Wtorek, 10 sierpnia
Na nabrzeżu portu Hercules panował
zdumiewający spokój po tłumnym rozgardiaszu weekendu. Wokoło rozlegały
się jedynie szmer spokojnego uderzania fal o kamienie i kadłuby
zacumowanych jachtów, ciche rozmowy rybaków przygotowujących sprzęt
przed wyjściem w morze i dalekie pokrzykiwania dzieci skaczących do
wody.
Popołudniową godziną, niedługo po obiedzie, żar lał się z nieba i ludzie
chronili się na tarasach i w ogrodach, w ustroniach zapewniających
odrobinę cienia i nieco chłodniejsze powietrze.
Miasto niebawem miało jednak odzyskać ducha zabawy. O tej porze roku
stolica Księstwa Monako tętniła elegancją i przepychem, było to wszak
jedno z najulubieńszych miejsc wypoczynku ludzi zamożnych i wpływowych.
Gdy tylko słońce zacznie się chylić ku zachodowi, modelki haute couture
wrócą na bulwary, szykowne przyjęcia do willi i pięciogwiazdkowych
hoteli, luksusowe samochody do swoich wyścigów, szampan zaś będzie lał
się wszędzie. Bogaci mieli gdzieś tę tragedię. Z kieszeniami wypchanymi
banknotami łatwiej jest zapomnieć.
Tak myślał Jules Lafont, człowiek zupełnie niebogaty. Gdyby miał
pieniądze, nie smażyłby się w tej spiekocie w porze sjesty.
Wciągnął w płuca ciężkie powietrze przesiąknięte wonią smoły i ryb.
Zdjął kapelusz i przetarł czoło chusteczką. Westchnął, chowając do
kieszeni spodni ten przemoczony już kawałek materiału. Nienawidził lata.
Nienawidził upału. Przeszedł po nabrzeżu powłóczystym krokiem; pod pachą
niósł pogniecioną marynarkę. Zastanowił się, czy nie włożyć jej na
okoliczność wizyty, jednak niemal natychmiast odrzucił ten pomysł. Nie
należał do ludzi przywiązujących wagę do etykiety, zwłaszcza podczas
wizyt urzędowych, jak w tym przypadku. Jeśli ci bogacze poczują się
urażeni jego wyglądem, tym gorzej dla nich. Nie przychodził tu dla ich
przyjemności.
Zatrzymał się na chwilę, gdy stwierdził, że z miejsca, w którym się
znajduje, niemal przy samym jachcie będącym celem jego wizyty, można
dojrzeć odległe o kilkadziesiąt metrów miejsce wypadku: po wyjściu z tunelu Larvotto, na końcu prostej równoległej do morza, kończącej się
ostrym zakrętem. Tym zakrętem... Ciągle było widać wstrząsający czarny
osad sadzy i oleju pozostały po płonącym samochodzie.
Odchrząknął i przygnębiony w końcu odwrócił się w stronę jachtu
czekającego na niego w lekkim rozkołysaniu przy nabrzeżu. Był piękny.
Ponad dwadzieścia metrów długości, biały kadłub, pokład wyłożony ciemnym
drewnem. Bandera francuska i niezbyt oryginalna nazwa Liberté. Tenta
na rufie rzucała przyjemny cień na wiklinowy stolik i fotele z poduszkami w biało-niebieskie paski. Siedzący na jednym z nich, plecami
do nabrzeża, młody mężczyzna słuchał muzyki z gramofonu. Trzymał
szklaneczkę alkoholu w ręku, a na kolanach miał rozłożoną gazetę, której
nie czytał, wzrok bowiem utkwił w dali, w morski horyzont. W popielniczce dymił niezgaszony niedopałek papierosa.
- Bon apr?s-midi, monsieur - pozdrowił go Lafont, nie wchodząc na
pokład.
Mężczyzna odwrócił się zaskoczony, jakby właśnie się obudził, i gazeta
spadła mu z kolan; sięgnął po nią, pośpiesznym ruchem odstawiwszy
szklankę na stolik. Z gazetą w ręku wstał, jednocześnie podsuwając
okulary na nosie. Był wysoki. Miał na sobie białe spodnie i koszulkę z krótkimi rękawami i dwoma guzikami pod szyją, z tych, które noszą
tenisiści i które chyba bardzo podobają się młodzieży. Cienki materiał
opinał klatkę piersiową o wyraźnie zarysowanych mięśniach. Lafont
pomyślał, że mimo nieformalnego ubioru i bosych stóp ten chłopak wydaje
się znacznie bardziej elegancki niż on w swoim tanim wymiętym
garniturze. To była kwestia postawy, arystokratycznej i dystyngowanej,
cienkiego wąsika i okularów w rogowych oprawkach, które nadawały mu
wygląd intelektualisty. I facet ani trochę się nie pocił.
Młodzian wyłączył gramofon i nowoczesna amerykańska muzyka, której w opinii inspektora brakowało harmonii, ucichła.
- Dzień dobry... W czym mogę panu pomóc? - odpowiedział mu doskonałą
francuszczyzną z bardzo lekkim akcentem.
- Szukam madame Behry. Jak rozumiem, mieszka na tym jachcie.
- Tak... Yyy... Tak. Kto o nią pyta?
- Policja kryminalna. S?reté Publique.
Chłopak znowu się zawahał, okazując, jak wszyscy, niepokój na widok jego
odznaki.
- Muszę zadać madame kilka pytań - nalegał Lafont. - Na temat śmierci
monsieur Behry.
- Oczywiście... Odpoczywa. Musi to być teraz?
Wystarczyło, że Lafont lekko się skrzywił, by tamten zrozumiał.
- Tak... Jasne... Teraz. Proszę...? Proszę wejść na jacht, czy...?
Chłopak jeszcze nie dokończył zdania, a pulchny policjant już gramolił
się po prowadzącym na rufę trapie, zastanawiając się, czy to kruche
drewno utrzyma jego ciężar. Nie miał ochoty tego sprawdzać, więc
przyspieszył i wreszcie zeskoczył - choć w słabym stylu - na pokład i zakołysał się jak wańka-wstańka. Przytrzymał się rusztowania tenty, żeby
nie upaść i żeby stojący tam młokos, który już wyciągał rękę w jego
stronę, nie musiał go podtrzymywać, co byłoby naprawdę upokarzające.
- Zechce pan usiąść? Monsieur...
- Lafont. Inspektor Lafont. A pan to?
- Eduardo de Aranzana. - Wyciągał rękę do Lafonta, ale wyczuł, że
zawiśnie ona w powietrzu, więc czym prędzej wsunął ją do kieszeni.
- Też się pan ściga tymi gratami, prawda?
- Czasem, dla zabawy, ale nie jestem zawodowym kierowcą.
- Jak dla mnie to wystarczy. Skorzystam z sytuacji i z panem też
pogadam.
Hiszpan nie wydawał się zachwycony pomysłem inspektora.
- No, ja... Jechałem w sobotę. Wziąłem udział w wyścigu o Puchar Księcia
Rainiera, ten turystyczny. Anton... Monsieur Behra ścigał się w niedzielę,
w najwyższej kategorii.
- Wiem. Wycofał się pan z wyścigu na piątym okrążeniu.
Jedną z rzeczy, które inspektor Lafont robił dobrze, było
przygotowywanie się do przesłuchań. Dzień wcześniej dokładnie
przestudiował listy uczestników wielkiego wyścigu i pozbierał informacje
na ich temat.
- Miałem kłopoty z pompą paliwową.
- Jasne. Chodzi o to, że znał pan monsieur Behrę, prawda? Będę też
potrzebował pana zeznania.
- Ale przecież jego śmierć... To był wypadek, czyż nie? To się zdarza
niestety.
- Tego próbujemy się dowiedzieć, monsieur de Aranzana, tego staramy się
dowiedzieć. Proszę być tak miłym i pójść po madame.
- Tak, oczywiście.
Chłopak niczym posłuszny uczeń udał się pod pokład. Zbyt wyrafinowany,
ocenił go Lafont. Często ci bogacze przesadzają z dobrymi manierami i robią wrażenie królewskich dwórek. I chodzi boso jak wieśniaczka... Tak
się porusza... W opinii inspektora mężczyzna nie powinien odsłaniać stóp.
Kiedy został sam, policjant skorzystał z okazji i ściągnął kapelusz.
Ponieważ chusteczkę miał już przemoczoną, postanowił otrzeć sobie czoło
rękawem marynarki. Następnie odłożył na jedno z krzeseł przepocony
kapelusz i marynarkę wygniecioną jak ścierka. Oparł się o reling. Nie
podobało mu się to kołysanie: tylko tego brakowało, żeby zemdliło go na
tym cholernym zacumowanym jachcie. Ucieszył go lekki wiaterek, wpadający
pod tentę i chłodzący mu kark, chociaż to nie mogło ugasić jego
pragnienia. Łakomie rzucił okiem na szklankę z alkoholem, którą
młodzieniec zostawił na stoliku.
Gdy zastanawiał się, czy potajemnie pociągnąć z niej łyk, tamten wrócił.
- Mi... Madame zaraz przyjdzie. Czy tymczasem mogę zaproponować panu coś
do picia? Wodę...? Może lemoniadę?
- Co pan pije?
- Koniak.
- Niech będzie koniak. Podwójny i z lodem. Bardzo dziś gorąco.
Szczęśliwie tuż pod ręką znajdował się barek. Lafont podziwiał bogaczy
za to, że wiedzą, jak ułatwiać sobie życie.
Eduardo de Aranzana nie zdążył jeszcze nalać koniaku, kiedy madame Behra
wyszła na pokład.
- Inspektorze - powiedziała, podając mu dłoń, którą szybko uścisnął.
- Dzień dobry, madame. Przepraszam za to wtargnięcie. Postaram się nie
zabrać pani wiele czasu.
- Proszę zająć mi tyle, ile będzie pan potrzebował. Ale proszę usiąść.
Lafont wolałby rozmawiać na stojąco, aby podkreślić krótkość i wagę
swojej wizyty. Postawa miała znaczenie. Zrobił jednak to, o co poprosiła
madame, zaskoczony własną reakcją. Usiedli naprzeciwko siebie; wiklinowy
fotel zatrzeszczał zbyt głośno pod ciężarem policjanta. Niemal w tej
samej chwili pojawił się koniak i dla madame coś, co wyglądało jak
lemoniada. Lafont zauważył, że Hiszpan z góry wiedział, czego może
chcieć dama, oraz to, że ona przyjęła szklankę z lekkim uśmiechem i podziękowała mu delikatnym muśnięciem przedramienia.
Co prawda nie przestawał obserwować tej kobiety, odkąd pojawiła się na
pokładzie, skorzystał jednak z okazji i lepiej się jej przyjrzał, gdy
zajęli się napojami. Oczywiście widział kilka zdjęć madame w prasie,
była bowiem dość sławna w świecie kierowców i reklamy, ale rzecz jasna
nie oddawały całego jej uroku.
Była młoda, znacznie młodsza, niż się spodziewał, biorąc pod uwagę te
fotografie, na których pojawiała się mocno umalowana i z wyszukaną
fryzurą. Ponadto mając na względzie, że jej nieboszczyk mąż był po
czterdziestce, policjant spodziewał się kobiety znacznie dojrzalszej. Ta
skończyła co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Była ładna, o czym już
wiedział ze zdjęć; w naturze jednak okazało się, że nie jest to uroda
oszałamiająca; przeciwnie, raczej dyskretna - madame miała delikatne
rysy, poza wielkimi oczami w karmelowym kolorze, które rozświetlały jej
oblicze. W tej chwili były nieco zaczerwienione i podkrążone. Brak snu
albo nadmiar płaczu, podsumował policjant. Może jedno i drugie. Tego
popołudnia była ubrana prosto, skromniej niż wtedy, gdy pozowała na
eleganckich przyjęciach albo przy masce luksusowego samochodu, albo
trzymając perfumy, prezentując strój kąpielowy lub polecając pastylki na
kaszel. Włosy, nieco ciemniejsze niż oczy, spływały jej lokami do
wysokości dobrze zarysowanej brody. Nie miała makijażu, tylko paznokcie
pomalowane na czerwono. Włożyła czarne spodnie i zwiewną bluzkę w tym
samym kolorze, która zdawała się falować na jej wiotkim ciele; wydatny
biust rysował się na końcu rzędu kilku, zbyt wielu, rozpiętych guzików.
Inspektorowi ta żałoba wydała się nader dziwaczna, aż za bardzo
nowoczesna. Madame nie przyozdobiła się żadnym klejnotem ani nawet
obrączką.
Jednak uwagę policjanta przykuł siniak na jej skroni, tuż przy prawym
oku.
- Bardzo pani współczuję, madame Behra.
Dziewczyna podziękowała za kondolencje skinieniem głowy, ale poprawiła
go:
- Kovac. Mila Kovac. Nigdy nie używam nazwiska męża. Aby uniknąć
zamieszania, kiedy startujemy w tym samym wyścigu. Startowaliśmy...
- Tak. Widziałem, że pani również znajduje się na liście kierowców.
Niewiele kobiet prowadzi samochód.
- Jest nas sporo, naprawdę, to zależy od wyścigu. Są wyścigi wyłącznie
dla kobiet, ale niektóre z nas wolą się ścigać z mężczyznami.
- Tworzyła pani drużynę z mężem...
- Czasem. Przede wszystkim w rajdach i wyścigach wytrzymałościowych.
- Ach, jak ten dwudziestoczterogodzinny wyścig w Le Mans, tak?
- Tak, Le Mans to jedne z zawodów, na których wystąpiliśmy jako drużyna.
Przy wielkich wyścigach zmienialiśmy się za kierownicą, kiedy Anton był
już zmęczony. Jednak zwykle to on prowadził.
- Tak jak w tę niedzielę.
- Tak jest. Dzień wcześniej to ja pojechałam w Pucharze Księcia
Rainiera.
Zajęła trzecie miejsce, co zdaniem inspektora było zaskakująco wysoką
pozycją jak na kobietę. Zwłaszcza że zostawiła za plecami mnóstwo
mężczyzn; między innymi tego tu Eduarda de Aranzana, który teraz tak jej
nadskakuje, bardzo czuły i troskliwy. Pokonała też swoją odwieczną
rywalkę, Vivi Nîmes, obecną gwiazdę kobiecych rajdów. Inspektor Lafont,
patrząc na madame, nie mógł uwierzyć, że taka słodka osóbka na torze
wyścigowym może się zachowywać agresywnie jak dzikie zwierzę. W każdym
razie ta cała historia z kobietami w wyścigach wydawała mu się dość
nieprzyzwoita. Czego one szukają pomiędzy mechanikami i awanturnikami, z dala od domu, niepotrzebnie ryzykując życie? Nie, to nie jest obyczajne.
Nie powinni na to pozwalać.
- Kovac to nie jest francuskie nazwisko - zmienił temat.
- Przepraszam, ale co to ma wspólnego ze śmiercią Antona? - Hiszpan,
który rozsiadł się obok dziewczyny, rzucił się w jej obronie, przyjmując
rolę, jakiej wcale mu nie powierzyła.
- Nie, nie jest - szybko odpowiedziała policjantowi. - To węgierskie
nazwisko. Moi rodzice są emigrantami, wyjechali z Budapesztu po
wprowadzeniu w kraju republiki. Ja jednak mam paszport francuski, mogę
go panu okazać.
Inspektorowi zaczynała się podobać ta kobieta. Jej sposób mówienia, jej
postawa i spojrzenie zdradzały charakter zupełnie nieprzystający do
kruchego wyglądu. Zaledwie przed dwoma dniami straciła męża, a jednak
ani głos się jej nie łamał, ani w oczach nie pojawiały się łzy. Każda
wdowa, która chciałaby się pokazać jako zbolała, dałaby spektakularny
popis wielkiej rozpaczy. Ona nie. Jej smutek był wyraźny, ale nie
odgrywała dramatu.
- Nie musi mi go pani pokazywać, madame. Jak słusznie zauważył ten
kawaler, moje pytanie nie ma nic wspólnego ze śledztwem, to zwykła
ciekawość.
Wspomniany kawaler, daleki od panowania nad impulsami, znowu przyjął
postawę obronną i wtrącił:
- A skoro mowa o śledztwie... Dlaczego? Dlaczego policja zajmuje się
czymś, co było nieszczęśliwym wypadkiem?
Lafont uznał, że ten młody don Kichot, który początkowo wyglądał mu na
nieśmiałego, w obecności dziewczyny poczuł się w obowiązku stanąć do
walki.
- Może. A może wcale nie - przyznał inspektor. - W każdym razie
organizatorzy Grand Prix nie wydają się tacy pewni jak pan, monsieur. We
wstępnym śledztwie w sprawie wypadku odkryto pewne anomalie, które
zgłoszono sędziemu, a ten ze swej strony postanowił wszcząć śledztwo.
Ale wie pan, może się okazać, że był to tylko... Jak pan mówił?
Nieszczęśliwy wypadek? Oby... Byłoby znacznie lepiej dla wszystkich.
Znacznie lepiej...
- Anton nie skręcił - przerwała mu madame ze wzrokiem zagubionym, jakby
myślała na głos. - Nie skręcił przy szykanie.
- Chodzi pani o zakręt?
- Musiałby skręcić, żeby w niego wejść, ale tego nie zrobił.
- Widziała to pani?
- Nie, ale wielu ludzi tak, o niczym innym się nie mówi. I o śladach
opon na asfalcie: zdaje się, że wcisnął hamulec do deski, ale i tak
uderzył prosto w bandę.
Na tej bandzie kierowca stracił panowanie nad samochodem, który uderzył
w murek portu, dwa razy przekoziołkował i spadłszy bokiem na jezdnię,
spłonął. Tak było napisane w raporcie.
- Oczywiście nie mówią o tym przy mnie - ciągnęła kobieta. - Nie chcą o tym mówić, żeby nie sprawiać mi przykrości, ale... - Zawiesiła głos,
kładąc czule rękę na kolanie Aranzany. - Proszę wybaczyć, jeśli Eduardo
jest trochę niegrzeczny. On, tak jak inni, chce mnie tylko chronić -
dodała, posyłając młodzieńcowi smutny uśmiech, na który odpowiedział
podobnym uśmiechem i ścisnął jej dłoń.
- Chronić panią przed czym?
- Przed bolesną prawdą: że ja... być może jestem temu winna.
Policjant uniósł brew, co było szczytem jego mimiki podczas przesłuchań.
Dziewczyna pochyliła się w stronę leżącej na stoliku papierośnicy;
otworzyła ją i podała inspektorowi papierosa. Ten podziękował ruchem
ręki, popił łyk koniaku i dalej prowadził przepytywanie.
- Winna?
Hiszpan podał kobiecie ogień. Następnie sam też zapalił. Madame Kovac
zaciągnęła się, zanim odpowiedziała, i inspektor dostrzegł nieznaczne
drżenie ręki, w której trzymała papierosa.
- Mówiłam mu, żeby nie jechał, ale nie chciał mnie słuchać. Powinnam
była nalegać, powinnam była go zatrzymać. Pokłóciliśmy się... -
powiedziała, wypuszczając kłąb dymu. Miała rozbiegane oczy i Lafont nie
był w stanie nawiązać z nią kontaktu wzrokowego. - To dlatego nie byłam
w boksach i nie widziałam wypadku, bo zostałam na jachcie. Byłam tak zła
na Antona po naszej kłótni, że nawet nie chciałam pójść na wyścig. A teraz on... - Zagryzła usta.
- Dlaczego pani mąż nie miałby pojechać?
- Nie czuł się dobrze. Zjadł coś, co mu zaszkodziło, i trochę się
podtruł. Przez kilka godzin przed wyścigiem ciągle wymiotował, ale był
tak zawzięty, tak bardzo mu zależało na udziale w tym wyścigu, że...
- A był jakiś specjalny powód, dla którego nie chciał odpuścić?
Kobieta zaciągnęła się kilka razy, krótko, nerwowo. Wciąż unikała wzroku
Lafonta.
- Milo, nie musisz... - wtrącił się Aranzana i zaraz postawił się
inspektorowi: - Niech pan posłucha, myślę, że już wystarczy. Jeśli chce
pan dalej prowadzić to przesłuchanie, proszę przynieść nakaz i niech ono
się odbędzie w obecności adwokata.
- Proszę się tak nie denerwować, monsieur. - Lafont uśmiechnął się
protekcjonalnie. - To nie przesłuchanie, tylko rozmowa, a madame nie
jest o nic oskarżona. Nie musi odpowiadać na pytania, jeśli sobie tego
nie życzy.
- Dobrze, dobrze! Słyszałaś, Milo. Nie odpowiadaj.
Dziewczyna zgasiła papierosa w popielniczce. Zatarła dłonie i wpatrzyła
się w nie, jakby szukała odprysku lakieru na paznokciach.
- Anton był zrujnowany - zdradziła inspektorowi, nie zważając na słowa
Hiszpana. - Od kilku lat jego interesy nie szły dobrze i miał mnóstwo
długów, chociaż nie znam szczegółów, nie mówił mi o nich. Wiem tylko, że
liczył na odbicie się finansowe dzięki Verusowi. Sam go zaprojektował i zbudował, i szczerze mówiąc, to był dobry samochód.
- Dość dobry, żeby wygrać wszystkie wyścigi?
- Nie. Bardzo trudno jest wygrać ze "srebrnymi strzałami", ale wystarczy
zająć jedno z trzech pierwszych miejsc, żeby zebrać wysokie nagrody na
koniec sezonu. Można też zyskać sponsorów i kontrakty reklamowe.
Wystarczyłoby na pokrycie części długów i dalszą walkę. Tak mówił.
- Według pani, madame, do wypadku doszło dlatego, że mąż nie czuł się
dobrze tego dnia, czy tak?
- Nie mam oczywiście pewności, ale wiem, jak źle się czuł, i wiem z opowiadań świadków, że samochód zachowywał się tak, jakby nikt nim nie
kierował, więc wydaje mi się to najbardziej prawdopodobne.
- Nie mogła się zdarzyć żadna usterka techniczna?
- Zawsze może się zdarzyć usterka techniczna, ale Anton bardzo
drobiazgowo przeglądał samochód przed wyścigiem, a Philippe jest jeszcze
bardziej skrupulatny.
Inspektor wiedział, że madame ma na myśli Philippe'a Bouchera, mechanika
grupy, który też figurował na liście świadków do przesłuchania, ale
jeszcze nie zdążył z nim porozmawiać.
- Nie znam się na samochodach, madame, ale wyobrażam sobie, że bez
względu na to, jak skrupulatnie się je przegląda, zawsze istnieje
ryzyko, że zawiodą.
Kobieta uniosła wzrok i utkwiła go gdzieś na morskim horyzoncie. Powoli
skinęła głową.
- Oby dowiedziono, że tak było. Jeśli się okaże, że to wina maszyny,
spadnie mi kamień z serca.
Policjant ze zdziwieniem przyglądał się przez chwilę profilowi
zamyślonej madame Kovac. Powoli pokręcił głową i wrócił do
przepytywania.
- A proszę mi powiedzieć, czy ktoś mógłby być zainteresowany tym, żeby
monsieur Behra nie ukończył niedzielnego wyścigu?
- Jego wierzyciele z całą pewnością nie. A jeśli myśli pan o mnie,
proszę uwierzyć, że ruina Antona oznacza także moje bankructwo. Nie miał
żadnego ubezpieczenia, na którym bym skorzystała.
Lafont wychylił koniak. Jakkolwiek nie sądził, by kłamała w sprawie
ubezpieczenia, i tak musiał to sprawdzić.
- Czy pani małżonek miał wielu wrogów?
- Oczywiście, że tak. Przynajmniej kilku. Nie dociera się do miejsca, w którym był Anton, nie robiąc sobie wrogów po drodze: w interesach, w wyścigach... Oba te światy pełne są rywalizacji. A Anton jest... był bardzo
ambitny i nie miał skrupułów. Proszę pana, nie wiem, z iloma osobami już
pan rozmawiał, ale wcześniej czy później odkryje pan, że mój mąż nie był
zbyt lubianym człowiekiem. Jeśli jednak chce pan, żebym wskazała kogoś,
kto nienawidził go aż tak bardzo, by go zabić... Nie wiem, trudno mi
uwierzyć, żeby był ktoś taki.
- Chciałbym zadać pani pytanie osobiste, madame. Proszę odpowiedzieć,
jeśli uzna to pani za stosowne, tak byśmy nie zdenerwowali pani
przyjaciela. Czy była pani szczęśliwa w małżeństwie?
Jak przewidział inspektor, Eduardo de Aranzana aż podskoczył na fotelu,
czemu towarzyszyło ostentacyjne skrzypienie wikliny.
- Na miłość boską! To jest niedopuszczalne! Milo, nie odpowiadaj na to
pytanie.
Kobieta ponownie dowiodła, że ma wolną wolę. Po raz pierwszy spojrzała
badawczo na Lafonta tymi oczami, w których zdawał się kryć cały świat.
- Nie można by nas uznać za idealne małżeństwo. Nawet nie
konwencjonalne. Na początku tak było, ale ta sielanka trwała tylko pół
roku. Potem...
- Co się wydarzyło?
- Żadna kobieta nie lubi, kiedy nie jest najważniejsza dla męża, a Anton
wiele rzeczy przedkładał nade mnie: swoje firmy, swoje samochody, swoje
zamiłowania... Wiem też o innych kobietach, chociaż oczywiście one też nie
były dla niego najważniejsze, z pewnością nie ważniejsze ode mnie. Ale
były. Znosiłam wiele przykrości, nieustannie się kłóciliśmy...
Przynajmniej na początku, potem przywykłam.
- Znam kobiety, które się rozwiodły, mimo że miały znacznie mniej
powodów. Nie jest pani zwolenniczką rozwodów, madame?
- Nie jestem przeciw. W sumie to wiele razy myślałam, żeby porozmawiać z nim o rozwodzie... Jednak w końcu... Doszłam do wniosku, że opłaca mi się
być jego żoną. Anton mimo wszystko dobrze mnie traktował, zgadzał się na
moje kaprysy, dawał mi wolność, robiłam to, na co miałam ochotę. Nie
kontrolował mnie, nie podporządkowywał mnie sobie. O niewielu
mężczyznach można coś takiego powiedzieć. Niektórym trzeba płacić
znacznie więcej za ich miłość. Antonowi nie. Kochał mnie na swój sposób:
nie dawał za wiele, ale też nie prosił o zbyt wiele. Osiągnęliśmy dobry
kompromis.
- A pani miała jakiś romans?
- Nie - odpowiedziała kategorycznie - nie interesują mnie romanse.
Zauważył już pan, że nie jestem osobą zbyt romantyczną.
- Proszę posłuchać, inspektorze - znowu wtrącił się Hiszpan - wydaje mi
się, że madame już wykazała się wyjątkową cierpliwością. To oczywiste,
że w najgorszym razie monsieur Behra rozkojarzył się za kierownicą z powodu złego samopoczucia. Nie ma co szukać dziury w całym, a już na
pewno nie za cenę reputacji jego małżonki.
Inspektor chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie się pohamował. Ten
hiszpański mądrala nie zasługiwał na żadną odpowiedź. Odstawił kieliszek
na stolik i uznał wizytę za zakończoną.
- Znakomicie, madame. - Z wysiłkiem wstał z fotela, jakby jego pokaźne
ciało zaklinowało się między oparciem i podłokietnikami. - Bardzo
dziękuję za szczerość i za pani czas. Nie będę już pani niepokoił,
przynajmniej na razie.
Kovac i Aranzana również wstali. Gdy policjant sięgał po kapelusz i marynarkę, kobieta zapytała:
- Wie pan, kiedy będę mogła wyprawić pogrzeb mężowi i wreszcie
zakończyć... to wszystko?
Hiszpan pogładził ją po plecach.
- Zaraz po autopsji, madame. Obawiam się, że potrwa to jeszcze kilka
dni, ale postaram się przyspieszyć procedurę.
- Bardzo panu dziękuję, inspektorze. Jest pan bardzo miły.
Jules Lafont włożył kapelusz, ale zanim odszedł, przypomniał sobie, że
nie do końca wyczerpał temat.
- Proszę pozwolić mi zadać jeszcze jedno pytanie, madame: jak nabiła
sobie pani tego siniaka?
- Pośliznęłam się, wychodząc z wanny.
- No tak, to się zdarza... Cóż, jak mówiłem: bardzo dziękuję i do
widzenia.
Jules Lafont ostrożnie przeszedł przez pokład i trap. Bardzo pragnął
znaleźć się już na stałym lądzie. Czuł, że kręci mu się w głowie, jakby
wypił nie kieliszek koniaku, ale pół butelki. Gdyby ponownie musiał
przesłuchać madame Kovac, czego nie wykluczał, zrobi to na komisariacie,
na twardym gruncie.
Ta kobieta go intrygowała. Poznał już wiele wdów, zarówno w ramach
swojej profesji, jak prywatnie, i wiedział, że jeśli czegoś można od
nich oczekiwać, to głębokiej żałoby. Dlatego te, które nie czują jej w sercu, udają: i tego się po madame spodziewał. Po tym spotkaniu nie był
pewien, czy odczuwa ona żałobę, ale bez wątpienia nie zadała sobie
trudu, aby ją udawać. Próbowała tylko wypaść szczerze. Szczerze nawet w takiej sprawie. I policjant zadawał sobie pytanie dlaczego.
Z drugiej jednak strony kobieta mu się podobała, polubił ją. "Ta
cholernica jest uwodzicielska do granic, chociaż wcale się nie stara -
pomyślał Lafont. - A przynajmniej na to nie wygląda".
Zanim opuścił nabrzeże, obejrzał się i po raz ostatni obrzucił
spojrzeniem Liberté. Eduardo de Aranzana i Mila Kovac trzymali się za
ręce, stojąc do siebie przodem, bardzo blisko. I wtedy ona wsparła głowę
na jego piersi, a on otoczył ją ramionami.
Nie, dziewczyna nie była całkiem szczera, bo ewidentnie ta dwójka miała
romans. Dlaczego jednak go nie ukrywali? Dlaczego madame zaprzeczała
własnym słowom tymi oczywistymi gestami? Tak, zdecydowanie go
intrygowała. Bardzo go intrygowała.
Eduardo de Aranzana czekał, aż policjant oddali się od jachtu, aby dać
upust emocjom:
- Na Boga! Bałem się, że on już nigdy stąd nie pójdzie!
Rozmawiali po hiszpańsku, jak zawsze kiedy byli sami. Mila mówiła, że
nie chce zapomnieć języka. Odwrócił się do niej i przestraszył się,
zobaczywszy, że pobladła i spochmurniała. Podszedł i czułym gestem
założył jej kosmyk włosów za ucho.
- Dobrze się czujesz?
Mila nie potrafiła odpowiedzieć. Poza tym, że od śmierci Antona ciągle
chciało jej się wymiotować, czuła się pusta, jakby świat poruszał się
wokoło niej, a ona stała sparaliżowana, niezdolna do myślenia o tym, co
ma zrobić albo co powiedzieć. Jak jednak wyjaśnić to Dudu?
- Tak. - Wysiliła się na uśmiech.
Chłopak podał jej szklankę lemoniady.
- Nawet jej nie spróbowałaś, a przy tym upale się odwodnisz. No wypij
trochę.
Posłuchała go jak automat, ale popiła tylko kilka łyków i odstawiła
szklankę na stolik. Eduardo ujął jej dłonie.
- Może połóż się i spróbuj zdrzemnąć, co?
- Nie, teraz bym nie dała rady zasnąć. Myślałabym w kółko o rozmowie z tym policjantem.
- Tak... zachował się bardzo grubiańsko, to prawda, a ty... Cóż... Nie
uważasz, że byłaś z nim zbyt szczera?
- Powiedziałam mu tylko to, czego i tak wcześniej czy później się
domyśli. Gdybym skłamała, kłamstwo obróciłoby się przeciwko mnie.
- Rozumiem, ale... Trzeba uważać, te typki tylko czekają, żeby znaleźć
kogoś, kogo będą mogły oskarżyć. Nie wolno im ułatwiać sprawy.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
- I co to zmieni? Anton nie żyje, a ja nie wiem, co mam zrobić ze swoim
życiem.
- Nie mów tak, ma chérie. Właśnie teraz możesz odzyskać własne życie.
A ja stanę u twojego boku za każdym razem, kiedy będziesz mnie
potrzebować.
Mila spojrzała na niego z czułością i wdzięcznością. Wyczerpana wsparła
głowę na jego piersi i schroniła się w jego objęciach.
- Szkoda, że wyszłaś za tego człowieka - szepnął Dudu z brodą opartą na
jej głowie.
- Szkoda, że musiałam za niego wyjść. Szkoda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki