Rozdział 4
Mężczyzna na krawędzi
Posiadłość Theo Gorgonosa leżała już poza granicami miasta - na tyle daleko, że wiosenne czkawki, istne przekleństwo Warsa, nie powinny mu już spędzać snu z powiek, i na tyle blisko Rubieży, że potrzebował solidnych kręgów ochronnych i mnóstwa magii, by móc spać spokojnie.
Magii Theo miał pod dostatkiem. Ledwie wjechałam na długi, co najmniej dwudziestometrowy podjazd, poczułam, że po mojej skórze prześlizguje się jego sygnatura. Ustawienie i utrzymanie tak wielkiego kręgu stanowiło znamienny pokaz siły. Ale wciąż zastanawiałam się, dlaczego zaprosił mnie właśnie tutaj. Jego firma zajmowała nowoczesny wieżowiec, z dużo bardziej zaawansowanymi i profesjonalnymi osłonami. Była bliżej i wydawała się bardziej oczywistym wyborem.
Przychodziło mi do głowy kilka wyjaśnień, dla których chciał się spotkać właśnie tu.
Pierwsze - potrzebował tego dodatkowego czasu, by się uspokoić. Co znaczyło, że kontrolował nerwy i magię w nikłym stopniu. Sytuacja w gabinecie Matki Przełożonej pasowała do tej teorii.
Drugie - z jakiegoś powodu nie ufał swoim ludziom i osłonom, których nie ustawiał osobiście. Zła wiadomość z wielu różnych powodów.
Trzecie - z jakiejś przyczyny dom był ważny dla sprawy. Jeśli dziewczynę porwano właśnie stąd, porywacze musieli mieć albo wtyki, albo potężną magię po swojej stronie.
Tak czy inaczej, wkraczałam na terytorium, które Theo kontrolował całkowicie. Bardziej niż własne emocje i magię. A mogłam kopać dołki w ogrodzie Robina.
Brama otworzyła się na oścież, wpuszczając mnie na teren posesji. Willa w śródziemnomorskim stylu była niewielka jak na możliwości miliardera, skromne trzysta metrów kwadratowych. Za to rozmiar i aranżacja ogrodu dookoła doprowadziłyby Robina i Rigani, jego matkę, do ekstazy.
Zaparkowałam i wykorzystałam chwilę rozproszenia Theo (rozmawiał przez telefon, krążąc po wyłożonym terakotą placu), by mu się przyjrzeć. W gabinecie Ireny za wiele się działo, bym mogła się na nim skupić.
Mężczyzna, którego pamiętałam sprzed sześciu lat, zniknął. Wtedy był postawnym facetem w sile wieku, ciemnowłosym, opalonym, umięśnionym w sposób charakterystyczny dla nurków - szerokie barki i plecy, muskularne ramiona i nogi. Otaczała go mgiełka arogancji, ale potrafił być przyjemny. Lubił pozować na gentlemana, dopóki taka poza kompletnie do niczego mu nie była potrzebna i pod tymi gładkimi słówkami i szerokim uśmiechem mógł pokazać stalowy trzpień. Był niebezpieczny, tylko idiota by go zlekceważył.
Theo wydawał się spokojniejszy niż w gabinecie Ireny, ale wciąż był wyraźnie spięty, usztywniony, na granicy wybuchu. Zniknęła gdzieś otoczka arogancji. Schudł dobre dziesięć kilogramów i posiwiał. Policzki znaczył cień zarostu, a koszula była wymięta, jakby nie zmieniał jej od kilku dni. Mogłam się też założyć, że na zdjęciach sprzed miesiąca jego skronie nie były przyprószone srebrem.
Najbardziej alarmujące były oczy. Pociemniałe, prawie czarne, odbijały światło w dziwny sposób. Jak kocie źrenice w nocy, uderzone światłem latarki. Nawet z odległości kilkunastu metrów dzielącego nas podjazdu czułam jego magię prześlizgującą się po skórze.
Byłabym spokojniejsza, gdybym wiedziała, czym dokładnie jest. Tej tajemnicy nie zdołałam odkryć. Karma i Irena okazały się równie bezradne.
Wiedziałam jedno: miałam do czynienia ze starym bytem związanym z wodą, wedle mojej matki było to równoznaczne z szajbą. Greckie korzenie nie zawężały pola wyboru. Grecy mieli morskich potworów na pęczki, a grecki panteon przez całe wieki pracował nad ich pomnażaniem. Może Irena miała rację i mocne słońce napędzało obłęd.
Zgadywałam, że jego magia musiała mu w jakiś sposób pomagać w interesach, a dokładniej w tym, w czym się specjalizował - poszukiwaniu skarbów. Morze, ocean, jezioro czy zalane jaskinie - wszędzie tam, gdzie była obecna woda, Theo miał przewagę nad innymi poszukiwaczami. Wydobywał na powierzchnię zatopione okręty, zagubione przed wiekami kosztowności czy magiczne artefakty ukryte przez zapomniane cywilizacje. Miał opinię szczęściarza, bo wychodził cało z sytuacji, które dla innych skończyłyby się tragicznie. I zbił na tym gigantyczny majątek.
Ale teraz szczęście się odwróciło od Theo Gorgonosa. Ktoś mu zabrał najcenniejszy skarb, a przy okazji naszczał na wycieraczkę. Nawet dużo bardziej opanowanego mężczyznę popchnęłoby to za krawędź, pomyślałam.
Skończył rozmowę, schował komórkę do kieszeni i zaczął zmierzać w moją stronę. Wysiadłam z samochodu i ruszyłam mu naprzeciw.
Jego magia kąsała mnie delikatnie, podgryzała i sondowała. Wkurzała nieco Pana B., który poruszał się płytko pod skórą, gotowy do ataku, ale nawet on nie odbierał tego macania jako bezpośredniego zagrożenia. Byłam prawie pewna, że Theo robi to podświadomie.
- Nikito, dobrze, że już jesteś - powiedział spokojnym tonem. Sześć lat temu miał jeszcze odrobinę akcentu, teraz nikt nie rozpoznałby, że nie pochodzi z tych stron.
- Były łatwiejsze sposoby na znalezienie mnie niż robienie sobie wroga z Matki Przełożonej - odparłam. Lepiej, by wiedział, że nie powinien tam wracać, bo nie będzie mile widziany.
Skrzywił się, ale do skruchy było mu daleko.
- Gdyby od razu cię sprowadziła, nie byłoby to konieczne - oświadczył.
Przez ułamek chwili widziałam w jego oczach błysk arogancji, z której słynął. A potem machnął ręką. Dostał to, na czym mu zależało, reszta nie miała znaczenia. Tyle że tym czymś byłam ja - i naprawdę wolałabym wiedzieć dlaczego. Dlatego zapytałam wprost:
- Theo, zanim zaczniemy... Powiedz, czemu tak się uparłeś, że to muszę być ja?
Pokiwał głową, jakby rozproszony. Zerkał na coś nad moim ramieniem. Obejrzałam się, ale nie zauważyłam niczego podejrzanego.
- Wejdźmy do środka. Nie będziemy o tym mówić na otwartej przestrzeni. Nigdy nie wiadomo, z kim rozmawia wiatr.
Wprowadził mnie do domu. Kolejna zmiana - nigdzie nie widziałam ochrony. Zwykle miał wokół siebie małą armię Centurionów, wyspecjalizowanych ochroniarzy, których rekrutował zwykle spośród byłych komandosów i członków elitarnych jednostek militarnych. Dwóch powinno stać na zewnątrz, a między drzwiami wejściowymi a salonem, do którego mnie wprowadził, byliby dwaj kolejni. Piąty obstawiałby pokój. Zachowywaliby się tak dyskretnie, że można byłoby zapomnieć o ich obecności, ale byli śmiertelnie niebezpieczni. Teraz zniknęli. Cały dom wydawał się tak cichy, jakby nie było tu nikogo poza nami. Służba najwyraźniej wyparowała razem z ochroną.
Prześwietlałam tych ludzi, kiedy szukałam kreta w jego organizacji. Wszyscy pracowali dla Theo od przynajmniej piętnastu lat i byli fanatycznie wręcz oddani. Przeprowadzili się za nim ze słonecznej Grecji do Warsa. Ale teraz nie było po nich śladu.
*
W jasnym, miękkim i bardzo kobieco urządzonym salonie byłam nawet bardziej nie na miejscu niż on. Kiwnął w stronę dużej narożnej kanapy. Usiadłam na podłokietniku - lniane beżowe poduchy wyglądały na takie, w które łatwo się zapaść i z których trudno wstać.
Nalał sobie szklaneczkę alkoholu i przez chwilę wpatrywał się w oprawioną rycinę wiszącą nad barkiem. Dla mnie był to tylko widoczek, ale on patrzył na nią z niemal religijnym oddaniem.
- Odpowiadając na twoje pytanie... Wyrocznia powiedziała mi, że tylko kobieta o srebrnych oczach może uratować moją córkę. Nie znam innej, która pasowałaby do tego opisu.
Nie odwrócił się, więc nie widział, że całe moje ciało się napięło. Nie miałam srebrnych oczu. Ale Pan B. i owszem. Theo westchnął. Może się domyślił, że właśnie planuję jego morderstwo. Więc pospieszył z wyjaśnieniem:
- Miałaś poznać moje tajemnice, toteż ja musiałem poznać twoje. To chyba sprawiedliwe, prawda?
- Ludzie, którzy znają moją tajemnicę, nie żyją zbyt długo - powiedziałam ostrzegawczo.
- Minęło prawie siedem lat. Gdybym chciał tę wiedzę wykorzystać, już bym to zrobił. Jestem ostatnią osobą, która wyciągałaby potwory z szafy, zwłaszcza na siłę. - Zerknął na mnie znad szklanki i najwyraźniej doszedł do wniosku, że to nie wystarczy, bo dodał: - Nie powiem ci, że możesz mi zaufać. Zaufanie nie rodzi się ze słów. Ale przysięgam ci na honor mój i mojej rodziny, że nie wykorzystam tego, co wiem, przeciwko tobie.
Magia przysięgi zatrzeszczała w powietrzu. Słowo było wiążące. Nadal siedziałam spięta, ale byłam gotowa go wysłuchać.
- Zacznijmy od początku. Powiedz mi wszystko o tym porwaniu, daruj sobie pomijanie istotnych szczegółów. Nie jestem Ireną i samo pomachanie czekiem nie wystarczy, żebym przymknęła oko na przemilczenia - powiedziałam sucho.
Upił spory łyk, jakby na samą myśl zaschło mu w gardle.
- Wierzysz w przypadki? Złośliwy los? Klątwy? - zapytał po chwili, jakby nie wiedział, jak inaczej zacząć tę opowieść.
- Żyjemy w Warsie. O wiele łatwiej mi uwierzyć w to drugie i trzecie niż w to pierwsze.
Theo skinął głową z zauważalną ulgą, jakby ktoś wierzący w złośliwość losu mógł łatwiej zrozumieć, co zaszło.
- Wiele lat temu rzucono na mnie klątwę. Miałem utracić wszystko, co dla mnie ważne, i umierać w samotności. Potężna klątwa, wzmocniona śmiercią. Próbowałem ją zdjąć tradycyjnymi metodami, bez rezultatów. Okazała się przerażająco skuteczna. W kilka lat straciłem dwie córki. Została mi tylko Madala. Nie zamierzałem czekać, aż klątwa ją dosięgnie. Zrobiłem wszystko, co musiałem, by przełamać zaklęcie.
Zerknął na mnie z uwagą, jakby sprawdzał, czy domyślam się, jaką wybrał metodę. Jeśli nie działały tradycyjne, zostawała tylko ścieżka zniszczenia i zabójstwa. Przy czym, z tego, co wiedziałam na temat greckich klątw, nigdy nie były zakorzenione tylko w osobie rzucającego zaklęcie, ale sięgały do korzeni rodzinnej magii. Właśnie dlatego miały opinię cholernie silnych i niemożliwych do złamania. Musiałby zabić nie tylko sprawcę, lecz także każdą osobę z jego rodziny. Wierzyłam, że Theo był gotów to zrobić, nie miałam pewności, czy było to możliwe w wypadku wielopokoleniowych greckich rodów, których drzewa genealogiczne przypominały grzybnię.
Theo najwyraźniej dostrzegł w moich oczach zrozumienie, bo kontynuował:
- Moja córeczka powinna być bezpieczna. Zrobiłem wszystko, co mogłem, by tak się stało. Kusiło mnie wtedy, by zamknąć ją w fortecy, wykopać fosę... Ale jej niania powiedziała, że nawet złota klatka jest tylko właśnie tym, klatką, a Madala zasłużyła na to, by być szczęśliwa. Nana jest mądrą kobietą, więc znalazłem inne rozwiązanie. W Grecji miałem zbyt wielu wrogów i reputację, która pociągała za sobą konkretne ryzyko. Przeprowadziłem nas więc do Warsa. Daleko od starych waśni i tradycji.
- Nie wiem, czy wybrałabym to miasto na nowy start - wtrąciłam.
Machnął ręką lekceważąco.
- Ma fatalną reputację, ale było dokładnie tym, czego potrzebowaliśmy. Leży bardzo daleko od wszelkich zbiorników słonej wody. Odcięcie linii magicznych też było dla nas korzystne. Nasza magia nie jest od nich uzależniona, ale trudniej nas namierzyć bez swobodnego przepływu magii. Byłem przekonany, że będzie tu bezpieczna. A została porwana z miejsca, o którym byłem pewien, że jest nie do sforsowania.
- Chronionego lepiej niż ten dom? - zapytałam.
Skrzywił się w niewyraźnym uśmiechu.
- Nie zbudowałem fortecy, nie wykopałem fosy, ale znalazłem dom otoczony wodą. Właściwie ona go znalazła. Albo dom odnalazł ją. Z magią nie sposób być pewnym.
- Dom otoczony wodą? Jak wyspa? - zapytałam.
Kiwnął głową.
- Inni nazywali to miejsce wyspą horrorów, Madala nazwała domem. Śniła o nim, jeszcze zanim trafiliśmy do Warsa. Odnalazła je i się uparła, że musi być jej. Nie było łatwo je kupić, ale trudności tego typu zwykle daje się rozwiązać workiem pieniędzy. Czy dwoma. Nie żałowałem środków, bo wierzyłem, że nigdzie nie będzie tak bezpieczna jak tam.
- To gdzieś w okolicy? Chciałabym się rozejrzeć na miejscu.
- Jakieś dwadzieścia kilometrów na północ - powiedział i obserwował mnie znad krawędzi szklanki.
- Czy jezioro nie jest... - zawahałam się.
- Przeklęte? Upiorne? Oczywiście. Jest jak fosa, której nie musiałem kopać. Linia obrony, której nie stworzyłbym sam.
Coś mi się obiło o uszy, ale nie znałam szczegółów. Będę musiała szybko to nadrobić.
- Od jak dawna Madala tam mieszkała? - zapytałam.
- Gdy chodziła do szkoły, to był nasz domek letniskowy. Spędzaliśmy tam sporo czasu. Od ponad roku mieszkała tam na stałe. Nie wracała na ląd zbyt często. Zakupy, przyjęcie czy rodzinna kolacja raz na jakiś czas, ale to wyspę uważała za dom.
- Nie czuła się... odizolowana?
- Nie mieszkała tam sama. Przeniosła się z nią Nana, którą traktuje jak ukochaną babcię, i dwaj ochroniarze. Razem z magią jeziora to wystarczało...
Stara kobieta i dwóch facetów, no nie wiem.
Zauważył moje zwątpienie.
- Nana jest lamią. A ochroniarze, cóż, też mieli swoje tajemnice. Oczywiście działał również system dodatkowego wsparcia, gdy wracali na ląd. Na wyspie była bezpieczna, tu wolałem dmuchać na zimne.
- Ale to na wyspie doszło do porwania?
- I to nie daje mi spokoju! - Z brzękiem odstawił szklankę na stolik kawowy. - To nie powinno się zdarzyć. Musieli to planować od miesięcy. I mieć dostęp do najściślej strzeżonych informacji. Na początku wyeliminowali Nanę.
- Zabili ją?
Pokręcił głową.
- Musiała pojechać na kilka tygodni do Grecji. Jej młodszy brat Garen miał poważny wypadek, ledwie przeżył. Majaczył nieprzytomny w szpitalu dla niemagicznych, jego magia zaczęła przesiąkać. Ludzie nie daliby sobie z nim rady. Nie jest lamią, jak Nana, ale nie jest też człowiekiem. Wyjechała raptem dziesięć dni przed porwaniem.
Kiwnęłam głową. Zgadzałam się z nim, że to podejrzane.
- Myślisz, że mogła mieć coś wspólnego z porwaniem? - zapytałam.
- Myślę, że ktoś załatwił jej brata, wiedząc, że zechce się nim zaopiekować. Nana towarzyszy mojej rodzinie od trzydziestu pięciu lat. Nie wątpię w jej lojalność. Ale jej nieobecność była komuś bardzo na rękę. Sprawców wypadku Garena nigdy nie odnaleziono.
- Miała jeszcze dwóch ochroniarzy, z Centurionami nie ma to tamto - zauważyłam.
Theo zgrzytnął zębami.
- Miała też Przeklęte Jezioro. Nikt nie powinien być w stanie dostać się na wyspę. A mimo to zdołali tego dokonać. O tym, że Madala zniknęła, dowiedziałem się dopiero, gdy dostałem żądanie okupu z nagranym dowodem życia.
Theo potarł twarz i przejechał palcami po włosach.
- Chciałabym zobaczyć to miejsce - powiedziałam.
Kiwnął głową.
- Jutro o świcie.
- Odwlekanie nie ma sensu - zaprotestowałam.
- Na wyspę można się dostać wyłącznie między szóstą a siódmą rano. Poza tą godziną magia jeziora nie jest przyjazna.
Nie żartował z tą fortecą.
- Jak długo trwa przeprawa? - zapytałam.
- Czterdzieści minut, jeśli woda jest spokojna. Prawie nigdy nie jest.
Czyli logistyka porwania musiała być jeszcze bardziej złożona, niż sądziłam.
- Porozmawiajmy więc o porywaczach. Co o nich wiesz?
- Nic. - Zgrzytnął zębami. - Gdybym wiedział, kim są, nie potrzebowałbym Zakonu, ani nawet ciebie.
- Wrogowie, rywale, konkurenci? - podrzuciłam.
Parsknął.
- Gdyby którykolwiek z moich wrogów był na tyle potężny, by zrealizować taki plan, i na tyle szalony, by się nań porwać, już byłby martwy. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podniósłby ręki na Madalę.
- A skoro o szaleńcach mowa, może kłopoty przyszły za tobą z Grecji? Matka Przełożona jest przekonana, że wasza ziemia sprzyja niepoczytalności.
- Ma rację. Ale zostawiłem za sobą spaloną ziemię, ostatecznie kończąc tym samym waśń rodową, która trwała od trzech pokoleń. Nie chciałem, by Madala dorastała z Krotosami dyszącymi jej w kark. Zresztą sama też miałaś w tym swój udział. Kret, którego wytropiłaś, był niedobitkiem tego rodu.
Mówił z takim spokojem, jakby opowiadał o fuzji spółek albo zajęciu aktywów, a nie wybiciu całej, zapewne licznej rodziny.
- No dobrze, a co z fiaskiem, jakim okazało się przekazanie okupu? Kto wybrał czas i miejsce?
- Oni - przyznał Theo.
- Kiedy poznałeś szczegóły?
- Kilka godzin wcześniej.
- Chcę się zapoznać z nagraniem tej masakry - powiedziałam stanowczo.
- Skąd pomysł, że jakiekolwiek istnieje? - zapytał z miną pokerzysty. - Matka Przełożona nawet się nie zająknęła na ten temat.
- Bo nie pracowała z tobą tak blisko jak ja. Na pewno istnieje. I nie wykluczam, że masz naocznych świadków, bo przecież ktoś nagrywał.
- Świadek nie przeżył. Ale nagranie ocalało. Pokażę ci je - zapewnił wspaniałomyślnie.
Skinęłam głową.
- Doskonale. Wracając do okupu...
Theo opowiedział o wiadomości, którą dostał od porywaczy. Dwa miliony euro w złocie. Sporo dźwigania. Pomyślałam, że to niezbyt wygórowana kwota, zważywszy na jego status i zasoby, spokojnie mogli zażądać więcej. Potwierdził to, mówiąc:
- Dałbym im trzy razy tyle, gdyby zwrócili mi dziecko natychmiast. To nie był mój pomysł, by zostawić ją w ich łapach na kolejne pięć dni. Odrzucili ofertę, byli zdecydowani na datę, jakby wykuli ją już na swoich nagrobkach i nie chcieli dopłacać kamieniarzowi.
Niedobrze. Jeśli porywacze odmawiają góry forsy, byle potrzymać zakładniczkę dłużej, mogli kierować się motywami innymi niż finansowe.
- Stawiali jeszcze jakieś warunki?
- Nic. Ale po tym, jak zabili Cienie i zgarnęli okup, skontaktowali się z ponownym żądaniem okupu. Nazwali to drugą ratą za wolność Madali. I znów odmówili natychmiastowej wymiany. Pięć dni. Nie rozumiem, czemu to dla nich takie ważne. - Po jego twarzy przemknął cień.
- Dziwne, faktycznie. Utrzymanie zakładniczki, całej i zdrowej, w izolacji nigdy nie jest proste. Powinno im zależeć na jak najszybszej wymianie.
Milczał, ale było to ciężkie milczenie, jakby zastanawiał się, ile mi zdradzić.
- Theo, nie czas na sekrety. Czego mi nie mówisz?
- Moja córka ma pewną... Przypadłość zdrowotną. Im dłużej ją przetrzymują, tym większe ryzyko, że się rozchoruje. Może o to im chodzi - powiedział w końcu.
- Coś jak cukrzyca? Potrzebuje leków na receptę albo wyspecjalizowanej opieki? - zapytałam z nadzieją, bo takie rzeczy łatwiej wyśledzić.
- Na to, co dolega Madali, nie ma leków. Może być śmiertelne. I jest nieodwracalne. - Zacisnął usta w grymasie i wiedziałam, że więcej z niego w tym momencie nie wyciągnę.
- Więc przedłużanie może być dodatkową torturą, dla niej i dla ciebie. I ktoś zna was naprawdę dobrze, skoro o tym wie. Nie podejrzewam, byś dzielił się tą informacją na lewo i prawo.
- Osób, które wiedzą, jest dosłownie kilka - potwierdził. - I ręczę za każdą z nich.
- Czyli co? Przypadek? - zapytałam prowokująco.
Żadne z nas nie wierzyło w przypadki.