Dziewczyna z karabinem - Barbara Wysoczańska

-
Proszę czekać

PROLOG

Luty 1947 roku

Więzienie UB na Rakowieckiej - Warszawa

Wyrok odczytano trzy dni temu. Krótko, bezdusznie i surowo, ustami sędziego wojskowego, który nawet na nią nie patrzył.

- Bandytka i wróg ustroju ludowego. Kara śmierci.

I teraz pozostało już tylko czekanie.

Czekanie bardzo dziwne, bo czas nagle przestał płynąć. Zastygł w gęstym, lepkim powietrzu, śmierdzącym stęchlizną, brudną wilgocią i zaschniętą krwią - jej i tych, którzy byli tu przed nią. Pojedyncza naga żarówka pod sufitem żarzyła się nieustająco tym samym słabym i żółtawym światłem, rzucając na obdrapane, pokryte pleśnią ściany wydłużone upiorne smugi. Patrzyła na nie tyle razy, że znała ich fakturę na pamięć. Na jednej ktoś wydrapał znak Polski Walczącej.

Było zimno. Przejmujący chłód wpełzł pod podartą, zszarzałą sukienkę i przeniknął przez skórę, by zmrozić kości.

Siedziała na krawędzi wąskiej, pozbawionej siennika pryczy, obejmując kolana ramionami.

Cisza w celi była równie okrutna, co razy śledczych. To była dławiąca, ciężka cisza, przerywana jedynie odległym stłumionym krzykiem z innego miejsca lub miarowym, doprowadzającym do obłędu kapaniem wody z pękniętej rury w korytarzu.

Zamknęła oczy. Przez ułamek sekundy próbowała przywołać wspomnienie wolności - wiatr szumiący w koronach drzew i zapach wilgotnej ziemi z rodzinnego Podlasia. Kurczowo chwytała się tych obrazów, odgradzając się od przerażającej rzeczywistości. W dłoni, tej samej, która kiedyś dzierżyła karabin, teraz trzymała ulepiony z więziennego chleba krzyżyk. To była jedyna broń, jaka jej pozostała. Wiara i pamięć o tym, kim była i za co przyjdzie jej umrzeć.

Bo nadal wiedziała, kim jest.

Córką Kazimierza i Anny Michałowskich z Białowieży. Dziewczyną z karabinem.

Była też córką puszczy, bo puszcza ją wychowała i nauczyła walczyć o przetrwanie.

Nazywała się Maria Michałowska. Miała dwadzieścia siedem lat, choć w odbiciu małej kałuży na nierównej podłodze widziała twarz obcej kobiety: zapadnięte policzki i zsiniałą skórę wokół nienaturalnie wielkich, pustych oczu. Ślady po wielotygodniowym śledztwie pokrywały jej ciało mapą sińców, obrzęków i otarć. W brutalnym przesłuchaniu połamano jej palce, ale ból fizyczny już dawno przestał mieć dla niej znaczenie. Stał się jedynie tępym echem.

Od dziecka fascynowała ją postać Marii Antoniny, francuskiej królowej, która zakończyła życie, kładąc swoją piękną, upudrowaną głowę pod gilotynę na Place de la Concorde w Paryżu. Miała wówczas trzydzieści siedem lat, o dziesięć więcej niż Maria teraz.

Nieskończoną ilość razy Maria wyobrażała sobie, jak to jest umrzeć od wyroku, na oczach gawiedzi. Zastanawiała się, czy Maria Antonina czuła strach przed śmiercią, czy targały nią raczej wściekłość i zażenowanie, że ją, królową, potraktowano tak prostacko.

Teraz to ona była jak Maria Antonina.

Nagle przenikliwą ciszę rozdarł dźwięk - metaliczny i nieubłagany zgrzyt klucza w drzwiach na początku korytarza.

Maria otworzyła oczy. Jej oddech natychmiast przyspieszył. To już?

Usłyszała kroki. Dudniące, miarowe uderzenia ciężkich wojskowych butów o betonową posadzkę. Zbliżały się powoli, nieuchronnie, z każdą sekundą wysysając resztki powietrza z jej płuc.

Jeden, dwa, trzy... Liczyła uderzenia serca, starając się zapanować nad paraliżującym dreszczem, który przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa.

Wiedziała, po kogo idą. O tej porze w bloku śmierci kroki oznaczały tylko jedno...

Ucichły.

Zamek w drzwiach celi szczęknął głośno i brutalnie, a ciężki rygiel zgrzytnął o metal.

W progu stanęli dwaj strażnicy.

Maria wzięła głęboki wdech.

Powoli, z trudem, podniosła się z pryczy. Wyprostowała plecy na tyle, na ile pozwoliło obolałe ciało, wygładziła dłonią pomięty materiał sukienki i uniosła podbródek. Serce biło jej jak oszalałe, ale gdy na nich spojrzała, w jej oczach nie błyszczał strach. Już nie.

Była jak Maria Antonina. Była gotowa.

- Maria Michałowska, prosimy z nami.

ROZDZIAŁ 1

1942 rok

Warszawa - Generalne Gubernatorstwo

Był kwiecień, więc ranek wlewał się ciepłym słonecznym światłem do niewielkiego pokoju na poddaszu w kamienicy gdzieś na Woli. Pokój był malutki, ale urokliwy i zajmowały go dwie przyjaciółki.

Jak co dzień, zaraz po przebudzeniu, dwudziestodwuletnia Marysia Michałowska usłyszała za oknem znajome gruchanie gołębia, który uwił sobie gniazdo na parapecie niewielkiego okna. Wyglądając przez nie, można było podziwiać warszawskie dachy, a zwłaszcza wyróżniające się neogotyckie wieże Kościoła Świętego Wojciecha, którego dzwon wybrzmiewał na całą okolicę.

- Wstawaj, Marysiu, bo spóźnisz się do pracy i naczelnik urwie ci głowę!

Wybudzona dziewczyna uniosła się na łokciu i zaspanym wzrokiem spojrzała na Polę, swoją współlokatorkę. Prawdziwą warszawską piękność.

Marysia doskonale pamiętała dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyła Polę Roszko. To było na początku września trzydziestego dziewiątego roku, zaraz po tym, jak hitlerowskie Niemcy zaatakowały Polskę i rozpętały wojnę. Warszawiacy, odpowiadając wówczas na apel prezydenta Stefana Starzyńskiego, z determinacją i zaangażowaniem włączyli się w akcję kopania rowów i schronów przeciwlotniczych. Byli tam wówczas wszyscy: starzy i młodzi, bogaci i biedni, znani i cisi mieszkańcy stolicy. Ramię w ramię każdy dawał z siebie wszystko, by obronić miasto przed niszczycielskimi bombowcami wroga. I właśnie wtedy, w tych okopach, w kurzu i piachu, pojawiła się ona - dwudziestotrzyletnia wówczas, młodziutka aktorka warszawskiego teatru rewiowo-kabaretowego, Pola Roszko. W rzeczywistości miała na imię Apolonia, ale oficjalnie przedstawiała się jako Pola, być może chcąc się upodobnić do sławnej aktorki Poli Negri, która zrobiła międzynarodową karierę.

Na tle pozostałych Warszawiaków, pracujących w pocie czoła szpadlami, łopatami i gołymi rękoma, Pola wyglądała jak istne zjawisko. Śliczna, smukła jak trzcina, z jasnymi, lśniącymi włosami, ubrana po męsku w spodnie, koszulę i buty z cholewami, u jednych wzbudzała absolutny podziw, u innych uśmieszki wzgardy i politowania. Nikogo jednak nie pozostawiła obojętnym, bo jej niezwykła uroda przyciągała spojrzenia jak magnes, zarówno mężczyzn, jak i kobiet.

Tymczasem panna Roszko spod ronda kapelusza rozejrzała się uważnie po tłumie, po czym bez zastanowienia podeszła do Marysi Michałowskiej, młodej dziewczyny, która z teatrem nie miała nic wspólnego i nawet nie była Warszawianką z urodzenia. Wybuch wojny pokrzyżował jej młodzieńcze plany rozpoczęcia wymarzonych studiów na polonistyce.

- Serwus! - przywitała się młoda aktorka. - Daj mi tę łopatę i odpocznij. Teraz ja będę kopać. Róbmy to na zmianę.

Marysia, ocierając pot z czoła, popatrzyła w szczerą twarz ślicznotki i wzruszyła ramionami. Była już wściekle zmęczona, a ramiona paliły ją od wysiłku, więc bez słowa oddała dziewczynie łopatę i klapnęła ciężko na hałdę piachu. Zaintrygowało ją, czy taka elegantka potrafi władać sprzętem dla robotników, ale było tu wielu, co trzymali łopatę pierwszy raz w życiu, a szło im doskonale. Każdy mógł się wykazać, jeśli tylko miał w sercu dość determinacji, a w tych dramatycznych pierwszych dniach wojny akurat tego Warszawiakom nie brakowało.

- Jestem Pola Roszko. - Elegantka przedstawiła się, chwytając trzon w drobne dłonie. - Mów mi Pola.

Marysia uśmiechnęła się ze szczerą serdecznością i ponownie otarła pot z czoła. Spódnicę i pantofle miała całe w piachu, ale przynajmniej nie wyróżniała się wśród innych.

- Maria Michałowska, ale mów mi Marysia.

- Jesteś tu sama? - Pola, o dziwo, z niezłą sprawnością wbiła łopatę w ziemię.

- Tak.

- A gdzie twoja rodzina?

- W Białowieży, na Podlasiu. To wieś granicząca z puszczą. Stamtąd pochodzę i tam znajduje się mój rodzinny dom. Mój ojciec jest leśniczym. W Warszawie mieszkam sama, choć we wsi gadali, że upadłam na głowę, że mi się wielkiego miasta zachciało. A jednak skończyłam tutaj szkołę, zdałam maturę i właśnie zamierzałam iść na studia.

Pola odrzuciła grudę ziemi.

- W obecnej sytuacji to może być trudne... Z tymi studiami. Niemcy dają nam popalić i obawiam się, że szybko się stąd nie wyniosą. Ja jestem... a raczej byłam aktorką w teatrze rewiowym. Ale cholera... Wczoraj spadła na niego bomba i... Nie wiem, co dalej. Pochodzę z Lublina, ale jakoś nie uśmiecha mi się tam wracać, bo mam tu swoje sprawy.

- Na twój teatr spadła bomba i mówisz o tym tak lekko?

Pola zerknęła na Marysię z ukosa.

- Już się wypłakałam. Teraz trzeba działać i pokazać Niemcom, że nie poddamy się tak łatwo.

Tak zaczęła się ich znajomość.

Rozmowy w wojennych okopach bardzo je do siebie zbliżyły i kilka dni później obie panny udały się do punktu medycznego, by pomóc przy opatrywaniu rannych żołnierzy i ludności cywilnej poszkodowanej w bombardowaniach.

Od tamtej pory Marysia Michałowska i Pola Roszko stały się niemal nierozłączne - do tego stopnia, że po wkroczeniu Niemców do Warszawy i ogłoszeniu kapitulacji przez Polskę, by nawzajem się wspierać w nadchodzącej trudnej przyszłości, postanowiły wspólnie wynająć lokum. Znalazły skromny pokój na poddaszu w pensjonacie u wdowy, majorowej Eugenii Różańskiej, której mąż major Teofil Różański walczył w obronie Warszawy i tragicznie poległ.

Dziewczęta uznały, że skoro Niemcy zaczynają wprowadzać w Polsce swoje wojenne zasady, to one, dla wspólnego bezpieczeństwa, powinny trzymać się razem, by przetrwać.

Pola po wybuchu wojny w oczywisty sposób przestała szukać pracy w teatrze, bo kulturę niemal w całości przejęli Niemcy, a młodziutka aktorka zarzekała się, że dla Szkopów świecić na scenie nie zamierza.

Ponieważ uczelnie wyższe zamknięto, Marysia zaczęła studiować polonistykę na tajnym nauczaniu, które zorganizowano na terenie Warszawy i innych większych miast kraju. Obie znalazły też zatrudnienie w Poczcie Polskiej, która wprawdzie od początku wojny została przejęta przez Niemców, ale dało się tam we względnym spokoju zarobić choć parę groszy na regularne opłacanie czynszu. Dodatkowo Marysia zobowiązała się pomagać kucharce gotującej w pensjonacie, pani Jance, a to dawało jej możliwość korzystania z posiłków bez dodatkowej opłaty.

- Która godzina? - zapytała Marysia zaspanym głosem.

- Prawie ósma.

Dziewczyna gwałtownie wyskoczyła z łóżka i zaczęła się szamotać z koszulą nocną, odgarniając splątane kasztanowe włosy.

- Dlaczego nie obudziłaś mnie wcześniej?! Pani Janka będzie suszyć mi głowę, że nie pomogłam jej przy śniadaniu!

- Tak twardo spałaś... A przecież uczyłaś się do późna. Przebudziłam się i widziałam zapaloną lampkę nad biurkiem. Kiedyś przez to twoje nocne siedzenie sprowadzisz tu Niemców i będziemy się grubo tłumaczyć.

- Przepraszam, Polciu. Jeszcze tylko kilka dni i jak tylko nadrobię materiał...

Pola westchnęła i niedbale machnęła ręką. Ona nie przejmowała się nauką, bo kochała aktorstwo i tylko to chciała w życiu robić. Wojnę traktowała jak brutalną i przymusową przerwę w pracy, święcie wierząc, że kiedyś znów stanie na deskach teatru. Najpierw jednak należało przetrwać najgorsze i pozbyć się Szkopów. Z nimi trudno było planować przyszłość.

Miała rację, Niemcy utrudniali wszystko, a do tego wprowadzili surowe represje dla cywili, które skutkowały aresztowaniami za byle drobiazg. Tymczasem atmosfera terroru, podział społeczny, głód, propaganda i godzina policyjna rodziły w ludziach bunt.

A jednak życie toczyło się dalej...

Marysia naprędce umyła się w porcelanowej miednicy i zaczęła wkładać bieliznę oraz pończochy, podczas gdy Pola, już schludnie ubrana i pięknie uczesana, właśnie kończyła przed lustrem malować usta karminową szminką. Wojna nie zmieniła w niej nawyku dbania o siebie w każdym detalu, więc panna Roszko jak zawsze wyglądała idealnie w dopasowanej zielonej sukience z beżowym żakietem i jasnych, misternie upiętych włosach. Szła tak do pracy w okienku na poczcie, choć równie dobrze mogłaby iść na randkę z samym Eugeniuszem Bodo, którego zresztą poznała osobiście na jednym z warszawskich przyjęć i dementowała, jakoby był aż tak uroczy, za jakiego wszyscy go brali.

Tymczasem Marysia w chaosie poranka nie wiedziała, za co wziąć się najpierw.

Minionej nocy znów zbyt długo ślęczała nad książkami, próbując nadrobić zaległy materiał na zajęcia. Ostatnio mnóstwo czasu zajmowało jej wyszukiwanie informacji o zaginionych kilka tygodni temu rodzicach i siostrze, a przez to zaczęła zaniedbywać naukę. A jeśli chciała zaliczyć kolejny rok studiów, musiała nadrabiać zaległości. I przez to zarywała noce.

Nie było jej tam, kiedy rodzinna Białowieża została zajęta przez Niemców.

Z początku, zaraz po wybuchu wojny, Podlasie w brutalny sposób okupowali Rosjanie, ale latem poprzedniego roku, wraz z niemiecką inwazją na Związek Sowiecki, Białowieża przeszła w ręce Niemców. I to wtedy mający bzika na punkcie polowań niemiecki minister Hermann Göring utworzył "Oberforstamt Białowieża", a kierownictwo nad terenem powierzył Walterowi Frevertowi. Frevert wraz z Hansenem Scherpingiem dostali za zadanie utworzyć z Puszczy Białowieskiej specjalny rezerwat, a tamtejszą ludność, przy pomocy jednostek Forstschutzkommando, deportować. Ta deportacja z oczywistych względów miała dotyczyć w szczególności leśniczych i myśliwych z terenów wokół puszczy. Ojciec Marysi, Kazimierz Michałowski, został natychmiast wpisany na listę do likwidacji.

I nagle, z anonimu wysłanego do Marysi na warszawską placówkę pocztową, dziewczyna dowiedziała się, że jej rodzice i młodsza o dwa lata siostra Łucja zniknęli, a w ich pięknej leśniczówce w Białowieży urzędują Niemcy.

Zdruzgotana Maria nie pojmowała, jak do tego doszło i dlaczego. Wydawało jej się, że tylko tu, w Warszawie, okupacja przybiera najobrzydliwsze oblicze; aresztowania, łapanki i egzekucje paraliżowały strachem. Tymczasem to tam, gdzie znajdował się jej ukochany dom, wydarzyło się najgorsze.

- Byłam wczoraj w Czerwonym Krzyżu - zagadnęła Polę, zapinając pospiesznie guziki białej bluzki. - Zostawiłam dane rodziców, może się czegoś dowiedzą. Na razie wciąż nic nie wiadomo. A jak nie wiadomo, to trzymam się myśli, że oni żyją. W PCK mają listę nazwisk tych, którzy zostali rozstrzelani... A moich na niej nie ma.

W spisie ofiar niemieckich czystek w okolicach Białowieży na Podlasiu, sporządzonym przez Czerwony Krzyż, rzeczywiście nie było ani jej rodziców, ani siostry. Dziewczyna przejrzała tę listę dwa razy, dla pewności. Za pierwszym razem pociemniało jej w oczach, kiedy przebiegała wzrokiem po imionach i nazwiskach. Odnalazła wielu znajomych i sąsiadów - Lubiczów, Dąbrowskich, Sadowskich... Ale jej najbliższych tam nie było. Muszą żyć! Bo gdyby nie żyli, ich nazwiska zapisano by czarno na białym i nikt nie wysłałby do niej anonimu, że uciekli i ukryli się gdzieś przed Niemcami, prawda?

Tylko dokąd uciekli? I dlaczego nie wysłali córce żadnej wiadomości? Przecież znali jej warszawski adres.

Ta niewiedza i lęk o najbliższych były najgorsze. Przytłaczały ją, dobijały i sprawiały, że nie mogła skupić się na nauce ani na niczym innym. Miała wrażenie, jakby dopiero teraz wojna dotknęła ją osobiście, choć przecież toczyła się już niemal trzy lata.

- Ja też pytałam tu i tam - powiedziała Pola zwyczajnym tonem, wciąż przeglądając się w lustrze, jakby na siłę szukała mankamentu swojej urody.

- Ty?

- No przecież jesteśmy przyjaciółkami, czemu się dziwisz? Widzę, jak się przejmujesz, i próbuję pomóc. Mam jakieś znajomości... Tu i tam.

- Ale nie znasz nikogo z moich stron.

Pola uśmiechnęła się z przekąsem i wrzuciła szminkę do niewielkiej torebki.

- To prawda, nie znam nikogo z twoich stron - przyznała, wygładzając fałdy sukienki i szykując się do wyjścia. - Ale może ktoś inny je zna. Takie informacje o zaginionych warto przekazywać szeroko. Wbrew pozorom świat bywa mały, Marysiu. A teraz chodźmy na szybkie śniadanie i biegnijmy do pracy - popędziła ją, widząc, że koleżanka próbuje jako tako ułożyć niesforne włosy.

- Idź sama, ja nie jestem głodna. W międzyczasie spróbuję uczesać się, żeby wyglądać jak człowiek.

- Jak to nie jesteś głodna? - Pola żachnęła się oburzona. - Jest wojna, pamiętasz? Przypominam ci, że trzeba jeść, bo jutro może być z tym problem.

- Ciągle to powtarzasz.

- Bo wiem, co mówię!

Rodzina Poli podczas Wielkiej Wojny przeżyła najgorszy możliwy głód. Babcia i mama dwoiły się i troiły, by wykarmić rodzinę obrabowaną przez Rosjan, gdy dziadek i ojciec byli na wojnie. Marysia takich dramatycznych doświadczeń nie miała, bo żyła blisko puszczy, która dawała im pożywienie i nawet w najtrudniejszych momentach utrzymywała przy życiu.

Pola z teatralnym westchnieniem podeszła do przyjaciółki i odebrała jej z dłoni szczotkę.

- Usiądź. Ja to zrobię. - Wskazała Marysi krzesło.

- Nie musisz...

- Wiem, że nie muszę, ale chcę. Masz piękne włosy, a w ogóle nie umiesz się z nimi obchodzić. Gdybym ja takie miała...

ROZDZIAŁ 2

Marysia stemplowała w okienku kolejny list, gdy drzwi do placówki pocztowej otworzyły się z hukiem. Do środka wtargnęło kilku niemieckich funkcjonariuszy w szarych mundurach, a za nimi dwóch gestapowców w charakterystycznych skórzanych płaszczach. W pierwszej chwili dziewczyna usłyszała ciężki odgłos butów, a później powietrze przeciął wrzask dowódcy.

- Wszyscy ręce do góry! Ale już!

Niemcy spędzili personel poczty na środek sali, popychając kolbami każdego, kto nie poruszał się dość szybko.

Staszek, pracownik sortowni, patrzył ze zdumieniem w lufę karabinu wymierzoną prosto w jego pierś, a stojąca przy okienku Marysi petentka zaszlochała cicho w panice, zasłaniając usta drżącą dłonią.

Marysia również podniosła się z krzesła. Na miękkich nogach wyszła zza swojego stanowiska i stanęła obok kobiety, która sparaliżowana strachem odruchowo pochwyciła ją za rękę. Była blada i wyglądała, jakby za chwilę miała zemdleć. Marysia też się bała, ale starała się nad sobą panować, choć wszystko działo się tak szybko i niespodziewanie...

Jeden z gestapowców podszedł do naczelnika poczty, Mieczysława Gawła, i bezczelnie pochwyciwszy go za klapy marynarki, przyciągnął blisko do siebie.

- Dokumenty. Wszystkie. Teraz! - wychrypiał łamaną polszczyzną, cedząc każde słowo. - Rejestry, meldunki, korespondencja służbowa. Jeśli znajdę choć jeden brakujący papier, cała zmiana pojedzie na Pawiak!

- Tak, oczywiście - wybełkotał naczelnik, poprawiając sobie przekrzywione okulary.

Gestapowiec odepchnął go z taką siłą, że starszy mężczyzna uderzył plecami o regał, z którego posypały się papiery. Marysia wzdrygnęła się na ten widok. Wprawdzie nie darzyła naczelnika sympatią - był zarozumiały i apodyktyczny w stosunku do większości pracowników - ale nie zasługiwał na takie traktowanie. Nikt na takie nie zasługiwał.

Niemcy, nie czekając na pozwolenie, sami zaczęli wyciągać szuflady, otwierać szafki i sejfy z dokumentacją. Jeden podszedł do Marysi i wskazał na nią palcem.

- Jak się nazywasz?

- Maria Michałowska.

- Pokaż, co tam masz.

Dziewczyna posłusznie wróciła do okienka i trzęsącymi się dłońmi wyjęła wszystkie listy, które wcześniej podstemplowała i idealnie poukładała do wysłania.

Niemiec zaczął przeglądać je po kolei. Niektóre rozrywał i wyciągał z kopert, inne w nienaruszonym stanie odkładał na bok. Choć panowała cenzura i wszystko przechodziło przez niemieckie ręce, teraz wyraźnie szukali czegoś konkretnego. Skrupulatnie przeglądali wyciągane przez pracowników papiery, podczas gdy dowódca powoli przechadzał się wzdłuż ustawionych w rzędzie pod ścianą pracowników i petentów. Jego wzrok, zimny i świdrujący, zatrzymywał się na każdej twarzy. Nagle wyciągnął dłoń w stronę Poli, a Marysia, widząc to kątem oka, wstrzymała oddech.

- Ty. Idziesz z nami - mruknął Niemiec, chwytając Polę brutalnie za ramię.

- Nie! Ona nic nie wie! - krzyknął Staszek, robiąc odruchowo krok do przodu, ale jeden z żołnierzy natychmiast uderzył go kolbą w brzuch i zwalił z nóg.

Zwinięty w kłębek chłopak próbował złapać oddech, ale Niemcy już go nie puścili. Podnieśli go za kołnierz i rzucili w stronę drzwi, gdzie stało dwóch innych pracowników poczty wskazanych do aresztowania.

Marysia z przerażeniem patrzyła na Polę, jak ta w panice próbuje się opierać po tym, jak dwóch Niemców chwyciło ją za ramiona i popchnęło do wyjścia.

- Puśćcie mnie! Ja tylko stemplowałam listy! - krzyczała, a w jej głosie słychać było narastającą panikę.

Gestapowiec podszedł do niej w kilku szybkich krokach i uderzył otwartą dłonią w twarz, uciszając skutecznie. Pola zachwiała się, a z kącika jej uszminkowanych ust spłynęła strużka krwi.

Marysi pociemniało w oczach.

- Ty, ty i ona. - Gestapowiec wskazał palcem na kolejnych pracowników poczty. - Idziemy!

Wypchnęli ich na zewnątrz, prosto na warszawską ulicę, gdzie czekała ciężarówka.

Marysia patrzyła na to wszystko ze ściśniętym gardłem, przerażona, nie do końca pojmując, że to dzieje się naprawdę. Dlaczego Pola? Dlaczego Niemiec bez wahania wskazał na nią?

I nagle zrozumiała.

Pola, Staszek i inni wybrani przez Niemców... Ich nakaz aresztowania nie był przypadkowy. Gestapowcy doskonale wiedzieli, kogo biorą. To było aż nadto wyraźne.

Czyżby wskazani należeli do konspiracji?

Ta prawda spadła na dziewczynę nagle i tak samo nagle stała się oczywista. Przecież Pola Roszko miała talent aktorski i mnóstwo uroku osobistego, a to pierwszy warunek do zmylenia wroga i manipulacji. W dodatku dość często znikała po pracy, bo spotykała się z kimś, a Marysi tłumaczyła, że idzie na niezobowiązującą kawę. I teraz Marysia zastanawiała się, jak to możliwe, że nie domyśliła się wcześniej. Przecież mieszkały w jednym pokoju, pracowały w tym samym miejscu, rozmawiały o wszystkim, były ze sobą blisko... A jednak przyjaciółka zdołała ukryć przed nią, że współpracuje z polskim podziemiem. A może nie? Może to zwyczajna pomyłka?

Wychodząc z poczty przed godziną policyjną, Marysia wciąż nie wierzyła w to, co się stało. Na myśl, że Pola dzisiejszą noc - i zapewne kolejne - spędzi na Gestapo, robiło jej się niedobrze z nerwów. Miała ochotę jednocześnie krzyczeć z wściekłości i płakać z niemocy. Bała się o życie koleżanki, bo nie miała wątpliwości, że Niemcy będą ją przesłuchiwać. A powszechnie było wiadomo, że z ich przesłuchań mało kto wychodził cało.

Pola była taka drobna, niemal jak dziecko...

Jak ona to wytrzyma?

Marysia znów z bólem serca pomyślała o rodzicach i młodszej siostrze. Najpierw zniknęli oni, teraz Pola. Poczucie osamotnienia rozgorzało w dziewczynie tak gwałtownie, jakby pierwszy raz poczuła, że została w Warszawie zupełnie sama.

W drodze do domu natknęła się na kolejną listę ofiar przypiętą do słupa ogłoszeniowego. Kilkadziesiąt osób rozstrzelanych przez Niemców w odwecie za zamach dokonany dwa dni wcześniej przez Polaków na czterech niemieckich żołnierzach, w tym jednym oficerze Wehrmachtu, Hauptmannie Martinie Schneiderze. Wszystko wydarzyło się w kawiarni "Cafe Club" tylko dla Niemców, znajdującej się na rogu Alei Jerozolimskich i Nowego Światu, w godzinach wieczornych, kiedy ludzi na ulicach chodziło już znacznie mniej, choć było jeszcze przed godziną policyjną.

Zdruzgotana, przystanęła przy słupie ogłoszeniowym, obok grupki ludzi tak jak ona zainteresowanych listą, i zapatrzyła się na nazwiska. Nie znalazła tam nikogo znajomego; jednak na widok starszego mężczyzny zgarbionego w bólu, który nie umiał opanować nagłego szlochu po stracie kogoś bliskiego, coś ścisnęło ją w piersiach. Do oczu napłynęły jej łzy. W pierwszym odruchu współczucia chciała podejść do tego człowieka i go pocieszyć, ale coś ją powstrzymało. Chyba wstyd wobec widoku tak wielkiego cierpienia, które z trudem dało się wyobrazić. Odsunęła się od tłumu, zacisnęła dłonie w pięści i zagryzając wargi, ruszyła przed siebie.

Znalazłszy się w pensjonacie pani Różańskiej, szybko przemknęła krętymi schodami na górę, by nie natknąć się na właścicielkę albo jakąś inną pensjonariuszkę. Nie miała ochoty na rozmowy. Nie byłaby w stanie tłumaczyć, co się stało z Polą.

Po wejściu do pokoju zamknęła za sobą drzwi na klucz i z jękiem osunęła się na podłogę, podkulając pod siebie nogi. Spojrzała na malutkie okienko, gdzie zwyczajowo w gnieździe siedział gołąb i stroszył piórka. Najchętniej by tu została, w bezruchu i ciszy. Niestety wiedziała, że lada moment będzie musiała zejść do kuchni i pomóc kucharce w przygotowaniu kolacji.

Starała się zachowywać normalnie, żeby niczego po sobie nie pokazać, ale bystrego oka pani Janki nie dało się oszukać.

W całej kuchni unosił się smakowity zapach cebuli i plastrów boczku, które miały zostać podane z ziemniakami. Kuchnia pani Janki w wyniku wojennych niedostatków była skromna, na szczęście jednak wyjątkowo smaczna. Kucharka, urodzona i wychowana na wsi, pracowała w pensjonacie od dwudziestu lat i dbała, żeby przygotowywane przez nią dania smakowały zawsze wyjątkowo, nawet jeśli brakowało w nich mięsa i świeżych warzyw, choć te ostatnie pani Janka uprawiała w ogródku. A tego, czego nie miała, potrafiła wyciągnąć spod ziemi - jak mawiały dziewczęta, bo pani Janka zawsze wracała z targu z czymś, co nie było zwykłą brukwią. A tort z marchwi i fasoli spod jej ręki był prawdziwym rarytasem; niczym w smaku nie różnił się od tego w niemieckiej "Cafe Club".

- Coś taka markotna, panieneczko? - zapytała kucharka, zerkając na Marysię przez ramię.

Siekała właśnie cebulę do zeszklenia na patelni.

- A, nic takiego - odpowiedziała dziewczyna, biorąc się za tłuczenie ugotowanych ziemniaków.

- Jak nic? Przecie widzę! A blada jesteś, jakby ci co dolegało! Choraś?

Marysia potrząsnęła głową i przygryzła wargę.

- Tylko niech pani majorowej nie mówi, bo się zdenerwuje.

- A czego mam nie mówić? Dziecko, czyś ty w jakieś kłopoty wpadła?

- Nie... Ja nie. Ale Pola...

* * *

Klucz w zamku zgrzytnął z obrzydliwym chrzęstem i ciężkie drzwi celi zatrzasnęły się, odcinając Polę Roszko od świata. Była w Serbii, na Pawiaku.

W pomieszczeniu panowały półmrok i duszny smród niemytych ciał, wilgoci, krwi oraz stęchłej słomy. Pola stała w bezruchu, kurczowo zaciskając palce na rozdartym rękawie beżowego żakietu. Materiał puścił, kiedy przesłuchujący ją gestapowiec szarpnął nią z całej siły i brutalnie zrzucił z krzesła, na którym siedziała. Uderzyła się wtedy w głowę.

Przesłuchiwał ją ledwie godzinę, ale Poli zdawało się, że trwało to wieczność. Wieczność lęku, czy wytrzyma przesłuchanie, wieczność patrzenia na oprawcę z obawą, jak daleko się posunie, by sprawić jej ból, wieczność zastanawiania się, w którym momencie ona pęknie...

Teraz serce wciąż waliło jej w piersi jak oszalałe, a z rozbitej wargi sączyła się krew. Bała się podnieść wzrok. Słyszała tylko miarowy, ciężki oddech obecnych tu kobiet. Ile ich było?

- Nie stój tak, dziecko. Nie ma na co czekać - rozległ się cichy, matowy głos z głębi pomieszczenia.

Dopiero teraz Pola zmusiła się, by otworzyć oczy. W szarym świetle sączącym się przez wysoko umieszczone zakratowane okienko, zobaczyła twarze. Wiele oczu wpatrywało się w nią z drewnianych piętrowych prycz. Były tam młode twarze i przedwcześnie postarzałe, a wszystkie szare, z podkrążonymi oczami, jednak o dziwo pozbawione nienawiści. Patrzyły na nią zwyczajnie, w większości z politowaniem, jakby naprawdę współczuły jej, że znalazła się między nimi.

Kobieta w średnim wieku, w zniszczonym wełnianym swetrze, dźwignęła się z dolnej pryczy. Podeszła do Poli wolno, ominąwszy stojący w kącie, potwornie cuchnący kubeł, i położyła chropowatą dłoń na ramieniu dziewczyny. Ten prosty, ludzki gest sprawił, że lodowaty pancerz strachu pękł i Pola nagle poczuła, jak po jej policzkach toczą się łzy.

- Usiądź - szepnęła kobieta nadzwyczaj delikatnie, prowadząc ją w stronę siennika. - Jestem Helena. Widzę, że jesteś przestraszona, ale wszystko będzie dobrze.

Pola przyglądała się jej z szeroko otwartymi oczami, jakby nie rozumiała, co kobieta do niej mówi. Rozbita warga puchła coraz bardziej, a krew zaczynała zastygać. Dziewczyna chciała coś powiedzieć, ale głos uwiązł jej w gardle. Pozwoliła posadzić się na twardej pryczy, po czym całym ciałem opadła na siennik. Natychmiast skuliła się jak małe dziecko.

Nieprzyjemny smród wdzierał się w jej nozdrza, wywołując mdłości.

Zacisnęła powieki, spod których wypływały łzy, ale sceny sprzed ledwie kilku chwil kotłowały się w jej głowie.

Wciąż widziała pod powiekami groźnie patrzącego na nią gestapowca Johanna Hansena z pałką w dłoniach, którą rytmicznie postukiwał w jej krzesło. Nie uderzył jej, ale był blisko. Zdzielił ją za to w twarz z otwartej dłoni, jak wcześniej na poczcie. Ból był potworny, piekący, rozchodził się po twarzy drażliwym prądem. Pola natychmiast poczuła w ustach smak krwi.

- Kto zabił Martina Schneidera? - Jego głos był zimny i brutalny.

Popatrzyła na gestapowca zaskoczonym wzrokiem. Pochylał się nad nią tak, że widziała tylko jego zastygłą w grymasie złości twarz.

- Co takiego? - wyjąkała.

- Kto zabił Martina Schneidera - powtórzył Niemiec, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby. - Chyba wiesz, kim on był?

Pola poczuła, jak oblewa ją fala gorąca.

- Nie wiem... - wydukała. Obraz pociemniał jej przed oczami.

- Nie wiesz... Więc zaraz ci przypomnę.

Wyjął z szuflady biurka zdjęcie i niemal przystawił je do twarzy Poli. Na zdjęciu była ona - wystrojona w elegancką połyskliwą i długą suknię, która idealnie podkreślała jej smukłą sylwetkę. Miała modną fryzurę, uśmiechała się i wyglądała jak gwiazda filmowa. Towarzyszył jej młody mężczyzna w niemieckim mundurze. Wysoki i przystojny. Też uśmiechnięty. Oboje siedzieli w kawiarni "Cafe Club". Pola odwiedzała ten lokal wielokrotnie, choć nigdy sama. Wielokrotnie też piła tam prawdziwą aromatyczną kawę - towar luksusowy w wojennej rzeczywistości - i zajadała się genialnym tortem czekoladowym... To zdjęcie było tylko migawką, ledwie urywkiem tego, co nosiła głęboko w sobie.

- To jest Martin Schneider! - ryknął gestapowiec tak głośno, że Poli zadzwoniło w uszach. - Byłaś jego kochanką i go wystawiłaś! Z zimną krwią pozwoliłaś, żeby go zastrzelili!

- Nie...

Znów ją uderzył, a po policzku Poli potoczyła się łza. Z żalu, z rozpaczy, z tego, że jej serce roztrzaskało się na kawałki. Ten żal nią zawładnął. Odebrał jej dech. I wypełniał ją, gdy leżąc skulona na twardej pryczy, zastanawiała się, czy wytrzyma. Jak długo wytrzyma...

- Tutaj żyjemy od apelu do apelu, mała... Ale żyjemy - usłyszała ochrypły głos Heleny. - I ty też żyjesz. Na razie jesteś bezpieczna... Przynajmniej do rana. Więc spróbuj zasnąć.

Tylko jak miała zasnąć, skoro jej świat w zaledwie chwilę temu rozpadł się na kawałki? Jak miała zasnąć, wiedząc, że jej przyszłość runęła w gruzach. Jak miała dalej oddychać?

Rano znów zaprowadzono ją przed oblicze Hansena.

ROZDZIAŁ 3

W małym mieszkaniu na trzecim piętrze, w kamienicy przy ulicy Wilczej, Marysia wraz z kilkoma innymi studentami tajnej polonistyki siedziała wokół okrągłego stołu nakrytego obrusem. Spotykali się zawsze w tym samym gronie: Marysia, Wanda Brodzka, Antek Krawczyk, Jurek Zych i Stefan Maciejewski.

Okna były szczelnie zasłonięte, więc choć na zewnątrz panowało słoneczne kwietniowe popołudnie, w pokoju trzeba było palić światło.

Na stole, obok filiżanek z kawą zbożową, leżał wysłużony egzemplarz Odprawy posłów greckich Jana Kochanowskiego.

Profesor Bronisław Godlewski, przed wojną wykładający literaturę na Uniwersytecie Warszawskim, przymknął na chwilę oczy, wsłuchując się w narastający za oknem warkot ciężarówki. Każdy taki dźwięk był zapowiedzią kłopotów. Każdy taki dźwięk sprawiał, że wszyscy obecni mimowolnie sztywnieli.

Gdy hałas wreszcie ucichł, profesor wskazał palcem otwartą książkę.

- Pamiętajcie - podjął swoją wcześniejszą myśl, poprawiając na nosie druciane okulary. - Polskie słowo to nasza forma obrony przed okupantem. Niemiec może odebrać nam budynki uniwersytetu, ale nie odbierze nam logiki ani piękna naszego języka. Panie Krawczyk, jak interpretuje pan ten fragment w kontekście dzisiejszego poranka?

Dwudziestojednoletni Antek, chłopak w za dużym swetrze i z wiecznie sterczącymi włosami, spojrzał na drzwi, za którymi przed chwilą przeszła dozorczyni. Odchrząknął.

- Panie profesorze, trudno skupić się na renesansowej polszczyźnie, gdy dziś rano na rogu Marszałkowskiej widziałem nowe afisze z listą rozstrzelanych.

- Więc co pan tu robi, panie Krawczyk, skoro tak trudno się panu skupić? - W głosie profesora zabrzmiały wyrzut i zniecierpliwienie. - Doskonale zdaję sobie sprawę, że wojna jest wielką przeszkodą w nauce, szczególnie gdy tę naukę trzeba uprawiać w ukryciu. Tym bardziej jednak nikt pana nie zmusza, by przesiadywał pan tutaj, w tym ciemnym pokoju z zasłoniętymi oknami, i głowił się nad sensowną odpowiedzią na moje pytanie.

Antek zaczerwienił się ze wstydu.

Profesor bywał opryskliwy i niekiedy surowy w osądach, ale też bardzo dbał o to, by studenci pamiętali, że nauka jest jedną z form przetrwania.

- Przepraszam, panie profesorze... - wybąkał chłopak.

Marysia natychmiast pomyślała o Poli. Na afiszach, o których wspomniał Antek, na szczęście nie było jej nazwiska. Ale co, jeśli kolejnym razem się tam znajdzie? Nieustannie dręczyła ją myśl, że może właśnie w tej chwili Pola jest przesłuchiwana. Może jakiś niemiecki sadysta się nad nią znęca... Natychmiast siłą wyrzuciła z głowy te ponure wizje, by skupić się na zajęciach.

- Właśnie dlatego musimy o tym mówić - wtrąciła odważnie Wanda Brodzka, nerwowo obracając w palcach ołówek i wskazując na lekturę.

Antek był jej chłopakiem, więc zapewne nie chciała pozwolić, by całkiem skompromitował się w oczach profesora, ale i tak przekornie wyraziła swoje zdanie.

- Ta lektura, choć opowiada o odległych czasach, jest dziś niezwykle aktualna, bo porusza temat wojny. A jeśli przestaniemy poprawnie konstruować myśli, jeśli przestaniemy mówić w naszym języku i czcić go jak świętość, to... Niemcy wygrają.

Antek spojrzał na Wandę z wyrzutem. Profesor natomiast uśmiechnął się blado, niemal niedostrzegalnie, jednak widać było, że jej wypowiedź znalazła u niego uznanie. Dla niego samego te tajne spotkania również były ogromnym poświęceniem. Wszyscy wiedzieli, co wydarzyło się w Palmirach podczas niemieckiej Akcji AB. Profesor Godlewski tylko cudem uniknął rozstrzelania - w czasie aresztowań szczęśliwie przebywał poza Warszawą. Mając jednak świadomość tego, co spotkało jego kolegów profesorów i innych przedstawicieli polskiej elity intelektualnej - chociażby w trzydziestym dziewiątym w Krakowie podczas Sonderaktion Krakau - czuł na swoich barkach ciężar odpowiedzialności. Musiał kontynuować pracę akademicką, choćby w tajemnicy. Mówił o tym dość często, nie potrafiąc po ludzku powstrzymać emocji.

- Co pani o tym myśli, panno Michałowska? - zapytał wreszcie, kierując spojrzenie znad okularów na Marysię.

Wezwana do odpowiedzi Marysia odruchowo poprawiła się na krześle i odgarnęła za ucho kosmyk kasztanowych włosów.

- W pełni zgadzam się z Wandą, panie profesorze. To prawda, że musimy dbać o ciągłość naszego języka, bo inaczej czeka nas kulturowa zagłada - powiedziała.

W chwili, gdy skończyła, poczuła jednak podskórnie, że profesor oczekiwał od niej bardziej wyczerpującej odpowiedzi. Zwykle była wzorowo przygotowana do zajęć i brała w nich czynny udział, ale tego dnia czuła się zbyt wyczerpana, by wykrzesać z siebie coś więcej niż kilka zdań. Tak naprawdę walczyła z całych sił, żeby nie zasnąć na siedząco. A wszystko przez to, że całą noc nie zmrużyła oka, zamartwiając się o Polę. Teraz trochę żałowała, że w ogóle przyszła na zajęcia.

Siedząc przy stole, podczas gdy jej myśli uparcie krążyły wokół poprzedniego dnia i aresztowanej przyjaciółki, pomyślała również o Wandzie. Od dawna miała przeczucie, że Wanda działa w konspiracji, ale nigdy dotąd nie zapytała jej o to wprost. Nie czuła takiej potrzeby. Sama trzymała się z dala od kłopotów i uważała, że im mniej wie, tym lepiej dla niej. Nie chciała się narażać. Pragnęła jedynie przetrwać tę straszną wojnę, skończyć studia i zacząć pracować jako nauczycielka.

Jednak wczoraj wszystko się zmieniło.

Zacięta, otwarta wrogość Niemców, ich agresja, siła i poczucie wyższości obudziły w dziewczynie wewnętrzny bunt, jakiego wcześniej nie znała. Gdy patrzyła na Niemca, który rozkazem zmusił ją do przygotowania listów do kontroli, a chwilę później bez wahania uderzył otwartą dłonią listonosza, ponieważ ten odmówił ich przekazania, poczuła, jak gniew rozsadza jej pierś. Dotąd znosiła okupację w ciszy, na co dzień zachowywała spokój i starała się unikać konfrontacji z Niemcami. Jedynym odstępstwem od tej zasady było uczestnictwo w tajnym nauczaniu. Raz, kilka miesięcy wcześniej, cudem uniknęła ulicznej łapanki, chowając się w piwnicy przypadkowej kamienicy. Ale od wczoraj roznosiły ją gniew i niepokój, a niesprawiedliwość nagle zaczęła kłuć w oczy. Jakby dopiero teraz naprawdę zrozumiała, czym są wojna i okupacja.

- Zdaje się, że pani dzisiaj nie w formie, panno Michałowska? - domyślił się profesor, nie spuszczając z Marysi uważnego wzroku. - Coś się stało? Źle się pani czuje?

- Nie, panie profesorze. Wszystko w porządku.

- Wczoraj Niemcy sprawdzali pocztę, na której pracuje Marysia - wtrąciła Wanda bez zawahania.

Marysia popatrzyła na nią z niemą prośbą, by nie mówiła o tym głośno w studenckim gronie. Było jednak za późno, bo profesor Godlewski podjął temat.

- Coś pani zrobili? Ma pani kłopoty?

Dziewczyna pod stołem zacisnęła dłonie w pięści.

- Nie, nic z tych rzeczy, panie profesorze. Po prostu trochę mnie wytrącił z równowagi wczorajszy dzień. Gestapo nieźle nas nastraszyło.

- Potrzebuje pani pomocy?

- Nie. Wszystko jest w porządku, naprawdę. Tylko... to wczorajsze zamieszanie jeszcze trochę mnie trzyma.

Marysia nie lubiła, gdy skupiano na niej uwagę. Była odważna, kiedy chodziło o rozmowy o literaturze i języku, ale zupełnie gubiła się, gdy poruszano prywatne tematy, a zwłaszcza te dotyczące jej osoby. Wolała o sobie nie mówić. W takich sprawach czuła się zbyt nieśmiała. Przekonała się już, że bycie przezroczystą w tak dużym mieście jak Warszawa, szczególnie podczas wojny, było znacznie bezpieczniejsze. Wystarczyło, że Pola zawsze znajdowała się w centrum uwagi i skupiała na sobie całe zainteresowanie.

- W takim razie, panno Brodzka, proszę przeczytać kolejny fragment - powiedział profesor, odwracając wreszcie wzrok od Marysi.

Wanda zaczęła czytać. Nagle jednak głos uwiązł jej w gardle. Z dołu klatki schodowej dało się słyszeć głośny tupot. Ktoś wbiegał po schodach. Po chwili rozległo się miarowe uderzanie kolbą w drzwi mieszkania piętro niżej, a zaraz potem krzyk:

- Otwierać! Policja!

W pokoju zapadła martwa cisza.

Profesor Godlewski jednym ruchem dłoni nakazał spokój, choć Marysia zauważyła, że jego dłonie drżały.

Jurek Zych błyskawicznie chwycił egzemplarz Kochanowskiego i wsunął go do specjalnej skrytki pod luźną deską podłogową. Natychmiast przykrył ją wytartym dywanem. Pozostali studenci w mgnieniu oka powyciągali z kieszeni robótki ręczne i talie kart - przygotowane wcześniej rekwizyty, które miały stworzyć pozory zwyczajnego, towarzyskiego spotkania.

Marysię ponownie ogarnęło to samo mdlące uczucie strachu, którego tak dotkliwie doświadczyła dzień wcześniej na poczcie. Spojrzała na pozostałych. Wszyscy byli równie zdenerwowani.

- Karty na stół - nakazał profesor.

Chłopcy zaczęli swobodnie rozmawiać, rzucając karty na blat, choć ich oczy czujnie zerkały w stronę drzwi wejściowych. Marysia i Wanda chwyciły za robótki, choć szydełko nienaturalnie drżało w ich palcach. Z dołu dochodziły ciężkie kroki, szczęk metalu i stłumiony głos sąsiadki. Jeden z Niemców krzyknął jakieś nazwisko. Wyglądało, że znów kogoś szukają. A może była to szerzej zakrojona akcja wymierzona w polskich konspiratorów - jedna z tych, które Szkopy urządzali raz na jakiś czas w różnych częściach miasta.

Po wieczności, która w rzeczywistości trwała zaledwie kilka minut, ciężkie kroki zaczęły oddalać się w dół klatki schodowej, aż w końcu ucichły.

Wszyscy odetchnęli z ulgą.

Profesor Godlewski powoli oparł dłonie, wciąż lekko drżące, na blacie stołu.

Przez chwilę w pokoju panowała cisza, przerywana jedynie dalekim echem zatrzaskiwanych drzwi wejściowych do kamienicy i rykiem odjeżdżającego samochodu.

- Panie Zych - odezwał się profesor, nie patrząc nikomu w oczy. - Proszę wyciągnąć książkę. Nie możemy im pozwolić ukraść tej godziny.

Jurek, wciąż blady, ostrożnie odsunął dywan i podważył deskę w podłodze. Gdy Odprawa posłów greckich ponownie spoczęła na stole, wydawała się bardziej szczególna niż przed momentem, jakby każde zapisane w niej słowo nagle zyskało nową, namacalną wagę.

Studenci ponownie przysunęli krzesła bliżej. Ich twarze w świetle lampy były zacięte, choć już pozbawione śladu niedawnego przerażenia.

- Na czym skończyliśmy? - zapytała Wanda, poprawiając mankiet swetra.

Jej głos był opanowany, a ona była gotowa czytać dalej.

- Zdaje się, że skończyliśmy na tym, że naród żyje tak długo, jak żyje jego kultura - odparł profesor znacząco, otwierając swój podręcznik. - Czytajmy dalej, panno Wando.

Godzinę później zajęcia z literatury dobiegły końca i studenci rozeszli się do domów. Marysia wyszła z kamienicy i na rogu ulicy zaczekała na Wandę.

Koleżanka nie była tym zaskoczona; często zdarzało im się iść wspólnie na krótki spacer, by porozmawiać o tematach poruszanych na zajęciach, pod warunkiem że Antek nie porywał swojej dziewczyny na szybką randkę. Tym razem jednak, po krótkiej wymianie czułości, zniknął z chłopakami za winklem.

Wiosna zdążyła już pięknie rozgościć się w Warszawie i rozpieszczała teraz pogodną aurą. Drzewa i krzewy się zazieleniły, w powietrzu unosił się zapach listowia i młodych traw, o tej porze roku bardziej wyczuwalny niż kiedykolwiek. Marysia była wyjątkowo wrażliwa na przyrodę. Wychowała się w sąsiedztwie dzikiej białowieskiej natury; zielone parki i skwery, choć nieporównywalne z lasem, były dla niej malutką namiastką dzikiej natury, za którą tęskniła i której podświadomie szukała. Dlatego ogromnie cieszył ją widok odradzającej się po zimie zieleni.

- Skąd masz to nieprzyzwoicie modne palto? - zagadnęła Wanda, mierząc wzrokiem szczupłą sylwetkę Marysi odzianej w szykowne niebieskie okrycie. - Wygląda jak ze sklepu dla Niemców!

- Kupiłam na Kercelaku.

- Na Kercelaku znalazłaś takie cudeńko? Musiało kosztować fortunę!

- Odkupiłam je od jednej damy, takiej, po której od razu widać, że przed wojną była jakąś hrabianką albo kimś podobnym. Sprzedawała swoje ubrania prawie za bezcen. Biedaczka mówiła, że Niemcy zabili jej męża, a ona nie ma pracy i nie ma z czego żyć. Zrobiło mi się jej żal.

- Kupiłaś palto, bo zrobiło ci się żal?

Marysia wzruszyła ramionami.

- Ta kobieta ma jeszcze małą córkę na wychowaniu, a poza tym... - Zarumieniła się lekko. - Spodobało mi się. Nigdy nie miałam nic tak eleganckiego i pomyślałam, że czemu nie. Pola ciągle ubiera się jak wielka dama, a ja do tej pory byłam skazana na pożyczanie od niej czegoś ładnego. W końcu mam coś własnego, co wygląda modnie i elegancko.

- Cóż za fanaberia! No tak, wojna to przecież idealny czas na takie wydatki - mruknęła Wanda z ironią.

Jej wzrok jednak nadal zazdrośnie wędrował po modnym okryciu.

- Masz mnie za wariatkę, a sama ubierasz się tak, jakbyś właśnie wybierała się na rewię mody w Paryżu.

Wanda wydęła usta i jeszcze raz zmierzyła Marysię spojrzeniem.

- Bo ja muszę przypodobać się Antkowi! A ty... chyba nie wydałaś na to cudeńko całych oszczędności? Masz za co żyć?

- Przecież nie jestem głupia!

- Głupia nie, ale jak widać, wyjątkowo litościwa. W dodatku wyglądasz w tym niebieskim tak ładnie, że niejeden Niemiec zawiesi na tobie oko. Lepiej uważaj, jeśli chcesz uniknąć niepotrzebnych zalotów. Wiesz, że oni lubią takie ładne dziewczyny.

- Niech sobie lubią. Ja za to ich nie lubię. - Marysia wypowiedziała te słowa nieco ostrzej, niż zamierzała.

Zirytowało ją, że Wanda tak drobiazgowo komentowała jej zakup. Przecież nie zamierzała stroić się dla Niemców. Kupiła palto tylko dlatego, że naprawdę współczuła kobiecie, która je sprzedawała. A dobrego gustu nauczyła się od Poli, która stroiła się ciągle i na każdą okazję. A że palto rzeczywiście było szykowne i idealnie na niej leżało, stanowiło wartość dodaną.

- Skąd wiedziałaś o wczorajszej akcji na poczcie? - zapytała Marysia, zmieniając temat.

Wanda popatrzyła na nią kątem oka.

- Wszyscy o tym wiedzą. Całe miasto o tym trąbi.

- Ale skąd?

- Jak to skąd? Przecież takie szwabskie akcje zawsze są szybko komentowane. Szkopy nigdy nie mają dość. Wiecznie im mało.

- A ja myślę, że ty wiesz znacznie więcej o takich akcjach jak ta wczorajsza na poczcie - wypaliła Marysia z nadmierną szczerością.

Wanda skrzywiła się lekko.

- Niby co wiem?

- Różne rzeczy... - zaczęła Marysia nieporadnie, wykazując przy tym całkowity brak talentu dyplomatycznego. - Wydaje mi się, że... jesteś w organizacji.

Wanda się zatrzymała. Odwróciła głowę i popatrzyła na koleżankę z wyraźną podejrzliwością.

- W jakiej organizacji?

Marysia również się zatrzymała.

- No w AK - wyszeptała.

Doskonale zdawała sobie sprawę, że przynależność do polskiej armii podziemnej nie była czymś błahym. Nie mówiło się o tym głośno, nie pytało się o to wprost. Jedno nieostrożne zdanie mogło narazić człowieka na represje ze strony Niemców.

Wanda przez chwilę nic nie mówiła.

- A kto ci to powiedział?

- Nikt.

- Więc skąd o tym wiesz?

Marysia się zawahała.

- Nie wiem. Po prostu się domyśliłam. I przyszło mi do głowy, że mogłabyś mi pomóc. Chodzi o Polę, moją współlokatorkę.

Wanda momentalnie zmieniła się na twarzy.

- Co z nią?

- Wczoraj, podczas tej akcji na poczcie, Niemcy ją aresztowali. Jest na Gestapo.

Wanda patrzyła na Marysię w milczeniu, aż w końcu zacisnęła usta i ruszyła przed siebie.

- Ja nic nie wiem.

- Ale może znasz kogoś, kto wie.

- Nie, nie znam.

Marysia ruszyła za nią i odruchowo chwyciła koleżankę za ramię.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej