I. DZIEŃ HAŃBY
Ów dzień był przyjemny przez może godzinę. Potem żar lejący się z nieba zamienił lipcowe przedpołudnie w zapowiedź ogni piekielnych. Nie dość tego, gdzieś w chmurach wisiała burza, a samo powietrze było ciężkie od wilgoci. Spociłby się nawet rozmodlony i ubrany w turban ojciec pustynny, a co dopiero zapięte na ostatni guzik w dzienne suknie damy z Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet.
Siedziba towarzystwa nie pomagała w zachowaniu świeżości - pałac Teppera był jednym z intensywniej wykorzystywanych dla wysiłku wojennego obiektów Warszawy. Sąsiadem dzielnych kobiet, łączących powołanie aniołów miłosierdzia z bojowym duchem nordyckich walkirii, byli ludzi hałaśliwi. Punkt poborowy, umieszczony na parterze budynku, w teorii powinien świecić pustkami - kto miał się zaciągnąć, ten już się zaciągnął. W praktyce było to biuro urlopowe, kancelaria zażaleń oraz ostatnie źródełko nadziei dla rodzin zaginionych żołnierzy. Potencjalni żałobnicy stali w tej samej kolejce co ranni żołnierze chcący odwlec swój powrót na front oraz potencjalni liweranci, którzy szukali jakiejkolwiek protekcji przy zawarciu kontraktu dostawczego dla wojska. Te grupy bardzo do siebie nie pasowały, więc i o kłótnie nie było trudno.
Drugie skrzydło parteru zajmowała dziura, a właściwie "Dziurka", czasem zwana "Dziurką Marysi", choć ta ostatnia nazwa pojawiała się częściej w dawnych, szczęśliwszych czasach. Od zawsze było to ulubione miejsce radykałów tak zaciekłych, że wyrzucanych za polityczne burdy z Honoratki. W czasie wojny przychodziła tam ta sama grupa młodzieży, przerzedzona tylko o tych walczących akurat na froncie.
Przed powstaniem Natalia chadzała tam często, z własnej woli, ba!, zwykle bardzo ciekawa fascynujących ją amatorów ludowego gminowładztwa, poezji i absyntu. Po czterech miesiącach służby tuż nad deliberującymi radykałami coraz częściej, w chwilach słabości, tęskniła za księciem Konstantym, który pojawiłby się w asyście roty kozaków i kazał wypłazować wszystkich obecnych w kawiarni. Potem wstydziła się tych myśli, ale złość na złoty kwiat Klubu Patriotycznego kipiała gdzieś w jej sercu.
"Tacy odważni! Gonili innych na wojnę, a sami siedzą z kawą i gorzałką. A mój najdroższy Jacuś gdzieś na froncie walczy za nich!"
Gwoli ścisłości można dodać, że sąd pięknej wiceprzewodniczącej warszawskiego oddziału Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet, panny Natalii Piotrowskiej, był w dużej mierze niesprawiedliwy. Owszem, dekownicy się zdarzali, ale większość gości restauracji stanowiły mumie, a przynajmniej tak nazywał ich Jacek. Gdy Olszowski był w stolicy po raz ostatni, wpadł odwiedzić kochankę na posterunku jej dobroczynnego przydziału. Zwrócił wtedy uwagę, że większość słuchaczy patriotycznych mów w "Dziurce" to rekonwalescenci, często wciąż owinięci w bandaże i wyglądający jak zabalsamowane na egipską modłę zwłoki. Natalia przyznała mu rację.
Pomysł utworzenia Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet był, przynajmniej z początku, dziwaczną fantazją Lelewela i Mochnackiego, którzy mówili o doniosłej roli niewiast w narodowym przebudzeniu, ale skrycie szukali tylko zajęcia dla panien, pań i wdów, zbyt rozemocjonowanych rozgorzałą wojną. A potem stało się to, co zwykle się dzieje na wojnach, to znaczy: ubyło mężczyzn, a śmieszny salonik towarzyski sióstr, żon i kochanek powstańczej elity nagle został obciążony prawdziwą pracą. Towarzyszki miłosierdzia faktycznie zaczęły opiekować się rannymi, jak w tych najstraszniejszych dniach tuż przed Grochowem i tuż po nim, ale także wyręczać wojskowych kwatermistrzów w zbieraniu jedzenia i leków, a ostatnio przejęły cześć obowiązków Rady Lekarskiej księdza Łubieńskiego, jeśli chodzi o śledzenie objawów zakażonych cholerą.
"Jezu, nie myśl o tym, nie myśl!" - szepnęła w duchu Natalia. Zwykle potrafiła szybko zamknąć te najmroczniejsze strachy w ciemny kąt umysłu. Cholera szalała w Warszawie, nie było sensu tego ukrywać. Ale niezwykły zbieg okoliczności sprawił, że wiceprzewodnicząca warszawskiego oddziału towarzystwa jeszcze nie widziała chorego z odległości mniejszej niż dwa sążnie. Nie chciała prowadzić tej, jak się wydawało z początku, śmiesznej organizacji, ale ponieważ nalegał na nią Mochnacki, hrabina Wacławska, a nawet pani Darcepska, zgodziła się. Dlatego kiedy przyszła taka potrzeba, siedziała w biurze na pierwszym piętrze pałacu Teppera, zamiast chodzić po domach cholerycznych z felczerem, księdzem i grabarzem. Gdyby mogła, spaliłaby wszystkie kopie napisanego dwa lata wcześniej poematu Samotnia powietrzna i napisała o zarazie prawdę. A prawda była taka, że śmierć od krwawej gorączki, w samotności i smrodzie biegunki, nie miała z piękną poezją nic wspólnego.
"Nie zasłużyłam na ten przywilej" - myślała, wyobrażając sobie szeregowe towarzyszki więdnące i gnijące od śmiertelnej choroby. Musiała zepchnąć te myśli na bok, inaczej ogarniała ją mroczna, zwierzęca panika, pierś odmawiała oddechu, a serce stawało.
Zazdrościła tym nielicznym młodym, głupim chłopcom, którzy nadal zgłaszali się na werbunek, a jeszcze bardziej tym zabandażowanym mumiom, które wierzyły, że wracają na front z własnej woli. Mężczyźni posiadali jakiś niewiarygodny talent do niemyślenia o konsekwencjach swoich działań, dlatego tak chętnie działali. Ale przez to byli wolni, przynajmniej od lęku.
"To niezwykłe doświadczenie - żyć w strachu. Teraz wiem, jak czuje się niewolnik!" - Natalia mimowolnie powtórzyła zasłyszane od Jacka powiedzenie.
- Kochanie... to znaczy panno wiceprzewodnicząca, czy wszystko w porządku? - zapytała Marta Wacławska, stara, zasuszona wdowa po hrabim Wacławskim, a jednocześnie formalna zwierzchniczka Piotrowskiej.
- Przepraszam, słabo mi się zrobiło od tego upału...
- Chcesz się odświeżyć? - zapytała hrabina, a Natalia roześmiała się w duchu. Funkcję buduaru dla wszystkich obecnych w centrali towarzyszek pełnił mały pokoik obok schodów, wyposażony w niewielką gotowalnię z lustrem, starymi ręcznikami i miednicą niemal czystej wody - oczywiście rano, gdyż po południu woda przypominała tę wiślaną, a ręczniki zużyte bandaże z polowego lazaretu.
- Dam radę... chyba. Bardzo widać?
- Nie, moja droga, w tych warunkach wyglądasz niczym skowronek. Po prostu myślałem, że... sama wiesz. Ponoć pułk pana porucznika walczył wczoraj i...
- Wygrali - przerwała jej Natalia, dla której myśl, że Jacek może nie wrócić, stanowiła udrękę. Kiedy był obok, miała go dosyć. Coraz częściej zauważała, jak te kilka miesięcy wojny postarzyły jej kochanka. Ale kiedy Olszowski znikał, z każdym dniem zamieniał się w pamięci Natalii w Marsa, Apolla i Aleksandra Macedońskiego w jednym. Czasem w chwilach słabości rozważała nawet, czy nie przyjąć by jego zaręczyn.
- Tak, wygrali, wygrali, Mińsk ponownie wzięty... Ale...
Piotrowska jednak jej nie słuchała. Zamarła ze spojrzeniem wbitym w prowadzące z dołu schody. Stanął w nich osobnik doskonale jej znany, ktoś, kogo w normalnych warunkach traktowałaby za przyjaciela. Ale jeśli przyszedł do niej osobiście, mógł być wrogiem, nosicielem najstraszniejszych wieści. Doktor Piotr Kądziela.
Rosły młodzieniec rozglądał się niepewnie po piętrze. Na pewno szukał Natalii, ale od czasu jego ostatnich odwiedzin w pałacu Teppera lokalizacja biura towarzystwa się zmieniła. Piotrowska czuła, że powinna wstać, zawołać, pomachać do dawnego przyjaciela Jacka. Ale przecież nie mogła. Radca Nadzwyczajny Rady Lekarskiej mógł prosić, ba, nawet coś rozkazać Natalii Piotrowskiej, wiceprzewodniczącej towarzystwa. Ale nie zrobił tego przez kuriera, nie wysłał pisma. Skoro więc tu był, musiał przynieść wieści tylko dla niej.
- Panno Piotrowska - zawołał oficjalnym głosem, dostrzegając Natalię.
- Ja... Boże... - szepnęła Natalia. - Marto, nie mogę z nim rozmawiać... - szepnęła do hrabiny.
- Przecież to pan doktor z rady... - zaczęła Wacławska, widząc, jak jej towarzyszka drży, patrząc na zbliżającego się lekarza.
- Dzień dobry, szanowna hrabino, dzień dobry, Natalio - powiedział Kądziela poważnym tonem. - Natalio, czy możemy porozmawiać na osobności?
- Nie... - szepnęła blada Piotrowska.
- Spokojnie, Natalio, Jacek żyje. Przyszedłem ze sprawą służbową - dodał od razu. - Nie będę kłopotał hrabiny. Na pewno mi pomożesz, prawda?
- Tak, oczywiście... - odparła Natalia, słysząc w tych słowach coś w rodzaju groźby. - Pani hrabino, czy mogłaby pani...
- Oczywiście, dziecko. To sprawy służby - odparła Wacławska.
Piotrowska wstała i podeszła do Kądzieli. Ten wysoki, niegdyś chudy jak szczapa młodzieniec wyglądał tego dnia straszliwie. Niedawne szczęście: zdany egzamin eksternistyczny na chirurga, mianowanie do Rady Lekarskiej oraz ślub z młodą wdową Heleną Kłosowską wywróciły jego życie na tę szczęśliwszą stronę. Natalia pamiętała, jak przez kilka tygodni ten kruchy choleryk zmienił się nie do poznania, nabrał ciała, nieokreślone brzemię znikło z jego karku. Ale ostatnie tygodnie wpędziły go w melancholię jeszcze głębszą niż poprzednio. Piotrowska domyślała się powodów.
- Idź! - szepnął jej do ucha Piotr. - Zaprowadź mnie gdzieś w spokojne miejsce. Nikt nie może nas słyszeć.
- Jacek...
- Mówiłem, że żyje. I nie jest ranny. Ale prowadź, masz mało czasu, jeśli chcesz go uratować.
Natalia nie wiedziała, kto przykładał ostrze do jej szyi, była za to pewna, że od katastrofy dzieli ją jeden krok. Ruszyła schodami na drugie piętro pałacu, mijając niosących składowane na strychu bandaże i koce tragarzy. Odruchowo pozdrawiała swoje towarzyszki i służących w pałacu żołnierzy z punktu werbunkowego. Z trudem skupiała wzrok przed sobą, uważając, aby nie zaplatać się w tę może lekką, ale znacznie za długą jak na tę pogodę suknię. Gdy dotarła na górę, rozejrzała się w poszukiwaniu ciekawskich oczu, a że nie było nikogo, ruszyła do drzwi prowadzących do wnętrza piętra. Kądziela podążał za nią jak zły duch, bez pytań i postojów. Dotarli wąskim korytarzem do wschodniej ściany budynku, a tam weszli na boczne schody prowadzące do galeryjki na dachu.
Wspinaczka wąską klatką trwała kilka zdrowasiek, Natalia pociła się i ze strachu, i z wysiłku. Kądziela pozostał niewzruszony, wyglądał jak trup. Odezwał się dopiero, kiedy dotarli do galeryjki na szczycie:
- Nie tu, na dach. Nikt nie może usłyszeć. - Gdy Piotrowska zawahała się na kilka uderzeń serca, dodał zimnym tonem. - Od tego będzie zależało ich życie, uwierz mi.
"Ich. Jacka i Heleny" - pomyślała Natalia, otwierając okno galeryjki. Mogła już złożyć w głowie kilka najważniejszych elementów tej układanki. Niecały rok wcześniej była świadkiem krwawych zalotów Piotra Kądzieli do pani Heleny Kłosowskiej. To, co z początku było zemstą Kazimierza Żelatowskiego, szalonego skazańca, dawnego przyjaciela Kądzieli, zamieniło się w dziwaczną grę o życie Jerzego Kłosowskiego, męża Heleny. Piotr zdołał wykorzystać ślepą furię dawnego towarzysza do wywarcia własnej zemsty - sprawił, że Helena została wdową, a nawet cień podejrzenia nie padł na młodego lekarza. Jedynym, który poniewczasie przejrzał intencje Kądzieli, był Jacek Olszowski.
Jeszcze pół roku wcześniej Natalia zastanawiała się, czy ze strony lekarza nie grozi Jackowi niebezpieczeństwo. Ale tyle się od tego czasu zdarzyło... Rozgorzała wojna z Rosją. Kądziela zdobył uczucie Heleny i doprowadził do ślubu mimo żałoby wdowy. Potem Kądzielę powołano do Rady Lekarskiej, choć nie miał doświadczenia (Natalia podejrzewała, że był to wyraz wdzięczności anonimowego członka rządu za jego domniemaną rolę podczas Nocy Listopadowej). Przecież wszystko... no może prócz wojennego szczęścia polskiej armii, składało się na fortunę Piotra. Ale tylko do czasu.
Towarzystwo Dobroczynności Patriotycznej Kobiet utworzono jako budzącą patriotyczne uczucia kobiet ozdobę. Potem organizacja warszawskich dam zmieniła się w prawdziwą służbę pomocniczą armii, ku zgorszeniu wielu tradycjonalistów i zachwytowi białogłów myślących jak Natalia. Ale potem przyszła zaraza i towarzyszki zostały posłane na pierwszą linię walki. Nie z Moskalem, jeszcze nie. Za to zwerbowano je na wojnę z wrogiem po stokroć straszniejszym: cholerą. Z punktu widzenia uśmiechających się za biurkami urzędniczek (Natalia nie mogła zignorować myśli, że gdyby nie smutne następstwo epidemii, jakim było realne zagrożenie śmiercią w męczarniach, wywołana przez mężczyzn wojna przyniosła tyle swobód i przywilejów kobietom, że dawna, zadziorna Piotrowska nie wierzyła, że doczeka ich za swojego życia), ale kobiety pełniące pomocniczą służbę sanitarną znalazły się w piekle.
A Helena musiała wstąpić do Towarzystwa Dobroczynności Patriotycznej Kobiet. Skoro jej nowego męża obdarzono zaszczytem rządowym... Poza tym trzeba było czymś zagłuszyć wstyd po ślubie w czasie żałoby. Piotr myślał, że załatwi to w sposób prosty: zgłaszając się do służby w pierwszej linii. Ale na tej wojnie nic nie było proste: męża zwierzchność wysłała na tyłu, a honor skierował żonę na śmiertelne zmagania. Tyle Natalia widziała lub się domyślała. Piotr tylko potwierdził jej obawy.
- Natalio, moja przyjaciółko - powiedział, wychodząc na dach pałacu.
Budynek składał się z dwóch nie do końca dobranych części: skrzydła południowego o spadzistym dachu oraz skrzydła północnego, zwieńczonego płaskim sklepieniem. To na nim dostawiono kilka lat temu trzy niewielkie galeryjki, wykorzystywane w celu podziwiania widoku na Wisłę (zdaniem Piotrowskiej: niezbyt imponującego) i pobierania danych meteorologicznych, jak mawiał szalony naturalista, Chryzostom Wieczorek, który czasem wspinał się na różne warszawskie gmachy z termometrami, wiatrołapami i barometrami. Zwykle po takich eksperymentach padało, ale gdy jeden z kelnerów "Dziury" poprosił Wieczorka, aby ten nie mierzył nieba, gdyż bardzo nie życzy sobie następnego dnia deszczu, bardzo blisko było do tragedii - wierzący w magiczną moc przyrodnika sługa prawie został zrzucony z dachu przed domniemanego władcę pogody.
Piotr podszedł do krawędzi dachu od Miodowej i gestem wskazał Natalii, by podeszła. Piotrowska zdziwiła się, jaki gwar dobiega z ulicy, nawet o tej przedpołudniowej godzinie. Zrozumiała, że było to dobre miejsce na rozmowę, gdyż szum od Miodowej topił niemal wszystko oprócz krzyku. Kądziela nie chciał być słyszany. To zwiastowało poważne kłopoty.
"Raczej mnie nie zrzuci" - pomyślała, podchodząc do krawędzi i patrząc cztery kondygnacje w dół.
- Domyślą się, jeśli coś mi się stanie - powiedziała.
- Ależ Natalio, przyjaciółko moja, nie chcę cię skrzywdzić. Raz, ze względu na naszą przyjaźń, dwa, ponieważ oboje jesteśmy sobie potrzebni. Natalio, ja śmiertelnie chcę z tobą dobić targu.
- Co takiego?!
- Nie udawaj głupiej - powiedział Kądziela, wciąż patrząc na ulicę. - Nasi wygrali pod Mińskiem, a Jacek nawet wsławił się w szarży. Ale w tej chwili zapewne wiozą go w kajdanach do Warszawy. No co, nie wiedziałaś? - zapytał z nutą satysfakcji w głosie. - Nawet sama panna Piotrowska, polska Laskarina, Atena warszawskich salonów, nie wiedziała, że swojego ukochanego nie obroni? Twoi przyjaciele jedno ci mówią, drugie robią. Żandarmeria wniosła o aresztowanie pod zarzutem morderstwa Pawła Wiślicza.
- To była moskiewska kula w bitwie - odparła Natalia wyuczonym odruchem. Powtarzała tak setki razy przed każdym znajomym z rządu i dziennikarzem piszącym o śmierci Wiślicza. Ich mogła przekonać, Piotra nie. Kądziela wiedział, że Wiślicz został zastrzelony z pistoletu Jacka, domyślał się nawet, że na tę śmierć zasłużył. Ale liczyły się fakty: porucznik Olszowski zabił towarzysza broni.
- Oszczędźmy sobie tej komedii. Jacek ubił Pawła, a w innych okolicznościach bym mu to wybaczył. Ba, może i teraz wybaczę. Wiozą go tu i pewnie zamkną w więzieniu w piwnicach Domu pracy razem ze szpiclami i dezerterami. Przykre, tym bardziej że porucznik źle znosi kraty.
- Nie dopuszczę do tego... - przerwała mu Natalia.
- Wiele od ciebie zależało w sprzysiężeniu, gdy uwodziłaś swoimi wierszami młodych gniewnych. Ale teraz wróciła męska władza. Szarże, tytuły, urzędowy rozsądek. W tym świecie to ja jestem mocniejszy.
- I co niby byś zrobił?
- Wyciągnę go z tej kabały. Przekonam przyjaciół, aby zakończyli śledztwo albo wysłali Jacka na front. Jeśli będzie bardzo źle i będziemy potrzebowali czasu, wymuszę, aby przydzielili go do moich służb sanitarnych, wiesz, komisja powietrzna.
- Jesteś chirurgiem...
- Jestem najmłodszym stażem członkiem rady, więc mnie zlecono badanie rozwoju cholery. Jak mówi Pismo: ostatni będą pierwszymi. Ja jestem pierwszy, aby uratować twojego Jacka.
- A w zamian?
- Ty uratujesz Helenę...
Jego głos wciąż zachowywał pozory spokoju, ale gdzieś w głębi łamał się i bulgotał. Piotr spojrzał na Natalię, a ta zobaczyła w jego oczach rozpacz, taką, jaką zdradzają tylko szaleńcy i ludzie doprowadzeni do desperacji. Mógł ją zrzucić z dachu, roztrzaskać jej czaszkę o komin, wykłuć oczy, udusić, wyrwać język, jeśli to uratowałoby Helenę.
- Ją nawet przekonałem - mówił teraz ciszej, tak, że ledwo go było słychać pośród ulicznego gwaru. - Jeślibym znalazł sposób na przeniesienie albo awans. Ona też już zaczęła się bać. Coraz więcej trupów, coraz więcej ciał. Ten smród, którego nie jest w stanie z siebie zmyć, kiedy przychodzi do domu. Jestem przewodniczącym komisji, siedzę za biurkiem i nie mogę jej osłonić, kiedy ona wchodzi do zakażonych domów i pielęgnuje chorych... te żywe trupy, gnijące i broczące ropą... Czy ty wiesz, czym jest cholera? - Spojrzał w oczy Natalii. - Może widziałaś jakieś ciało z daleka, ale czy byłaś świadkiem, jak chory wylewa z siebie krew i wnętrzności? Jak z jego trzewi uchodzi życie, już nadgniłe od zarazy? Ja się budzę w nocy z krzykiem, widząc siebie obok tych trupów. A Helena? Ona jest tak przerażona, że niemal się do mnie nie odzywa. Wie, że każdego dnia igra z wyrokiem śmierci. Musimy ją stąd zabrać! Nawet lazaret polowy byłby lepszy. Zabierz ją z Warszawy albo zwolnij ze służby.
- Służby? Piotrze, jesteśmy ochotniczkami...
- Tak sądzisz? Co się więc stanie z Heleną, jeśli nie stawi się na powietrzny patrol? Czy twoje towarzyszki nie przyjdą do naszego domu i nie zażądają, aby razem z nimi narażała życie?
- Nie wywleką jej siłą...
- Nie muszą. Kobiecej spojrzenie jest ostre jak bagnet żandarmerii. Ona nie jest w stanie uciec. Musisz ją zwolnić ze służby. Jesteś wiceprzewodniczącą towarzystwa...
- Rozdzielam bandaże i liczę rannych! Jestem kobietą i nie zarządzam. Asystuję twojej komisji, planuję trasy obchodów...
- Przenieś ją na Żoliborz, a potem znajdź sposób, aby zabrać z miasta.
- Jak?!
- Znajdziesz sposób.
- Nie znajdę.
Kądziela westchnął. Wyciągnął z kieszeni kamizelki chusteczkę i przetarł czoło. Spojrzał na dół, na ulicę, potem ukradkiem dotknął wiszącego na szyi medalika.
"Czy ma tam portrecik Heleny?" - pomyślała Natalia, ale wtedy znów musiała się w całości skupić na słowach Piotra.
- Bóg mi świadkiem, że tego nie chciałem - powiedział Kądziela. - Nie zamierzałem cię przekupywać, szantażować, straszyć. Ale muszę. Tak, jak powiedziałem, za życie Heleny oferuję życie Jacka. Jeśli Helena zachoruje, osobiście go zabiję.
- Raczej poznają cięcie twojego skalpela - odruchowo odpowiedziała Piotrowska, od razu żałując, że dała się sprowokować.
- Twoje towarzyszki dobroczynności to jedyna instytucja w Warszawie, w której nie mam władzy. Przysięgam, że zabiję Jacka, choć jeszcze nie wiem, jakim sposobem.
Piotr złapał Natalię za ramię i pchnął ku skrajowi dachu. Kobieta niemal zawisła na silnej ręce lekarza, z trudem balansując nogami na krawędzi.
- Nie wierzysz mi? Natalio, przyjaciółko droga, przecież mnie znasz. Trzy lata temu chciałem mordować księcia Konstantego. Rok temu patrzyłem na śmierć moich towarzyszy i pomogłem co najmniej jednemu z nich przenieść się na tamten świat. I zrobiłem to dla Heleny, zdradziłem mojego jedynego prawdziwego przyjaciela. Pomyśl, błagam, pomyśl, co zrobię z Jackiem, którego ledwo lubię?
- Wierzę! - syknęła Piotrowska, wyrzucając resztę powietrza z płuc.
Kądziela pociągnął ją ku sobie, a potem puścił. Straciła równowagę i upadła, na szczęście już na solidną i stabilną dachówkę. Oddychała głęboko przez kilkadziesiąt uderzeń serca, usiłując zebrać godność i siły. Ten pokaz nie był konieczny, ale na pewno pomógł docenić determinację Piotra. Znali się od lat, nim poznał Helenę, być może nawet podkochiwał się w Natalii. Na pewno cenił ją jako poetkę i patriotkę. Do owego dnia nigdy nie przypuszczała, że mógłby użyć wobec niej przemocy, nie mówiąc już o zabójstwie.
"Swoją drogą, pięknie by to wyglądało. Ja, w tej białej sukni i z szarfą towarzystwa leżałabym we krwi na bruku Miodowej. Piękno i niewinność na zaschniętym łajnie końskim. Poezja!"
- Czy się rozumiemy? - zapytał w końcu Piotr.
- Nie musiałeś tego robić...
- Musiałem. Wszystko, co zbliża mnie do uratowania Heleny, jest konieczne. No nie dąsaj się, wstań... - Podszedł, wyciągnął rękę i podniósł ją. Nie delikatnym gestem młodego panicza, pomagającego pięknej damie, ale z gwałtowną siłą, jak wojskowy dowódca, który podnosi rannego żołnierza. - I jeszcze jedno: ani słowa Jackowi. Może zrobić coś... nierozważnego, a tego byśmy nie chcieli.
- Wiesz, że gdybym zleciała z tego dachu, szanse na przeniesienie Heleny spadłyby wraz ze mną?
- To by była tragedia dla Heleny. I dla Jacka. Dlatego zakładam, że od teraz oboje walczymy o życie drogich nam osób. Posłuchaj, jesteś niezwykłą kobietą, przenikliwszą niż chyba wszyscy, których znam. Sama wymyślisz, jak te sprawę załatwić. Ja tylko radzę: powiedz hrabinie, że przez najbliższe dni będziesz się zajmowała sprawami chorych i musisz wizytować patrole powietrzne. Jednocześnie przekonasz tę starą sowę, że przeniesienie Heleny to jej pomysł. W nagrodę ja pomyślę, jak zorganizować ci spotkanie z Jackiem.
- Tak szybko, mój generale? - zapytała z trudem utrzymująca na wodzy furię Natalia.
- Nie mamy wiele czasu. - Nachylił się ku twarzy Piotrowskiej. - Niebawem przegramy. Ostrołęka to był dopiero początek. Przyszły raporty z Torunia i Osieka: Prusacy przepuszczą korpus Paskiewicza. Wybudowali im nawet mosty łyżwowe. Lada dzień Moskale zaczną przeprawy. A kiedy ruszą z północy i odetną Warszawę od zachodu, to już nikt miasta nie opuści. Zginiemy tu wszyscy.
- Za takie desperackie słowa mogą cię skazać za zdradę.
- Owszem, ale raczej nie zawisnę przed Jackiem - odparł Kądziela i ruszył ku oknu galeryjki. - Chodź, Natalio. Prowadź, to ty tu jesteś gospodynią.
Bez słowa zeszli na drugie piętro. Tam pożegnała Kądzielę w prostych słowach, wygłoszonych na pokaz świadków. Potem odczekała jeszcze kwadrans, wymówiła się z przerwy na kawę i ciasto, po czym jeszcze raz wspięła się na górę. Wyszła na dach, przymknęła za sobą okno. Dopiero wtedy wybuchnęła płaczem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki