Piątki w szkole mijały bardzo szybko. Ostatnie lekcje, po kolei: przyroda, turecki, matematyka i wychowanie fizyczne - po czym uczniowie rozchodzili się w strojach sportowych. Niektórych odbierali ojcowie lub mamy, inni wracali razem na piechotę, a jeszcze inni wsiadali do szkolnego busa. Pelargonia mieszkała daleko, więc należała do grupy dzieci jadących busem.
Jej ulubionym przedmiotem była przyroda. Fascynowały ją zwłaszcza takie tematy jak "skorupa ziemska", "księżyc" oraz te o "istotach żyjących wokół nas". Fajnie było dowiadywać się coraz to nowych rzeczy o innych krajach i odległych miejscach. Jaki ten świat jest ogromny, chociaż mapa zawieszona na tablicy wydawała się taka mała!
Pelargonia była zadowolona z faktu, że kula ziemska jest okrągła. Dobrze, że nie jest trójkątna lub prostokątna, lub - co gorsza - kwadratowa. Nie mówiąc już o pięciokątnej. Albo dziewięciokątnej? A gdyby była graniastosłupem? Dobrze, że nie ma ostrych boków. Dzięki temu, że jest okrągła, łatwiej jest ją objąć. Każde miejsce jest oddalone tak samo. Czy to idąc lądem, czy płynąc wpław przez morza, człowiek jest w stanie przemierzać świat. Gdyby Pelargonia była ptakiem, przeleciałaby z krańca na kraniec. Jeśliby się zmęczyła, to zrobiłaby sobie postój, i wtedy miałaby okazję zaprzyjaźnić się z innymi ptakami.
Dwa lata temu na urodziny Pelargonia dostała od taty atlas. I od tamtej pory był to jej ulubiony przedmiot. Kiedy przebywała w domu, miała go gdzieś zawsze blisko siebie. Od czasu do czasu zabierała go też do szkoły. Przeglądała go na przerwach, przerysowywała flagi różnych państw i je kolorowała. Stolic uczyła się na pamięć. Potrafiła z zamkniętymi oczami wymienić większość krajów Ameryki Południowej, Afryki i Azji. Gdy dorośnie, wszystkie je zwiedzi. Dobrze, że nie trzeba być ptakiem, by móc podróżować.
Pelargonia dobrze znała też mapę Turcji. Wiedziała, gdzie uprawia się dane warzywo oraz gdzie są najmroźniejsze zimy i chłodne lata, a także które miasta mają najwięcej ludności. Na te pytania odpowiadała natychmiastowo. Morze, góry, lasy, rzeki. Turcja ma wiele pięknych miejsc. Ziemia to bogata i urodzajna. Szkoda, że ludzie nie wiedzą, jak wielką wartość ma natura, i nie szanują środowiska. Największym marzeniem Pelargonii było rozpoczęcie szkolnej kampanii na rzecz ochrony środowiska. Wahała się jednak przed urzeczywistnieniem go, z obawy, że zostanie wyśmiana. Ale dlaczego? Oczywiście, że z powodu jej imienia. Gdy ktoś nazywa się Pelargonia, to trudno mu przewodzić kampanii na rzecz roślin. Była pewna, że znajdą się tacy, którzy będą się z tego nabijać.
"Co to? Czyżbyś zaczęła kampanię na rzecz badyli takich jak ty?" Śmialiby się z niej na pewno, bez dwóch zdań.
Pani Lejla, nauczycielka przyrody, bardzo lubiła Pelargonię. Na jej dociekliwe pytania zawsze odpowiadała życzliwie, wykazując wiele cierpliwości. Ona jedna wymawiała pełne imię Pelargonii. Inni nauczyciele ograniczali się do skrótów, jak "Pela" czy "Gonia". Ale nie pani Lejla, nigdy przenigdy. Uczniowie też o tym wiedzieli. Gdy do klasy przychodziła pani Lejla, wtedy nikt nie ośmielał się drwić z Pelargonii.
Na dzisiejszej lekcji pani Lejla opowiadała o różnych krajach. Zrobiła przerwę i rozejrzawszy się po klasie z uśmiechem, zapytała:
- Czy ktoś ma pytanie?
Głos pani Lejli zawsze był miękki, i tą swoją miękkością zachęcał uczniów do dzielenia się swoimi przemyśleniami. Była jednym z najlepszych pedagogów w szkole. Niezmiennie powtarzała: "Nie wstydźcie się zadawać pytań, proszę, pytajcie".
Pelargonia podniosła rękę. Dręczyła ją pewna kwestia.
- Słucham - odezwała się pani Lejla.
- Proszę pani, dlaczego Japonię nazywamy Dalekim Wschodem?
Klasowe wesołki z tylnych ławek zaraz zaczęły się podśmiewywać.
- Proszę się nie śmiać, to bardzo logiczne pytanie - powiedziała pani Lejla. Potem obróciła się w stronę Pelargonii i spojrzała na nią z czułością. - Mówimy tak dlatego, że jest daleko, i dlatego, że leży na wschodzie.
- Ale przecież dla kogoś, kto mieszka w Chinach, Japonia jest blisko. A dla kogoś, kto mieszka w Australii, to nie jest żaden daleki wschód, tylko bliska północ".
Pani Lejla pokiwała głową.
- To bardzo trafne spostrzeżenie. Brawo. Ludzie zawsze patrzą ze swojej perspektywy. A przecież nie jesteśmy centrum świata. Nikt nie jest. To, czy coś jest "daleko", czy "blisko", czy "na południe", czy "na północ", zależy od miejsca, gdzie znajdują się oczy, które na to coś spoglądają.
Pelargonia z szacunkiem spojrzała na nauczycielkę. Wrócili do zasadniczego tematu lekcji. Pani Lejli prowadzenie lekcji zawsze sprawiało przyjemność. Pelargonia, pełna zapału, robiła notatki. Ale za każdym razem, gdy odgłos dzwonka przerywał lekcję przyrody, dziewczynka natychmiast smutniała. Dla niej ta lekcja mogłaby się nigdy nie kończyć.
Turecki minął spokojnie. Pani Selma była chora i dlatego na zastępstwo przychodził inny nauczyciel. Wszyscy mieli za zadanie streścić pisemnie samodzielnie przeczytany rozdział podręcznika. Potem przyszła kolej na matematykę.
Na lekcjach przyrody Pelargonia była szczęśliwa. Wierzyła w siebie. Na matematyce sytuacja była zupełnie inna. Pelargonia miała kłopoty. Nie dlatego, żeby nie lubiła liczb, tylko dlatego, że na lekcjach matematyki bywała taka rozproszona. Od razu zaczynała marzyć albo z nudów robiła się zwyczajnie senna. Dzisiaj było tak samo. Nie mogła się skupić.
Nauczyciel matematyki, pan Sinan, był najbardziej surowym nauczycielem w całej szkole. Bali się go wszyscy, także nauczyciele. A nawet sam dyrektor! Podobnie koty w szkolnym ogrodzie oraz szybujące w powietrzu mewy!
Pan Sinan był niski, okrągły, miał jasną twarz. Oczy ukrywał za okularami o grubych szkłach w masywnych oprawkach i wciąż je mrużył. Mocno łysiał, ale starał się to maskować, zaczesując kępkę włosów z prawa na lewo.
Kiedy pisał na tablicy, bez przerwy kichał, z powodu licznych alergii. Przede wszystkim był uczulony na kredę. Po każdym kichnięciu pana Sinana uczniowie jednogłośnie krzyczeli: "Na zdrowie!".
- Już dobrze. Nie żartujemy - karcił ich.
Po dwóch minutach znowu kichał i ponownie rozlegało się: "Na zdrowie, panie psorze!".
Na dzisiejszą lekcję pan Sinan przyszedł w pełnej gotowości. Dla ochrony przed kredowym pyłem miał na twarzy kropiastą chustkę, zasłaniającą mu nos i usta. Dlatego jego głos brzmiał dziwnie.
- Proszę otworzyć zeszyty! Ma być cicho jak makiem zasiał, jasne? Bez gadania! Bez szeptów, wyskoków i wygłupów! Nie obijać się! Wszystko, co zapisuję na tablicy, ma być przepisane do zeszytów. Do roboty!
Pelargonia westchnęła głęboko i niczym mysz zaczęła obgryzać końcówkę ołówka. Zatrzymała wzrok na swojej torbie leżącej na podłodze. Dziś do szkoły przyniosła ze sobą atlas. Nie wytrzymała. Po kryjomu wyciągnęła go i rozłożyła na kolanach. Patrzyła na nauczyciela i jednocześnie przeglądała strony. Otworzyła mapę Japonii. A więc tak wygląda kraj, który dla jednych jest "dalekim wschodem", a dla drugich "bliską północą".
- A-psik!
Stało się jasne, że chustka w kropki na nic się zdała. Uczniowie zgodnym chórem krzyknęli: "Na zdrowie, panie psorze!".
- Już dobrze. Nie żartujemy. A-psiiiik!
Nie wiedzieć czemu pan Sinan dzisiaj kichał więcej niż zwykle. Czoło i górna część policzków mu się zaróżowiły. Szybko zapisał na tablicy działanie i rzucił kredą o ścianę.
- Kto ma wynik? Podawać, byle szybko. Od uczenia was wysiada mi zdrowie.
Kilka osób w pośpiechu podniosło rękę. Na matematyce zawsze ci sami zgłaszali się do odpowiedzi, a nauczyciel wciąż tym samym udzielał głosu. Jednak dzisiaj pan Sinan zmrużył swoje oczy znad brzegu chustki i skierował spojrzenie na tylne ławki. Po czym wskazał palcem Pelargonię.
- Ty! Długowłosa dziewczynka! Jak ci było na imię?! - spytał. - Coś kwiatowego...
A wtedy wszyscy uczniowie jednogłośnie krzyknęli, śmiejąc się: "Pelargonica donica!".
- Już dobrze, nie żartujemy! - uciszał wszystkich pan Sinan. - No odpowiedz, kwiatuszku!
Pelargonia z niepokojem rozejrzała się wokół. Nie miała pojęcia, czego dotyczy pytanie.
- Najmocniej przepraszam. Zamyśliłam się. Czy może pan powtórzyć?
I tak już zaróżowione czoło pana Sinana w złości poczerwieniało jak burak.
- Dobre sobie, zamyśliła się! Ja tu wychodzę z siebie, żeby was czegoś nauczyć, a wy co? Czy ktoś to doceni? Nikt. Dziecko, czemu wy nie słuchacie? Dlaczego mnie martwicie? Czy to mnie potrzebne są te wiadomości? Nie, przecież ja to wszystko wiem. To wam są potrzebne. Wam! Jeśli teraz nie będziecie słuchać, to na sprawdzianie dostaniecie zero punktów. Wielkie, okrągłe zero!
I pan Sinan, połączywszy dwa kciuki i palce wskazujące, zrobił znak zera. Gdy przybliżył ręce do oczu, wyglądało to, jakby na swoje okulary nałożył kolejne, ułożone z paluchów, i wtedy raz jeszcze powtórzył słowo "zero".
Pelargonia ze stresu aż przełknęła ślinę. Przypuszczała, że nauczyciel zaraz każe jej usiąść na miejscu. Ale tak się nie stało, bo pan Sinan zadał kolejne pytanie:
- Powiedz więc, czemu się zamyśliłaś. Gdzie się podziewały twoje myśli?
- W Japonii - odpowiedziała nieuważnie Pelargonia i zasłoniła rękoma usta. Ojej, ale jej się wymsknęło!
W klasie rozległ się śmiech.
- Przepraszam - powiedziała.
Nauczyciel nie słyszał przeprosin.
- Japonia, tak? Co ty sobie myślisz? Za karę będziesz miała dodatkową pracę domową. Masz ją zrobić na kolejną lekcję, bo inaczej nie przepuszczę cię do następnej klasy! Zrozumiano?
Znowu wybuchnął śmiech.
- Dobrze, panie profesorze - powiedziała Pelargonia.
Spuściła głowę. Zapłakane oczy wpatrywały się w atlas leżący na podłodze. Och, gdyby tylko mogła być teraz w jakiejś innej krainie! Biegać w Afryce ze słoniami, żyrafami, zebrami; karmić lamy w Ameryce Południowej; w Azji gonić jelenie po pustyni, a na Antarktydzie grać w piłkę z fokami. Wszystko lepsze niż wysłuchiwanie przy wszystkich nagany matematyka. Gdyby tylko mogła wskoczyć do atlasu i tam wędrować po świecie!