Kwadrans po piątej rano Nils Vik otworzył oczy i rozpoczął ostatni dzień życia. Leżał gdzieś między snem a jawą, pewien, że znowu zaśnie, jak miał w zwyczaju. Ale oto nadszedł ten dzień. Nils obrócił się i nagle spostrzegł pokój, radiobudzik, chłód wpływający do środka przez otwarte okno. O ile widział, na poduszce nie było dziś śladów krwi. Co mu się śniło? Dłoń we włosach, palce na policzku, głos dobiegający do niego z ciemności. Czekam na ciebie na dole, kochanie.
Ustawił stopy na zimnej podłodze, poszedł do łazienki, zsunął spodnie od piżamy i zrzucił ciężar zebranego przez noc moczu. Wszystko spłynęło do muszli, jednym przeciągłym szmerem. Zaczął robić, co należało. Nadal był w stanie wykonywać wprawnymi ruchami poranny rytuał. Wstać, znaleźć ubrania, zaparzyć kawę, przyrządzić śniadanie, zejść do łodzi bez względu na pogodę. Ruchy wyćwiczone przez długie życie.
Pod prysznicem widział, jak woda zalewa białą skórę. Przy umywalce przeciągnął żyletką po policzkach i szczęce, szyi i grdyce. Prawa ręka lekko się trzęsła, musiał uważać. Nie chciał przeprawiać się na drugi brzeg z plastrem na wardze czy zakrwawionym papierkiem na podbródku. Co jeszcze? Zęby? Ręce? Pomada? Rozważał, czy nie zrezygnować z wody po goleniu. Ale ten dzień nie mógł być inny niż wczoraj, niż przedwczoraj, ani każdy inny dzień przedtem.
Mężczyzna w lustrze. Średniego wzrostu, krępy i silny, włosy niegdyś ciemne, teraz poprzetykane siwizną. Grube rysy twarzy, wysokie czoło, wąskie oczy, brwi, które należałoby przystrzyc. Grawitacja zrobiła swoje. Mawiał, że tylko stopy wciąż w zupełności przypominają siebie. Utkwił wzrok w odbiciu. Mężczyzna w lustrze odpowiedział spojrzeniem, opuścił ręce, spróbował się uśmiechnąć. Był człowiekiem, który lubi wiedzieć wszystko o tym, co dookoła. O pogodzie. Wietrze. Czasie. Teraz patrzył na człowieka, który nie wie już, dokąd zmierza.
Strumień głosów przeleciał szybko na piętro. Nils zszedł po schodach, zauważył krzesło w kuchni. W poduszce był niewielki dołek, zagłębienie, którego wcześniej nie widział, jakby ktoś włamał się w nocy i teraz na niego czekał. Poza tym wszystko wyglądało jak zawsze. Szum lodówki, brudne talerze w zlewie.
Jakiś głos dalej mówił gdzieś w domu. Nils odwrócił się i podążył za dźwiękiem. W korytarzu stało radio tranzystorowe, wczoraj późnym wieczorem musiał go nie wyłączyć. Zabrał radio z powrotem do kuchni. Jaki był dzień? Spokojny, listopadowy, deszczowy. Głos w radiu informował, że później się przejaśni, mogło nawet wyjść słońce. Jeleń wpadł na samochód pędzący wzdłuż fiordu. Policja odnalazła w mieście zaginionego chłopca. Na promie doszło do zaprószenia ognia.
Nils zaparzył kawę, nalał sobie, wrzucił dwie kostki cukru i zamieszał. Tego poranka był rozkojarzony, posmarował chleb syropem cukrowym, ale tylko siedział i gapił się na kromkę. Przez kłopoty żołądkowe każdy posiłek rozwlekał się i miał niewiele sensu. Nils gapił się na salon, popijając każdy przeżuty kęs chleba łyczkami kawy. Stare meble były ciężkie i ciemne, jakby miały stać tutaj już zawsze. Trzy pokolenia przewinęły się przez te pokoje, latały po nich jak owady, wypełniały piętra odgłosami życia, radości.
Wciąż istniały na ścianach i w ramkach na komodzie, fotografie ze chrztów, konfirmacji, ślubów i dni, które minęły przed tym ostatnim. Nils mieszkał tu całe życie, najpierw z matką, ojcem i bratem, później z żoną i dwiema córkami. Nie wiedział, co stanie się z domem, gdy jego nie będzie. Rozmawiał latem z Eli i Guro, posadził je przy stole w kuchni i powiedział im, że muszą się dogadać, która co weźmie. Nie chciał kłótni o dom rodzinny, kiedy odejdzie, zbyt wiele widział rodzeństw zamieniających z sobą ostatnie słowa na pogrzebie rodziców. Córki zbyły to żartem, śmiały się, ale przyrzekły, że nie będą się kłócić.
Nils odwrócił się i sięgnął do kuchennej szuflady, wyjął długopis i pocztówkę. Widok przedstawiał fiord latem, słońce i białe obłoki ponad górami. Niepewną ręką wypisał na niebie krótką wiadomość. Ustawił pocztówkę przy kubku po kawie. Co pomyślą dziewczyny, kiedy ją znajdą? Uśmiechną się? Rozpłaczą? Wyjechałem z tego domu i już nie wrócę. Dbajcie o siebie. Tata.
Wysłuchawszy serwisu informacyjnego o wpół do siódmej, wstał i podziękował za jedzenie. Robił to po każdym posiłku, również po odejściu żony. Dziękuję za jedzenie, Marto, powiedział i spojrzał na kuchenne krzesło, na którym kiedyś siadała. Kiedy żyła, pochylała się po posiłku nad stołem, kładła dłoń na jego dłoni, głaskała ją i mówiła: proszę.
Wyszedł po gazetę. Swoją ostatnią gazetę. Skleiła się od leżenia w deszczu. Na pierwszej stronie widniało: Żywcem wydobyty z głębin - po godzinie. Było tam też zdjęcie piłkarza pod nagłówkiem: Debiut marzeń. Czy powinien usiąść i poczytać? Nie, ta ostatnia gazeta miała pozostać nieprzeczytana. Zszedł do piwnicy i położył ją na stercie. Tak musiało być, trzeba było zrobić co trzeba, odłożyć i tę ostatnią gazetę. Ludzie dziwili się, kiedy schodzili z nim do piwnicy i widzieli sterty gazet. Wszystkie te dni, wszystkie roczniki, cały stracony czas leżał tu w stertach, odkąd dostawał za to prowizję. Kiedyś rozwoził gazety ludziom nad fiordem, serwował im wojny, pożary, zabójstwa, prognozy pogody, wyniki wyborów, wyniki meczów piłkarskich, promocje na samochody, garnitury i telewizory.
Nie możemy trzymać w piwnicy samej przeszłości, mówiła Marta.
Nie?
Nie, poza tym to łatwopalne.
Taki jest świat, Marto.
Nie powiedziała tego głośno, lecz Nils rozumiał, że pragnie pozbyć się gazet, które lądowały na każdym krześle, każdym dywanie, każdym stole, aż z trzepotem leciały do piwnicy. Nie lubiła farby drukarskiej, która zostawała na obrusach i ubraniach, uważała nawet, że tapetę w salonie wybrudziły świeże gazety. Nils odpowiedział, że cudownie byłoby, gdyby wzór na ich ścianie stworzyły mniejsze i większe wydarzenia na świecie, ale był pewien, że to ślady jego własnego olejku do włosów. Gdy był wyjątkowo zmęczony po nocy na fiordzie, opierał się czasem o ścianę przy drzwiach i spał na stojąco, jak koń. Próbowali zmyć te plamy, ale tylko pogorszyli sprawę, plamy rozciągnęły się, niczym mapa nieznanego kontynentu.
Nils rozważał, czy w domu jest coś więcej do zrobienia. Czy powinien coś z sobą zabrać? Co zabiera się z sobą, wiedząc, że już się nie wróci? Wyjął z szafy narożnej omegę i odkrył, że wskazówki zatrzymały się nieco po dziesiątej dziewiętnastego dnia któregoś zapomnianego miesiąca. Nakręcił zegarek i ustawił wskazówki. Za piętnaście siódma? Ósmego listopada? Dziewiątego? Nie, oczywiście ósmego listopada. Nils dostał omegę w prezencie na srebrne gody. Marta wydała na zegarek dużo pieniędzy i była urażona, kiedy on na co dzień wciąż nosił stary. Wyjaśnił jej, że chciał uniknąć zadrapań i zarysowań szkiełka, w swojej pracy nie mógł korzystać z takiego ładnego zegarka.
Wrócił do sypialni na górze, zdjął pościel i ułożył ją w luźną stertę. Następnie wyjął materac z ramy i pchnął staroć ku schodom. Przeciągnął materac po wszystkich stopniach i przez korytarz, po czym włożył buty, otworzył drzwi i wypchnął go na żwir. Wcześniej przygotował zapałki i naftę, odsunął materac od ściany domu i podpalił. Co pół roku wynosili stary materac do ogrodu, żeby usunąć zeń zapach snu i tchnąć nowe życie w matowe, zmęczone włókna. Gdy umieszczali materac z powrotem w ramie, zawsze go odwracali, tak że leżeli przez sześć miesięcy na każdej stronie.
Chwilę się tliło, zanim buchnęły płomienie. Z wierzchu widać było plamy. Nils Vik gapił się na ciemne okręgi krwi, żółte kwiaty moczu, plamy z mleka matki, dekady spermy i potu, pozostałości naskórka, włosów i paznokci, odciśnięte ślady po dżemie i kawie do łóżka co urodziny, na nadzieje i radości, które zapomniał, a które teraz miały pójść z dymem. Zdawało mu się nawet, że widzi wgłębienie po jej ciele, jak leżała w kształcie litery S po swojej stronie łóżka, ale pewnie tylko to sobie wyobrażał. Ten materac był opowieścią o całym życiu. Zbyt intymnym, zdawało się, żeby inne osoby, może nawet zupełnie obce osoby, miały zaopiekować się ich przeszłością. Nils wszedł po schodach, odwrócił się i patrzył, jak materac płonie na żwirze.
Nieco po siódmej Nils Vik po raz ostatni przeszedł przez dom. Deski podłogowe skrzypiały pod jego stopami. Poręcz przy schodach była chłodna pod dłonią. Włożył wełniany sweter, wyjął dwurzędową kurtkę marynarską, wziął paczkę papierosów, zdjął z kołka kapitańską czapkę. Grzebał w kieszeniach w poszukiwaniu kluczy, w końcu je znalazł.
Wszedł do salonu i usiadł na kanapie. Taki miał zwyczaj, myślał, że przeprawa będzie bardziej udana, jeśli na chwilę przysiądzie przed wyjściem. Po prostu spokojnie sobie posiedzi. Przemyśli to i owo. Rozjaśni głowę. Tego ranka obawiał się, że utknie w tej pozycji, że straci zapał, by zejść do łodzi. Był gotów do wyjścia, chciał zostać. Wstał z bijącym sercem. Na ostatniej wizycie u lekarza dowiedział się, że serce ma osłabione. Lekarz powiedział poważnym głosem, że serce Nilsa go niepokoi. Co za parodia, tyle czasu poświęcić na diagnozę, którą sam mógłby postawić w ciągu minuty.
Chwilę stał na schodach przed wejściem, słyszał szepty i wzdychanie domu, ciche głosy, kłótnie, radiowe komunikaty dla rybaków, kroki i nucenie, spłukiwanie toalety. Martę grającą z dziewczynkami w karty, bulgot ekspresu do kawy, zamykające i otwierające się drzwi. Wyjął klucze i już chciał zamknąć, ale wrócił do środka po radio i piersiówkę. Następnie zapalił światło na zewnątrz, które dopiero co zgasił. To Marta chciała, żeby na zewnątrz paliło się światło, przez całą noc. W ten sposób Nils mógł odnaleźć drogę do domu, gdyby miał jakieś problemy na fiordzie. I tego się trzymał. Nie było powodu, żeby to zmieniać. W tym domu zawsze paliło się światło.
Dzień jeszcze nie nabrał kolorów. Trawa była zdeptana, poplamiona jesienią. Przestało padać. Uwielbiał takie poranki, ostre jak brzytwa, nienaruszone, z mgłą jak mleko na zboczach gór. Iść do łodzi, stanąć za sterem, zapalić papierosa, patrzeć, jak żar rusza się w górę i w dół. Na szutrowej drodze zjawił się cień. Z szarości, z półmroku wyłoniła się Luna. Psina wskoczyła na niego, kręciła się, szczerzyła w uśmiechu i chichotała.
Hoho! zawołała Luna. Tu jestem! Tutaj! Tu!
Nils mógł się jedynie roześmiać. Skąd wziął się ten pies? Z drugiej strony? Z tamtego świata? Ile to lat temu wybiegła na drogę i rozjechała ją ciężarówka? Dwadzieścia? Dwadzieścia pięć? Zwykle siedziała cierpliwie w sterówce, wpatrzona w fale, deszcz i światła wzdłuż fiordu. W którymś momencie psina zaczęła gadać, komentować ludzi, zdarzenia i pogodę. Co za gość! mówiła czasem Luna. A tamta to nic dobrego! mówiła czasem Luna. Cudowny dzień! My to przeżyliśmy razem co nieco, Nils!
Z czasem zaczął rozmawiać z Luną, o czym tylko się dało, o łodziach, samolotach, polityce i piłce. A teraz szła znów posłusznie przy jego nodze, figlarna i szczęśliwa, nie odstępowała go na krok, gdy szedł ku morzu i hangarowi. Na dole domknął od zewnątrz przekrzywione od wiatru okna, po czym otworzył bramę. Halo? zawołał półgłosem w ciemność, wciągając zapach oleju napędowego i zgniłych sieci rybackich. Myślał, że może będzie czekała tutaj, ale zapalił światło i ujrzał, że jest sam.
Nils podszedł do okien i unieruchomił je haczykami od środka. Wiele razy proponowano mu odkupienie hangaru, nawet całej działki, ale on wyraźnie dawał znać pośrednikom i deweloperom, że nic nie jest na sprzedaż. Nie będziesz sprzedawał, Nils? pytali sąsiedzi. Wszyscy już sprzedali. Vika pełna była letniskowych domków mieszczuchów, wciskających się aż na brzeg, takich, co to zmieniają wnętrze, po cichu remontują, a potem składają w gminie wniosek o zmianę sposobu użytkowania. Któregoś dnia dach zleci ci na głowę, Nils! mówili ludzie. Patrz, jak leje się do środka w deszcz! Ale jego hangar stał. Wszystko inne starzało się, popadało w ruinę, psuło się, niewytrzymałe. Jego hangar stał.
Ich starsza córka została poczęta tu, w kącie, pod dachem, który ciężko spoczywał nad ich głowami. Pamiętał padający deszcz, pamiętał spodnie u kolan i to, jak Marta skomentowała, że jego komórki nasienne powoli w niej płyną, ale zaraz wyciekną. Może jedna z nich dotrze do celu? zapytała. I tak powstała Eli. Czy to się wydarzyło? A może tylko trzymał się tego jako części historii ich życia? Tak, wydarzyło się, ale takich rzeczy nie można być na sto procent pewnym. Wziął z półki z narzędziami młotek i kombinerki, usunął dwa ogniwa stalowej bransolety omegi. Musiał schudnąć, odkąd ostatnio nosił ten zegarek. Tak, zasuszył się i skruszał. Wyjął smar i sztormiak, uszykował zamek zatrzaskowy w drzwiach, usłyszał za sobą jego ostatnie zgrzytnięcie.
Odpływ tego ranka, spokojny dzień, ale nie cichy, nad fiordem nigdy nie jest cicho, dudni i szeleści, szepcze i szumi, nawet w bezwietrzne dni. Wszystkie te dźwięki, które znał, cały ten hałas i zgiełk, który nauczył się odczytywać i interpretować. Zszedł po drabince i zrobił krok do łodzi, ciało miał słabsze i sztywniejsze, a jednak dość gibkie, żeby bezpiecznie wejść do środka. Luna czekała chwilę na pomoście, kilka razy zakręciła się wokół własnej osi, lekko dreptała, po czym zaryzykowała i wskoczyła na pokład.
Jaka to była łódź? MB Marta, łódź, która dobrze mu służyła, którą kupił zaraz po wojnie, pełen optymizmu i wiary w przyszłość. Była to łódź, która dobrze sprawdzała się na morzu, wytrzymywała fale i wiatr. Dębowa, długa na trzydzieści sześć stóp, szeroka na dziewięć, pomalowana na biało, z czerwonymi pasami na kadłubie i kabinie. Okazała żaglówka, której maszty zdemontował, by następnie zainstalować w niej silnik średnioprężny o mocy dwunastu koni. Dobudował kabinę i sterówkę, czternaście miesięcy zajęło mu przerobienie łodzi żaglowej na prom.
Włączył zapłon. Silnik odpalił za pierwszym razem, pracował jak zawsze, pracował w każdą pogodę. Tłok się rozbudził. Iskry latały między stykami przerywacza. Aparat zapłonowy rozdzielał prąd do cylindrów. Zapach oleju napędowego unosił się z komory silnika jak aromaty z kuchni. Ster zaczął lekko drżeć w jego dłoniach. Słuchał puków i stuków, najpewniejszego odgłosu na świecie, serca, które przez wszystkie te lata pracowało pod nim swoim silnym, sprężystym mięśniem.
Przeprawia się przez fiord. Przez fiord, bez wahania. Przez fiord, jak tyle razy wcześniej. O świcie i o zmroku. Rano i wieczorem. W ciszę i sztorm. Na wschód i na zachód. Tylko mewy latają za nim, mamroczą i marudzą, zdają się nienaturalnie białe, gdy tak wiszą nad łodzią. Jedyny ludzki element tego ranka to światła domów i przednie lampy samochodu, który mozolnie zagłębia się w ląd po zachodniej stronie.
Nils Vik się odwraca. Wydaje mu się, że widzi słup dymu unoszący się koło domu, materac musiał się już całkiem spalić, zredukować do popiołu. Wkrótce dom znika mu z oczu. Następnym razem, gdy się odwróci, już go nie zobaczy. Są tam wszystkie jego minuty, wszystkie godziny, wszystkie dni. Po tylu latach nauczył się, że dobry dom jest fortecą, kokonem otulającym ciało, osłoną, zaraz po skórze i ubraniach. Być tam, robić coś do jedzenia, robić dzieci, spać, budzić się, jeść, srać, sikać, kochać się.
Dochodzi wpół do ósmej. Jest rano, a jednak noc, ciemność wciąż tkwi zatrzymana we wszystkich sypialniach. Ludzie śpią z kołdrami naciągniętymi na siebie. Wkrótce zaczną przyrządzać śniadanie, wkrótce pójdą do obory doglądać zwierząt, włączą dojarki, sprawdzą sieci w farmach łososia, pojadą na mecze piłkarskie i rodzinne obiady. Dzwony będą biły na mszę, tafla wody zadrży od uderzeń. Czas mu się skończył. Już dłuższą chwilę pozostawało to kwestią czasu. To zawsze kwestia czasu. Tego ostatniego dnia przewlecze nić przez czas, cofnie się w czasie, zobaczy, dokąd czas go zabierze. Przemierzy stałą trasę, czy też stałe trasy, ostatni raz. Nakreśli, co kochał w życiu, przybliży to, uczci. Bo jeśli on tego nie zrobi, to kto?
Och, mówi Luna, zerkając na Nilsa.
Jeszcze parę razy cicho mówi och, jakby wzdychała w sterówce. Łódź unosi się niezmiennie na morzu, tworzy drobne fale dziobowe, kiedy suną po tafli, która ciągnie się ciemna i tajemnicza. Nils się nie odwraca, nie odwraca się, patrząc przez szybę.
Och, mówi znów Luna.
Zamknij się, mówi Nils.
Nic nie mówiłam, mówi pies.
Po czym się to poznaje? Po plamach krwi na poduszce? Różowej barwie w muszli klozetowej? Nie wiadomo. Nils dziwi się tylko, że ten ostatni dzień jak na razie przypomina wszystkie inne. Wstał z tego samego łóżka, zjadł zwyczajne śniadanie, zszedł do starej łodzi. Teraz jest na tym samym fiordzie, zawahanie krajobrazu, po czym wszystko się rozpostrze.
Luna gapi się na niego ślepiami jak wilgotne znaki zapytania.
Co najlepiej pamiętasz, Nils? pyta.
Nie wiem.
Tyle stracił, tyle przepadło, wkrótce wszystko obejmie nieobecność. Musiałby sprawdzić w dziennikach pokładowych. Chyba wciąż tutaj leżą? Tak, tutaj są. Małe, niebieskie dzienniki, jeden za drugim, jakieś dwadzieścia pięć sztuk. Myślał, patrzył przed siebie, a potem bazgrał kilka linijek. Odciął nawet końcówki palców w prawej rękawicy, żeby lepiej trzymać długopis. Co uważał za godne odnotowywania? Oczywiście pogodę i wiatr. Informacje geograficzne, wiadomości polityczne. Rysował esy-floresy i przepisywał cytaty z gazet. Rozpisywał składy drużyn i terminarze. Zapisywał, jaką zapłatę pobierał od pasażerów, każdą kwotę w czerwonym kółku.
Stworzył tę maleńką poczekalnię w czasie dla ludzi, nawet owiec i kóz, które przewoził. Rozmaici ludzie gromadzili się u niego, przez kilka minut, przez kilka godzin. A potem znikali na lądzie, rozpraszali się, zmierzali w tak wiele różnych miejsc. Zabierał ich do miasta, do lekarza, do pastora i położnej, zabierał do szkoły i na pogrzeb. Łódź Nilsa była cząstką ich istnienia, krótką przerwą od codziennego życia. Dla niego łódź była czymś znacznie więcej, stała się drogą życiową. Jego łódź panowała tu, warkotała, śpiewała i kołysała, łódź była satelitą, księżycem unoszącym się po fiordzie.
A ty co najlepiej pamiętasz? pyta Nils.
Ja? odpowiada Luna i kładzie pysk na łapach.
Nasze spacery po lesie, mówi po namyśle.
Ja nie pamiętam, żebyśmy często tam bywali.
Bywaliśmy. Uwielbialiśmy las. Uwielbialiśmy.
Ale kiedy byliśmy w lesie?
Wszystkie psy lubią być w lesie. Obojętnie, czy tam byliśmy, czy nie. Szyszki! Gałęzie! Och, zapach mokrej kory!
Co najlepiej pamięta? O, już wie. Powroty do domu późną nocą lub wczesnym rankiem. Do domu w Vika, po całym tym wietrze i falach. Skradanie się, żeby nie zbudzić tych, którzy już dawno położyli się na spoczynek. Gaszenie świateł, oprócz jednej lampy na zewnątrz. Siadanie po ciemku w kuchni z kieliszkiem, patrzenie na dłonie na udach, tatuaże na przedramionach, na wszystkie powierzchnie. Bycie gdzieś między nocą a dniem, między snem a jawą, bycie śmiertelnie zmęczonym, bycie żywym, oczy widzące szarość, bo za długo były otwarte. Noce, gdy Marta słyszy jego kroki na żwirze, buty na zmarzniętej trawie, tupot na zbitym śniegu, tak płytko spała, tak płytko, w noce, gdy on był na fiordzie, słucha gałęzi, które ruszają się na drzewach i drapią o ściany domu, odbiera wszelkie sygnały zmiany pogody i wiatru. Noce, kiedy do niego schodziła, w rozpinanym swetrze zarzuconym na ramiona, stawała za nim, gdy siedział z kieliszkiem w ręce, noce, kiedy go obejmowała.