Wanda
Zdyszani partyzanci, ledwie poruszający się pod ciężarem broni i długich taśm amunicji, wbiegli na wąską groblę otoczoną z obu stron stawami. Wieczorny chłód dawał ukojenie rozgrzanym twarzom i spoconym ciałom. Aż się chciało zostawić daleko zbrojne żelastwo, zrzucić z siebie całe oporządzenie i mundur i zanurzyć się w zimną rozkosz czystej wody. Pewnie niejeden z nich miał taką myśl, ale żaden nie zatrzymał się nawet na brzegu, by się napić czy obmyć twarz. Niemiecka obława była tuż-tuż, a żaden z Polaków nie chciał wpaść w gestapowskie czy esesmańskie łapy germańskich morderców. Choć od nich i tak gorsi byli kałmucy ze wschodu będący na niemieckiej służbie. Ci w ogóle nie mieli litości dla nikogo.
Ściemniało się już gwałtownie, kiedy grupa partyzantów wyszła spod osłony drzew na odkryty teren. Ciemność gwarantowała bezpieczeństwo, a odgłosy walki pozostawały daleko z tyłu. Czasami jeszcze zabrzmiały suchy trzask wystrzału z pistoletu czy głucha seria peemu.
- Tośmy mieli szczęście, panie komendancie - ledwie łapiąc oddech, zagaił jeden z żołnierzy, zwracając się do porucznika "Konara".
- Jeszcze dziesięć minut i by nas wszystkich szlag trafił - dopowiedział inny.
- Macie rację, chłopcy, ale nie stękać mi tu, tylko maszerować, bo te mongoły gotowe nas jeszcze dopędzić i zjeść na tym wąskim przesmyku - odparował Bolesław Usow ps. Konar, który dowodził oddziałem partyzanckim "Ojca Jana" pod nieobecność dowódcy - Franciszka Przysiężniaka. Co bardziej dociekliwi zauważali jakąś przedziwną prawidłowość w tym, że często podczas dużych i ważnych bojów oddziału "Ojca Jana" nominalnego dowódcy nie było przy bojowej grupie. W najcięższych krytycznych sytuacjach rozkazy wydawał jego zastępca - właśnie por. "Konar". Tak było i tym razem.
Kilka dni wcześniej polscy partyzanci otrzymali od swych wywiadowców informację o niemieckich przygotowaniach i mającej rozpocząć się wielkiej przeciwpartyzanckiej akcji (operacja "Sturmwind I"), obejmującej swym zasięgiem Lasy Janowskie i Puszczę Solską. "Konar" dał wolną rękę swoim ludziom, lecz niewielu opuściło oddział. Z grupą około stu osiemdziesięciu partyzantów postanowił więc spróbować przedrzeć się w Góry Świętokrzyskie. Pomysł był dobry, lecz 10 czerwca 1944 roku przed południem pod Janikami partyzancka grupa natknęła się na niezmierzone zastępy niemieckich żołnierzy szykujących się do akcji. Wywiązała się strzelanina, a Niemcy, choć stracili kilku swoich, rzucali kałmuków do kolejnych natarć. "Konar" zarzucił myśl o przebijaniu się z tej strony i - by ratować swych żołnierzy - nakazał szybki odwrót. Partyzanci przebyli biegiem szmat drogi pośród lasu, a teraz maszerowali przez groblę. Na chwilę umilkły dalekie strzały, za to wzmagał się rechot żab.
- Wreszcie jesteśmy bezpieczni - ta myśl zaświtała w wielu, gorących jeszcze, głowach. Już wolniejszym krokiem grupa przemieszczała się polną drogą prowadzącą przez groblę. Każdy z nich, maszerując, łapał oddech, wyrównywał krok i poprawiał broń. Lekka mgła przesuwała się znad stawów i wchłaniała w swą nicość ludzkie postacie. Po kolei tonęli w niej idący na czele szperacze, a potem cały oddział maszerujący plutonami. Jako jeden z pierwszych szedł "Orzeł". W miejscu, gdzie grobla rozszerzała się, a droga skręcała na południe, nagle wykwitł przed nim ogromny ogień eksplozji. Siła wybuchu była tak wielka, że o mało nie wrzuciła go do stawu. Dziewczęcy głośny krzyk natychmiast postawił go na nogi. Kiedy podbiegł, przy sanitariuszce "Baśce" było już kilka osób.
- Dobijcie mnie - błagała rozpaczliwym głosem załamującym się pod naporem bólu. A kiedy nikt nie zareagował, zaczęła szukać swojego pistoletu i nerwowo obmacywała pustą już kaburę. Ktoś przed momentem zabrał jej broń. Wszyscy spoglądali poniżej jej pasa, na nogi Barbary Mączyńskiej "Baśki".
- Nie ma ratunku - pomyślał dowódca, oglądając zakrwawione, poszarpane kikuty nóg swej sanitariuszki. Pomimo takiej oceny szybko zaaplikowano jej zastrzyk, zrobiono opatrunek i poniesiono na rękach do najbliżej położonej wsi. Oddział odmaszerował dalej, a po kilku dniach wziął udział w wielkiej partyzanckiej bitwie na Porytowym Wzgórzu. Krytyczny stan rannej "Baśki" wróżył raczej zbliżającą się szybką śmierć niż wyzdrowienie. Niestety, nie było jej dane umrzeć w spokoju. Została pod opieką gospodarzy we wsi Szklarnia i to w ich domu parę dni później spłonęła żywcem. Pożar wywołały walki, jakie wybuchły, kiedy oddział Armii Ludowej (AL) bronił się we wsi przed atakami Niemców. Jak się później okazało, za tragiczną w skutkach ranę "Baśki" odpowiedzialność ponosiła mina pozostawiona na grobli przez sowieckich partyzantów, którzy również wymykali się niemieckiej obławie.
Wojna bez pardonu zbierała swe krwawe żniwo, a jej ofiarami były także dziewczęta. W tamtych dniach, podczas niemieckiej operacji "Sturmwind", inna sanitariuszka od "Ojca Jana", Helena Cieplechowicz, wraz ze swym chłopcem opuściła oddział, mając nadzieję, że dzięki temu uratują swe młode życia. Niestety wpadli w ręce kałmuków. Chłopaka Heli zastrzelono od ręki, ale ją czekały bardziej okrutna śmierć i wyrafinowane tortury. Zdziczali sołdaci ze skośnymi oczami zabawiali się dziewczyną bardzo długo. Po licznych gwałtach, dla zabawy, bestie w niemieckich mundurach wbiły jej gruby korzeń pomiędzy nogi. Hela już i tak nie czuła bólu. Chwilę wcześniej oddała Bogu swe młode życie.
* * *
Do grona sanitariuszek w oddziale "Ojca Jana", obok "Baśki" i Heli Cieplechowicz, należała też młodziutka dziewczyna z pięknymi warkoczami o pseudonimie Wanda. Jadwiga Wanda Bojarska urodziła się w roku 1926 w Krzeszowie nad Sanem. Również w jej młode, trzynastoletnie życie wkroczyła brutalnie rzeczywistość wojenna, kiedy po skończeniu szkoły powszechnej uczęszczała do biłgorajskiego gimnazjum. We wrześniu 1939 roku Polacy nie zdołali obronić kraju przed niemieckim i sowieckim najazdem, a czwarty rozbiór podzielił nasz kraj między nowych zaborców granicami paktu Ribbentrop-Mołotow. W rodzinnej osadzie Wandy byli Niemcy, a Biłgoraj zajęli już Rosjanie. Po wrześniowej zawierusze do Biłgoraja po dziewczynę przyjechał tata Andrzej.
- Jesteś, kochany tatusiu! - krzyknęła i rzuciła się ojcu na szyję. - Bałam się, że zostanę tu całkiem sama. - Dwoje ludzi długo tuliło się do siebie.
- No coś ty, Wandziu, przecież nie zostawiłbym swojej najukochańszej córeczki. Wracajmy, w domu czeka mama.
- A przepuszczą nas? - spytała zafrasowana. Słyszała już o nowych granicach, aresztowaniach i godzinie policyjnej.
- Jak przepuścili w jedną stronę, to i w drugą przepuszczą - uspokoił ją ojciec i prędko załadował na wóz nieduży bagaż dziewczyny. Spieszyło im się, by wrócić do Krzeszowa - Andrzej obawiał się, że ruch na nowej granicy może zostać w każdym momencie wstrzymany. Sowieckie warty przepuściły ich jednak bez problemu. Ale już po drugiej stronie jednemu Niemcowi nie spodobał się znaczek na berecie Wandy. Jak każda uczennica gimnazjum ubrana była w niebieski szkolny płaszczyk, a na berecie miała metalową plakietkę wkręcaną na śrubkę. Nic, czym można by urazić niemiecką "rasę panów". Znaczek symbolizował naukę i przedstawiał otwartą książkę.
- Co to jest? - zapytał po niemiecku żandarm gardłowym głosem, wskazując na beret dziewczynki. Andrzej z córką zmartwieli, nie wiedząc, o co mu chodzi. - Pytam, co to jest?! Co, nie rozumiecie? - denerwował się potężny Niemiec. - My was, bandyci, nauczymy europejskiej cywilizacji i języka. Będziecie czytać z naszych, niemieckich książek i robić u nas za parobków, wy polskie nasienie.
- My nic nie rozumiemy, panie żandarm - próbował tłumaczyć się po polsku tato Wandy. Ale tamten tylko splunął pod nogi i gwałtownie, z zaskoczenia uderzył silnie dziewczynkę w czoło, w znaczek na berecie. Po młodej, dziecinnej jeszcze twarzy pociekła pierwsza krew. Reakcję ojca powstrzymał inny Niemiec, dźgając go lufą karabinu w pierś.
Wanda nie rozumiała sensu całego zajścia, nie wiedziała, czym naraziła się uzbrojonym ludziom przybyłym z Zachodu. Do tej pory wierzyła w dobroć tkwiącą w każdym człowieku. Ten jeden Niemiec dziurą w czole i pierwszą krwią, która zakrzepła na jej ustach, wybił jej z głowy tę bezgraniczną ufność w ludzi. Zadra wdarła się głęboko w młode serce, w którym zaczęła kiełkować nienawiść do najeźdźców.
Wolno i monotonnie mijały dni niemieckiej okupacji. A biedne to były czasy. W roku 1943 Wanda została zaprzysiężona do konspiracyjnej Narodowej Organizacji Wojskowej, scalonej z AK. Przysięgę siedemnastoletniej dziewczyny i jej taty odbierał porucznik Janusz Stoboy ps. Wir. Jako pseudonim Jadwiga wybrała sobie swoje drugie imię - "Wanda". Od tego momentu do domu Bojarskich w Krzeszowie przybywali kurierzy z Krakowa przywożący rozkazy, pieniądze i ulotki. Tymi emisariuszami były najczęściej dziewczyny lub młode kobiety, które tajne dokumenty przechowywały w stanikach bądź nawet w - jeszcze bezpieczniejszych - dolnych partiach bielizny osobistej. W domu "Wandy" te dziewczęta rozbierały się nieomal do naga, wyciągały zdeponowane niebezpieczne materiały i przekazywały je Bojarskim. "Wanda" najczęściej przewoziła dokumenty dalej i przekazywała Stoboyowi.
Ta antyniemiecka działalność trwała ponad rok. Do czasu...
* * *
Z początkiem maja 1944 roku przed dom Bojarskich zajechało gestapo. Niemcy nie byli sami, prowadził ich Ukrainiec o nazwisku Daniłowicz, który najprawdopodobniej zadenuncjował Polaków. Przybysze wtargnęli do domu, od progu wołając: "Gdzie jest Andrzej Bojarski?". Wystraszona trójka dzieci zbiła się w gromadkę, a Stefcię i Antka osłoniła własnym ciałem najstarsza Wanda.
- Rodziców nie ma w domu, wyjechali na targ - powiedziało trzeźwo, chociaż wiedziała, że mama i tato pracują na drugim krańcu pola przy sadzeniu kapusty.
- Mamy informacje, że pan Bojarski współpracuje z bandytami. A może ty, dziewczyno, widziałaś tu bandytów? - spytał gestapowiec i uniósł szpicrutą brodę dziewczyny.
- Żadnych bandytów u nas nigdy nie było. Jesteśmy uczciwi - powiedziała, patrząc hardo na Niemca. Jej słowa wywołały salwę śmiechu.
- Wszyscy Polacy to bandyci! Każdy Niemiec to wie!
Przybyły z gestapowcami Ukrainiec stał z boku i czekał niecierpliwie na swoją nagrodę - pieniądze albo zwolnienie z przymusowych kontyngentów. Niemcy śmiali się długo, a "Wanda" bała się, by nie zaczęli przeszukiwać mieszkania. W domu było trochę kompromitujących rzeczy.
- No dobrze, polska dziewczyno - powiedział jeden z Niemców - przekaż swemu ojcu, aby niezwłocznie zjawił się na najbliższym posterunku żandarmerii. Mamy z nim do pogadania. - Już zbierali się do wyjścia, kiedy jeden z nich nagle odwrócił się i z całej siły trzasnął "Wandę" w twarz.
- Przeszukać dom! - padł rozkaz, a Niemcy już się nie śmiali. Rozpoczęła się skrupulatna rewizja, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności okupanci znaleźli tylko niemieckie marki i wiele lekarstw w kuferku.
- Po co wam tyle lekarstw? - spytał gestapowiec.
- Jest wojna i wykupujemy, co jest, bo może się zdarzyć, że będą potrzebne - odpowiedziała szybko "Wanda", bardziej bojąc się o to, by intruzi nie znaleźli szytych przez nią na potrzeby konspiracji biało-czerwonych proporczyków, ukrytych na dnie jednej z szuflad.
Gestapowcy poniechali dalszych poszukiwań i wyszli z domu, zabierając ze sobą kuferek z pieniędzmi i lekarstwami.
Wanda Krzysztanowicz z d. Bojarska (pierwsza z prawej) ze swoim rodzeństwem: siostrą Stefanią i bratem Antonim (zbiory Wandy Krzysztanowicz)
- My tu jeszcze wrócimy - uśmiechnął się cierpko jeden z nich na odchodne.
"Wanda" widziała przez okno, że nie wsiedli do samochodu, tylko weszli do sąsiadów. Natychmiast zaczęła działać. Wysłała w pole do rodziców trzynastoletnią siostrę, aby ostrzegła tatę, a sama zaczęła pakować co pilniejsze rzeczy. Niebawem zjawili się matka i parobek ze Stefcią. Ojciec postanowił już nie wracać do domu, tylko ukryć się u znajomych. Przekazał rodzinie, aby spakowali się szybko i ruszyli do wsi Kamionka, gdzie on będzie na nich czekał. W gorączkowym pośpiechu załadowali na furmankę niezbędne rzeczy, łącznie z pierzynami. Kiedy wóz powożony przez parobka ruszył z podwórka, wydawało się, że wyjazd odbędzie się bez przeszkód. Niestety, gestapowcy, choć sami cały czas przebywali u sąsiadów, na drodze pozostawili uzbrojonych szeregowych żandarmów. Jeden z nich zatrzymał wóz, łapiąc konia za uzdę.
- Halt! - wrzasnął.
- Proszę nas puścić, jedziemy do lekarza, braciszek ma tyfus - skłamała błagalnie "Wanda", wiedząc, że Niemcy panicznie boją się wszelkich chorób zakaźnych. Niestety, Niemiec wykrył oszustwo, ponieważ wóz, wyjeżdżając z domu, zaczął skręcać nie do lekarza, który przyjmował w centrum Krzeszowa, ale w drugą stronę, w kierunku wsi. Mocniej zacisnął palce na rzemieniu.
Wtedy "Wanda", nie namyślając się długo, wyrwała woźnicy bat i mocno chlasnęła szkopa po ręku, przecinając mu skórę. Żandarm zasyczał z bólu, a wtedy narowisty koń cisnął się, uwolnił z uchwytu i ugryzł go w... głowę. Wóz popędził dalej, a Niemiec stał na środku drogi, patrząc z niedowierzaniem i trzymając się za obolałą głowę, a z przeciętej ręki sączyła się krew. Nie był nawet zdolny, by od razu wszcząć alarm lub sięgnąć po leżący w piachu karabin. Zobaczył tylko, jak wóz z rodziną Bojarskich znika w tumanach kurzu za zakrętem drogi.
* * *
Po ucieczce z Krzeszowa "Wanda" z mamą i rodzeństwem zatrzymała się na krótko u rodziny w Kamionce, by potem zamieszkać w Sierakowie. Ojciec, zagrożony aresztowaniem, dołączył do jednego z pododdziałów partyzanckiej grupy "Ojca Jana", stacjonującego w pobliskich lasach. Do tej grupy formalnie należała również "Wanda", która w Sierakowie utrzymywała placówkę konspiracyjną.
W pierwszych dniach maja 1944 roku oddział "Ojca Jana" otrzymał od przełożonych informację, że linią kolejową z Lublina do Krakowa Niemcy będą przewozić polskich więźniów z Majdanka. Dowódca dostał rozkaz odbicia Polaków, a akcję przygotowano na stacji w Lipie w dniu 3 maja. Kiedy wyznaczony do operacji oddział "Konara" znalazł się w Lipie, okazało się, że transport z więźniami przejechał już dzień wcześniej. Porucznik Bolesław Usow postanowił przeprowadzić akcję zastępczą i zaatakować nasycalnię drewna i tartak, tak by zdobyć i zniszczyć działające dla okupanta warsztaty. Jednak ktoś musiał zdradzić Polaków i teoretycznie łatwa akcja zakończyła się całkowitą klęską partyzantów. Ostrzelani przez przygotowanych do obrony nieprzyjaciół ponieśli straty i musieli się wycofać. Było aż ośmiu rannych, ale na szczęście zdołano ściągnąć ich z pola bitwy i zabrać ze sobą. Umieszczono ich początkowo na plebanii w Pysznicy, a potem u sióstr dominikanek w Bielinach. Potem jeszcze czterech z nich ("Opium", "Orzeł", "Klon" i "Prawdzic") kurowało się u Kostka Serafina w młynie w Kurzynie. I właśnie do opieki nad tymi rannymi konspiracyjna organizacja skierowała "Wandę". Dziewczyna wraz z koleżanką z podziemia wędrowała kilka razy w tygodniu przez las do młyna, by doglądać powstańców. Któregoś dnia, późnym już wieczorem, dziewczęta maszerowały w deszczu. Wtem usłyszały nadjeżdżającą furmankę, na której jechali uzbrojeni mężczyźni. Było za późno, aby się skryć w gęstwinie.
- Hej, dziewczynki! - rzucono na powitanie, na szczęście w ojczystym języku, a nie po niemiecku czy rosyjsku. Bo należy pamiętać, że na tym terenie działały również radzieccy partyzanci, przybyli niedawno ze Wschodu. Pozostawała jeszcze niepewność, czy spotkani partyzanci to swoi, czyli z AK, czy też z "czerwonych" oddziałów AL. Całkiem niedawno nasi ostrzeliwali się tymi z AL (na szczęście bez strat) podczas przewożenia rannych po akcji w Lipie.
- Co wy tak tutaj same w deszczu stoicie? Może was podwieźć? - pytali przymilnie chłopcy z wozu. - A dokąd w ogóle idziecie?
- Do Sierakowa - musiały powiedzieć prawdę, gdyż leśna dróżka prowadziła właśnie w tym kierunku.
- Oho, to was podrzucimy do domu. Wskakujcie. - Wyciągnęły się ręce i dziewczyny znalazły się na wozie, a jeden z partyzantów od razu zaciął konie.
Józef Krzysztanowicz "Hanys" (w środku) z innymi partyzantami, z lewej strony Adam Kusz, z prawej Mikołaj Paśnik (zbiory Dionizego Garbacza)
- Znamy skrót - powiedział woźnica i skręcił w boczną odnogę drogi. Furmanka jeszcze długo kluczyła w coraz gęstszych kniejach, aż w końcu wyjechała na polankę. Ale to nie była żadna wieś, tylko partyzanckie obozowisko w samym sercu lasu. Żart młodych chłopców wcale nie ubawił "Wandy" i jej towarzyszki. Nie zamierzały zostawać u partyzantów, a przez to wszystko ich powrót do domu jeszcze się wydłużył. Na szczęście dziewczyny trafiły do swoich, czyli chłopców z oddziału "Ojca Jana" z NOW-AK. Niestety nie wiedziały, w którą stronę teraz powinny iść i gdzie znajduje się Sieraków. Kiedy tak stały przemoknięte i zziębnięte pośrodku obozu, nagle z tyłu ktoś do nich podszedł.
- "Wanda", to ty? - odezwał się młody, silny głos.
- Tak, a kto mówi? - "Wanda" odwróciła się gwałtownie na pięcie, wpadła w kałużę i zachlapała błotem wyczyszczone oficerki żołnierza.
- Nie poznajesz mnie? - zdziwił się młody chłopak, nie zwracając wcale uwagi na pobrudzone buty. - To ja, Józek, mój tato miał mleczarnię w Krzeszowie. Co wy tu robicie pośrodku lasów?
Musiały opowiedzieć mu o spotkaniu z partyzantami, o pechowej podwózce i wylądowaniu w tym obozowisku.
- Głupie żarty - skwitował Józek. - Przyznaję, że też chciałbym, żebyście zostały tutaj - zaśmiał się do swych myśli - ale teraz odwiozę was do domu. Zaraz zorganizuję pojazd.
I po raz kolejny, klucząc pośród leśnych drożyn, konie raźno ciągnęły wóz, tym razem naprawdę kierując się do Sierakowa. Już bez dalszych przygód, w nocy, partyzant odstawił dziewczyny do domów, a mamie "Wandy" przykazał nawet, by lepiej opiekowała się córką, bo może stać się jej krzywda, kiedy tak samotnie wędruje przez las.
* * *
Józef Krzysztanowicz urodził się w 1923 roku w Krzeszowie. Jego mama miała na imię Eleonora, a tata Stanisław - przed wojną prowadził mleczarnię. Już wtedy staremu Krzysztanowiczowi wpadła w oko mała Wandzia z pięknymi warkoczami.
- O, popatrzcie, idzie moja przyszła synowa - mawiał, kiedy ona z trudem dźwigała bańkę z mlekiem.
Józkowi, który w konspiracji przyjął pseudonim "Hanys", musiały zapaść w pamięć te żarty ojca. Nie zapomniał o pięknej dziewczynie z sąsiedztwa. Po przygodzie w obozie partyzanckim uznał za swój męski i żołnierski obowiązek zaopiekować się w miarę możliwości "Wandą". Józkowi spodobała się dziewczyna z pięknymi warkoczami, które dodawały jej uroku. Ona zresztą nie wzbraniała się przed jego zainteresowaniem. Józek coraz częściej wymykał się z lasu, by odwiedzić ją w Sierakowie.
- Wyprasujesz mi wszy ze spodni? - żartował na randkach. Wiele było w nich beztroski, ale też wiele koniecznego pragmatyzmu. "Wanda" dbała o to, by ubrania i bielizna Józka były zawsze czyste, uprane i uprasowane. Początkowo dziewczyna nie mówiła matce, że jej zniknięcia z domu związane są ze spotkaniami z chłopcem. Ale dręczyły ją wyrzuty sumienia i w końcu wyznała prawdę. Matka nie protestowała. Znała rodzinę Józka i jego samego - dobry był z niego chłopak. Ale przestrzegała córkę przed zbytnią brawurą w partyzantce. W razie czego to "Wanda" miała zaopiekować się rodziną.
- Jestem coraz starsza - mówiła matka - wojna zabiera więcej i więcej ofiar. Pamiętaj, że jeśliby mnie lub ojca zabrakło, ty - jako najstarsze dziecko - musisz zaopiekować się rodzeństwem.
Beztroski żywot młodych nie trwał długo. W czerwcu rozpoczęła się wielka niemiecka operacja przeciwpartyzancka "Sturmwind I". Specjalne oddziały, złożone z Niemców lub kałmuków, przeczesywały okolicę, próbując okrążyć partyzantów, i pacyfikowały pobliskie wsie. Nastał straszny czas dla ukrywających się w lesie Polaków oraz miejscowych. Co niektórzy zabrali ze sobą rzeczy i wynosili się ze wsi, by w bezpiecznym miejscu przeczekać zawieruchę.
Słychać było strzały. Gdzieś w oddali trwała walka partyzantów z niemiecką obławą.
- Musisz uciekać - powiedziała mama do "Wandy". - Spakuj plecak i spróbuj dołączyć do ojca.
Porytowe Wzgórze, spotkanie po latach, czerwiec 1974 r. Na zdjęciu widoczni m.in.: 1. Jan Zmysłowski "Orzeł", 2. Marian Mizgalski "Wrona", 3. Leon Wyduba "Hieronim", 4. Bronisław Fitas "Fregata", 5. Józef Krzysztanowicz "Hanys", 6. Tadeusz Bielak "Sęp", 7. Wanda Krzysztanowicz "Wanda", 8. prof. Bronisław Chromy, twórca projektu pomnika na Porytowym Wzgórzu, 9. Stanisław Pelczar "Majka" (zbiory Stanisława Szymuli)
- Ale co z tobą, mamusiu, co z wami będzie? - dziewczynie dwie wielkie łzy pociekły po policzkach, kiedy tuliła się do matki.
- Nie martw się o nas. To ty i ojciec jesteście w konspiracji i to wy jesteście najbardziej zagrożeni. Ja jestem już stara, a kiedy zostanę z małymi dziećmi, nic złego nas nie spotka. Idź już, proszę - pocałowała córkę w czoło, wręcz wypychając za drzwi.
Jeszcze z oddali "Wanda" pomachała mamie i rodzeństwu, a potem szła długi szmat drogi, wybierając mniej uczęszczane trasy. Po dwóch dniach błądzenia po lasach spotkała partyzancki patrol, który doprowadził ją do leśnego oddziału. Trafiła wyśmienicie - długo tuliła się do taty, a po chwili wisiała na szyi swojego Józka. Dziewczyna nie mogła nadziwić się własnemu szczęściu - była ze swym chłopcem, a tata od ręki pobłogosławił ich związkowi. Uważali się teraz za narzeczeństwo. A i w partyzanckich bitwach fortuna sprzyjała oddziałowi, który po bitwie na Porytowym Wzgórzu umiejętnie wymykał się kolejnym niemieckim obławom i unikał większych strat.
Niestety każda radość ma swój kres, a po dniu zawsze nastaje noc. Z odległego Sierakowa nadeszła wiadomość, że mama "Wandy" nie żyje. Podczas walk i obław niemiecka kolumna pancerna ostrzelała dom Bojarskich i matka, trafiona serią, zginęła na miejscu. Podobno - jak potem opowiadali sąsiedzi - Niemcy w wieczornej szarówce wzięli wysokie krzaki róż znajdujące się przed domem za cienie polskich żołnierzy i dlatego otworzyli ogień. Jak było naprawdę, nikt nie wie do tej pory.
- Muszę iść po ciało mamy - wyznała "Wanda" "Hanysowi". - Muszę też zaopiekować się Stefcią i Antkiem.
- Pójdziemy razem, ale bez broni i w cywilnych ubraniach.
Młodzi wyperswadowali staremu Bojarskiemu wspólną wyprawę. Andrzej już był na gestapowskiej liście i jego obecność mogła zakończyć się zaaresztowaniem całej trójki albo nawet rozstrzelaniem ich od ręki przez niemieckie oddziały pacyfikacyjne.
Wieczorem "Wanda" i Józek wyjechali furmanką z obozu, kierując się na Sieraków. Podróżowali całą noc, a rankiem, przejeżdżając obok jakiegoś miasteczka, ujrzeli wielką niemiecką kolumnę wojska. Na szczęście nieprzyjaciel nie zainteresował się jednym chłopskim wozem i około południa młodzi zajechali przed dom w Sierakowie.
- To twoja wina! - krzyczała przez łzy Stefania, grzmocąc pięściami "Wandę". - Ta wasza konspiracja, ta nielegalna działalność! To przez ciebie i przez ojca zabili mamusię. Nienawidzę was! - skryła twarz w dłoniach, a wykrzyczawszy całą swą złość, zamknęła się w sobie. Nie odezwała się do "Wandy" przez cały dzień, kiedy z Józkiem załatwiali skromną trumnę. Mały, trzyletni Antek cichutko popłakiwał, kiedy wyjeżdżali z trumną z Sierakowa. Kilkakrotnie mijali niemieckich żołnierzy. Jedni żandarmi zainteresowali się żałobnym konduktem.
- Halt! Pokażcie, co macie w skrzyni! - zakomenderował jeden z nich.
- Przecież to trumna - bąknęła "Wanda".
- Ja wiem, że w takich skrzyniach wy, Polacy, lubicie przewozić karabiny, naboje i granaty. Otwierać wieko! - wrzasnął Niemiec.
- Tam jest ciało mojej mamy. Nie otworzę - odparła cicho, lecz twardo. Kątem oka zauważyła, że "Hanys" nerwowo ścisnął w ręku bat, czekając na reakcję żandarmów. Ci jednak popatrzyli przeciągle na dziewczynę i w końcu przepuścili furmankę, nie sprawdzając trumny.
Aby nie kusić losu, "Wanda" z Józkiem nie pojechali dalej - zatrzymali się w Półsierakowie, a ciało mamy przekazali znajomym rodziny z prośbą o godny pochówek. Pod ich opieką "Wanda" zostawiła także siostrę i brata. Młodzi na piechotę przekradli się przez lasy i powrócili do partyzanckiego oddziału. Olgę Bojarską pochowano na cmentarzu w Krzeszowie.
* * *
Tymczasem po letnich wielkich partyzanckich bitwach nadeszła sowiecka ofensywa, która przegoniła niemieckiego okupanta. Często frontowym oddziałom Armii Czerwonej pomagali polscy partyzanci. Ludzie Józefa Zadzierskiego "Wołyniaka" mieli swój udział w bezkrwawym zajęciu przez Sowietów Leżajska. Pokazali im niebroniony i łatwy do pokonania bród przez San. Oficerowie sowieccy bardzo chwalili sobie pomoc "Wołyniaka", gotowi byli nawet podać go do swego radzieckiego odznaczenia, a jego oddział włączyć w szeregi własnych zwiadowców. Jeden ze starszych wiekiem oficerów długo przyglądał się radości z wyzwolenia miasta i bratania się polsko-radzieckiego. W polskim oddziale wypatrzył młodą sanitariuszkę (a była to "Wanda" Bojarska), pociągnął ją za rękę na stronę i kiedy nikt nie mógł ich słyszeć, tak powiedział:
- Słuchaj, diewoczka. Ja tobie skażu jedną sprawę. Kto to jest? - wskazał ręką na szczęśliwych żołnierzy polskiego podziemia próbujących wspólnie z czerwonoarmistami sowieckiego mocnego bimbru.
- Jak to kto? - zdziwiła się "Wanda". - Przecież to polscy partyzanci. Wasi sprzymierzeńcy - szczególnie mocno podkreśliła to ostatnie słowo.
Chmurnie spojrzał jej w oczy, a jego twarz jeszcze bardziej spoważniała.
- Jeśli tak, to ja w tajemnicy dam wam po przyjacielsku dobrą radę. Wszyscy zakopcie głęboko swoją broń, wyjedźcie jak najdalej stąd i nigdy, przenigdy nie przyznawajcie się, że kiedykolwiek byliście w polskiej partyzantce. - To powiedziawszy, zniknął w świętującym wyzwolenie tłumie.
"Wandę" zastanowiła dziwna rada sowieckiego żołnierza. Wydawała się na tyle poważna i szczera, że dziewczyna przekazała ją "Wołyniakowi". Ale ten zbagatelizował sprawę.
- Gdyby to była prawda, to Sowiet nie rozmawiałby z młodziutką sanitariuszką, tylko z dowódcą oddziału - powiedział i wrócił do świętowania wspólnego zwycięstwa nad germańskimi żmijami.
Minęło kilka dni, w czasie których Zadzierski organizował ze swych chłopaków z lasu oddział milicji w Leżajsku. Wyszło wtedy również zarządzenie nowych, komunistycznych władz, aby polscy partyzanci ujawnili się w celu zewidencjonowania posiadanej broni. Wielu naiwnie uwierzyło w dobre intencje "wyzwolicieli" ze Wschodu. Lecz za frontowymi radzieckimi oddziałami na teren Polski przybywały grupy NKWD, których zadaniem było wyłapywanie polskich konspiratorów z AK i NSZ. "Wanda" i Józek nie poszli na zarządzoną zbiórkę. Ale ujawnił się ojciec "Wandy" i natychmiast został zatrzymany, podobnie jak wszyscy inni. Przetrzymywano ich w obozie przejściowym i mówiono, że pojadą na Wschód budować socjalizm.
Grupa Rekonstrukcji Historycznej "Borujsko" (zbiory Tomasza Sawickiego, GRH "Borujsko")
Józef Zadzierski, jako komendant posterunku milicji, próbował coś zdziałać, by uwolnić zatrzymanych, a przynajmniej znajomych walczących wcześniej u jego boku przeciwko Niemcom. Na nic zdały się jednak jego wysiłki. Nie minęło wiele czasu i on sam trafił do bydlęcego wagonu w transporcie zdążającym na Wschód. W tym samym pociągu jechało wielu ojców, mężów i synów polskich rodzin. Również tata "Wandy", któremu córka zdążyła przez druty kolczaste podać ciepły kożuch i garniec słoniny. Oczywiście kożuch przywłaszczył sobie zaraz jeden z sowieckich strażników, a stary Bojarski dostał w zamian jego schodzoną i połataną kufajkę.
"Wanda" ze łzami w oczach patrzyła na znikającą postać taty. Najpierw Niemcy odebrali życie jej mamusi, a teraz Sowieci zabierali tatę. Została sierotą. Dobrze, że Józek Krzysztanowicz był zawsze blisko. Mogła liczyć na jego pomoc, wsparcie i miłość. Oprócz "Hanysa" byli przy niej także mały Antek i Stefcia. Choć siostra wciąż miała do niej żal o śmierć matki.
Tata "Wandy" został skazany na trzy lata robót w łagrze. Pracował w obozie w Borowiczach, gdzie wszedł w dobre układy z sowieckim komendantem, budując po kolei wszystkim Rosjanom piece kuchenne znane w Polsce, takie, w których gotuje się na blacie. Te znajomości zaowocowały wcześniejszym zwolnieniem z robót. Po półtora roku przetrzymywania w łagrze Andrzej Bojarski wrócił do domu.
* * *
Ciężkie, duże płatki śniegu, wirując, spadały na szarobury świat. Pierwsze topniały po zetknięciu z ziemią, ale szybko przybywało ich więcej i więcej. W końcu brudne skrzepy błota i gnijące liście pokryły się warstwą białego puchu. Był jeszcze dzień, ale ciemne chmury sprawiły, że panowała szarówka. Na drodze zrobiło się całkiem pusto. To jeden z tych dni, o których mówi się, że psa szkoda wygnać na dwór. Tylko jedna opatulona ciepło postać prędko kroczyła środkiem drogi, nie zważając na głębokie kałuże i płatki śniegu wczepiające się w chustę oraz skraplające się na twarzy.
"Wanda" szybkim krokiem zbliżała się do siedziby Urzędu Bezpieczeństwa w Leżajsku. Wpadła przez drzwi i gwałtownie zamknęła je za sobą, odcinając drogę natrętnej śnieżycy.
- Szukam Józka. Józefa Krzysztanowicza - powiedziała pewnym głosem, lustrując młodego funkcjonariusza wyciągniętego za biurkiem.
- Kogo? Jakiego znowu Krzyształowicza? - spytał ubek, robiąc chyba specjalnie minę idioty. A może wcale nie udawał?
- Krzysztanowicza, Józefa Krzysztanowicza, mojego narzeczonego. - "Wanda" zaczęła ściągać mokrą chustę z głowy. - Został aresztowany dziś rano i na pewno jest u was. Proszę o możliwość widzenia się z nim. Za co go zamknęliście?
- Panienko, akurat dziś nikt nie został zatrzymany. Zresztą żadnego Krzysztanowicza tu nie ma. Może to inni funkcjonariusze, nasi przyjaciele z Niska, albo nawet Rosjanie. Oj, to byłoby najgorsze - zaśmiał się nieprzyjemnie. - Musiał coś naprawdę przeskrobać, skoro interesują się nim Sowieci.
- Nie, nie. Józka zabrało na pewno polskie UB - powiedziała "Wanda". - Pomoże mi pan go znaleźć czy nie?
- Niestety, bardzo chciałbym ci pomóc, ale muszę pilnować swego stanowiska pracy - wskazał oczami na puste biurko i zapadnięty fotel. - Radziłbym poszukać w Nisku - dodał i grzecznie, acz stanowczo wyprowadził dziewczynę pod rękę, zatrzaskując za nią drzwi.
"Wanda" postała jeszcze chwilę na korytarzu, nie wiedząc, co począć, a potem znikła w coraz gęstszych tumanach mokrego śniegu.
Po jej odejściu do młodego ubeka zszedł z piętra porucznik.
- Kto to był? - spytał.
- Ta dziewczyna, której się spodziewaliśmy. Szuka swego narzeczonego - zachichotał młody adept sztuki poniżania ludzi. - A jak więzień? Gada?
- Jeszcze nie. Ale zacznie. Dostał parę pałek, a teraz go zmiękczamy - moczy się w wannie.
- Woda dobra?
- Jak na dworze, w sam raz do odmrożenia dupy i złapania kataru.
* * *
"Wanda" szukała Józka przez kilka następnych dni. Oprócz Leżajska odwiedziła Nisko i okoliczne posterunki milicji. Była także w radzieckich komendach tych miast. Józek przepadł jak kamień w wodę - nikt nie słyszał nawet o kimś takim.
Gdy straciła już nadzieję, pewnego grudniowego dnia samo UB zapukało do jej drzwi i bez zbędnych wyjaśnień zabrało ją na przesłuchanie. Tylko zdążyła przykazać siostrze, by zabrała brata i udała się do cioci mieszkającej po sąsiedzku.
Na posterunku milicji ubecy zachowywali się grzecznie. Wypytywali o różne błahe rzeczy, ale jak się potem okazało, zatrzymano ją w zupełnie innym celu.
- Gdzie jest "Hanys"?! - Pierwsze poważne pytanie zabrzmiało jak wystrzał karabinu. Skończyła się pogaduszka o pogodzie i kociętach, a zaczęło normalne przesłuchanie. - Odpowiadaj! Gdzie jest Józef Krzysztanowicz, twój narzeczony?
- Przecież sami aresztowaliście go tydzień temu. Szukałam go wszędzie, ale nie znalazłam - powiedziała zgodnie z prawdą dziewczyna.
Komunistyczni funkcjonariusze spojrzeli po sobie. Być może mieli chęć biciem zmusić ją do mówienia, ale czy to młody wiek i dziewczęca uroda aresztowanej, czy też obecność miejscowych milicjantów, niekoniecznie pałających miłością do tych z UB, sprawiły, że przesłuchanie toczyło się w stosunkowo spokojnej atmosferze. Ubeków było dwóch. Pytania zadawali na przemian. Drugi krążył po pokoju i po każdym pytaniu uderzał lekko "Wandę" otwartą ręką w czoło. Głowa dziewczyny głucho dudniła o twardą ścianę. I tak przez kilka godzin - pytania i walenie głową w mur. Bez przerwy. Naturalnie nie wydusili z niej nic, zresztą nie miała pojęcia, gdzie jest Józek. Z pytań i rozmów wywnioskowała tylko, że go przetrzymywali, ale musiał im zwiać. W duchu modliła się żarliwie o pomyślną ucieczkę ukochanego. Kiedy po całonocnym przesłuchaniu "Wanda" wyszła z komisariatu, miała tak skołowaną i obolałą głowę, że nie wiedziała, w którą stronę iść. Dopiero po dłuższej chwili mroźne powietrze przywróciło jej pełną przytomność i ociężale powlokła się do domu. Przeczuwała, że została puszczona wolno na wabia, jako przynęta dla Józka. Dlatego w kolejnych dniach jak najrzadziej wychodziła z domu i prawie nie kontaktowała się z ludźmi. Nie szukała też kontaktu z narzeczonym. Po tygodniu bezowocnych obserwacji UB wpadło do niej na rewizję. Nic nie znaleźli, ale takie nocne najścia zaczęły się powtarzać. Jednego razu nawet doszło do tego, że aby mieć na nią jakiegoś "haka", jeden z komunistów chciał podrzucić jej pistolet. W porę zauważyła ten manewr i przytomnie głośno wykrzyknęła, by inni słyszeli:
- Co pan tam za piec rękę wkłada?! Niech pan zabierze ten pistolet!
Cofnął się zmieszany i schował broń z powrotem do kieszeni.
Rewizje były częste, ale "Wanda" zauważyła pewną pozytywną okoliczność. Jeden z milicjantów najwyraźniej jej sprzyjał. Za każdym razem mówił innym, że dziewczyna nic nie wie, że "Hanys" z pewnością jej nie wtajemniczał w konspirację. Znała go. Nazywał się Wasiak i mieszkał niedaleko. Kiedyś, gdy komuna dopiero się urządzała, ludzie podburzali Józka, aby kropnął tego milicjanta. A Józek na to: "A co on mi złego zrobił?". Wasiak słyszał to i zapamiętał. Dlatego starał się w miarę możliwości chronić "Wandę" i próbował tłumaczyć ją przed ubekami.
Ale "Wanda" nie mogła już wytrzymać ciągłych najść ubeckich i pewnego dnia na widok wkraczających przez furtkę komunistów uciekła do mieszkającej po sąsiedzku krewnej.
- Ciociu, ratuj! - tylko tyle zdołała wykrztusić i spostrzegła, że ubecy wchodzą na podwórko ciotki. Spanikowana dziewczyna nie wiedziała, co robić, ale rozkaz starszej kobiety oprzytomnił ją.
Wanda Krzysztanowicz z mężem Józefem Krzysztanowiczem (zbiory Wandy Krzysztanowicz)
- Do zmywania! - rzuciła ciocia. Na progu stali już uzbrojeni ubecy. "Wanda" prawie dotykała nosem brudnych naczyń w misce z wodą i ostro szorowała, a przybysze zaczęli zaglądać do każdej izby.
- Mamusiu - "Wanda" zwróciła się rezolutnie do cioci. - Mamusiu, ci panowie pewnie kogoś szukają, niech mamusia pokaże im wszystkie pokoje, a nawet, jeśli zechcą, zaprowadzi ich do chlewika i obory.
Gospodyni oprowadziła ubeków po obejściu, pokazując, że nie ukrywa nikogo. Po ich odejściu wujek przemycił "Wandę" skrytą na furmance pomiędzy workami z ziarnem. Inni dobrzy ludzie pomogli jej spotkać się z Józkiem. Długo tulili do siebie swe młode, nadwątlone wojenną zawieruchą ciała podczas tego pierwszego po długiej przerwie spotkania. "Wanda" obsypała ukochanego pocałunkami, nie bacząc na grymasy bólu Józka, u którego wciąż odzywały się niezagojone rany po niedawnej ubeckiej "kuracji". Od tej pory oboje byli na komunistycznej czarnej liście i musieli się ukrywać. A ponieważ w tym czasie Józek Zadzierski "Wołyniak", który uciekł z komunistycznego transportu, organizował leśny oddział samoobrony, dołączyli do niego.
"Wanda" i Józek, zdani wyłącznie na siebie, postanowili wziąć ślub. Przyszła teściowa "Wandy" początkowo nie była przychylna związkowi. Po ślubie Józek musiałby wziąć na swoje barki również opiekę nad młodszym rodzeństwem żony. Sprawę rozstrzygnęła jego babcia, mówiąc, że związek należy zalegalizować - zabić cielaka i wyprawić skromne wesele. Ślub odbył się 21 kwietnia 1945 roku w Kuryłówce. Tego dnia, oprócz Jadwigi Wandy Bojarskiej i Józefa Krzysztanowicza, pobrali się jeszcze Józef Gagosz z Zofią Góral oraz Zygmunt Rejman z Elżbietą Góral (siostrą Zofii). "Wołyniak" był na wszystkich ślubach i weselach. Na zabawie u Krzysztanowiczów siedział na kanapie, a jego cień padał na ścianę. Wtedy wujek "Wandy" odrysował czarną kredą postać Zadzierskiego na ścianie. Potem przez kilka lat nie malował mieszkania, aby mieć portret "Wołyniaka" w swoim domu.
* * *
Z początkiem maja grupa partyzantów kwaterowała u gospodarza Kiełbońki w Tarnawcu. Pośród innych byli też "Wanda" i Józek. Na wojenny sposób przeżywali swój miesiąc miodowy. "Wanda" nie czuła się najlepiej. Była przeziębiona i miała wysoką gorączkę.
Poranne majowe słońce nie zdołało obudzić młodych. Nawet ruch i wołania za ścianą nie ruszyły ich z łóżka. Niedawno poślubieni spali twardo wtuleni w siebie, gdy do ich pokoju wpadł zdyszany partyzant.
- Józek, alarm! - zawołał, ledwie łapiąc oddech. - Sowieci nadchodzą.
"Hanys" wyskoczył łóżka i ubrał się w pośpiechu. Pocałował żonę i wybiegł, chowając visa do kabury, a granaty do kieszeni.
Zdenerwowana "Wanda" również zaczęła się ubierać i przygotowywać do wyjścia. Do podręcznej torby zapobiegawczo spakowała różne opatrunki, bandaże i lekarstwa. Już zamierzała wyjść, kiedy usłyszała pierwsze strzały. Stanęła jak wryta, sparaliżowana gwałtowną trwogą o męża. Zanim wyszła, uklękła i odmówiła dziesiątek różańca. Skończywszy, przeżegnała się i już spokojniejsza otworzyła drzwi.
Od strony Kuryłówki trzeszczały erkaemy i wybuchały granaty. Gdy biegła samotnie wiejską drogą, wpadła na pędzącego z naprzeciwka Zygmunta Rejmana.
- Żyje?
- Żyje, ale jest ciężko ranny - odpowiedział szczerze przyjaciel męża. - Chodźmy, szybko. Masz opatrunki i lekarstwa?
Kiwnęła głową i razem udali się w stronę miejscowego kościoła. Na plebanii w Tarnawcu ksiądz proboszcz Węgłowski urządził punkt opatrunkowy dla rannych i kierował akcją niesienia pomocy. Żołnierzy z pola bitwy pod Kuryłówką dowożono tu furmankami i opatrywano.
Intuicja pomogła "Wandzie" odszukać rannego Józka, który zakrwawiony i cierpiący zdołał tylko wykrzyczeć:
- Zabierzcie ją stąd! Zabierzcie!
Sanitariuszki z oddziału wyprowadziły ją z pokoju, ale uspokoiły również, że "Hanys" dostał kulę w rękę, ale rana nie jest groźna. Na samym początku walki Józek, przebiegając drogę, został postrzelony w ramię i stracił wiele krwi, ale rana nie zagrażała życiu. Rannego "Hanysa" spod ostrzału wyniósł Aleksander Pityński "Kula".
Trochę uspokojona "Wanda" sama zaczęła działać jako sanitariuszka i nieść ulgę w cierpieniach innym. Pierwszym rannym, którego miała obmyć z krwi i opatrzyć, był chłopak trafiony w pachwinę. Młodziutka dziewczyna zawstydziła się i zawahała.
- Najpierw jesteś sanitariuszką, a dopiero potem kobietą - powiedział ksiądz, widząc jej niezdecydowanie.
- Ma rację - pomyślała "Wanda" i zaczęła najstaranniej i najdelikatniej, jak to tylko możliwe, przecinać i ściągać zakrwawione spodnie rannego. A potem fachowo przemyła ranę i założyła opatrunek.
- Dziękuję - wyszeptał zbielałymi ustami nieznajomy.
- Nie ma za co - uśmiechnęła się na odchodne i ruszyła do kolejnego cierpiącego.
Polskie dziewczyny zgrabnie uwijały się przy rannych. Wspólnie z nimi działała Ukrainka Zenka, dezerterka z Armii Czerwonej, która niedawno dołączyła do oddziału "Wołyniaka".
Jakiś czas po wspomnianej bitwie ktoś skojarzył, że zdecydowanie zwiększyła się liczba obław i potyczek po tym, jak Zenka przyłączyła się do polskich partyzantów. Zapadła decyzja i dziewczynę zlikwidowano, chociaż nikt przecież nie udowodnił jej winy. Być może zastrzelono wtedy niewinną kobietę. Nikt już raczej nie rozstrzygnie, czy Ukrainka naprawdę była szpiclem i donosiła komunistom na Polaków.
Rannych, których było aż dziewięciu, przetransportowano początkowo wozami do Ożanny. W ostatnim jechała "Wanda" wraz z mężem i innymi rannymi. Tuż przed wyruszeniem w drogę złapał "Wandę" Józek Zadzierski i, wciskając jej w rękę mały pistolet "szóstkę", powiedział:
- W razie czego zastrzel Józka i siebie, bo lepiej umrzeć od razu, niż wpaść w ręce komunistów. Oni strasznie męczą, zanim później i tak zamordują.
Tak uzbrojona dziewczyna bez przygód dotarła do Ożanny, gdzie zatrzymali się, czekając dalszych poleceń. W międzyczasie "Wanda" sprawdziła opatrunki i dała rannym wody. Wydawało się, że strzały umilkły. A może to duża odległość sprawiła, że nie było już nic słychać od strony Kuryłówki? "Wanda" w niepewności oczekiwała na jakiś sygnał od swoich. I kiedy już była zdecydowana, by ruszyć w dalszą drogę, konno przygalopował posłaniec.
- Idzie odsiecz dla Ruskich. Trzeba koniecznie spalić mostek na rzece Złotej, aby ta kolumna nie dostała się do Ożanny - wyrzucił z siebie partyzant i zniknął w kurzu polnej drogi.
Spanikowana "Wanda" nie bardzo wiedziała, co ma robić. Była sama z rannymi, a miejscowi gospodarze nie chcieli pomóc, gdyż bali się późniejszego sowieckiego odwetu. Dzielna dziewczyna postanowiła działać i za wszelką cenę znaleźć kogoś, kim mogłaby się posłużyć przy wykonaniu rozkazu. Na schodach domu natknęła się na skulonego znajomego partyzanta - Ferdka Pudełko. Wyłuszczyła mu sprawę, czekając na reakcję, a on ani drgnął. Dziwnie pochylony i wsparty na karabinie, zdawał się spać. Na dobre zdenerwowana dziewczyna szturchnęła go łokciem, aby zmusić do działania, a wtedy Ferdek bezwładnie poleciał na ziemię. Szybko sprawdziła tętno, ale chłopak już nie żył - zmarł w wyniku ciężkich ran postrzałowych.
O pomoc w spaleniu mostu dziewczyna poprosiła innego rannego. Gdy delikatne nagabywania nie pomogły, rozkazującym tonem, grożąc otrzymanym od "Wołyniaka" pistoletem, wytłumaczyła mu konieczność działania. Chłopiec niechętnie i z ociąganiem podniósł się z ziemi, a potem z wielkim trudem zrobił parę kroków. Dopiero wtedy "Wanda" poznała, że to ten ranny w pachwinę.
- Już nie musisz iść. Ja sama - zatrzymała chłopca i ruszyła przed siebie.
Nie wiedziała, od czego zacząć, skąd wziąć zapałki, benzynę, czym pościnać gałęzie na podpałkę. Biegała, szukała i naraz usłyszała turkot kół, który nieustannie się zbliżał. Serce jej zamarło. Za późno było na ucieczkę. "Wanda" wyciągnęła przed siebie rękę z pistoletem i stanęła przed wozami z rannymi. Była gotowa na śmierć.
* * *
Konie radośnie ciągnęły zaprzęg. Wcześniej poskubały świeżej trawy i napiły się do syta. Teraz miały siłę, by żwawo zbiegać z piaszczystej leśnej górki. Obok woźnicy na koźle jechała "Wanda", a za nią siedział Józek. Dziewczyna i jej mąż byli spokojni o najbliższą przyszłość. I szczęśliwi - bo razem. Cała kolumna liczyła kilka wozów, a oprócz tego grupę rannych eskortował "Wołyniak" ze swoimi ludźmi. To nie Rosjanie, a polscy partyzanci nadeszli z zorganizowanymi podwodami, kiedy "Wanda" zasłoniła własnym ciałem rannych i gotowa była bronić ich, mając jedynie malutki pistolecik.
W jednej z wiosek położonych niedaleko Jarosławia zarządzono postój i nawiązano kontakt z miejscową konspiracją. Poprzez nich "Wołyniak" załatwił również łóżka dla rannych w miejskim szpitalu. "Wanda" wraz z łącznikiem z tutejszej konspiracji oraz z rannymi udała się do lecznicy. Jechała na pierwszym wozie z rannym Józkiem oraz kilkunastoletnim Tadziem, którego rodziców we Lwowie zamordowali komuniści. Padał drobny deszczyk i aby ranni nie mokli, "Wanda" przykryła ich plandeką. Droga dłużyła się, ale wreszcie furmanka zajechała na szpitalne podwórze. Do ostatniej chwili "Wanda" pocieszała cierpiącego Tadzia.
- Zaraz dostaniesz zastrzyk i przestanie cię boleć - mówiła.
Ale z rannym było źle. Ostatni raz spojrzał przytomnie na dziewczynę, uśmiechnął się do niej i zdołał jedynie wyszeptać: "Mamo...", kiedy głowa opadła mu bezwładnie do tyłu. Zmarł na rękach "Wandy" na progu szpitala.
- Tu nie cmentarz. Co wy mi tu trupa przywozicie - denerwował się lekarz, który po kilku minutach oglądał ciepłe jeszcze ciało chłopca i nie chciał słuchać tłumaczeń "Wandy", że przecież on przed chwilą jeszcze żył. Na razie przyjął do szpitala tylko dwóch najciężej rannych, a "Wanda" z mężem musieli poczekać na tajnej kwaterze. Łącznik, który doprowadził ich do szpitala, znalazł teraz dla młodych bezpieczne lokum u swego wujka.
- Za okupacji podpisał niemiecką volkslistę, to teraz niech to odpokutuje - śmiał się pod nosem, prowadząc Krzysztanowiczów ulicami miasta.
Po tygodniu ukrywania się "Wanda" z cierpiącym Józkiem ponownie podjechała furmanką pod jarosławski szpital. Już z daleka widziała pielęgniarzy z noszami czekających na umówionego rannego. Ale dopiero kiedy wóz podjechał pod główne wejście, dostrzegła wojsko. Na okrągłym klombie rozstawiono najcięższy karabin maszynowy z obsługą, z daleka wyglądający jak małe działko. Wszystkich wchodzących i wychodzących ze szpitala zatrzymywali oficerowie sowieccy oraz polscy z komunistycznej armii.
- Wpadliśmy - pomyślała "Wanda", a "Hanys" ze zdenerwowania zaczął się tak kręcić, że rana na ręku otworzyła się, a bandaż nasiąkał świeżą, jasnoczerwoną krwią. Niestety, na wycofanie było już za późno. "Wanda" w głowie układała sobie jakieś logiczne kłamstwa, aby wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. Z dokumentów miała przy sobie tylko niemiecką okupacyjną kenkartę. Ale jak wytłumaczyć władzy, że, mieszkając w Krzeszowie, pojechała do szpitala aż do Jarosławia, a nie do którejś z bliższych miejscowości? No i jak wyjaśnić wojskowym ranę Józka? Fakt, zdarzały się takie po napadach UPA, ale jak to wszystko połączyć w logiczną całość? "Wanda" zamarła, kiedy wreszcie i do nich podszedł polski oficer. Wyciągnęła drżącą rękę z dokumentami, ale on tylko spojrzał na czerwone bandaże "Hanysa" i dobitnie rzekł:
- Polski oficer nie będzie legitymował polskich żołnierzy.
Zasalutował i dał im wolną drogę.
Wanda Krzysztanowicz (zbiory Wandy Krzysztanowicz)
* * *
Józek został w szpitalu, a "Wanda" zamieszkała w Jarosławiu u komendanta rejonowego AK Mikołaja Turczyna. Wreszcie mogła trochę odsapnąć po ostatnich ciężkich przeżyciach. Żona Turczyna, pani Karolina, służyła młodej dziewczynie wszelką pomocą. "Wanda" wykąpała się, umyła dokładnie włosy i - aby pozbyć się wszy - obcięła swe piękne warkocze... Pewnej nocy, starając się nie zbudzić domowników, wyszła drugim skrzydłem mieszkania na balkon, by tam dokładnie wyczesać włosy gęstym, metalowym grzebieniem. Pracę dziewczyny przerwał okropny, głośny ryk zarzynanego zwierzęcia. "Wanda" struchlała, nasłuchując, co to takiego. Zwierzęce wycie powtórzyło się jeszcze raz, a potem znowu. Spanikowana uciekła do łóżka, gubiąc po drodze grzebień i zapominając o robakach.
Następnego dnia przy śniadaniu "Wanda" spytała rodzinę Turczyna o te przedziwne odgłosy.
- Jak to możliwe, że tu, w centrum miasta, ktoś hoduje zwierzęta? - zapytała. A widząc zakłopotane miny domowników dodała: - Wczoraj czesałam włosy na balkonie i słyszałam okropne zwierzęce wycie.
Turczyn spojrzał gniewnie na "Wandę" i gwałtownie odpowiedział:
- Po co pani tam chodziła?! Nie widzi pani, że gruba kotara oddziela tamtą część mieszkania? Nikt z nas nie chodzi do tamtego skrzydła, nigdy! I pani też nie wolno. - Wzburzony usiadł, a żona delikatnie głaskała go po ręku. Zakłopotana "Wanda" nie wiedziała, co odpowiedzieć. Dlaczego mieszkańcy oddzielają się kotarą od ryku zwierząt?
- Z tamtej strony, za ulicą, jest Urząd Bezpieczeństwa - wyjaśniła po chwili pani Karolina. - Tam mordują polskich patriotów. To oni tak wyją z bólu...
Turczyn ukrył twarz w dłoniach, a jego żonie pociekły łzy.
- Przepraszam, nie miałam pojęcia - wydukała zakłopotana i strwożona "Wanda".
Przez cały dzień w mieszkaniu panowała grobowa cisza. Obiad i kolacja minęły bez rozmów. Ale kiedy wieczorem wszyscy skończyli jeść, pani Karolina zainteresowała się kiepskim wyglądem "Wandy".
- Dostałaś dziś strasznych wypieków, dziecko. - Położyła chłodną dłoń na gorącym czole dziewczyny. - Masz chyba gorączkę? Nic to, jutro z rana musimy pójść do lekarza.
Wizyta u specjalisty skończyła się prześwietleniem płuc i przerażającą diagnozą: dwie dziury w płucach i gruźlica. Chociaż dziewczyna odwiedzała codziennie męża w szpitalu, nie wspomniała mu ani słowem o swej chorobie.
- Ma dosyć własnych zmartwień, nie będę mu dokładać kolejnego - myślała codziennie, wchodząc do szpitala.
Któregoś dnia nie znalazła Józka w szpitalnej sali. Zakonnica, która opiekowała się chorymi, zabrała "Wandę" na stronę i wyszeptała do ucha:
- Ktoś doniósł do UB, że w szpitalu są partyzanci i musieliśmy ich wszystkich poukrywać. Pani mąż jest bezpieczny. Ale pani też musi się ukryć, bo cały czas przeszukują szpital.
Zaprowadziła "Wandę" na dół i zamknęła w szpitalnej pralni.
- Proszę czekać cierpliwie. Gdy będzie bezpiecznie, przyjdę po panią - szepnęła na odchodne, znikając za drzwiami. "Wanda" usłyszała zgrzytnięcie klucza w zamku.
Początkowe minuty dziewczyna spędziła w bezruchu, siedząc cała w strachu jak na szpilkach. Nasłuchiwała, co się dzieje za drzwiami. Na zewnątrz panowała jednak niezmącona cisza, nikt nie biegał, nikt nie spacerował. Po godzinie czas począł się jej niezmiernie dłużyć i w końcu dziewczyna zasnęła zakopana między szpitalnymi kocami. Obudziło ją targanie za ramię. Kiedy otworzyła zaspane, wystraszone oczy, ujrzała spokojną twarz znajomej zakonnicy.
- Już dobrze, ubecy pojechali, można bezpiecznie wyjść z ukrycia - uśmiechnęła się, kiedy szczęśliwa dziewczyna pocałowała ją w policzek i wybiegła na schody.
Kiedy się na dobre ściemniło, "Wanda" wróciła do mieszkania Turczyna i tam spotkała męża. Rana Józka goiła się nadzwyczaj dobrze, nie było potrzeby dalszej hospitalizacji. Po postrzale został mu na całe życie przykurcz ręki, ale to drobiazg. Młodzi podziękowali rodzinie Turczynów za pomoc oraz opiekę i wrócili w swoje rodzinne strony. Tam, w lasach niedaleko Brzyskiej Woli, nawiązali kontakt z "Wołyniakiem" i jego partyzantami. I chociaż dowódca ucieszył się na widok swoich ludzi, to sam zauważył, że nie nadają się oni do leśnego życia. "Hanys" miał sztywną prawą rękę, a "Wanda" gruźlicę. Dziewczyna powiedziała mężowi i "Wołyniakowi" o swojej chorobie.
- Jest na to rada - odparł "Wołyniak". - Mam czyste dokumenty repatriantów. Dam wam papiery wystawione na nowe nazwiska. "Wando", ty możesz przyjąć swoje rodowe, a "Hanysowi" wymyślimy fałszywe. Wyjedziecie rozpocząć nowe życie na Ziemiach Odzyskanych.
* * *
Świeradów-Zdrój to miasteczko położone przy powojennej granicy polsko-niemiecko-czechosłowackiej, oddalone o ponad sześćset kilometrów od Krzeszowa nad Sanem. Tam właśnie, uciekając przed morderczą komuną i swoją partyzancką tożsamością, dotarli "Wanda" i Józek. Polska administracja przydzieliła im mieszkanie i zaczęli prowadzić sklep spożywczy. Mogło się wydawać, że młodzi rozpoczynają wreszcie spokojne, normalne, cywilne życie. Józek figurował w papierach pod zupełnie obcym przybranym nazwiskiem jako Franciszek Dołowy, a "Wanda" pod swoim rodowym - jako Bojarska. Interes rozkręcał się, a w okolicy zamieszkali również inni znajomi partyzanci z oddziałów "Ojca Jana" i "Wołyniaka". Życie toczyło się równym rytmem i zdawało się, że wszystko idzie ku lepszemu. Do czasu...
Lato 1946 roku było przepiękne w Sudetach. Słońce skrzyło się w górskich potokach, ptaki śpiewały, a w rok po zakończeniu wojen na frontach ludzie inaczej patrzyli w przyszłość. W jeden z takich pięknych, słonecznych dni "Wanda" i Józek siedzieli na ławeczce przed swym sklepem, który o dziwo przynosił wcale niezłe zyski. Chciałoby się pomyśleć: żyć, nie umierać, w tym raju na zachodzie nowej Polski. Jakimż zimnym prysznicem musiały być dla tych dwojga słowa, które wypowiedziała jedna z ich klientek. Podeszła do nich, przyjrzała się lepiej i tak mówi:
- Panie Krzysztanowicz, to i pan tutaj?
To dawna znajoma z Krzeszowa przyjechała tu do swych kuzynów. Nie wiedząc o przybranym nazwisku Józka, zdemaskowała go teraz przy wszystkich. Uciekli na drugi koniec Polski, ukrywali się, zmienili nazwiska - a tu taka wpadka! Zbyt wiele osób to słyszało, by można było przejść nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Młodzi obawiali się szczególnie swego sąsiada - jednonogiego Rumuna, który po zakończeniu wojny został w tym mieście i prowadził teraz warzywniak obok nich.
- "Wanda", posłuchaj mnie uważnie. - Józek na zapleczu sklepu wyłuszczał żonie swe plany. - Sprzedaj prędko sklep i wszystkie towary, a ja załatwię transport. Musimy uciekać.
Helena Motykówna "Dziuńka" (www.kepnosocjum.pl)
Dziewczyna niemal w biegu oddała wszystkie rzeczy kuzynce i sprzedała jej cały sklep za pięć tysięcy złotych (których zresztą do dziś od niej nie otrzymała). Wspólnie z mężem natychmiast wyjechali. Zatrzymali się na krótko w Krakowie, a potem... postanowili wrócić w rodzinne strony, do Krzeszowa.
Świeradów-Zdrój, maj 1946 r., od lewej: Ferdynand Romaniak "Klon", Stanisław Pelczar "Majka", Tadeusz Haliniak "Opium" i Wanda Krzysztanowicz "Wanda" (zbiory Stanisława Szymuli)
Świeradów-Zdrój, maj 1946 r., od lewej: Ferdynand Romaniak "Klon", Wanda Krzysztanowicz "Wanda", Władysław Mucha z oddziału "Lancy", Stanisław Pelczar "Majka" i Tadeusz Haliniak "Opium" (zbiory Stanisława Szymuli)
Świeradów-Zdrój, maj 1946 r., od lewej: Tadeusz Haliniak "Opium", Stanisław Pelczar "Majka", Wanda Krzysztanowicz "Wanda" i Ferdynand Romaniak "Klon" (zbiory Stanisława Szymuli)
Świeradów-Zdrój, maj 1946 r., od lewej: Ferdynand Romaniak "Klon", Stanisław Pelczar "Majka", Władysław Mucha z oddziału "Lancy", Wanda Krzysztanowicz "Wanda" i Tadeusz Haliniak "Opium" (zbiory Stanisława Szymuli)
Pierwsze dni były spokojne. Małżeństwo postanowiło znów zarabiać na życie, handlując. Zamysł był taki, aby skupować na targach jaja, masło i mleko, przewozić je na Śląsk i tam, w Katowicach, sprzedawać z zyskiem. "Wanda" i jej mąż zrobili może ze dwie, trzy takie trasy, a już UB przypomniało sobie o przeszłości Józka. Nie wiadomo, który już raz musiał uciekać. Tym razem znalazł się w Lubaniu. Tam pomieszkiwał u znajomego, Franka Serafina, a potem u kuzyna swej żony, Władka Muchy.
Pewnego dnia w parku Józek spotkał dwóch polskich lotników, którzy po zakończeniu II wojny światowej przyjechali z Anglii, a teraz postanowili wracać na Zachód, gdzie można spokojnie żyć i pracować, nie to, co w komunistycznej Polsce. Lotnicy bali się, że w każdej chwili mogą zostać zaaresztowani jako imperialistyczni szpiedzy, dlatego postanowili uciekać i nielegalnie przekroczyć granicę. Przyłączył się do nich Władek Mucha. Józek jednak nie chciał zostawiać czekającej w Krzeszowie żony i stwierdził, że można jeszcze ukrywać się w kraju, na przykład na północy. Niestety ktoś zdradził - poszedł do UB i doniósł o wszystkim. Podczas próby przekroczenia granicy lotnicy zostali natychmiast schwytani. Zatrzymano również Władka Muchę za pomoc w ucieczce i Józka - pod zarzutem, że "wiedział, a nie powiedział".
"Wanda" dowiedziała się, że jeden ze świadków na rozprawie sądowej Józka miał jechać do Lubania aż z Krzeszowa. Ojciec Józka radził, by dziewczyna opłaciła podróż temu świadkowi i zafundowała mu obiad. Tak zrobiła, sądząc naiwnie, że to uratuje jej męża. Jakież było jej zdziwienie, kiedy na rozprawie przed sądem świadek ten wyznał:
- Znam tego pana. To Józef Krzysztanowicz z Krzeszowa. On był w partyzantce u "Wołyniaka".
- Och... Tym razem to już koniec - pomyślała "Wanda" i zwróciła szkliste oczy w stronę Józka.
Ich spojrzenia się spotkały. Patrzyła na kochanego męża, jakby chciała na resztę życia zapisać w swojej pamięci jego twarz. Nie słyszała dalszego wywodu tego nieszczęsnego świadka. Cały świat właśnie zwalał jej się na głowę. Bo co można w komunistycznej Polsce dostać za "Wołyniaka"? Tylko kulę w łeb albo w najlepszych układach dożywocie. Tak myślała dziewczyna, kiedy zaczęto przesłuchiwać Józka.
- To niemożliwe, że ten pan widział mnie wśród partyzantów "Wołyniaka", ponieważ ja w tym czasie mieszkałem już w Świeradowie-Zdroju i prowadziłem sklep. Może to poświadczyć żona tego świadka, która akurat była wówczas w tamtej okolicy i widziała mnie właśnie w Świeradowie - powiedział pewnie "Hanys".
Na pytanie sądu, czy to możliwe, pechowy świadek zaczął kręcić, że widocznie pomyliły mu się daty. A przyciśnięty mocniej stwierdził, że to ubecy kazali mu oczerniać Krzysztanowicza. Wtedy sąd nabrał wody w usta, nie chcąc drążyć tematu wymuszania przez UB fałszywych zeznań. Szczęśliwie Józek nie dostał nic za "Wołyniaka", ale i tak skazano go na trzy lata więzienia. Najpierw przebywał w więzieniu we Wrocławiu, a potem pracował w kopalni miedzi, w międzyczasie trafił również do ostrego więzienia w Raciborzu.
* * *
"Wanda" pod nieobecność męża musiała ciężko pracować, by zarobić na podstawowe potrzeby. Początkowo znalazła zatrudnienie we Wrocławiu w restauracji dworcowej, a potem w spółdzielni we wsi pod Wrocławiem. Tam zajmowała się rozliczeniami, księgowością i awansowała nawet na stanowisko kierowniczki. Kiedy Józek wyszedł z więzienia, dojechał do żony i zatrudnił się w sklepie. Już na wolności ciężko zachorował, między innymi na gardło. Jeden z lekarzy poradził, by pojechał do Ciechocinka i tam się podkurował. Tak też uczynili małżonkowie, zostając w Ciechocinku nawet na dłużej. Prowadzili tam sklep z pamiątkami, który prosperował niesłychanie dobrze. Czas spędzony w uzdrowisku to jeden z najwspanialszych momentów życia Krzysztanowiczów. Stać ich było na wszystko, kupili piękny dom w Ciechocinku, rozdawali pieniądze rodzinie i opłacili adwokackie wykształcenie kuzynowi. Niestety nie doczekali się własnych dzieci.
Wanda Krzysztanowicz (zbiory Szymona Nowaka)
- Choć wzrok już nie ten, ale do dziś szybko złożyłabym i rozłożyła visa - mówi pani Wanda, wpatrując się w wyblakłe fotografie i wyszukując te najstarsze, z okresu wojny lub czasów zaraz po jej zakończeniu. - Bo mój mąż miał visa - dodaje z uśmiechem.
Jest koniec lutego 2014 roku, a ja siedzę w mieszkaniu pani Jadwigi Wandy Krzysztanowicz z domu Bojarskiej w Stalowej Woli, wysłuchując opowieści o jej niezwykłych losach.
- Mój mąż zmarł w 1992 roku w Ciechocinku na zawał serca - kończy pani Wanda. - Jego ciało przywieźliśmy z Ciechocinka do Krzeszowa i tu został pochowany. Niestety, jego rodzina nie pozwoliła na nagrobku wyryć żadnego napisu o tym, że był w partyzantce NOW-AK, a potem w oddziale "Wołyniaka".
A jak potoczyły się losy pozostałych bohaterów tej historii?
- Stoboya powiesił komunista o nazwisku Bartyna i nawet się tym przechwalał. Turczyna zakatowano na śmierć w ubeckim więzieniu. Kiedy jego syn odbierał ciało, całe było w siniakach, aż czarne od bicia - relacjonuje moja rozmówczyni.
- Cóż mogę dodać na zakończenie swej opowieści? Chyba tylko to, że w maju 1986 roku Józef Krzysztanowicz był w Watykanie na spotkaniu z papieżem Polakiem - Janem Pawłem II. Tam podarował papieżowi drewnianą rzeźbę orła, który depcze wstrętnego węża, symbolizującego komunizm. "Wie Ojciec Święty, kogo przedstawia ten wąż?" - zapytał mój mąż. "Wiem, wiem" - Jan Paweł II kiwnął głową ze zrozumieniem, ale i zadumaniem nad ciężkimi losami Polski.