12 lutego, ciąg dalszy
Urodziny Lincolna. Pierwszy dzień pracy w moim nowym pokoju. To bardzo przyjemne miejsce. Mam tu stół kreślarski, o którym zawsze marzyłem, oraz wygodne krzesło podarowane przez Elaine. Nigdy nie miałem tak dobrze ani tak wygodnie. Myślę czasem, że może jest nawet trochę za wygodnie. Znam przecież takie sytuacje: idealnie zastrugany ołówek, papier, który aż sam się prosi o zapełnienie, fantastyczne krzesło i dobre światło - a pisania ani śladu. Człowiek to zwierzę pełne zdradliwych sprzeczności. Nie zawsze chce to przyznać, ale naprawdę kocha swoje paradoksy.
Teraz, kiedy wszelkie warunki zewnętrzne zostały spełnione, zobaczymy, czy mam cokolwiek w środku. To naprawdę takie proste. Mark Twain podobno pisał w łóżku - tak samo nasz największy poeta. Ale zastanawiam się, jak często to robili i czy w ogóle, czy może zdarzyło się to raz czy dwa, a później historia zaczęła żyć własnym życiem. Bywa przecież i tak. Chciałbym też wiedzieć, co pisali na leżąco, a co na siedząco. Wszystko to ma związek z kwestią wygody podczas pisania i z tym, jakie jest jej znaczenie. Wydawałoby się, że jeśli ciało odczuwa komfort, umysł swobodnie zbiera myśli. Ale człowiek jest taką istotą, że często dzieje się odwrotnie. Przypomina mi się opowieść mojego ojca o człowieku, który nigdy nie przyjmował wygodnej pozycji z obawy, że zaśnie. Może i ze mną tak będzie. Teraz jednak odczuwam całkowitą wygodę. Wydaje mi się, że dom jest już uporządkowany. Elaine, moja ukochana, zajmuje się wszystkimi sprawami zewnętrznymi, żebym codziennie miał wolny czas na pracę i spokojny umysł. Nie przychodzi mi do głowy nic, czego jeszcze może potrzebować pisarz oprócz opowieści i woli oraz umiejętności, by ją opowiedzieć.
Myśląc o tej książce i przygotowując się do niej, obmyśliłem wiele sztuczek: nowe języki, nowe symbole, nowy rodzaj pisania. A teraz, kiedy przyszedł czas na rozpoczęcie, odrzucam to wszystko i zaczynam od zera. Chcę zachować tak prostą formę, żeby mogło ją zrozumieć nawet dziecko. Chcę ją przeczytać całą, zanim zostanie przepisana, i usunąć nawet te nieliczne przymiotniki, które mi się wkradną. Jaki zatem będzie styl? Nie wiem. Książki same ustanawiają swój rytm. Zdążyłem się o tym przekonać. Gdy tylko historia się zaczyna, narzuca własny styl. A jednak nie uważam, żeby te wszystkie przygotowania były stratą czasu, bo utrzymały we mnie pewną żywość. Poruszający się ołówek, małpy uderzające w klawisze maszyny do pisania i trafiające przypadkiem w słowa ze słownika - to wszystko dotąd się sprawdzało, ale nie można na tym polegać.
Pora zacząć działać precyzyjnie. Niedługo będę musiał napisać pierwszy rozdział. A to wymaga wcześniejszego planu. Co właściwie chcę powiedzieć na początku? Najpierw wprowadzenie chłopców - kim oni są i jacy są. Następnie odpowiem na pytanie, dlaczego piszę właśnie dla nich. Potem chciałbym w ogólnych zarysach powiedzieć im, z jakiej krwi się wywodzą. A dalej opisać Salinas - szczegółowo, lecz oszczędnie - tak, by dało się naprawdę poczuć to miejsce. Oddać obrazy, dźwięki, zapachy i kolory z taką prostotą, żeby chłopcy potrafili je odczytać. To jest fizyczne tło książki. Dalej nasz dziadek2, jego synowie, córki, żona oraz kawałek ziemi w pobliżu King City, który zajęli. Jak żyli i skąd pochodzili. A wreszcie chcę wspomnieć o sąsiadach. Nie mam jeszcze dla nich nazwiska. Przyszło mi do głowy Canable, ale zmieniłem zdanie. Nie chcę, by miało podwójne znaczenie. To ważny element książki, dlatego muszę się dobrze zastanowić. Pamiętam przyjaciela mojego ojca - kapitana statku wielorybniczego o nazwisku Trask. Zawsze mi się ono podobało. Uważałem je za niezwykle romantyczne. Tak czy inaczej, ostatnia część pierwszego rozdziału będzie zahaczać o Trasków i ich dom. Drugi rozdział rozpocznie opowieść o nich. Na początku musi się znaleźć coś w rodzaju przedstawienia pewnych sposobów życia. Potem, w miarę jak książka będzie postępować, moim zamiarem jest, by co drugi rozdział był listem do chłopców zawierającym cały tok myślenia i te szczegóły, które są potrzebne, by zrozumieć główną historię trzech pokoleń Trasków. Zaletą takiego układu jest sprawienie, że sama opowieść stanie się dynamiczna, bardziej zwarta i krótsza. Czytelnicy zainteresowani jedynie fabułą i dialogami będą mogli pomijać co drugi rozdział, a dla mnie będzie to przestrzeń na namysł, komentarz, obserwację, krytykę, a jeśli uznam za stosowne usunięcie tej części, nie będzie z tym problemu. Można też wydać te dwie części osobno. Widzę w tym rodzaj równoległej biografii. I całkiem możliwe, że trzeba będzie z niej sporo odrzucić. Ale to się okaże w trakcie. Nie chcę się za bardzo ociągać, a z drugiej strony nie chcę zaczynać książki właśnie dziś. Mam zamiar najpierw dokładnie przemyśleć pierwszy rozdział. Tylko tyle. Najpierw obraz całej doliny, potem skupienie się na konkretnym małym wycinku. Spróbuję przybliżyć sobie czytelnika tak, by kiedy mówię do chłopców, w istocie mówić do każdego z osobna, jakby czytał o swoim własnym pochodzeniu. Byłoby to bardzo pomocne, gdyby się udało. Każdy chce mieć rodzinę. Może uda mi się stworzyć rodzinę uniwersalną, mieszkającą obok uniwersalnego sąsiada. To nie powinno być niemożliwe.
Zużywam takie ilości wolnego miejsca, że nie starczy mi go na książkę. Pierwszego dnia, który wypada jutro, będę musiał zapełnić trzy strony. Po lewej stronie nie będzie wtedy nic prócz bieżących zapisków.
Mam dobre przeczucie co do tej książki i nadzieję, że tak pozostanie. Towarzyszy mi uczucie prawdziwego odprężenia i odpoczynku. Byłoby świetnie, gdybym potrafił je zachować. Z pewnością zamierzam próbować. Chciałbym być tak odprężony, by książka zarazem koiła i pobudzała. Nie może być ponura, musi mieć w sobie pogodne tony oraz ruch. Ma być uniwersalna, inaczej nie warto jej pisać.
Stół kreślarski jest doskonały. Nigdy nie byłem tak zadowolony z czegokolwiek. A ten błękitny fotel z wysokim oparciem jest cudownie wygodny. Może nawet zbyt wygodny, ale nie sądzę. Myślę, że jeśli będę odprężony, książka ma szansę zyskać lekkość, a mam bardzo silne przeczucie, że jej tekst powstanie w pełnym spokoju i komforcie. Mam też mocne przeczucie, że będzie powstawać bardzo długo. Inaczej stracę cały impet i kierunek. Chcę wspaniale spędzać czas na pisaniu. Chętnie pracowałbym cały rok - jeśli się zgodzisz. Wiem, że nie możesz się doczekać gotowego maszynopisu, żeby przejść do etapu pracy, który ty najbardziej kochasz. Ale ta książka ma być moją pracą z miłości i chcę w pełni to wykorzystać. Często myślałem, że może to będzie moja ostatnia książka. Nie mam tego dosłownie na myśli, bo będę pisał do śmierci. Ale chcę napisać tę jedną tak, jakby miała być ostatnią. Może wierzę, że każda książka powinna być pisana w ten sposób. Myślę, że właśnie to chciałem powiedzieć. Tak wygląda proces idealny. Tymczasem postępowałem zupełnie odwrotnie. Pisałem książkę jako wprawkę, przygotowanie do następnej. I tak to trwało. Teraz nie istnieje dla mnie nic poza tą książką - nie myślę o kolejnych. Musi zawierać wszystko, co wiem o świecie, i wszystko, co potrafię - wszystkie style, wszystkie techniki, całą poezję - a także ogrom radości. Nie widzę powodu, dla którego nie miałbym opowiedzieć rodzinnych historii. Są tak dobre, jak zawsze były, a może w miarę pisania przypomnę sobie ich jeszcze więcej. Wiem jednak, że muszę zawrzeć w nich cały dostępny mi koloryt i wszystkie anegdoty. Wiele z moich rodzinnych opowieści to już właściwie folklor - i powinny być dostępne dla chłopców. Poznają dzięki temu swoją rodzinę. Myślę, że zamieszczę także sporo rzeczy o matce oraz o ojcu. Najwyższy czas, bym to napisał, inaczej przepadnie, bo nikt poza mną nigdy tego nie zrobi. Jestem bardzo szczęśliwy przy nowym stole i w otoczeniu wszystkich moich rzeczy. Nigdy nie miałem tak wygodnego stanowiska pracy.
Jeśli chodzi o ołówki, waham się teraz między czarnym Calculatorem, ukradzionym z Fox Films, a tym Mongol 23/8F, który jest dość czarny i dobrze trzyma ostrość - w rzeczy samej znacznie lepiej niż ołówki Fox. Dobiorę jeszcze sześć, a może cztery tuziny, żeby uzupełnić tackę na ołówki. I to wszystko, co zamierzam zrobić w ten mój pierwszy dzień pracy.
2 Pierwsza strona powieści widniała obok pierwszej strony tego listu, który w maszynopisie urywał się w tym miejscu. Tytuł brzmiał: THE SALINAS VALLEY, a treść zaczynała się słowami: "Dear Tom and John". Akapity otwierające oraz inne listy adresowane do chłopców przetrwały do pierwszej wersji, lecz później zostały pominięte. Wcześniejszy zamysł, by rozdziały o Traskach i Hamiltonach szły naprzemiennie oraz by wszystkie rozdziały o Hamiltonach kierować do chłopców, został zarzucony.