* 3 *
Po rozmowie z Sabiną Ksawery długo nie mógł dojść do siebie. Oszołomiony niespodziewaną prośbą córki oraz własną reakcją, po wyjściu z salonu udał się do swojego gabinetu. Polecił lokajowi oddalać wszelkich potencjalnych interesantów, a potem zamknął drzwi na klucz i spędził samotnie wiele godzin na rozmyślaniach o przyszłości, którą Sabina całkowicie mu zburzyła.
Dla Kalskiego było naturalne, że wszystko, co odziedziczył po przodkach, zgodnie z koleją losu przekaże córce, a ta swoim dzieciom. Dzięki temu naturalny rytm zmiany pokoleń będzie trwał przez długie lata, a może nawet i wieki. Był coraz starszy i czasami czuł już ciężar swych lat. W takich momentach przychodziły mu do głowy myśli, że gdyby Sabina wkrótce wyszła za mąż, to mógłby powoli wprowadzać swego zięcia w sprawy związane z zarządzaniem cukrownią.
O tym, aby oddać jej prowadzenie córce, nawet nie pomyślał. Zgodnie z odwiecznymi zasadami kobiety miały swoje sprawy, a mężczyźni swoje, i dziewczyna w żaden sposób, oczywiście według jego sposobu myślenia, nie nadawała się do zarządzania czymkolwiek, a najmniej cukrownią. Tak więc w chwili, gdy bardziej oświadczyła niż poprosiła, aby ojciec zwolnił ją z obowiązku wyjścia za mąż, niemalże wbiła mu nóż w serce. Choć Ksawery był wizjonerem i sposobem zarządzania swymi sprawami wychodził dużo do przodu, nie był jednak na tyle nowoczesny, aby popierać emancypację kobiet. Wprawdzie pod wpływem nagłych emocji obiecał córce, że nie będzie jej zmuszać do wyjścia za mąż, ale zrobił tak tylko dlatego, iż bardziej niż zakłócenia naturalnego porządku biegu ludzkich spraw Ksawery bał się jej śmierci. Wizja śmierci Sabiny podczas pierwszego porodu wywołała w nim gwałtowną lawinę wspomnień i wyobrażeń. Najpierw przypomniał sobie kałużę krwi, jaką zobaczył wokół łóżka, której jeszcze służba nie zdążyła zmyć, gdy wszedł pożegnać pierwszą nieboszczkę. Potem przed oczami hrabiego pojawił się obraz martwej drugiej żony. Na jego prośbę doktor nie rozciął brzucha zmarłej, by wyjąć nieżywe dziecko. Ksawery wolał, aby martwe maleństwo pozostało na zawsze pod sercem matki, gdzie dane mu było żyć przez prawie dziewięć miesięcy.
A na koniec gdzieś w zakamarkach pamięci usłyszał płacz córeczki odratowanej przez Apolonię. I wewnętrzny głos przypominał mu, jak w tym momencie obiecał małej, iż będzie najlepszym ojcem na świecie, skoro kilka minut po przyjściu na świat straciła matkę. Dlatego gdy Sabina powtórzyła mu opinię doktora co do jej przyszłego macierzyństwa, natychmiast oblał go zimny pot, wróciły straszne wspomnienia i nawet uspokajające słowa spowiednika, że taki jest los kobiety, aby w cierpieniu wydawała na świat potomstwo i zgodnie z Bożą wolą umierała w czasie porodu, nie wydały się hrabiemu ani rozsądne, ani normalne. Kiedy słyszał je wiele lat wcześniej, dodawały mu otuchy, uspokajały wyrzuty sumienia i przywoływały do porządku.
Wszakże wtedy obie zmarłe nie były z nim spokrewnione. Może dlatego nie czuł z nimi tak silnej więzi jak teraz z Sabiną, swoją córką, częścią jego samego. Pierwszy raz w życiu pomyślał, że jej śmierć stałaby się jego ostatecznym końcem. Umarłby wraz z nią. Chyba żeby przed śmiercią wydała na świat żywe dziecko. Wtedy jego wnuk lub wnuczka byliby żywym dowodem jego istnienia. Jednak nie mógł się chwycić tej myśli, gdyż Sabina tylko cudem pozostała przy życiu, a drugiemu dziecku nie dane było pojawić się na świecie. Zatem nie miał odwagi wierzyć, iż to maleństwo, dla którego jego córka poświęciłaby życie, naprawdę by przeżyło. I dlatego w przypływie ojcowskich uczuć postanowił zgodzić się na prośbę Sabiny, choć jego decyzja była nieprzemyślana i podjęta wskutek gwałtownego lęku o życie jedynego dziecka.
Kiedy tak przez długie godziny siedział w samotności w swoim gabinecie i wtulony w wygodny fotel dla uspokojenia palił cygara, rozmyślał o tym, na co wyraził zgodę. Analizował słowo po słowie rozmowę z córką. Obwiniał się o nadmierne emocje i niewłaściwą decyzję. Dość szybko doszedł do wniosku, że popełnił błąd. Gdy tylko nieco ochłonął, zdał sobie sprawę z konsekwencji wyrażonej zgody. Za długo żył, aby nie wiedział, jaki los czeka jego majątek. Niezamężna Sabina po jego śmierci stanie się zależna od dalekich kuzynów, którzy będą rościli sobie prawa do Cyprysowa.
Być może jakimś cudem tak się nie stanie albo jej życie potoczy się inaczej, choćby tak jak życie bezdzietnej Matyldy, wszakże ta optymistyczna wersja była zbyt niepewna, aby Ksawery mógł jej się chwycić i dzięki temu odzyskać spokój.
A jeszcze gorzej rysowała się najbliższa przyszłość. W końcu hrabia Teofil był niemal pewien, że Sabina zgodzi się go poślubić. Ksawery nie wiedział, jak ma mu teraz przekazać, że panna go nie chce. Ani jego, ani nikogo innego, choć nie idzie do klasztoru. W ogóle odmowa wyjścia za mąż z powodu obawy przed śmiercią w porodzie była dla hrabiego czymś tak zaskakującym, że prawie nierealnym i nie mieściła mu się w głowie. Nigdy wcześniej nie słyszał o podobnym przypadku. Zachowanie jego córki naruszało wszelkie zasady, jakie znał. I chyba dlatego nie mógł się z tym pogodzić.
Gdy już sobie to wszystko poukładał, przemyślał i zastanowił się nad przyczynami swej nieracjonalnej decyzji, w pierwszym odruchu chciał iść do córki i powiedzieć jej, iż musi cofnąć swą zgodę, gdyż jest ona wbrew naturalnemu porządkowi. Żadna kobieta nie może tak po prostu odmawiać zostania matką. Szczególnie jeśli jest zamożna i ma obowiązek wydać na świat kolejne pokolenie spadkobierców. Co innego, jeśliby się okazało, że jest bezpłodna, wtedy już nie ma rady i tak jak Matylda Sabina musiałaby się z tym pogodzić. Wszakże Matylda wyszła za mąż i dała szansę naturze. Wprawdzie nie została matką, ale widocznie tak było jej pisane.
Tak to rozumiał Ksawery. Obie jego żony też postąpiły zgodnie z naturalnym porządkiem. Owszem, przypłaciły to życiem, lecz jedna z nich przedłużyła swe istnienie dzięki Sabinie. I dzięki takiemu postępowaniu kobiet ludzkość przetrwała tysiące lat. Natomiast jego córka postanowiła zburzyć stary porządek, a on się na to zgodził. Tylko dlatego, że ją bezgranicznie kochał.
Nie wstał jednak z fotela i nie poszedł szukać Sabiny. Choć rozum kazał mu to uczynić, jednak serce zabraniało. Może gdyby nie widział obu żon na łożu śmierci, zakrwawionych, z grymasem bólu na stygnących twarzach, wtedy mógłby powiedzieć, iż po prostu odeszły. Ale Ksawery dobrze wiedział, że nie umarły tak po prostu, tylko skonały w lęku i cierpieniu. On zaś się do tego przyczynił. Co prawda nie zrobił niczego wbrew ich woli, lecz i tak trochę czuł się winny. A myśl, iż całkiem obcy mężczyzna miałby się przyczynić do śmierci jego córki, niemalże rozrywała mu serce. Dlatego pozwolił, by uczucia zwyciężyły w walce z rozsądkiem. Pogodził się ze śmiercią obu żon, lecz teraz czuł, iż ze śmiercią jedynej córki nigdy by się nie pogodził. Szczególnie jeśli ona się boi i zamiast szczęścia widzi w małżeństwie wyrok. Ksawery nie był katem, nie miał prawa wykonać tego wyroku na własnym dziecku.
Nie spał całą noc. O świcie, po cichu, aby nikt ze służby go nie usłyszał, wyszedł z pałacu i ruszył przed siebie. Ot tak, aby zaczerpnąć świeżego powietrza i dać odpocząć znużonemu ciału. Kiedy oddalił się nieco od pałacu, nagle zobaczył niewieścią postać. Był bardzo zmęczony i przepełniony potwornymi wspomnieniami, dlatego gdy w porannym półmroku zauważył kobietę, od razu pomyślał, iż to duch którejś z żon przywołany jego nocnymi rozmyślaniami. Przeraził się nie na żarty i odruchowo uczynił znak krzyża, aby odpędzić zjawę. Wszakże ta nie chciała zniknąć, a nawet zawołała do niego głośno:
- A czemuż to jaśnie pan hrabia tak o poranku na spacery się wybiera?
Stara Apolonia, gdyż ona to była, wracała właśnie ze wsi od porodu. Ksawery w pierwszej chwili jej nie poznał. Rzadko ją widywał i prawie nie pamiętał, iż taki ktoś mieszkał w Cyprysowie. Jednak gdy się odezwała, przypomniał sobie, kim była.
- Szczęść Boże, e... e... doktorowo... - niepewnym głosem wymruczał powitanie.
- A jaka ja tam doktorowa! - zaprotestowała. - Babka Apolonia jestem, od lat już mnie tak nazywają. Prawie nie pamiętam, że męża doktora miałam. Dawno to było i krótko. Stare dzieje. Ale czemu jaśnie pan hrabia tak rano wstał? Czyżby jakieś kłopoty sen zakłóciły? - dopytywała się zbyt zuchwale jak na mieszkankę oficyny, w której tylko służba żyła.
- Owszem. Mam kłopoty, babko Apolonio.
Bez zastanowienia, że oto on, hrabia, zwierza się zwykłej wiejskiej akuszerce, Ksawery wylał z siebie cały żal, strach i niepewność co do słuszności podjętej decyzji. Kobieta stała, słuchając w milczeniu jego słów. Nie przerywała mu. Wiedziała, że jak hrabia skończy mówić, to od razu będzie żałował i swej szczerości, i samej rozmowy. Ale też wiedziała, jak bardzo mu to wyznanie pomoże, gdyż nikomu innemu pewnie nie powiedziałby prawdy. I nikt inny by go tak dobrze nie zrozumiał. Ona była częścią tej opowieści, wszak towarzyszyła jego umierającym żonom. Wykonywała polecenia doktora i była z każdą z nich do końca. I to ona pierwsza tuliła do serca półżywą Sabinę. Dlatego gdy hrabia zapytał, czy dobrze postępuje, dając córce prawo wyboru, bez zastanowienia powiedziała, że tak.
- Jaśnie pan hrabia jest nie tylko hrabią, ale przede wszystkim ojcem. Śmierci obu żon nie jest pan winien. Tak nas natura stworzyła, dlatego mężczyzna i kobieta pragną siebie nawzajem, jednak skoro córka prosi ojca o litość, to ojciec nie powinien jej litości odmawiać.
- Tak Apolonia uważa?
- Właśnie tak. Ile ja się, jaśnie panie hrabio, martwych kobiet naoglądałam, to tylko ja wiem. Hrabia widział dwie. I oby żadnej innej już nigdy nie musiał ujrzeć. Szczególnie córki.
- Ale to będzie koniec mojej rodziny. Na Sabinie się ona zakończy - żalił się Ksawery.
- Nie takie rody jak jaśnie pana hrabiego wymarły, a ziemia nadal się kręci. Widocznie tak być musi - pocieszyła go. - Zresztą hrabianka jest jeszcze młoda. Może w przyszłości zmieni zdanie.
- Nie zmieni. - Ze smutkiem pokręcił głową. - A jak zmieni, to wtedy pewnie umrze. A ja tego nie chcę.
- Jak z miłości zmieni zdanie, to może nie umrze.
- Co tu miłość ma do rzeczy? - zdziwił się Ksawery. - Jak się do rodzenia nie nadaje, to miłość nic jej w tym nie pomoże. Ja tam doktorem nie jestem, lecz tak mi się wydaje. Apolonia chyba lepiej się na tym zna.
- Oj lepiej, lepiej. Ale tyle panu hrabiemu powiem, iż niezbadane są wyroki boskie. Nigdy nie wiadomo, co kogo czeka i co się jeszcze wydarzy. Pan hrabia dobry człowiek, choć bogaty. Może Pan Bóg jeszcze go za to pobłogosławi? Kto wie?
- Czas już na mnie. Sprawy ważne czekają - pożegnał ją zbyt szybko. Chyba już zaczynał żałować swej szczerości. - Niech wam zdrowie dopisuje.
- Z Bogiem, jaśnie panie hrabio. Z Bogiem. - Ukłoniła się na pożegnanie i poszła w stronę oficyny, nie oglądając się za siebie.
Wiedziała, że zasiała w sercu Ksawerego ziarno niepokoju. I teraz zamierzała czekać, co z tego wyniknie.