Dziesięć zimowych wieczorów. Opowiadania - Karolina Barbrich, Marta Bijan, Julia Brylewska, Oktawia Kain, Maria Lichoń, M.B. Mann, Aleksandra Muraszka, Edyta Prusinowska, Julita Rejnów, Ola Rochowiak


Reflow text when sidebars are open.
Warszawa jest zabawniejsza, gdy zgasi się w niej światło.
Ktoś nabazgrał te słowa grubymi literami na poranionych drzwiach, którym mimowolnie przyglądam się codziennie przez okno tramwaju, zanim ten, zachybotawszy się na torach, odjedzie wreszcie z przystanku. Bazgroły te wyglądają, jakby umieścił je tu ktoś zupełnie niewzruszony zakazem robienia graffiti. Być może to dlatego tak mocno wybijają się z grona stłoczonych ze sobą liter, prowizorycznych rysunków i bluzgów wymalowanych dookoła na ścianie. Być może wyróżniało je to, że jakimś cudem zarówno czerwona rama, jak i same drzwi uniknęły dalszego katowania farbą - w przeciwieństwie do zamalowanej ściany odznaczały się wręcz idealną czystością, z wyjątkiem, oczywiście, tej jakże inspirującej sentencji.
Podskakuję gwałtownie, nie dlatego, że nagle przeraziła mnie myśl o graffiti, a dlatego, że zostałam dość brutalnie przepchnięta dalej od okna. Jak miło, nici z moich planów na odpisanie tu na maila lub napicie się kawy.
Staram się za wszelką cenę skupić na własnych myślach, na sobotnich planach, na mieście migającym mi za oknem oraz na notatkach, które w torbie zgniotły mi się już tak bardzo, że chyba nic z nich nie będzie. Próbuję zapewnić swoim myślom najróżniejsze atrakcje, byle tylko odwrócić uwagę od faktu, że ja i moi współpasażerowie bierzemy udział w procesie zaczadzania się własnymi oddechami.
W tramwaju jest duszno, a gruba kurtka, którą założyłam na siebie dziś rano, nagle wydaje się największym obciążeniem, jakie tylko mogłam na siebie sprowadzić.
Przez chwilę jestem pewna, że upadnę, zawieszę się na innych ludziach, innych kurtkach i płaszczach, bo od tej duszności jest mi słabo. Przed oczami zaczynają tańczyć mi nie pasażerowie tramwaju, lecz doskonale znajome czarne mroczki.
I właśnie to mnie otrzeźwia.
W moim przerażeniu ginie duchota. Powietrze studzi się, wszystko nieśmieleje, zgiełk znika. Zostają tylko te mroczki. Próbuję zepchnąć je na bok, skupić się na starszej kobiecie, która siedzi pochylona naprzeciwko mnie, na matce z dzieckiem usilnie szarpiącym ją za rękę. Próbuję telepatycznie wykrzyczeć do nich pytanie: czy w chwilach słabości również jawią wam się przed oczami koszmary?
Niepozorne mroczki jak zawsze układają się najpierw w kształt trudny do nazwania. Potem rozdzielają się, by chwilę potańczyć w amoku, aż w końcu zbierają w grupy i w małych oddziałach zaczynają wspinać się po ramionach ludzi, którzy jadą ze mną tym przeklętym tramwajem.
Starsza kobieta, u której jeszcze przed chwilą poszukiwałam ratunku, wpatruje się zmęczonym spojrzeniem w ekran telefonu, nie zdając sobie zapewne sprawy, że wzdłuż jej jaskraworóżowej kurtki wspina się czarna masa. Mrok szybko ogarnia ją prawie całą, wplata się w kosmyki włosów, te których nie udało jej się ukryć pod czapką, wpycha się do uszu, zajmuje miejsce między każdym palcem, w każdej przestrzeni, którą jestem w stanie dostrzec ze swojego miejsca w tramwaju.
Wiem, że chwieję się na swoim miejscu. Nie mam pojęcia, co zrobić, stoję zastygła w przekonaniu, że moje własne, niewyjaśnione urojenia robią tej nieznajomej nieopisaną krzywdę, chcę rzucić się na nią i kazać jej się otrzepać albo chociaż przeprosić ją za to, że mimowolnie nasłałam na nią czarną masę, która tylko narasta. Cienie na jej kurtce podskakują teraz, gotując się w gniewie, zupełnie jakby bariera, która dzieli je od jej skóry, rozwścieczała je niemiłosiernie.
- Przepraszam - rzucam zdecydowanie zbyt głośno, tak, że w moją stronę zwraca się co najmniej pół tramwaju. - Przepraszam, która godzina?
Wzrok kobiety nie wyraża uprzejmości. Jest zdziwiona, a ja muszę zacisnąć wargi, by nie wrzeszczeć, bo cienie powoli pełzną jej po policzkach, mozolnie ciągnąc się w stronę oczu.
- Nie masz telefonu przy sobie?
- Zgubiłam - wypalam szybko, widząc już, jak mrok wbija się jej między rzęsy. - Zgubiłam, a bardzo mi się śpieszy.
Chcę zemdleć z ulgi, gdy w końcu odchyla się na swoim miejscu, by sięgnąć po telefon. Ze względu na gruby strój taka operacja od każdego wymaga zamaszystego ruchu. Wystarczającego, by spłoszyć mrok, który jak na rozkaz ponownie rozbija się na dziesiątki niepozornych mroczków, wijących się jeszcze przez chwilę przed moimi oczami, by zniknąć, przywracając duchotę i dudnienie uderzającego w szyny tramwaju.
- Dziecko, słuchaj mnie - mówi zgryźliwie nieznajoma, a ja domyślam się, że musiałam co najmniej raz jej nie usłyszeć. - Kwadrans do piętnastej.
Dziękuję jej szybko, niechlujnie, zupełnie jakbym jeszcze chwilę wcześniej nie patrzyła na nią z desperacją godną tonącego człowieka. Wybiegam z tramwaju na Placu Narutowicza, daleko od mojego przystanku, ale nic nie mogłoby sprawić, bym została tam choćby sekundę dłużej. Chłód uderza od razu, daje mi o sobie znać, przypomina, że w mojej słabości kryją się mroczkowe figury, których prawdziwej natury od lat nie zdołałam odkryć. Zawsze przerywam im drogę, gdy zabrną za daleko, nie pozwalam im wpełzać na twarze, choć to właśnie tam ciągną najbardziej.
Lato przynosi ulgę. W cieple ginie niepokój. Być może ma to coś wspólnego ze światłem - ludzie pod wpływem słońca rozkwitają, skóra błyszczy im od potu i nierówno nałożonego kremu z filtrem. W takich okolicznościach znacznie trudniej wyobrazić sobie, jak pożera ich ciemność.
Zimno potraja zaś w człowieku strach. Mrok toczy się za mną wszędzie. Gdy w nocy z kruchego snu wybudza mnie cichy szum radia, a ja podnoszę się, by je wyłączyć, zjawa podąża tuż za mną. Wiem, że jeśli zerknę, jeśli tylko spróbuję ją przyłapać, natychmiast mnie dopadnie.
Przynajmniej zobaczyłabym wtedy jej twarz.
Do naszego mieszkania na Muranowie z przystanku idzie się zaledwie pięć minut. Pokonywanie dłuższej drogi na piechotę sprawia, że na koniec nie czuję już swoich palców.
Po latach nie liczę już, że w domu czeka na mnie spokój. Mimo świateł, które rozświetlają każdą przestrzeń, i dziesiątek lampek, które Mania zamówiła, by zwalczyć swój lęk przed ciemnością, cienie znajdą miejsce wszędzie tam, gdzie ja decyduję się osiąść na dłużej.
Nie muszę się odwracać, żeby wiedzieć, że są tuż za mną.
- Hona, to ty? - Mania woła, zanim jeszcze zdążę zamknąć za sobą drzwi wejściowe. Daję sobie kilka sekund. Moment na wyswobodzenie się z ciemności i powrót do jasnego przedpokoju. Potem uderza gorzka, przejmująca tęsknota, która czeka na mnie za każdym razem, gdy przekręcam klucz w zamku. Za każdym razem, gdy słyszę jej głos.
Gdy otwieram oczy, Mania wychyla się zza drzwi, jakby znajomy dźwięk kroków nie wystarczył do potwierdzenia mojej tożsamości.
- Nie było cię dłużej niż zwykle - zauważa i zanim mam jakąkolwiek szansę, by jej odpowiedzieć, dodaje: - Wychodzę, na całą noc, po dwunastej i tak nie będzie się opłacało dzwonić po taksówkę. Jest jakiś koncert w Progresji, będzie bardzo drogo.
- W porządku. Po prostu daj znać, u kogo zostajesz na noc.
Obserwuję, jak kiwa głową, po czym zaczyna przepychać się obok mnie w przedpokoju, by wciągnąć na siebie własną kurtkę. Już nie pierwszy raz dochodzę do wniosku, że gdy jesteśmy blisko, unika mojego spojrzenia.
Po wspólnych dwóch latach uznaję ją za przyzwoitą współlokatorkę, choć odrobinę nieporządną. Nigdy nie budzi mnie w nocy, nie sprowadza tu obcych, ani tak naprawdę nikogo, z wyjątkiem swojej dziewczyny, nie hałasuje, nie narzeka nawet na to, że kaloryfery nie działają. Zmywarkę ładuje jednak tylko raz na dwa tygodnie. Jestem też pewna, że za każdym razem, gdy mówię jej, że ma umyć podłogę, przeciera ją tylko mokrą ścierką.
Przed wyjściem całuje mnie jeszcze w policzek. Krótko ścięte, rude włosy migają mi jeszcze przed oczami i już jej nie ma. W kuchni towarzyszą mi już tylko samotność i nieprzyjemny szum czajnika, który uruchamiam odruchowo. W milczeniu wbijam wzrok w brzydką ceratę, którą obito nasz stół.
Gorącą herbatę przenoszę do naszego pokoju, trzymając kubek przez rękawy bluzy. Ja i Mania dzielimy osiemnaście metrów kwadratowych przestrzeni - pojedyncze łóżko i rozkładaną kanapę, na którą skazałam się sama, wielokrotnie zapewniając Manię, że chroniczny ból pleców daje jej możliwość zajęcia sobie wygodniejszej przestrzeni.
Jestem sama, w swojej przestrzeni. Bezpieczna, a jednak nadal wstrząśnięta. Przerażenie wspina mi się po palcach desperacko zaciskających się na materiale. Myślę o cieniach wślizgujących się do środka przez szpary w oknach. Wyobrażam sobie, jak leżę pozbawiona świadomości przez sen, a one wślizgują mi się do ust, by zaszyć się między żebrami i zacząć wyżerać mnie od środka.
Zaczynam recytować modlitwę, przymknąwszy wcześniej oczy. Nie muszę ich rozchylać, by wiedzieć, że nic to nie dało. Nadal czekają, aż w końcu będę miała na tyle odwagi, by spojrzeć.
Pierwszy raz spotykam ją drugiego grudnia.
Tego dnia jestem spóźniona wszędzie. Budzik wyłączyłam, choć zupełnie tego nie pamiętam, na uczelnię dojeżdżam więc, gdy zajęcia już trwają, i przez to jestem zmuszona, by w ogromnej sali wykładowej zająć miejsce w pierwszym rzędzie.
Zaraz po zajęciach wpadam do pracy, a przebierając się w swoją koszulę z logo dyskontowej księgarni, udaje mi się rozczochrać się do tego stopnia, że do końca dnia witają mnie już tylko zdziwione spojrzenia klientów.
Znajduje mnie więc w stanie opłakanym, pochyloną nad miską zupy w studenckiej stołówce na kampusie głównym. Przez większość dni przed wypłatą to właśnie to miejsce ratuje mi życie. Nie ma tam zwykłych tłumów, choć jest po siedemnastej. Być może właśnie dlatego powinnam zaniepokoić się już wtedy, gdy przysiadła się do mojego czteroosobowego stolika, mimo że dookoła pełno było wolnych miejsc.
Nawet nie podniosłam wzroku. Z początku zauważyłam tylko, że ktoś stawia naprzeciwko mnie drugą tacę z jedzeniem. Usłyszałam, że mruczy jakieś przywitanie. Nie odpowiedziałam. Żaden z tych gestów nie zachęcił mnie do spojrzenia na nieznajomą. Pewnie bałam się, że nagle najdzie ją chęć rozmowy, której ja zdecydowanie nie podzielałam w tamtym momencie. Można uznać, że tak właśnie się stało.
- Czy w końcu jesteś gotowa, by porozmawiać?
Nigdy wcześniej ani nigdy później nie odczułam paniki podobnej do tej, którą wzbudził we mnie ten głos. Nie dlatego, że pytanie było zaskakujące lub zadane zbyt głośno. Chłodny głos wbijał mi się jednak w myśli, zupełnie jakby wydobywał się nie z ust nieznajomej, a z wnętrza mojej głowy.
Wystarczy jedno spojrzenie, rzucone pośpiesznie, po gwałtownym uniesieniu głowy, by stwierdzić, że zbudowana jest w całości z cienia. Do postawienia tej diagnozy niepotrzebne mi jest przyglądanie się jej matowej cerze, szarym włosom lub cerze nienaturalnie gładkiej nawet jak na jej niepozornie młody wiek. Nasze spojrzenia spotykają się i wtedy wiem od razu.
Oczy złożone ma z maleńkich cząsteczek czarnej materii. Gdyby istniało dokładne przeciwieństwo świetlików, opisałabym je dokładnie w ten sposób. Rzęsy, usta i wargi drgają, wszystko pozostaje ruchome, splatając się w obrzydliwą karykaturę rzeczywistości.
- Słucham? - próbuję jednak zachować spokój, walcząc z rozedrganym głosem.
Kątem oka dostrzegam, jak kucharka wychyla się zza lady, by spojrzeć w moją stronę. Widmo wydaje z siebie dźwięk, który najbardziej przypomina mi niezadowolone cmoknięcie.
- Odważnie, większość ludzi w miejscach publicznych raczej nie rozmawia ze swoimi omamami na głos.
- Nie wiem... - próbuję wydukać z siebie coś sensownego, ale ona gwałtownie kręci głową, przerywając pęd moich niepoukładanych myśli.
- Skup się na tym, żeby nie zrobić z siebie wariatki. Zwłaszcza gdy jesteś w miejscu, gdzie zna cię całkiem spore grono.
Dopiero po chwili zwracam uwagę na to, że zdaje się powiewać w rytmie lekkiego przeciągu dobiegającego od okna. Pozostaje cichym cieniem, eleganckim w swojej postawie i słowach wyrzucanych w przestrzeń chyba przez tok myśli. Pośpiesznie rejestruję jej idealnie ulizane do tyłu włosy, biały kołnierz i schludną marynarkę. To wszystko czyni z niej coś na wzór stereotypowej studentki prawa. Gdy mrużę oczy, dochodzę jednak do wniosku, że wszystko: jej ubranie, włosy i skóra zbudowane jest właśnie z mrocznej masy.
- Wydaje mi się, że jestem teraz we śnie - odpowiadam, tym razem pilnując się, by słowa wybrzmiały jedynie w moich myślach. Ciężko jest do niej nie mówić. Jestem pewna, że gdybym wyciągnęła dłoń, mogłabym jej dotknąć.
- Znacznie lepiej - odpowiada, śledząc moją rękę znikającą pod blatem stołu. - Nie próbuj się szczypać, wcale nie śnisz, a jeśli ktoś to zobaczy, tym bardziej uznają cię za dziwaczkę. Przyszłam porozmawiać o cieniach, które na twoich oczach codziennie przypuszczają ataki na pozornie niewinnych mieszkańców Warszawy.
Zrywam się z miejsca. Szkolne krzesełko, na którym siedziałam, ląduje na podłodze z głośnym hukiem. Po chwili jestem już na dworze, zbiegam po schodach prowadzących z uniwersytetu do małego parku.
- Gdybym była bardziej wrażliwa, zrobiłoby mi się przykro.
Nie mam czasu zarejestrować szoku, który uderza we mnie zawsze, gdy przemawia, tym razem w ogromnym pędzie zderzam się jednak z jej klatką piersiową.
- Rozumiem, że odstrasza cię forma, którą sobie wybrałam. To przykre, choć powiedzmy, że w pewnym sensie uzasadnione. Mogłam postarać się bardziej, wybrać osobę starszą lub dziecko, choć te opcje sprawiłyby, że na studenckiej stołówce wyglądałabym trochę dziwnie.
Znajdujemy się przy małej, brzydkiej fontannie u podnóża schodów, które w drodze do biblioteki przemierzyłam już dziesiątki razy. Teraz to miejsce wygląda jednak zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Drzewa i uliczne latarnie tworzą ze sobą hipnotyzujący warkocz światła i cienia. Nagle dociera do mnie przejmująca pewność, że wszystko, co się dookoła nas znajduje, w jakiś sposób łączy się z nieznajomą.
Dookoła nas unoszą się drobinki cienia. Nie mam pojęcia, czy są jej częścią, czy jej obecność po prostu je tu przyciąga. Ogarnia mnie strach przed tym, że mimowolnie wstąpiłam do jej świata, który zdaje się brzydkim odłamem mojej własnej rzeczywistości.
- Chciałam dać ci szansę na rozmowę w miejscu, gdzie nie będziesz wyglądać osobliwie, stojąc sama i wpatrując się w nicość. - Odchrząkuje, poprawiając włosy. - Jeszcze tego nie wiesz, Honorato, ale zależy mi na twoim samopoczuciu. Prawdę mówiąc, zależy mi na wszystkim, co ciebie dotyczy, nawet na tym, jak postrzegają cię nieznajomi w parku.
Gdzieś z oddali dobiega mnie szczekanie psa. Mam ochotę się odwrócić, sprawdzić, czy z którejś strony nie zmierza do mnie wybawienie, ale niewidzialna siła sprawia, że nie jestem w stanie nawet drgnąć.
- Chcę pomówić o cieniach. Teraz, póki jeszcze nie zaszkodziły ci bardziej, niż to konieczne. Chcę uświadomić ci, co się dzieje, wyjaśnić wszystko, nad czym zastanawiasz się od lat. Musisz przyznać, że to brzmi kusząco.
- Proszę trzymać się ode mnie z daleka. - Wyrzucam z siebie. W oddali rzeczywiście dostrzegam człowieka z psem, ledwie wystającym ponad śnieżne zaspy. Gdy ruszam w jego stronę, w głowie po raz ostatni wybrzmiewa mi głos nieznajomej.
- Jak sobie życzysz. Tak czy siak masz jeszcze trochę czasu. W razie czego pamiętaj jedynie, że sama to wybrałaś.
I tak rozstałyśmy się po raz pierwszy.
Impreza, na której znajduję się w czwartkowy wieczór, jest dla mnie wyjątkowo zaskakująca. Nie dlatego, że nie imprezuję, nawet nie dlatego, że odbywa się w środku tygodnia. Czuję się dziwnie, bo wyciągnęła mnie na nią Mania. Odkąd tylko zamieszkałyśmy razem, próbowała zabierać mnie ze sobą w różne miejsca: do klubokawiarni, gdzie nasi znajomi spotykali się na planszówki, do prawdziwego klubu na Mazowieckiej, na urodziny koleżanki, którą poznała miesiące wcześniej. Przez ostatnie pół roku nauczyłam się podziwiać jej wytrwałość.
To byli kiedyś również moi znajomi. Janek i Kuba, Magda i Mikołaj. No i oczywiście Mania. Jeszcze kilka osób, które pojawiały się jedynie na paru spotkaniach, przewijały się przez mieszkania, nie zostawiając w mojej pamięci wyraźniejszego śladu. Za czasów szkolnych byliśmy blisko, widywaliśmy się prawie codziennie. Potrafiliśmy zamykać się w jedynym mieszkaniu na kilka dni bez przerwy i nie opuszczać tego miejsca, pozwalać, by upoił nas tani alkohol i czas przelewający się nam przez palce jak miód.
Do tej pory nie wiem, co sprawiło, że dziś są mi tak obcy.
Nawet teraz, gdy siedzę na wersalce, przyciśnięta ramieniem do Mani, i słucham opowieści Kuby o bardzo dziwnej sytuacji, która przydarzyła mu się w zeszłym tygodniu, czuję się od nich tak daleko.
- W wakacje musimy gdzieś razem pojechać. - W głosie Mikołaja słychać ekscytację. - Nadal nie mogę uwierzyć, że znamy się tyle lat i nigdy nie byliśmy razem nawet poza Warszawą.
- Lubię myśleć, że to dlatego, że tak świetnie się razem bawimy tutaj - odpowiada Magda, podnosząc głowę. - Z innymi potrzebujecie dodatkowej rozrywki, żeby dobrze się bawić. Nam wystarczy nasze własne, słodkie towarzystwo.
- Piękne słowa - mruczę pod nosem, trochę po to, by zapełnić ciszę, a trochę po to, by w końcu coś powiedzieć. Odkąd przyszłyśmy, odezwałam się może dwukrotnie.
- Dobrze to słyszeć, Hona. - Janek odzywa się z miejsca naprzeciwko mnie. - Właściwie nigdy cię nie ma.
- Piszę pracę licencjacką. - Wzruszam ramionami. To nawet nie jest kłamstwo. Szczerze przyznam, że jeszcze nie zaczęłam pisać, ale samo myślenie o tym zajmuje większość wolnej przestrzeni w mojej głowie. - Jestem pewna, że wy też. Dlatego rzadziej się widzimy. Możemy jechać dokądś razem w lecie, będziemy wolni i od zimna, i od studiów.
Odpowiedź na całe szczęście satysfakcjonuje ich na tyle, że pogrążają się w dalszej rozmowie. Przysłuchuję się jednym uchem, co chwilę skupiając się to na plakatach, porozwieszanych na ścianach salonu, to na wyciszonym teledysku, który aktualnie leci w telewizorze.
W pewnym momencie atmosfera odrobinę się rozluźnia, a ja wykorzystuję ten moment, by wyślizgnąć się do kuchni.
Dziwnie przebywa się w mieszkaniu, do którego w środku zimy nie dociera wiatr. U nas cały czas jest tak lodowato. Chłód nie pozwala na całkowite odprężenie. Tutaj od mocy kaloryferów nagrzewają mi się policzki. Jestem pewna, że wyglądam, jakbym miała gorączkę.
Pochylam się nad zlewem, wpatrując się beznamiętnie w jego dno. Tyle chwil spędziłam w tym domu rozbawiona do łez, zapłakana po tym, jak myślałam, że nie zdałam matury, przerażona perspektywą tego, że na studiach każde z nas pójdzie w swoją stronę.
Teraz jest tu głucho. Kątem oka dostrzegam na blacie kuchennym stos papierów. Leżą przy kuchence, w miejscu dziwnym jak na stos notatek. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że to zapiski Mani. Notatniki i luźne kartki nosi ze sobą wszędzie, część z nich zalega u mnie w domu rodzinnym, mimo że nie była tam od przeszło trzech lat. Ma śmiały plan zadebiutowania kiedyś zbiorem wierszy, które zapisuje jedynie ręcznie.
Wiem o tych zapiskach wszystko albo przynajmniej najwięcej poza nią samą.
Czasem opowiada mi, że przelewanie myśli na papier jest dla niej jedyną deską ratunku. Innym razem podobno zapisuje tam szczęśliwe wspomnienia, dodając małe ilustracje na marginesach. To ostatnie podpatrzyłam, gdy siedziałyśmy razem w kawiarni.
Nigdy nie pozwala nam do nich zajrzeć, mówi, że przeczytamy je dopiero, gdy ukażą się na rynku. Mimo to zawsze taszczy je ze sobą, gdyby nagle naszła ją chęć na napisanie czegoś nowego. Twierdzi, że czegoś takiego nie da się odsunąć na później.
- Wyglądasz na chorą. - Podskakuję, na wpół przekonana, że znowu ją zobaczę. Za mną o stół opiera się jednak Magda. Tatuaże na jej dłoniach sprawiają, że wygląda w tej chłodnej, nowoczesnej przestrzeni nieco nie na miejscu. - Wybacz, wiem, że to brzmi źle, ale naprawdę widać, że coś jest nie tak.
- Problemy ze snem - mamroczę i znowu nie kłamię. Cienie męczą mnie po nocach. Tańczą na suficie i choć wiem, że mnie nie ruszą, nigdy nie pozwalam sobie przy nich zasnąć.
- Kto ich nie ma. - Wzdycha, wskakując na blat i zupełnie ignorując błyszczące plamy od słodkiego soku, którym raczyliśmy się chwilę wcześniej. - Po prostu boję się, że dzieje się coś więcej, Hona. Nie jesteś sobą, nie dzwonisz, żeby porozmawiać ze mną o bzdurach. Nie wyciągasz Kuby i Janka na przypadkowe eskapady po mieście.
Odwracam się, by spojrzeć w noc rozpościerającą się za oknem. Już wiem, co tam na mnie czeka. Wiedziałam, odkąd zaczęła mówić. Cienie tańcują za szybą, czekają, aż wpuszczę je do środka.
- Po prostu się męczę - odpowiadam. - Tak naprawdę ze wszystkim. Studia są trudne. Chyba nie muszę ci mówić, że praca mnie nie satysfakcjonuje. Codziennie czuję, jakby ktoś obładował mnie ogromnym ciężarem. To, że jest zima, z całą pewnością nie pomaga.
- W takim razie musisz coś zmienić.
- W takim razie muszę po prostu zacisnąć zęby i to przeczekać. - Wchodzę jej w słowo. - Nie jestem pierwszą ani ostatnią osobą, której jest ciężko w życiu. Założę się, że Mania jest bardziej zmęczona ode mnie. Po prostu ukrywa to znacznie lepiej. Mieszkam z nią, wiem, ile pracuje.
- Jeśli tak sądzisz... - dziewczyna wzdycha, zeskakując z blatu. Widzę, że temat jeszcze nie jest skończony, że spróbuje do niego wrócić, może nawet jeszcze tego wieczoru. Daje mi jednak miejsce na oddech. - Po prostu nam nie zniknij.
- Nie planuję tego. - Zniknięcie w mojej głowie oznacza złączenie się z cieniem. Tego nie zrobiłabym nigdy.
Gdy zostaję sama, mój wzrok automatycznie wędruje w stronę okna. Przechylam się przez blat, by sięgnąć do klamki. Czuję, jak żar zalewa mi policzki falami, których nie mogę znieść, nawet jeśli zrobię wszystko, by je zignorować.
Czy po policzkach spływają mi łzy?
Czy ja płaczę?
Naprawdę nie mam pojęcia. Otwieram okno, a najbardziej ruchliwy z cieni natychmiast wślizguje się po klamce i pierwszy raz styka z moją skórą.
Często wyobrażałam sobie ten moment, zastanawiałam się, co by się stało, gdyby mrok wybrał sobie za cel mnie zamiast jakiegoś obcego przechodnia. Jestem gotowa na to, że wsiąknie we mnie, wpełznie mi pod skórę i na to, że to tutaj, w kuchni, skonam trochę zbyt łatwo.
Zamiast tego odwracam się w kierunku wierszy. Obserwuję swoją własną dłoń, zupełnie jakbym była widzem spokojnie usadzonym w kinowym fotelu, obserwującym spektakl własnego zagubienia. Udaje mi się odczytać tylko jeden z tytułów, mimo że słowa na papierze złożono starannym, pochyłym pismem.
Ciemnota albo coś bardzo do tego podobnego.
Tak nazywa się pierwszy wiersz w notatkach. Nie daję sobie czasu, by zastanowić się, dlaczego Mania wybrała ten na sam początek, by pomyśleć, że być może to właśnie z niego jest najbardziej dumna.
Myślę jedynie o tym, że nie robi żadnych kopii swoich prac. Zawsze zapisuje je tylko jeden raz, to wskrzesza w jej głowie ich wyjątkowość.
Myślę o tym, po czym ciskam stertą notatek. Plik rozbija się o ramę okna. Na kuchennym blacie ląduje tylko kilka stron, pojedyncze wiersze bezładnie rozsypują się na desce do krojenia. Reszta wylatuje przez otwarte okno.
Dostrzegam jeszcze, jak szarpie nimi wiatr, obserwuję, jak powolnie wirują w mozolnym tańcu, by wylądować w lepkim śniegu, który z całą pewnością czeka na nie na ziemi. Wiem, że za kilka sekund zamokną, litery zleją się w nieczytelną, maziowatą całość. Wartość słowa wsiąknie w chodnik, być może zadepczą ją przechodnie.
Wszystko to wiem, a mimo to stoję, wpatrując się w ciemność malującą się za oknem. Sekundę po tym, jak kartki opuściły moje dłonie, wiedziałam, że zamieszkał we mnie cień. Coś chwyciło mnie za nadgarstki, pociągnęło mnie do przodu, zmusiło mnie do sięgnięcia po rzecz najdroższą, najbliższą sercu.
- Co jest, do cholery... - Podskakuję, gdy odzywa się za mną ledwie słyszalny głos Kuby. Jego mina wywołuje we mnie coś gorszego od ciarek. Tak przerażonego widziałam go tylko kilka razy. Kiedyś, gdy Mania złamała przy nas nogę w Lesie Kabackim i musieliśmy sami doprowadzić ją do drogi. Innym razem, gdy połowę naszej podstawówkowej klasy przyłapano na ściąganiu.
- Co jest z tobą nie tak? - pyta, a ja wiem, że nie robi tego, by być złośliwym. Chciałabym odpowiedzieć mu wprost, przyznać, że ktoś chwycił mnie właśnie za rękę, ale słowa nie mogą przejść mi przez gardło.
- Nie mów jej, Kuba. - Wiem, że mój ton jest błagalny, ale myśl o tym, że musiałabym teraz zmierzyć się z konsekwencjami swojego czynu, przyprawia mnie o mdłości. Nie mogę jeszcze poprawnie zdiagnozować własnego stanu.
- Nie mów jej, przynajmniej nie teraz. Była dzisiaj taka zadowolona.
- Hona, co ty bredzisz? - odpowiada, unosząc ramiona w górę w niemal modlitewnym geście. - Dlaczego wyrzuciłaś jej rzeczy przez okno?
- Nie wiem. - Upieram się. - Po prostu wróć tam i na razie jej o tym nie wspominaj. Ja się zbiorę i pomyślę, jak sobie z tym poradzić.
- Pomyśli, że zostawiła je u mnie. - Wchodzi mi w słowo. Mani z tego domu zdarzało się zapominać najróżniejszych rzeczy. Portfela, laptopa, legitymacji studenckiej, przez co nie wpuszczono jej na egzamin ze statystyki. - Nie zamierzam brać tego na siebie, gdy poprosi, żebym je zwrócił.
- Jasne - odpowiadam pośpiesznie, ruszając w kierunku korytarza. Z salonu nadal dobiegają mnie śmiechy i brzęk butelek. - Do tego czasu coś wymyślę.
- Nie idź. - Powstrzymuje mnie jeszcze ręką położoną mi na ramieniu. Nawet się nie odwracam, szybko naciągając buty. - Może nie powinnaś być teraz sama. Nie do końca rozumiem, co się właśnie stało.
- Dam znać, jak dojadę do domu - rzucam i zanurzam się w zimnie, w ciemności kamiennej klatki schodowej.
Pod blokiem czekają na mnie papiery rozrzucone przez wiatr. Fragmenty wierszy zdążyły już zmieszać się ze śniegiem. Trudno byłoby mi wyobrazić sobie choćby próbę ponownego ułożenia z nich sensownej całości. Pozostawiam więc za sobą śnieg czerniejący od tuszu. Do domu wracam tramwajem, a na osiedlowej ścieżce ani razu nie oglądam się za siebie.
O jej mrocznych oczach myślę codziennie. Każdego dnia po przebudzeniu, przed wieczorną modlitwą, której zaniechałam na lata, a która teraz pojawiła się w moim życiu jako desperacka próba odgonienia od siebie cieni.
Po naszym spotkaniu w parku jej głos przestaje wiercić mi dziurę w głowie, przez następne dni nie odzywa się zupełnie.
To nie oznacza jednak, że przestaję ją widywać. Czuję, że siedzi na moim ramieniu prawie codziennie, gdy opuszczam ponury budynek uniwersytetu. Przemierzając Nowy Świat, ignoruję witryny sklepowe i te, od których bije jeszcze ciepło złożone z oddechów dziesiątek klientów, i te, które pociemniały już w oczekiwaniu na następny świt. Obojętnie mijam uliczkę, na której latem rozstawiają się sprzedawcy z kwiatami i koszami świeżych truskawek. Brnę, czując, jak w ramię płaszcza wbijają mi się szpony.
Wiem, że jest ze mną, gdy śpię. Czyha w kupie ubrań beztrosko zarzuconych na krzesło. Skrywa się między płaszczami w szafie. Gdy jest pewna, że nie otworzę oczu, siada mi na piersi.
Straszy mnie tym, że wiem, że zawsze jest ze mną.
Do matki wracam w piątek wieczorem. Nie przyznaję jej się, że opuściłam kilka zajęć na uczelni. Być może dlatego, że jedyną moją wymówką jest przygniatające zmęczenie, a być może dlatego, że wiem, że moje nieobecności na studiach z jakiegoś powodu nadal bierze do siebie zbyt poważnie.
Rodzinne mieszkanie na Pradze zawsze wydawało mi się jasne. Żrąca białość ścian i podłóg połączona ze szpitalnym oświetleniem powoduje, że o mrok tu bardzo trudno. Nie ma gdzie się schować.
Teraz z jakiegoś powodu sięga jednak głębiej. Sterylny połysk jasnych płytek w kuchni wżera mi się w skórę.
- Myślałam, że może czas, by przygarnąć kota - mówię, by zapełnić ciszę, która w ostatnich dniach stała się dla mnie równie bolesna co ciemność. - Wiesz, zawsze chciałam...
- Do waszego mieszkania? - Matka wchodzi mi w słowo. Jej ton nie jest ostry, nie jest nawet nieżyczliwy, a mimo to wrzyna mi się w skórę z intensywnością, która powoduje, że zaczynam wiercić się na krześle. - Nie można tak po prostu sprowadzać ludziom czegoś takiego na głowę. To duża odpowiedzialność.
- Myślę po prostu, że to całkiem ujmujące - zaczynam w końcu, gdy przestaje mówić. - Taka wizja, wracać codziennie do zwierzęcia, które cię kocha.
Sama ta perspektywa z jakiegoś powodu chwyta mnie za serce. Nie mogę skupiać się na niej zbyt długo, bo zaczyna ogarniać mnie wzruszenie podobne do tego, którego ludzie doświadczają przy oglądaniu bajek dla dzieci z zaskakująco głębokim przekazem.
Matka patrzy na mnie wzrokiem, który wcale nie jest ponury. Jest w nim jedynie obojętność, a ja znowu odbieram ją jak uderzenie w twarz.
- Rób, co chcesz. - Wzrusza ramionami. - Ja ci się do weterynarzy nie będę dokładać. Poza tym nie sądzę, że koty potrafią kochać. To wszystko czysty instynkt, zwykła desperacja.
Wychodzę bez słowa. Słyszę, że woła coś jeszcze za mną, ale nie mogę się już zatrzymać. Trudno - podpowiada mi prosto do ucha cicha złość.
Na chłodnym podwórzu w końcu się zatrzymuję. Obracam głowę, by spotkać jej spojrzenie. Słyszałam jej kroki na klatce schodowej. Patrzy na mnie pierwszy raz z tak bliska. Czuję, jak jej oddech odbija się na moich policzkach. Chłodne palce dotykają własnych, nawet nie wiem, kiedy uścisk naszych dłoni stał się tak intensywny, że prawie bolesny.
Pozostajemy tak zupełnie bez słowa. Ja wpatrzona w nią, ona we mnie. Myślę o tym, że jest piękna. Myślę, że jest najstraszniejszym, co mnie w życiu spotkało.
- Na razie nie biorę kota - mówię matce następnego dnia, gdy rozmawiamy przez telefon. Siedząc na kuchennym parapecie, widzę, jak Mania walczy pod blokiem z kontenerem na śmieci, który chyba zamarzł, bo nie może go otworzyć. Nadal nie przypomniała sobie o wierszach. - Przynajmniej nie teraz. Może w przyszłym roku albo przynajmniej gdy zrobi się cieplej.
- No i bardzo dobrze - odpowiada mi odległy głos ze słuchawki. - Nie ma co robić cyrków, zwłaszcza teraz, gdy jesteś w takim przygaszonym stanie.
Jej nadejście czuję na moment, zanim się zjawi. Mogę siedzieć w zupełniej ciszy lub przebiegać przez najgłośniejszą część miasta - to nie ma znaczenia. Zawsze zaczyna się tak samo.
W głowie narasta mi ciśnienie. Czuję szum krwi pędzącej w moich żyłach, jestem nagle świadoma każdego oddechu, każdego, nawet najmniejszego drgnięcia mojego ciała. Potem przychodzi wściekłość.
Wbija się powoli w przestrzenie między półkami w bibliotece, wypełza ze szczelin w oknach w naszym mieszkaniu. Parę razy Mania wchodzi do pokoju akurat w momencie, gdy kłębi się u moich stóp. Wtedy jak na zawołanie, na komendę kogoś, kogo nie są w stanie sięgnąć, rozbija się po pokoju.
Czasem zjawa czeka już wtedy na mnie w kącie pokoju. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć, że Manię darzy czymś zupełnie przeciwnym do sympatii. Widać to po jej minie i po sposobie, w jaki niechętnie wycofuje się w cień. Wystarczy, że wzrok Marianny padnie na mnie na chwilę, że z zupełnym brakiem zainteresowania zagadnie:
- Wszystko dobrze?
To wystarczy, by odegnać ode mnie ciemność, przynajmniej na chwilę. Czasem mam ochotę wrzeszczeć, zapytać, a może nawet błagać, by po prostu opowiedziała mi o swoim życiu.
Chcę wiedzieć, co stało się z Zuzą, z którą jeszcze pół roku temu przyjaźniły się tak blisko.
Chcę wiedzieć, czy udało jej się zaliczyć przedmiot, z którym miała przecież tak ogromne problemy.
Chcę, by po raz tysięczny opowiedziała mi historie z podstawówki, których doświadczyłam przecież na własnej skórze.
Fantazjuję o tym, jak siada na krańcu mojego łóżka tylko po to, by po jakimś czasie zupełnie się na nim położyć. Ta senna wizja szybko przybiera w mojej głowie pozycję niemal sakralną - myślę o niej, gdy nie mam już innego ratunku.
Kiedyś by tam usiadła, oparłaby się o mnie ramieniem.
Kiedyś by mi powiedziała.
Teraz po prostu wychodzi.
Gdy drzwi zatrzaskują się za nią z głośnym skrzypnięciem, cienie natychmiast do mnie powracają.
Ciśnienie powoli narasta.
Desperacja sprawia, że zaczynam wynosić ze sklepów przypadkowe produkty. Gdy tylko Marianna znika, zrywam się z miejsca. Wlokę się po schodach za nią, by skręcić do pierwszego napotkanego sklepu. Tam czeka na mnie cień.
Śmieje się, zachęca, bym wpychała do kieszeni torebki budyniu i małe opakowania czekoladek.
Przenika między dziesiątkami zupek chińskich i pokaźnym asortymentem herbat.
Nikt mnie nie przyłapuje. W zgiełku sklepu, wychodząc, nie zwracam nawet uwagi na to, czy bramki zapiszczały, by obwieścić mój występek. Gdy chłód uderza mnie w twarz, napięcie odrobinę lżeje, ale nie odchodzi zupełnie. Pozostaje ciężką, lepką obecnością, od której nie jestem w stanie się uwolnić. Mam wrażenie, że zaraz wybuchnę. W obliczu tej zimnej grudniowej nocy stanę w lodowatych płomieniach, które natychmiast wbiją mi się w serce.
Moja drżąca dłoń sięga do kieszeni. Wyciągam z niej pęk kluczy i powoli podnoszę go na wysokość oczu. Patrzę na wtłoczenia w metalu, na moje czerwone od mrozu palce.
Wiem, że ona patrzy razem ze mną.
Powoli zbliżam się do ośnieżonego samochodu zaparkowanego tuż przed sklepem. Nie drżę, nie czuję nawet lęku, gdy krawędź największego klucza zahacza o czerwony lakier samochodu. Narzędzie pozostawia po sobie wyraźny, szary ślad, widoczny nawet w świetle starych, ulicznych latarni.
Gdy przesuwam się wzdłuż wozu, nie towarzyszy mi nic poza obrzydliwym skrzypieniem ścierających się ze sobą powierzchni.
- Co jest, do cholery?
Za plecami słyszę głos, próbuję oderwać dłoń od lakieru. Cienie trzymają ją jednak na miejscu. Czuję, że ciśnienie ustępuje, czuję, że jestem już tak blisko namiastki spokoju, może muszę jeszcze tylko odrobinę wytrzymać.
Męska dłoń zaciska się na moim ramieniu, odpycha mnie, zanim zdołam obrysować również tylną część samochodu.
- Przestań, na Boga, co ty robisz? - woła do mnie głos nieznajomego, któremu nie mogę nawet dokładnie się przyjrzeć.
Ciśnienie powraca, a ja patrzę jej w oczy. Właściciel samochodu przeklina, szarpie mnie nawet za ramię. Ja jednak nie mogę przebudzić się z tej dziwnej, niemej rozmowy. Z naszego porażającego połączenia.
Powiedz coś - mówię w głowie sama do siebie albo do niej, a potem odwracam się i zaczynam biec, jakimś cudem wymykając się nieznajomemu, który akurat pochyla się nad samochodem.
Wyrzuty sumienia dopadają mnie prawie natychmiast, gdy zatrzaskuję za sobą drzwi do domu. Przysłania je jednak ulga. Prawie jakby mrok odepchnąć mogła ode mnie jedynie mało imponująca destrukcja.
W końcu to ja odzywam się pierwsza. Być może zupełnie przez przypadek dzieje się to tego samego dnia, którego zdaję sobie sprawę, że brakuje mi pieniędzy. Do domu udaje mi się dowlec dopiero o czwartej nad ranem, po spotkaniu u Kuby, które miało być naszą spóźnioną celebracją nowego roku.
Nie wstaję, tak po prostu. Zostaję pod imponującą warstwą przykryć przez cały dzień. Obserwuję, jak cienie spacerują po ścianach, po podłodze, po całym pokoju. Przywłaszczają sobie moją przestrzeń krok po kroku. Gdybym nie była skupiona jedynie na ciszy, pewnie nawet bym tego nie zauważyła.
Pod koniec dnia, gdy zamawiam indyjskie jedzenie, zdaję sobie sprawę, że nie mogę się ruszyć, nawet gdybym chciała. Plecy bolą mnie niemiłosiernie, zupełnie jakbym utknęła tu co najmniej na dziesięć lat. Nagle nie jestem pewna, czy rzeczywiście spędziłam w moim łóżku w kącie pokoju tylko jeden dzień. Być może Mani w domu nie ma już od tygodni.
- Gapisz się na mnie - mamroczę w końcu, ledwie słyszalnie, bo nie towarzyszy mi nikt poza nią. Mimo że świadków nie ma, przez dłuższy moment mam wrażenie, że zrobiłam z siebie absolutną kretynkę.
Dopiero po chwili chłodny głos wpełza mi do głowy. Jej dostojny cień góruje tuż nade mną, ślepia tracą zwykłą szarość. Nagle staje się twardsza, policzki jej rumienieją. Jest fizyczna, można by nawet powiedzieć, że ludzka, ale trzeba by zmrużyć oczy, żeby to dostrzec.
- W desperacji człowiek zaczyna przemawiać sam do siebie. - Głos ma niezmiernie melodyjny, a słowa brzmią, jakby je recytowała. - Rozumiem, że jesteś gotowa, by porozmawiać.
Stoi dokładnie nade mną i po raz pierwszy mam okazję, by przyjrzeć się jej przez dłuższy moment. Twarz ma smukłą, długą i pobladłą. W ciemnych włosach, łaskoczących mnie teraz po twarzy, jest coś dziwnego. Wydają się pozlepiane czymś klejącym i obrzydliwym. Wygląda jak karykatura człowieka stworzona przez ulicznego artystę, wyciągnięta z kartki siłą. Przeraża nie tylko pustką w oczach, ale też zbyt długimi palcami, chorowitym wyglądem i dziwnym, jakby słodkim zapachem.
- Chciałabym wstać. - Udaje mi się w końcu wydukać. Nie wiem, co innego powinnam jej powiedzieć. Wszystko wydaje się teraz zbyt ciężkie, zbyt przygniatające, by skutecznie odepchnąć ją ode mnie. - Nie rozumiem... nie wiem, czym jesteś. Nie wiem, dlaczego tu jesteś.
- Nikt nigdy nie wie - odpowiada. Szare wargi rozciągają się w czymś, co z braku lepszego pomysłu należy nazwać uśmiechem. - Przynajmniej nie na początku. Gdy wychodzę z cienia, zawsze zachowują się, jakby nigdy wcześniej mnie nie widzieli. Tutaj przyznać ci muszę dodatkowy punkt za odwagę. Odezwałaś się sama, oszczędziłaś mi sporo zachodu.
- Dlaczego cię widzę? - dopytuję. - Dlaczego tylko ja?
- Zdecydowanie nie tylko ty. - Odcina się szybko. - Nie jesteś wyjątkowa. Jesteś tylko wściekła i może właśnie dlatego niezdolna do zrozumienia. Kiedyś usiądziesz ze mną i porozmawiasz jak równy z równym.
Na samą myśl o tym czuję mdłości. Wizja nas siedzących razem, naszych ramion stykających się ze sobą przy każdym wdechu, budzi tylko lęk. W tej chwili zdaje mi się, że nigdy nie będę do tego zdolna.
- Widzę, że wątpisz. - Wzdycha. To przeklęte rozbawienie w jej głosie budzi we mnie furię. Gdybym miała siłę unieść dłoń, szarpnęłabym ją za te przebrzydłe włosy.
- Chcę wstać - powtarzam, tym razem z większą werwą.
- Jak sobie życzysz - odpowiada i rzeczywiście oddala się odrobinę. - Lekkość przyjdzie ci łatwo, gdy już zdasz sobie sprawę z tego, jak łatwo zrzucić mrok na innych.
I już jej nie ma. Tamtego dnia po raz pierwszy dostrzegam, że jej zniknięcie potrafi boleć bardziej niż jej obecność.
We wtorek z samego rana dzwonię do mojej ulubionej księgarni w centrum Warszawy. Jest daleko, w lecie często chodzę tam piechotą, choć zajmuje to przeszło godzinę. Mimo że Warszawa jest dużym miastem, tylko w tym miejscu da się zdobyć rzadkie, obcojęzyczne wydania zagranicznych książek. Ze sprzedawczyniami jestem tam na ty. Jestem pewna, że przez słuchawkę poznają mnie po głosie, mimo że nie było mnie tam od miesięcy.
Zamawiam więc dziesiątki egzemplarzy. Specjalne wydanie Iliady w nowym, podobno rewolucyjnym tłumaczeniu, Foe, trzy książki azjatyckich autorów, w tym coś autorstwa K?b? Abe. Dwa tomy poezji, choć wierszy nie znoszę.
- Brzmi wspaniale, naprawdę imponująco - mówi ekspedientka, słyszę, że zapisuje coś na klawiaturze. - To chyba największe zamówienie, jakie kiedykolwiek u nas złożono.
- Pogoda zachęca do czytania w domu.
- Gdy książki przyjdą, będziemy kontaktować się przez wiadomość - dodaje jeszcze kobieta. - Potem zadzwonimy. Proszę pamiętać o odebraniu książek. Ich sprowadzenie wiąże się dla nas z dużym kosztem.
Zgadzam się mechanicznie. Odłożywszy telefon, jeszcze przez chwilę wpatruję się w ceratę stołową.
Zadzwoniłam tylko po to, by ich nie odebrać. Nagła potrzeba, by sprawić, że coś pójdzie nie tak komuś innemu oprócz mnie, wydaje się przygniatająca. Tego dnia składam jeszcze dziesiątki podobnych zamówień. Na urodzinowe babeczki, na które nawet nie byłoby mnie stać, na cztery bukiety kwiatów, których nazwy nie potrafię już nawet powtórzyć. W żadnym z tych miejsc nie wymagają ode mnie zaliczki. Możliwe, że głos młodej, entuzjastycznej kobiety budzi w nich coś w rodzaju zaufania. Być może jeszcze nie przejechali się na własnej naiwności.
Po dwudziestu telefonach lekkość w końcu przychodzi. Przez chwilę rozważam nawet wyjście z domu. Mogłabym w końcu zwrócić książki do biblioteki. Natychmiast przed oczami stają mi jednak obrazy przechodniów atakowanych przez samą moją obecność.
Dzień wcześniej, wychodząc z metra, otarłam się ramieniem o starszego mężczyznę. Z roztargnienia wyrwał mnie jęk bólu. Odwróciłam się, by spojrzeć, jak nieznajomi pomagają mu pozbierać się z ziemi. Skrawek cienia wystawał mu jeszcze z klapy marynarki.
- Co się stało? - zapytał ktoś, a on odpowiedział rozedrganym tonem.
- Nie wiem, to było, jakby ktoś dźgnął mnie nagle prosto w serce.
Kuba dzwoni do mnie, gdy jestem w przejściu między liniami metra.
- Gdzie jesteś? - Jego głos w słuchawce jest jak zwykle zbyt donośny, sprawia, że odsuwam ją trochę od ucha.
- W drodze do domu - odpowiadam ostrożnie.
- Dlaczego?
- Co to znaczy "dlaczego"? Skończyłam swoją zmianę w pracy i wracam, wydaje mi się, że Mania mówiła, że zrobi obiad i zostawi mi resztki, chcę zjeść.
- Mania jest tutaj - wrzeszczy, a ja zaczynam wdrapywać się na schody między stacjami. Ludzi jest tu tak dużo, że momentami muszę stawać na palcach, żeby w ogóle utrzymać równowagę.
Ze słuchawki rzeczywiście dobiega do mnie głos Mani, gdzieś z daleka. Trudno usłyszeć, co mówi, ale wiem, że również wrzeszczy.
- Nie czytałaś naszych wiadomości na grupie - zarzuca mi Kuba. - Byliśmy na dzisiaj umówieni, polajkowałaś nawet informację o tym, gdzie się spotykamy.
- Przepraszam - rzucam i nie wiem, czy kieruję te słowa do Kuby, czy do kobiety z małym dzieckiem, którą właśnie zupełnym przypadkiem przepchnęłam mocno na bok. - Musiałam nie skupić się na tym, co pisaliście.
- Świetnie. - Choć ze wszystkich moich przyjaciół to on jest najbardziej wyrozumiały, teraz słyszę w jego głosie coś podobnego do złości. W masie ludzi trudno skupić się na własnych odczuciach. Mam wrażenie, że wyrzuty sumienia najpierw uderzają we mnie, a potem rozchodzą się mi po kościach, by przeniknąć na moich towarzyszy.
- Halo, Honorata, kiedy będziesz? - Kuba wyrywa mnie z rozmyślań. - Możemy nawet podjechać pod ciebie autem.
- Nie będzie mnie - odpowiadam słabo, wreszcie zatrzymując się na stacji. Za wszelką cenę staram się unikać krawędzi peronu. Wizja tego, że ktoś mógłby wepchnąć mnie pod nadjeżdżający pociąg, śni mi się po nocach. - Dzisiaj już nie dojadę, mam do was zdecydowanie za daleko. Czekając na mnie, zmarnujecie tylko czas.
- Mania mówi, że ugotuje ci coś tutaj. Możemy też zamówić, żeby było szybciej, dotrzesz tu, a jedzenie będzie już czekać gotowe.
- Nie dzisiaj, Kuba, naprawdę - odpowiadam, gdy zajeżdża przede mnie wagon metra. W środku czeka jeszcze więcej ludzi. - Następnym razem na pewno będę.
Rozłączam się, zanim udaje mu się powiedzieć coś jeszcze. To może wydawać się trochę nie na miejscu, ale on nie odpuszcza nigdy, chyba że odbierze się mu możliwość dalszego przekonywania.
Wydaje mi się, że słyszę, jak ktoś z moich współpasażerów wspomina o niecodziennym zdarzeniu, które miało dzisiaj miejsce na przypadkowym przystanku autobusowym.
- Podobno ludzie wyszli z tego z obrażeniami podobnymi do odmrożeń. - Na dźwięk odległego głosu przymykam powieki. - Nie sądziłam, że jest aż tak zimno...
- Nie uwierzysz mi - mruczy pod nosem, mieszając palcem w moim ulubionym kubku, który postawiłam przed nią przeszło kwadrans temu. - Oczywiście, że nie bo jesteś nudna i zbyt przerażona, żeby myśleć sensownie, ale osób z podobnym schorzeniem jest całe mnóstwo. Zwłaszcza tu, zwłaszcza w miejscach, gdzie mieszka tyle ludzi. Chłód wydziera z nich cienie, w zimie populacja miasta prawie się podwaja, jesteśmy prawie po równo, my i wy.
Nie wiem, co w tej sytuacji jest bardziej poniżające - to, że w ogóle z nią rozmawiam, to, że z jakiegoś powodu zrobiłam cieniowi przesiadującemu na moim parapecie gorącą herbatę, czy to, że miesza w niej teraz palcem wskazującym.
Przyznaję przed samą sobą, że liczyłam na to, że się oparzy. Skoro jest taka chłodna, zbudowana w połowie z ciała, w połowie ze śniegu i gołoledzi. Liczyłam, że ciecz zleje się jej po gardle i sprawi, że jej głos choć na chwilę zniknie z mojej głowy.
- Jeśli myślałaś, że jakimś cudem dasz radę zrobić mi krzywdę wrzątkiem, to do tego całego zbioru epitetów, który wygłosiłam przed chwilą, dodaj jeszcze, że jesteś naiwna.
- Jaki sens ma rozmawianie na głos, skoro bez przerwy wpychasz się w moje myśli? - Nawet na nią nie patrzę. Zmywam naczynia, ignorując obrzydliwe resztki zebrane na talerzach, które na swoją kolej czekały co najmniej tydzień. Mani nie ma tu od poniedziałku. To ona zawsze o nich zapomina.
- Powiedzmy, że to swego rodzaju rytuał poniżenia. - Zeskakuje z parapetu. Jej kroki ledwie wybrzmiewają na kuchennych płytkach. Wydaje mi się, że jest bardzo lekka, mogłabym dmuchnąć i wyleciałaby przez szybę, gdyby okno było otwarte. - Choć naprawdę nie masz się czego wstydzić, wielu ludzi widzi cienie, zwłaszcza zimą.
- Nigdy nie widziałam, żeby ktoś zmagał się z czymś podobnym - mamroczę, walcząc, by się nie odwrócić. - Gdybym wspomniała o tym komukolwiek, uznałby, że oszalałam.
- Być może. - Teraz uwiesza się na mnie, obciąża moje ciało niepojmowanym ciężarem. Muszę przytrzymać się blatu, by nie załamały się pode mną kolana. - A jednak, niektórzy są po prostu lepsi od ciebie w ukrywaniu tego. Uwierz mi, Honorato, niektórzy są wręcz mistrzami. Nie poznasz po nich niczego, nawet jeśli spojrzysz im bardzo głęboko w oczy.
Jestem pewna, że gada absolutne bzdury. Myślę o Kubie, o Mani, o mojej byłej dziewczynie Wiktorii, z którą spędziłam dwa lata. Z większością tych ludzi, mimo mojego otumanionego stanu, wciąż rozmawiam kilkanaście razy w tygodniu. Myślę o tym, że znam ich serca od środka, jestem prawie pewna, że każdą ich decyzję byłabym w stanie przewidzieć, zanim ją podejmą. Zadaję sobie więc pytanie, czy mogłabym powiedzieć im o tym, zdradzić choć odrobinę z tego, co przeżywam za każdym razem, gdy robi się zimno. Pokazać im ją.
Odpowiedź nasuwa się na język tak silnie, że znów prawie wypowiadam ją na głos. Twarde "nie".
- Jeśli jednak przyjrzysz im się dokładnie - zaczyna powoli zjawa za moimi plecami. W końcu odwracam się, by na nią spojrzeć. - Popatrzysz tam, gdzie oni spoglądają jedynie kątem oka, zwrócisz uwagę na szczegóły, na to, jak ręce drżą im zdecydowanie nie z zimna, zobaczysz to w nich, obiecuję.
- Strach? - dopytuję, patrząc na jej blade oblicze. Jest piękna, najpiękniejsza na ziemi. Teraz jestem pewna, że gdy odwrócę wzrok, ona rzuci się na mnie i wbije mi kły w gardło. Możliwe, że Mania znajdzie mnie tu, na kuchennej podłodze za kilka dni, gdy w końcu przywlecze się do domu.
- Nie strach. - Uśmiecha się lekko, jej usta są sine, ale chyba nie od chłodu. Wyglądają tak, jakby stale je przygryzała. - Głód.
Przestaję wychodzić z domu. Najpierw nie pojawiam się na kilku wykładach. Wielka aula na kampusie głównym przestaje kojarzyć mi się z godzinami, które poświęcić mogę na rozmowy z sąsiadami z ławki. Boję się, że ich poparzę, że usiądą obok mnie, w gardle stanie im kryształ lodu. Boję się, że zrobię im krzywdę, bardziej przeraża mnie jednak myśl, że spojrzą prosto na mnie i uda im się przejrzeć mnie na wskroś.
Mówiła, że da się dostrzec cienie, mówiła, że każdy je ma. Przeraża mnie więc myśl, że zobaczą.
Mania wraca do domu, ale mimo że wciąż mieszkamy w jednym pokoju, nie rozmawiamy prawie w ogóle. Ciągle dokądś się śpieszy. Gdy mnie mija, zawsze jest w drodze do wyjścia albo kładzie się spać. Nie daje mi nawet zatęsknić.
W tej nietypowej samotności zaczynam odbywać długie, wyczerpujące rozmowy ze swoim cieniem. Najpierw proste i z jej strony zdecydowanie złośliwe, pełne dogryzania i żartów o tym, że jeśli zostanę tu na dłużej, to pościel wchłonie mnie na zawsze.
Potem przeradzają się jednak w coś zupełnie niespodziewanego - dialogi porywające, ciągnące się przez kilka, a czasem nawet kilkanaście godzin. Jedyną przerwą od tej ciągłej komunikacji okazuje się dla mnie spanie oraz rzadkie momenty, gdy zamykam się w łazience.
Przekonuję się o czymś, co w retrospekcji powinno być dla mnie oczywiste. Mój cień wie o mnie wszystko. Zna moje obsesje, fiksacje, pasje, zajęcia, które przez lata darzyłam miłością. Mój cień podobny jest do mnie pod każdym względem i właśnie w tych godzinach pozornej samotności przestaje mnie to przerażać.
- Nadal wzruszam się, gdy myślę o tym filmie - mówię jej kiedyś od niechcenia, wspominając koreańską produkcję, do której odwołałam się na maturze jeszcze przed jej obejrzeniem. Zakochać się w niej mogłam dopiero miesiąc po zdanym egzaminie. - Ale tylko jeśli skupię się na nim bardzo mocno. Coś wtedy przedziera się przeze mnie i nie mogę powstrzymać łez.
- Przywiązanie do fikcji jest rzeczą tak wielką - mamrocze zjawa, przyglądając się uważnie swoim nienaturalnie długim palcom. - To jasne, że dla ciebie jest niepojmowalna.
- Co to ma znaczyć? - dopytuję, nadając mojemu głosowi nutę zagniewania. - Jestem za głupia, żeby pojąć samą siebie?
- Nie chodzi o ciebie - wyjaśnia. - Chodzi o ludzi. Ludzie mało wiedzą.
Czuję, że cień wypycha mnie z rzeczywistości. Nie pomaga fakt, że zaczyna naprawdę panoszyć się po i tak już bardzo ciasnym mieszkaniu.
- Powinnaś zapisywać każde nasze spotkanie. - Wzdycha, gdy leżymy obok siebie na pościeli. - Prowadzić coś w rodzaju pamiętnika, pisać tam za każdym razem, gdy zobaczysz cienie.
- Niby po co?
- Żeby to wszystko dobrze pamiętać. - Wzrusza ramionami. Tak łatwo udaje, że jest jej to zupełnie obojętne. - Obie wiemy, że nigdy tego nikomu nie opowiesz, ale przynajmniej będziesz wiedziała, od czego to wszystko się zaczęło.
Następnego dnia kupuję notatnik. Najtańszy z tych, których okładki nie są całkowicie szpetne. Zaczynam zapisywać bezmyślnie: zdania są pourywane, słowom zdarza się złożyć w spójną całość jedynie przypadkiem. Jestem pewna, że wrócić będę mogła do nich tylko ja, bo każdy inny weźmie je po prostu za przypadkowe, niewiele znaczące bazgroły.
Ludzie zaczynają znikać, gdy zima staje się najbrzydsza. Tak oceniałam to wcześniej, zanim jeszcze cienie stały się niezaprzeczalną częścią mojego życia. Przestawałam widywać sąsiadów na klatce, nawet tych, którzy zwykle wyprowadzali swoje psy trzy razy dziennie. Większość studentów, wcześniej zawziętych, wyraźnie zmotywowanych wizją egzaminu, właśnie w tym czasie ostatecznie rezygnuje z pojawiania się na zajęciach. Nawet Kuba dzwoni wtedy do mnie rzadziej.
Tak więc na przełomie lutego i stycznia przestają dzwonić do mnie telefony. Matka nie zaprasza mnie już nawet na kawę czy obiad. Być może nie przejęłabym się tak bardzo, gdyby nie to, że na zakupy spożywcze w tych miesiącach stać mnie było tylko raz na dwa tygodnie.
Z początku nawet nie zauważam, że coś się zmienia. Wszystkie dziwności przypisuję brzydkiej pogodzie. Wstyd się przyznać, ale zaczynam przyzwyczajać się do jej stałej obecności u mojego boku, na ramieniu, za plecami lub w kąciku oka.
Z okna Radiotelewizji wyglądam na Muranowską. Przede mną stoi kubek kawy, tam na szczęście całkiem taniej, po części dlatego, że przyniosłam swój kubek, a po części dlatego, że Natalia za kasą doliczyła do niej swoją zniżkę pracowniczą.
Wzrok wbijam w mój nowy pamiętnik. Większość słów, które skleciłam w nim przez ostatnie dni, teraz wydaje mi się bezużyteczna.
Potem to zauważam.
Na dworze moja zjawa podchodzi do mężczyzny śpieszącego gdzieś w grubej, puchowej kurtce. Poznaję, że był w półbiegu, najprawdopodobniej walcząc, by jak najszybciej uciec od zimna.
Patrzę na to, jak pod wpływem cienia zwalnia, a potem całkowicie zatrzymuje się tuż przed oknem. Gdyby odwrócił głowę, nasze spojrzenia z całą pewnością by się spotkały.
Spodziewam się, że zachwieje się w miejscu. Myślę nawet, że może oprzeć się o ścianę i zwymiotować, gdy chłodna dłoń zjawy spotka się z jego skórą. To zdążyło zdarzyć się już kilkukrotnie, odkąd zjawa zaczęła wpływać na ludzi dookoła. Raz niestety w komunikacji miejskiej. Zaciskam obie dłonie na chłodnej porcelanie kubka.
To nie twoja wina. Powtarzam sobie w myślach. Nie twoja sprawa. Zdążyłam już przyzwyczaić się do tej mantry, która w głowie gra mi codziennie.
Wbijam paznokcie we wnętrze dłoni. Jestem gotowa przyglądać się cierpieniu tego człowieka, gotowa patrzeć, jak z lokalu wybiega cała obsługa, by zaoferować mu pomoc, na którą ja nie jestem się w stanie zdobyć.
Tym razem dzieje się jednak coś zupełnie innego. Zjawa powoli opiera się o mężczyznę. Oplata ramionami jego tors, chowa twarz w jego szyi, a ja widzę, jak on zaczyna drżeć. Jego kurtka wobec przenikliwego chłodu jej skóry nie stanowi żadnej ochrony.
Wydaje mi się, że jej ramiona się wydłużają. Tak, tak, z całą pewnością rozciągają się jak guma. Widzę przecież, że w jakiś sposób jest w stanie pochłonąć go zupełnie, okręcając się dookoła jego klatki piersiowej jak sprężyna.
Moje usta rozwierają się mimowolnie. Nie wiem, czy powinnam poprosić, by się zatrzymała. Przez chwilę wydaje mi się nawet, że w końcu wydobędzie się ze mnie krzyk, który ostatecznie wyjawi moją tajemnicę.
Po rozchyleniu powiek wita mnie widok znacznie gorszy, niż gdy je zamknęłam. Całe jej ciało rozciągnięte jest do niepojmowalnej skali - teraz cienkie jak prześcieradło, nadal białe, prawie przeźroczyste. Jej twarz, jeśli można to jeszcze w ogóle tak nazwać, zdążyła zgubić wszystkie rysy. Nie wiem, czy spłynęły i połączyły się z płynną masą jej ciała, czy rozerwało je niemożliwe rozciągnięcie.
Potem mrugam jeszcze raz.
Mężczyzna znika. Tak po prostu, nie ma go na chodniku. Zjawa opiera się o szarą kolumnę budynku. Unosi chudą, teraz całkowicie zwyczajną dłoń i spokojnie ociera kącik ust. Zrywam się z miejsca, ale zanim zdążę obejść stołek i rzucić się w kierunku wyjścia, ona nagle znajduje się tuż obok mnie.
- Co jest, do cholery? - Wypalam. Chcę ją odepchnąć albo chwycić za ramiona i mocno nią potrząsnąć. Powstrzymuję się w ostatniej chwili. Zjawa rozgląda się po kawiarni. Tak się złożyło, że jesteśmy tu prawie same: ja, zjawa i Natalia za kasą.
- Wszystko w porządku? - pyta ta ostatnia, wychylając się zza szklanej lodówki, w której widnieją serniki.
- W jak najlepszym - odpowiadam pośpiesznie, przechylając się w kierunku stolika.
Widzę, że zmarszczka zdziwienia między brwiami Natalii znika, gdy odwraca się znów w kierunku kuchni.
- Co się stało z tym facetem? - szepcę, gdy tylko zostajemy same ze zjawą.
- Przegrał walkę z cieniem. - Wzdycha dramatycznie, opadając na wolne krzesło. - Pokonałam go, szybko, prawie bezboleśnie. Można powiedzieć, że poddał się bez walki.
- I gdzie jest teraz? - Nie daję za wygraną. Zjawa klepie miejsce na pustym stołku obok siebie, ale od razu kręcę głową. - Co się z nim stało? - naciskam.
- Bóg wie. - Wzrusza ramionami. - Chociaż w sumie nie jestem pewna, czy wie, możliwe, że on też nie ma zielonego pojęcia.
- Gdzie jest łazienka? - pytam szybko, zupełnie ją ignorując. Natalia wychyla się z kuchni i wskazuje mi drogę. Mijam drewniane schody prowadzące na górne piętro, gdzie znajduje się większość dostępnych tutaj książek, i znikam za drzwiami. Nie muszę oglądać się za siebie, by wiedzieć, że za mną podąża. Zawsze to robi.
- Co ty z nim zrobiłaś? - pytam znowu, gdy tylko zatrzaskują się za mną drzwi. Mówię szeptem tylko dlatego, że chciałabym jeszcze tu wrócić. Natalia nie może uznać mnie za wariatkę.
- Ja? - obrusza się zjawa. - Ja jestem tylko cieniem. Przedłużeniem twojej własnej woli. Nie odbieraj sobie zasług.
- Nie kazałam ci tego zrobić. - Tym razem wyciągam ramiona, by przyszpilić ją do ściany. Ku mojemu zdziwieniu moje dłonie nie spotykają się jednak z jej chłodną skórą. Przenikają ją na wskroś, rozbijając się boleśnie o żółtawe łazienkowe płytki. - Żadnej z rzeczy, które robisz codziennie, od miesięcy nie kazałam ci zrobić. To wszystko jest wbrew mojej woli.
- Nie kazałaś, nie kazałaś - przyznaje. Na jej twarzy maluje się coś, co można określić mianem czystej złośliwości. - Ale milczysz, to wystarczy.
Daję sobie parę godzin na zastanowienie. Wychodzę z Radiotelewizji, zaczynam iść w stronę domu. W połowie drogi jestem już przekonana, że to, co właśnie zobaczyłam, było wyjątkowo okrutnym wybrykiem mojej wyobraźni.
Niemożliwe, że cienie są w stanie wbić się w rzeczywistość tak mocno.
W roztargnieniu zapominam, że zjawa traktuje każdą moją myśl jak wyzwanie. Po drodze rzuca się jeszcze na kioskarza, któremu udaje się tylko jęknąć w jej objęciach. Jego zniknięcie obserwuję przez zaparowaną szybkę kiosku. Kubek z gorącą herbatą, który akurat trzymał w dłoni, ląduje na blacie. Ciecz zalewa kolorowe czasopisma plotkarskie.
Chcę błagać, by powiedziała mi, dokąd ich zabiera. Upaść na kolana w śniegu i prosić, żeby dała mi spokój. Chcę się położyć i pozwolić, by przykryła mnie zaspa, żebym też mogła zniknąć. Zamiast tego sięgam po telefon.
Przez chwilę z jej twarzy znika złowieszczy uśmiech, zupełnie jakby myślała, że w lęku rzeczywiście mogę opowiedzieć komuś wszystko, co właśnie widziałam.
Boi się, że przemówię.
Gdy wybieram numer do Kuby, przez chwilę sama w to wierzę. Zamiast tego, gdy odbiera, wypalam jedynie:
- Gdzie jesteście?
- No wreszcie - odpowiada ze swoim zwykłym, niegasnącym entuzjazmem.
Chwilę później przesiadam się w autobus i jadę, pędzę w kierunku Ursynowa. Ona pędzi za mną.
Drzwi otwierają się przede mną i momentalnie uderza mnie zwalające z nóg gorąco. Jestem pewna, że nigdy nie byłam w miejscu tak rozgrzanym, mam wrażenie, że najcieplejszy dzień lata nie mógłby równać się z żarem buchającym obecnie z mieszkania Kuby.
- Mikołaj robi tosty - wita mnie właśnie tymi słowami, przypominając skinieniem głowy o tym, bym zostawiła buty na wycieraczce przed drzwiami. - Są trochę obrzydliwe, więc nie będę opowiadać o tym, co jest w środku.
To wszystko jest tak boleśnie normalne, że oczy szklą mi się od łez. Szybko kręcę głową, mamrocząc coś, o tym, że to wszystko przed nagłą zmianę temperatury. W środku czeka na mnie wolne miejsce na wieszaku na ubranie, to samo, na którym wieszam kurtkę zawsze, odkąd przyszłam tu po raz pierwszy.
W środku roi się od ludzi. Znajome twarze, do których w roztargnieniu nie jestem w stanie przypisać imion, przewijają się przede mną bardzo szybko. Witam się z nimi skinieniem głowy, kilka osób nawet przytulam, choć ten rodzaj fizycznego kontaktu zawsze budził we mnie lekkie obrzydzenie, zwłaszcza w środku sezonu grypowego.
Na koniec opadam na kanapę tuż obok Mani, która od razu przyciska się do mnie ramieniem.
- W porządku? - pyta, zupełnie jakby mogła dostrzec, że od naszego ostatniego spotkania zmieniło się odrobinę zbyt dużo.
- W porządku - potakuję, a ona natychmiast zaczyna pokazywać mi coś na swoim telefonie.
Co jakiś czas pozwalam sobie spojrzeć za okno. Panuje tam absolutna ciemność. Nie taka, w której przy zmrużeniu oczu dostrzec można park i inne bloki skąpane w nocy, lecz taka, w której nie kryje się nic poza pustką. Mam wrażenie, że cienie napadają na ursynowski blok z siłą sprawiającą, że ściany uginają się do środka.
Po drugiej stronie salonu Mikołaj wybucha głośnym śmiechem. On i Kuba wspominają, jak kiedyś wepchnęliśmy sklepowy wózek do płytkiej rzeczki otaczającej naszą podstawówkę.
Chwilę później ktoś wpycha mi do ręki talerz z trzema tłustymi tostami. Gdy przesiadam się do stołu, Mikołaj przysuwa mi napój z lodem. Jeden, potem kolejny. Tosty smakują lekko obrzydliwie, wcale nie dlatego, że napchano do nich kilka plasterków sera, a dlatego, że jest w nich składnik, którego nie potrafię nazwać, a którego zdecydowanie nie powinno tam być.
Mam wrażenie, że co jakiś czas do moich uszu dociera skrzypienie uginających się pod wpływem ciemności ścian, ignoruję to jednak za wszelką cenę, staram się wsłuchać w przerywaną śpiewem Abby rozmowę.
- I co, Hona, namyśliłaś się w sprawie wyjazdu? - pyta Mikołaj, a w jego głosie wybrzmiewa zwykły entuzjazm. Słowom udaje się na tyle skutecznie przebić przez cienie, że aż odwracam wzrok od okna. Na chwilę zapominam, że jesteśmy zawieszeni w środku niczego.
- Możemy jechać nad morze - mówię, na chwilę odtrącając od siebie tę myśl. Nie ma co mu psuć humoru, zwłaszcza że dzisiejsze spotkanie odbywa się po części dlatego, że niedawno zwolniono go z pracy. - Jeziora wydają mi się trochę nudne.
- Co ty. - Kuba dosiada się do mnie. - Możemy wypożyczyć skutery wodne. Nie po to robiłem w zeszłym roku patent, żeby teraz z niego nie korzystać.
- Wolałabym umrzeć, niż wsiąść z tobą na coś takiego - rzuca Mania. - Chociaż w sumie na jedno wychodzi.
- A to niby czemu? - natychmiast się obrusza. - Jeździłaś przecież ze mną samochodem wiele razy. Musisz przyznać, że było bardzo bezpiecznie.
- Było, było - wtrąca się Mikołaj, ale Mania dochodzi do głosu znowu dokładnie w tym samym momencie.
- Wydaje mi się, że już samo wejście do zbiornika wodnego, tak po prostu na nogach, byłoby całkiem ryzykowne. Bałabym się, że mnie utopisz.
Kuba spycha ją z krzesła. Gdy ląduje na czerwonym dywanie, kącik moich ust lekko się unosi. Skrzypienie ścian nieco cichnie. Rozmowy zlewają się w jedną, skomplikowaną całość. Nawet mnie ciężko połapać się w tym, o czym tak właściwie rozmawiamy. W trakcie naszych emocjonalnych, całkiem głębokich uniesień - o sensie życia, cenach mieszkań w Warszawie i obecnej sytuacji politycznej - wielokrotnie mam wrażenie, że przemawia przez nas coś na kształt geniuszu. Otaczający mnie ludzie wydają się oświeceni. Siedząc na wysokim stołku, mam wrażenie, że nikt nigdy nie pojął świata i istoty lat nastoletnich tak dokładnie, jak my robimy to teraz.
W rzeczywistości gdyby naszą rozmowę nagle zaczęto transmitować w radiu lub gdyby dopuszczono do niej kogoś nieotumanionego żarem mieszkania i bliskością, którą udaje się osiągnąć z wiekiem coraz rzadziej, z pewnością uznano by nas za idiotów. Najsensowniejszym, co można wynieść z naszej rozmowy, jest propozycja Mikołaja, byśmy wszyscy wprowadzili się do wspólnego domu.
- To by nas chyba zniszczyło - dopowiadam, odwracając się w kierunku lodówki, gdy cichną na chwilę. Myślę o tym, jak dawno nie czułam ekscytacji na widok Mani w kuchni naszego wspólnego mieszkania, o tym, jak kiedyś czekałam, aż przybędzie pod mój dom rodzinny, z utęsknieniem odliczając minuty do naszego spotkania. - Nie wytrzymałabym bałaganu.
Gromadzimy się wszyscy na kanapie w salonie, gasimy światło, pozwalamy, by owiła nas napierająca na szyby noc.
Usypia mnie monotonny dialog o tym, co będzie jutro, i myśl, że jakimś cudem odnalazłam w tym mroku fortecę, do której cienie nie są w stanie wedrzeć się w żaden sposób. Po raz pierwszy od dawna towarzyszy mi coś, co kształtem przypomina spokój.
Dalsza część w wersji pełnej