Dziewczyna szabrownika - S.K. Tremayne

-
Proszę czekać

Wtedy

Pada, nic tylko pada.

Emma wyj­rzała przez otwarte drzwi, pod­no­sząc wzrok na zasnute poranne niebo. Wciąż leje.

Ciężko i bole­śnie wes­tchnęła. Koniecz­nie pra­gnęła się przejść. W domu było jej co chwila to za gorąco, to za cia­sno, to za zimno. Roz­mowy z teściami prze­bie­gały sztywno, a jej mąż Andrew co rusz gdzieś prze­pa­dał, zosta­wia­jąc ją na mie­li­znach kon­wer­sa­cyj­nych bana­łów. Długo wycze­ki­wany wyjazd do zachod­niej Korn­wa­lii abso­lut­nie nie oka­zał się obie­cy­wa­nym przez niego w Lon­dy­nie wytchnie­niem.

Będzie roman­tycz­nie, naj­droż­sza. Cze­kają nas dłu­gie spa­cery we dwoje po kli­fach.

Nie było roman­tycz­nie. Budziła się co rano przy­tło­czona grubą czapą burych chmur, które nacie­rały z taką nie­ustę­pli­wo­ścią i deter­mi­na­cją, jakby wyko­ny­wały zle­cone zada­nie. I sumien­nie się do niego przy­kła­dały, a na doda­tek Andrew gdzieś zni­kał, zupeł­nie jakby nie potra­fił prze­by­wać w jed­nym domu ze swoją rodziną, z wła­sną matką i ojcem.

Pada.

Zasty­gła w progu Emma ponow­nie roz­wa­żała, dokąd wybrał się mąż. Znów zszedł do malut­kiej osady? Znów pije Pod Sara­ce­nem? Tak czy ina­czej, na razie była sama. Chwi­lowo nikt jej nie obser­wo­wał, nikt nie osa­czał pyta­niami, son­du­jąc, tak­su­jąc, prze­wier­ca­jąc na wylot wzro­kiem. Stała po pro­stu przy drzwiach wycho­dzą­cych na alejkę, która kusiła pięk­nem. To jedna z nie­licz­nych dro­go­cen­nych oka­zji pod­czas tej wyprawy do Korn­wa­lii, by samo­dziel­nie odkry­wać oko­licę. A te chwile są naj­cen­niej­sze.

Przez sekundę zasta­na­wiała się, czy powinna coś komuś powie­dzieć, napi­sać kar­teczkę, zosta­wić wia­do­mość, ale potem uznała, że nie. Chciała znowu poczuć praw­dziwe emo­cje towa­rzy­szące ucieczce. Zostać sama i po pro­stu być sobą -?cudow­nie wolna od sztyw­nych przy­mu­sów.

I gdy tak patrzyła, wydało jej się, że nawet tro­chę prze­staje padać. Sły­szała już teraz tylko przy­tłu­miony szum morza w oddali. Ale czyżby dobie­gał też jakiś głos zza ple­ców, z głębi domu? Ktoś jej szuka?

Nie może do tego dopu­ścić. Nie wytrzyma kolej­nej tury gier kar­cia­nych, kolej­nej fili­żanki her­baty, kolej­nego klu­cze­nia w roz­mo­wie -?nie kiedy wszystko jest na zewnątrz. Jak ludzie mogą żyć w ten spo­sób, cią­gle w czte­rech ścia­nach, gdy ota­czają ich takie cuda natury?

Dość!

Zde­ter­mi­no­wana szybko narzu­ciła na sie­bie płaszcz, zawią­zała botki i wyszła na dzie­dzi­niec, cichutko zamknąw­szy za sobą drzwi.

Skrę­ca­jąc w lewo, obok stajni i wyszczot­ko­wa­nych koni, skie­ro­wała się jedyną dostępną ścieżką w dół do morza. Dobrze poznała już tę trasę. W prze­rwach mię­dzy lodo­wa­tymi wichrami w tym tygo­dniu zdą­żyła zauro­czyć się tą słodką, rzewną, piękną oko­licą, pełną jaski­nek i zato­czek: Pen­berth, Le Sca­the, Por­th­gu­ar­non, Zawn Dorlam, gdzie dzi­kie wrzo­so­wi­ska scho­dzą ku bez­ład­nym leśnym zaro­ślom, wio­dą­cym do kli­fów i dalej ku bez­mia­rowi oce­anu, nad któ­rym kołują ptaki patro­lu­jące swe pry­watne posia­dło­ści na ster­czą­cych gra­ni­to­wych gła­zach.

Pół godziny póź­niej Emma tra­fiła na znane już jej roz­wi­dle­nie ścieżki. Bez waha­nia wie­działa, w którą stronę się skie­ro­wać.

Swoją ulu­bioną.

Zawn Dorlam, Zatoczka Wodo­spadu! Wszy­scy prze­strze­gali Emmę, że to miej­sce jest nie­bez­pieczne, zdra­dliwe, śli­skie -?cudne, ale z groź­nymi, poszar­pa­nymi urwi­skami, gęstą, czę­ściowo zbu­twiałą roślin­no­ścią i pokry­tymi zgniłą mazią kamie­niami. Nic jej to nie wadziło -?bo ta dzika ście­żyna, wijąca się mię­dzy janow­cami, jeży­nami i tama­rysz­kiem, otwie­rała się na prze­stwór prze­siąk­nię­tego mor­ską solą powie­trza. Głę­boko wdy­chała tę ambro­zję i szła dalej pew­nym kro­kiem przed sie­bie, prze­ska­ku­jąc ostat­nie prze­łazy, prze­ci­ska­jąc się mię­dzy kol­cza­stymi krze­wami i coraz bar­dziej przy­bli­ża­jąc się stromą ścieżką do odlud­nej plaży, na którą prak­tycz­nie nikt nie docie­rał póź­nym listo­pa­dem.

Cho­ciaż dzi­siaj?

Dzi­siaj w Zawn Dorlam po raz pierw­szy w tym desz­czo­wym tygo­dniu Emma nie była sama.

Wpa­try­wała się zasko­czona. Ktoś... naj­wy­raź­niej spał. Chyba dziecko. Tuż przy uro­kli­wym wodo­spa­dzie. Dziecko ubrane od stóp do głów, nie­szy­ku­jące się do dania nurka w fale. Po pro­stu leży.

W zim­nie i na desz­czu.

Emma wstrzy­mała oddech, zanie­po­ko­jona. Po ple­cach prze­biegł jej pierw­szy dreszcz stra­chu. Dla­czego późną jesie­nią dziecko leży na plaży? Czy to miej­sce jest bez­pieczne? Natych­miast poczuła, że stało się tu coś złego. Może to dziecko usnęło -?a może wyda­rzyło się coś dużo bar­dziej mrocz­nego.

Nie miała wyboru. Trzeba było się prze­ko­nać. Ostroż­nie pode­szła po kamie­niach do punktu, który zapew­niał lep­szą widocz­ność.

To nie jest dziecko. Na zim­nych gła­zach u pod­nóża wodo­spadu, gdzie kaskada zmie­niała się w rwący do morza stru­mień, leżała drobna kobieta. Na głowę miała nacią­gnięty kap­tur, który prze­sła­niał jej twarz. Emma była za to wdzięczna. Bo to z pew­no­ścią były zwłoki, szczątki nie­ży­wego czło­wieka -?trup. Nikt pozo­sta­jący przy życiu, z biją­cym w piersi ser­cem, nie leżałby pod wodo­spa­dem, nasią­ka­jąc bez drgnie­nia, bez zmru­że­nia oka desz­czem i morzem.

Cal po calu Emma przy­su­nęła się jesz­cze bli­żej. Mogła teraz zaj­rzeć pod kap­tur i prze­ko­nała się, że to nie są zwy­czajne zwłoki. Ta twarz była w sta­nie potwor­nego roz­kładu, ciało i kości prze­gniłe, zakrwa­wione, poroz­ry­wane. A obok leżał bucik, poje­dyn­czy, zapo­mniany skó­rzany nie­mow­lęcy bucik, gni­jący, omszały i roz­darty tak jak głowa kobiety.

Tu wyda­rzyło się coś gor­szego niż nie­szczę­śliwy wypa­dek, może nawet gor­szego niż zabój­stwo. Coś pie­kiel­nego.

W akom­pa­nia­men­cie desz­czu sie­ką­cego w morze i skały, w papro­cie i błoto, Emma na całe gar­dło krzyk­nęła z prze­ra­że­nia.

1

Spo­glą­dam na drugi koniec pięk­nego salonu u mojej naj­młod­szej i naj­za­moż­niej­szej klientki. Romilly Kel­hel­land, sub­tel­nie ele­gancka w ciem­nych dżin­sach i popie­la­tym kasz­mi­ro­wym topie, zro­biła wła­śnie pauzę w swoim mono­logu, nie­spiesz­nie bio­rąc łyczek przej­rzy­stego zie­lon­ka­wego płynu, poda­nego jej na srebr­nej tacy przez poko­jówkę. Nie zosta­łam poczę­sto­wana tym napo­jem, przy­pusz­czam więc, że jest alko­ho­lowy. Romilly wspo­maga się cza­sem szkla­neczką cze­goś moc­niej­szego, wymu­sza­jąc wtedy tak jak teraz natu­ralną pauzę w naszych sesjach. Albo wypija jeden lub dwa drinki na końcu, kiedy zbie­ram już swoje rze­czy i myślę o powro­cie pro­mem do domu w Fal­mo­uth.

Pod­czas gdy sączy tru­nek, napa­wam się słyn­nym wido­kiem roz­ta­cza­ją­cym się z tej rezy­den­cji -?Willi Tama­riz. Z pew­no­ścią wła­śnie on zade­cy­do­wał o tym, że bogaty angiel­ski kapi­tan żeglugi mor­skiej i jego żona, rodo­wita Por­tu­galka, wła­śnie tutaj wybu­do­wali w 1820 roku swój wspa­niały dom w stylu regen­cji.

Z obszer­nego okna weran­do­wego widać całe mia­steczko St Mawes, jego cza­ru­jącą przy­stań, tchnącą zie­le­nią posia­dłość Place Manor, Plażę Jezusa i Cypel Świę­tego Anto­niego w oddali. Nawet w tak szary listo­pa­dowy dzień jak dziś jest to błogi obra­zek. Zawsze coś się dzieje na zatoce. Nie­które łódki są już przy­go­to­wane na zimę, wycią­gnięte na brzeg z pozwi­ja­nymi żaglami. Inne wciąż bujają się na roz­le­wi­skach Car­rick Roads, zmie­rza­jąc do Flu­shing albo błą­ka­jąc się kra­jo­znaw­czo to tu, to tam mię­dzy uro­kli­wymi bliź­nia­czymi zamczy­skami, które Hen­ryk VIII wzniósł z myślą o stu­dze­niu zapę­dów Hisz­pa­nów.

Zer­kam kon­tro­l­nie na pokój. Romilly jest zato­piona we wła­snych myślach. Ponow­nie korzy­stam więc z chwili i spo­glą­dam na leżące w dole mia­steczko.

Pomimo póź­nego sezonu nie­ustra­szeni tury­ści prze­cho­dzą ulicz­kami St Mawes obok Pen­sjo­natu Tre­san­ton, wik­to­riań­skiego pubu, wymu­ska­nego Hotelu Idle Rocks i sklepu ryb­nego przy zamknię­tej lodziarni z zacią­gnię­tymi role­tami. Poga­du­jąc i pod­śmie­wa­jąc się, mijają pocztę i prom do Fal­mo­uth, na który prze­woź­nik Jago Moyle wpusz­cza swo­ich pasa­że­rów.

Zasta­na­wiam się, czy cho­ciaż jedna osoba zwróci uwagę na atrak­cyjny, zadbany, poma­lo­wany na różowo domek w rzę­dzie wik­to­riań­skiej zabu­dowy, w któ­rym kie­dyś miesz­kała psy­cho­lożka sądowa wraz z mężem praw­ni­kiem - pań­stwo Sha­plan­do­wie -?i ich drob­niutka córka Min­nie.

Wąt­pię. Niby czemu?

-?Wszystko w porządku, Karenzo?

Wraca rze­czy­wi­stość. Oży­wam.

-?Tak, prze­pra­szam, to tylko... wiesz, wspo­mnie­nia.

Upo­mi­nam się: "Jesteś w pracy". Romilly Kel­hel­land to klientka z mojej pry­wat­nej prak­tyki, płaci za mój czas z wła­snej kie­szeni, a przy­naj­mniej z rodzin­nej. Nie sie­dzę w rzę­si­ście oświe­tlo­nym, bia­łym, ste­ryl­nym pokoju roz­mów z meblami przy­śru­bo­wa­nymi do posadzki i nie pro­wa­dzę wywiadu z zabójcą dzieci o jego fik­sa­cji na punk­cie plu­szo­wych misiów. Tamto się skoń­czyło. Tak jak chcia­łam. Moja nowa praca jest inna. To rady­kalna zmiana i ja -?jak wie­rzę -?powoli roz­krę­cam swoją pry­watną dzia­łal­ność pomimo chwi­lo­wego nie­do­boru klien­tów. Ale ta praca wymaga nie­mniej­szego, choć nieco innego sku­pie­nia.

-?Co pijesz, Rom?

-?Sbi­ru­lino. Jestem total­nie uza­leż­niona.

-?To alko­hol, prawda?

Romilly odpo­wiada ze śmie­chem:

-?Tak, pro­fe­sor Moriarty. Nakry­łaś mnie, zosta­łam zde­ma­sko­wana.

-?Czy tro­chę nie za wcze­śnie?

-?Za wcze­śnie? No cóż, nic na to nie pora­dzę, sbi­ru­lino jest po pro­stu znie­wa­la­jące. Odkry­li­śmy je z Tashem zeszłego lata we Flo­ren­cji.

-?Co to w ogóle jest?

-?Robią to w Rivo­ire. W tej zna­nej kawiarni na Piazza della Signo­ria. Myślę, że to pew­nie gin, Finoc­chietto, szam­pan, syrop ze spi­ru­liny. Byłaś tam ostat­nio? We Flo­ren­cji? W Rivo­ire? Musisz popró­bo­wać!

Odchrzą­kuję. Lubię wypić małe piwo Doom Bar w Pubie Vic­tory z Jagiem.

-?Nie cał­kiem moje kli­maty. Ale brzmi cie­ka­wie.

Romilly posyła mi uśmiech, który zazwy­czaj wywo­łuje pożą­dany efekt. Deli­katne kości policz­kowe, blond włosy, zie­lo­no­błę­kitne oczy, pocią­ga­jący uśmiech mło­dej, szczę­śli­wej kobiety: dwa­dzie­ścia trzy lata, bogata, świet­nie wykształ­cona. I wszystko to tylko przy­krywka.

Gdy­by­ście zoba­czyli Romilly w mod­nym barze w lon­dyń­skim Bri­xton czy na Bro­okly­nie -?a wła­śnie tam spę­dza na ogół czas, gdy nie zaszywa się w domu w Korn­wa­lii -?ni­gdy nie powie­dzie­li­by­ście, że pod tymi dro­gimi dżin­sami skry­wają się szramy blizn, suge­stywna różowa dra­binka samo­oka­le­czeń.

Zapewne też byście nie zga­dli, że pod kasz­mi­ro­wym pulo­we­rem wid­nieją ciemne sińce -?ślady po wstrzy­ki­wa­niu nar­ko­ty­ków, zna­miona traumy, wyko­rzy­sta­nia, zagro­że­nia. Tak dużo pozo­staje w cie­niu. Te stare ary­sto­kra­tyczne fami­lie z posia­dło­ściami, jach­tami i uty­tu­ło­wa­nymi kuzy­nami w całej Korn­wa­lii -?któż by się domy­ślił, ile dra­ma­tów, a nawet czy­stego zła nagro­ma­dziło się przez poko­le­nia w dzie­jach tych sza­cow­nych rodów?

Ja wiem. Romilly wie. I wła­śnie w związku z tym się spo­ty­kamy. Tym mamy się zająć, popra­wić jej stan psy­chiczny.

Dla­tego nachy­la­jąc się do niej, pro­po­nuję, żeby­śmy o tym poroz­ma­wiały, zaczy­na­jąc może od mamusi. Romilly Kel­hel­land zga­dza się, nie bez wes­tchnie­nia, i drugą połowę godziny prze­wi­dzia­nej na naszą sesję prze­zna­czamy na roz­mowę o ego­istycz­nej matce, entu­zja­stce chi­rur­gii pla­stycz­nej i koka­iny. Według mnie to z jej powodu Romilly Kel­hel­land zsuwa nie­kiedy dżinsy i prze­ciąga ostrzem noża po obna­żo­nym udzie, pod­eks­cy­to­wana sączą­cymi się kro­pel­kami krwi i wzbie­ra­ją­cym bólem.

Kochana mamu­sia.

Po trzy­dzie­stu minu­tach takiej roz­mowy Romilly Kel­hel­land wygląda na wyczer­paną, ale chyba też oczysz­czoną, przy­naj­mniej tro­chę, jak mam nadzieję. Nie byłoby sensu, żebym wyko­ny­wała swoją nową pracę, gdyby nie przy­no­siła ludziom korzy­ści. Chcę się spraw­dzić.

Sesja nie­mal się koń­czy. Dla uczcze­nia tego Romilly zama­wia i otrzy­muje następne sbi­ru­lino. Tym razem pro­po­nuje lampkę rów­nież mnie, ale uprzej­mie dzię­kuję.

Pod­czas gdy sączy swój wyra­fi­no­wany drink, sie­dzę jak uboga krewna, sta­ra­jąc się sobie przy­po­mnieć, czy w ogóle byłam kie­dyś we Flo­ren­cji. Z Włoch pamię­tam tylko jedną sza­loną wycieczkę po całym kraju, którą odby­łam w wieku dwu­dzie­stu dwóch lat po zro­bie­niu licen­cjatu z psy­cho­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Bri­stol­skim, kiedy sta­ra­li­śmy się z Kyle'em wyci­snąć mak­si­mum z dzie­się­ciu mania­kal­nych dni, łącz­nie ze wspa­nia­łym sek­sem w tanich wło­skich hote­li­kach, w któ­rych dawano ręcz­niki kąpie­lowe gru­bo­ści baweł­nia­nych ser­we­tek. Czy zaha­czy­li­śmy o Flo­ren­cję? Nie­wy­klu­czone, pew­nie z jed­nym noc­le­giem, po któ­rym nastą­piła wizyta w potwor­nie zatło­czo­nej gale­rii...

Ale może to była Wene­cja?

Zbyt wiele wra­żeń w zbyt krót­kim cza­sie na tym urlo­pie. Tylko że wtedy to nie miało zna­cze­nia. Byli­śmy zawsze szczę­śliwi, wtedy. Cały nasz zwią­zek przy­po­mi­nał absur­dal­nie długi mie­siąc mio­dowy: od chwili pozna­nia się na stu­diach -?w klu­bie wspi­nacz­ko­wym, jakby ktoś pytał -?i pierw­szego seksu trzy dni póź­niej wszystko ukła­dało się gładko, natu­ral­nie, wyda­wało się oczy­wi­ste i przez długi czas życie toczyło się tym rado­snym ryt­mem. Ja pra­co­wa­łam jako asy­stentka w Szpi­talu Psy­chia­trycz­nym Mauld­seya, a Kyle koń­czył stu­dia praw­ni­cze i oboje korzy­sta­li­śmy ze stu­denc­kiego roz­kładu roku, by wyry­wać się co pewien czas na fan­ta­styczny tydzień, czę­sto z jaki­miś atrak­cjami skał­ko­wymi: klify w Pire­ne­jach, szlak The Old Man of Storr w Szko­cji...

Z mia­steczka w dole dobiega dźwięk kościel­nych dzwo­nów. Opła­cona godzina nie­mal minęła. Pod­no­szę wzrok i grzecz­nie poka­słuję, prze­jęta, by dobrze wywią­zać się ze swo­jej roli.

-?Romilly? Czy na tym dziś koń­czymy? Jeśli chcesz, możemy prze­dłu­żyć spo­tka­nie?

Ale Romilly już jest zaafe­ro­wana tele­fo­nem, uśmie­cha się do jakie­goś ese­mesa albo zdję­cia. Cza­sem tak robi i nauczy­łam się, by to akcep­to­wać, pły­nąć z nur­tem sesji, nie­chaj się koń­czy po swo­jemu, jak fre­ejaz­zowa impro­wi­za­cja. Zresztą sama jestem teraz głę­boko pogrą­żona we wła­snych wspo­mnie­niach. Zasta­na­wiam się, czy kie­dy­kol­wiek się nam psuło - przed­tem. Czy zro­bi­li­śmy coś nie tak przed­tem? Czy posta­wi­li­śmy jakiś fał­szywy krok, czy była jaka­kol­wiek zapo­wiedź?

Nie wydaje mi się. Gdy skoń­czył się okres stu­dencki, zaczęły się gorącz­kowe pierw­sze lata pracy, w któ­rych wszystko się zin­ten­sy­fi­ko­wało. Ja ambit­nie rzu­ci­łam się w wir dok­to­ratu w Insty­tu­cie Psy­chia­trii przy De Cre­spi­gny Park, Kyle przy­mie­rzał się do kariery pro­ku­ra­tor­skiej.

Póź­niej było mał­żeń­stwo -?uro­czy, skromny ślub w uro­czym skrom­nym anglo­sa­skim kościółku, zdo­bio­nym oso­bli­wymi gar­gul­cami. Zaraz potem zakwa­li­fi­ko­wa­łam się jakoś jako psy­cho­log sądowy i nasze życie zawo­dowe stało się trudną, ale eks­cy­tu­jącą ścianką wspi­nacz­kową, którą oboje musie­li­śmy poko­ny­wać. Dla mnie był to ciąg posie­dzeń komi­sji do spraw zwol­nień warun­ko­wych, wywia­dów psy­cho­logicznych z podej­rza­nymi i spo­tkań z kobie­tami, które zabiły swoje dzieci. Kyle był rów­nie zapra­co­wany, jako że powoli piął się po szcze­blach kariery praw­ni­czej.

Wresz­cie poja­wiła się Min­nie. Zaczę­li­śmy z Kyle'em wić gniazdko, prze­nie­śli­śmy się do Korn­wa­lii. Toteż przez te wszyst­kie lata nie bar­dzo był czas na wyprawy -?na przy­kład do Rivo­ire we Flo­ren­cji.

A potem się stało.

Kolejne tak­towne kaszl­nię­cie. Tym razem w wyko­na­niu Romilly. Przy­gląda mi się ze współ­czu­ją­cym, choć leni­wym uśmie­chem.

-?Wiesz co, Karenzo, nie musimy się zawsze spo­ty­kać tutaj, w Tama­riz, jeżeli... hm... w St Mawes jest ci cza­sami zbyt ciężko.

Kiwam głową, zacho­wu­jąc emo­cje pod kon­trolą. Moja klientka naj­wy­raź­niej mówi w swój kul­tu­ralny, nie­na­tar­czywy spo­sób: Jeżeli stre­suje cię wra­ca­nie do mia­steczka po tym wszyst­kim, z czym ci się koja­rzy, możemy się spo­ty­kać gdzie indziej.

Przy­wo­łuję się do porządku i kręcę głową.

-?Nie trzeba.

Pro­po­zy­cja jest uprzejma, ale nie ma takiej koniecz­no­ści. Co prawda zazwy­czaj spo­ty­kam się z klien­tami swo­jej pry­wat­nej prak­tyki w wol­nym pokoju w moim miesz­ka­niu po dru­giej stro­nie zatoki, w Fal­mo­uth, ale Romilly dobrze płaci i chcę iść jej na rękę. Ponadto -?mimo wspo­mnień - dobrze jest wybrać się pro­mem z Jagiem Moyle'em, a St Mawes daje mi zwy­kle przy­jemne ode­rwa­nie od codzien­no­ści. Obec­ność tutaj co tydzień mobi­li­zuje mnie też, żeby wpa­dać do poło­żo­nego w górze osady miesz­ka­nia mojej babci, cie­plut­kiego od miło­ści i poga­du­szek. Potra­fię zapa­no­wać nad sko­ja­rze­niami -?albo je odsu­nąć.

Choć dzi­siaj są wyjąt­kowo upo­rczywe.

-?Naprawdę, Romilly, wszystko w porządku.

Roz­ma­wiamy jesz­cze przez moment, ale na przy­godne tematy, bez związku z niczym poważ­nym, lekko.

-?Myślę, że na dzi­siaj koniec. Widzę duży postęp.

Romilly odwza­jem­nia uśmiech.

Gdy­bym tylko miała pięt­na­ście takich majęt­nych Romilly Kel­hel­land każ­dego tygo­dnia! Na razie nie mam i trudno mi zwią­zać koniec z koń­cem. Gniotą mnie kre­dyty, ale odma­wiam uzna­nia, że przej­ście na wła­sny rachu­nek było błę­dem, bo alter­na­tywa -?powrót do sta­rego życia zawo­do­wego -?jest po pro­stu nie do przy­ję­cia.

Ten powrót ozna­czałby wię­zie­nia, zamknięte oddziały psy­chia­tryczne i szczę­ka­jące klu­cze -?oraz słu­cha­nie opo­wie­ści jakie­goś pokur­cza, który tłu­ma­czy mi, że roz­kroił swoją dziew­czynę od pępka do brody, bo dep­tał mu po pię­tach pre­zy­dent Rosji. Bole­sne, mroczne sesje, po któ­rych zasta­na­wia­łam się: dla­czego to ty dalej żyjesz? Dla­czego ty? Nie ona? Dla­czego świat jest taki nie­spra­wie­dliwy?

-?Czyli, Rom, widzimy się w następny ponie­dzia­łek o zwy­kłej porze?

Romilly uśmie­cha się i potwier­dza.

Biorę swój nieco zno­szony płaszcz prze­ciw­desz­czowy, żegnamy się szyb­kim sio­strza­nym uści­skiem i opusz­czam piękną Willę Tama­riz, prze­szedł­szy wzdłuż antycz­nych por­tre­tów, mar­mu­rów i maho­niów oraz ze sma­kiem dobra­nych dzieł sztuki współ­cze­snej -?trzeba przy­znać, że Mamu­sia ma gust -?do roz­le­głego ogrodu na łagod­nym zbo­czu, gdzie owiewa mnie świeże, prze­siąk­nięte morzem korn­wa­lij­skie powie­trze.

Jest wpół do trze­ciej. Zostało wię­cej niż godzina, zanim Jago skie­ruje prom w stronę Fal­mo­uth w ostatni dzi­siej­szy rejs przed coraz wcze­śniej zapa­da­ją­cym listo­pa­do­wym zmierz­chem.

Mam więc czas i miły pre­zent w tor­bie.

Betty Spargo!

2

Czeka mnie krót­kie, strome podej­ście na inne z zie­lo­nych wzgórz oka­la­ją­cych St Mawes, do miesz­ka­nia mojej babci na jedy­nym osie­dlu komu­nal­nym w mia­steczku -?i jak się zdaje, jedy­nym uboż­szym obsza­rze w całym St Mawes. Wszystko inne zostało wypu­co­wane, odma­lo­wane i sprze­dane po kil­ka­set tysięcy czy nawet parę milio­nów fun­tów. Zresztą więk­szość lokali komu­nal­nych wyku­pili sami miesz­kańcy -?i potem oczy­wi­ście sprze­dali.

Teraz moja babka ze strony mamy, Eli­za­beth May Spargo -?czyli Betty Spargo -?mieszka tam w dostoj­nej izo­la­cji. Zaba­wiam się cza­sem myślą, że jest być może ostat­nią Korn­wa­lijką pozo­stałą w St Mawes, nie licząc takich wędrow­nych pta­ków jak ja, które przy­fru­wają i odfru­wają. W rze­czy­wi­sto­ści nikt z praw­dzi­wie korn­wa­lij­skimi korze­niami nie mieszka już w tym cud­nym mia­steczku. Mało tego, nikt z korn­wa­lij­skimi korze­niami nie mieszka na całym cud­nym pół­wy­spie Rose­land.

Dzi­siaj jest zbyt drogo, by być Korn­wa­lij­czy­kiem w naj­pięk­niej­szych rejo­nach Korn­wa­lii. Uro­cze St Mawes i całe ota­cza­jące Rose­land jest dla przy­by­szy.

Wcho­dząc po sza­rych stop­niach scho­dów do sza­rego bloku loka­tor­skiego babci, zasta­na­wiam się po raz sto dzie­więć­dzie­siąty ósmy w swoim życiu, dla­czego rada mia­sta posta­no­wiła wznieść wszyst­kie budynki komu­nalne w moż­li­wie naj­bar­dziej obskur­nym stylu. Czy to miała być jakaś kara, forma celo­wego zawsty­dze­nia miesz­kań­ców? Jeżeli tak, nie zadzia­łało to w przy­padku mojej babci. Bab­cia Spargo nie czuje wstydu i nie ma do niego naj­mniej­szego powodu: prze­ka­zała swój rodzinny dom w St Mawes nam, to jest mnie i Kyle'owi z naszą małą córeczką. A sama osta­tecz­nie wylą­do­wała tutaj po serii prze­pro­wa­dzek do wynaj­mo­wa­nych miesz­kań, wspi­na­jąc się coraz wyżej na wzgó­rzu.

Wita mnie w progu z typo­wym nie­po­ha­mo­wa­nym entu­zja­zmem i mocno obej­muje.

-?Karenzzzza! Kochana! Wspa­niale!

Jak zwy­kle zacho­wuje się tak, jakby moja wizyta była istną nie­spo­dzianką i jak­by­śmy nie odbyły trzech kolej­nych roz­mów, w któ­rych powia­da­mia­łam ją, że przyjdę. Nor­mal­nie u star­szej pani oba­wia­ła­bym się, że to oznaka demen­cji, ale umysł Betty nie jest w naj­mniej­szym stop­niu przy­tę­piony. Sama Betty zaś jest jedną z naj­drob­niej­szych zna­nych mi osób. Ma nie­całe sto pięć­dzie­siąt cen­ty­me­trów wzro­stu, far­bo­wane na rudo włosy i błysz­czące piwne oczy. Sama się z tego śmieje. Gdy byłam mała, mawiała, czo­chra­jąc mi włosy: "W dzie­ciń­stwie mogłam ucho­dzić za liska".

Świet­nie pamię­tam, jak mi to powie­działa, gdy mia­łam jakieś sześć lat i jesz­cze żyła mama. Zasta­na­wia­łam się, czy to prawda, bo bab­cia była taka malutka, i zapy­ta­łam o to mamę, a ona wybuch­nęła tylko śmie­chem i powie­działa: "Nie, bab­cia cię nabiera, złotko. To nie­złe ziółko, nie wierz w ani jedno jej słowo".

To był mój pierw­szy kon­takt z oszu­stwami, jakich dopusz­czają się ludzie, ale dobro­dusz­nymi oszu­stwami. Zagma­twana sprawa. Być może już wtedy zaczęła mnie cie­ka­wić psy­cho­lo­gia -?łącz­nie z moją wła­sną per­soną, znacz­nie bar­dziej nie­śmiałą i nie­zręczną niż ta Betty Spargo.

-?Wchodź do środka, Karenzo, wchodź do środka!

-?Bab­ciu, już weszłam.

-?No tak, dobrze, usiądź sobie. Tak się cie­eeszę, że cię widzę. Świet­nie wyglą­dasz.

-?Muszę zrzu­cić parę kilo­gra­mów -?pry­cham wesoło. -?Zro­bił się ze mnie wielki tłu­sty pasz­tet.

-?Non­sens. -?Pod­śmiewa się, idąc w stronę kuchni, odle­głej o całe trzy metry. -?Męż­czyźni lubią tro­chę ciałka na kobie­cie. Co tam w ogóle u Jaga?

-?Bab­ciu, zacho­wuj się!

Śmieje się. Ja się śmieję.

Betty Spargo nie­stru­dze­nie stara się wydać mnie ponow­nie za mąż, naj­le­piej za Jaga Prze­woź­nika. Jest zda­nia, że Korn­wa­lijka taka jak ja powinna poślu­bić Korn­wa­lij­czyka takiego jak on. Kyle nie był według niej dość swoj­ski, bar­dziej jakby z Devon­shire czy wręcz Essexu przez Bri­stol. Nie bar­dzo się nada­wał.

Pod­czas gdy krząta się w kuchni, roz­glą­dam się po jej malut­kim miesz­kanku, peł­nym musze­lek, bibe­lo­tów, powie­ści sióstr Brontë i jej wła­snych melan­cho­lij­nych malun­ków zatoki St Mawes, wcale nie­złych jak na ama­torkę. Na kominku widzę jej ulu­bione foto­gra­fie. Ja i mój noma­dyczny brat Loic -?gdzież on teraz jest? W Algie­rii, Amster­da­mie, na Antark­tyce? Obok przy­jemna fotka Mamy -?córki Betty -?nie­długo przed­tem, zanim zmarła na raka. Dalej Betty i jej, nie­ży­jący już, mąż w mun­du­rze z cza­sów, gdy słu­żył po woj­nie w lot­nic­twie -?stoi przy nim dumna i roz­pro­mie­niona. Jest naprawdę ładna. Rów­nie ładna była moja mama.

Ja ni­gdy taka nie byłam. Spo­glą­dam na zdję­cie swoje z Kyle'em, zro­bione tuż po tym, gdy prze­pro­wa­dzi­li­śmy się tu z malutką Min­nie. Przy pomyśl­nych wia­trach nie wyglą­dam naj­go­rzej, ale jestem zde­cy­do­wa­nie pulch­niej­sza, z okrą­głą buzią i miłym -?jak mi mówią -?słod­kim uśmie­chem, śred­niego wzro­stu, śred­niej figury, śred­nia pod każ­dym wzglę­dem. Mam jasno­kasz­ta­nowe włosy jak mama, tak rów­nież wyglą­dały mocne, lśniące włosy babci, zanim posi­wiała i zaczęła się far­bo­wać na ogni­stą czer­wień, zmie­nia­jąc się w pół­to­ra­me­trowy wul­kan ener­gii z pło­nącą głową.

Na kominku nie ma żad­nego zdję­cia mojego jedy­nego dziecka. Domy­ślam się, że bab­cia trzyma je w sypialni, żeby nie przy­gnę­biały mnie, kiedy do niej przy­cho­dzę. A może sama też nie jest w sta­nie na nie patrzeć.

-?Pro­szę bar­dzo, gotowe. Co chcesz? Wybie­raj!

Wnosi na tacy dwa napoje. Jest her­bata w nie­wiel­kim brą­zo­wym cera­micz­nym imbryku... i butelka taniej brandy z Lidla.

-?Bab­ciu, zawsze wybie­ram her­batę.

Uśmie­cha się i nalewa nam obu her­batę do kub­ków, a sobie także szkla­neczkę brandy. Żeby nie dać się chło­dom i wil­goci, kochana. Cza­sami się zasta­na­wiam, czy jestem w Korn­wa­lii jedyną osobą powy­żej dwu­dzie­stu jeden lat, która nie spę­dza pół roku od listo­pada do marca lekko wcięta.

-?No to -?Betty sadowi się w dru­gim fotelu -?opo­wia­daj mi teraz wszystko. Jak tam El Gburo?

-?Ma się dobrze. Cią­gle dosyć nie­ufny.

-?Dalej boi się pie­sków?

-?Boi się.

El Gburo to mój uko­chany kot, któ­rego Betty dała mi trzy lata temu zaraz po tym, jak się to stało. Był wtedy jesz­cze kociąt­kiem -?kocia­kiem po przej­ściach. I stąd wywo­dzą się jego tajem­ni­cze pro­blemy cha­rak­te­ro­lo­giczne. Połą­cze­nie zdy­stan­so­wa­nej, gbu­ro­wa­tej oso­bo­wo­ści z tym, że według Betty wygląda "tro­chę na Hisz­pana", dało mu nie­tu­zin­kowe imię El Gburo.

Porów­na­nie do Hisz­pa­nów u Betty jest dwu­znaczne. Z jed­nej strony z podzi­wem patrzy na hisz­pań­skich mata­do­rów -?lubi odważ­nych męż­czyzn z krwi i kości, gór­ni­ków z kopalni cyny, sza­brow­ni­ków wra­ków, pira­tów, Jaga Prze­woź­nika -?z dru­giej uważa, że "Hisz­pa­nie wiecz­nie łupią korn­wa­lij­skie łowi­ska" -?i zawsze używa tego uro­czego, dosad­nego słowa: łupią. Nie prze­ła­wiają czy pod­kra­dają.

Betty lubi dużo mówić, tak jak lubiła też mama. Ja jestem cich­sza, bar­dziej zamy­ślona, raczej obser­wuję, niż się włą­czam.

Prze­szywa mnie ostrze smutku. Brak mi entu­zja­stycz­nej papla­niny mamy. Tęsk­nię za nią i prze­kli­nam raka.

-?Och, kochana. Myślisz o Janet, tak?

-?Jak zga­dłaś?

-?Ano tak.

-?To zna­czy?

-?Wiesz. -?Uśmie­cha się, prze­bie­gle odcią­ga­jąc nas od smut­nych tema­tów.

-?Bab­ciu -?mówię z uda­waną sta­now­czo­ścią w gło­sie. Wiem, dokąd zmie­rza ta roz­mowa. -?Tak naprawdę nie masz szcze­gól­nego daru, nie masz szó­stego zmy­słu. Nikt nie ma. To bajki.

Śmieje się, nie czu­jąc urazy. Pro­wa­dzi­ły­śmy już tę roz­mowę chyba z milion razy, ale wciąż obu nam się podoba.

-?Wiesz prze­cież, że to nie­prawda, Karenzo. Spar­go­wie mają ten dar od stu­leci, to zna­czy kobiety w naszej rodzi­nie. Twoja mama też go miała, a ty jesteś w rów­nej mie­rze Bray, jak Spargo, więc także go masz. Wła­śnie dla­tego tak dobrze radzisz sobie w swo­jej pracy, potra­fisz spoj­rzeć z dru­giej strony, przej­rzeć ludzi na wylot, zoba­czyć sto­jące za nimi duchy.

-?Nie, bab­ciu. Potra­fię wykryć dys­to­nię ego, efekt brza­sku, a jeśli mam dobry dzień, to także początki psy­cho­pa­tii. To się nazywa psy­cho­lo­gia sądowa.

-?Fiu -?pry­cha, dopi­ja­jąc swoją brandy. -?To dar rodzinny Spargo. Powin­naś dzię­ko­wać swoim cel­tyc­kim przod­kom. Przy­wio­zły­śmy go z Gren­lan­dii, gdy po plaży Loe bie­gały jesz­cze dino­zaury.

Betty Spargo zdaje sobie sprawę, że to cał­ko­wity non­sens, a ja wiem, że ona to wie, i obie się śmie­jemy. Potem robi prze­pra­sza­jącą minę, która sygna­li­zuje, że zaraz się­gnie po papie­rosa. Ofi­cjal­nie rzu­ciła pale­nie przed dzie­się­cioma laty, ale w jej rozu­mie­niu ozna­cza to, że wydmu­chuje dym za okno.

Gdy pali na para­pe­cie papie­rosa, pod­pie­ra­jąc brodę fili­gra­nową dło­nią - przez co wygląda tro­chę jak wamp, kusi­cielka -?pyta o moich klien­tów. Uwiel­bia plo­teczki jak każda bystra, żwawa star­sza pani, a może nawet bar­dziej. I dla mojej uko­cha­nej babci robię wyją­tek. Ni­gdy z nikim innym nie roz­ma­wiam szcze­gó­łowo o swo­ich klien­tach. To nie­pro­fe­sjo­nalne. Ale z nią tak. Jaką szkodę mogłoby to wyrzą­dzić?

Wypusz­cza z płuc kłęby dymu, a ja opo­wia­dam o Kel­hel­lan­dach: o Romilly, jej matce, całej sza­lo­nej rodzince, porą­ba­nej i pogrą­żo­nej w smutku, ale nie­przy­zwo­icie boga­tej. Słu­cha tego wszyst­kiego, a potem obraca się w moją stronę i rzuca jakby mimo­cho­dem:

-?Wiesz, że babka Romilly była bisek­su­alna?

-?Co takiego?

Betty spę­dziła w St Mawes całe życie, zna tu prak­tycz­nie wszyst­kich i wie prak­tycz­nie wszystko, pamięta każdą histo­rię i każdą pogło­skę. A ewen­tu­alne białe plamy czę­sto wypeł­nia listo­nosz lub Jago albo rzeź­nik z nabrzeża. Jestem więc gotowa uznać, że to wia­ry­godna infor­ma­cja, ale mnie zaska­kuje. To cie­kawy trop.

-?Naprawdę? Jesteś pewna? Ta matrona Mar­ga­ret Kel­hel­land? Myśla­łam, że była wcie­le­niem aku­rat­no­ści, a tu... bisek­su­alna?

Betty kiwa głową, gasząc papie­rosa, i wraca na fotel.

-?Tak. W Vic­tory tylko o tym się mówiło. Miała romans z pia­stunką. Wynaj­mo­wały na godziny pokoje w pubie w Ruan Lani­horne. Nic dziw­nego, że są tak poka­le­czeni, z tym całym kry­ciem się. Wiesz? Mnie też kie­dyś prze­szło przez myśl, czy nie zostać les­bijką, ale nie mia­łam odpo­wied­nich wło­sów.

Wybu­cham śmie­chem. Betty zawsze umie mnie roz­śmie­szyć. Nie­kiedy zostaję u niej godzi­nami i śmie­jemy się razem, ale teraz mój czas się koń­czy, nie­długo odpły­nie ostatni prom. Robię więc poże­gnalną minę, Betty rozu­mie, lecz zanim wycho­dzę, coś mi się przy­po­mina.

Szpe­ram w tor­bie i wyj­muję owi­nięte w srebrną folię domowe cia­sto, które wczo­raj dla niej upie­kłam. Naj­praw­dziw­szy bisz­kopt Wik­to­rii. Betty uwiel­bia cia­sta i kie­dyś sama je przy­go­to­wy­wała, ale teraz jej wykrzy­wione artre­ty­zmem palce nie bar­dzo na to pozwa­lają -?więc ja piekę. Na pewno nie powinna być zasko­czona, na ogół coś jej przy­no­szę, ale mimo to oczy jej wil­got­nieją, gdy bie­rze paku­nek.

-?Och, kocha­nie, nie musia­łaś! Naprawdę. Jesteś taka zajęta, masz tyle tej pracy psy­cho­lo­gicz­nej.

-?Chcia­ła­bym, żeby tak było! Mam zbyt wiele wol­nych popo­łu­dni. A to ogromna przy­jem­ność piec coś dla cie­bie. -?Uśmie­cham się. -?Poza tym wła­śnie prze­ka­za­łaś mi nad­zwy­czajną wia­do­mość o Mar­ga­ret Kel­hel­land.

Betty z rado­ścią odkłada cia­sto na stół, po czym ści­ska mnie wyjąt­kowo mocno, jakby miała mnie już wię­cej nie zoba­czyć, a ja wycho­dzę za próg i macham na poże­gna­nie. Na pewno nie zdążę.

Jago będzie cze­kać -?ale nie w nie­skoń­czo­ność. Listo­pa­dowe dni są krót­kie.

Zer­kam na zega­rek i zaczy­nam zbie­gać w zią­bie ulicą. Powoli zapada zmierzch, spo­wi­ja­jący roz­le­wi­sko Car­rick Roads smut­nym przy­ga­szo­nym świa­tłem. Spie­sząc się na dół, prze­jęta, że prom odpły­nie beze mnie, zasta­na­wiam się nad tym, co bab­cia mówi o darze w rodzi­nie Spargo. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że jest bar­dzo spo­strze­gaw­cza, podob­nie jak była mama. Bystra, dostrzega rze­czy, które innym umy­kają, ale to po pro­stu kobiece triki i umie­jęt­no­ści spo­łeczne. Takie zdol­no­ści nie mają ewo­lu­cyj­nego wyja­śnie­nia i nauko­wych pod­staw.

Tro­chę mnie to wszystko zło­ści, choć ni­gdy nie ujaw­ni­ła­bym tej iry­ta­cji przed Betty. Wszelką myśl o jakimś "darze" odrzu­cam razem z innymi bzdur­nymi histo­riami o "cel­tyc­kiej Korn­wa­lii": obse­sją na punk­cie kamien­nych krę­gów, zdro­jów płod­no­ści, mega­li­tów Men an Tol i utre­fio­nych dziew­czyn z koron­ko­wymi wik­kań­skimi zna­kami zodiaku w St Agnes i kar­tami tarota na rynku w Truro. Jedna wielka bła­ze­nada.

To jakaś forma reli­gii, tyle że zde­cy­do­wa­nie bar­dziej spo­spo­li­to­wa­nej. Tan­detne wypie­ra­nie śmierci. A śmierci, jak się prze­ko­na­łam, nie można wyprzeć. Choć nie daje się jej znieść, trzeba ją zno­sić.

3

Jed­nak zdą­ży­łam. Jago wciąż czeka. Wesoły Jago Moyle, prze­woź­nik. Jego mały prom buja się zacu­mo­wany przy nabrzeżu, tak jakby fale pona­glały go, by ruszał.

-?Ahoj tam! -?woła w uda­wa­nym narze­czu pirac­kim, jak ma w zwy­czaju, kiedy chce się ze mną podro­czyć. Uśmie­cham się do niego, sta­ra­jąc się nie uśmie­chać zanadto. Betty Spargo nie myli się, coś wyczu­wa­jąc. Jago ma kru­czo­czarne włosy, śnież­no­białe zęby i pocią­ga­jące korn­wa­lij­skie rysy. Nie prze­czę, że bije od niego pewien urok.

-?Nie­omal prze­pu­ści­łaś rejs. Nie możemy na to pozwo­lić.

Podaje mi rękę, poma­ga­jąc wejść na pokład. Podoba mi się, jak to robi. Podoba mi się, że ma silne, ogo­rzałe ręce, a w zana­drzu zawsze uśmiech i jakąś nie­cen­zu­ralną opo­wieść o swo­jej fry­wol­nej rodzi­nie ryba­ków wycho­dzą­cych w morze z Cove­rack, by łapać węgo­rze i oko­nie od jakichś sie­dem­dzie­się­ciu milio­nów lat. Jago Moyle to stu­pro­cen­towy Korn­wa­lij­czyk. I w wieku trzy­dzie­stu pię­ciu lat wciąż kawa­ler. Z upodo­ba­niem zerka latem w stronę tury­stek na plaży Por­t­sca­tho, ale naj­wy­raź­niej zerka też w moją stronę. Zasta­na­wiam się cza­sem...

Ale potem tłu­mię tę myśl. Jestem trzy­dzie­sto­ośmio­let­nią roz­wódką bez dzieci -?teraz bez dzieci. Trzy­mam w domu dwa zwie­rzaki, mam dobrą, mimo że mało docho­dową pracę, i to wystar­czy. Nie potrze­buję faceta, nawet jeżeli chcę faceta. Prawda?

-?Jak tam Kel­hel­lan­dówna? Kupuje jakiś wypa­siony jacht?

-?Powi­nie­neś do niej zaga­dać. Pew­nie lubi nie­grzecz­nych star­szych panów.

Jago się uśmie­cha. Par­skam i myślę, jak łatwo przy­cho­dzą nam takie lek­kie powsze­dnie prze­ko­ma­rzanki. Moyle'owie znali się z Bray­ami -?i ze Spar­gami -?od poko­leń; dawni korn­wa­lij­scy gór­nicy z kopalń cyny, powią­zani wza­jem­nymi wię­ziami rów­nie mocno, jak na innej zasa­dzie byli powią­zani dawni bogaci korn­wa­lij­scy wła­ści­ciele tychże kopalń.

Jago pod­cho­dzi do steru i wypły­wamy z St Mawes. Jak zwy­kle sia­dam z przodu promu, wkła­dam do uszu słu­chawki i pod­no­szę tele­fon, żeby wybrać jakąś muzykę. Waham się mię­dzy dwoma gatun­kami. Jeden to muzyka mini­ma­li­styczna, tak pięk­nie pro­sta i powta­rzalna, że czło­wiek świet­nie wpada przy niej na nowe pomy­sły. Rose Engine Spiro albo jakiś kawa­łek Phi­lipa Glassa.

Poten­cjal­nym dru­gim gatun­kiem jest przej­rzały pogań­ski neo­folk i osta­tecz­nie decy­duję się na niego: Heilung. Kriks­galdr, trwa­jąca dwa­na­ście minut pieśń z nie­prze­rwaną, hip­no­ty­zu­jącą, powta­rzalną melo­re­cy­ta­cją, wijąca się nić pogań­skiego jodło­wa­nia, które wpra­wia mnie w ide­alny stan umy­słowy do sku­pie­nia się na zada­niu -?jak jutro pomóc mojemu następ­nemu klien­towi -?a jed­no­cze­śnie trwa aku­rat tak długo, ile trzeba, by przy­bić do portu w gwar­nym Fal­mo­uth, które po poby­cie w St Mawes wydaje się Lon­dy­nem.

-?Cześć, Jago, do zoba­cze­nia.

-?Wpad­nijmy może następ­nym razem na kufe­lek do Vic­tory. Co ja mówię? Na dwa kufelki!

Uśmie­chamy się do sie­bie, machamy. Idąc główną ulicą Fal­mo­uth, mijam ste­rane puby, schło­stane wichrem fasady skle­pów i na wpół pro­spe­ru­jące restau­ra­cje, docho­dzę do oka­za­łego, sto­sun­kowo nowego Muzeum Mor­skiego na skraju nabrzeża, w końcu zaś docie­ram do drzwi swo­jego spar­tań­skiego, nowo­cze­snego, lśnią­cego szkłem i drew­nem apar­ta­mentu z dodat­ko­wym poko­jem prze­zna­czo­nym na pro­wa­dze­nie kon­sul­ta­cji oraz wspa­nia­łym wido­kiem przez prze­szkloną ścianę na zatokę Fal­mo­uth.

Dom.

Prze­krę­cam klucz w zamku i wcho­dzę do środka. Cie­szę się, że jestem z powro­tem. Lubię swoje chłodne, surowe, kojące zmy­sły miesz­ka­nie. Był to pre­zent, jaki zro­bi­łam sobie, kiedy wresz­cie prze­rwa­li­śmy z Kyle'em dra­mat obrzu­ca­nia się oskar­że­niami i przy­ję­li­śmy do wia­do­mo­ści, że tak jak wiele par, które stra­ciły dziecko, weź­miemy roz­wód. Wró­ci­łam do swo­jego sta­rego nazwi­ska -?znowu Bray! -?i sprze­da­li­śmy ide­alny, tra­giczny, uro­czy domek w St Mawes za nie­bo­tyczną kwotę dzia­nym Lon­dyń­czy­kom.

Chcia­łam zostać w tej samej oko­licy -?w pobliżu przy­ja­ciół, ojca, babci Spargo, pracy, wspo­mnień, życia -?ale pra­gnę­łam też cze­goś wyzy­wa­jąco odmien­nego. Dla­tego wło­ży­łam wszyst­kie pie­nią­dze w naj­więk­szy moż­liwy depo­zyt za to miesz­ka­nie, dzięki czemu mam małą hipo­tekę. To zapewne naj­lep­sza z pod­ję­tych przeze mnie decy­zji, bo gdy­bym teraz miała duży czy choćby średni kre­dyt do spła­ca­nia, cał­kiem bym popły­nęła.

Potrze­buję wię­cej klien­tów.

Wcho­dzę do pokoju dzien­nego, rzu­cam klu­cze na szklany sto­lik i wyglą­dam przez olbrzy­mie okna na jesienny zmrok. Widok nie jest tak wspa­niały jak z Willi Tama­riz na St Mawes, ale jego bar­dziej szorstki kli­mat też dodaje mi ener­gii: wielka połać wody, na któ­rej zawsze coś się dzieje, ospale suną żaglówki z Mylor, w morze wycho­dzą zwrotne fre­gaty mary­narki wojen­nej. To druga pod wzglę­dem wiel­ko­ści natu­ralna zatoka na świe­cie. Czy może trze­cia?

Sły­szę miauk­nię­cie. Obra­cam się i uśmie­cham do El Gbura na powi­ta­nie. Wygląda na mało zain­te­re­so­wa­nego i wynio­słego, tylko że zwy­kle wygląda na mało zain­te­re­so­wa­nego i wynio­słego. A teraz także głod­nego. W swoim dru­gim domyśl­nym nastroju jest szczę­śli­wym przy­tu­la­sem, wyda­ją­cym z sie­bie ter­ko­tliwe pomruki jakby z maszyny, w któ­rej coś się zacięło. To praw­dziwy eks­cen­tryk i cza­sami zasta­na­wiam się, czy nie obser­wuję na jego przy­kła­dzie pierw­szego przy­padku zabu­rze­nia mania­kalno-depre­syj­nego u kotów.

Pod­no­szę go, mocno obej­muję i daję mu całusa, on zaś wcho­dzi w tryb sza­leń­czego, szczę­śli­wego mru­cze­nia. Potem idę do kuchni i wyci­skam mu tro­chę pysz­no­ści z saszetki.

-?Pro­szę uprzej­mie, Gburo. Posta­raj się nie mru­czeć pod­czas jedze­nia, bo się zakrztu­sisz.

Teraz pora zaj­rzeć do mojego dru­giego zwie­rzaka. To Otto. Kame­leon. Cza­sami zasta­na­wiam się, dla­czego kupi­łam sobie kame­le­ona. Czy aktyw­nie sta­ra­łam się pod­sy­cać u sie­bie eks­cen­try­zmy samot­nej kobiety w żało­bie o dzi­wacz­nych upodo­ba­niach muzycz­nych, która na doda­tek będzie trzy­mać w domu kame­le­ona? Wszystko jedno. Otto jest nad­zwy­czajny. Zmie­nia ubar­wie­nie. Choć nie za czę­sto.

-?Znowu szary? Otto, jesteś kame­le­onem. Powi­nie­neś mie­wać różne kolory.

Otto obraca jedno oko i przy­pa­truje mi się w zamy­śle­niu, ale bez nie­chęci. Może szary ozna­cza: "Ziew, ziew, dobrze się żyje". Jeżeli tak, to okej.

Sły­szę, jak Gburo dono­śnie mru­czy przy jedze­niu. Wszystko jest, jak się zdaje, w porządku. Moje skromne obo­wiązki domowe zostały speł­nione. Parzę sobie duży kubek her­baty, roz­ko­szu­jąc się atmos­ferą bycia samej we wła­snym domu. Z restau­ra­cją ser­wu­jącą ostrygi przy skwe­rze na dole i mewami pod­kra­da­ją­cymi tury­stom frytki. To moje miej­sce. Moje zamczy­sko, jaski­nia, for­teca chro­niąca przed nie­rzadko okrut­nym i prze­ra­ża­ją­cym losem; miej­sce, w któ­rym nie będę dozna­wać bólu, już nie, o ile tylko nie będę nikogo zanadto kochać, by jego śmierć nie roz­darła mi serca. Oprócz Betty Spargo. I może Jaga. I mojego brata. I kil­korga przy­ja­ciół. Cza­sami ojca. Więc oprócz nich wszyst­kich. Ale co można począć? Żadna for­teca nie jest abso­lut­nie nie­zwy­cię­żona. Zawsze jest jakiś zapo­mniany tunel pod wschod­nią basztą.

Wzdry­gam się, gdy mój tele­fon wpra­wia szklany blat stołu w wibra­cje.

Na ekra­nie wyświe­tla się Kyle.

I od razu się waham. Czy chcę ode­brać? Wciąż jestem w nie­naj­gor­szych ukła­dach ze swoim ponow­nie oże­nio­nym eksem, ale wspo­mnie­niom nie da się zaprze­czyć. Jestem zde­ter­mi­no­wana, by zro­bić krok do przodu, on zaś cią­gle pozo­staje pro­ku­ra­to­rem w Truro, pra­cu­ją­cym na co dzień z poli­cjan­tami, pro­wa­dzi śledz­twa w spra­wie pobi­tych żon, pije w Wig & Pen, skarży się na trud­nych sędziów i jesz­cze trud­niej­sze pro­cesy. Nie chcę mieć z tym nic wspól­nego. Ani tro­chę. Postę­po­wa­nia przed­są­dowe u koro­nera. Pro­ce­dury zwol­nień warun­ko­wych.

Orze­cze­nia zgonu z powodu nie­szczę­śli­wych wypad­ków.

Nie.

Tele­fon nie prze­staje brzę­czeć. Uparł się. Muszę ode­brać.

-?Kyle?

Sły­szę w swoim gło­sie nutkę znie­cier­pli­wie­nia. Nie chcę być nie­uprzejma, ale w tej chwili nie mam też ochoty na długą roz­mowę ani na luźną poga­wędkę.

Wydaje się, że Kyle wyczuwa ten nastrój. Po kil­ku­na­stu latach mał­żeń­stwa to czę­sto nor­malne. Roz­mowa jest kon­kretna, od razu prze­cho­dzi do rze­czy.

-?Kaz, kochana, sły­sza­łaś kie­dyś o Nata­lie Tyack? Coś ci to mówi?

-?Nie.

Krótka pauza.

-?Naprawdę?

-?Tak, naprawdę. Dla­czego?

-?Nata­lie Tyack. Młoda kobieta, któ­rej zwłoki zna­le­ziono nad morzem w West Pen­with jakiś rok temu. Wybrzeże połu­dniowe mię­dzy Pen­zance i Land's...

-?Kyle! Miesz­kam od dwu­dzie­stu poko­leń w Korn­wa­lii, pamię­tasz? Znam wybrzeże jak wła­sną kie­szeń. Piękne, odludne i...?

-?Więc jak to moż­liwe, żebyś nie sły­szała o tej spra­wie, Kaz? Było o tym w naszych gaze­tach, poszło nawet w tele­wi­zji, a Korn­wa­lia to nie Nowy Jork.

Dopi­jam her­batę, obser­wu­jąc ogromną mewę sre­brzy­stą, która czyha na oka­zję do porwa­nia fry­tek. Fal­mo­uth i wody Roads okry­wają się poma­rań­czowo-oło­wio­wym pobla­skiem zmierz­chu.

-?Nie wiem, Kyle. W listo­pa­dzie rok temu byłam z wykła­dami w Austra­lii. Poje­cha­łam na dwa seme­stry, więc pew­nie jakoś mi to umknęło. Tak jak kiedy w kraju umiera jakaś sława, gdy jesteś na waka­cjach, i przez sześć lat nie zda­jesz sobie z tego sprawy, cho­ciaż wie­dzą wszy­scy naokoło. Poza tym co to ma w ogóle wspól­nego ze mną? Pró­buję zdo­być klien­tów.

-?No wła­śnie -?mówi Kyle. -?To mogłoby być zle­ce­nie! Nowi klienci.

Natych­miast prze­sta­wiam się z trybu zdy­stan­so­wa­nia. Źle oce­ni­łam Kyle'a, stara się pomóc.

-?Dobrze, prze­pra­szam, mów dalej.

Jego głos się ści­sza.

-?Cho­dzi o dzieci. Dzieci Tyack. Potrze­bują pomocy. A ty zawsze mia­łaś taki dobry kon­takt z mło­dymi. Porad­nia Psy­cho­lo­giczna dla Dzieci i Mło­dzieży, mło­do­ciani prze­stępcy. Jesteś genialna z mało­la­tami.

-?Dzię­kuję.

Zdu­szam oczy­wi­stą reflek­sję -?że nie byłam taka genialna z jed­nym dziec­kiem, prawda? -?i pozwa­lam, by mówił dalej.

-?Wiesz, że mogła­byś od jutra wró­cić do swo­jej sta­rej pracy?

-?Nie chcę wra­cać. Prze­stań na to nale­gać, pro­szę!

-?Okej, okej...

-?Ale w ogóle dla­czego ty z tym dzwo­nisz? Jeżeli to sprawa kry­mi­nalna, jeżeli był zgon, dla­czego to nie wypływa od inspek­tora Ellisa czy kogoś takiego?

-?Bo oni dupy nie ruszą... Wszy­scy szybko prze­stali się tym inte­re­so­wać... - Wyczu­wam, że się waha, roz­wa­ża­jąc coś, a potem mówi: -?Dobra, musisz poznać całą sytu­ację. Poli­cja poło­żyła na tym lachę. Pró­bo­wali coś usta­lić, ale nic z tego nie wyszło. Nie zna­leźli żad­nych poszlak prze­stęp­stwa. O ile wiem, nikt nie miał motywu, żeby ją zabić. Ale nie było też powodu, żeby zgi­nęła, to nie był typ samo­bój­czyni. Z dru­giej strony zda­rze­nie nie wyglą­dało na nie­szczę­śliwy wypa­dek. Nata­lie Tyack zna­ko­mi­cie znała tę zatoczkę. Miej­sce jest tro­chę nie­bez­pieczne, ale ona tam cią­gle cho­dziła. To perełka w tam­tej oko­licy, wodo­spad tuż przy plaży.

Patrzę zamy­ślona przez okno. Szybę zra­sza pierw­sza fala desz­czu.

-?Brzmi to jak cie­kawa zagadka, ale nie jestem detek­ty­wem. I w ogóle nie włą­czam się już w takie sprawy. Już nie.

Kyle mi prze­rywa:

-?Ale wciąż jesteś tą łeb­ską psy­cho­lożką, którą pozna­łem w Bri­stolu, prawda? Mistrzy­nią roz­wią­zy­wa­nia zaga­dek? Założę się, że dalej fascy­nują cię pokrę­cone, nie­ty­powe przy­padki psy­cho­lo­giczne, szcze­gól­nie u dzieci. Uwiel­bia­łaś takie rze­czy w Szpi­talu Beth­lem. Uwiel­bia­łaś.

Nie prze­czę, że cią­gle cią­gnie mnie do takich tema­tów. Jedną z moich ostat­nich obse­sji jest zabu­rze­nie pole­ga­jące na zaniku zaha­mo­wań w nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów spo­łecz­nych, przy któ­rym dzie­ciaki nie wie­dzą, jak wcho­dzić w inte­rak­cje z doro­słymi, są zbyt otwarte, towa­rzy­skie i nara­żają się na nie­bez­pie­czeń­stwo przez nad­mierne oka­zy­wa­nie ser­decz­no­ści. Od tygo­dni słu­cham audio­bo­oków o tym, masze­ru­jąc samot­nie po korn­wa­lij­skim wybrzeżu. Choć z reguły nie po tym upior­nym, odlud­nym odcinku mię­dzy Land's End i Pen­zance -?długi dojazd samo­cho­dem w tam­ten rejon jest dość męczący. To tro­chę za wiel­kie odlu­dzie.

-?Dobrze, powiedzmy, że poły­kam haczyk. Młoda kobieta zsu­nęła się z klifu. I co dalej?

-?Jak mówi­łem, zosta­wiła dwoje małych dzieci -?opo­wiada Kyle. -?Pozna­łem je zaraz po wszyst­kim, pod­czas pierw­szego docho­dze­nia. To było w szpi­talu w Tre­li­ske. Serce mi pękało. Kiedy... to zna­czy jeżeli je zoba­czysz, to zro­zu­miesz.

-?Opo­wiedz mi o nich.

Kyle przy­spie­sza, wyczu­wa­jąc moje zain­te­re­so­wa­nie.

-?Solo­mon i Grace. Miesz­kają z ojcem Mal­col­mem w wiej­skiej rezy­den­cji jakiejś stuk­nię­tej rodziny. Z dala od ludzi, w lesie nad morzem. On skoń­czył sie­dem lat, ona dzie­więć czy dzie­sięć. Chło­piec jest gadułą, dziew­czynka wyco­fana.

-?Słu­cham dalej.

-?Rodzina jest zamożna, mają odzie­dzi­czony mają­tek po kopal­niach, błę­kitna krew. Ojciec roz­pacz­li­wie poszu­kuje pomocy psy­cho­lo­gicz­nej, jakiejś inter­wen­cji. Jest gotów pła­cić.

-?Jakiej inter­wen­cji?

-?Wła­śnie w tym rzecz, Kaz. Dzieci zaczęły się zacho­wy­wać... dziw­nie.

-?To nie­zbyt wyjąt­kowe, na pewno prze­ży­wają żałobę. Zmarła ich matka, a one są bar­dzo małe.

-?Tak, oczy­wi­ście, ale to jest, nie wiem, coś innego. Twier­dzą, że wie­dzą, co się stało z ich mamą.

Wpa­truję się w kubek, żału­jąc nagle, że nie jest pełny. Może nawet pełny cze­goś sma­ko­wi­tego i tro­chę odu­rza­ją­cego, co paso­wa­łoby do tej intry­gu­ją­cej zagadki.

-?Coś jesz­cze?

-?Nie bar­dzo. Ale to z pew­no­ścią wystar­czy. Praw­dziwa tajem­nica. Jak te dzie­ciaki mia­łyby wie­dzieć, co się stało? Nikogo przy tym nie było. One leżały smacz­nie w piżam­kach. Skąd mia­łyby cokol­wiek wie­dzieć? A jed­nak tak jakby wie­działy. Po roz­mo­wie z nimi każdy wycho­dzi z takim prze­świad­cze­niem.

-?Ludzie pew­nie już je prze­py­ty­wali?

-?Jasne. Ale one nic wię­cej nie mówią. Buzia na kłódkę. I to wła­śnie wszyst­kich sta­wia na bacz­ność -?w szkole, wszę­dzie -?bo twier­dzą, że ktoś zro­bił krzywdę ich mamie, ale nie chcą puścić pary z ust. Dziwne, co? Do tego trzeba naprawdę dobrego psy­cho­loga, Kaz, kogoś, kto potrafi prze­ni­kać tajem­nice i rozu­mie, jak zacho­wują się dzieci. Trzeba cie­bie.

Roz­ma­wiamy jesz­cze przez jakiś czas, po czym roz­łą­czamy się w przy­ja­znej atmos­fe­rze. Kyle dyk­tuje mi numer tele­fonu, a ja obie­cuję, że o tym wszyst­kim pomy­ślę.

Z kub­kiem świe­żej her­baty w dło­niach kręcę się po spo­koj­nym, cichym apar­ta­men­cie i myślę. Ese­me­suję do swo­jej naj­lep­szej i naj­daw­niej­szej przy­ja­ciółki Diny -?weso­łej, uwo­dzi­ciel­skiej, bły­sko­tli­wej, będą­cej towa­rzy­skim prze­ci­wień­stwem nieco aspo­łecz­nej mnie -?i pytam ją o zda­nie. Czy sły­szała o Nata­lie Tyack, o tej rodzi­nie, o tej spra­wie? Szybko odpi­suje mi: "Tak, coś sobie przy­po­mi­nam, to może być fascy­nu­jące". Na koniec emotka z pod­nie­sio­nymi kciu­kami.

Brzmi to zachę­ca­jąco, ale Dina zawsze jest taka, zawsze ma pozy­tywne nasta­wie­nie, więc wciąż nie wiem. Dzieci w żało­bie to sytu­acja tro­chę zbyt bli­ska mi oso­bi­ście, ale zagadka nęci. I potrze­buję pie­nię­dzy.

Jesz­cze jedno okrą­że­nie miesz­ka­nia, jesz­cze jeden prze­gląd moich moż­li­wo­ści. El Gburo śpi pod oknem nie­wzru­szony. Tutaj bez zmian. Ale Otto nagle zabły­snął nowym kolo­rem. Zro­bił się zie­lon­kawy. Odro­binę jak sączone przez Romilly sbi­ru­lino. A co waż­niej­sze, ten kolor to nie­wąt­pli­wie sygnał: Ruszaj!

4

Jak okiem się­gnąć wszystko wokół oble­pia drobna, srebr­nawa mżawka, gdy znie­cier­pli­wiona wlokę się samo­cho­dem za wiej­skim cią­gni­kiem, z któ­rego sypią się źdźbła siana. Jest to niby główna droga z Fal­mo­uth do Hel­ston, ale w dowol­nym momen­cie -?tak jak teraz -?może się oka­zać przy­tkana przez wielki trak­tor albo błą­ka­ją­cych się tury­stów, któ­rzy cią­gną przy­czepę kem­pin­gową na tarasy daw­nych kopalń.

Pomru­kuję sfru­stro­wana. Im bar­dziej czło­wiek zapusz­cza się w Korn­wa­lii na zachód, tym bar­dziej jest ona sobą: coraz bar­dziej korn­wa­lij­ska -?i nie­prze­jed­nana. Ruch się spo­wal­nia, drogi zwę­żają, sygna­li­za­cja szwan­kuje. Wszystko posęp­nieje, ale i pięk­nieje. Wiem też, że kiedy wydo­stanę się za Pen­zance i skręcę w stronę wybrzeża Pen­with, oto­cze­nie zrobi się jesz­cze bar­dziej dzi­kie.

-?Na miłość boską, pospiesz się tro­chę!

Auten­tycz­nie krzy­czę na wku­rza­jący cią­gnik. Nie bar­dzo to pomaga. I nagle ni stąd, ni zowąd poja­wia się wspo­mnie­nie śmie­ją­cej się w samo­cho­dzie Min­nie, poka­zu­ją­cej trak­tory i krowy, śpie­wa­ją­cej pio­senkę i... nie.

NIE. Nie chcę tego wspo­mnie­nia, nie tutaj, nie teraz. Prze­bie­ram pal­cami, by wybrać jakąś muzykę, death metal, dowolny death metal, byle szybko, szybko, szybko.

Jest. The Dis­so­lu­tion of Mind Havoc Unit. Tytuł nie mógłby być traf­niej­szy: roz­ta­pia­nie umy­słu. Wła­śnie tego mi trzeba. Lubię, słu­cham, poże­ram cał­kiem sporo death metalu. Dokład­nie dla­tego, że jego gęste, pio­ru­nu­jące brzmie­nie wypiera wszel­kie myśli, zwłasz­cza te, któ­rych sobie nie życzę. W gło­wie roz­wiera się bez­słowna pustka, pod­czas gdy obskurne, chro­pawe akordy robią to, co do nich należy: powstrzy­mują demony.

Zabiera to kilka minut. Puls się sta­bi­li­zuje, samo­chód przy­spie­sza, nie ma śladu po trak­to­rze. Zer­kam na zegar. Wpół do dru­giej. Pora na lunch?

Mogła­bym sko­rzy­stać z czasu, jaki mi został. Powin­nam się tro­chę wywie­dzieć. Po wyłą­cze­niu prze­ga­nia­ją­cej upiory muzyki dostaję ese­mesa od Diny: "Nie zapo­mnij o jutrzej­szych drin­kach, Kit­ti­wake, siódma!".

Pro­szę sys­tem gło­śno­mó­wiący o wybra­nie numeru Kyle'a. Mój były mąż szybko odbiera i wnę­trze mojego pod­sta­rza­łego Hyun­daia wypeł­nia się jego gło­sem. A w tle odzy­wają się inne głosy, chyba jest w pubie.

-?Niech zgadnę: piwko i stek w Wig & Pen?

Pod­śmiewa się.

-?Nie, Kaz. Dziś pełna klasa. Sałatka grecka i lampka bia­łego Sau­vi­gnon w Rocco. A ty w dro­dze do twier­dzy Tyac­ków?

-?Tak.

-?Czyli wszystko doga­dane?

-?Tak. Zadzwo­ni­łam wczo­raj do ojca, tego Mal­colma. Jest tro­chę nie­ufny, ale jadę. I dzię­kuję za pole­ce­nie mnie.

-?Nie ma o czym mówić. Wiem, że potrze­bu­jesz kasy.

-?To prawda -?odpo­wia­dam. -?Ale chcę cię jesz­cze pod­py­tać.

Kyle mówi: -?Strze­laj! -?i na moment się zaci­nam. Bo nie chcę zadać tego pyta­nia. Wydaje się nie­sto­sowne. Ale nie da się go unik­nąć.

-?Kyle, powiedz uczci­wie, jak bar­dzo podej­rzany jest Mal­colm Tyack. Dużo star­szy mąż, któ­rego śliczna młoda żona ginie w nie­wy­ja­śnio­nych oko­licz­no­ściach. Musiał być na samym szczy­cie listy.

Zdaje się, że mój eks połyka wła­śnie oliwkę... albo zasta­na­wia się, czy odpo­wia­dać. W końcu mówi:

-?Natu­ral­nie, tak, był. Ale nic nie zna­leźli. Zupeł­nie. Nie ma żad­nych podej­rza­nych, żad­nego motywu ani żad­nego listu poże­gnal­nego od samo­bój­czyni. Wszystko, co mamy, co ty masz, to te dzie­ciaki dosta­jące hopla. Skon­cen­truj się na nich, to jest twoje zada­nie. Jak zamie­rzasz to roze­grać? Czy Mal­com Tyack zapro­po­no­wał ci noc­leg?

-?Skądże! Nie ocze­ki­wa­ła­bym tego. Dość długo jedzie się tam samo­cho­dem, ale mogę obró­cić w jeden dzień. W naj­gor­szym razie zatrzy­mam się w The Ship w Mouse­hole.

Kyle wspo­mina jakiś raz, gdy byli­śmy tam we dwoje, mówi, że może zabie­rze tam kie­dyś swo­jego nowego malu­cha, a ja sku­piam się na dro­dze. Jadę przez nija­kie obrzeża Hel­ston -?Tesco, myj­nia samo­cho­dowa, potem mijam stare nabrzeże miej­skie, relikty daw­nego boomu, któ­rych nikt już dobrze nie rozu­mie.

-?Dobra, Kyle, chyba będą koń­czyć. Jesz­cze tylko jedna sprawa. Matka, jak jej było na imię? Nata­lie. Powiedz coś wię­cej o niej. Widzia­łam jej zdję­cie i dosta­łam twój mail, ale chcia­ła­bym usły­szeć to z two­ich praw­ni­czych ust. Potra­fisz przed­sta­wiać dobre pod­su­mo­wa­nia.

Śmieje się nieco szy­der­czo.

-?Cza­ro­dziejka. Zjem tylko kawa­łe­czek fety. -?Robi pauzę. -?Dobrze, Nata­lie to jest... to zna­czy była nie­zła laska, zga­dza się? Poza tym bystra, cie­kawa, spo­strze­gaw­cza. I miej­scowa. Dzie­ciń­stwo do dupy. Mamuśka z Redruth, zaćpana, zapita, bez pensa przy duszy. Tatuś, zdaje się, nie­wiele lep­szy. Dał nogę, gdy tylko córka się uro­dziła. Kiedy matka przedaw­ko­wała i zmarła, Nata­lie tra­fiła jako nasto­latka do domu opieki, do jakie­goś brud­nego sie­ro­cińca w Pen­zance. Była inte­li­gentna, dow­cipna, zro­biła maturę z naj­wyż­szymi stop­niami, ale nie poszła potem na stu­dia, pew­nie nie było za co. Praw­do­po­dob­nie trak­to­wała Mal­colma jak zba­wie­nie. Facet jest dziany. Tyac­ko­wie to zasie­działa, bogata rodzina. Mal­colm pro­wa­dzi kilka restau­ra­cji, jedną w St Ives, jedną w Por­tloe, jedną w Rose­land. Może ją nawet znasz, to Gun­wale.

-?Znam. Były­śmy tam kilka razy z Betty. Prze­wra­cało się jej w żołądku po ser­ców­kach.

-?Czyli musiała popić wódką?

-?Pew­nie tak. Ale bab­cia Spargo zawsze ma roz­strój żołądka po ser­ców­kach. Boję się, że któ­re­goś dnia spró­buje pobrze­żek.

Sły­szę, jak Kyle się śmieje. Ja też mam na ustach uśmiech, ale potem on zamiera. Bo znów mnie to ude­rza, a tym razem nie mam szansy tego zablo­ko­wać, wrzu­cić Mor­bid Angel albo Bru­je­ria. To wspo­mnie­nie jest tak czy­ste, że nie da się od niego odciąć. Przez chwilę jeste­śmy znowu -?we troje -?młodą, udaną, szczę­śliwą rodziną i śmie­jemy się w kuchni naszego małego domku w St Mawes. Min­nie tań­czy przy lodówce, popi­su­jąc się nowo opa­no­wa­nymi figu­rami tanga. Ja jestem mamą -?nie, ina­czej, nie mamą, tylko Mamą -?i wła­śnie wle­wam wino do przy­rzą­dza­nych na kuchence omuł­ków, Tata relak­suje się z butelką piwa po dniu w sądzie, pod­czas gdy śliczna, ośmio­let­nia Min­nie jest błogo nie­świa­doma peł­nego okro­pieństw świata. Wszy­scy w tej kuchni się śmieją, a mnie ogar­nia teraz ciem­ność. W moim wnę­trzu zbiera się na burzę, tak gwał­towną i bru­talną, że muszę sta­nąć na pobo­czu, bo ina­czej chyba sta­ra­nuję barierki na kli­fie w Long Rock.

Min­nie. Min­nie Sha­pland. Min­nie.

-?Wszystko w porządku, Kaz?

-?Tak... -?Zmniej­szam pręd­kość. Jestem nad skra­jem. Widzę baj­kowy, ksią­żęcy zamek-wyspę Wzgó­rze Świę­tego Michała, oto­czony wzbie­ra­ją­cymi falami przy­pływu. Mżawka ustała i miej­scami prze­świ­tuje nie­bie­skie niebo. Zatrzy­muję się.

-?Ja... dobra, tylko... Do usły­sze­nia, Kyle. To mi na razie wystar­czy. Ode­zwę się póź­niej.

Roz­łą­czam się w samą porę, by nie usły­szał, jak sko­wy­czę ze smutku - smutku, który, jak wiem, jest naszym wspól­nym i przed któ­rym on chowa się za żela­zną dys­cy­pliną chło­paka z Essex. Taki zalew wypły­wa­ją­cej znie­nacka żało­ści jest jak tsu­nami. Przy­wy­kłam do tych szkwa­łów, ale zawsze bolą, potwor­nie. Nauczy­łam się, że kiedy we mnie wnikną, kiedy się przedrą przez tunel do for­tecy, muszę je wpu­ścić, ale potem poskro­mić, nie­mal racjo­no­wać. Dla­tego pozwolę sobie na uro­nie­nie kilku łez nad moją nie­ży­jącą córeczką. Może dzie­się­ciu.

Wysia­dam z samo­chodu i patrzę na zatokę. Lodo­wata bryza osu­sza mak­si­mum dopusz­czal­nych łez za Min­nie, mój dzienny limit.

Ach, moja uko­chana mar­twa córeczka. Cza­sami się zasta­na­wiam, czy zaglą­da­jąc w fale, zoba­czę jej buzię -?wpa­trzoną w górę, uśmiech­niętą, woła­jącą: Przyjdź i zostań ze mną.

Wyj­muję tele­fon i oparta ple­cami o samo­chód czuję, że emo­cje powoli opa­dają jak fala melan­cho­lij­nego przy­pływu. Prze­glą­dam notatki. Muszę wie­dzieć, dokąd jadę. Posia­dłość Bal­dhu, pięć mil na zachód od Pen­zance, czyli jesz­cze mila krętą dro­żyną Land's End Road. Czyta się to "Bal-du". Kiwam głową, patrząc na wła­sne koślawe pismo. Znam dosta­tecz­nie dobrze korn­wa­lij­ski, by zro­zu­mieć ety­mo­lo­gię. Bal dhu. Czarna kopal­nia.

Nie­zbyt to dziwne. Całe Pen­with, podob­nie jak więk­sza część Korn­wa­lii - choć w Pen­with naj­bar­dziej -?jest usiane kopal­niami, nie­któ­rymi liczą­cymi dwa, a nawet trzy tysiące lat. To tunele drą­żone przez moich korn­wa­lij­skich pra­oj­ców, kopane prawdopodob­nie przez Brayów i Spar­gów pięć­set lat temu. Tysiąc.

Zer­kam na mapę. Tak, to jest bli­sko morza, bli­sko klifu, z któ­rego spa­dła młoda kobieta. Zosta­wiła dzieci, któ­rym muszę teraz pomóc, któ­rym będę poma­gać zawo­dowo za pie­nią­dze, bo potra­fię to zro­bić.

Wsia­dam do samo­chodu i prze­mie­rzam labi­rynt uli­czek Pen­zance, a potem skrę­cam w drogę pod górę. Mia­steczko się koń­czy, droga zwęża i wkrótce modlę się, żeby nie tra­fić na nikogo jadą­cego z naprze­ciwka, kiedy prze­ci­skam się przez minia­tu­rowe osady i biorę ostre zakręty przy cel­tyc­kich kamien­nych obe­li­skach. Oraz przy Weso­łych Dzie­wo­jach - kamien­nym kręgu repre­zen­tu­ją­cym dziew­czyny, które zgod­nie z mitem zasty­gły w gła­zach, poka­rane za tań­co­wa­nie w sza­bat. W dzie­ciń­stwie ta legenda przy­pra­wiała mnie o ciarki. Uwię­zione w gła­zach? Ska­mie­niałe na zawsze?

Mimo że jadę przez artre­tyczne stare lasy, wyczu­wam burzący się tuż za wznie­sie­niami po mojej lewej ręce gniewny Atlan­tyk.

Znowu muszę się zatrzy­mać, ale tym razem po pro­stu się zgu­bi­łam. Ten ostatni skra­wek dale­kiej zachod­niej Korn­wa­lii to istny gali­ma­tias dro­żyn, tak że mapa w moim tele­fo­nie się pod­dała, ja zaś od wielu lat nie zapusz­cza­łam się w te oko­lice. Wiatr szar­pie mnie, gdy wyjeż­dżam na szczyt. Mewy przy­glą­dają mi się pyta­jąco, zawi­sa­jąc nie­mal bez ruchu w sza­le­ją­cym wichrze, prze­siąk­nię­tym teraz zapo­wie­dzią dżdżu.

Jest.

Posia­dłość Bal­dhu! Widać ją z miej­sca, w któ­rym stoję. To musi być ten dom, obszerny, zwa­li­sty, stary, szaro-zło­tawy, samotny w wąskiej zale­sio­nej dolince, która pro­wa­dzi w dół do brzegu. Widzę też stąd dziko pie­niące się w oddali wody oce­anu.

Po chwili ruszam i zma­gam się z ostat­nią połową mili. Błoto wypry­skuje spod kół na prawo i lewo, ode­rwane od prze­żu­wa­nia krowy spo­glą­dają na mnie lekko ura­żone, a trakt staje się tak klau­stro­fo­biczny, że czuję, jak ciemne, zagnie­wane jesienne jeżyny zdra­pują resztki lakieru z mojego auta.

Roz­łu­pane drzewa z przy­strzy­żo­nymi na jeża gałę­ziami zaświad­czają o potę­dze wia­trów, ale głę­bo­kie, pół­mroczne bory pobły­skują też nitecz­kami sie­lan­ko­wych, spły­wa­ją­cych do morza poto­ków. To naj­praw­dziw­szy koniec świata, nawet jak na stan­dardy Pen­with, ale miej­sce to ma swój czar. Rozu­miem, dla­czego ktoś może chcieć tu miesz­kać, daleko od wszyst­kiego, choć jed­no­cze­śnie w samym środku jedy­nego świata, który się liczy. Czy może świata, od któ­rego nie daje się uciec.

Biorę ostatni zakręt, na któ­rym pisz­czą opony, patrzę na Bal­dhu i usta same mi się otwie­rają.

Bo już tu byłam.

Znam ten dom. To miej­sce nie jest mi obce.

Jakże? Jakże? Nie mam poję­cia, ale zde­cy­do­wa­nie roz­po­znaję ten widok. Ni­gdy wcze­śniej tu jed­nak nie byłam. Nie przy­po­mi­nam sobie tego ani nie ma powodu, żebym się tu zna­la­zła.

Ogar­nia mnie lekki prze­strach.

To bez sensu. To jak po prze­bu­dze­niu uświa­do­mie­nie sobie, że wciąż się śni dalej. I wydaje się to bar­dzo zły sen. Jak­bym wie­działa, że nad­ciąga coś zło­wiesz­czego. Natych­miast dopada mnie chęć, by zawró­cić i zre­zy­gno­wać ze zle­ce­nia. Dam sobie radę bez tych pie­nię­dzy, znajdę innych klien­tów. To tutaj to jakaś strasz­liwa pomyłka, nie ma wąt­pli­wo­ści, że strasz­liwa pomyłka. Otto popeł­nił błąd albo ja go źle zro­zu­mia­łam. Na pewno lśni teraz w moim miesz­ka­niu na czer­wono. Odjeż­dżaj, zarzą­dzam odwrót, ZWIE­WAJ!

Ale zasad­ni­czo to prze­cież śmie­chu warte! To ta Spargo we mnie, ule­ga­jąca głu­po­tom, jakimś sta­rym baj­dom kle­pa­nym w nad­mor­skich pubach z pod­zie­miami dla sza­brow­ni­ków i pira­tów. Nie zawrócę. Jestem pro­fe­sjo­na­listką, dyplo­mo­waną i sza­no­waną psy­cho­lożką sądową. Świet­nie znam psy­cho­lo­gię dzie­cięcą, czy­ta­łam Pia­geta, Blatza i Wygot­skiego. Wiem o sta­diach roz­wo­jo­wych reali­zmu moral­nego i ope­ra­cji kon­kret­nych. Potra­fię sto­so­wać kwe­stio­na­riusz zacho­wań CBCL.

Przy­je­cha­łam tu pomóc dwojgu dzie­ciom i wyko­nam swoją pracę.

Par­kuję na podwó­rzu gospo­dar­czym. Nie wydaje się, żeby to było czynne gospo­dar­stwo rolne. Nie teraz. Część nie­prze­szklo­nych okien w sto­do­łach z gra­nitu wygląda, jakby to były zabu­do­wa­nia śre­dnio­wieczne. Frag­menty dużego, ale popa­da­ją­cego w ruinę domisz­cza też spra­wiają wra­że­nie śre­dnio­wiecz­nych, miej­scami ze zło­wro­gimi szcze­li­no­wa­tymi okien­kami niczym otwory strzel­ni­cze dla łucz­ni­ków. Ale budy­nek był też moder­ni­zo­wany -?w cza­sach geo­r­giań­skich czy może nawet wik­to­riań­skich?

Pew­nie widzia­łam go w jakiejś książce albo w inter­ne­cie. To by wyja­śniało déja vu. To nie­wąt­pli­wie szla­chetna, stara posia­dłość, mimo że nad­gry­ziona zębem czasu, i jest pew­nie znana histo­ry­kom. A może poka­zano ją w rela­cjach pra­so­wych o śmierci Nata­lie Tyack, w arty­ku­łach, któ­rych świa­do­mie nie zare­je­stro­wa­łam.

Tak, to na pewno to.

Daję sobie chwilę na zebra­nie myśli. Trzeba będzie wysiąść z samo­chodu, podejść do drzwi i poznać tę roz­dartą dra­ma­tem rodzinę. Matka bez dzieci pozna się z dziećmi bez matki, dziew­czynką i chłop­cem. Ona jest wyco­fana, on gaduła. Wydaje się, jakby w powie­trzu wisiał cię­żar dozna­nej przez nich straty.

Zapi­na­jąc suwak kurtki na zim­nym wie­trze i w sią­pią­cym już desz­czu, pod­cho­dzę po skrzy­pią­cym żwirku do wiel­kich, sta­rych odrzwi. To masywne drew­niane wrota, wzmoc­nione impo­nu­ją­cymi żela­znymi ćwie­kami. Noszą głę­bo­kie szramy, jakby pró­bo­wano je sfor­so­wać czy porą­bać. W szes­na­stym wieku? Sie­dem­na­stym?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki