Włączam guzik uruchamiający automatyczne składanie lusterek samochodu i gaszę silnik. Minimalizuję tym samym możliwość starcia pojazdu z autami mijających mnie kierowców, a nie wszystkim zależy na idealnym wyglądzie samochodu. Niektórzy nie potrafią dostosować prędkości na wyjątkowo wąskiej przyszkolnej drodze, mimo że ostrzegawcze znaki wyraźnie informują o kumulacji dzieci znajdujących się w tym miejscu. Zerkam na zegarek. Mam dokładnie dwadzieścia minut, żeby dojechać z córką na zajęcia z angielskiego, a potem kolejnych piętnaście, żeby wrócić do redakcji. Chyba coś ją zatrzymało, bo o tej porze zwykle czeka już na mnie przy chodniku. Bębnię palcami w kierownicę i obserwuję snującą się w pobliżu młodzież. Jakiś chłopak, być może nieco młodszy od mojej Wiktorii, szarpie drugiego za zbyt dużą bluzę z kapturem. Koleżeńskie żarty, bo po chwili obaj zaczynają się śmiać. Dołączają do nich inni. Ktoś ciska plecakiem pod sam płot. Zupełny brak szacunku do rzeczy i pieniędzy rodziców. Ale to kwestia wychowania. Nikomu nie jest spieszno do domu. Brak organizacji zajęć staje się chyba najczęstszą przyczyną głupkowatych myśli. Nieważne. Wiktorii nadal nie ma, a ja zaczynam powoli tracić cierpliwość.
Sięgam po telefon, na którego ekranie widnieje notatka o konieczności rozmowy z szefem i sprawdzenia tekstu o zdrowym odżywianiu. Jeśli nie zrobię tego do siedemnastej, mogę pożegnać się z myślą o jakimkolwiek awansie. Doskonale o tym wiem, więc ostatnim, czego teraz potrzebuję, jest ponaglające mnie urządzenie. Wyłączam powiadomienie i klikam w listę połączeń. Spośród wielu wypisanych nazwisk osób, z którymi odbyłam dzisiaj rozmowę, wybieram imię córki. Przykładam telefon do ucha i czekam na sygnał. Zamiast niego słyszę mężczyznę recytującego regułkę o abonencie znajdującym się w tym momencie poza zasięgiem sieci. Szlag by to trafił. Wiktoria z pewnością nie włączyła jeszcze telefonu. Durna polityka szkoły zakazuje używania urządzeń na terenie placówki. Rozumiem, że nie powinno się korzystać z komórek podczas lekcji, a młodzież wpatrująca się w ekran z postawą snującego się bezsensownie zombie to już plaga. Ale nie żyjemy w średniowieczu. Czasami istnieją takie sytuacje, jak ta, kiedy pojawia się konieczność pilnego kontaktu.
Odkładam telefon na deskę rozdzielczą. Poprawiam upięte w kok włosy i zerkam w lusterko na swoje usta. Pomadka zdążyła się już trochę zmyć. Trudno. Upewniam się, czy w pobliżu mnie nie przejeżdża żadne auto. Nikogo nie ma, więc otwieram drzwi i wychodzę na zewnątrz. Ruszam w stronę furtki, bo tylko tak będę w stanie wypatrzyć córkę z daleka. Wzdłuż całego płotu ogradzającego teren szkoły ciągną się gęste krzewy tuj, które zasłaniają widok. Rośnie we mnie frustracja. Jeśli zobaczę Wiktorię paplającą z kimś przy drzwiach, chyba wyjdę z siebie. Znów zerkam na zegarek. Odkąd przyjechałam, minęło przeszło pięć minut. Nie mam czasu na to, by czekać na nią w nieskończoność. Ale, jak sięgnąć wzrokiem, córki nie ma. Ani przed wejściem, ani na chodniku, ani na żadnej ze stojących na przyszkolnym terenie ławek. Pięknie! Zatem jeszcze siedzi w szkole. Rozglądam się dookoła, bo może przeoczyłam ją gdzieś na chodniku. Nic z tego. Grupka dzieci, która przed chwilą stała jeszcze przy płocie, oddala się w stronę głównej drogi. Wokół robi się cicho. Cicho jak makiem zasiał.
Gratuluję rozsądku, Wiktoria - powtarzam w myślach. Wściekam się, bo wychodzi na to, że wszyscy zdążyli już opuścić teren placówki. Wszyscy, tylko nie ona. Tymczasem ja stoję tu jak kołek i czekam, ale w przeciwieństwie do mnie czas pędzi jak szalony. Biorę głęboki wdech i kieruję się w stronę gmachu. Może utknęła gdzieś w szatni, w łazience czy - nie daj Boże - jakiś nauczyciel wezwał ją na rozmowę, choć z moją córką nigdy dotąd nie było żadnych problemów. Jestem tak naładowana złością, że nawet jeśli sam dyrektor będzie chciał zamienić ze mną słowo, zrównam go z ziemią. Szarpię za klamkę przymocowaną do szklanych drzwi i wchodzę do środka. Od razu uderza mnie charakterystyczny zapach szkoły, który doskonale pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Nie mam zbyt wielu dobrych wspomnień wyniesionych z tamtych lat. "Aneta Pinokleta", zbitka słów jak na zawołanie zaczyna kołatać mi w głowie. Tak mnie nazywali, bo miałam zbyt duży nos. Nienawidziłam ich i siebie przy okazji też. Obiecywałam sobie, że kiedy dorosnę, zrobię sobie operację. Teraz mam to gdzieś. Otrząsam się, bo retrospekcja nie jest mi teraz do niczego potrzebna. To już nieaktualna przeszłość.
Wchodzę na korytarz i przeczesuję wzrokiem otwartą przestrzeń wokół mnie. Schody, kolorowe tablice pełne prac młodszych uczniów i pomieszczenie z napisem "szatnia". W oddali sporo zamkniętych drzwi, za którymi być może odbywają się jeszcze jakieś zajęcia. Nie widzę jednak żadnych ludzi. Szkoła widmo. Jasna cholera. Jeszcze tego brakuje, bym musiała biegać po piętrach w poszukiwaniu mojej zguby. Zmierzam w stronę szatni, ale ta wydaje się pusta. Przy metalowych kratach, na przymocowanych do deski haczykach wiszą tylko materiałowe worki. Nie wiem, w którym miejscu przebiera się moja córka, a naprawdę nie mam czasu na bawienie się w detektywa i przeglądanie rozrzuconych na podłodze butów. Może rozpoznałabym te należące do niej.
- Wiktoria! - wołam, choć jestem niemalże pewna, że gdyby była tutaj, z pewnością bym ją zobaczyła. Musiałaby chyba schować się pod ławką. - Wiktoria, jesteś tutaj?! - wołam już naprawdę wściekła.
Brak odpowiedzi.
- Dzień dobry - słyszę nagle za swoimi plecami obco brzmiący głos. Zaskoczona, prawie podskakuję.
- Wystraszyła mnie pani - rzucam oskarżycielskim tonem w stronę starszej kobiety ubranej w dziwny starodawny fartuch. Nie jestem miła, wiem, ale sytuacja zaczyna mnie przerastać. Czas się kurczy, a szansa, by zdążyć na umówioną godzinę, razem z nim.
- Przepraszam - odpowiada. - Czy mogę w czymś pomóc? - pyta uprzejmie, ignorując fakt, że ja sama zupełnie nie dbam o grzeczności.
- Szukam córki. Wciąż nie wyszła ze szkoły. Wiktoria Domańska z siódmej be. Nie widziała jej pani gdzieś?
Kobieta potakuje, a ja mam chwilową nadzieję na to, że naprawdę mi w czymś pomoże. To mała szkoła, więc się domyślam, że wszyscy się tutaj znają.
- Wiktoria... tak - próbuje sobie przypomnieć. - Widziałam ją rano, ale teraz nie. Przykro mi - mówi od rzeczy. To tak, jakby nie powiedziała mi nic. Rano też ją widziałam. I to w tym momencie naprawdę nie ma żadnego znaczenia.
Nawet nie chce mi się tego komentować.
- Rozumiem. Dziękuję - odpowiadam mimo to. Dobry Boże. Nie jestem sobą. Muszę opanować nerwy. Dziesięć minut. Przeklęte dziesięć minut. Tyle nam zostało, by dotrzeć na angielski. Nie ma szans, byśmy zdążyły. Znów będę zmuszona do naginania przepisów, a wszystko dlatego, że Wiktoria zupełnie nie słucha, co się do niej mówi. Rano wyraźnie przypominałam, że musi się pospieszyć. Urwałam się dla niej z pracy. Taką okazuje mi wdzięczność.
- Może pójdę do pokoju nauczycielskiego i sprawdzę, gdzie córka miała lekcje - proponuje starsza pani. Wciągam powietrze. To znowu trochę potrwa, ale w zasadzie sama nie mam innego pomysłu.
- Dobrze - zgadzam się. - Będę wdzięczna - odpowiadam. Sekundę później kobieta odchodzi. Widzę, jak mozolnie zaczyna wlec się po schodach, i już wiem, że pozyskiwanie tej informacji znów zabierze nam jakieś kolejne pięć minut.
Nagle mnie olśniewa. Jeśli się nie mylę, plan zajęć mojej córki jest dostępny w aplikacji dziennika elektronicznego. Wyjmuję telefon i wybieram z ekranu konkretną ikonkę. Całe szczęście, że jakiś czas temu ustawiłam automatyczne uzupełnianie hasła, bo nie przypomniałabym go sobie teraz za żadne skarby świata. Jako pierwszą zauważam listę powiadomień, których nie przeglądałam już chyba dobry miesiąc. To zwykle zbędne informacje dotyczące tematów, których Wiktoria może dopilnować sobie sama. Przegrzebuję kolejne zakładki i trafiam na plan lekcji. Jest. Wpatruję się w początkowo niezrozumiałą dla mnie tabelę i po chwili dociera do mnie, że ostatnią lekcją było wychowanie fizyczne. Najgorsze, co mogłam przeczytać. Cudownie. Zatem teraz przychodzi mi jeszcze się dowiedzieć, w którym miejscu szkoły znajduje się sala gimnastyczna. Minimalizuję stronę dziennika i kolejny raz wybieram połączenie do Wiktorii. Może już zdążyła uruchomić ten durny telefon. Nic z tego. Znów automatycznie recytowana regułka o braku dostępności abonenta. Opuszczam urządzenie, nawet nie klikając w czerwony przycisk. Wbiegam na schody, gdzie przed chwilą zniknęła mi starsza pani. Jeśli wyjdę jej naprzeciw, zyskam czas i zapytam ją o tę salę. Lepsze to niż włóczenie się po całym budynku.
Stukot moich obcasów zaczyna roznosić się po szarych kaflach, kiedy pokonuję kolejne stopnie w zastraszającym tempie. To znak, że pomimo siedzącego trybu pracy mam jeszcze całkiem niezłą kondycję.
Znów korytarz. Rozglądam się wokół i kolejny raz nie widzę niczego, co mogłoby mi jakoś pomóc. Czuję się zagubiona i coraz bardziej sfrustrowana, choć przed momentem sądziłam, że już gorzej być nie może.
Nagle widzę otwierające się przede mną drzwi. Z przyzwyczajenia zerkam na przymocowaną do nich tabliczkę. "Pokój nauczycielski" głosi czarny napis nadrukowany na białym tle. Jest i starsza pani, a tuż za nią postawny, znacznie młodszy ode mnie chłopak. Nie mam bladego pojęcia, kto to.
- Proszę pani... - zaczyna starsza kobieta.
- Wiem, że Wiktoria miała wuef. Zdążyłam znaleźć to w dzienniku elektronicznym - wtrącam. - Chciałam zapytać, gdzie jest sala - pospieszam ją, tymczasem ona zerka na mężczyznę stojącego za jej plecami.
- Dzień dobry. Arkadiusz Woch. - Facet podchodzi do mnie bliżej i wypowiada swoje imię, jakby to miało mieć teraz jakiekolwiek znaczenie. W tym momencie może być samym prezydentem. Dla mnie liczy się tylko to, by czym prędzej zgarnąć Wiktorię i zawieźć ją na lekcję. A potem wrócić do pracy.
- Nie rozumiem, dlaczego mi to pan mówi. Aneta Domańska - odpowiadam, bo może jednak kwestia przedstawienia się sobie ma teraz jakieś ukryte dno, które za chwilę zostanie mi unaocznione. - Zostaje pan oddelegowany do wskazania mi sali czy co? - sugeruję ironicznie.
- Jestem nauczycielem Wiktorii, pani córki, jak domniemam - tłumaczy. - Nie było jej dzisiaj na zajęciach. To znaczy na ostatniej lekcji. Sądziłem, że pani o tym wie.
Wgapiam się w mężczyznę i nie do końca pojmuję, co ma na myśli. Analizuję jego słowa, ale te nijak nie kleją się w całość.
- To chyba jakaś pomyłka - stwierdzam, bo to jedyne, co w tym momencie przychodzi mi do głowy.
- Zdecydowanie nie. Kilkanaście minut temu skończyłem lekcje z dziewczynami - dodaje absolutnie pewien co do swoich słów.
To chyba jakiś kiepski żart.
- Nie miałam o tym pojęcia - odpowiadam zgodnie z prawdą, wbijając wzrok w podłogę. Zastanawiam się nad tym, co powinnam teraz zrobić. Do diabła. Czuję się, jakbym właśnie trafiła na plan jakiegoś kiepskiego filmu. - Dobrze. Dziękuję. Porozmawiam z nią o tym, gdy wróci do domu - kończę gorzko, bo zdaje się, że nie wskóram tutaj nic więcej. Odwracam się na pięcie i odchodzę.
Mamy ze sobą do pogadania. I to z pewnością nie będzie przyjemna rozmowa.
W drodze do samochodu wyjmuję telefon i wybieram numer pani od korepetycji z angielskiego, żeby odwołać dzisiejsze zajęcia. Będę musiała ją przeprosić, bo przecież robię to w ostatnim momencie, choć nigdy wcześniej nam się to nie przytrafiło. Najwyżej opłacę tę godzinę, żeby nie wykreśliła nas z grafiku. Odbywam krótką rozmowę i wsiadam do auta. Kiedy wkładam kluczyk do stacyjki, widzę, jak trzęsą mi się palce.
Niewdzięczna smarkula. Dwoję się i troję, by zapewnić jej wszystko, co trzeba, tymczasem ona nie potrafi tego docenić. Co ją podkusiło, żeby opuścić ten durny wuef? Wagary? Ja jej dam wagary. Jeśli moje przypuszczenia się potwierdzą, będzie miała szlaban na telefon. Na dobre dwa tygodnie. Chociaż może nie. Muszę przecież mieć z nią jakiś kontakt. Wymyślę coś innego.
Czas pokaże.
Odpalam silnik, zwalniam hamulec ręczny i wciskam pedał gazu. Z piskiem opon ruszam z miejsca i pędzę prosto w stronę domu.