1
Środa, 8 maja
Gdybym dostawała funta za każdym razem, gdy słyszę: "Masz starą duszę", byłabym już bogata.
Nie mam starej duszy. Mam duszę vintage, a to różnica. Subtelna, ale jednak.
Od zawsze miałam wrażenie, że urodziłam się w złej epoce, w czym utwierdzam się każdego dnia mojego dwudziestojednoletniego życia.
Jestem vintage w życiu - nie znoszę pośpiechu i braku ogłady. A zwłaszcza niepotrzebnych przekleństw. Jeśli już coś mi się wymsknie, to znaczy, że jestem naprawdę wkurzona.
Jestem vintage w pracy - najchętniej zostałabym nauczycielką historii albo kustoszką w muzeum.
Jestem vintage w miłości - lubię, gdy związek rozwija się powoli.
I właśnie to ostatnie w szczególności leży na sercu May, dziewczynie, z którą pracuję w bibliotece University College London i która z biegiem czasu stała się moją powiernicą.
Przekonała mnie nawet, żebym pobrała aplikację randkową i w ten sposób znalazła sobie chłopaka.
Ja i aplikacja randkowa! Toż to przeciwieństwo wolno rozwijającej się relacji!
Jak dotąd dzięki MatchMe przekonałam się o jednym: że za pomocą jednego pocałunku jestem w stanie zmienić księcia z bajki w boleśnie żenujący egzemplarz męskiej populacji. To moja supermoc. Po pierwszym facecie, który ukradł mi konto na Amazonie, drugim, który dostał nagłej amnezji, ale ostatecznie przypomniał sobie, że ma dziewczynę, i do niej wrócił, oraz trzecim, przez którego prawie zostaliśmy aresztowani, bo przyjechał po mnie skradzionym autem, wczoraj wieczorem przyszedł czas na absolutnego króla rankingu: gość pojawił się z żoną i zaproponował mi trójkąt.
- Poddaję się - mówię do May, odinstalowując aplikację.
- Hej, daj sobie jeszcze jedną szansę! Piątą - nalega. - Piąty będzie tym właściwym.
Różnica między mną a May polega na tym, że ona nie potrafi być sama, a ja czuję się z tym świetnie, co ona uważa za coś niemożliwego.
- Czterech dziwaków w zupełności mi wystarczy. Szkolę się na egiptolożkę, a nie na pracownicę socjalną.
- Ależ ty jesteś wybredna, przecież nie musisz od razu za nich wychodzić za mąż - odpowiada zirytowana May.
- Nie jestem wybredna - oznajmiam. - Po prostu mam swoje wymagania.
- Jeśli ciut nie obniżysz poprzeczki, umrzesz jako dziewica. I tak już jesteś przeterminowana.
- Jak to przeterminowana? Nie jestem jogurtem, nie mam daty ważności wytatuowanej na czole.
- Ty nie, co innego prezerwatywy, które ci dałam - stwierdza. - Dopasowanie seksualne to podstawa harmonii w związku, a kluczem do tego jest eksploracja! Studiujesz egiptologię, eksplorację powinnaś mieć w naturze.
Udaję, że to mnie nie ubodło, i skupiam się na układaniu zwróconych tomów na specjalnym wózku, którym potem odwiozę je na regały.
- Co tu robi książka z wydziału farmacji?
Wyciąga ze stosu podręcznik chemii nieorganicznej.
- Odniosę ją na miejsce, a ty natychmiast ściągnij MatchMe.
May i ja studiujemy na University College London i odkąd przeprowadziłam się do stolicy z Marden, wsi w hrabstwie Kent liczącej trzy tysiące siedmiuset mieszkańców, czyli od trzech lat, pracujemy razem w bibliotece głównej. Jest dla mnie kimś w rodzaju przyjaciółki.
Ona studiuje psychologię i chce zostać terapeutką par (najlepiej gwiazd). Żyje po to, aby łączyć ludzi. W ciągu tych trzech lat byłam świadkiem, jak skojarzyła ze sobą dziewczynę i chłopaka z kawiarni, nieokreśloną liczbę ludzi z uniwerku, a nawet dwoje profesorów. Jest jak Emma Woodhouse z powieści Jane Austen, tyle że z niebieskimi włosami.
Odkąd wyznałam jej, że jestem dziewicą, z entuzjazmem obrała mnie za obiekt swojej nowej misji.
Lub też przedmiot badań. Obawiam się, że ma zamiar opisać mój przypadek w swojej pracy dyplomowej.
- A właśnie, Rebecco - zagaduje. - W niedzielę po południu mam coś do załatwienia, mogłabyś mnie zastąpić?
- Pracowałam już trzy niedziele z rzędu - protestuję. - Mam też zmianę w sobotę - dodaję.
Bardzo chciałabym mieć możliwość jej odmówić, ale życie w Londynie jest koszmarnie drogie, a mnie - w przeciwieństwie do May - nikt nie pomaga w opłacaniu czynszu. Co za szczęście, że chociaż mam stypendium naukowe!
- Plis - błaga mnie, trzepocząc rzęsami. - Mam mecz.
- Miałam już plany - mruczę.
- Przeglądanie starych rupieci na pchlim targu to nie są żadne "plany".
- To antyki, May - poprawiam ją. - A nie żadne rupiecie.
Jestem stałą klientką straganów w Portobello i Camden, które przeczesuję centymetr po centymetrze w poszukiwaniu wachlarzy, pieczątek do laku czy pamiątkowych kubków z wizerunkiem rodziny królewskiej. Przy odrobinie szczęścia znajduję też wstążki, koronki i koraliki, tworzę z nich biżuterię w stylu regencyjnym, a następnie sprzedaję na Etsy.
Lubię przeszłość. Przeszłość jest bezpieczna i przewidywalna, to idealna przestrzeń dla mnie, nienawidzącej niespodzianek i nagłych zwrotów akcji.
- No to się zamienimy: ja wezmę twoją sobotnią zmianę - proponuje May. - W ten sposób będziesz mogła pójść na tę imprezę kostiumową.
- Regency Revival! - wykrzykuję. To impreza organizowana przez Towarzystwo Przyjaciół Regencji, podczas której miłośnicy epoki regencji spotykają się, by spędzić popołudnie zgodnie z zasadami życia towarzyskiego z początku dziewiętnastego wieku. Oczywiście wszyscy w strojach z epoki. W tym roku impreza odbędzie się w Hatchards, najstarszej londyńskiej księgarni otwartej w tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym roku. W tym samym miejscu odbędzie się również premiera nowej powieści Patricii O'Neal, królowej romansów regencyjnych. - To rekonstrukcja historyczna.
- To znaczy, że się zgadzasz?
Ze względu na godziny pracy porzuciłam już - acz bardzo niechętnie - pomysł uczestnictwa w tym wydarzeniu. Po śmierci rodziców powieści regencyjne stały się dla mnie pewnego rodzaju schronieniem, a przedstawiany w nich świat, z jego zasadami i etykietą, których należało ściśle przestrzegać, stanowił bezpieczną przystań, gdy wszystkie pewniki zaczęły się rozpadać.
Ten gatunek odkryłam dzięki sąsiadce, Gwendzie Fanning, ekscentrycznej emerytowanej profesorce fizyki teoretycznej. Mieszka sama i zaczęła zapraszać mnie do siebie po kolacji i pożyczać mi powieści Georgette Heyer, Mary Balogh, Julii Quinn i oczywiście Patricii O'Neal.
Nie mogę się doczekać, kiedy jej powiem, że też będę na rekonstrukcji.
Gwenda pomaga mi również w pisaniu pracy magisterskiej: "Egiptomania w epoce regencji: jak kampanie napoleońskie rozbudziły modę na starożytny Egipt".
- Pewnie, że tak! - wołam z radością.
- Może spotkasz tam pana Darcy'ego i podarujesz mu swój dziewiczy wianek - chichocze May, zadowolona z perspektywy wolnej niedzieli.
Kończę swoje obowiązki w rekordowo szybkim czasie, bo nie mogę się doczekać powrotu do domu i przymierzenia kostiumu na imprezę.
- Do jutra - żegnam May i wychodzę.
Zazwyczaj lubię zostawać w bibliotece wieczorami, zwłaszcza kiedy moja zmiana trwa do północy: to magiczna chwila, w której wszystko zastyga nieruchomo, w ciszy, bez pośpiechu popołudniowych konsultacji i całej tej bieganiny między wykładami.
Stare budynki i książki lubią spokój, zupełnie tak jak ja.
- Hej! Rebecco! - May wybiega za mną na chodnik. - Zostawiłaś pamiętnik - mówi, machając zeszytem.
- Dzięki! - wzdycham, przyciskając go do serca. - Umarłabym, gdybym go zgubiła.
- Przesadzasz, zawsze można kupić nowy. Może nawet ładniejszy.
Nie dodając nic więcej, wraca do środka.
Nie przeczę, jest brzydki: wybrałam najmniej rzucający się w oczy, żeby nikogo nie kusiło, aby do niego zaglądać.
Zeszyt mogę zawsze kupić ponownie, ale tego, co w nim jest, już nie: na tych stronach opisałam swoje życie, ale nie to prawdziwe, tylko takie, jakie mi się marzy.
W nim też jestem Rebeccą Sheridan, mam dwadzieścia jeden lat i tak jak teraz mieszkam w Londynie, jednak z małą różnicą: jest rok tysiąc osiemset szesnasty, a ja jestem lady.
Co więcej, pozwoliłam sobie też na pewną swobodę twórczą i dodałam sobie odrobinę szczęścia, którego na co dzień mi brakuje.
Jako lady Rebecca również jestem sierotą, ale przynajmniej nie zostałam zupełnie sama: opiekują się mną kuzyn Archie, który po moim zmarłym ojcu odziedziczył tytuł markiza, moja kochana ciotka Calpurnia i jej drugi mąż - mrukliwy wujaszek Algernon; mam też zaufaną pokojówkę Lucy oraz sąsiadkę i najlepszą przyjaciółkę, Emily.
Nie mając ani jednej bratniej duszy, która rozumiałaby moje dziwaczne hobby, postanowiłam ją sobie wymyślić. Emily darzy mnie uczuciem i rozumie.
Mój pamiętnik prowadzę w formie korespondencji między mną a nią, w której dzielimy się naszą pasją do egiptologii, literatury i pisania.
Wymieniłyśmy się również bransoletkami przyjaźni, które stworzyłam z turkusowej jedwabnej wstążki i perły w kształcie łezki. Ja swojej używam jako zakładki do książki.
Emily ma już za sobą debiut towarzyski i wyszła za mąż za świetną partię, a w swoich listach opowiada mi o życiu salonowym wyższych sfer.
Mamy nawet wspólnego "wroga" - nieznośną plotkarę, lady Ausonię Osbourne.
Lady Rebecca mieszka przy Charles Street w eleganckiej dzielnicy Mayfair, w jednym z tych wielkich białych domów z kolumnami, w których obecnie znajdują się luksusowe apartamenty na sprzedaż za piętnaście milionów funtów każdy.
To mieszkanie nie ma nic wspólnego z moją klitką w dzielnicy Bethnal Green, którą w ogłoszeniu na Gumtree nazwano kawalerką, ale w końcu tu, w prawdziwym życiu, nie mam jakichś szczególnych potrzeb. Nie wydaję żadnych przyjęć ani nawet popołudniowych herbatek.
W dzienniku naszkicowałam portrety wszystkich moich przyjaciół i krewnych na podobieństwo rodzinnego albumu, zapisałam tam też opowieści kryminalne, które lady Rebecca, aby zapewnić sobie niezależność finansową, publikuje potajemnie w "London Chronicle".
Nie planuję wydawać tych zapisków, życie lady Rebekki nie ma konkretnej fabuły, to tylko małe fragmenty codzienności, które sobie opowiadam i które lubię bardziej niż moją rzeczywistość.
Ktoś może uznać, że to dziwne, ale w gruncie rzeczy to taka moja zupełnie niewinna i nieszkodliwa guilty pleasure.
Mój pamiętnik to mój prywatny świat i zgubienie go absolutnie nie wchodzi w rachubę.
Po powrocie do domu pukam do Gwendy, aby przekazać jej radosną nowinę.
Podekscytowana moim udziałem w Regency Revival sąsiadka podgrzewa nam zupę.
Od lat jest wdową, nie ma dzieci ani krewnych. Dotrzymujemy sobie towarzystwa w naszej samotności.
Na moim telefonie miga powiadomienie o nowym e-mailu, który natychmiast otwieram.
- Na syna Anubisa - mruczę.
- Co cię trapi, kochana? - pyta Gwenda, nakrywając stół uroczą zastawą z kolekcji Queen Charlotte.
- Opinia profesora Sully'ego na temat mojej pracy magisterskiej. Wysłałam mu pierwsze rozdziały i... cytuję: "Pani praca jest poprawna, ale brakuje jej oryginalności i odwagi".
Wzdycham.
- To mnie nie dziwi - zauważa Gwenda.
Przyjmuję to z zaskoczeniem.
- Jak to? Co masz na myśli?
- Cóż, miałabyś wiele interesujących pomysłów, gdybyś tylko zechciała się ruszyć i zgłębić niektóre tematy.
- Ruszyć się... - powtarzam z niezadowoleniem.
- Podróżować - wyjaśnia Gwenda. - Mogłaś pojechać na tę konferencję w Berlinie lub Turynie...
Otwieram usta, żeby zaprotestować, ale mnie wyprzedza.
- Jeśli chcesz powiedzieć, że podróżowanie jest drogie, to nawet nie próbuj! Znalazłam ci promocyjny lot do Kairu za czterdzieści dziewięć euro i dziewięćdziesiąt centów w obie strony.
- Nie ma mowy - oświadczam. - Nie lubię samolotów.
- Studiujesz egiptologię, Rebecco. Jak zamierzasz zostać egiptolożką, nie stawiając nigdy stopy w Egipcie?
- Pojadę tam... prędzej czy później.
- Jak? Teleportujesz się?
- Może pociągiem - zastanawiam się na głos. - Najpierw do Dover, potem przez tunel pod kanałem La Manche, w Calais wsiadam do pociągu i jadę przez Europę, a ze Stambułu już tylko krok do Syrii, Libanu, Jordanii...
- Zupełnie jak u Juliusza Verne'a! W osiemdziesiąt dni dookoła świata! - wykrzykuje Gwenda.
- Sprawdziłam tę trasę na mapie. Według Google'a przebycie jej zajmie sześćdziesiąt dwie godziny.
- Wszyscy twoi koledzy i koleżanki ze studiów w ramach badań terenowych byli w Grecji, we Włoszech, w Sudanie... A ty gdzie byłaś? W Walii.
- Walia jest bardzo interesująca - bronię się.
- I aż roi się tam od starożytnych Egipcjan. Twój ojciec był archeologiem, matka restaurowała obrazy. Twoi rodzice podróżowali, dlaczego ty tego nienawidzisz?
Być może dlatego, że gdyby nie kochali podróży tak bardzo, nadal by żyli.
- To niebezpieczne - mówię tylko.
- Nie prowadzisz samochodu.
- To nieprawda - protestuję. - Raz prowadziłam.
- Nawet nie wyjechałaś na autostradę - precyzuje, nalewając zupę do talerzy.
- Do czego zmierzasz, Gwendo?
- Masz dwadzieścia jeden lat i pozwalasz, by lęki odcinały cię od życia. Nosisz ze sobą apteczkę pełną leków, których nigdy nie użyjesz... Nadal masz ten spray na astmę? Od jak dawna nie miałaś ataku?
Od co najmniej roku.
- Mogę go dostać w każdej chwili.
- Nie podróżujesz, nie masz chłopaka... Nawet w swoim dzienniku jesteś tylko obserwatorką, która opowiada o życiu innych - gani mnie z surowością, jakiej nigdy u niej nie słyszałam. - Nie masz przyjaciół.
- Ty jesteś moją przyjaciółką.
- Mam na myśli osobę w twoim wieku, z którą masz wspólne doświadczenia. Kogoś, z kim będziesz popełniać błędy, dorastać.
- Mam May.
- May to tylko koleżanka z pracy. Dogadujecie się, ale nic więcej. Poza biblioteką nigdy się nie spotykacie.
- Mamy różne style życia towarzyskiego.
- Tak, ona jakieś prowadzi. - Gwenda wzdycha, porzucając sarkazm. - Odkąd cię znam, nawet nie ścięłaś włosów. - Żartobliwie ciągnie mnie za kasztanowo-miedziany kosmyk.
Gwendę poznałam, kiedy przyjechałam do Londynu, cztery miesiące po śmierci rodziców.
- Lubię długie włosy.
- Krótkie też by ci pasowały, wiesz?
Zdążyłam już się domyślić, do czego zmierza, więc ją uprzedzam.
- Co powinnam zrobić z tą pracą magisterską?
- To proste. Skasuj wszystko, znajdź ciekawszy temat i napisz ją od nowa.
- Cudowny pomysł! Zwłaszcza że profesor chce dostać poprawione pierwsze rozdziały w przyszły czwartek - informuję ją. - Nie pójdę na rekonstrukcję.
- Nie ma mowy. - Wyrywa mi z ręki telefon. - Przeciwnie, znajdziemy ci ładny kostium. Pójdziesz na rekonstrukcję, nawet jeśli będę musiała cię tam zaciągnąć siłą - oświadcza stanowczo Gwenda.
Sobota, 11 maja
Impreza w Hatchards zaczyna się o czwartej. Gwenda wraz z organizatorami z Towarzystwa Przyjaciół Regencji są tam już od samego rana.
Na potrzeby wydarzenia zarezerwowano cały sklep, wszystkie pięć pięter, które teraz wypełniają wachlujące się damy w pastelowych sukienkach i koronkowych kapeluszach.
Próbując wypatrzyć Gwendę wśród uczestników, kupuję swój egzemplarz Sekretnych pamiętników sióstr Berrington, ponieważ zamierzam poprosić autorkę o autograf, i kieruję się w stronę bufetu.
Błądzę wzrokiem między paterami z babeczkami, tacami z makaronikami, piramidami lukrowanych ptysiów i napełniam dwa talerzyki.
Dobra, to mało eleganckie, ale talerzyki są naprawdę małe. A ja jestem naprawdę głodna.
- Ten drugi jest dla przyjaciółki - tłumaczę się, gdy jedna z kelnerek rzuca mi krzywe spojrzenie. Cóż, to może być prawda. Gdybym tylko znalazła Gwendę.
Wygląda na to, że wszyscy członkowie Towarzystwa Przyjaciół Regencji znają się ze sobą, ale ja wciąż nie jestem wtajemniczona, ponieważ dołączyłam do stowarzyszenia dopiero w lutym tego roku. Towarzystwo przyjmuje sto osób rocznie z całej Anglii i to tylko po przejściu rygorystycznej selekcji, obejmującej bardzo szczegółowy test wiedzy na temat epoki. Z tutoriali na YouTubie nauczyłam się nawet tańczyć kadryla* i reele**.
- O, tu jesteś! - Za moimi plecami wyrasta Gwenda.
Z przerażenia upuszczam talerz z makaronikami, które wesoło turlają się po podłodze.
- O rany! Przestraszyłaś mnie! Idealna sukienka, gratuluję. - Na pierwszy rzut oka widać, że uszyła ją na miarę, pewnie u krawcowej, i że jest z prawdziwego jedwabiu.
Nie to co moja z poliestru, wypożyczona za dwadzieścia dziewięć dziewięćdziesiąt, z niepokojącym ostrzeżeniem na metce: "Łatwopalna - trzymać z daleka od źródeł ciepła". W dodatku zapina się na strategicznie rozmieszczone agrafki, które w razie rozpięcia przebiją mnie na wylot.
- Chodź, jesteśmy już spóźnione - ponagla mnie.
- Spóźnione? Na co? Patricia O'Neal jeszcze nie przyszła - protestuję.
Nie reaguje na moje słowa. Za to ciągnie mnie za łokieć, gdy wymijamy damy i dżentelmenów.
- Dokąd idziemy? - pytam, gdy otwiera drzwi magazynu. Do diaska, mocno ściska jak na takiego chudzielca.
- Nie ma czasu do stracenia - rzuca, nie udzielając wyjaśnień.
- Raczej nie możemy tu wchodzić - mówię, próbując ją odwieść od tego pomysłu, ale ona wciąga mnie do pomieszczenia wypełnionego po sufit pudłami z książkami.
Gdy jesteśmy w środku, w końcu puszcza moją rękę i patrzy na mnie surowo.
- Ruszaj się i nie rób scen.
Otwiera kolejne drzwi, tym razem z napisem "wstęp wzbroniony", i po prostu wchodzi.
- Tu z pewnością nie możemy wchodzić - powtarzam. - Jeśli ktoś nas zobaczy, będziemy mieć kłopoty - ostrzegam ją.
Dziś w Hatchards jestem klientką doskonałą - do pełni absurdu brakuje mi już tylko aresztowania.
Zero reakcji.
Wybrała idealny dzień, żeby postradać rozum.
- No dobrze - poddaję się. - Złapmy Gwendę, zanim narobi bigosu.
Rozglądam się przezornie dookoła, po czym otwieram drzwi i wkraczam do pomieszczenia, które wygląda na techniczne.
Przed sobą widzę kolejne drzwi, uchylone.
- Gdzie ona się podziała? - mruczę, wchodząc do znacznie ciemniejszego i bardziej ciasnego pokoju. - Gwendo, proszę, nie doprowadźmy do tego, żeby wyrzucili nas z Towarzystwa. Dopiero mnie przyjęli - szepczę błagalnie.
Idę prawie na oślep, podążając za odgłosem jej kroków, z książką Patricii O'Neal nadal przyciśniętą do piersi, moją torebeczką Mary Poppins na nadgarstku i ocalałym talerzykiem w dłoni.
Po twarzy łaskocze mnie coś cienkiego. To pajęczyna.
- Coraz lepiej - mamroczę pod nosem.
Im dalej się posuwam, tym bardziej ściany się zwężają, aż dochodzę do czegoś, co wygląda jak kolejne drzwi, niższe ode mnie o co najmniej czterdzieści centymetrów, zza których prześwituje pasek światła.
Kiedy je otwieram, dzieje się coś dziwnego. Czuję, że coś mnie wciąga, a jednocześnie oślepia mnie silne światło, jakby ktoś skierował mi reflektor prosto w twarz. Zupełnie nie widzę, dokąd idę...
Ściskają mnie czyjeś mocne ramiona, twarz mam przyciśniętą do szerokiej klatki piersiowej, a wszystkie bodźce docierają do mnie jakby zza mgły. Jedyne, co czuję wyraźnie, to upajający aromat mięty i lukrecji.
- Ja... - Odsuwam się od osoby, na którą wpadłam, ale kręci mi się w głowie i tracę równowagę. Uginają się pode mną kolana.
Zaraz zemdleję.
Przewracam się i ląduję na plecach.
- Co, do cholery...? - W jednej chwili otacza mnie mnóstwo twarzy.
- Panienko, czy wszystko w porządku? - pyta jakaś kobieta, której wprawdzie nie znam, ale wiem jedno: jeśli oceniać po ubraniu, też musi należeć do Towarzystwa Przyjaciół Regencji.
Jestem w księgarni, otoczona przez wszystkich uczestników rekonstrukcji, patrzących na mnie ze zdezorientowaniem. Nie wiem, gdzie zabrała mnie Gwenda ani w jakim celu, ale znów jestem w jednej z sal Hatchards, tyle że moja sukienka jest pokryta kurzem, fryzura, która kosztowała mnie dwie godziny pracy, jest kompletnie zniszczona, a wpadając na nieznajomego, rozgniotłam sobie na dekolcie babeczkę z kremem. Świetnie, będę musiała dodatkowo ją wyprać i mam nadzieję, że plama zejdzie, bo inaczej stracę również kaucję.
Nawet nie wiem, czy pozwolą mi tu zostać w takim stanie. Nabieram palcami chmurkę śmietanki z sukienki i zlizuję ją... Szkoda, była całkiem dobra.
- Czy pani słabo? - pyta nieznany mi głos.
- Zamroczyło panią? - dopytuje się inny.
- Może pokojówka zbyt mocno ścisnęła jej gorset.
- Jaki gorset?! Cud, że udało mi się zdobyć chociaż suknię... Auć! - krzyczę, czując ukłucie w bok. - Wiedziałam, że jakaś agrafka się otworzy.
Głosy wokół mnie łączą się w jeden szmer.
- Nie ma na sobie gorsetu?!
- To oburzające.
- Dzisiejsze debiutantki nie mają wstydu.
To jasne, że ci z Towarzystwa to prawdziwi fundamentaliści! Ale zaglądać ludziom pod kostiumy?
- Jakież ma pani dziwne obuwie! To nie są buty na popołudnie - zauważa kobieta około pięćdziesiątki, podnosząc na wysokość nosa okrągłe okulary w złotej oprawce.
Na nogach mam moje różowe Converse'y. Nie sądziłam, że ktoś je zauważy pod moją długą do ziemi suknią.
Jakiś mężczyzna podchodzi i wyciąga do mnie rękę w rękawiczce, ale nie mogę dostrzec jego twarzy: panuje półmrok, a on stoi pod światło i nadal nie widzę zbyt ostro. Mogę się tylko domyślać, że jest bardzo wysoki, ponieważ wyraźnie góruje nad resztą obecnych.
- Pozwoli pani, że pomogę.
Decyduję się usiąść o własnych siłach, a potem wstaję, być może zbyt szybko, ponieważ pokój kołysze się tak bardzo, że muszę oprzeć się o regał z książkami.
Teraz już wiem, jak się czuje pranie po wirowaniu. I rozumiem, czemu skarpetki zawsze się gubią.
- Wow, ale jazda - prycham, stając na nogi. Nie wiem, w której części księgarni jesteśmy, ale tej sali w Hatchards nigdy nie widziałam. Całe wyposażenie wygląda, jakby pochodziło sprzed dwóch stuleci... Nawet oprawione w skórę tomy na półkach sprawiają wrażenie wiekowych. - W każdym razie gratuluję wiernej rekonstrukcji. To miejsce naprawdę wygląda jak księgarnia z początku dziewiętnastego wieku. Kto odpowiadał za aranżację?
Z ogólnego szmeru wyławiam zdania takie jak: "Co też ona wygaduje?" czy "Bredzi".
Dobra, rozumiem. Mamy udawać, że jesteśmy w epoce regencji, jakbyśmy nie byli świadomi, że bierzemy udział w rekonstrukcji historycznej.
- Lady Rebecco, oto książki, które zamówiła pani w zeszłym miesiącu - ogłasza znajomy głos.
Odwracam się w stronę lady i widzę moją przyjaciółkę.
- Gwenda! - wołam. - Dlaczego się nie zatrzymałaś, kiedy cię wołałam?
- Co? - Patrzy na mnie zdezorientowana. - Kiedy?
- No, przed chwilą! Goniłam cię po całym magazynie, a potem weszłyśmy przez te... drzwi. - Wskazuję ścianę, gdzie powinno znajdować się przejście, ale moja ręka pokazuje teraz półkę.
- Jakie drzwi, lady Rebecco? - dziwi się Gwenda.
Nie wiem już, która z nas zwariowała - ona czy ja.
- Były tu! - powtarzam, stając przed regałami. - Tuż przed moim nosem.
- Lady Rebecco, tam zawsze stał regał - ciągnie Gwenda ze spokojnym uśmiechem. - Stała pani na schodach, przeglądając książki na najwyższej półce, a ja poszłam na zaplecze po pani zamówienie. Proszę je przejrzeć i sprawdzić, czy wszystko się zgadza.
Oszołomiona robię, co mi każe. Korsarz, Tajemnice zamku Udolpho i Zamczysko w Otranto. Ulubione powieści gotyckie lady Rebekki.
Jakaś kobieta podnosi z podłogi mój pognieciony egzemplarz Sekretnych pamiętników sióstr Berrington i ze zdziwieniem spogląda na okładkę.
- A co to takiego?
Patrzę na nią z jeszcze większym zdziwieniem.
- Po to tu jesteśmy. Autorka pojawi się tu lada chwila.
- To jakaś znana pisarka? Ta Patricia O'Neal?
- A tutaj mamy Emmę, wszystkie trzy tomy - wtrąca Gwenda swoim dźwięcznym głosem, kładąc na ladzie moją ulubioną książkę Jane Austen.
Jak na podróbki są naprawdę niezłe. Wyglądają, jakby wyszły prosto z dziewiętnastowiecznej introligatorni. Okładki pachną nawet jak prawdziwa skóra.
Widać, że ci z Towarzystwa nie szczędzą wydatków!
- Mogą być? - pyta Gwenda, biorąc ode mnie książki. - Mam nadzieję, że przyjechała pani powozem i pani woźnica wam pomoże.
Powóz? Woźnica? Ach, no tak! Być może podczas rekonstrukcji zaplanowano również inscenizację. Dobrze, wchodzę w to, będę grać swoją rolę.
- Oczywiście. - Kiwam głową, jakby to miało sens. - Odbierze je później.
- To będzie pięć gwinei, lady Rebecco - informuje mnie kasjer.
- Jasne - potwierdzam. Pięć gwinei to nieco ponad pięć funtów, jak na pamiątki całkiem uczciwa cena. - Zapłacę przez aplikację. - Wyjmuję telefon i otwieram portfel cyfrowy.
Podaję go sprzedawcy, ale on patrzy na mnie ze zdumieniem.
- Co mam zrobić z tym przyrządem?
Ach, racja, w trakcie inscenizacji nie używamy technologii.
- Mam gotówkę.
Wyciągam banknot i podaję mu go.
- Nie przyjmujemy walut innych krajów - odpowiada, oddając mi banknot.
- Wydał go Bank Anglii. Widzi pan wizerunek naszego króla?
- Ależ to nie jest nasz król - sprzeciwia się ponownie.
Biorę pieniądze i chowam je do nylonowej torebki ozdobionej plastikowymi perełkami, zawierającej mój zestaw awaryjny.
- Dobrze, proszę je dopisać do mojego rachunku.
- Lady Rebecco! Tu panienka jest! Myślałam, że panienkę zgubiłam. Znowu. - W progu staje dziewczyna w stroju pokojówki, mniej więcej w moim wieku. Nie znam jej, ale jej twarz nie jest mi całkiem obca.
- Słucham? - pytam zdezorientowana.
- Ciotka szuka panienki w całym Fortnum & Mason. Musimy iść, niedługo podwieczorek.
- Iść dokąd?
- Lady Rebecca spadła ze schodów - informuje ją Gwenda. - Obawiam się, że jest nieco oszołomiona.
- O rany, mam nadzieję, że nic się panience nie stało, bo inaczej mi się oberwie - stwierdza zaniepokojona dziewczyna. - Panienki suknia jest pognieciona, a włosy... Tym razem czeka mnie niezła bura.
- Bura od kogo? I co cię obchodzi moja suknia?
- Pani Fanning, czy lady Rebecca uderzyła się w głowę? Nie poznaje mnie! - wzdycha. - To ja, Lucy.
- Lucy - powtarzam zdezorientowana. Nie znam żadnej Lucy, tego jestem pewna.
- Panienki pokojówka. Wybrałyśmy się z lady Calpurnią na zakupy, a teraz wracamy do domu na herbatę z waszym kuzynem Archibaldem i wujkiem Algernonem, o ile już obudził się z drzemki.
Pokojówka Lucy, ciocia Calpurnia, wujek Algernon i kuzyn Archibald. Moja "rodzina".
- A dom? Gdzie się znajduje? - pytam bardziej dla potwierdzenia niż z ciekawości.
- Tam, gdzie zawsze - odpowiada Lucy zmartwionym głosem. - Przy Charles Street.
- W Mayfair - doprecyzowuję.
- Och, dzięki Bogu, że coś panienka pamięta! - cieszy się Lucy, a następnie bierze mnie pod ramię i pod ostrzałem szyderczych spojrzeń otaczających nas osób kieruje się do drzwi.
Nie rozpoznaję ulicy, na którą wychodzimy, jedyną wskazówką jest szyld Hatchards, księgarni z witrynami obramowanymi błyszczącym, czarnym drewnem, którą właśnie opuściłyśmy.
Tuż obok znajduje się dom towarowy Fortnum & Mason.
Teoretycznie powinnyśmy być teraz na Piccadilly Street, z tym że ta ulica w ogóle nie przypomina Piccadilly Street: nie ma czerwonych piętrowych autobusów, czarnych taksówek ani żadnych innych pojazdów silnikowych, tylko powozy i konie.
- Czy to na pewno Londyn? - pytam Lucy.
- A co innego?
Kręcę głową i biorę telefon, żeby uruchomić Mapy Google'a i sprawdzić lokalizację.
Nie ma zasięgu. Telefon nie łapie sygnału, a antena Wi-Fi nie wykrywa żadnej sieci.
- Co to za dziwny przyrząd?
- Lucy, czy możemy na chwilę przestać grać? Nie rozumiem, co się stało i jak tu trafiłyśmy.
- Mówiłam już, lady Rebecco, byłyśmy w Fortnum...
- I przestań z tą lady Rebeccą. Nie jestem żadną lady.
Ale moje słowa tylko wywołują jej śmiech.
- Wciąż mi panienka powtarza, żebym nie nazywała panienki lady, a ja za każdym razem odpowiadam, że to się nie godzi.
Zdezorientowana rozglądam się dookoła. Wszyscy na ulicy noszą kostiumy z epoki regencji dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, a otaczające nas zewsząd powozy nie mogą przecież być dziełem organizatorów amatorskiej rekonstrukcji historycznej.
- Już rozumiem. Jesteśmy na planie filmowym! - wykrzykuję. Jak mogłam na to nie wpaść! W Londynie zawsze kręcą jakieś widowiskowe produkcje historyczne. - Przepraszam najmocniej - mówię, zatrzymując przechodnia. - Jaki film teraz kręcą?
Mężczyzna ubrany w garnitur a la Brummell mierzy mnie wzrokiem od stóp do głów.
- Film?
- To może jakiś serial? - dodaję. - Dla Netflixa? Albo Amazona?
On jednak kręci głową i odchodzi, nie racząc odpowiedzieć.
- Nie nauczyli cię grzeczności, chamie! - krzyczę za nim.
- Lady Rebecco, proszę, nie wypada zatrzymywać nieznajomych mężczyzn na ulicy. To zachowanie awanturniczki - szepcze Lucy.
- Sensacja! - krzyczy obwieszony gazetami chłopiec, na moje oko jedenastoletni. - Ceny rosną i rosną! Pszenica po siedemdziesiąt sześć szylingów za ćwierć buszla zamiast pięćdziesięciu dwóch!
- Lady Rebecco, nie chcę nalegać, ale naprawdę czas wracać do domu.
Już nic z tego nie rozumiem. Potrzebuję jakiegoś punktu odniesienia, czegoś, czego nie może zmienić żadna produkcja filmowa.
- Rzeka! - przychodzi mi do głowy. - Idziemy na Most Westminsterski.
- Ale panienki ciotka... - protestuje Lucy.
- Most Westminsterski, Lucy. Teraz.
Dziewczyna wzdycha i kiwa głową z rezygnacją, po czym ciągnie mnie za sobą, gdy idzie szybkim krokiem przez Haymarket, ale tam, gdzie powinien znajdować się Trafalgar Square z kolumną Nelsona, stoją tylko kolejne budynki. Tak samo jest, gdy schodzimy na ulicę, którą Lucy nazywa Parliament Street, ale prawdziwego szoku doznaję w momencie, gdy docieramy do mostu nad Tamizą.
- Oto Most Westminsterski, lady Rebecco - ogłasza wyczerpana Lucy.
- To nie może być Westminster Bri... - wykrztuszam z siebie, rozglądając się w poszukiwaniu brakujących punktów orientacyjnych.
Gdzie jest London Eye?
Dlaczego po rzece pływają tylko łodzie wiosłowe i żaglówki?
Pałac Westminsterski nie jest taki, jak go pamiętam, nie ma...
- Gdzie się podział Big Ben? - pytam drżącym głosem.
- A kto to? Jakaś szacowna osobistość?
- To nie jest osoba. Big Ben to zegar - odpowiadam.
- Zegar z imieniem? Przedziwne.
- To wieża z najważniejszym zegarem w Londynie, powinien być o tam. - Rozgorączkowana wskazuję miejsce, gdzie powinien się znajdować. - Zbudowano go w tysiąc osiemset... - Ale końcówka "trzydziestym czwartym" nie przechodzi mi przez gardło.
Spoglądam na swój prawy nadgarstek. Oplata go bransoletka z niebieskich i złotych wstążek, taka sama jak ta, którymi wymieniły się moja lady Rebecca i jej przyjaciółka Emily. Przed udaniem się na rekonstrukcję nie zakładałam żadnej bransoletki.
- Proszę pani - pytam błagalnym tonem kobietę ubraną w suknię podobną do mojej, której towarzyszy dziewczyna ubrana tak jak Lucy. - Jaki dziś jest dzień?
- Sobota - odpowiada kobieta uprzejmie. - Jedenasty maja.
- Jedenasty maja, ale którego roku? - pytam ponownie.
Zaskoczona mruga rzęsami.
- Tysiąc osiemset szesnastego oczywiście.
1816.
Tysiąc. Osiemset. Szesnasty.
* Kadryl - XVIII-wieczny taniec salonowy w metrum przemiennym 6/8 i 2/4. (Wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).
** Reel - dynamiczny tradycyjny taniec szkocki.
Poniedziałek, 13 maja 1816
3
Zgiełk i głośne okrzyki wybudzają mnie z głębokiego, lecz niespokojnego snu.
Wczoraj wieczorem po kolacji ponownie położyłam się spać, a raczej tak długo zastanawiałam się, co mam teraz robić, że w końcu zasnęłam.
Wychodzę z pokoju na korytarz, który wygląda jak w luksusowym hotelu: białe podwójne drzwi, boazeria na ścianach, parkiet gładki jak aksamit. Podążając za hałasem, docieram do spiralnych schodów prowadzących do głównego holu. Podchodzę do balustrady i zerkam, co się dzieje.
- Te nowoczesne diabelskie wynalazki! - burczy ponuro mężczyzna po pięćdziesiątce z wydatnym brzuchem, a jego głos odbija się echem od białego marmuru.
Automatycznie nazywam to miejsce holem, ponieważ gdyby do brokatowych zasłon, obrazów olejnych, kryształowego żyrandola i lokajów w liberiach dołożyć recepcję, człowiek z miejsca poczułby się jak w Ritzu. Nie żebym była stałą bywalczynią Ritza. W rzeczywistości widziałam go tylko w filmie Notting Hill, w scenie, w której Hugh Grant, podając się za dziennikarza, przeprowadza wywiad z Julią Roberts dla magazynu "Cavalli e Segugi".
- Dokąd to wszystko zmierza, pytam?! - peroruje mężczyzna, którego wciąż widzę tylko od tyłu.
- Pewnego dnia takie coś będzie w każdym domu, Algernonie! - odpowiada z przekonaniem Archie, z zadowoleniem spoglądając na trzy duże drewniane skrzynie na podłodze.
Algernon! To wujek Algernon!
Odwraca się w moją stronę i widzę jego twarz. To bez wątpienia on, taki sam, jak go opisałam. Rumiany nos, małe, ciemne oczy i pudrowana peruka.
- Lady Rebecco, jak miło widzieć, że odzyskała panienka siły! Wprawdzie nie jest panienka odpowiednio ubrana - wita mnie Lucy z lekkim wyrzutem, pomagając mi włożyć ciężki szlafrok. Ciepło, jakie mnie ogarnia, uświadamia mi, jak bardzo byłam zmarznięta.
- A propos ubrań. Gdzie są moje majtki, Lucy? - pytam. Kiedy przywieziono mnie do domu, ktoś mnie rozebrał i ubrał w koszulę nocną, ale nigdzie nie widziałam swoich ciuchów.
- Majtki?! Pozbyłam się tych nieprzyzwoitych rzeczy, zanim zobaczyła je panienki ciotka! Nie wiem, skąd wzięła panienka te szmatki godne ulicznicy, ale panna ze szlachetnego rodu nie powinna czegoś takiego nosić! Na szczęście je spaliłam.
Spaliła?! Muszę ukryć swoją torebkę z rzeczami z przyszłości, zanim jej zawartość również trafi do ognia! A biorąc pod uwagę, że mam w niej telefon, dokumenty, zestaw ratunkowy i podpaski, lepiej pilnować jej jak oka w głowie.
- A niewkładanie bielizny jest mniej nieprzyzwoite?! - wykrzykuję.
Lucy jednak pozostaje niewzruszona.
- Niech panienka idzie ze mną, pomogę panience się ubrać. Śniadanie na stole, w kominku już napalone, kazałam też podać gorącą czekoladę - zachęca mnie.
Odzież, którą Lucy wyjmuje z mojej szafy, nie ma nic wspólnego z moim kostiumem z epoki regencji: to elegancka batystowa halka, koszula z koronki chantilly i pachnąca wodą różaną suknia z błyszczącego haftowanego jedwabiu. Nie wiem, ile to wszystko może kosztować, ale jestem pewna, że mnie na to nie stać. Nawet jeśli nadal nie do końca rozumiem, gdzie jestem i co robię.
Jakby tego było mało, po chwili moim oczom ukazuje się prawdziwe cudo - nie potrafię tego inaczej nazwać - jakim jest jadalnia: z ogromnego okna rozciąga się widok na rozległy ogród z glicyniami za domem, a od iluzjonistycznego malowidła na suficie odbija się połyskujące światło. Stół jest nakryty, a śniadanie przypomina hotelowe. "Może tu jest nawet lepiej niż w Ritzu", myślę sobie.
Łakomym wzrokiem przyglądam się potrawom, a zapach świeżego pieczywa, roztopionego masła i chrupiącego bekonu sprawia, że cieknie mi ślinka.
- Mam nadzieję, że nie rzuci się panienka jak zwykle na jedzenie i poczeka, aż zejdzie ciotka? - szepcze do mnie Lucy.
- Czy mogę... spróbować wszystkiego? - pytam z wahaniem. Nie wiem, ile to jeszcze potrwa, ale wydaje mi się sprawiedliwe, aby zrekompensować sobie traumę obfitym bufetem.
- Oczywiście, lady Rebecco. Zazwyczaj się tak panienka nie kryguje.
Jeśli zwykle postępuję właśnie tak, to nie widzę powodu, by robić coś inaczej, a tym samym wzbudzać podejrzenia. Natychmiast nalewam sobie dużą filiżankę gorącej czekolady.
- Zimno jak na maj - zauważam.
- Wiosna w tym roku się nie spieszy. A śnieg w Wielkanoc nie napawa optymizmem.
Ach, racja, rok tysiąc osiemset szesnasty był rokiem bez lata. Ja to mam farta!
Do salonu wchodzi Archie, a za nim wujek Algernon mamroczący coś pod nosem.
- Co to za wymysły! Cóż może być wygodniejsze niż nocniki, które w razie potrzeby pochowano w każdym kącie?! Dlaczego, będąc w salonie i odczuwając potrzebę, miałbym iść do innego pokoju, żeby użyć tego... tego... tego krzesła?
- Ponieważ zamiast wylewać wszystko do ogrodu, będziemy odprowadzać ścieki do kanalizacji - wyjaśnia Archie.
- Zawsze tak robiliśmy i nie widzę potrzeby, by cokolwiek zmieniać! - protestuje wujek Algernon. - Najpierw kazałeś wymienić wszystkie świeczniki na lampy gazowe, a teraz ta... ta...
- Latryna ze spłuczką - podpowiada mój kuzyn, z triumfalną miną krzyżując ręce na piersi.
Oto, co zawierają skrzynie w holu! Sedesy!
Najchętniej ucałowałabym Archiego w czoło za to, że akurat teraz zdecydował się je zainstalować. Od wczorajszego wieczoru powstrzymywałam się od sikania, ale dziś rano uległam i skorzystałam z porcelanowego dzbanka stojącego pod łóżkiem. To było co najmniej obrzydliwe. Zwłaszcza, że po wszystkim nie wiedziałam, co z nim zrobić, więc opróżniłam go... do kominka. Dobrze, że to było tylko siku.
- Dzień dobry, Rebecco, dzisiaj wyglądasz znacznie lepiej - wita mnie Archie, ignorując narzekania wuja.
- A co będą robić służący, jeśli nie będzie nocników do opróżniania? - ciągnie zirytowany wuj. - Masz pojęcie, ilu pomywaczy straci pracę? Jesteśmy za nich odpowiedzialni!
- Wykazujesz się imponującą wielkodusznością, wuju, martwiąc się o społeczne skutki popularyzacji toalet - komentuję z przekąsem, próbując powstrzymać śmiech. Wujek Algernon jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam, nawet pod względem charakteru.
- Widzisz, Archibaldzie, nawet Rebecca się ze mną zgadza. Miło cię widzieć, moja droga - mówi wujek, nie dostrzegając mojej ironii. - Zaufaj mi, te całe toalety nie mają przyszłości - ciągnie, biorąc ze szklanej patery ciasteczko z kremem i wkładając je do ust.
- Ciekawe, jakież to jeszcze ulepszenia wprowadził nasz nowy sąsiad, właściciel domu Fraserów - myśli głośno Archie, wyglądając przez okno.
- To Fraserowie się wyprowadzili? - pytam dyskretnie Lucy, tak aby nikt inny mnie nie usłyszał.
- We wrześniu, po tym, jak Emily wyszła za mąż, wystawili dom na sprzedaż, żeby przenieść się bliżej rezydencji jej męża przy Hanover Square - wyjaśnia. - Dwa miesiące temu dom kupił pewien tajemniczy nabywca.
Ta wiadomość mnie zaskakuje... W dzienniku opisałam ślub Emily z wicehrabią Maximem Duville, ale nie wspomniałam nic o sprzedaży ich rodzinnego domu.
- I nie wiadomo, kto go kupił? - dopytuję.
- Poza robotnikami, którzy go remontowali, nikogo nie widziano - odpowiada Archie. - Bez wątpienia nowy właściciel to człowiek postępowy. Mam nadzieję, że kiedy już się urządzi, wyda przyjęcie i nas zaprosi. Kto wie, jakie jeszcze cuda kryją się w środku!
- Z pewnością nie jest to dżentelmen z tytułami - mruczy wuj, oblizując palce, i sięga po kawałek tarty. - W przeciwnym razie spotkałbyś go w parlamencie.
- Może i nie ma tytułów, ale kto powiedział, że nie jest dżentelmenem? - zastanawiam się.
- Gdyby nim był, to najpierw przyszedłby się przedstawić.
- Kto nie jest dżentelmenem? - pyta ciotka Calpurnia, wchodząc do sali w towarzystwie kobiety, jak sądzę, swojej pokojówki, która pomaga jej włożyć płaszcz i kapelusz.
- Nasz nowy sąsiad - odpowiada Archie.
- Jeśli to nie kawaler, to nas nie interesuje - kwituje ciotka lakonicznie. - Rebecco, nie jesteś jeszcze gotowa do wyjścia? Modystka już czeka, czas na ostatnią przymiarkę twojej sukni. - Doro, każ woźnicy szykować powóz - zwraca się do pokojówki. - Mogłybyśmy wprawdzie dotrzeć na Bolton Street na piechotę, ale zanosi się na deszcz, a ja nie zamierzam moknąć. Lucy, leć po pelerynę dla Rebekki, jesteśmy już spóźnione. W atelier pani Triaud dołączy do nas również lady Sefton. Chce zobaczyć suknię na twój debiut na dworze.
Niemal zachłystuję się czekoladą.
- Debiut na dworze? - Słowem nie wspomniałam o tym w pamiętniku.
- Nie udawaj, że zapomniałaś, Rebecco - karci mnie ciocia Calpurnia. - Teraz, kiedy masz już za sobą żałobę po swoich ukochanych rodzicach i całkowicie wyzdrowiałaś, nie ma sensu dalej tego odkładać.
- Dwudziestojednoletnia debiutantka, bez wątpienia będzie najstarsza. Wydamy więcej na róże i pudry niż na suknie! - zauważa złośliwie wujek, sięgając po ostatnią pękatą bezę, którą niemal wyrywa mi z ręki. - Lepiej ja ją zjem, nikt nie chce mieć łakomej małżonki.
- A łakomy małżonek jest w porządku? - cedzę przez zaciśnięte zęby. Naprawdę chciałam spróbować tej bezy. Gdy wujek się w nią wgryza, ciastko wygląda lekko jak waniliowa chmurka.
- Lady Sefton zaproponowała, że będzie twoją protektorką i przedstawi cię królowej. Nie możesz nie skorzystać z tej okazji.
- Kró... królowej. - Przełykam ślinę, gardło zaciska mi się na supeł. Zdecydowanie nie wspomniałam o tym w pamiętniku. Muszę pogadać z Gwendą, i to natychmiast.
- Ja nie mogę tego zrobić, bo mnie nikt na dworze nie przedstawił. - Jak dotąd wszystko się zgadza: ciotka Calpurnia z mojej opowieści jest córką bogatych kupców nieposiadających tytułu szlacheckiego. Była żoną młodszego brata mojego ojca, z którego to związku owocem jest Archie, a po tym, gdy piętnaście lat temu owdowiała, wyszła za mąż za Algernona Belforta. - Twój ojciec był markizem Lennox, a skoro pochodzisz z rodu Sheridanów, należy przedstawić cię Jej Królewskiej Mości. Lady Sefton jest hojna i miła, z pewnością da ci odpowiednie wskazówki. Ponadto jest bliską przyjaciółką księcia regenta.
- Jak również dba o to, by nie brakowało mu kochanek - chichocze Archie, leniwie opierając się plecami o ścianę.
- Nie bądź wulgarny, Archibaldzie! - karci go matka.
- Kiedy to czysta prawda - powtarza Archie.
- Co? - pytam, bo wypowiedź kuzyna wzbudza we mnie ciekawość.
- Biada ci, Archibaldzie, jeśli piśniesz jeszcze słówko na ten temat - upomina go ciotka tak gwałtownie, że wiążąca jej czepek Dora aż podskakuje.
Ale Archie nic sobie z tego nie robi.
- Wiele lat temu lady Sefton przedstawiła w towarzystwie Mary Fitzherbert z tak dobrym skutkiem, że regent uczynił ją swoją oficjalną nałożnicą.
- Gdy już znudziła mu się lady Jersey, która wtedy grzała mu łoże - dodaje z rozbawieniem łasy na plotki wujek. W mojej historii wuj Algernon jest trzecim synem zubożałego barona, który dzięki swojej urodzie poślubił bogatą wdowę Calpurnię Sheridan, tym samym zapewniając sobie dostatnie życie wśród wyższych sfer. Choć obecnie jest to już tylko odległe wspomnienie.
- Nie pozwolę na takie rozmowy w obecności mojej i Rebekki - wybucha oburzona ciotka. - Nie jesteśmy w kasynie, zachowajcie jakiś poziom przyzwoitości. Rebecco, czas na nas.
- Zanim udamy się do pani Triaud, muszę jeszcze wstąpić do Hatchards - mówię, przypominając sobie, że Bolton Street znajduje się kilka minut od Piccadilly.
- Kolejne książki? - pyta wujek, plując strumieniem okruchów. - Od tego czytania dostaniesz zeza i nikt nie weźmie cię za żonę!
- Z takim posagiem, jaki ma Rebecca, nawet róg wyrastający z jej czoła nie ostudziłby zapału adoratorów - zauważa ironicznie Archie.
Udaje mi się wyprosić u ciotki pozwolenie na wizytę z Lucy w Hatchards, ona sama zaś kieruje się do modystki, by ta przygotowała moje stroje do przymiarki.
Dla ciotki Calpurnii jestem jak córka, której nigdy nie miała, ale zawsze pragnęła, i nie potrafi mi niczego odmówić.
W drzwiach księgarni natykam się na wysokiego, eleganckiego faceta, który wita mnie z dziwnym uśmiechem, lekko unosząc rondo kapelusza. Nie jest to zwykły, grzecznościowy uśmiech, wygląda mi raczej na uśmiech kogoś, kto mnie zna.
Jest niesamowicie przystojny. Nigdy w życiu nie widziałam takiego mężczyzny - ani w tu, ani w przyszłości.
- Dzień dobry - wita mnie z rozbawieniem, jakby mówił: "No proszę, kogo my tu mamy".
Mój umysł jest zamglony, nie mogę wydobyć z siebie ani słowa.
- Znam go? - pytam Lucy, gdy mężczyzna odchodzi.
- Tego jegomościa o twarzy łobuza? Mam wielką nadzieję, że nie, lady Rebecco.
- Przywitał się ze mną.
- Te próżne eleganciki zawsze polują na łatwą zdobycz. Lepiej niech panienka uważa. Chodźmy, bo się spóźnimy.
- Zaczekaj tu, Lucy - mówię, zanim wejdzie za mną do sklepu. - To sprawa, którą muszę załatwić sama.
- Ależ lady Rebecco, gdyby panienki ciotka się dowiedziała, że z panienką nie poszłam...
- Nie dowie się - przerywam jej. - Poza tym to księgarnia, a nie palarnia opium.
Lucy wciąż jest w szoku po wzmiance o "palarni opium", ja zaś zamykam za sobą drzwi i podchodzę do lady, gdzie Gwenda przegląda jakieś grube tomiszcze.
- Musimy pogadać - oznajmiam, wieszając na drzwiach tabliczkę z napisem "zamknięte". - Teraz, Gwendo!
- Cóż to za maniery - komentuje moja przyjaciółka, poprawiając okulary na nosie.
- Zostawmy moje maniery w spokoju. Wpakowałaś mnie w tarapaty i teraz mnie z nich wyciągniesz. - Podchodzę bliżej. - Gdzie jesteśmy? Co się wydarzyło podczas rekonstrukcji? Dlaczego to, co widzę na zewnątrz, nie jest Londynem, który znam? I czemu wszyscy twierdzą, że jest rok tysiąc osiemset szesnasty? - zasypuję ją gradem pytań.
Ale Gwenda patrzy na mnie z całkowitym spokojem.
- Bo jest rok tysiąc osiemset szesnasty, Rebecco.
- Kiedy mnie zaciągnęłaś do tego magazynu, doskonale wiedziałaś, dokąd mnie zabierasz, więc teraz nie udawaj głupiej. Chcę wyjaśnień, i to natychmiast! - Uderzam pięścią w blat.
- Może najpierw się uspokoisz?
- Mam się uspokoić? Nic z tego nie rozumiem! Nie wiem, gdzie jestem ani z kim tu jestem!
- Och, doskonale wiesz, z kim tu jesteś. Z ciotką Calpurnią, z wujkiem Algernonem, z Archiem... - wymienia spokojnie.
- Dlaczego znalazłam się, a raczej znalazłyśmy się, w mojej historii, tej z mojego dziennika? I dlaczego dzieją się rzeczy, o których nigdy nie pisałam? Na przykład mój debiut lub sprzedaż domu przez rodzinę Emily?
- Ponieważ nie jesteśmy w twojej historii, Rebecco. To Londyn Anno Domini tysiąc osiemset szesnaście. Prawdziwy Londyn Anno Domini tysiąc osiemset szesnaście.
Prawdziwy Londyn? To znaczy, że nie jestem już w mojej historii, ale po prostu w historii?
- Czyli chcesz mi powiedzieć, że to wszystko jest prawdziwe?! - Panika znów chwyta mnie za gardło. - Jak to możliwe, do diabła?
- No dobrze. - Ton jej głosu w końcu poważnieje. Gwenda poprawia okulary na nosie i patrzy na mnie z uwagą. - Ale żebym mogła ci wyjaśnić, co się stało, musisz mi najpierw zaufać i uwierzyć, że mówię prawdę, Rebecco.
Zbiera mi się na płacz.
- W co mam uwierzyć?
- W paradoksy czasoprzestrzenne - wyjaśnia bez wahania.
- Paradoksy? Chodzi ci o podróże w czasie?! - Z trudem łapię powietrze. - To czysta fantazja!
- Jaka znowu fantazja! Fizyka jest nauką! - najeża się.
- Nieważne, czym jest, ale jak to się stało.
- Zademonstruję ci, jak to się stało, żebyś mogła zrozumieć. - Bierze kartkę i gęsim piórem rysuje na niej linię z dwoma kropkami na końcach. - Jeśli myślimy o czasie jako o prostej linii, która biegnie tylko do przodu, cofnięcie się w czasie jest niemożliwe. Ale czas taki nie jest. Widzisz? Tu mamy teraźniejszość, gdzie byłyśmy w sobotę, a tutaj - wskazuje drugą kropkę - jest rok tysiąc osiemset szesnasty. - Składa kartkę, tak aby dwa punkty pokrywały się ze sobą. - I oto z teraźniejszości można się cofnąć do przeszłości.
- Zagięcie czasoprzestrzenne? - pytam niepewnie. To brzmi jak jakieś wariactwo.
- Nie do końca, ale to najprostszy sposób, abyś zrozumiała, że to, co się wydarzyło, jest całkowicie możliwe. Jak widzisz, to właściwie nie jest podróż. Byłyśmy w Londynie i nadal jesteśmy w Londynie. Tak naprawdę nie przemieszczamy się w przestrzeni, to tylko współrzędne czasu zachodzą na siebie.
- W porządku, udawajmy, że jest tak, jak mówisz...
- Jest tak, jak mówię - odpowiada zirytowana.
- No dobrze, a jak mam wrócić do teraźniejszości? Albo do przyszłości, jak zwał, tak zwał.
- Trzeba zaczekać, aż otworzy się przejście.
- A jak często się otwiera? Raz w tygodniu? Raz w miesiącu? - Z niepokojem przełykam ślinę. - Raz w roku?
- Nie otwiera się regularnie i nie można przewidzieć, kiedy to nastąpi. Należy poczekać, aż jedno się zamknie, aby obliczyć czas kolejnego otwarcia. - Mówiąc to, Gwenda bierze stos kartek zapełnionych wzorami, liczbami i wykresami kartezjańskimi, które dla mnie są jak czarna magia. - Pracuję nad tym. Ustalenie dokładnej daty i godziny jest bardzo skomplikowane. Ale nie martw się, nie powinno mi to zająć więcej niż trzy miesiące.
- Trzy miesiące?! - pytam zszokowana. - A kto zapłaci mój czynsz za następne trzy miesiące? A praca? Zwolnią mnie! Profesor Sully chce na czwartek nowy wstęp do pracy magisterskiej... Robiłaś już to kiedyś? Podróżowałaś do przeszłości?
- Nie - odpowiada z beztroskim uśmiechem.
- Cholera! - wykrzykuję na bezdechu. - Cholera! - powtarzam jeszcze głośniej. - To wszystko prawda... to wszystko prawda. - Nie mogę złapać tchu, serce bije mi co najmniej dwieście razy na minutę i kręci mi się w głowie. - Muszę usiąść.
Gwenda podstawia mi stołek, a ja osuwam się na niego, grzebiąc w torbie w poszukiwaniu inhalatora. Wdech... wydech... wdech... wydech.
- I wpadłaś na genialny pomysł, żeby za pierwszym razem zabrać mnie ze sobą? - pytam, gdy mogę znów oddychać.
- Czy nie mówiłaś zawsze, że czujesz się dziewczyną z innej epoki? - odpowiada swobodnie. - No to masz inną epokę!
- Ale to było tylko takie gadanie! - oburzam się. - Co mam niby robić przez trzy miesiące w tysiąc osiemset szesnastym roku?
- To samo, co robiłaby lady Rebecca - stwierdza, jakby to była największa oczywistość pod słońcem. - Tak ci się spieszy, żeby wrócić do teraźniejszości? Do swojej klitki na poddaszu, gdzie sufit jest tak nisko, że musisz chodzić z opuszczoną głową, albo do układania książek? Masz szansę zasmakować życia debiutantki w Londynie z czasów regencji. Podejdź do tego z entuzjazmem, zamiast miotać się jak ryba w sieci.
Jak to - czy mi się spieszy? Cóż, przecież... mam... poza tym muszę...
- Pomyśl o tym - zachęca mnie. - Pożyj własnym życiem, zamiast podglądać życie innych niczym widz w teatrze.
- Zasmakować życia debiutantki? - powtarzam jak papuga.
- Tak, debiutantki! - mówi z przejęciem. - Jesteś lady czy nie? Ciesz się przyjęciami, balami, herbatkami, spektaklami, spacerami po Hyde Parku... zalotami dżentelmenów - dodaje, mrugając okiem.
Słucham każdego słowa, rozważając jego znaczenie. Zasmakować życia debiutantki w Londynie w tysiąc osiemset szesnastym roku.
- I zobacz na własne oczy historię, którą znasz wyłącznie z książek - zachęca mnie Gwenda.
Racja! To naprawdę intrygujące! Ileż materiału do mojej pracy magisterskiej mogłabym tu zebrać! Stworzyłabym coś, czego nikt jeszcze nie czytał!
- Ostatecznie pomysł nie jest taki zły, prawda? - droczy się ze mną Gwenda. - Widzisz, znalazłyśmy sposób, żebyś mogła podróżować. I to bez wyznaczania tras w Mapach Google'a - stwierdza z zadowoleniem.
- Muszę przestrzegać jakichś szczególnych zasad?
- Zasad nie - odpowiada - ale musisz zachować pewne środki ostrożności.
- To znaczy?
- Każde działanie zainicjowane w przeszłości ma moc zmieniania przyszłości. Zawsze o tym pamiętaj. Nie narażaj się na niebezpieczeństwo, nie daj się zabić....
Wytrzeszczam oczy.
- A jest taka możliwość?
- Miejska policja powstanie dopiero w tysiąc osiemset dwudziestym dziewiątym - oświadcza poważnym tonem. - A medycyna w tych czasach nie jest w stanie wyleczyć chorób, które dla nas są już zupełnie niegroźne.
- Racja. - W odpowiedzi przyciskam do piersi torebkę z zestawem ratunkowym, który teraz wydaje mi się jeszcze cenniejszy.
- I nie zajdź w ciążę - dodaje.
Parskam śmiechem.
- Nie ma takiego ryzyka - zapewniam ją. - Jestem najmniej aktywną seksualnie osobą w Wielkiej Brytanii.
- Z podróżami w czasie nie ma żartów.
- Nie dać się zabić i nie zajść w ciążę - powtarzam, odwracając się w stronę wyjścia. - Dobra, da się zrobić.
- I nie zakochuj się! - woła za mną Gwenda.
Nie bardzo rozumiem.
- To też ma wpływ na podróże w czasie?
- Nie, to ma wpływ na mózg. Zakochany człowiek podejmuje głupie decyzje.
Dalsza część w wersji pełnej