jego nowego życia. Tak jak alkohol.
Podniósł rower, który zdążył się przewrócić, a potem na chwiejnych nogach ruszył w kierunku pożywiającego się kota. Zwierzę miauknęło, jakby z wyrzutem, a potem leniwie opuściło drogę, wciąż pracując żuchwą. Ligęzie zrobiło się niedobrze. Zwisający z pyszczka kawałek mięsa przypominał ludzki palec.
Odwrócił głowę, skupiając wzrok na kolorowym afiszu, który na tej wiejskiej drodze wydawał się nie na miejscu. Litery trochę mu skakały, ale dość szybko połączył je w wyrazy. Mijał ten afisz codziennie od chwili, gdy życie zmusiło go, by zatrudnił się w Wodniku.
- Najlepsi polscy pisarze wypoczywają w Wierutkach - odczytał, a potem parsknął śmiechem.
Reklama nowego pensjonatu wydała mu się absurdalna. Jakoś trudno było wyobrazić sobie te tłumy turystów, które odwiedzają Wierutki tylko dlatego, że właściciel zaprosił pisarzy. Zresztą idiotyczny był już sam pomysł, by ładować setki tysięcy złotych - a może nawet miliony - w remont zrujnowanego dworku. Położony tuż obok Wodnik ledwo wiązał koniec z końcem. Dlaczego w Gościńcu von Schindlerów - bo tak miał nazywać się nowy pensjonat - miałoby być inaczej?
Gdy kot zniknął w krzakach, Ligęza poczuł się pewniej. Uczynił gest, jakby chciał zerknąć na zegarek, ale zanim podciągnął rękaw, zmienił zdanie. Przecież nigdzie mu się nie spieszyło. Oparł rower o pobliskie drzewo i znów wyciągnął butelkę.
W centralnej części afisza znajdowała się przedwojenna fotografia w kolorze sepii. Uwieczniono na niej dawny dworek von Schindlerów, w którym spadkobiercy chcieli teraz otworzyć pensjonat. Niestety osiemdziesiąt lat zrobiło swoje. Dworek wyglądał obecnie zupełnie inaczej, i to mimo nieustających wysiłków remontujących go budowlańców. Po dawnej świetności zostało tylko wspomnienie.
- Po cholerę ładować kasę w taką ruinę? - spytał sam siebie Ligęza, a potem przechylił butelkę. - Taniej byłoby zbudować coś nowego...
Z treści afisza wynikało, że właściciel chce skusić klientów wschodniopruską, tajemniczą atmosferą. U Niemców, którzy wciąż traktowali te tereny jak utracone dziedzictwo, rozbudzić nostalgię. A u Polaków - zamiłowanie do odkrywania Mazur na nowo, od innej, historycznej strony. Ligęza nie wierzył w ten biznesplan, a już udział pisarzy uważał za umysłową aberrację. Jeszcze gdyby właściciel udostępnił dworek na potrzeby jakiegoś serialu albo umieścił jego nazwę w jednej z tych historycznych strzelanek na konsolę... "Behind Enemy Lines" czy czymś w tym stylu. Ale książka? Co to za reklama? Kto dzisiaj czyta książki?!
Tymczasem według afisza reklamą pensjonatu miał być... zbiór opowiadań. Antologia, której tłem miał stać się właśnie dworek von Schindlerów. To dlatego mieli tu przyjechać pisarze. Zakładano, że wypoczynek w Wierutkach połączą z intensywną pracą.
- Niezła będzie impreza. - Zaśmiał się pod nosem Ligęza i wziął zamach pustą butelką, ale ostatecznie nie wypuścił jej z dłoni. W końcu był teraz poniekąd pracownikiem branży turystycznej. Nie powinien śmiecić. - Bal gryzipiórków.
Usta otworzyły mu się bezwiednie w potężnym ziewnięciu. Do swojej kawalerki w Mikołajkach - a tym samym do swojego łóżka czy raczej barłogu - miał jeszcze ponad trzy kilometry. Schował butelkę z powrotem do kieszeni i wtedy znów zobaczył czarnego kota. Nagle odechciało mu się spać.
- Co ty tam masz?
Z kociego pyska wciąż wystawał kawałek mięsa, ale tym razem oprócz mięsa było coś jeszcze. Skrawek niebieskiej wstążki albo tkaniny. Ligęza przełknął ślinę. Wzrok, jeszcze przed chwilą mętny, nagle mu się wyostrzył. Znów poczuł się tak jak kiedyś... W poprzednim życiu.
Usiłował przywołać kota, ale zwierzak - przed chwilą tak namolny - jak na złość postanowił prysnąć. Jeszcze przez moment Jacek widział końcówkę kociego ogona, a potem wszystko zakryła bujna roślinność. Teren i tak był podmokły, a teraz - w połowie maja - przypominał bagno. Po kilku krokach stare adidasy Ligęzy zapadły się w kleistą maź.
Gdzieniegdzie między gałęziami karłowatych drzew było widać błękitną powierzchnię jeziora. Przez ostatnie kilka lat Ligęza dobrze poznał północny brzeg Śniardw. Wiedział, że przyjdzie mu się ubrudzić, ale szczególnie się tym nie przejął. Robocze ciuchy, które miał na sobie, i tak przypominały łachmany. Chwilę brnął przez błoto, uważnie się rozglądając. Alkohol, który jeszcze przed chwilą krążył mu w żyłach z prędkością pendolino, nagle gdzieś się ulotnił.
- Kici, kici...
Kot, który jak gdyby nigdy nic przysiadł na kępie trawy, znów zerwał się do biegu. Tym razem nie skierował się jednak w stronę jeziora, tylko obrał za cel wieżę widokową. Ligęza zaczął truchtać, ale po chwili czarne futro znów zniknęło mu z oczu. W błocie zostało jedynie coś niebieskiego...
Ligęza przykląkł i - przełamując obrzydzenie - ostrożnie uniósł strzęp materiału. Mógł się mylić, ale znalezisko skojarzyło mu się z mankietem koszuli. Mankietem, który wciąż umazany był brązową mazią, śmierdzącą jak zepsute mięso. Mężczyzna dobrze znał ten zapach. Sięgnął do kieszeni i wyjął telefon.
Bateria była prawie rozładowana. Przez chwilę wpatrywał się w ekran, a potem schował komórkę i głęboko odetchnął. Raz i drugi. Z przyjemnością odnotował, że tętno zwolniło. Znów był spokojny i pewny siebie. Wyglądało na to, że nie zardzewiał.
Oczy zamieniły mu się w dwa skanery. Szedł powoli, wpatrując się w błoto i rozgarniając stopami co większe kępy trawy. Rosnące nad brzegiem Śniardw olszyny szumiały monotonnie, a nad głową bzyczała mu mucha. Machnął ręką i pochwycił ją w locie, nie odrywając wzroku od podłoża.
Teren zaczął się podnosić. Błoto ustąpiło, a pod stopami zaczęły mu szeleścić zeszłoroczne liście. Drzewa były dziwnie powykręcane. Za jednym z nich czaił się kot. Gdy Ligęza zbliżył się na odległość kilku kroków, zwierzak wyskoczył zza pnia niczym tygrys. W jego pyszczku wciąż tkwiło coś obrzydliwego.
- Gdzie to jest? - Mężczyzna pociągnął nosem, usiłując wychwycić słodkawą woń rozkładu. Zachowanie kota podpowiadało, że to, czego szukał, znajdowało się niedaleko. Ale powietrze pachniało tak jak zwykle. Koktajlem butwiejących liści, zielonych pędów i mazurskiego wiatru.
Kot prychnął gniewnie, a gdy to nie przyniosło rezultatu, znów zniknął w trawie. Ligęza ruszył w kierunku wieży widokowej, z której - o ile nie zawodziła go pamięć - można było podziwiać nie tylko ogromne Śniardwy, ale też połączone z nimi przesmykiem jezioro Łuknajno. Wciąż obserwował podłoże i węszył niczym pies myśliwski. Do szumu drzew dołączyło gęganie wystraszonego ptaka.
Wieża widokowa była zrujnowana. Przed wstępem na spróchniałe schody przestrzegała czerwona tablica, a drogę przegradzała szarfa - podobna do tej, którą policjanci odgradzali miejsce zbrodni. Ligęza przełożył nad nią nogę, a potem ostrożnie sprawdził pierwszy stopień. Drewno zaskrzypiało, a potem pękło z głośnym trzaskiem.
Mężczyzna poklepał się po brzuchu, który w ostatnich miesiącach nieco się powiększył. A potem spróbował raz jeszcze. Na szczęście kolejne stopnie były bardziej wytrzymałe. Opierając stopy o krawędzie desek, wszedł na pierwszą z trzech platform i z wysokości siedmiu-ośmiu metrów zaczął przeczesywać najbliższą okolicę. Wypatrzył dwa baraszkujące w błocie dziki, zdechłego łabędzia, a nawet przyczajonego pod krzakiem kocura, ale nie dostrzegł tego, czego szukał. Wzruszył ramionami, a potem zapalił papierosa. Chmurę dymu natychmiast porwał wiejący znad jeziora wiatr.
Przez dłuższą chwilę palił, lustrując wzrokiem wzburzoną powierzchnię Śniardw i kontrastującą z nią gładką jak lustro taflę Łuknajna. Z platformy widać było nawet kolorowy afisz i stojący nieopodal rower. Starego grata, na którego nie skusiłby się nawet największy menel z dawnego PGR-u w Wierutkach. Osady, w której pozostało jedynie kilkunastu stałych mieszkańców.
Śniardwy były o tej porze niemal puste. Weekend majowy dobiegł już końca i na jeziorach zostało niewielu turystów, a ci, którzy nie wyjechali, nie zdążyli jeszcze wypłynąć z portów. W zasięgu wzroku znajdowały się tylko dwie łódki ze zrefowanymi żaglami. Na Śniardwach wiatr miał się gdzie rozpędzić. Ligęza zapiął polar pod samą szyję, zgasił papierosa, pocierając go o filar wieży, a potem - zanim zdążył przypomnieć sobie o swoim postanowieniu nieśmiecenia - pstryknął petem przed siebie. Pomarańczowy filtr pofrunął w dół i zniknął wśród połamanych gałęzi starej wierzby.
Ligęza zszedł ostrożnie po zdezelowanych schodkach i odruchowo rozejrzał się za kocurem, ale ten znów gdzieś się oddalił. Jeszcze przez chwilę skanował oczami teren i wciągał powietrze, a potem wzruszył ramionami i zawrócił w kierunku porzuconego roweru. W końcu makabryczny posiłek kota nie był jego sprawą. Już nie. Poza tym to wcale nie musiał być fragment zwłok...
Fetor zaatakował go po kilkunastu krokach. Był niczym uderzenie w żołądek - Ligęza odruchowo splunął, a potem ukrył twarz za kołnierzem polaru. Tętno znów mu przyspieszyło, a oczy zaczęły przeczesywać teren jeszcze intensywniej niż przed chwilą. Obszedł wieżę widokową i zatrzymał się po jej przeciwnej stronie. Tym razem wiejący znad Śniardw wiatr nie był orzeźwiający.
Podniósł ułamaną gałąź i ostrożnie rozgarnął gałęzie rosochatej wierzby. Pierwszą rzeczą, którą zobaczył, był świeży niedopałek papierosa. Ten, który wyrzucił na platformie. Smród był tak intensywny, że oczy wypełniły mu się łzami. Utkwił wzrok w rosnącym tuż obok krzaku malin i dostrzegł, że krzak lekko się porusza. Przez chwilę zbierał się w sobie, a potem dotknął go gałęzią.
- O, kurwa!
Wylądował na tyłku, a jego łokieć - po uderzeniu w pień wiekowej wierzby - eksplodował bólem. Kot podskoczył na wysokość metra, wydając z siebie odgłos przypominający płacz głodnego niemowlęcia, a potem przemknął tuż obok, trącając go wyprężonym ogonem. Ligęza przez chwilę uspokajał oddech, a potem - powoli, bardzo powoli - podniósł się na nogi. Wiedział, czego się spodziewać. Rozchylił kolczaste gałęzie i poczuł ponurą satysfakcję.
Zwłoki leżały w dziwacznej pozycji, na wpół zagrzebane w starych liściach. Tam, gdzie dobrał się do nich kot, czyli w okolicach pośladków, ział nieregularny otwór. Niebieski materiał nie pochodził z koszuli, tylko z płóciennych spodni. Po wygryzionej dziurze przechadzały się wielkie, opalizujące muchy. Jedna z rąk była złamana - z przedarcia w rękawie sterczała ostro zakończona kość.
Wzrok Ligęzy powędrował wzdłuż tułowia, odzianego w kraciastą marynarkę, która przywoływała skojarzenia z salą wykładową na uczelni. Zwłoki należały do mężczyzny. Czyżby zmarły był naukowcem z położonej nieopodal stacji badawczej Uniwersytetu Warszawskiego? Głowę miał odwróconą. Widać było jedynie dość długie, szpakowate włosy oraz równie szpakowaty zarost, pokrywający fragment policzka przy uchu. Pozostała część twarzy była wtulona w wilgotną glebę, po której spacerowały mrówki.
Ligęza widział w swoim życiu kilkunastu denatów. Byli tacy, którzy twierdzili, że do obcowania ze zwłokami nie sposób się przyzwyczaić, ale na niego makabryczny widok nie podziałał mocniej niż łyk espresso. Całą uwagę poświęcał temu, by nie utrudnić roboty technikom. Ostrożnie cofnął rękę, pozwalając, by zwłoki znów zniknęły w plątaninie gałązek.
Obserwowany przez łakomego kota, wrócił do podstawy wieży widokowej. Chociaż od denata dzieliło go tylko kilka metrów, smród zniknął, przewiany silnym wiatrem od Śniardw. Wyciągnął telefon i ze złością stwierdził, że nie ma zasięgu. Pojedyncza kreska pojawiła się dopiero wtedy, gdy ponownie wspiął się na pierwszą platformę. Wybrał numer alarmowy. Czekając na połączenie, jeszcze raz popatrzył w dół na połamane gałęzie wierzby, pod którymi - w objęciach krzaku malin - spoczywały zmasakrowane zwłoki. A potem zerknął w górę i pokiwał domyślnie głową. Trzecia platforma była na tyle wysoko, że wypadnięcie musiało zakończyć się tragicznie. Czy to była przyczyna śmierci? Czy facet zwyczajnie spadł?
Telefon nie wykazywał oznak aktywności. Ligęza odniósł wrażenie, że z równym powodzeniem mógłby próbować połączyć się z dyżurnym telepatycznie. Kreska zasięgu pojawiała się i znikała, a migający symbol baterii ostrzegał przed rychłym rozładowaniem. Mężczyzna popatrzył w górę na zrujnowane schody i przez chwilę bił się z myślami. Nie chodziło mu o bezpieczeństwo, tylko o ewentualne zatarcie śladów. Z doświadczenia wiedział jednak, że kluczowe będą ślady na zwłokach. A te na wieży? Cóż, przecież będzie uważał...
Im wyżej, tym drewniana konstrukcja schodów wydawała się kruchsza. Przeklinając swoje gabaryty, piął się w górę. Denatowi było łatwiej. Wrażenie mogło być mylące, ale facet wyglądał na chudzielca. W końcu, igrając z siłami grawitacji, stanął na najwyższej platformie i od razu dostrzegł wyłamany fragment barierki. Nie musiał tam podchodzić. I bez tego wiedział, że uszkodzenie znajduje się dokładnie nad miejscem, w którym leżały zwłoki.
- Zachciało ci się widoków, ty biedny sukinsynu - mruknął ze szczerym współczuciem, a potem, zerkając nerwowo na uginające się pod nim deski, wybrał ponownie numer alarmowy. - No, odbierajcie - warknął, starając się poruszać niczym baletmistrz.
Niestety nagrany na taśmę głos był nieczuły na błagania. Poinformował go, że musi zaczekać, a kilkanaście sekund później powtórzył to samo. Trzeciego razu nie było. Telefon znów zamilkł, tym razem na dobre. Na ekranie pojawił się symbol rozładowanej baterii.
- Szlag by to...
U stóp wieży po raz ostatni spotkał się z agresywnym kotem. Tym razem w odpowiedzi na gniewne prychnięcie miał ochotę poczęstować go kopniakiem, ale jakoś się powstrzymał. Zwierzak był obleśny, to fakt, ale taka była widocznie jego natura. Większość kotów nie żywiła się padliną, ale Ligęza słyszał o takich, które zżerały zmarłych właścicieli. Skoro tak zachowywały się nawet koty domowe, to czego wymagać od takiego gagatka?
W pierwszej chwili chciał pojechać na komisariat, ale zanim doszedł do porzuconego roweru, zmienił zdanie. Z dwojga złego wolał już wizytę u Brunona. Wskoczył na siodełko i zawrócił w stronę Wierutek. Kilka minut później minął swoje obecne miejsce pracy - ośrodek Wodnik - a potem remontowany intensywnie pensjonat, w którym mieli wkrótce zamieszkać pisarze. Wieś znajdowała się nieco dalej od jeziora, na niewielkim wzniesieniu wśród łąk. Ligęza nadepnął mocniej na pedały i po chwili - walcząc z zadyszką - zahamował przed bramą, za którą wznosił się w miarę nowy budynek mieszkalny i kontrastujące z nim zabudowania z czerwonej cegły, pochodzące jeszcze z czasów wschodniopruskich.
Bruno Landau kosił trawnik. Ligęza pchnął furtkę, pogłaskał łaszącego się kundelka i ruszył powoli w głąb podwórka. Landau zobaczył go w ostatniej chwili i chyba dlatego zareagował tak nerwowo. Odepchnął od siebie kosiarkę, która natychmiast zgasła, a potem cofnął się o dwa kroki i zacisnął pięści.
- Czego chcesz?!
Wrogość, z jaką go powitał, była zrozumiała. Ich ostatnia rozmowa skończyła się mordobiciem, po którym - co Ligęza zauważył nie bez satysfakcji - dawny kolega wciąż miał obtarty nos.
Teraz ich prywatne relacje nie były istotne.
- Spokojnie, Bruno. Przyszedłem ci tylko powiedzieć, że masz robotę.
- Jaką robotę? - Mężczyzna podrapał się po wstrętnej bliźnie, biegnącej od kącika ust aż po szyję. Zwykle blizna była biała, ale teraz poróżowiała. - Co ty chrzanisz?...
Urwał i wysłuchał tego, co chciał powiedzieć mu Ligęza. A potem zadzwonił na komisariat w Mikołajkach.
- Przy starej wieży nad Łuknajnem, tak? - upewnił się i wydał przez telefon kilka zwięzłych poleceń. - Jeśli będziecie przede mną, to zaczekajcie, dobrze? - zakończył i ruszył w kierunku swojego SUV-a.
Ligęza poszedł w jego ślady, uśmiechając się kpiąco. Bruno już taki był. Mógł wysłać na miejsce zdarzenia swoich podwładnych, a samemu cieszyć się wolnym dniem. Ale nie umiał. Praca w policji nie była dla niego zwyczajnym zajęciem zarobkowym, tylko powołaniem. Misją.
- Szpakowaty? Z brodą?
- Tak - odparł Ligęza. - Mocno śmierdzi, więc leży tam już pewnie przynajmniej kilka dni.
Wskoczył na miejsce pasażera, a potem - gdy wyjechali za bramę - wrzucił rower do przepastnego bagażnika i znów wsiadł do środka. Landau ruszył, jeszcze zanim zamknęły się drzwi.
Rozumieli się bez słów. W końcu to nie był ich pierwszy raz. Pracowali razem w komisariacie w Mikołajkach przez okrągłe pięć lat. Do zeszłego października. Czyli do chwili, w której Ligęza wyleciał ze służby.
Północny brzeg Śniardw, 2 lipca 2021 r.
Monika Łasicka wstrzymała oddech i dodała gazu. Stary opel zanurzył się w kałuży do połowy felg i przez chwilę zdawał się dryfować, ale wreszcie złapał przyczepność. Po kilku ciągnących się w nieskończoność sekundach kałuża została z tyłu. Jednocześnie ostatnie promienie zachodzącego słońca padły na kolorowy afisz. Najlepsi polscy pisarze wypoczywają w Wierutkach.
Sapnęła z niedowierzaniem, chyba już setny raz. Nie była znaną pisarką. Jak dotąd opublikowała dwie powieści, które sprzedały się łącznie w niecałych trzech tysiącach egzemplarzy. Gdy odebrała telefon z prestiżowego wydawnictwa, nie spodziewała się niczego dobrego. Tymczasem sekretarka redakcji o miłym głosie miała dla niej wiadomość tak zaskakującą, że w pierwszej chwili Monika pomyślała, że to żart. Miesiąc w mazurskim pensjonacie z największymi gwiazdami rynku? I możliwość napisania opowiadania do antologii, o której w branżowym światku twórców kryminałów mówiło się na okrągło od kilku miesięcy? To wprost nie mieściło się w głowie.
Dlaczego zaproponowano to akurat jej?
Jak się okazało, odpowiedź na to pytanie była prozaiczna. Ten niespodziewany dar od losu zawdzięczała swojej dyspozycyjności. Sekretarz redakcji z rozbrajającą szczerością wyznała, że dzwoniła już wcześniej do kilku innych pisarzy z wydawnictwa, ale żaden nie zdecydował się na wyjazd w ostatniej chwili. Ktoś miał wykupione wczasy, ktoś inny chore dziecko... Tymczasem na miejsce - do dworku w mazurskiej głuszy - należało dotrzeć już następnego dnia. Organizatorowi zależało, by pisarski projekt został zainaugurowany w obecności wszystkich autorów antologii. Trzeciego lipca, podczas uroczystego śniadania.
Na szczęście Monice nieobca była umiejętność szybkiego pakowania. Nie miała też żadnych sztywnych planów. Rok szkolny skończył się kilka dni wcześniej, a na te wakacje nie zaplanowała dodatkowych fuch - kolonii, obozów ani opieki w ramach programu "Lato w mieście". W te wakacje chciała pisać, a los zesłał jej niespodziewany prezent.
Za wydanie antologii miało odpowiadać największe wydawnictwo w Polsce. Sekretarz redakcji nie ukrywała entuzjazmu. Powtarzała to kilka razy - zestawienie nazwiska Moniki z nazwiskami takich tuzów jak Mariusz Żak czy Edyta Gruszka stanowiło doskonałą reklamę. I to nie tylko dla niej, ale także dla jej wydawcy - znacznie mniejszego i od kilku lat ledwie wiążącego koniec z końcem. Podczas rozmowy Monika dowiedziała się o telewizji, która miała nakręcić z pisarskiego eventu coś w rodzaju reality show w wersji mini.
- Będziesz sławna, dziewczyno. - Monika powtórzyła pod nosem słowa, które padły na koniec rozmowy. - Taka szansa zdarza się raz w życiu.
Wyjechała z Lublina sześć godzin temu i była już porządnie zmęczona. Owszem, zdarzyło się jej wcześniej pokonywać nawet dłuższe dystanse, ale nigdy podróży nie towarzyszyła aż taka ekscytacja. Nawet wtedy, gdy jechała do Olsztyna na pierwsze - i jak dotąd jedyne - spotkanie autorskie. Spotkanie, w którym oprócz niej i osoby prowadzącej wzięło udział jeszcze pięcioro ludzi...
Droga z Mikołajek była w fatalnym stanie, ale widoki w pełni rekompensowały te niedogodności. Chowające się za horyzontem słońce barwiło wodę Śniardw na ciepły, pomarańczowy kolor, a niebo na wschodzie zrobiło się już granatowe. Na jego tle widać było pojedynczy żagiel zapóźnionej łódki. Monika jechała na tyle wolno, że zdecydowała się uchylić okno. Powietrze było upajające.
Tabliczka z nazwą miejscowości pordzewiała ze starości. Przejechała obok brzydkiego pawilonu, a potem minęła kilka domków kempingowych. Gdy dostrzegła bramę z nazwą ośrodka, głęboko odetchnęła. Była prawie na miejscu. Według wyjaśnień sekretarki redakcji pensjonat wznosił się zaraz obok Wodnika.
Ośrodek sprawiał wrażenie zapuszczonego. Zatrzymała się przy bramie i wyłowiła z półmroku nieoświetloną budkę strażnika. W jej wnętrzu palił papierosa rosły mężczyzna.
- Przepraszam! - krzyknęła przez opuszczoną szybę. - Chciałabym dojechać do Gościńca von Schindlerów.
Strażnik opuścił swoją budkę. Odniosła wrażenie, że lekko chwieje się na nogach.
- To tam. - Pokazał ręką w kierunku przeciwnym do tego, z którego przyjechała. - Po sąsiedzku. Ale nie wiem, czy pani tam zaparkuje... - Podrapał się po głowie. - Jak pani chce, to może pani zostawić samochód u nas.
- Dziękuję, ale jednak spróbuję - powiedziała pospiesznie, bo facet, chociaż usiłował być miły, miał nieźle w czubie.
Ruszyła powoli, a on odsunął się i obojętnie wzruszył ramionami. Chyba nie miał złych zamiarów, ale nie chciała tego sprawdzać.
Potoczyła się drogą i po chwili westchnęła z zachwytem. Stary dworek prezentował się przepięknie. Był piętrowy, a podświetlające go reflektory wydobywały z półmroku szlachetną czerwień ceglanych ścian. Wszystko to na tle potężnego rozlewiska Śniardw. Wodnik wyglądał przy dworku jak duża, brzydka siostra. Taka jak z bajki o Kopciuszku.
Wjechała przez wąską bramę i kierując się drogowskazem, skręciła w lewo w kierunku parkingu. Docelowo miał być dość duży, ale teraz przypominał plac budowy, a jego większa część była zagrodzona taśmą. Wcisnęła się na jedyne wolne miejsce, zastawiając niemiłosiernie brudnego jaguara.
Inne zaparkowane tu samochody też były z górnej półki, ale to wcale nie popsuło jej humoru. Jak każdy pisarz i każda pisarka, ona też wierzyła, że już wkrótce napisze bestseller. Pogłaskała maskę swojego starego gruchota, zadowolona, że podróż przebiegła bez przygód, a potem sięgnęła do bagażnika po piekielnie ciężką walizę.
- Czy mogę ci pomóc?
Słowa dobiegły zza pleców. Wyprostowała się tak gwałtownie, że uderzyła głową o klapę bagażnika.
- Czy my się znamy? - spytała, odwracając się na pięcie.
Twarz mężczyzny była tylko szarą plamą w niemal już całkowitym mroku.
- Nie wiem, czy ty znasz mnie. Ale ja znam ciebie. Monika, prawda?
Nie czekając na odpowiedź, wyciągnął z jej bagażnika walizkę. Musiał być silny, bo nawet się nie skrzywił.
- A pan jest...
- Ja tu tylko sprzątam. - W jego głosie pojawiło się rozbawienie. - I proszę, nie "pan". Na "pana" to trzeba mieć wygląd i maniery. Jestem Mariusz.
Nieco skołowana, podała mu dłoń, a potem - zupełnie niepotrzebnie - wymieniła swoje imię. Facet był ekscentryczny, bez dwóch zdań. Ale wzbudzał zaufanie.
- Pracuje pan... Pracujesz w pensjonacie?
Oparł walizkę na kółkach i zaczął ją ciągnąć w kierunku dworku. Wolną ręką uczynił zapraszający gest.
- W pewnym sensie tak - odparł, błyskając w ciemności zębami. - W pewnym sensie wszyscy tu pracujemy.
Roześmiała się. Zrozumiała, że nowy znajomy tak jak ona jest pisarzem. Poprawiła okulary, usiłując dojrzeć jego twarz. Nie musiała się wysilać, bo właśnie wchodzili w krąg światła rzucanego przez staromodną latarnię. Gdy światło stało się wystarczająco silne nawet dla jej kiepskiego wzroku, stanęła jak wryta.
- Pan Mariusz... Żak?!
Był najpopularniejszym polskim pisarzem kryminałów. I - obok Remigiusza Mroza - najpłodniejszym. Widywała tę twarz na plakatach, a teraz... Teraz, jak gdyby nigdy nic, ciągnął za sobą jej ciężką walizkę.
- Po prostu Mariusz. Wnosząc po twoim przerażeniu, nie jestem ci obcy...
- Pewnie, że nie. Dopiero co skończyłam twoją ostatnią książkę.
Jak na złość, nie pamiętała tytułu. Główną bohaterką była dziewczyna zmagająca się ze stanami lękowymi.
- Aż boję się spytać...
- Świetna - odparła szczerze. - Najlepsza rzecz, jaką przeczytałam w tym roku.
Nie dodała, że od stycznia przeczytała jedynie kilka szkolnych lektur. I to tylko dlatego, że ich znajomość była jej potrzebna w pracy. Odkąd zaczęła sama pisać, na czytanie nie miała zwyczajnie czasu.
- A ja niedawno przeczytałem twoje Olśnienie - oznajmił, podnosząc walizkę, by wnieść ją po schodkach. - Genialna książka. A Co tobie niemiłe czeka na półce. Zabiorę się do niej po powrocie.
- Masz moje książki?
- No pewnie. Lubię być na bieżąco z tym, co produkuje konkurencja.
Powiedział to poważnym tonem, ale Monika parsknęła śmiechem. Mariusz Żak miał na koncie ponad trzydzieści powieści, z których każda była bestsellerem. Wydawał po kilka książek rocznie. Byli ludzie, którzy nie czytali nic innego.
- Jestem dla ciebie taką konkurencją jak smart dla tira z naczepą. Jak San Marino dla Stanów. Jak Motor Lublin dla Barcelony...
- Czy ty porównałaś mnie właśnie do tira z naczepą?
Roześmiała się. Mariusz Żak był bardzo sympatyczny. I zdecydowanie nie gwiazdorzył.
- Dokąd idziemy? - spytała, bo rozmawiając, minęli główne wejście i szli dalej wyłożoną płytkami alejką, równolegle do frontowej ściany dworku.
- Niestety nie proszą nas na razie na salony - odparł, wskazując na pojedyncze, rozświetlone okno. Pozostałe były ciemne. - Miejsce robotników jest w czworakach.
Alejka skręciła, oddalając się od dworku. Po lewej stronie mieli czarną toń jeziora, a wokół nich rosły stare drzewa dworskiego parku. Przed nimi jarzyło się kilka odległych światełek. Domyśliła się, że to zabudowania ośrodka wczasowego, który wcześniej mijała.
- Kwaterują nas w Wodniku?
Zaprzeczył, a potem skręcił jeszcze raz, w stronę jeziora.
- Część zabudowań Wodnika powstała jeszcze przed wojną. Główny pawilon był stajnią. Von Schindlerowie trzymali kilkadziesiąt koni. - Urwał i podniósł walizkę, by znieść ją po kilku stopniach. Byli coraz bliżej brzegu. - W przeciwieństwie do dworku, który został częściowo zniszczony, stajnie przetrwały wojnę. Przerobiono je najpierw na magazyn, a potem na coś w rodzaju internatu.
Postawił walizkę na ziemi i ciężko odetchnął. Alejka prowadziła do budynku usytuowanego tuż nad wodą.
- Internatu? Na takim odludziu?
- Też się zdziwiłem, ale wyjaśnienie jest prozaiczne. Ktoś wpadł na pomysł, by wykorzystać tutejszą infrastrukturę... te wszystkie budynki pofolwarczne... do celów edukacyjnych. A raczej edukacyjno-resocjalizacyjnych.
Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. Przez chwilę rozcierał bicepsy, a potem znów podniósł walizkę. Alejka przeszła w ścieżkę. Kółeczka zapadały się w wilgotnym piachu.
- Otworzyli tu szkołę dla trudnej młodzieży? - spytała ze zdziwieniem.
- Tak jest - potwierdził. - Nazwali to młodzieżowym ośrodkiem socjoterapii. Dworek był niewykorzystany, ale zaanektowali dawną stajnię, obory, pomieszczenia dla służby... A także domek letni. Voila.
Z ulgą postawił walizkę w piachu i wskazał na budynek nad wodą. W kilku niewielkich oknach świeciło się światło. Zaraz za budynkiem przebiegała metalowa siatka, oddzielająca obecny teren dworku od Wodnika.
- To tutaj będziemy mieszkać?
- Dokładnie. Niektórzy przyjechali już wcześniej. Kilka dni temu. Ja jestem od wczoraj. Warunki są nie najgorsze. Zresztą... zaraz sama zobaczysz.
Obeszli budynek i po drewnianych schodkach weszli na dużą werandę. Przylegał do niej długi, dyskretnie oświetlony pomost, na którego końcu przycumowano żaglówkę. Monika stanęła przy barierce i przez chwilę wsłuchiwała się w ciszę, zakłócaną tylko nieśmiałym rechotem żab. To miejsce spodobało się jej jeszcze bardziej niż wschodniopruski dwór.
- Jeśli trafiłabym do takiego ośrodka, to nie dałabym się tak od razu zresocjalizować - powiedziała po cichu, patrząc tam, gdzie przed godziną zniknęło słońce. Na ciemnoróżowe wspomnienie po mijającym dniu. - Ten widok jest...
Nie dokończyła, ale zrozumiał, co miała na myśli. Pokiwał głową.
- Uczniowie mieszkali na terenie Wodnika. Za ogrodzeniem. - Wskazał ręką na powykrzywianą ze starości siatkę. Zobaczyła, że jej szczytem poprowadzono dwie warstwy drutu kolczastego, którego nikt nie zdemontował. - Tutaj mieszkali nauczyciele. Wyprowadzili się ponad dwadzieścia lat temu, kiedy szkoła została zlikwidowana.
Zadrżała w podmuchu chłodnego, wilgotnego wiatru.
- Dużo wiesz - powiedziała, a on popatrzył na nią z uśmiechem.
- To właśnie jest research. Niektórzy zarzucają mi, że pisząc w takim tempie, nie jestem w stanie go robić. Jak widać, są w błędzie.
Zanim zdążyła zapytać, co ma na myśli, podszedł do drzwi, otworzył je i gestem dłoni zaprosił ją do środka.
Letni domek był na tyle duży, że obok kilku sypialni wydzielono w nim obszerny salon. Przy długim stole siedziało parę osób. Na widok wchodzących rozmowa umilkła. Mariusz skłonił się zabawnie, a potem przedstawił Monikę. Ściskając dłonie, była mu wdzięczna. Uważała się za introwertyczkę. Samotne wejście do salonu pełnego ludzi, których znała dotąd tylko z fotografii w internecie, wiązałoby się z o wiele większym stresem.
Nie kojarzyła z wyglądu jedynie dwóch osób. Trzydziestoletniego na oko brodacza o nieco szalonym spojrzeniu i młodziutkiej dziewczyny, która wyglądała tak, jakby dopiero co teleportowano ją z wybiegu dla modelek. Nazwisko brodacza od razu jej umknęło, ale dziewczyna była zdecydowanie bardziej wyrazista.
- Gośka Minge. - Uścisk jej szczupłej dłoni był nadspodziewanie silny. Sięgnęła do kieszeni obcisłych dżinsów i wyjęła z niej mikroskopijny klucz. - Wreszcie jesteśmy w komplecie. Jak podróż?
Monika odparła, że nieźle, bezskutecznie przeszukując pamięć. Małgorzata Minge? To nazwisko nic jej nie mówiło, ale nie odważyła się spytać, czy dziewczyna też jest pisarką. Tym bardziej że z jej słów wynikało, iż doskonale wie, kim jest Monika. Wiedziała na przykład, że mieszka w Lublinie.
- Od dawna tu jesteś? - spytała Monika, uśmiechając się grzecznie.
- Mam wrażenie, że od zawsze - westchnęła, a potem zaczęła liczyć, wspomagając się palcami. Miała długie paznokcie pociągnięte lakierem z brokatem. - Dokładnie od trzydziestu dwóch dni. I siedmiu godzin - dodała, unosząc oczy ku górze, co miało chyba oznaczać, że pobyt w tym miejscu trochę jej się dłuży.
- Od tak dawna? Myślałam, że pisarze są tu co najwyżej od kilku dni...
- Pisarze tak - odparła. - Niestety ja nie jestem pisarką. - Wyjęła z kieszeni wizytówkę z symbolem graficznym wydawnictwa Karolak i Spółka. Największego wydawnictwa w kraju. - Jestem redaktorką prowadzącą tej antologii. A przy okazji człowiekiem od czarnej roboty. Jeśli będziesz miała z czymś problem, to koniecznie do mnie zadzwoń.
Monika uśmiechnęła się uprzejmie. Nie miała pojęcia, czy dziewczyna żartuje, czy mówi poważnie.
- Ale dlaczego jesteś tu już od ponad miesiąca?
- Trzeba było wszystko dograć. I dopilnować. Zresztą to temat na poemat. Dziś na przykład odbierałam z Giżycka rezerwowe poszewki na pościel.
Rozmawiały w kącie salonu. Pozostała część towarzystwa wróciła na swoje miejsca przy stole. Mariusz Żak pochylał się nad Leną Kurczuk i coś z ożywieniem jej tłumaczył. Słuchała go jednym uchem, drapiąc się po nagim, wytatuowanym ramieniu.
- Czy inni pisarze już zaczęli? - Monika usiłowała zadać to pytanie lekkim tonem, ale jej nie wyszło. Od chwili, gdy dowiedziała się, że dołączy do ekipy, nie umiała myśleć o niczym innym. Bała się, że nawali. Że jej opowiadanie będzie odstawało poziomem albo że nie zdąży go ukończyć. - Dostałaś już jakiś tekst do redakcji?
Gośka pokręciła głową.
- Nie mogli zacząć, bo jeszcze nie wiedzą, o czym mają pisać. To zostanie ogłoszone dopiero jutro, podczas uroczystego śniadania. Na razie znana jest tylko ogólna tematyka.
- Opowiadanie kryminalne, którego tłem ma być historia tego dworku. - Monika zacytowała to, co usłyszała przez telefon od swojego wydawcy, a następnie przeczytała na stronie Karolaka i Spółki. - Czy temat zostanie uściślony?
- Tak. Dworek ma bogatą historię. Każdy z pisarzy otrzyma tło w postaci konkretnego okresu. Albo konkretnych wydarzeń. Na przykład lata wojny. Albo historię pewnego tajemniczego pojedynku z lat trzydziestych. Albo... - Zawiesiła głos, a potem uśmiechnęła się tajemniczo i przyłożyła palec do ust. - Wszystkiego dowiecie się jutro. Historii jest osiem - tyle, ilu zaproszonych pisarzy. Dostaniecie tło, ale to, jak je wykorzystacie, zależy od was. Nie ma też sztywnych ram, jeżeli chodzi o gatunek.
- Gatunek, czyli...
- Może to być opowiadanie kryminalne. Może być thriller. Albo horror. Albo nawet romans, byle nie zbyt ckliwy. Zasada jest tylko jedna. Opowiadania muszą być z jajem.
Monika przełknęła ślinę. Czuła się jak przed startem w wyścigu. Na szczęście rywale startowali z tego samego poziomu. Zerknęła w kierunku stołu, usiłując wyłowić oznaki nerwowości, ale niczego takiego nie zauważyła. Chyba że oznaką zdenerwowania było ziewanie. Jeśli tak, to z nerwami walczyła co najmniej połowa towarzystwa, ale ziewanie wynikało przypuszczalnie z dość późnej pory i - przede wszystkim - z rozwlekłego monologu, którym raczył wszystkich rudzielec siedzący u szczytu stołu. Leszek Wełniak, kreujący się od kilku lat na sumienie branży.
- Terry Hayes pisał Pielgrzyma przez cztery lata. Zwróćcie uwagę na to, jak przemyślany jest każdy najmniejszy szczegół. Ten ciąg przyczynowo-skutkowy... Tego nie zapewni nawet najlepsza redakcja. Nie należy się spieszyć, nawet z opowiadaniem. Inaczej wychodzi nam literacka pulpa.
Wytatuowana Lena Kurczuk uśmiechnęła się pod nosem i zerknęła na Mariusza Żaka. W jej ślady poszedł także brodacz o nieprzytomnym spojrzeniu. Dla wszystkich w pomieszczeniu aluzja do ekspresowego tempa, w jakim Żak tworzył swoje kolejne powieści, była aż nadto czytelna. Monika odruchowo pokręciła głową. Wiedziała, że Wełniak atakował Żaka przy każdej okazji, ale nie sądziła, że będzie to robił także, siedząc z nim twarzą w twarz. Takie zachowanie wydało jej się chamskie, mimo że teraz - poniewczasie - Wełniak mrugnął okiem, sugerując, że tylko żartował.
Żak tylko się uśmiechnął. Sprawiał wrażenie zakłopotanego. Krępującą ciszę przerwała Gośka Minge:
- Panie Leszku, jeśli liczy pan na gościnę dłuższą niż przez miesiąc, to muszę pana rozczarować - stwierdziła obojętnym tonem. - Jesteśmy tu tylko do końca lipca i najpóźniej do tego momentu muszę dostać tekst. Choćby i pulpę.
W salonie rozbrzmiały śmiechy. Wełniak też się uśmiechnął, a jego karnacja - na co dzień jasna - zrobiła się na moment jakby ciemniejsza. Monika popatrzyła na dziewczynę z sympatią. Czuła, że ją polubi. Mimo młodego wieku Gośka sprawiała wrażenie przebojowej i pewnej siebie.
- Pokażesz mi, gdzie będę mieszkać?
Redaktorka ruszyła przodem, a Monika - mocując się z walizą - starała się za nią nadążyć. Wąski korytarz, którym szły, skręcił o dziewięćdziesiąt stopni. Po obu stronach znajdowały się drzwi do pokojów.
- Został ostatni. Najmniejszy, ale za to z widokiem na jezioro. - Otworzyła drzwi i wręczyła jej kluczyk. - Jeszcze dwa tygodnie temu był tu plac budowy, ale na szczęście zdążyli. Jest ciasno, za to masz łazienkę. Panowie muszą korzystać ze wspólnej, na końcu korytarza. Mam nadzieję, że Żak nie wpadnie na pomysł, by zatrzasnąć Wełniaka w toalecie.
Pokój wyglądał tak, jakby dopiero go wybudowano. Wszystko było nowe, łącznie z tynkiem na ścianach. Łóżko, zawieszony na ścianie telewizor i oczywiście solidne biurko z wygodnym krzesłem - tak nieodzowne w pracy pisarza.
- Jest super, dziękuję. - Monika ziewnęła i schowała okulary do etui, a potem położyła się na łóżku. - Ale wygodne...
Młoda redaktorka wykazała się empatią. Po sekundzie była już przy drzwiach.
- Odpocznij. Śniadanie zaczyna się o dziewiątej. Jakbyś czegoś potrzebowała, to jesteśmy sąsiadkami. - Wskazała na ścianę z telewizorem. - Możesz pukać o każdej porze. Mam bardzo lekki sen.
Wyszła, ale po kilku sekundach wróciła. Monika, która właśnie podłączała do prądu laptopa, spojrzała na nią z irracjonalnym poczuciem winy.
- Sprawdzałam tylko, czy działa. Zaraz się kładę...
- Zanim się położysz, mała prośba. Czy mogłabyś rzucić na to okiem? Do jutrzejszego śniadania chciałabym mieć komplet. Z podpisami.
Wręczyła Monice kilka spiętych kartek formatu A4. Zaintrygowana Monika założyła okulary.
- To umowa wydawnicza - wyjaśniła Gośka, cofając się do drzwi. - Standardowy tekst, ale przeczytaj. Jeśli z czymś się nie zgadzasz, to daj mi znać. Od razu wprowadzimy poprawki.
Tekst rzeczywiście był standardowy. Różnica była tylko jedna. Dotychczas Monika zawierała umowy na teksty, które były już gotowe. Tym razem licencja miała być udzielona na coś, co dopiero miało powstać. A więc po raz pierwszy płacono jej z góry. Uśmiechnęła się i zaczęła szukać miejsca, w którym określono wysokość wynagrodzenia. Jak dotąd zarobiła na pisaniu łącznie trochę ponad trzy tysiące złotych.
W pierwszej chwili była pewna, że to pomyłka. Że w umowie podano kwotę, którą mieli dostać wszyscy - do podziału. Oczywiście proporcjonalnego do pozycji na rynku. Ale gdy przeczytała właściwy paragraf po raz trzeci, przestała cokolwiek rozumieć. Jak byk stało w nim, że wynagrodzenie przysługuje Monice Łasickiej. Za napisanie opowiadania o objętości do trzech arkuszy autorskich.
Po sekundzie pukała do sąsiedniego pokoju. Dwie sekundy później gnała do salonu.
- Czy widział pan... czy widziałeś gdzieś Gośkę Minge?
Leszek Wełniak, który popijał samotnie z wielkiego ceramicznego kubka, uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
- Wychodziła. Usiądź, zaraz powinna...
Drzwi skrzypnęły. Monika złapała Gośkę za rękę i zaciągnęła ją na werandę.
- Czy to... jakiś błąd?
Drżącym palcem wskazała na paragraf dotyczący wynagrodzenia. Zanim redaktorka zrozumiała, o co jej chodzi, obok pojawił się Leszek.
- Chodzi o kwotę, tak? Chyba to nie błąd, bo w swojej umowie mam taką samą.
Gośka wzięła Monikę pod rękę i ruszyła powoli wzdłuż brzegu jeziora.
- Umowa objęta jest klauzulą poufności - powiedziała pospiesznie, a potem uśmiechnęła się od ucha do ucha. - Ale wynagrodzenia są niemal takie same. Więcej dostają tylko gwiazdy... - Ściszyła głos, wskazując oczami na obserwującego ich uważnie Wełniaka. - Lepiej o tych różnicach nie wspominać, bo tu prawie każdy uważa się za gwiazdę. Jeszcze rzuciliby się sobie do gardeł... Tak, moja droga, z pisarzami nie ma żartów.
Monika podziękowała, a potem poszła do siebie i wzięła długi prysznic. Ale chociaż na koniec puściła zimną wodę, to wciąż było jej gorąco. Gorąco z wrażenia.
Wydawnictwo Karolak i Spółka miało jej zapłacić za miesiąc pracy okrągłe sto tysięcy złotych.
Obudziła się na długo przed śniadaniem. Rozpakowała do końca walizę, a potem narzuciła na piżamę ciepły polar. Na werandzie nie było nikogo, ale dalej - na pomoście - dostrzegła szczupłą sylwetkę Leny Kurczuk. Popularna autorka krwawych kryminałów karmiła łabędzie. Scena byłaby sielankowa, gdyby nie wytatuowana na nodze karmicielki trupia czaszka.
- Też nie lubisz długo spać? - zagadnęła Monika, starając się nie zostawić klapek między deskami pomostu. - Ale widok. Żywego ducha...
Rzeczywiście, o siódmej rano powierzchnia akwenu była zupełnie pusta. I gładka jak stół. W zielonkawej wodzie odbijały się korony rosnących przy brzegu drzew.
- Wstaję przed piątą. Gdybym nie pobiegała, byłabym chora.
Lena miała na sobie legginsy do kolan i luźny podkoszulek. Monice na sam widok zrobiło się chłodno. Była strasznym zmarzluchem. Przez moment błądziła oczami po trupim tatuażu, a potem przeniosła wzrok na drugą nogę. Ze zdziwieniem znalazła tam wytatuowanego żubra, jelenia i dzika.
- Kocham dzikie zwierzęta. - Lena Kurczuk podciągnęła nogawkę legginsów, odsłaniając jeszcze uśmiechniętego zająca. - Marzę o tym, by zamieszkać kiedyś w leśniczówce. Odciąć się od cywilizacji, wyrzucić telefon...
- To chyba powinno ci się tutaj podobać. - Monika rozejrzała się na wszystkie strony. - Za dużo cywilizacji to tu nie ma.
Po raz kolejny zerknęła na tatuaże, ale szybko przywołała się do porządku. Oglądanie ich wydało jej się infantylne, a poza tym uznała je za brzydkie. Przeniosła wzrok na twarz pisarki, ale tatuaże były nawet tu. Dwie mrówki na lewym policzku. Przypomniała sobie, że najbardziej znana książka Leny Kurczuk nosiła tytuł Mrowisko. A bohaterką była żona leśniczego.
- Gdzie biegałaś?
- Drogą, w stronę Mikołajek. Chciałam zobaczyć tę wieżę widokową... Przepraszam.
Odebrała telefon i po chwili jej niski głos poniósł się po wodzie. Język, którego używała, nie był zbyt literacki. Po kilku zdaniach Monika domyśliła się, że rozmawia z mężem. Nie chcąc być mimowolnym świadkiem rodzinnej kłótni, ruszyła w kierunku brzegu.
W świetle dnia dworek wydał się jej większy niż po przyjeździe. Ruszyła w jego stronę, licząc okna. Zatrzymała się na dziesięciu, ale to nie był koniec. Dworek wybudowano na planie litery L. Na jej krótszym ramieniu było sześć kolejnych okien. Budowla sprawiała wrażenie solidnej i masywnej. Być może na to wrażenie wpływał zupełny brak zdobień.
Między drzewami mignął pomarańczowy dres. Mariusz Żak poruszał się tak lekko, jakby dopiero zaczął poranną przebieżkę. Pomachała mu, a on natychmiast skręcił w jej stronę. Zobaczyła, że manipuluje przy pulsometrze.
- Osiem kilometrów - powiedział rześkim tonem. - Chyba wystarczy. Podoba ci się?
Dopiero po chwili zrozumiała, że pyta ją o wrażenia z obserwacji dworku.
- Tak. Jest taki... bezpretensjonalny. Mogłabym taki mieć.
- Ja też. - Mrugnął okiem, a potem popatrzył na dworek tak, jakby widział go po raz pierwszy. - To prosta konstrukcja. Idealny przykład klasycyzmu schinklowskiego, który w Prusach Wschodnich...
Urwał, bo w dworku - dość niespodziewanie - otworzyło się jedno z okien, a zza firanki wychyliła się przystojna męska twarz. Mężczyzna poprawił długie włosy, a potem pozdrowił ich uniesioną ręką.
- Dzień dobry - przywitał się z chropowatym akcentem. - Jak się macie?
Żak odezwał się po niemiecku. Monika, która znała w tym języku zaledwie kilka słów, mogła się tylko uśmiechnąć i odmachać.
- Właściciel? - spytała, gdy Niemiec zniknął za firanką.
- Tak jest. Johann von Schindler. Miły facet. Kupił ten dworek z sentymentu, wiele lat temu. Teraz wreszcie postanowił go wskrzesić.
- To potomek dawnych właścicieli?
- Wnuk ostatniego dziedzica. Tamten von Schindler też miał na imię Johann. Zginął na froncie wschodnim. Wysłali go tam po zamachu na Hitlera w Wilczym Szańcu. Masz chwilę? Pokażę ci coś. Tylko... w klapkach nie będzie ci łatwo.
Zerknęła na telefon. Do uroczystego śniadania wciąż pozostawało ponad półtorej godziny. Wystarczająco dużo czasu, by zrobić się na bóstwo.
- Prowadź - rozkazała, a potem ruszyła za nim na przełaj przez park, czując na stopach krople rosy. Ominęli dworek, a potem wkroczyli do lasu karłowatych drzew. Gdzieś nad ich głowami wydzierał się jakiś wesoły ptak, a pod stopami szeleściły im zeschłe liście. Żak prowadził jak po sznurku. Nie zawahał się ani przez moment. W końcu znaleźli się nieopodal starego ogrodzenia, biegnącego wzdłuż granic posiadłości. Rosnący za nim las przypominał dżunglę.
- To tutaj. - Żak niespodziewanie przykląkł i się przeżegnał. Popatrzyła na niego z konsternacją, a potem jej uwagę przykuła niewielka nierówność, w którą się wpatrywał. Poprawiła okulary i wtedy na tle pnia potężnego dębu dostrzegła inny kształt. Zdecydowanie smuklejszy. Gdy zrozumiała, co oznacza, zachłysnęła się powietrzem.
Nierówność była grobem, z którego wyrastał krzyż. A obok było jeszcze kilka innych, podobnych krzyży. Znajdowali się na terenie prywatnej nekropolii.
Na cmentarzu rodu von Schindlerów.
Kobieta, którą Monika spotkała na prowadzących do dworku schodkach, miała na sobie suknię w stylu wiktoriańskim, a jej uśmiech był tak biały, że mogłaby reklamować pastę do zębów.
- Dzień dobry - powiedziała na wydechu Monika, dygając jak pensjonarka.
- Cześć. - Dłoń Edyty Gruszki była drobna, ale uścisk zaskakująco silny. - Śliczne kolczyki.
Monika podziękowała, po czym - nieco speszona - ruszyła za najsłynniejszą polską pisarką, a przy okazji gwiazdą telewizji śniadaniowych. Gruszka określana była mianem "królowej polskiego kryminału", chociaż jej książki trudno było nazwać kryminałami. Były mieszanką kryminału, romansu, powieści obyczajowej i psychologicznej. Zdaniem Moniki, która zaczytywała się Gruszką jeszcze na studiach - mieszanką fascynującą.
Wnętrze dworku - a przynajmniej sień i rozległy hol - wciąż pachniało świeżą farbą. Remont był w toku, o czym świadczyła oparta o ścianę drabina i podłoga wysłana gazetami. Ale w sali, którą wskazała im uśmiechająca się w holu kobieta, już się skończył. Gruszka pokiwała z aprobatą głową, a potem odgarnęła z twarzy kosmyk blond włosów.
- Robi wrażenie, co?
Sala była zaskakująco duża, nawet jak na rozmiary dworku. Ściany zdobiły płaskorzeźby, a sklepienie wspierało się na rozmieszczonych regularnie kolumnach. W centralnej części pomieszczenia znajdował się stół, udekorowany jak na wesele. W powietrzu unosił się zapach świeżych kwiatów.
Szpilki obu kobiet zastukały po wypolerowanym parkiecie. Zbliżając się do stołu, Gruszka zrobiła taneczny półobrót.
- Nie patrz tak na mnie. - Uśmiechnęła się z zawstydzeniem. - Uwielbiam bale, a tu jest właśnie tak... balowo.
Nie były pierwsze. Przy stole - na jego przeciwległych końcach - siedzieli już Mariusz Żak i Leszek Wełniak. Jak można się było domyślić, panowała niezręczna cisza. Na widok kobiet obaj poderwali się szarmancko.
- Zapraszamy! - powiedzieli zgodnym chórem, a potem łypnęli na siebie z niechęcią.
Na obrusie, tak jak na porządnym weselu, położono winietki z nazwiskami. Monice przypadło miejsce obok Wełniaka. Maskując niezadowolenie, pozwoliła podsunąć sobie krzesło. Po przeciwnej stronie stołu to samo dla Gruszki uczynił Żak.
- No proszę... Jak miło to zobaczyć! Król i królowa wreszcie razem! Mam nadzieję, że na dłużej...
Mężczyzna, który wypowiedział te słowa, był zadbanym sześćdziesięciolatkiem. Miał na sobie smoking z obowiązkową muchą, a w mankietach złote spinki. Pachniał dobrymi perfumami, odpowiednio dobranymi do jego wieku. Wrażenie psuł jedynie krzywy, bokserski nos.
- To Bernard Karolak - szepnął Wełniak, podnosząc się i zapinając guzik marynarki. - Chodź, wypada się przywitać.
Monika domyśliła się, że ma przed sobą właściciela wydawnictwa, które miało uczynić ją bogatą. Zerwała się tak szybko, że trąciła kolanem stół. Poustawiane na nim naczynia zadzwoniły, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Wełniak już truchtał w stronę Karolaka, a ten całą swoją uwagę skupiał na nieco zażenowanym Żaku.
- Panie prezesie, rozumiem aluzję... Obiecuję, że to przemyślę. Naprawdę.
- Będzie ci u nas jak w niebie, chłopcze. - Karolak poklepał go po ramieniu, kompletnie ignorując przestępującego z nogi na nogę Wełniaka. - Ale oczywiście nie naciskam, nie naciskam. Wszystko w swoim czasie, he, he...
Gruszka wzięła Monikę pod ramię.
- Pan prezes już od dawna ostrzy sobie zęby na Mariusza - wyjaśniła. - Jego ambicją jest mieć w swojej stajni wszystkich najlepszych, a przecież Mario nie ma sobie równych.
Powiedziała to tonem, w którym nie było ani ironii, ani zazdrości. Królowa była ponad to. Żak zaprotestował nieśmiało, a Wełniak - obrzuciwszy go niechętnym spojrzeniem - wyciągnął rękę do prezesa.
- Chwileczkę, panie Leszku. Pierwszeństwo mają piękne panie. - Karolak ruszył w stronę Moniki i cmoknął ją w rękę. - Pozwól, moje dziecko, że się przedstawię...
Monika wymieniła w odpowiedzi swoje nazwisko. Karolak zachowywał się trochę protekcjonalnie, ale specjalnie jej to nie raziło. W końcu był od niej dwukrotnie starszy. A poza tym dopiero co zawarł z nią umowę na sto tysięcy złotych.
- Czyli Leszek i Edyta... są już w tej pańskiej stajni, tak? - spytała, uśmiechając się uprzejmie.
- Tak. Edytka od samego początku, a Leszek... - Wreszcie uścisnął mu dłoń, ale wciąż patrzył na Monikę. - Leszka podkupiliśmy konkurencji. A oto nasz najnowszy nabytek!
Rozpromienił się, machając zbliżającej się ku nim Lenie Kurczuk, ubranej w skórzane spodnie i taką samą kurtkę. Pisarka odpowiedziała mu bladym półuśmiechem, a potem wyjęła z ucha słuchawkę.
- Czołem, szefie. - Wyszczerzyła zęby, błyskając na moment kolczykiem w języku. - Jak podróż?
Przez chwilę stali w kółeczku, prowadząc rozmowę o niczym. Wreszcie drzwi do sali otworzyły się na oścież i ukazał się w nich właściciel dworku. Johannowi von Schindlerowi towarzyszyła elegancka kobieta. Karolak przerwał Wełniakowi w połowie zdania.
- Siadajcie, kochani. Podano do stołu.
Zanim jednak na stół rzeczywiście wjechały potrawy, von Schindler uścisnął każdemu dłoń, a po nim to samo zrobiła jego żona. Monika nie wyłapała w jej polszczyźnie obcego akcentu. Wyglądało na to, że pani Aldona von Schindler była Polką.
- Miło mi, że jesteście państwo w komplecie - powiedziała, a jej mąż pokiwał głową. - Chociaż oczywiście nie ma z nami wszystkich, których zaprosiliśmy.
Zapadła cisza. Monika spojrzała pytająco na siedzącą po jej lewej stronie Lenę Kurczuk, ale ta niespodziewanie wstała, odsuwając głośno krzesło. Inni pisarze poszli w jej ślady, a spóźniona Małgorzata Minge zamiast usiąść, stanęła w pozycji na baczność. Monika również wstała, a potem popatrzyła ze zdziwieniem na von Schindlera, który postawił na obrusie duży, czarno-biały portret. Zdjęcie zmarłego niedawno pisarza Zygmunta Grodzickiego.
- Niestety Zygmunt nie może z nami być - powiedział swą chropowatą polszczyzną. - Ale pozostanie w naszej pamięci.
- A dziś ci z państwa, którzy mają ochotę, mogą go pożegnać osobiście - dodała smutnym tonem pani Aldona. - Uroczystości pogrzebowe rozpoczną się o czternastej w kościele w Mikołajkach.
Monika była skonfundowana. Oczywiście słyszała o przedwczesnej śmierci Zygmunta Grodzickiego, ale przecież doszło do niej ze dwa miesiące temu! Sącząc kawę, ze zdziwieniem wysłuchała szeptanej relacji, wyjaśniającej taką zwłokę w pogrzebie.
- Grodzicki umarł tutaj? - powtórzyła ze zdziwieniem.
- Tak. - Lena Kurczuk spojrzała z odrazą na półmisek z parówkami i nałożyła sobie dużą porcję sałaty. - Rano pobiegłam do miejsca, w którym to się stało. Spadł z wieży widokowej. Nie wiedziałaś?
Szczegóły śmierci Grodzickiego nie zostały podane do wiadomości publicznej. W nekrologach i komunikacie jego wydawnictwa podano jedynie, że śmierć była nagła i niespodziewana.
- Jak to: spadł?
- Jakbyś widziała tę wieżę, tobyś się nie dziwiła. To ruina. Nie wiadomo, po co tam się pchał. Oparł się o barierkę i... - Nabiła na widelec pomidora koktajlowego. - Trup na miejscu. Znaleźli go dopiero po kilku dniach.
Monika straciła apetyt. Z dalszych słów Leny wynikało, że ciało poddane zostało sekcji i różnorakim badaniom, a potem przeleżało w chłodni aż do teraz. Policja nie stwierdziła udziału osób trzecich.
- Był osobą samotną. Gdyby nie Książę, to chyba nikt by się o niego nie upomniał. Zapomniało o nim nawet jego własne wydawnictwo...
Monika nie była szczególnie zdziwiona. Jej wydawnictwo często o czymś zapominało. A to o przelewie honorarium, a to o odpisaniu na wiadomość, a to o przesłaniu egzemplarzy autorskich... Zastanawiało ją coś innego. Jak można być tak samotnym, by nikt nie chciał cię pochować?
- Książę to...
- Von Schindler - odparła natychmiast Lena, a Wełniak, który przysłuchiwał się ich rozmowie, energicznie pokiwał głową. - Tak go nazywamy. Von Schindlerowie to stara pruska arystokracja. Kiedyś należało do nich pół Mazur.
- Aż do czasu, gdy głowa rodu zaczęła spiskować przeciw Hitlerowi - wtrącił Wełniak. - Po zamachu w Wilczym Szańcu rodzina popadła w niełaskę...
Monika powróciła myślami do tych kilku ziemnych grobów. Członków arystokracji nie chowano w ziemi. Chyba że zostali skazani na infamię. Tyle że akurat ta infamia nie była powodem do wstydu. Wręcz przeciwnie...
- Hitlerowcy odebrali im majątek?
- Nie zdążyli. Zrobiła to za nich radziecka ofensywa. Matka von Schindlera uciekła do Niemiec w jednej parze bielizny.
- Raczej w jednej pieluszce - poprawiła Wełniaka Lena. - Przyszła na świat pod sam koniec wojny...
Umilkła, bo na gładkiej ścianie pojawił się gigantyczny slajd przedstawiający dworek. Monika dopiero po dłuższej chwili zlokalizowała projektor. Był ukryty w antresoli pod sufitem. Bernard Karolak poprawił muchę, a potem uniósł dłoń.
- Można prosić o odrobinę uwagi? - Popatrzył z ojcowskim uśmiechem na rozmawiającego z Gruszką Mariusza Żaka i poczekał, aż ten umilknie. - Pewnie nie mogliście się doczekać tego momentu, co? Pisarze nie lubią czekać. Oczywiście zdarzają się wyjątki. - Pogroził palcem, patrząc na Wełniaka. - Zanim jednak przekażę wam wycinki, którymi każde z was będzie się zajmować, pozwólcie że przedstawię w skrócie założenia naszego wspólnego projektu...
Pozostali pisarze sprawiali wrażenie znudzonych, ale Monika chłonęła słowa wydawcy niczym prawdę objawioną. Do tej pory dotarły do niej tylko strzępy tego, co dla innych było oczywistością. Wiedziała, że ośmioro pisarzy ma w ciągu miesiąca napisać osiem opowiadań o treści powiązanej z dziejami dworku, a opowiadania te mają być następnie wydane w formie antologii. Nie miała natomiast pojęcia, że antologia, a także sam proces jej powstawania, ma być reklamą dla otwierającego się tu pensjonatu. Idea już w pierwszej chwili wydała się jej ciekawa, a gdy - wraz ze słowami Karolaka - docierał do niej rozmach przedsięwzięcia, uznała ją za genialną.
- W niedzielę przyjedzie dwójka. - Karolak pstryknął ściskanym w dłoni przyciskiem, wyświetlając tabelkę z ramowym harmonogramem pobytu TVP. - Jednocześnie zorganizujemy piknik dla czytelników. Z kolei w przyszłym tygodniu będziemy mieć spotkanie autorskie w Mikołajkach, a później kolejny piknik. Z tego pikniku też powstanie reportaż, tym razem na potrzeby Polsatu. Zaplanowane są jeszcze pisarskie regaty i spływ kajakowy z jeziora Roś na Śniardwy. One z kolei będą relacjonowane dla "Dzień Dobry TVN". W drugiej części naszego pobytu zorganizujemy także imprezę z udziałem dziennikarzy prasowych... Jej termin będzie uzależniony od postępu prac remontowych.
Z dalszych słów wynikało, że remont w dworku prowadzony jest od marca. Biorąc pod uwagę stan zabudowań, niewykorzystywanych od ponad dwudziestu lat, tempo prac było imponujące. Pensjonat miał ruszyć od sierpnia. Na stronie internetowej można już było dokonywać rezerwacji.
- Trudno sobie wyobrazić lepsze miejsce na rodzinne wczasy - dodał Karolak, wchodząc w buty marketingowca.
W tym samym momencie Monika usłyszała ciche syknięcie Wełniaka. Zerknęła mu przez ramię i zobaczyła, że sprawdza w telefonie ceny pobytu. Cóż, może i pensjonat był wymarzonym miejscem odpoczynku, ale na pewno nie na jej nauczycielską kieszeń.
Dalsza część wywodu Karolaka poświęcona była antologii. Mówiąc o terminie wydania, dwukrotnie wspomniał o Gośce Minge. Wyglądało na to, że redaktorka - mimo młodego wieku i niemal dziecięcej urody - była w branży kimś wybitnym. Antologia - dzięki jej wykonywanej na bieżąco pracy - miała trafić do księgarń już wczesną jesienią. Tempo było rekordowe. Każda z dwóch książek Moniki czekała na publikację grubo ponad rok.
Pisarze ożywili się dopiero pod koniec, gdy prezes wydawnictwa przeszedł do - jak to określił - rozdziału ról. Miał przy tym taką minę, jakby dzielił tort.
- Jest państwa ośmioro - wypalił, a Monika jeszcze raz policzyła osoby zgromadzone przy stole. Wyłączając ludzi z wydawnictwa i właścicieli, było ich nie ośmioro, tylko siedmioro. - Dowiedzą się państwo teraz, wokół jakiego wydarzenia skupiać się będzie fabuła każdego z opowiadań. Pan, panie Mariuszu - zwrócił się do Żaka - lubi, zdaje się, drugą wojnę, prawda? Zajmie się pan właśnie nią, a konkretnie udziałem von Schindlerów w zamachu na Hitlera. Może być?
- Naturalnie. - Mariusz Żak uśmiechnął się z zadowoleniem, ale Monika odniosła wrażenie, że podobnie ucieszyłby się z każdego innego zadania. Był wszechstronny. Obserwując malujący się na jego twarzy wewnętrzny spokój, sama zaczęła się denerwować. Czuła się jak na egzaminie przed wyciągnięciem koperty z pytaniami.
Karolak nie zawracał sobie głowy chronologią. Siedząca obok Żaka Edyta Gruszka dostała temat znacznie bliższy współczesności. Miała się zająć likwidacją mieszczącej się również na terenie dworku szkoły specjalnej. Chociaż według tego, co mówił wydawca, likwidację szkoły poprzedzała dramatyczna ucieczka wychowanków, potencjał tej historii wydawał się zdecydowanie mniejszy. Ale Gruszka nie narzekała. Uśmiechnęła się, błyskając białymi zębami, a potem wyjęła notatnik i zaczęła coś zapisywać, przygryzając dolną wargę.
Swoje tematy dostali też Wełniak, Lena Kurczuk, a także brodaty chłopak, którego Monika określała w myślach przydomkiem Szalonooki, i Jerzy Bagiński, łysiejący mężczyzna, specjalizujący się w kryminałach retro. Ten ostatni, zgodnie ze swoim profilem, miał zajmować się historią najstarszą, jeszcze sprzed pierwszej wojny światowej, gdy w dworku powiesił się kamerdyner. Monika, coraz bardziej zdenerwowana, próbowała przypomnieć sobie jego nazwisko, ale zanim jej się to udało, Karolak popatrzył prosto na nią.
- Pani Monika... - Pokręcił głową z udawanym współczuciem. - Pani Monika będzie miała okazję się wykazać, bo w losowaniu przypadł jej temat szczególny... A raczej szczególnie skomplikowany. W historii dworku doszło do wydarzenia, które do dzisiaj budzi emocje. A raczej budziłoby, gdyby ktoś jeszcze o nim pamiętał. Otóż przed samą wojną von Schindlerowie postanowili przenieść się do posiadłości w Widminnen... obecnie Wydminy... a w dworku otworzyli pensjonat. Ostatecznie przenosiny nie doszły do skutku, bo wybuchła wojna, ale pensjonat zdążył ruszyć. I od razu, w trakcie pierwszego sezonu, doszło do tajemniczego zaginięcia kelnerki.
Monika wsłuchiwała się w każde słowo, a jej zdenerwowanie powoli ustępowało. Do tej pory tworzyła teksty współczesne, ale w końcu wojna nie była tak dawno, a historia z zaginięciem kelnerki miała w sobie niewątpliwy potencjał. Uśmiechnęła się, ale okazało się, że to jeszcze nie koniec.
- Sześćdziesiąt lat później, czyli w roku dwutysięcznym, postanowiono reaktywować pensjonat. Właśnie wyprowadziła się stąd szkoła specjalna, zaczęto przygotowania do remontu... i historia się powtórzyła.
- Jak to: powtórzyła? - Okazało się, że Edyta Gruszka ma podzielną uwagę. Wydawała się pochłonięta zapisywaniem czegoś w notatniku, ale jednocześnie nie umknęło jej żadne słowo. - Chce pan powiedzieć, że ktoś też zaginął?
- W pewnym sensie tak. Może nie tyle zaginął, ile uciekł. To też była kelnerka. Młoda dziewczyna, zupełnie jak ta przed wojną. Miejscowa legenda... mało wiarygodna, ale dość atrakcyjna literacko, głosi, że widziano ją, jak odpływa o świcie żaglówką. Żaglówką o krótkiej nazwie "Bö".
- "Bö"? To jakieś egipskie bóstwo?
W pomieszczeniu rozległ się gardłowy śmiech. Gruszka popatrzyła pytająco na von Schindlera, a on z trudem się opanował.
- Przepraszam - powiedział. - "Bö" to po niemiecku silny wiatr... Kochanie, pomożesz?
- Szkwał - uzupełniła jego żona. - "Bö" to po prostu szkwał.
- Tak nazywał się jacht von Schindlerów - wtrącił Karolak. - Przed wojną. Oczywiście nie zostało po nim nawet wspomnienie. A w polskich rejestrach nie ma śladu po jachcie o tej nazwie.
- Czyli zaginęły dwie kelnerki, tak? Jedna przed wojną... I druga, w czasach współczesnych. I ta druga kelnerka odpłynęła na jachcie widmo? - Gruszka sprawiała wrażenie zdziwionej. - Dobrze zrozumiałam?
Karolak posłał jej pełen uznania uśmiech.
- To legenda, ale przyznacie państwo, dość malownicza. Współczesna kelnerka odpływająca na przedwojennym jachcie.
Wszyscy zgodnie pokiwali głowami. Z wyjątkiem Moniki, która zastygła w wyrazie niedowierzania.
- To znaczy, że mam napisać dwa opowiadania?
- Jedno - sprostował wydawca. - Musi pani połączyć te dwie perspektywy czasowe. Możliwości jest wiele. Tak przynajmniej twierdzi Gosia... pani Minge. Jeśli będzie pani miała z tym problem, to proszę zwrócić się do niej. Razem na pewno wymyślicie coś fajnego.
Monika ukryła twarz za filiżanką z kawą. Poczuła się głupio. W końcu była pisarką. Nie narzekała na brak wyobraźni.
- Poradzę sobie - powiedziała pod nosem, ale oprócz Leny i Wełniaka nikt jej nie słyszał.
Karolak zatarł ręce, życząc wszystkim miłego wypoczynku i owocnej pracy. Najwyraźniej nie dostrzegał, że te pojęcia przynajmniej częściowo się wykluczają. Wspomniał coś o łódce i kajakach, które były do ich dyspozycji, a także o całodobowym wyżywieniu, tu, w tej sali. A potem popatrzył pytająco na Mariusza Żaka, który niczym dobrze wychowany uczeń trwał nieruchomo z palcem z górze.
- Tak, mój chłopcze? - spytał głosem ociekającym życzliwością. - W czym mogę ci pomóc?
Okazało się, że nie tylko Monika umiała liczyć.
- Jest nas tu siedmioro. Kto będzie pisał ósme opowiadanie? - Odwrócił głowę w stronę przeciwległej krawędzi stołu. - Ty, Gosiu?
Małgorzata Minge odruchowo odsunęła się od stołu, szurając krzesłem. W sali gruchnął śmiech.
- Broń mnie Panie Boże - powiedziała z komicznym przestrachem. - Jestem szczęśliwa, poprawiając przecinki.
Rozbawiona Monika dostrzegła, że von Schindler, zwany Księciem, podniósł się z krzesła. Trąciła chichoczącego Wełniaka, który natychmiast spoważniał.
- Ósme opowiadanie napiszę ja - oznajmił łamaną polszczyzną Książę. - Pani redaktor pomoże mi przełożyć je na polski. To dla mnie cholernie ważne. Ten temat...
Zabrakło mu właściwych słów. Popatrzył na żonę, ale zamiast niej odezwał się Karolak.
- Pan von Schindler chce napisać opowiadanie, którego motywem przewodnim będzie to, co stało się zaraz po wojnie. Z rąk szabrowników zginęło wówczas kilkoro członków jego rodziny.
Powszechne rozbawienie skończyło się jak nożem uciął. Chociaż było to irracjonalne, Monika poczuła się winna. Winna za rodaków, którzy dopuścili się zbrodni. Zbrodni, której niemym świadectwem były zapewne niektóre z ziemnych grobów.
W milczeniu dopiła kawę, a potem - nie biorąc aktywnego udziału w rozmowach przy stole - włożyła na swój talerz odrobinę jajecznicy z podgrzewacza. Wełniak rozmawiał z Gośką Minge o poprawnym użyciu niemieckich idiomów.
- To pani będzie tłumaczyć nasze teksty na niemiecki? - spytała w pewnym momencie Lena Kurczuk, pocierając dłonią miejsce, w którym wytatuowana była mrówka.
Redaktorka, która właśnie włożyła do ust solidny kawał parówki, tylko pokiwała głową. Monika popatrzyła pytająco najpierw na nią, a potem na Lenę. Zlitował się nad nią dopiero Wełniak.
- Nasza antologia będzie przetłumaczona na niemiecki i wydana na tamtejszym rynku. Przypuszczam, że ma to coś wspólnego z profilem przyszłej klienteli pensjonatu. Pewnie Książę chce tu ściągnąć bogatych Niemców. Ale dla nas jest to interesujące z innego powodu. - Potarł palcami. - Zapłacą nam dodatkowo procent od każdego sprzedanego egzemplarza. Jeśli książka się tam spodoba, to dostaniemy przynajmniej drugie tyle co od Karolaka.
Monika poczuła się tak, jakby w jej żołądku fruwały motyle. Czytając umowę, tylko prześlizgnęła się po paragrafie dotyczącym wydań zagranicznych. W przypadku jej książek ekspansja na rynki zagraniczne wydawała się czymś bardziej odległym niż koniec świata. Ale antologia napisana przez pisarskie gwiazdy... Ta miała szanse się sprzedać.
- Karolakowi udało się znaleźć niemieckiego wydawcę?
- Nie musiał szukać - mruknęła półgłosem Lena Kurczuk. - Książę jest rekinem niemieckiego rynku książki. To jego rodzina stworzyła Karolaka. Bez wsparcia z Niemiec byłby tylko jednym z poślednich wydawców...
Umilkła, bo Książę i Karolak, tak jakby mieli wmontowane jakieś czujniki, podnieśli się z miejsc i ruszyli w ich stronę. Zatrzymali się nad Moniką.
- Jesteśmy pani winni wyjaśnienie - zaczął Karolak, ale von Schindler szybko mu przerwał:
- Ten pani temat o kelnerkach... on jest trudniejszy, ale to nie ja go wymyśliłem. To temat Zygiego Grodzickiego.
- Pana Grodzickiego? - spytała ze zdziwieniem Monika, podnosząc się z krzesła. - Ale...
- To był mój przyjaciel. Razem pomyśleliśmy o tej antologii. Ja postanowiłem napisać o śmierci rodziny, a on... On chciał właśnie to. Chciał pisać o tych dwóch kelnerkach...
Zwiesił głowę w wyrazie autentycznego smutku. Monika poszła w jego ślady, bo nie chciała, by dostrzegł jej rozczarowanie. Nagle przygoda, w której miała wziąć udział, przestała ją cieszyć.
Zrozumiała, że zaprosili ją tu tylko dlatego, że komuś innemu przydarzyło się nieszczęście.
Cmentarz komunalny w Mikołajkach, 3 lipca 2021 r.
Autokar z pisarzami zablokował całą uliczkę. Jacek Ligęza zahamował i z rosnącą irytacją obserwował te kilkanaście osób, które opuściły wnętrze pojazdu. Od chwili, gdy przypadkowo odkrył ciało ich kolegi po fachu - Zygmunta Grodzickiego - cała ta impreza w Wierutkach kojarzyła mu się z tym, co nastąpiło później. Z nieudolnie poprowadzonym śledztwem i kolejnym upokorzeniem, które zafundował mu wtedy cholerny Bruno Landau.
Przyjechał na pogrzeb tylko dlatego, by wreszcie rozmówić się z tym gryzipiórkiem, któremu wydawało się, że skoro został komendantem, to może już z nikim się nie liczyć. Mając świeżo w pamięci ich ostatnie spotkanie na komisariacie, tym razem nie wypił od rana ani kropli. Nie chciał, by Landau znów kazał mu dmuchać w alkomat. Nie zależało mu na kolejnej awanturze - chciał tylko odpowiedzi na kilka merytorycznych pytań.
W tym jedno najważniejsze: na jakiej podstawie policja uznała, że do śmierci tego biednego pisarza doszło w wyniku wypadku?
Ligęza miał powody, by nie lubić swojego byłego szefa, ale tu wcale nie chodziło o niechęć. W tym, że tak interesował się śledztwem w sprawie śmierci Grodzickiego, naprawdę nie było nic osobistego. Co prawda nie nosił już munduru, ale mentalnie wciąż był policjantem. Odnalazł zwłoki, więc chciał doprowadzić sprawę do końca. Dowiedzieć się, co zaszło na zrujnowanej wieży.
Kierowała nim wyłącznie ciekawość zawodowa. Przynajmniej do momentu, w którym poskładał do kupy te strzępy informacji, przekazane mu przez dawnych kolegów. Bo wtedy odniósł wrażenie, że coś było nie tak. Śledztwo poprowadzono nieudolnie. Do tego stopnia, że nabrał podejrzeń. A Bruno... Jego reakcja sprzed kilku dni była osobliwa. W odpowiedzi na zadane przez Jacka pytania zaciągnął go do alkomatu, a potem kazał iść do diabła.
Wśród pisarzy mignęły mu dwie znajome twarze. Nie, nie kojarzył ich z portretowych fotografii na okładkach książek. Nie był czytelnikiem. Miał po prostu dobrą pamięć, której - jak dotąd - nie zepsuła aplikowana regularnie wódka. Pierwszą z kobiet - drobną, na oko trzydziestopięcioletnią blondynkę o śnieżnobiałym uśmiechu - widział kilka dni temu w Mikołajkach, w okolicach komisariatu, a drugą, kilka lat młodszą, zagadnął wczoraj przed bramą Wodnika. Na jego widok natychmiast odjechała.
Oparł rower o pordzewiały stojak i zabezpieczył go kłódką. Cmentarz położony był na uboczu, daleko od turystycznej części Mikołajek. O pełni letniego sezonu świadczył tu tylko wzmożony ruch na biegnącej wzdłuż przeciwnego ogrodzenia cmentarza trasie na Orzysz. Wyłączywszy trasę, okolica sprawiała wrażenie wyludnionej, a za cmentarnym płotem nie było - he, he - żywego ducha.
Ligęza wiedział, że zmarły pisarz mieszkał w Szczecinie, dlatego decyzję o pochowaniu go w Mikołajkach przyjął w pierwszej chwili z niedowierzaniem. Przypuszczał, że Landau zwyczajnie sobie zakpił, ale okazało się, że jednak tym razem potraktował go poważnie. Podobno Grodzicki był samotny - nie miał bliskiej rodziny, a ta dalsza była na tyle daleka, że nie upomniała się o ciało. Pochówek zorganizował von Schindler. Niemiec, który odpowiadał za cały ten cyrk ze zjazdem pisarzy, bo tak nazywała ten jubel znaczna część lokalnej społeczności.
Udając, że wiąże but, przyglądał się wchodzącym na teren cmentarza żałobnikom. Dotąd widział von Schindlera tylko z daleka, ale nie miał problemu, by go rozpoznać. Niemiec był charakterystyczny: miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i długie włosy, które opadały mu na ramiona. Wyglądał jak nieco zaśniedziała gwiazda rocka, a towarzysząca mu kobieta - jak jego podstarzała fanka. Uwieszona jego ramienia, pachniała dobrymi perfumami, a misternie ułożona fryzura świadczyła o niedawnej wizycie u fryzjera. Wyglądała na czterdziestkę, ale zakładał, że była starsza i odejmowała sobie lat drogimi kosmetykami.
Sam w tym roku kończył czterdziestkę. Pocierając się po zarośniętym policzku, pożałował, że przynajmniej się nie ogolił. Nie zależało mu na wyglądzie, ale nie chciał wypaść źle w oczach Brunona. W grze, którą starał się prowadzić, chodziło o to, by nie dawać temu skurczybykowi satysfakcji. Nie okazywać, że decyzja o usunięciu ze służby kompletnie go rozbiła.
Zajął miejsce w ostatniej ławce cmentarnej kaplicy i przeczekał nudną uroczystość. Ku jego rozczarowaniu dawny przełożony był nieobecny. Zamiast niego na pogrzebie zjawił się zastępca - irytujący bubek, który za czasów, kiedy to Ligęza był zastępcą, szlifował bruki w prewencji. Stary ksiądz zrobił to, za co mu zapłacono, a potem powiódł orszak na zewnątrz, między nagrobki. Jeden z nich był już otwarty.
Ligęza nie zamierzał czekać do końca uroczystości. Obrzucił obojętnym spojrzeniem wyraźnie wzruszonego von Schindlera i jego zapłakaną małżonkę, a potem ruszył powoli w kierunku wyjścia. W pierwszej chwili odniósł wrażenie, że kobieta zwraca się do kogoś innego.
- Panie nadkomisarzu... Można na sekundę?
Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy zastąpiła mu drogę. Uśmiechnęła się przymilnie, ale ten uśmiech był jakby niepewny. Pewnie dlatego, że popatrzył na nią wilkiem.
- Nie jestem nadkomisarzem - warknął, usiłując ją wyminąć. - Już nie.
- Wiem! - Złapała go za rękę. - Przepraszam, nie chciałam pana urazić. Pan pozwoli, że się przedstawię. Edyta Gruszka.
Wyciągnęła do niego delikatną dłoń. Przez moment się wahał, ale w końcu nią potrzasnął.
- Ligęza. Pani wybaczy, ale nie lubię... - Zamilkł, bo przecież nie musiał się jej tłumaczyć. To ona go nagabywała. - O co chodzi? - burknął.
- O chwilę rozmowy. Wie pan, kontaktowałam się z tutejszymi funkcjonariuszami, ale oni są jacyś tacy... nie bardzo.
Zawiesiła głos, badając jego reakcję. Przez moment ze sobą walczył, bo wyczuwał manipulację, ale w końcu poddał się i pokiwał głową.
- Pani jest pisarką, prawda?
- To nie ma w tej chwili znaczenia. Jestem... A raczej byłam przyjaciółką Zygmunta. - Wskazała dłonią w stronę trumny, którą pracownicy zakładu pogrzebowego opuszczali właśnie do wnętrza grobu. - Słyszałam, że to pan go znalazł... Interesuje mnie tylko jeden szczegół. Czy Zygmunt zmarł w okularach?
Popatrzył na nią z namysłem.
- A po co to pani?
- Miał doskonały wzrok, ale tylko w dzień. W nocy bał się nawet prowadzić samochód. Potocznie nazywają to kurzą ślepotą...
Ligęza przygryzł wargę.
- Była tam pani? Przy tej wieży?
Edyta Gruszka spojrzała na niego błagalnie.
- Byłam, oczywiście, że byłam... Ale jeśli byłby pan tak miły, to chętnie pójdę tam jeszcze raz. Z panem.
Stanowili niecodzienny widok. Facet w wystrzępionych dżinsach i znoszonym podkoszulku oraz elegancka kobieta w ciemnym kostiumie - razem na rozklekotanym rowerze. Ligęza zaproponował, że mogą umówić się na później, ale Gruszka nie chciała o tym słyszeć. Sama zaoferowała, że pojedzie na ramie, z czym - co musiał przyznać - poradziła sobie całkiem nieźle. Przez całą drogę zsunęła się tylko dwukrotnie.
- Ubrudziła się pani - stwierdził ze współczuciem, a ona odruchowo otrzepała spodnie. Obserwując te zabiegi, zawiesił spojrzenie na jej tyłku. Świadomość, że od blisko roku nie był z kobietą, uderzyła go jak obuchem. - Jeszcze tutaj.
- Mniejsza o to. I tak się wyświnię...
Ligęza zostawił rower w tym samym miejscu, co kilka tygodni temu, a potem zaczął torować drogę przez zarośla. Do wieży prowadziła ścieżka, ale pisarka chciała, by odtworzył tamten dzień ze wszystkimi szczegółami. Nie zmieniła zdania nawet wtedy, gdy zaczął opowiadać o kocie ludożercy.
- Wtedy było trochę mniej liści na drzewach. I nie było tylu komarów.
Gruszka plasnęła dłonią, rozgniatając mu komara na plecach. Po raz pierwszy się do niej uśmiechnął.
- Ma pani krzepę. - Udał, że rozciera łopatkę, a potem zdjął jej z włosów pajęczynę. Mazurskie chaszcze nie były wymarzonym miejscem na popołudniowy spacer. - Wtedy też było gorąco, ale od jeziora wiał dość silny wiatr. Dziś wszystko stoi.
Zza zasłony liści niespodziewanie wyłoniła się wieża widokowa. Ligęza nie mógł zrozumieć, dlaczego ktoś, nie będąc do tego przymuszony, miałby się na nią wdrapywać. Po wypadku gmina zainwestowała w tabliczki informujące o zakazie wstępu.
- Powinni ją rozebrać. Co pani robi?
Gruszka prześlizgnęła się pod taśmą i postawiła stopę na pierwszym stopniu.
- Pan tam wtedy nie wchodził?
- Wchodziłem, ale...
Nie zdążył dokończyć. Gruszka, stąpając lekko niczym baletnica, wspięła się na pierwszą platformę, a potem popatrzyła na niego wyczekująco. Jakby rzucała mu wyzwanie. Zrozumiał, że pierwsze wrażenie było mylące. Nie była niewinną blondyneczką, spędzającą większość życia na stukaniu w klawiaturę laptopa. Westchnął i ruszył za nią, starając się nie myśleć o konsekwencjach upadku.
- Szybciej!
Gdy znalazł się na górze, pierś unosiła mu się w rytm przyspieszonego oddechu, i to wcale nie z powodu zmęczenia. Bał się - o wiele bardziej niż w maju. Wtedy myślał o leżących gdzieś zwłokach, ale teraz... Teraz wyobraźnia podsuwała mu obrazy pękających desek.
- To ta barierka, prawda?
Pokiwał głową, nie ufając swojemu głosowi. Złamane kawałki drewna sterczały, celując w niebo. Część barierki technicy zabrali ze sobą do Olsztyna. Teraz pewnie leżała na tamtejszym wysypisku śmieci.
- Wysoko. - Nachyliła się nad miejscem, z którego spadł Grodzicki. Ligęza nabrał do płuc powietrza i wypuścił je z cichym syknięciem. Była zbyt odważna. - Leżał tam, prawda? Pod tą wierzbą?
- Zejdźmy - zaproponował, a potem, nie czekając na odpowiedź, pokonał upiorne schody, przywodzące na myśl drabinę, w której brakowało połowy szczebli. Gdy dotknął ziemi poczuł, że drżą mu nogi. - Hej!
Na ostatnich metrach Gruszka straciła równowagę i runęła w dół, lądując mu w rozłożonych ramionach. Upadli na ziemię.
- Nic się pani nie stało?
Oparła się rękami o jego klatkę piersiową. Kosmyki jej włosów łaskotały go po twarzy.
- Przepraszam. - Głos miała zachrypnięty z emocji. - I dziękuję.
Upadek sprawił, że nabrała pokory. Ligęza odniósł wrażenie, że pod gałęzie wierzby wchodziła dość niechętnie.
- Leżał tutaj. W tych malinach. Nie chciałaby go pani wtedy zobaczyć.
Przymknął oczy, przypominając sobie szczątki Grodzickiego. A potem zrobił dwa kroki w lewą stronę. Gruszka spojrzała na niego pytająco.
- Chciała pani wiedzieć, czy miał okulary. Znaleźliśmy je tutaj, razem z komendantem.
Wpatrzyła się w to miejsce z taką intensywnością, jakby spodziewała się, że okulary wciąż tu będą.
- To były okulary rozjaśniające, prawda?
- Tak - potwierdził. - Miały żółte szkła. Ludzie o słabym wzroku używają takich okularów do jazdy samochodem. Szczególnie w pochmurne dni. Pomagają też po zmroku.
Gruszka popatrzyła na niego z wahaniem. A potem odezwała się tak cicho, że jej nie zrozumiał.
- Słucham?
- Zygmunt wysłał do mnie maila - powtórzyła głośniej. - Z Mazur. Już wcześniej zachęcał mnie do wzięcia udziału w projekcie von Schindlera. Nie miałam na to ochoty. Niedawno skończyłam pisać książkę i w te wakacje chciałam wreszcie odpocząć. Tamtego dnia napisał, że skończył konspekt swojego opowiadania i chce mi je pokazać. Mówił, że to będzie literatura faktu... Chciał, bym pomogła mu je pisać. Rozumie pan?
- Nie bardzo.
- Bo nie powiedziałam panu najważniejszego. Ten mail został przez niego wysłany drugiego maja o godzinie dziewiętnastej. Zygmunt napisał, że zaraz wyjeżdża. Niedługo przed zmierzchem, rozumie pan? Człowiek z jego wadą wzroku nie ryzykuje wieczornych przejażdżek. Chyba że ma dobry powód. A już na pewno nie traci czasu na wspinanie się na jakieś wieże.
Spojrzał na nią ostro.
- Skąd pani wie, że Grodzicki zaginął właśnie tego dnia?
Popatrzyła na niego beznamiętnie.
- Była pani w Kapitanie?
Machnęła ręką, odpędzając muchę.
- Nie. Uzyskałam tę informację na komisariacie w Mikołajkach, od szeregowego funkcjonariusza. Zaraz potem ten zwariowany komendant wyrzucił mnie za drzwi. - Urwała i złapała go za rękę. - Dlaczego spytał pan o hotel Kapitan?
- Dojdziemy do tego. Ale najpierw... O czym dokładnie rozmawiała pani z Brunonem?
Pomost był do tego stopnia ukryty wśród trzcin, że nawet Ligęza - który w dawnych czasach wielokrotnie tu wędkował - miał kłopoty z jego odszukaniem. Przez dłuższą chwilę brodzili w podmokłym gruncie, odganiając komary. Gruszka już dawno pozbyła się pantofli i podwinęła spodnie.
- Świetny z pana przewodnik, nie ma co - mruknęła, zeskrobując z łydki zaschnięte błoto.
Gdy wreszcie znaleźli pomost, przestała narzekać. Komary, które tak przeszkadzały im pod wieżą, zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Łodygi trzcin falowały na wietrze, a spomiędzy nich od czasu do czasu wyłaniał się fragment jeziora.
- Jak pole ryżowe w Wietnamie - skomentowała Gruszka z taką miną, jakby zapisywała w pamięci to porównanie na potrzeby kolejnej książki. - Biorą tu ryby?
- Już nie pamiętam - mruknął Ligęza, siadając na końcu pomostu. Roztaczał się stąd zapierający dech w piersiach widok na Śniardwy. Trzciny zostały z tyłu. - A więc Bruno Landau w ogóle nie chciał z panią gadać?
Klapnęła obok niego i zanurzyła stopy w zielonkawej wodzie.
- Ciepła - skomentowała, a potem popatrzyła mu w oczy. - Nie lubi go pan, prawda? Ludzie mówią...
- Wiem, co mówią... Opowiedziała pani o korespondencji z Grodzickim, zostawiła pani wydruk maila, a on powiedział, by pani sobie poszła?
- Abym nie węszyła - sprostowała. - Tak się wyraził. Widzi pan, przez wiele lat pracowałam jako dziennikarka. A to zostawia ślad. Komendant stwierdził, że nie życzy sobie nieformalnych śledztw, a gdy powołałam się na przepisy o dostępie do informacji publicznej, skierował mnie do rzecznika komendy powiatowej w Mrągowie...
- Też bym tak zrobił - przyznał odruchowo Ligęza. - Jakby ktoś wyjechał mi w śledztwie z dostępem do informacji publicznej. Ale najpierw bym panią przesłuchał. Bo z tego maila jednoznacznie wynika, że pan Grodzicki trafił na coś ciekawego...
Jeszcze raz poprosił ją, by pokazała mu treść tamtego listu. Pochylając się nad jej komórką, zetknęli się głowami.
- Konspekt opowiadania... Jak to wygląda?
- U każdego pisarza inaczej. Najczęściej są to luźne notatki, taki groch z kapustą. Ale jeżeli chciał, żebym się z nim zapoznała, to pewnie trochę go usystematyzował.
- Dlaczego nie wysłał go pani mailem?
Westchnęła ze smutkiem.
- Pewnie trudno będzie panu w to uwierzyć, ale Zygmunt nie lubił komputerów. Korzystał z nich tylko wtedy, gdy musiał. Nawet wstępne szkice jego powieści powstawały tradycyjnie, na papierze. Dopiero później wklepywał je do komputera, przy okazji nanosząc poprawki. Jestem pewna, że konspekty tworzył wyłącznie za pomocą długopisu...
- Pisał ręcznie? Tego nie robią już nawet policjanci...
- Twierdził, że przed komputerem nie ma weny, ale mogło chodzić o coś bardziej prozaicznego. Ręcznie po prostu pisał szybciej. Nie każdy musi być za pan brat z klawiaturą.
- Ile miał lat? Z pięćdziesiąt kilka, co?
- Pięćdziesiąt pięć. Kiedy zaczynał swoją przygodę z pisaniem, komputery nie były tak powszechne jak dzisiaj...
- No dobrze - przerwał jej, unosząc rękę. - A więc jeśli konspekt był na papierze, to zaginął. Nigdy się nie dowiemy, co mogło w nim być. Chyba że... - Zawiesił głos, tknięty nagłą myślą. - Chyba że napisał go wcześniej, jeszcze zanim przyjechał na Mazury. Wtedy konspekt byłby w jego miejscu zamieszkania...
Pokręciła głową.
- Przyjechałam tu prosto ze Szczecina. Przewróciłam jego mieszkanie do góry nogami.
- Skąd miała pani jego klucze?
- Od Księcia. Od von Schindlera - uściśliła w odpowiedzi na jego pytające spojrzenie. - Przyjaźnili się od wielu lat. Książę był dla niego najbliższą osobą. Jeżeli Grodzicki sporządził testament, to jestem pewna, że zapisał mu cały majątek.
Pokiwali zgodnie głowami. Wyglądało na to, że konspekt powstał na Mazurach. A teraz go nie było. Abstrahując od tego, czy rzeczywiście zawierał coś sensacyjnego, brak zainteresowania tym wątkiem wydawał się poważnym niedopatrzeniem śledczych.
- Czego się pan dowiedział w hotelu Kapitan?
Popatrzył na nią z uznaniem. Umiała kojarzyć fakty.
- Kiedy dowiedziałem się, że to tam zatrzymał się Grodzicki, uruchomiłem swoje kontakty. Wie pani, my ochroniarze musimy trzymać się razem... Kolega wszedł dla mnie do systemu. Pokoje zamykane są za pomocą kart magnetycznych, więc nie ma problemu, by ustalić, o której godzinie dany pokój został zamknięty po raz ostatni. Okazało się, że Grodzicki opuścił pokój kilka minut przed dziewiętnastą. Prawdopodobnie zaraz potem uregulował należność. Pojechał do centrum Mikołajek, zostawił samochód na niestrzeżonym parkingu... Niestety poza zasięgiem kamery. Od tego momentu słuch po nim zaginął.
Odwrócił się w kierunku brzegu. Z tego miejsca widać było jedynie sam czubek wieży. Po jaką cholerę ktoś miałby się tam wspinać tuż przed nadejściem nocy?
- Jeśli myśli pan, że Grodzicki lubił obserwować zachody słońca, to muszę pana rozczarować. Chociaż jego książki świadczą o czymś innym, nie było w nim nawet szczypty wrażliwości. Nie był też zwolennikiem samotnych spacerów. Nie, jeśli rzeczywiście dotarł tu drugiego maja, to wyjaśnienie może być tylko jedno...
Popatrzyła na niego takim wzrokiem, jakby zastanawiała się, czy nadąża. Nadążał.
- Chciał się z kimś spotkać. Bez świadków.
Cmentarz komunalny w Mikołajkach, 3 lipca 2021 r.
Monika nienawidziła pogrzebów. Zygmunt Grodzicki był dla niej obcym człowiekiem, ale kiedy trumna niknęła w czeluści grobu, nie umiała powstrzymać łez. Sięgnęła do torebki po chusteczki, a potem rozejrzała się za towarzyszącą jej od początku uroczystości Edytą Gruszką. Ze zdziwieniem spostrzegła, że sławna koleżanka oddala się w towarzystwie obwiesia, który przyjechał na cmentarz na rozklekotanym rowerze. Po chwili odruchowo przetarła oczy, bo Gruszka - niczym uczennica szóstej klasy podstawówki - usadowiła się na ramie roweru, a obwieś wskoczył na siodełko i... odjechali.
- To jakiś jej znajomy?
Pytanie padło z ust pisarza, któremu nadała przydomek Szalonooki. W kościele zajął miejsce bezpośrednio przed nią i przez całą mszę się wiercił. Ani chybi był neurotykiem. A może zwyczajnie gryzły go pchły?
- Nie mam pojęcia - odparła szeptem.
- Bo wygląda jak miejscowy menel.
Pokiwała głową, bo chociaż nie lubiła obgadywać bliźnich, nie chciała do siebie zrażać kolegi. W końcu był tu jedynym pisarzem z jej ligi. Pisarzem na dorobku. Instynktownie wyczuwała, że powinni trzymać sztamę.
- Nie jestem pewna, ale to chyba ochroniarz z Wodnika. Pewnie poznali się przypadkiem.
- Albo pani Edyta zaczęła już swój słynny research - wtrąciła Gośka Minge, ze wzrokiem wciąż utkwionym w zakręt, za którym zniknęli. Na jej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. - Pewnie chce poznać każdy kąt tamtego ośrodka, a kto będzie lepszym przewodnikiem niż ochroniarz? Na pewno go zbajeruje. A potem przeżuje i wypluje kosteczki.
Monika lekko się wzdrygnęła. Gruszka miała osnuć swoje opowiadanie wokół wydarzeń poprzedzających likwidację ośrodka wychowawczego, który mieścił się w obecnych budynkach Wodnika. Wyglądało na to, że postanowiła nie marnować czasu.
- Zimno ci? - zagadnęła ją Gośka.
- Nie. To wyrzuty sumienia. Niektórzy pracują, a ja...
Urwała, bo przecież obiecała sobie, że nie będzie się skarżyć. Zadanie, które postawił przed nią Bernard Karolak, wydawało się karkołomne. Dwie historie, które dzieliło... bagatela, sześćdziesiąt lat. Nie miała pojęcia, od czego zacząć. Gośka Minge, która od razu ją rozszyfrowała, mrugnęła porozumiewawczo. Była bardzo przyjacielska.
- Nie przejmuj się. W sprawie tej historii sprzed wojny skontaktujesz się z panem Franciszkiem z Niedźwiedziego Rogu. Miejscowym etnografem. A jeśli chodzi o tę drugą kelnerkę... - Wskazała w kierunku grobu, który grabarze przykrywali płytą. - Tło tych wydarzeń znajdziesz tam.
Płyta opadła z głuchym tąpnięciem. Jeden z grabarzy zaklął szpetnie, ale Monika nie zwróciła na to uwagi.
- Tam? - spytała z niedowierzaniem, czując jak ramiona pokrywają jej się gęsią skórką. - Co masz na myśli?
Gośka popatrzyła na nią ze zdziwieniem, a potem parsknęła niestosownym śmiechem.
- No coś ty... Chodziło mi o von Schindlerów. Byli wtedy na miejscu. Przymierzali się do reaktywacji pensjonatu, tak jak teraz.
Monika była zaskoczona.
- Byli tu wtedy? Dwadzieścia lat temu? Ale przecież pani von Schindler...
- Jest starsza, niż myślisz. Na pewno była już pełnoletnia. To była krótkotrwała fanaberia. Z tego, co wiem, państwo von Schindlerowie wyjechali z powrotem do Niemiec i nie wracali do tego pomysłu aż do teraz. Ale błagam, sprawdź to u źródła. Ja miałam wtedy cztery lata...
Monika przesunęła się trochę w stronę nagrobka. Pozostali pisarze przemieszczali się powoli w przeciwną stronę. Uroczystość dobiegła końca. Ksiądz zniknął w kaplicy, a grabarze - we wnętrzu niewielkiej altanki. Kilkoro obecnych na pogrzebie notabli, w tym mężczyzna w policyjnym mundurze i drugi w mundurze straży pożarnej, skierowało się do samochodów. Nad dywanem z żałobnych wieńców pozostali jedynie von Schindlerowie i otyła kobieta w średnim wieku, która miała w przyszłości kierować Gościńcem, a na razie organizowała katering i koordynowała ostatnie prace remontowe.
Von Schindler mamrotał pod nosem modlitwę, a jego żona osuszała oczy chusteczką. Gdy zobaczyła Monikę, posłała jej ciepły uśmiech. Monika chciała skorzystać z okazji i umówić się na chwilę rozmowy, ale nie zdążyła. Aldona von Schindler przygarnęła ją do obfitej piersi.
- Widziałam, jak płaczesz, moje dziecko - szepnęła jej do ucha. - Jesteś wrażliwa. Zygmunt w głębi serca też taki był, chociaż robił wszystko, by ludzie mieli go za nieczułego potwora.
Monika nie umiała powstrzymać uśmiechu. Grodzicki słynął nie tylko z doskonałych kryminałów retro, ale też z bezkompromisowej - i często przesadzonej - krytyki kolegów po fachu.
- Nawet jeśli był nieczułym potworem, to nie sposób odmówić mu wdzięku - odpowiedziała dyplomatycznie, wciąż się uśmiechając.
Kilka sekund później po jej uśmiechu zostało tylko wspomnienie.
- Kiedyś był inny - wyszeptała żona Księcia. - Zresztą... wkrótce wszystkiego się dowiesz. Bo to właśnie historia, którą będziesz się zajmować... Historia z tą kelnerką złamała mu serce.
Miejsce sprzyjało snuciu opowieści z przeszłości. Gdy Książę wciąż był pogrążony w modlitwie, jego żona usiadła obok Moniki na ławeczce ustawionej przed sąsiednim nagrobkiem i przez chwilę - jakby z niedowierzaniem - kręciła głową.
- To było nasze najgorsze lato - stwierdziła wreszcie, zerkając to na swojego męża, to na żałobne wieńce. - Rok dwutysięczny. Ostatnie lato starego milenium. Jeszcze przez kilka lat czułam się winna. Gdyby nie ja, to przecież by tu nie przyjechali. Zygmunt i mój mąż. To ja go namówiłam, żeby odkupił ten dworek. Swoje rodowe gniazdo.
- Myślałam, że pan von Schindler zrobił to z sentymentu.
- Tak, z sentymentu. Mojego.
Aldona von Schindler nosiła wówczas nazwisko Florczak, a wakacje w Wierutkach były dla niej powrotem do miejsca, w którym się wychowała. Mieszkała tu od dwunastego roku życia, aż do momentu wyjazdu na studia.
- Wyjechałam z Wierutek jako nastolatka w podartych dżinsach, a wróciłam jako narzeczona niemieckiego arystokraty. To nie mogło skończyć się dobrze... Wiesz, moje dziecko, jacy są ludzie. Nie umieli mi tego wybaczyć.
- W jaki sposób poznała pani męża? - Pytanie było osobiste, ale było już za późno, by je cofnąć. Monika przeklęła w myślach swój brak taktu. - Przepraszam, to...
Zabrakło jej słów. Z dialogami zdecydowanie lepiej radziła sobie w książkach niż w realnym życiu. Ale Aldona von Schindler nie sprawiała wrażenia urażonej. Wręcz przeciwnie - rozmowa zdawała się sprawiać jej przyjemność.
- Po studiach wyjechałam do Niemiec - odparła, wodząc wzrokiem po sunących ponad nimi obłokach. - Uznałam, że lepiej wykorzystam znajomość języka tam, za granicą, niż gdybym miała zostać nauczycielką. Zostałam tłumaczką. Pracowałam przy negocjacjach biznesowych i w ten sposób poznałam Johanna. Podczas przerwy na lunch zagadnął mnie o Wierutki. Od tego się zaczęło...
- Pani rodzina do tej pory tu mieszka?
- Niestety... Nie mam już rodziny. Ojciec umarł... - policzyła na palcach - ...siedem lat temu, a mama znacznie wcześniej. Nie mam rodzeństwa. Zresztą byliśmy w Wierutkach poniekąd służbowo. Tata był dyrektorem poprawczaka. Gdy go zamknięto, wrócił do siebie. Do Ełku. Ale tamtego lata też tu był. - Westchnęła. - Wiesz, moje dziecko, jakie mieliśmy wtedy plany? Ja i Johann? Chcieliśmy otworzyć tu pensjonat.
- Tak jak teraz?
- Dokładnie.
Otyła pracownica von Schindlerów, która od dłuższej chwili zezowała w stronę ławeczki, nieśmiało chrząknęła. Pani Aldona podniosła się i chwyciła ją za pulchną rękę.
- Poznajcie się. To jest Luiza, moja koleżanka z dzieciństwa. Ona też tu była tego pamiętnego lata. Zresztą w tym samym charakterze, co teraz...
- Też miałam kierować pensjonatem. - Podała Monice rękę, pokazując w uśmiechu nierówne zęby. - Niestety wtedy skończyło się klapą. Mam nadzieję, że teraz będę mogła popracować trochę dłużej. Bo wie pani, ja to mam w życiu cholernego pecha...
Monika dostrzegła, że pisarze zgromadzili się już przed autokarem, który miał ich zawieźć z powrotem do Wierutek. Niektórzy wyglądali na zniecierpliwionych. Znała ten stan. Też często nie mogła się doczekać, aż będzie mogła usiąść w spokoju przed laptopem i stukać w klawiaturę. Lekcje w szkole ciągnęły się jej wówczas jak guma do żucia. Ale teraz nigdzie jej się nie spieszyło. Prowadziła research.
Stojący przed grobem Książę opadł na kolana. Przez moment wodziła wzrokiem po jego szerokich plecach, a potem popatrzyła na marmurową tablicę. Śp. Zygmunt Grodzicki. Pisarz. Żył 54 lata. Dokonała szybkich obliczeń.
- Pan Zygmunt miał wtedy trzydzieści trzy lata - stwierdziła, przerywając paplaninę Luizy. Jej narzekania mogły poczekać. Monikę interesowało w tej chwili coś innego. Uczucie, które połączyło Grodzickiego i kelnerkę. Kelnerkę, która miała następnie zaginąć. - Przyjechał tu z państwem, poznał tę dziewczynę i...
- I od pierwszego wejrzenia się zakochał - dokończyła Aldona von Schindler. - Jak ona się nazywała?
- Katarzyna. - Luiza miała dobrą pamięć, bo oprócz imienia wymieniła też nazwisko. - Katarzyna Nazaruk. Zatrudniliśmy ją na czarno, ale nie miała nic przeciwko temu. Odniosłam wrażenie, że bardzo potrzebowała tej pracy.
- Może i potrzebowała. Ale na naszego Zygmunta nawet nie spojrzała. Aż przykro było patrzeć, jak teraz, po latach, wraca do tej sprawy. To była prosta, wiejska dziewucha, a on wciąż traktował ją jak jakąś pieprzoną księżniczkę.
- Mówiłem mu, żeby tego nie robił - rozbrzmiał chropowaty męski głos.
Wszystkie trzy kobiety jak na komendę podniosły głowy. Książę wstał z kolan i zbliżył się do ich ławeczki. Monika zmarszczyła czoło.
- Czego nie robił?
- Johann chciał powiedzieć, że pomysł, aby Zygmunt pisał opowiadanie o swym afekcie do Kaśki, od początku wydał mu się chybiony. Tak, kochanie?
- Ja wohl. - Von Schindler objął ją ramieniem. - On był w tych sprawach za bardzo emocjonalny.
- Taka starokawalerska przypadłość. Kilka dziewcząt w przeszłości dało mu kosza, a on wciąż to analizował. Nawet po dwudziestu latach. Mam wrażenie, że zwyczajnie miał w życiu pecha. Gdyby trafił na właściwą dziewczynę, to wszystko potoczyłoby się inaczej.
- Ale nie pisałby tak dobrych książek - stwierdził von Schindler. - Najwięksi artyści bywają nieszczęśliwi. A już szczególnie w miłości.
Podał żonie ramię i oboje ruszyli w stronę bramy cmentarza.
Monika chciała kontynuować rozmowę w autokarze, ale okazało się, że von Schindlerowie nie wracają do dworku.
- Chcemy odwiedzić kilka starych kątów - wyjaśniła pani Aldona, wsiadając do podstawionego na parking land rovera. - Ale niech się pani nie przejmuje. Co się odwlecze...
Niezadowolona wsiadła do autokaru i zajęła miejsce obok Luizy. Chociaż kobieta była przynajmniej w wieku pani Aldony, od razu zaproponowała, by mówiły sobie po imieniu.
- Jak to było z tym zaginięciem? - spytała Monika, gdy tylko ruszyli.
- Nie było żadnego zaginięcia. Dziewczyna zwyczajnie przestała przychodzić do pracy. Pewnie trafiło jej się coś lepszego. Słyszałam, że wyjechała za granicę. Zresztą... w pensjonacie i tak by już nie popracowała. Zaraz potem zwinęliśmy interes.
Monika sięgnęła do torebki. Jej telefon miał funkcję dyktafonu, ale w autobusie było zbyt głośno, by z niego korzystać. Postawiła więc na bardziej tradycyjny notatnik.
- Czy on musi tak ciągle gadać? - mruknęła pod nosem, bo siedzącemu rząd za nią Leszkowi Wełniakowi nie zamykała się gęba. To, co mówił, miało w założeniu być zabawne, ale nikt się nie śmiał. Głównym tematem wywodu była Edyta Gruszka, a raczej jej rowerowa ekskursja z miejscowym obwiesiem. - Luizo, opowiedz mi o tej dziewczynie.
Kobieta nie miała wiele do powiedzenia.
- Blondynka, mniej więcej dwudziestoletnia. - Urwała, marszcząc czoło. - Miała na brzuchu brzydki tatuaż, a jej głównym hobby było podrywanie facetów.
- Lubiła się bawić?
- Szukała męża. - W głosie Luizy pojawiła się niechęć. - Albo przynajmniej sponsora.
- Męża? W wieku dwudziestu lat?
- Takie jak ona szybko dojrzewają. A wszystko, co mają do zaoferowania, z każdym rokiem traci na wartości... Rozumiesz, co mam na myśli?
Monika pokiwała głową, starannie maskując swe odczucia. Luiza podobała jej się coraz mniej. Miała nadmierną łatwość w wydawaniu surowych ocen.
- Ale pana Zygmunta zostawiła w spokoju, chociaż...
- Zygmunt nie był w jej typie. Znałaś go? Nie? Widzisz, Zygmunt był nieśmiałym facetem. Cały czas przepraszał za to, że żyje. Nie umiał rozmawiać z dziewczyną i się przy tym nie pocić. Brakowało mu pewności siebie...
- Poważnie? - Pani Aldona też tak twierdziła. Takie opinie zdecydowanie kłóciły się z obrazem Grodzickiego jako starego cynika, który wyrobiła sobie na podstawie lektury jego książek i - przede wszystkim - wpisów na blogu. - Sprawiał wrażenie osoby dość przebojowej...
- Tylko wrażenie. Gdyby nie Książę, Grodzicki nie wyszedłby z tej swojej biblioteki. Nie zostałby słynnym pisarzem. Chociaż publikował w innych wydawnictwach, wypromował się tylko dzięki Księciu. A raczej jego pieniądzom.
- Jak się poznali?
Wzruszyła ramionami.
- Chodziło o jakieś badania genealogiczne. Książę zlecił je Uniwersytetowi Szczecińskiemu, gdzie Grodzicki był pracownikiem naukowym... To wtedy spotkali się po raz pierwszy. Początkowo ich relacje ograniczały się do tych badań, ale potem się zaprzyjaźnili. Stali się nierozłączni. Sama nie wiem dlaczego, bo byli jak ogień i woda. Książę był wtedy niespokojnym duchem...
- Niespokojnym duchem? - upewniła się Monika. - Von Schindler? Pod jakim względem?
Kobieta uśmiechnęła się tajemniczo.
- Lubił dobrą zabawę... Ale o szczegóły musisz zapytać jego. Nie chcę, by mówiono, że rozpowszechniam plotki.
Tak właśnie rodzą się plotki, pomyślała Monika. Z niedopowiedzeń.
- Ta kelnerka... Kaśka, tak? Też chyba lubiła dobrą zabawę? - spytała obojętnym tonem, ale próba wyciągnięcia od Luizy obyczajowych smaczków spełzła na niczym. Kobieta parsknęła śmiechem. Po jej tłustym podbródku spłynęła strużka śliny.
- Nic ich nie łączyło - zapewniła. - Dla Johanna liczyła się wtedy tylko Aldonka. Kaśka miała na widelcu kogoś innego. Biedny Zygmunt nie miał z nim szans, chociaż... trzeba mu oddać, że bardzo się starał.
- Kogo miała na widelcu?
Luiza zachichotała, a jej policzki pokryły się szkarłatem.
- Chłopaka stąd. Miejscowego, chociaż wtedy studiował już w Warszawie, a do Wierutek wpadał tylko na wakacje. Znałam go ze szkoły. Był dla niej o wiele za dobry...
Monika zerknęła na swoje notatki. Po słowie "chłopak" odruchowo postawiła duży znak zapytania.
- Byli parą?
Luiza rozłożyła ręce. Paznokcie miała pociągnięte krwistoczerwonym lakierem.
- Ja tam do łóżka im nie zaglądałam. Ale spędzali ze sobą sporo czasu. Zapisz sobie: Łukasz Landau. Ciekawe, co u niego. Nie widziałam go od wielu lat...
Monika drgnęła. Nazwisko wydało jej się znajome. Powtórzyła je kilka razy, starając się sobie przypomnieć, gdzie je słyszała. Bezskutecznie.
- Nie wrócił do Wierutek?
- Oni nigdy nie wracają. Ci, którym udało się wyjechać na studia. Ale w Wierutkach wciąż mieszka jego brat. Bruno, komendant posterunku.
- Policjant? - Przez chwilę się zastanawiała, ale to był ślepy trop. Nigdy nie spotkała się z policjantem, który nazywałby się Bruno Landau. Bogiem a prawdą, poznała w życiu niewielu policjantów.
- Ostatni porządny człowiek w Wierutkach. Inni wyjechali, albo... pomarli. Jego ojciec był za komuny dyrektorem PGR-u. Kiedyś pracowały u niego całe Wierutki.
Monika poprosiła o adres policjanta, obiecując sobie, że go odwiedzi. Świadectwo jego brata, który przed laty prowadzał się z zaginioną kelnerką, pozwoliłoby umieścić historię, która stopniowo formowała jej się w głowie, w realnej przestrzeni. Przez całe przedpołudnie zastanawiała się, z czyjej perspektywy poprowadzić narrację. Teraz miała już odpowiedź. Historia kelnerki widziana oczami zakochanego w niej z wzajemnością chłopaka... To było coś. On, ona i ten trzeci... A w tle tajemnica. I koniecznie jakaś zbrodnia.
Jezioro Śniardwy, 12 lipca 2000 r.
Łukasz Landau zluzował talię, pchnął ster i przesiadł się na drugą burtę, wybierając jednocześnie szoty obu żagli. Dźwięk obracającego się kabestanu zabrzmiał mu w uszach niczym najpiękniejsza muzyka. Grot wypełnił się powietrzem i omega pomknęła po czubkach fal. Napiął foka na blachę i - chociaż nie było to w zgodzie z żeglarskim abecadłem - obwiązał szota wokół knagi. A potem, uwolniwszy jedną rękę, pstryknął zapalniczką i głęboko się zaciągnął. Chmurę dymu, którą wydmuchał, natychmiast rozwiał wiatr.
Po raz pierwszy sterował żaglówką w wieku sześciu lat. Miłość do żagli i wiatru zaszczepił w nim ojciec, który - chociaż mieszkał na Mazurach od urodzenia - miał w sobie coś z turysty. Był też majsterkowiczem, więc pierwszą żaglówkę zrobił samodzielnie. Teraz mieli starą omegę, ale Łukasz najlepiej wspominał właśnie tę samoróbkę. Kojarzyła mu się z czasami, w których był młody i beztroski, a wszystkim zajmowali się rodzice. Po śmierci matki i poważnej chorobie taty świat nie był już tak bezpiecznym miejscem, chociaż ostatnio wszystko znów zaczęło się układać. Bruno wrócił do domu jako ważny pan policjant, a on sam znalazł pracę, która nie dawała mu takiej satysfakcji jak pisanie, ale przynajmniej pozwalała związać koniec z końcem i budziła nadzieję, że wreszcie uda mu się skończyć rozpoczęte cztery lata temu studia.
Teraz jednak nie myślał ani o pracy, ani o studiach. To miały być wakacje. Cztery tygodnie odpoczynku, przeplatanego dobrą zabawą.
Zmrużył oczy i wypatrzył ją na pomoście. Widocznie było już po śniadaniu. Podostrzył, kierując się prosto na nią. Zobaczyła go dopiero wtedy, gdy zatrzymał się tuż obok, łopocząc żaglami w linii wiatru.
- Cześć, piękna!
Kaśka uniosła głowę i włożyła przeciwsłoneczne okulary. Skąpy kostium więcej odkrywał, niż zakrywał. Jego górna część była o wiele za ciasna.
- Myślałam, że poszłeś się wyspać.
Nie poprawiał jej. Poszłeś czy poszedłeś - co to za różnica? Studia w Warszawie go nie zmieniły. Nie stał się, jak wielu jego rówieśników, przeintelektualizowanym bubkiem.
- Nie byłem zmęczony.
- Poważnie? - Uniosła okulary, posyłając mu długie spojrzenie. - Taki z ciebie zawodnik?
Gadali do piątej nad ranem, przerywając tylko wtedy, gdy w radiu leciał jakiś wolny kawałek. Wtedy tańczyli. Liczył na coś więcej, ale po kilku pocałunkach wypchnęła go ze swojego pokoiku w altanie nad jeziorem.
- Dopiero się rozkręcam. - Napiął chudy biceps, przyjmując pozycję greckiego herosa. Gdy łódka otarła się o pomost, stracił równowagę. - Z czego się śmiejesz? Zrobiłem to specjalnie...
Urwał, bo do pomostu zbliżał się brodaty facet. Dziewczyna obróciła głowę, a z jej piersi wydobyło się ciężkie westchnienie.
- A ten tu czego?
- To jest ten Niemiec? - Łukasz nachylił się, przerzucając linkę cumowniczą przez szparę w deskach. - Ten arystokrata?
Wczoraj po południu do dworku przyjechali nowi właściciele. Nowi, a jednocześnie starzy - zwyciężając w przetargu, rodzina von Schindlerów odkupiła swoją dawną własność, znacjonalizowaną po drugiej wojnie. Przetarg budził w okolicy zrozumiałą ciekawość, a nawet kontrowersje, ale do przebywającego wówczas w Warszawie Łukasza dotarły tylko strzępy informacji. Wiedział, że zrujnowany dworek został kupiony - przynajmniej formalnie - przez narzeczoną młodego von Schindlera. Sam von Schindler - jako Niemiec - przed nabyciem jakiejkolwiek nieruchomości w Polsce musiałby uzyskać zgodę ministra spraw wewnętrznych.
- Nie, to nie von Schindler. To jego kumpel. Straszny nudziarz.
Zobaczywszy, że Kaśka nie jest sama, mężczyzna chciał zawrócić, ale w ostatniej chwili zmienił zdanie.
- Dzień dobry. - Podszedł do Łukasza i podał mu rękę, ale nie odrywał wzroku od dziewczyny. - Doktor Zygmunt Grodzicki. Ładna pogoda na pływanie, prawda? Będziecie państwo pływać żaglówką?
Łukasz uśmiechnął się kpiąco. Tak zagajali rozmowę emeryci z brzuszkami. Ale nawet oni nie przedstawiali się tytułami naukowymi. Uścisnął mu dłoń, nie zawracając sobie głowy odpowiedzią, bo przecież mężczyzna nie przyszedł tu do niego.
Kaśka okryła ciało ręcznikiem kąpielowym.
- Nie, proszę pana. Ja nie lubię pływać. Ale jeśli ma pan ochotę, to kolega na pewno chętnie pana przewiezie.
Łukasz posłał jej miażdżące spojrzenie. Na szczęście mężczyzna nie był zainteresowany żeglowaniem.
- Wolę posiedzieć nad wodą. Może później...
- Proszę bardzo. - Kaśka wskazała na deski w taki sposób, jakby zwalniała mu miejsce. - Ja niestety muszę już iść.
Doktor Grodzicki popatrzył na nią wzrokiem spaniela. Łukasz z trudem zapanował nad śmiechem.
- Miałem nadzieję, że posiedzimy razem.
- Dla mnie jest trochę za gorąco. Łukasz, pomożesz mi?
Ruszył za nią, nie mogąc oderwać wzroku od jej pośladków.
- W czym mam ci...
- Nie teraz! - warknęła, po czym przyspieszyła kroku, kierując się w stronę dworku. Wciąż podziwiając jej figurę, wdrapał się za nią na skarpę. - Przepraszam. Chciałam się po prostu od niego uwolnić.
- A moja żaglówka?
- Nie odpłynie. Zrozum, gdybyśmy tam zostali, toby się do nas przyczepił...
- Taki towarzyski?
- Taki napalony. Przyjechał tu przedwczoraj, podobno ze Szczecina. Nie daje mi spokoju. Za każdym razem mnie zaczepia.
Łukasz uśmiechnął się zjadliwie.
- Biedactwo... Nie lubisz, gdy ktoś cię zaczepia, prawda?
- Za kogo ty mnie masz?! - W jej oczach pojawiła się złość. - To przecież stary dziad...
Zaskoczony podniósł do góry ręce.
- Żartowałem tylko...
- Mało zabawnie.
- Przecież nie może mi wychodzić każdy żart. To byłoby nudne.
Przez chwilę mierzyła go surowym wzrokiem, ale w końcu się poddała. Uśmiechnęła się pojednawczo i cmoknęła go w policzek.
- Naprawdę chciałam, żebyś mi pomógł. Masz teraz godzinkę? Chciałabym, żebyś pokazał mi coś we wsi.
- We wsi? Poważnie? A co tam jest do oglądania?
Odwinęła ręcznik. Jej piersi wyglądały tak, jakby chciały wyskoczyć ze stanika.
- Wystarczy?
Nie miał żadnych planów, ale instynkt podpowiedział mu, by trochę się z nią podroczyć. Zanim jednak się odezwał, w oknie dworku pojawiły się dwie kobiece twarze. Luiza pomachała mu, uśmiechając się promiennie, ale jego uwaga skoncentrowała się na drugiej z kobiet. Te czarne oczy były tak znajome...
Uśmiechnął się od ucha do ucha i ruszył truchtem w kierunku dworku.
Hotel Kapitan w Mikołajkach, 3 lipca 2021 r.
Ligęza bywał tu wielokrotnie, ale pięciogwiazdkowy hotel Kapitan - podobnie jak położony nieco dalej, "siostrzany" hotel Gołębiewski - niezmiennie go szokował. Był tak ogromny, że kojarzył mu się z odrębnym miastem - futurystycznym, kompletnie niepasującym do sielankowych mazurskich krajobrazów. Nie należał jednak do jego krytyków. Można było się zżymać na toporną architekturę i pretensjonalność niektórych rozwiązań, ale rzesze zatrzymujących się tu turystów były jednoznacznym dowodem na to, że taki obiekt był potrzebny. I to nie tylko turystom, bo zatrudnienie znajdowała w nim połowa gminy.
Edyta wjechała na parking i popatrzyła na niego pytająco.
- Gdzie?
Zabawił się w pilota. Po chwili zaparkowali na tyłach hotelu, niedaleko padoku. Pisarka zbliżyła się do ogrodzenia i przez chwilę z zachwytem obserwowała konie. Czyszczący je mężczyzna podniósł głowę.
- Cześć, nadkomisarzu.
Ligęza znał go jedynie z widzenia. Skrzywił się tak, jakby połknął cytrynę.
- To już historia.
- Słyszałem. - Mężczyzna zaśmiał się nieprzyjemnie. - Jak to mówią: raz na wozie, raz pod wozem.
Pół roku temu przeskoczyłby przez ogrodzenie i kazał mu to odszczekać. Ale przez ostatnie miesiące przyzwyczaił się do takich komentarzy. Większość ludzi deklarowała sympatię do policji, ale zwykle ta sympatia dotyczyła policji jako instytucji. Poszczególni funkcjonariusze nie mogli liczyć na nic więcej niż niechętny szacunek.
A gdy lądowali na bruku, szacunek zastępowała pogarda.
- Chodź. - Edyta straciła zainteresowanie końmi i pociągnęła go za sobą. Kilka minut temu zaproponowała mu przejście na ty. Zgodził się, bo niby dlaczego miałby się nie zgodzić? - Nie wiedziałam, że jesteś taki sławny.
- Wolałbym nie być - warknął, ale gdy posłała mu uśmiech, nieco się rozpogodził. - Grodzicki mieszkał w tej części, na drugim piętrze. Widzisz tych ludzi na balkonie? Pierwsze okno po lewej.
Ruszyli schodami do bocznego wejścia. W drzwiach przepuścili małżeństwo z dwójką dzieci. Kobieta popatrzyła na pisarkę i na moment zastygła w bezruchu.
- Pani Edyto - odezwała się na wdechu. - Czy ja mogłabym zrobić sobie z panią zdjęcie?
Ostatecznie w kadrze zmieścili się wszyscy, łącznie z brzuchatym mężem. Ligęza oddał mu aparat, a potem zaczekał, aż Edyta złoży podpis na książce, którą kobieta wyciągnęła pospiesznie z torby turystycznej. Książka była rozmiaru pustaka.
- Ile się pisze takie coś? - zapytał.
- To zależy. Są tacy, którym zajmuje to półtora miesiąca, ale u mnie to przynajmniej rok... Nie wolno żyć wyłącznie pracą.
W pobliżu recepcji znów ktoś ją zaczepił. Tym razem skończyło się na wspólnym selfie, ale po chwili - gdy osaczyła ją grupka nastolatek - w ruch znów poszedł długopis. Ligęza obserwował to zamieszanie z nieskrywanym zdumieniem.
- Wiedziałem, że pisarze to także celebryci, ale nie spodziewałem się, że aż do tego stopnia.
- Przypadek - odburknęła Edyta. Zauważył, że lekko się rumieni. - Nie zawsze jest miło. Kiedyś jakaś wariatka chciała się na mnie rzucić...
Minęli recepcję. Ligęza szybko poprowadził ich do stanowiska ochrony. Facet, z którym się umówił, pracował kiedyś na komisariacie. Teraz dorabiał sobie do emerytury jako ochroniarz w Kapitanie.
- Cześć, Seba.
Wyszli przed budynek, zostawiając Edytę otoczoną wianuszkiem fanów. Można było odnieść wrażenie, że w hotelu odbywa się zlot miłośników kryminału. Ochroniarz był przygotowany. Trzymał w ręku wydruk, na którym roiło się od cyfr.
- Ten Grodzicki spędził tu sześć dni - mówił, wodząc wzrokiem po wydruku. - Dość mało aktywnie. Głównie siedział w pokoju. Zamawiał tam nawet śniadania. Na dłużej opuścił pokój tylko dwa razy. Następnego dnia po przyjeździe, na trzy godziny. I jeszcze następnego, na dwie i pół. Gdybym nie wiedział, że to pisarz, miałbym go za świra. Kto normalny przyjechałby na Mazury, by siedzieć w pokoju?
- Dokąd się wybierał?
Ochroniarz rozłożył ręce.
- Diabli wiedzą. Twoi byli koledzy chyba próbowali to ustalić, ale w końcu stwierdzili, że to bez znaczenia. Po co ci te informacje? - zainteresował się, patrząc na niego z ciekawością. - Zostałeś detektywem?
- Coś tu śmierdzi.
- Policja uznała to za wypadek, prawda?
Ligęza powoli pokiwał głową.
- I ty w to nie wierzysz?
- A ty wierzysz?
Poprawił ochroniarski uniform i splunął na trawę.
- Kto chciałby zabijać jakiegoś pisarzynę? Trudno wyobrazić sobie kogoś bardziej nieszkodliwego...
- Czasem słowa mają wielką moc rażenia. Większą niż granat. - Ligęza chrząknął, bo jak na jego gust zabrzmiało to zbyt patetycznie. - Był tu sam, prawda?
- Tak. Zajmował jedynkę, pokój tysiąc dwieście osiemdziesiąt sześć. Po raz ostatni skorzystał ze swojej karty drugiego maja, o godzinie dziewiętnastej. Potem wymeldował się i odjechał.
- I niczego nie zostawił? W pokoju, albo... w hotelowym sejfie? - Ochroniarz pokręcił głową. - Z nikim się nie spotykał?
- Sam tu przyjechał i sam wyjechał. - Zniecierpliwiony dociekliwością Ligęzy, podniósł dłoń i wyprostował dwa palce. Zupełnie jakby składał harcerskie ślubowanie. - Przeglądaliśmy z policją każde nagranie. Zresztą... przecież rozmawialiśmy już o tym w zeszłym tygodniu.
Zdziwienie ochroniarza było uzasadnione. Rzeczywiście, tydzień temu Ligęza zadawał mu podobne pytania. Teraz nie dowiedział się niczego nowego. Pozostawało poprosić o przysługę.
- Czy mógłbyś dać mi namiary na osoby, które zajmowały wtedy sąsiednie pokoje?
Ochroniarz podrapał się po głowie.
- Jakbyś pracował w policji, nie byłoby problemu, ale tak... Sam rozumiesz. Jak miałbym się z tego wytłumaczyć? Zresztą... z doświadczenia wiem, że goście hotelowi nie interesują się sąsiadami. To bez sensu.
Ligęza w duchu przyznał mu rację, ale nie miał pomysłu, jak w inny sposób odtworzyć ostatnie dni zmarłego pisarza. Ochroniarz wyciągnął papierosa, wsadził go sobie do ust i z rozmachem klepnął się po czole.
- Naprzeciwko pokoju, który zajmował ten pisarz, jest pomieszczenie gospodarcze. Wykorzystują je dziewczyny.
- Jakie dziewczyny?
- Takie tam... hotelowe kurewki.
- Hotel zatrudnia panienki do towarzystwa? - Edyta Gruszka z niedowierzaniem pokręciła głową. - Wprost trudno w to uwierzyć...
Ligęza wzruszył ramionami.
- Z formalnego punktu widzenia wcale ich nie zatrudnia. Na poziomie minus jeden funkcjonuje klub nocny. Teoretycznie to odrębny podmiot gospodarczy, wynajmują tylko powierzchnię.
- Klub nocny to przecież nie burdel.
- A te dziewczyny to nie kurwy, tylko tancerki. - Ligęza sugestywnie mrugnął okiem. - To olbrzymi obiekt. Z atrakcjami dla każdej grupy społecznej.
Mijali właśnie wejście do hotelowego parku wodnego. Gruszka skrzywiła się tak, jakby rozbolało ją gardło.
- Ale przecież tu przyjeżdżają głównie rodziny z dziećmi...
- Tylko w wakacje. Przez resztę roku większość klientów to grupy zorganizowane. Wyjazdy firmowe, rozumiesz? Szeroko pojęta integracja.
- Ale dzieci... - Gruszka jęknęła, oglądając się za przechodzącymi korytarzem dwiema ślicznymi bliźniaczkami. Ligęza poczekał, aż znikną za zakrętem.
- Coś ty się tak uczepiła tych dzieci?! Klub zlokalizowany jest w skrzydle, w którym mieszkał Grodzicki. Większość pokoi to jedynki i dwójki.
- Byłeś tam kiedyś?
Hotel był tak ogromny, że zanim doszli na miejsce, Ligęza zrelacjonował jej swoje wrażenia z wizyt w hotelowym przybytku uciech. Bywał tam wielokrotnie, ale za każdym razem służbowo. Takie miejsca przyciągały określony rodzaj ludzi. Niecały rok temu razem z Brunonem Landauem zatrzymali tam mężczyznę poszukiwanego listem gończym.
- Był w pokoju na zapleczu... Domyślasz się, co tam robił. Jeszcze nigdy nie widziałem, by ktoś tak szybko stracił ochotę na seks. Kiedy trąciłem go pistoletem w wypięty tyłek...
- Nie kończ, proszę - jęknęła, ale nie umiała powstrzymać uśmiechu. Patrząc w jej zmrużone oczy, pomyślał, że niezłe z niej ziółko. - Często brałeś udział w akcjach z bronią?
Kiedyś był to jego słaby punkt, ale z wiekiem zmądrzał. Na tyle, by oduczyć się przechwalać.
- Nie za często. Ale zdarzało się. Mikołajki nie są jakimś sennym miasteczkiem. Przynajmniej w sezonie, a ten hotel... Sama widzisz.
Z pokoju, który mijali, dobiegał głośny kobiecy płacz i gniewne męskie krzyki. Ich treść nie była wysublimowana. Głównie przekleństwa. Ligęza zabębnił pięścią w drzwi. Krzyki przycichły, ale wciąż słychać było urywany szloch. Gruszka chwyciła za klamkę.
- Wszystko w porządku? - spytała przez szparę, a gdy nie doczekała się odpowiedzi, otworzyła drzwi nieco szerzej. - Czy mam kogoś wezwać?
W drzwiach zamiast zapłakanej kobiety pojawił się jej partner. Ligęza starał się nie wrzucać wszystkich do jednego wora, ale z jego wieloletnich obserwacji wynikało, że agresywni mężczyźni chętnie się tatuowali. Ten miał na przedramieniu jakiś kolczasty wzorek. Pod sportowym T-shirtem grały mięśnie.
- Nie wpierdalaj się! - warknął i usiłował trzasnąć drzwiami, ale Edyta wsadziła do środka stopę. Drzwi odskoczyły, a ona, chociaż musiało ją zaboleć, nawet się nie skrzywiła.
- Będę się wpierdalać - powiedziała bezosobowym tonem, patrząc mu prosto w oczy. - Jeśli towarzysząca panu kobieta nie zapewni mnie, że wszystko jest w porządku, to dzwonię po policję.
Jej spokój nieco wybił go z rytmu. Zanim zdążył zebrać myśli, zza jego pleców dobiegł nieśmiały głos.
- Wszystko jest okej. - Kobieta mówiła tak, jakby miała katar. - Proszę zostawić nas w spokoju.
Gruszka zabrała nogę, a agresywny drab trzasnął drzwiami. Ligęza rozluźnił napięte mięśnie i odruchowo poklepał pisarkę po ramieniu.
- To było niepotrzebne, ale... Byłabyś dobrą policjantką. Wszystko w porządku?
Dopiero teraz zobaczył, że jest blada i drżą jej ręce. Konfrontacja kosztowała ją dużo nerwów. Wsparła się na jego ramieniu i przez chwilę szybko oddychała. Powoli wróciły jej kolory.
- Mam wadę serca - powiedziała, a gdy zagryzł wargi, żartobliwie trąciła go łokciem. - To nic poważnego, ale nie przeszłabym testów medycznych. Zawsze marzyłam o tym, by być policjantką... Niestety zostałam pisarką.
Popatrzył na jej sukienkę, w którą przebrała się po pogrzebie. Przypuszczał, że kosztowała więcej niż jego miesięczne uposażenie z czasów, gdy był zastępcą komendanta.
- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło - mruknął, po czym zatrzymał się przed windą i wcisnął guzik.
Pomieszczenie, które według ochroniarza miały wykorzystywać tancerki, było zamknięte. Zapukał i odczekał pół minuty, a potem kilkukrotnie uderzył w nie dłonią.
- Nic z tego - mruknął, odwracając się w kierunku pokoju numer tysiąc dwieście osiemdziesiąt sześć, w którym dwa miesiące temu mieszkał Grodzicki. - Ciekawe, czy podobało mu się takie sąsiedztwo...
Z Edyty wyraźnie uszło powietrze. Obserwując ją ukradkiem, odniósł wrażenie, że jego diagnoza sprzed kilku minut była błędna. Pisarka nie byłaby dobrą policjantką. Co z tego, że umiała robić wrażenie twardej, skoro wewnątrz była tak wrażliwa? Prędzej czy później by pękła. Na sto procent.
Prowadząc ją niczym zagubioną dziewczynkę, skręcił w boczną odnogę głównego korytarza i zbiegł po schodach na poziom minus jeden. Metalowe drzwi nocnego klubu nie były opatrzone żadnym napisem. W hotelu zdawano sobie sprawę, że reklama nie jest konieczna. Mężczyźni w delegacji mieli na tyle rozwinięty instynkt, by odnajdywać takie miejsca mimo braku afiszów i strzałek.
Drzwi były zamknięte. Nic dziwnego, do otwarcia klubu brakowało jeszcze kilku godzin. Zapukał - najpierw delikatnie, a potem natarczywiej. Po chwili rozległ się odgłos przekręcanego klucza.
- O co... Ach, pan nadkomisarz! - Starsza kobieta, która otworzyła drzwi, miała pospolitą twarz.
Przez dłuższą chwilę nie umiał sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach się poznali. Aż wreszcie klepnął się w czoło.
- Pani jest woźną w zespole szkół. Była pani świadkiem w sprawie o nękanie.
Cofnęła się, umożliwiając im wejście. W dłoni wciąż trzymała mokrą ścierkę. Na środku niewielkiej sali stał kubeł ze spienioną wodą, a na blacie baru leżała kolejna ścierka. W tle błyszczały butelki z kolorowym alkoholem.
- Ma pan dobrą pamięć, panie nadkomisarzu. Mogę jakoś pomóc?
Chociaż znajomy ochroniarz mówił o kurewkach, to przecież nie można było wykluczyć, że z pomieszczenia socjalnego na drugim piętrze korzystały też sprzątaczki. Ale w odpowiedzi na jego pytanie dorabiająca sobie do pensji woźna rozłożyła ręce.
- Po co miałabym tam chodzić? Mieszkam pół kilometra stąd. To pokój dla dziewczyn, które dojeżdżają tu z daleka. Aby mogły się przespać... Przed albo po pracy.
Ruchem wydatnego podbródka wskazała na chromowaną rurę w centralnej części sali. A więc to o taką pracę jej chodziło... Przyszło mu do głowy, że za łatwo odpuścił. O tej porze tancerki miały zapewne twardy sen.
- O której przychodzą dziewczyny?
- Niedługo. Kolacja jest o osiemnastej, a potem idą prosto tutaj i się malują...
Wskazała na wąskie drzwi, które - z tego, co pamiętał - prowadziły na zaplecze. Popatrzył na nią z błyskiem w oku.
- Kolacja?
- No tak. Przysługuje im darmowy posiłek. Prawie wszystkie z niego korzystają, bo... wbrew pozorom... nie zarabiają kokosów. Zawsze to te parę złotych oszczędności...
- Gdzie jedzą tę kolację? - spytał, zerkając na wyświetlacz telefonu. Była siedemnasta pięćdziesiąt trzy.
Dwie minuty później wparowali do hotelowej jadalni. Była niewiele mniejsza niż piłkarskie boisko. Minęli grupkę niemieckich emerytów, a potem kilka stolików opanowanych przez rodziny z wrzeszczącymi niemowlętami.
- Tam. - Gruszka przecisnęła się przez tłumek stłoczony przy szwedzkim stole, kierując się ku najbardziej odległemu kątowi sali. Na tle panoramicznego okna siedziało kilkanaście młodych kobiet. Niektóre z nich nie wyglądały na więcej niż osiemnaście lat. - Wbrew pozorom to chyba nie jest drużyna siatkarek...
Część dziewczyn rzeczywiście była wysoka, ale Ligęza nie widział jeszcze siatkarek, które miałyby tipsy. Lubił, gdy inicjatywa była po jego stronie, ale tym razem postanowił oddać stery kroczącej przed nim pisarce. Skoro miała ochotę się wykazać...
Gruszka nie zdążyła nawet otworzyć ust.
- Ojej - pisnęła jedna z dziewczyn, podrywając się na nogi. - To naprawdę pani?
Ligęza nie był szczególnie zdziwiony. Widział w życiu wystarczająco dużo, by nie ulegać stereotypom. Tancerki w miejscach takich jak to wcale nie musiały być prymitywami po pięciu klasach podstawówki. Często w ten sposób dorabiały sobie na przykład studentki. Nie widział w tym nic złego... O ile zajmowały się tylko tańcem.
Stanął z boku i przez chwilę obserwował scenę, która skojarzyła mu się ze spotkaniem autorskim. Gruszka z przyklejonym do twarzy uśmiechem uścisnęła kilka wyciągniętych ku niej rąk, a potem - korzystając z zaproszenia - usiadła na wolnym krześle. Gdy podszedł do stolika, nastrój natychmiast się zmienił. On też został rozpoznany, ale nie towarzyszyły temu uśmiechy.
- On jest z panią?
Gruszka spoważniała.
- Mamy taką sprawę, dziewczyny... Kojarzycie na pewno Zygmunta Grodzickiego.
Zapadła cisza. Jedna z dziewczyn zwiesiła głowę, a druga nerwowo zamrugała oczami.
- No pewnie. Słyszałyśmy, co się stało. Wprost trudno w to uwierzyć, zwłaszcza że... Przecież on tu mieszkał.
- Właśnie. - Gruszka chwyciła ją za rękę i zaczęła tłumaczyć, czego chcieliby się dowiedzieć.
Dziewczyna posmutniała.
- Bardzo chciałabym pomóc, ale... Widziałam go tylko w przelocie. Nie odważyłam się go zaczepić. Nie mam pojęcia, czym się tu zajmował.
- A wiesz, dokąd jeździł? - wtrącił Ligęza.
- Niby skąd?
Powiodła wzrokiem po przysłuchujących się koleżankach. Jedna z nich uniosła rękę. Tak, jakby wciąż chodziła do szkoły.
- Ja... ja... ja z nim r-rozmawiałam - wyjąkała, rumieniąc się z przejęcia. - P-pytałam, czy coś p-p-pisze...
Była śliczna. Do tego stopnia, że najwyraźniej zatrudniono ją w klubie mimo wady wymowy. Z klientami flirtowały inne. Ona mogła skupić się na tańcu.
- Co odpowiedział? - Gruszka uśmiechnęła się delikatnie, aby jej nie spłoszyć.
- R-r-repor...
- Powiedział, że pisze reportaż? - podpowiedziała, a dziewczyna energicznie pokiwała głową. - A nie mówił, na jaki temat?
Dziewczyna potrząsnęła głową.
- Szkoda...
Ligęza powtórzył pytanie o wyjazdy Grodzickiego. Tym razem odezwała się wysoka dziewczyna siedząca trochę na uboczu. W jej głosie dźwięczały wschodnie nuty.
- Trzeba by spytać Hanki. Ale jej nie ma...
- B-będzie później - odpowiedziała ślicznotka z wadą wymowy. - P-pisała, że p-pekaes nie p-przyjechał i jedzie o-o-o...
- Okazją - dokończyła dziewczyna zza wschodniej granicy. - Ona mieszka w takiej wiosce...
- W Lubiszynie. To obok Ukty. - Dziewczyny wchodziły sobie w słowo. Ligęza odniósł wrażenie, że każda z nich chce przypodobać się pisarce. - Czasem jeździ rowerem, a czasem autobusem, bo od roweru ma potem ciężkie nogi...
- Kiedyś menedżer jej powiedział, że jak jeszcze raz zobaczy ją na rowerze, to...
- Ten pisarz któregoś razu ją podwoził. - Po tych słowach dziewczyny ze wschodu przy stoliku zapadła cisza. - Spotkała go przy bramie. Mówiła, że on jest taki kurieznyj.
- Jaki? - zainteresował się Ligęza.
- Kuriozalny... Po prostu dziwny. - Gruszka powiodła wzrokiem po dziewczynach. - Mogłabym dostać do niej numer?
- Ale pod warunkiem, że ja stawiam! - Edyta popatrzyła spode łba, a Ligęza, zachowując honor, skapitulował. - Czy ten pan będzie grał na skrzypcach?
Odziany w białą koszulę mężczyzna sięgnął do futerału i rzeczywiście wyjął z niego skrzypce, które tu - w przyhotelowej tawernie nad brzegiem Tałt - wydawały się kompletnie nie na miejscu.
- Przerost formy nad treścią - mruknął Ligęza, odsuwając jej krzesło. - Ale niektórym najwyraźniej to pasuje.
Otworzył kartę dań. Ceny za jednodaniowy obiad zaczynały się od siedemdziesięciu złotych. Czuł się cholernie niekomfortowo. Wolałby, by postawiła mu pizzę w zwykłej knajpce.
Ale gdy zaproponował, by poszli coś zjeść, zaciągnęła go tutaj. Dobrze, że nie kazała mu płacić, bo pensja ochroniarza w Wodniku ledwo starczała na podstawowe potrzeby, czyli czynsz, chleb i alkohol.
- Mamy trochę ponad godzinę - stwierdziła, studiując kartę. Z Hanką, dziewczyną, która towarzyszyła Grodzickiemu w jednej z jego podróży, umówili się na dziewiętnastą trzydzieści. Była już na terenie hotelu, ale jak wyznała z rozbrajającą szczerością, chciała się przedtem umyć i umalować. - Zdążą nam coś przynieść?
- Weź coś z grilla - zaproponował, patrząc, jak ubrany w biały kitel kucharz przewraca smakowicie pachnące kawałki mięsa. - Przyniosą od razu.
Po chwili kelner - a jakże, w smokingu - przyniósł im półmisek z karkówką i skrzydełkami, i drugi z pieczonymi ziemniakami. Na surówkę trzeba było poczekać, ale Ligęza i tak nie lubił zieleniny. Wbił zęby w przysmażone mięso. Po brodzie popłynął mu tłuszcz. Otarł go wierzchem dłoni, wsłuchując się w pierwsze pociągnięcia smyczkiem.
- Dlaczego to śledztwo było prowadzone przez lokalny komisariat?
Przełknął solidny kawał mięsa.
- Śledztwo zawsze prowadzi prokuratura. W tym przypadku prokuratura rejonowa w Mrągowie... Świetna ta karkówka. Nie spróbujesz?
- Przecież wiem, że prokuratura. - Żachnęła się, ignorując zawartość półmisków. - Ale czemu prokurator powierzył czynności policjantom ze zwykłego komisariatu?
- A komu miał powierzyć? Antyterrorystom?
- Funkcjonariuszom z wydziału kryminalnego komendy powiatowej.
Popatrzył na nią z irytacją. Nieświadomie dotykała kwestii, za które jeszcze nie tak dawno gotów był się bić.
- A w czym oni są lepsi od funkcjonariuszy ze... jak to określiłaś... zwykłego komisariatu?
Dotknęła jego dłoni.
- Nie warcz na mnie. Po prostu się zastanawiam... Chcę się dowiedzieć, jak to funkcjonuje. Tu, w Mikołajkach. Bo przecież to śledztwo zostało spieprzone. Może policjantom z twojego... z tutejszego komisariatu zabrakło doświadczenia?
Odetchnął głęboko. Jej słowa, a raczej to, jak się poprawiła, uzmysłowiły mu, że przecież to nie był już jego komisariat. Emocje były zbędne.
- Po pierwsze, ludzie z wydziału kryminalnego komendy w Mrągowie nie są w żaden sposób lepsi... czy lepiej wyszkoleni... od obsady komisariatu w Mikołajkach. A po drugie, okoliczności wskazywały na wypadek. To zdarzenie...
- Zdarzenie? Dlaczego określasz to w taki sposób? Czyżby nie chciało ci przejść przez gardło, że Grodzicki został zamordowany?
Popatrzył na nią z wahaniem. Owszem, śledztwo poprowadzono na opak, ale to, co mówiła, brzmiało poważnie. Praca w policji nauczyła go ważyć słowa.
- Na razie podejrzewamy tylko, że być może... Powtarzam: być może... Grodzicki zleciał z tej wieży po zmroku. Ale to tylko przypuszczenie.
- Opuścił hotel wieczorem i miał na nosie rozjaśniające okulary...
- Na nosie albo w kieszeni - przerwał jej, gestykulując widelcem. - Wiemy też, że przed śmiercią pracował nad czymś, co wydawało mu się ważne. Być może dotyczyło to jakiejś historii z dziejów dworku, co samo w sobie brzmi idiotycznie...
- Nie jakiejś - zaprzeczyła. - Konkretnej. Zygmunt miał napisać o dwóch zaginięciach.
- Jakich zaginięciach?
Przedstawiła mu temat, który przejęła po Grodzickim Monika Łasicka. Zanim skończyła, nie wytrzymał i zaczął rechotać.
- Co cię tak bawi?
- Za dużo piszesz książek - stwierdził, a potem upił łyk ze szklanki, którą postawił przed nim kelner. Cola była tak zimna, że skołowaciał mu język. - Posłuchaj tego, co mówisz. Naprawdę sądzisz, że Grodzicki zginął, bo odkrył tajemnicę sprzed lat? Tajemnica kelnerki... To dobry tytuł, nie uważasz?
Popatrzyła na niego surowo.
- Nie zapominaj o konspekcie. Jeśli to, co chciał napisać, jest w tej sprawie bez znaczenia, to dlaczego konspekt zaginął?
Wzruszył ramionami. Możliwości było wiele.
- Portfel, kluczyki do samochodu... Wszystko miał przy sobie. Nie było tylko jego notatek. Notatek, o których napisał mi w wiadomości.
- Notatek, czyli konspektu, tak?
Pokiwała głową, a on podrapał się po czole. Gdy doszedł do wniosku, że w śledztwie popełniono błędy, rozważał hipotezę morderstwa, ale nie umiał znaleźć motywu. Odpadał rabunek, odpadały porachunki... Bo przecież denat nie był żadnym mafiosem, tylko pisarzem. Owszem, w rozmowie z ochroniarzem stwierdził, że słowo pisane potrafiło być niebezpieczniejsze od broni palnej, ale jak dotąd był to dla niego tylko zgrabny zwrot retoryczny. Nic więcej. Teraz jednak nie miał już tej pewności co choćby minutę wcześniej. A nuż pisarka miała rację?
- Właściwie to co się wtedy wydarzyło?
- Kiedy?
- No przecież nie przed wojną! Wtedy, gdy zaginęła ta druga kelnerka... Dziwna sprawa. Nigdy o niej nie słyszałem. To było w Wierutkach?
- Tak. Ale na długo zanim zostałeś policjantem. Od dawna tu jesteś?
- W Mikołajkach? - Przez chwilę się zastanawiał. - Od ponad pięciu lat.
- Do tamtych wydarzeń doszło dwadzieścia lat temu. - Sięgnęła do torebki i wyjęła notatnik, w którym zapisała to, co podczas śniadania mówił wydawca. - Dokładnie dwadzieścia jeden lat temu, w roku dwutysięcznym. Nic dziwnego, że nie słyszałeś o tym zaginięciu. Dziewczyna wcale nie zaginęła, tylko wyjechała za granicę.
- Mówisz o tej kelnerce, tak? Jak się nazywała?
Edyta rozłożyła bezradnie ręce.
- Nie wiem. Ale się dowiem. Przepytam Monikę. Tę koleżankę, która odpowiada za temat po Grodzickim.
Ligęza potarł palcami skronie. Robił tak zawsze, gdy intensywnie nad czymś myślał.
- Dobrze znasz tę Monikę? Zastanawiam się, czy to przypadek...
- To, że dostała temat, którym zajmował się Grodzicki? Tak, to przypadek. Szukali kogoś aż do ostatniej chwili.
- I znaleźli akurat ją? - Posłał jej przeciągłe spojrzenie, ale ona spokojnie chrupała sałatkę. - A może zgłosiła się sama?
- To nie ma znaczenia - odparła obojętnie. - Zanim ją zaproszono, proponowano udział w projekcie kilkorgu bardziej znanym pisarzom. Tyle że działo się to w ostatniej chwili, dosłownie na dzień przed. Nikt się nie zdecydował.
Ligęza nabił na widelec chrupiące skrzydełko. Żałował, że nie poprosił o piwo. Przełknął jeszcze jeden łyk lodowatej coli, a potem powoli odłożył widelec. Ta myśl nie dawała mu spokoju.
- Jeśli ta Monika zajmuje się tym, czym przedtem zajmował się Grodzicki, to jaką mamy gwarancję, że prędzej czy później nie wpadnie na to co on? - spytał retorycznie, a Gruszka natychmiast zapomniała o sałacie.
- O cholera... Przecież wtedy jej też może przydarzyć się coś złego.
Spotkali się z tancerką w hotelowym parku. Dziewczyna miała na sobie lateksowe spodnie i obcisłą bluzkę, na której odznaczały się antenki sutków. Na widok Ligęzy jej policzki pokryły się szkarłatem.
- Pan nadkomisarz? Myślałam...
Zerknęła na Edytę, z którą rozmawiała przez telefon. Ta uśmiechnęła się do niej uspokajająco.
- Pan Grodzicki był naszym przyjacielem. Chcielibyśmy się dowiedzieć, nad czym pracował przed śmiercią.
- Nie wiem, nad czym pracował. - W głosie pobrzmiewały defensywne nuty. - Raz podrzucił mnie do domu, to wszystko!
Ligęza od razu rozpoznał w niej kobietę, którą przyłapał in flagranti z zatrzymywanym facetem. Wpadła wówczas w taką histerię, że wzywali do niej pogotowie. Teraz też wyglądała tak, jakby znalazła się na krawędzi załamania. Położył jej dłoń na nagim ramieniu. Zadrżała.
- Spokojnie. Opowiedz nam tylko o tej podwózce... Dokąd jechał? I po co?
- Chyba miał się z kimś spotkać.
- Z kim?
- Nie mówił. W ogóle niewiele się odzywał. Chyba żałował, że zabrał mnie ze sobą. Ale ja tylko grzecznie poprosiłam...
- A on nie umiał ci odmówić - dokończyła Edyta. - Taki już był. Miał dobre serce.
Tancerka pokiwała głową.
- Kilka razy przepraszał, że jest taki... nietowarzyski. Mówił, że czeka go trudna wizyta czy coś w tym rodzaju. Ale nie dopytywałam. Byłam zmęczona po nocy i szczęśliwa, że nie muszę łapać stopa... Niektórzy kierowcy wyobrażają sobie Bóg wie co.
Pochyliła się i przez chwilę manipulowała palcami przy zapięciu pantofla. Ligęza z trudem oderwał wzrok od wypiętych pośladków.
- Był zdenerwowany?
- Chyba tak - odparła, zezując na niego z poziomu parkowej alejki. - Dziwnie się zachowywał. Gadał do siebie pod nosem i palił papierosa za papierosem, aż od dymu rozbolały mnie oczy. Ale koniec końców zachował się jak dżentelmen. Podwiózł mnie pod sam dom, chociaż było mu nie po drodze.
- Rzeczywiście dżentelmen - skomentowała pod nosem Edyta, nawiązując chyba do wypalonych w ciasnym wnętrzu auta papierosów. - Wzór dżentelmena...
- Było mu nie po drodze? - przerwał Ligęza, kucając obok tancerki. - Co masz na myśli?
Wygięta niczym klucz wiolinowy, wciąż walczyła z pantoflem. Był o dobry numer za ciasny.
- W Ukcie chciał skręcić na Chlebowo - wyjaśniła. - Nawet skręcił. Spytał, czy mam stamtąd daleko, a jak mu powiedziałam, że jakiś kilometr, to zawrócił. - Poradziła sobie wreszcie ze skomplikowanym zapięciem i powoli się wyprostowała. Ligęza poszedł w jej ślady. - Wysadził mnie przed samym blokiem. Aż sąsiadki się pytały, kto to taki...
- Gdzie jest to Chlebowo?
- No... niedaleko Ukty.
Edyta wyciągnęła telefon i otworzyła aplikację z mapą. W centralnym punkcie ustawiła Uktę.
- Ja mieszkam tutaj - pociągnięty lakierem paznokieć tancerki zatrzymał się na sąsiadującej z Uktą miejscowości o nazwie Lubiczyn PGR. - A Chlebowo - poruszyła palcem - jest tutaj. Obok rzeki.
Nitka Krutyni wiła się na niebiesko. Jeśli wierzyć mapie, to w Chlebowie było tylko kilka chałup.
- Chciał skręcić tutaj, tak? - upewnił się Ligęza, wskazując na skrzyżowanie. - To w tym miejscu zawrócił?
Przez chwilę się wahała, ale potem pokiwała głową. Edyta powiększyła ten fragment mapy, a potem przełączyła na StreetView. Droga do Chlebowa była co prawda asfaltowa, ale bardzo wąska.
- Czy można tędy dojechać gdzieś dalej? - spytała i znów zaczęła zmniejszać skalę, ale tancerka nie potrzebowała mapy.
- Takim samochodem? Tylko do Chlebowa. Dalej trzeba mieć terenowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki