Plac przed ratuszem - w tym samym czasie
Na stopniach pomnika Wielkiego Xaviere'a, niedaleko bazaru, przysiadł płowowłosy chudy chłopak. Mimo podanego przez ratusz komunikatu dotyczącego Amandy Odgeon nie dostrzegał żadnego zagrożenia, doszedł więc do wniosku, że może nieco odpocząć i przemyśleć sprawę. Otworzył paczkę przekąsek, którą chwilę wcześniej wyjął z leżącego u stóp plecaka, potarł palcami płatek prawego ucha i zamyślony sięgnął do środka.
"Co teraz? Zwiałam, ale co dalej?".
No właśnie, kiedy w emocjach zastanawiała się, co robić, jej plan obejmował jedynie ucieczkę, a kiedy, o dziwo, to się udało, nagle okazało się, że nie ma scenariusza na "ciąg dalszy". Amanda - bo to była ona - przyjrzała się ratuszowi.
"Mama wiedziałaby, co należy zrobić. Marcelina zresztą też... Fuj, ale syf! Co oni dodają do tych czipsów?!".
Splunęła z obrzydzeniem i zerknęła na opakowanie. Coś, co wyglądało jak zwykłe czipsy i w tamtym świecie miałoby prawdopodobnie smak bekonu, tu nazywało się Chrupiący Jednorożec, jednak w niczym nie przypominało ani bekonu, ani tym bardziej jednorożca.
"Chrupiący Jednorożec? Chyba ich pogięło. Raczej powinni to nazwać Niedomyty Krasnolud".
- Albo Gówno Trolla - zawtórował ze śmiechem ktoś za jej plecami.
No tak, zaklęcie adger. Z nowu zapomniała go użyć. Miała tylko nadzieję, że intruz nie usłyszał za dużo. Odwróciła głowę, żeby zobaczyć autora wypowiedzi, i ujrzała mniej więcej siedemnastoletniego chłopaka z jasnymi, przetykanymi gdzieniegdzie rudymi pasemkami, włosami. Oczy miał bardzo ciekawe: jedno mieniło się odcieniami szarości i błękitu, drugie szmaragdu i złota. Ciemne, stanowczo za duże spodnie trzymały się na nim chyba tylko siłą woli, bo paska nie dostrzegła. Za to T-shirt pasował idealnie, jedynie jego wściekle czerwony kolor, zdjęcie Nereta zionącego ogniem i napis "Nawet z najbardziej niepozornego jajka może się wykluć ktoś wielki" zwracały powszechną uwagę. Pomyślała, że musi go jak najszybciej spławić, jeśli nadal chce pozostać anonimowa.
- Zawsze podsłuchujesz innych? - burknęła.
- Oczywiście. Od czasu, gdy tylko moi rodziciele spłodzili mnie na prywatnym Losowaniu - zachichotał. - A jak już przyszłem na świat, to się zaczęło na całego! Jacobinus, ale możesz mi mówić Jake.
Wyciągnął rękę w geście powitania.
- Mówi się "przyszedłem".
Rozbawił ją ten lekkoduch, więc uścisnęła jego dłoń.
- Oooo, językoznawcę tu mamy - gwizdnął. - I konesera żywności przetworzonej. Mogę? - Wskazał na czipsy i sięgnął po jednego. - To przedstaw się, geniuszu.
- Am... Ambernorryn - palnęła pierwsze z brzegu, a zarazem najbardziej kretyńskie imię, jakie przyszło jej do głowy.
- Młoody! Coś ty zrobił rodzicielom, że cię tak skrzywdzili? - zainteresował się Jake, przegryzając czipsa. - Rąbnąłeś po Losowaniu eliksir niepamięci i tatuś elf zapamiętał, że spłodził cię z krasnoludzicą? Dobra, spokojnie, tylko żartowałem. Będę do ciebie mówił Amber, zgoda? - dodał szybko, widząc purpurową z gniewu twarz Amandy. - A tak w ogóle, co tu robisz, Am, to znaczy Amber?
- Jestem na praktykach u jednego sklepikarza, ale to raczej nie twoja sprawa.
- Jasne. Ale skoro nie moja, to czemu się tłumaczysz? Nawiałeś. Z której Oazy?
- Spadaj przeprowadzać gnomiątka przez ulicę!
- Czyli nawiałeś.
- Co mam zrobić, żebyś się odczepił?
- Wielkie nieba, aleś ty nerwowy! Chciałem się tylko zaprzyjaźnić! - Szaro-niebiesko-szmaragdowo-złote oczy spojrzały na nią ze zdumieniem.
- To spróbuj z chimerą. Wersja dla mięczaków: kup sobie chochlika!
- Dobra, dobra, zrozumiałem aluzję. Nie miotaj się tak. Już sobie idę. - Zerknął na nią zdegustowany i pokręcił złotorudą czupryną. - Może faktycznie to był zły pomysł chcieć się zaprzyjaźnić z kimś bez poczucia humoru i wiedzy, że chochlików się nie kupuje...
Podniósł się, jednak natychmiast usiadł z powrotem i opuścił głowę.
- Oficer - syknął. - Koło straganu kwiaciarki. Musimy wiać, Amber. Serio, i to szybko!
Spojrzała w tamtym kierunku. W kolorowym tłumie złożonym z najdziwniejszych magicznych istot przechadzał się między straganami jeden z tych oficerów, których poznała, mieszkając z matką w koszarach. Z pozoru mogło się wydawać, że jedynie spaceruje, nonszalancko zagadując straganiarki i oglądając produkty, jednak Amanda dostrzegła, że spod lekko opuszczonych powiek bardzo uważnie lustruje otoczenie.
"Naczelni nie tracą czasu".
Ale na wycofanie się bez zwrócenia na siebie uwagi było już za późno, bo z sąsiedniej ulicy wyłonił się inny oficer, dostrzegł pierwszego, pozdrowił go gestem i szybkim krokiem ruszył w jego kierunku. Amanda złapała Jake'a za rękę i żelaznym uściskiem przytrzymała, nim rzucił się do ucieczki. Drugą dłonią wykonała dyskretny gest.
- Amber, ty pomiocie fauna i ropuchy! Nogi ci powyrywam! - syknął Jake, lecz nie zdołał się ruszyć. W odpowiedzi uścisk Amandy tylko się wzmocnił.
Tymczasem oficerowie dotarli do pomnika, pod którym siedzieli nasi bohaterowie.
- ...dali jakieś dodatkowe instrukcje? - dotarły do Amandy strzępki ich rozmowy.
- Tylko obezwładnić i dostarczyć, ale mamy być ostrożni i dyskretni. To bardzo utalentowany dzieciak. Wiele potrafi.
- No to się rozejrzyjmy. Dobrze, że wymyślono Bransolety Blokujące. Strach pomyśleć, co by było, gdyby każdy szczyl mógł rzucić dowolne zaklęcie, jakie mu się tylko spodoba - westchnął oficer, zerknął na Amandę... uśmiechnął się i powiedział: - Chrupiący Jednorożec nie jest najsmaczniejszy. Proszę spróbować Szponów Harpii. Nowość, ale mam nadzieję, że przypadnie pani do gustu.
Wyszczerzył zęby w uśmiechu. Amanda roześmiała się zalotnie.
- Słyszałam o nich. Z pewnością spróbuję, skoro tak je pan zachwala, ale najpierw skosztuję tego. - I pokazała nieotwartą jeszcze paczkę czipsów, którą trzymała w ręku.
- Rudowłosy Błazen? Ciekawe. Jaki ma smak? - zainteresował się mężczyzna.
- Pająków w miodzie. Komuś, kto tak jak ja ma domieszkę krwi krasnoluda, smakują wybornie. Spróbuje pan?
Podsunęła mu paczkę pod nos. Wymalowana na opakowaniu mała postać w czerwonej koszulce i ciemnych portkach zerknęła na nią gniewnie.
- Pająki... - Oficer zaśmiał się nerwowo. - Nie, raczej nie, nawet jeśli są w miodzie. Proszę uważać, bo chyba... tego... no... są tuczące i...
- Zapłacili ci za reklamę żarcia, Scott? Na podryw będziesz miał czas po służbie. Pani wybaczy koledze... - pospieszył mężczyźnie z pomocą drugi oficer. Tamten skinął Amandzie głową, a ona bez mrugnięcia okiem uprzejmie się odkłoniła.
- Miała domieszkę krwi krasnoluda?! - usłyszała jeszcze, zanim oficerowie się oddalili. - Ożeż, nigdy bym się nie domyślił! Przecież ona musi być z czasów Losowań! Na Wielkiego Xaviere'a, kogo oni nam tam losowali?! A żeby to troll przeleciał!
Amanda uśmiechnęła się pod nosem.
"Oszukać was, panowie, to była bułka z masłem. No jeśli wszyscy w Korpusie są tacy łatwowierni, to nie dziwota, że Orianie i Darrenowi bez trudu udało się podbić miasta".
Odczekała jeszcze chwilę, aż oficerowie znikną na dobre za najbliższym rogiem, i dopiero wtedy ponownie wykonała dyskretny gest, dzięki któremu - zamiast jasnowłosej kobiety trzymającej paczkę czipsów - pod pomnikiem na powrót siedziało dwóch młodzików.
- Jak to zrobiłeś, młody? - Jake z nerwów zaczął się jąkać. - Bransoleta Blokująca! Nie masz jej! Jak ją zdjąłeś?!
Taaak, Bransoleta... Dizajnerskie cudo zdobione miniaturkami magicznych stworzeń, wykonane ze srebra z domieszką tajemniczego metalu. Śliczne, lecz wnerwiające cacko, nie dość, że blokujące możliwość rzucania zaklęć, to jeszcze wszem i wobec informujące otoczenie, że nadal jest się jedynie dzieciakiem z Oazy, czyli kimś gorszym. Takie kajdany dla małolatów. Bransoletę wręczono Amandzie pierwszego dnia i nakazano nosić za każdym razem, gdy będzie opuszczać Oazę Szkolną. Dziewczyna szybko zrozumiała, do czego to czarodziejskie świństwo służy, i od razu wykombinowała, jak obejść szkolną procedurę jej zakładania. Stworzenie imitacji było takie proste, a wyprowadzenie w pole miłego, lecz naiwnego nauczyciela nadzorującego - jeszcze łatwiejsze.
"Tiaa, jakby pobył trochę z dzieciakami z mojej poprzedniej szkoły, szybko straciłby niewinność...".
Amanda uśmiechnęła się na to wspomnienie. Dalej poszło już gładko. Brak Bransolety dawał nieograniczone i niczym nieskrępowane możliwości eksplorowania tego świata. Poniekąd właśnie złamaniu szkolnego regulaminu miasta zawdzięczały ocalenie, bo dziewczyna zdążyła wystarczająco dobrze poznać ten świat i reguły nim rządzące oraz w tak wysokim stopniu opanować znajomość magii, by w decydującym momencie zniszczyć Orianę. W tej chwili jednak brak Bransolety na nadgarstku stanowił problem, a nazywał się on: wścibstwo Jake'a. Może i fajny byłby z niego koleś, gdyby nie jego beztroskie i nieodpowiedzialne podejście do życia. No i to ciągłe gadulstwo.
- I po co ta podnieta? - zbagatelizowała jego pytania. - Udało mi się wyprowadzić ich w pole dzięki zwykłemu złudzeniu optycznemu, ale teraz, kolego, musimy się rozstać.
- Młody, mnie nie interesuje, co im zrobiłeś. Takie rzeczy byle gnom potrafi. Chcę wiedzieć, jak się pozbyłeś Bransolety!
- Nic nadzwyczajnego. Wykombinowałem zwykłą podróbkę, zamieniłem i tyle.
- Młooody! - gwizdnął Jake, a w tym gwiździe było słychać olbrzymi podziw i szacunek. - I nikt się nie połapał?
- Chyba nikomu nie przyszło do głowy, że to możliwe. - Amanda wzruszyła ramionami. - Nie słuchałeś mnie, Jake. Ja spadam, ty zostajesz...
Zaczęła intensywnie wpatrywać się w oczy chłopaka, jakby spojrzeniem chciała wwiercić się w jego czaszkę. Trwało to dłuższą chwilę, po czym dłoń dziewczyny nakreśliła w powietrzu tajemniczy znak, a ona sama wypowiedziała w myślach zaklęcie wymazujące pamięć. Błękitno-szaro-zielono-złote oczy gapiły się w jej tęczówki. Jakiś czas trwali w tym skupieniu.
- Już? - usłyszała nagle.
- Co?
- Wypowiedziałeś? - Jake ponowił pytanie. - Bo jeśli to miało być zaklęcie wymazujące pamięć, to mam złą wiadomość: na mnie ono nie działa.
- Jak to?!
- Normalnie, nie działa. - Z pewną nonszalancją splunął pod nogi. - Eliksiry niepamięci też się nie sprawdzają, więc jeśli chcesz się mnie pozbyć, to nie trać czasu i wykombinuj coś innego.
- Jak to nie działa?!
- Będziesz tak za mną powtarzać? Co ty, echo jesteś? Nie mam pojęcia dlaczego, ale odkąd pamiętam, mam taki feler. - Chłopak podrapał się po czubku nosa. - Pewnie po rodzicielach, bo ja wiem?
- Uwarunkowany genetycznie - szepnęła z przejęciem.
- Ty, Amber, weź się wyrażaj, dobra?! Nie jestem żaden uwarunkowany, a już na pewno nie genetycznie!
- I kto tu jest nerwowy? - Pokręciła głową. - To po prostu też znaczyło, że masz to po rodzicielach - odparła na jego modłę i szybko gryząc jednego obrzydliwego czipsa za drugim, zaczęła sobie przypominać wszelkie znane jej zaklęcia, które mogłyby zmodyfikować pamięć Jake'a.
Z zamyślenia wyrwała ją... cisza. Ocknęła się, bo gwar ulicy ucichł niczym radio, w którym stopniowo wycisza się dźwięk. Zamilkła nawet ta płoworuda gaduła, Jake. Amanda zmarszczyła brwi i omiotła spojrzeniem placyk. Straganiarki i ich kolorowa klientela dosłownie zamarli niczym tłum fantazyjnych posągów. Wszyscy wpatrywali się w ratusz...
*
Zorian i Celestyn wychylili się przez balustradę, żeby zobaczyć, co jest przyczyną paniki ogarniającej pracowników ratusza. A oto czarna chmura, która jeszcze przed chwilą pokrywała jedynie ziemię w ogrodzie tropikalnym, teraz zaczęła rosnąć i wypełniać pierwsze piętro budynku. Na szczęście nikogo tam już nie było. Celestyn błyskawicznie ocenił sytuację: z minuty na minutę robiło się coraz groźniej, bo obłok wcale nie przestawał rosnąć! Teraz zagrażał już następnemu poziomowi ratusza. Nie zwlekając dłużej, Celestyn mruknął coś, jakby do siebie, a wtedy w uszach urzędników pojawiły się mikrosłuchawki.
- Proszę o uwagę! - obwieścił spokojnie, lecz dobitnie. - Mówi Naczelny Czarnoksiężnik Celestyn. Nie ma powodu do paniki. Zarządzam procedurę ewakuacyjną. Zakaz bezpośredniej teleportacji zostaje chwilowo zawieszony. Wszyscy, którzy potrafią, mają natychmiast teleportować się na plac przed ratuszem i czekać w okolicy fontanny Wielkiego Xaviere'a na dalsze instrukcje. Pozostali spokojnie udadzą się do wind.
- Idź, Zorian - rzucił do elfa, wiedząc, że ten nie posiada umiejętności bezpośredniej teleportacji.
- Jestem oficerem! - warknął tamten.
- Więc wydaję ci rozkaz: uciekaj natychmiast! Sam się zajmę tym... czymś.
- Panie!
- Nie czas na protesty, generale Zorian, ani tym bardziej na głupie popisywanie się odwagą! Jesteś potrzebny swoim ludziom! - fuknął Naczelny, a widząc, że elf jeszcze chce coś powiedzieć, uniósł dłoń, wymówił w myślach zaklęcie i przeniósł opierającego się Zoriana do najbliższej windy, a ta dostarczyła go na plac przed ratuszem. Tam generał, choć zirytowany, zaczął sprawnie zarządzać ewakuacją, wcześniej informując pozostałych Naczelnych o tym, co zaszło.
Tymczasem chmura w ratuszu nadal rosła. Po "zalaniu" drugiego i trzeciego poziomu zaczęła zagrażać kolejnym piętrom, na których ciągle przebywali ludzie, bo przepełnione już windy nie nadążały zwozić ich na dół. Celestyn wraz z kilkoma innymi czarnoksiężnikami próbowali wszelkimi znanymi im zaklęciami zlikwidować magiczny obłok, lecz ten mimo ich starań ciągle szybko rósł i pochłaniał następne piętra, zbierając pierwsze śmiertelne żniwo.
"Zgubiło nas lenistwo i zbyt wielkie zaufanie do techniki. Nie chciało nam się rzucać zaklęć, przyrządzać eliksirów, latać na miotłach" - pomyślał ze zgrozą Naczelny.
Zobaczył jakąś czarodziejkę porwaną przez ciemną chmurę kilka pięter niżej i wiedział, że widok przerażonej twarzy kobiety będzie go prześladował w wiele bezsennych nocy. Wzmógł swe wysiłki. Bezskutecznie
"Zapomnieliśmy, jak to się robi - zgrzytnął zębami zły na samego siebie i całe czarodziejskie społeczeństwo. - Nasze umiejętności magiczne zanikły. Mamy tak wiele pomocnych urządzeń, a wystarczy jedna taka sytuacja jak ta i cała nasza cywilizacja bierze w łeb. Co z nas za czarodzieje, skoro musimy korzystać z wind, portali i luster informacyjnych?".
Nagle cały ten wygodnie urządzony świat zdał mu się obmierzły. Zatęsknił za czasami młodości, magią w jej czystej, niczym nieskażonej postaci, za... Dalsze gorzkie rozważania przerwała czarna fala, która tak bardzo przybrała na sile, że teraz on sam musiał poszukać drogi ucieczki. I to szybko!
*
"No i zostaw ich, człowieku, samych na pięć minut...".
Amanda aż westchnęła, widząc, co się dzieje w ratuszu. Nie zauważyła, że Jake przygląda jej się podejrzliwie, bo znowu zapomniała o zaklęciu adger. W tej chwili jednak mało ją to obchodziło, ponieważ cała jej uwaga skupiona była tylko i wyłącznie na ciemnej chmurze widocznej przez szklane ściany ratusza, chaotycznej ewakuacji urzędników i rozpaczliwych próbach Celestyna, żeby opanować sytuację.
- To dobry moment, żeby zwiać, Amber. - Jake szturchnął ją bezceremonialnie w ramię.
- To spływaj - odparła, nawet na niego nie patrząc.
- Na Wielkiego Xaviere'a, co tam się dzieje?! - wykrztusiła jakaś stojąca koło niej straganiarka.
- To podobno atak Kamiennego Strażnika! - wyjąkał młody urzędnik, który dopiero co wyszedł z jednej z wind.
Amanda nastawiła uszu, skonsternowana, a młodzieniec ciągnął:
- Mówią, że zamienił się w pył, a jakiś chochlik umyślnie go wysypał przy fontannach ze świętą wodą. Po zmieszaniu z tą wodą prochy eksplodowały i wypełniły ratusz. Są setki ofiar...!
Straganiarka sapnęła, przerażona.
- Proszę nie opowiadać bzdur! - ofuknął mężczyznę jakiś staruszek i podskoczył ze strachu, gdy tuż koło niego teleportowała się z hukiem urzędniczka z ratusza. - Po pierwsze, po co Strażnik miałby nas atakować? Oni są po naszej stronie. A po drugie, w ratuszu nie ma aż tylu urzędników, młodzieńcze. Takim gadaniem tylko pan straszy ludzi!
- Ale...
Amanda nie usłyszała już dalszych tłumaczeń urzędnika, bo jego słowa zagłuszył zgiełk głosów innych świadków wydarzeń w ratuszu, którym udało się uciec przed ciemnym obłokiem. Z każdą chwilą tłum się powiększał. Przybywało magów urzędników, którzy wydostali się z budynku windami, i tych, którzy posłużyli się bezpośrednią teleportacją, ale przede wszystkim gapiów, bo nowina zdążyła roznieść się po całym mieście. Fantazja rozhisteryzowanego tłumu zdawała się nie mieć granic. Jedna sensacyjna wiadomość goniła drugą, a każda następna była bardziej idiotyczna od poprzedniej. Kilka chwil później zbiorowe ogłupienie osiągnęło apogeum, gdy gruchnęła wieść, że to zmasowany atak wszystkich Kamiennych Strażników na miasta i że wojna z Orianą wcale się nie skończyła, a ona sama... żyje!
- Aha, Elvis zresztą też... Razem z Ozzym i Madonną urządzają balangę w Watykanie - mruknęła zdegustowana Amanda.
Słuchała chaotycznych opowieści świadków, jednocześnie starając się zrozumieć, co się właściwie wydarzyło, i jakoś temu zaradzić. Nie mogła też oprzeć się wrażeniu, że w całej tej historii umknęło jej coś ważnego. Dopiero gdy ujrzała przez szklaną ścianę ratusza pylistą chmurę, która przybrała kształt rozgniewanej twarzy Juliena, dotarło do niej, że prawdopodobnie pogłoski jednak są prawdziwe.
- Irfan, coś ty zrobił? - szepnęła, teraz już przekonana o winie chochlika.
To była ostatnia chwila, żeby zacząć działać, bo w rozhisteryzowanym tłumie ktoś właśnie wpadł na pomysł zaatakowania ratusza!
W ogólnym rozgardiaszu nikt nie zwrócił uwagi na młodzika, który przykucnął na uboczu, niby zawiązać sznurowadło. Tak naprawdę nabrał w dłoń wody z manierki, którą wydobył z plecaka, szepnął: aquanubes, a wtedy ciecz transformowała w płynne złoto. Szybkim gestem, niczym gracz posyłający kule ku kręglom, cisnął jaśniejące drobinki płynu po chodniku w kierunku ratusza. Powtarzał ten zabieg wielokrotnie, pospiesznie okrążając budynek. Kropelki wdarły się do jego wnętrza sobie jedynie znanymi szlakami, a po dotarciu do tropikalnego ogrodu połączyły się ze świętą wodą z fontann. Efekt był piorunujący! W szybkim tempie zaczęła się formować kolejna zdumiewająca chmura, jak gdyby utkana z promieni słońca. Przypominała kształtem ogromnego płanetnika dzierżącego w ręku konewkę. Świetlisty obłok rósł zdecydowanie szybciej niż ciemna chmura. Po chwili zgromadzony tłum zaczął żywo komentować sytuację, gdy zobaczył, że wyczarowany płanetnik polewa czarny obłok złocistymi kroplami. "Woda" lała się i lała, a pod jej naporem ciemna postać Strażnika zaczęła się kurczyć!
Amanda obserwowała to wszystko uważnie, pocierając nerwowo ucho. Po półgodzinie mroczna chmura opuściła piętra, pozostawiając po sobie galerie i korytarze usłane ciałami nieszczęśników, którzy nie zdążyli uciec. Przez chwilę mieszkańcy mogli ujrzeć ich zastygłe w przerażeniu twarze, nim Celestyn zmatowił zaklęciem ściany na tych poziomach. Po kolejnym kwadransie obłok opadł na dno ratusza, a po następnym pozostała z niego jedynie górka czarnozłotego bagienka, które chochliki odziane w słoneczne kombinezony zaczęły zbierać szuflami do specjalnych pojemników. Tłum gapiów patrzył w najbliższe lustro informacyjne, z którego relacja cały czas była prowadzona na żywo.
- Świetnie sobie poradził! Ale ich załatwił! - komentowano w tłumie poczynania Głównego Maga, krzątającego się teraz wśród chochlików.
- Cudowny, cudowny Naczelny! Taki męski! Taki dzielny! - zachwycała się jakaś czarownica w słusznym wieku z przesadnie jaskrawym makijażem.
Tak oto Celestyn urósł do miana bohatera, zupełnie o tym nie wiedząc. On sam nie miał pojęcia, kto tak naprawdę ich uratował. Bardzo chciał się tego dowiedzieć, lecz najpierw musiał zająć się rannymi i doprowadzić ratusz do porządku.
Tymczasem Amanda doszła do wniosku, że kryzys został zażegnany i czas w końcu dyskretnie zniknąć, tyle że...
- Młooody! - dobiegł ją charakterystyczny gwizd podziwu.
"Znowu ten!" - pomyślała z niechęcią, bo już wiedziała, że kto jak kto, ale Jake, niczym wygłodniały kleszcz, tak łatwo się od niej nie odczepi. Nie po tym, czego był świadkiem.
- Skąd wiesz, że jestem młody? - warknęła, by odstraszyć natręta. - Że jestem chłopakiem albo że w ogóle człowiekiem? Powiedz tak do mnie jeszcze raz, a sam będziesz robił za krzyżówkę fauna i ropuchy. A teraz - wpatrzyła się w różnokolorowe tęczówki młodzika i zniżyła głos do złowróżbnego szeptu - zapomnisz o tym, co tu się stało, zapomnisz o mnie. Bez żadnych zaklęć, eliksirów. Sam, z własnej woli. Nikomu niczego nie zdradzisz. I niech ci do głowy nie wpadnie iść za mną. To byłoby kosmicznie głupie, przyjacielu...
Odwróciła się na pięcie i zniknęła w najbliższym zaułku.
"Kosmicznie głupie? Tylko Dan i Orestes używają takiego określenia. Hm, ciekawe" - pomyślał Jake.
Przez chwilę zastanawiał się, czy ujawnić wiwatującym na cześć Celestyna tłumom, kto tak naprawdę uratował ratusz, lecz potem ruszył niczym cień za Amandą...
*
- Czy trzecie miasto coś dzisiaj opętało?! - warknął zamiast powitania Teobald, którego na powrót sprowadzono do ratusza. - Bardzo przepraszam, ale w innych miastach też jest mnóstwo roboty, a trzecie nie jest pępkiem świata, żeby tu non stop przesiadywać! Musimy wyznaczyć urzędników, którzy będą mogli nas zastąpić. Takich wicenaczelnych.
Pozostali Naczelni spojrzeli na Celestyna, który właśnie streścił im ostatnie wydarzenia.
- Nikt lepiej ode mnie tego nie wie, Teobaldzie - westchnął zmęczony Naczelny pierwszego miasta. - Mamy największy od lat deficyt Głównych Magów, a do tego coraz dziwniejszy splot przypadków powodujących kryzys za kryzysem.
- Wiemy, kto zażegnał ten ostatni? - zainteresował się Cyrus.
Celestyn pokręcił głową.
- Tylko podejrzewam... - przygryzł usta. - Sam nie wiem... Doniesiono mi...
- A kto go wywołał? Niedobitki armii Oriany? Ten chochlik, Irfan, celowo wysypał prochy Strażnika?
- Nie, raczej nie. Zorian twierdzi, że to był wypadek. Poza tym widziano jakiegoś jasnowłosego chłopaka przed ratuszem...
- Celestynie, do rzeczy!
- Ten młodzik... On... Wiem, to zabrzmi nieprawdopodobnie, ale...
- Na Wielkiego Xaviere'a! Gadaj w końcu! - nie wytrzymał Konstancjusz.
- Zdaje się, że to on uratował ratusz. Nie wiem jak. Przesłuchania świadków jeszcze trwają, a ich opowieści są... hm, dziwne. Kiedy tylko czegoś się dowiem, wy też będziecie o tym wiedzieć. Teraz, panowie, proponuję nie tracić czasu i przedyskutować pomysł Teobalda o powołaniu zastępców Naczelnych. Przynajmniej do momentu pojawienia się nowych kandydatów na ten urząd.
*
Jasnowłosy chudzielec niespiesznie wędrował uliczkami miasta z rękami w kieszeniach i wzrokiem wbitym w płytki chodnika. I choć był święcie przekonany, że nikt go nie śledzi, zachował czujność niczym komandos w akcji. Jednak mimo wszelkich środków ostrożności nie zorientował się, że jest pilnie obserwowany przez parę niezwykłych oczu. Ich właściciel, inny chłopak w za dużych portkach i czerwonym podkoszulku, chociaż nie potrafił rzucić żadnego zaklęcia, by zmienić swój wygląd, z perfekcją kameleona wtapiał się w kolorowy tłum.
"Gdzie cię niesie, młody? - pomyślał "kameleon". - Kim jesteś i co zamierzasz?".
Tymczasem jasnowłosy chłopak szedł dalej. Minął cukiernię oferującą, jak głosił szyld, "słodkości na wszelkie okazje, od narodzin do zgonu", czego dowodem miał być wykonany z białej czekolady tort w kształcie kołyski naturalnych rozmiarów, a obok niego inny, brązowy, podobny do otwartej trumny z czekoladowym nieboszczykiem w środku. Obydwa torty dumnie zaprezentowane w witrynie miały - zdaniem cukiernika - reklamować jego wszechstronne umiejętności.
"Nie ma to jak wgryźć się w rączkę nieboszczyka!" - skwitował to ironicznie i ruszył dalej.
Przeszedł obok gabinetu zębowego mag-medyka Sergiusza ("U nas rozświetlisz swój uśmiech czarodziejskim blaskiem"), dłużej zatrzymał wzrok na witrynie sklepu mistrza jubilerstwa, Gracjana. Dalej jego droga wiodła obok niedawno otwartego sklepiku oferującego wszelkie gatunki miniaturowych ptakosmoków ("Zakup dozwolony od dwudziestego pierwszego roku życia, po uprzednim przedstawieniu odpowiednich zezwoleń i zaświadczeń") i przez mostek nad sztucznym stawem. Wreszcie dotarł do niepozornej kamieniczki pod numerem jedenaście przy ulicy Claveliusza Pierwszego. Tu przysiadł na murku, udając, że odpoczywa.
Młodzik przez chwilę obserwował otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia. Kiedy go nie dostrzegł, zdecydowanym krokiem ruszył w stronę drzwi wejściowych. Dłoń wyciągnięta ku klamce zamarła jednak w połowie drogi, bo chłopakowi wydawało się, że coś słyszy. Na wszelki wypadek zapukał. Ledwo zdążył ukryć zaskoczenie, gdy drzwi otworzyły się z rozmachem i stanęło w nich uosobienie menelstwa: facet z pewnością zawdzięczający ogromne brzuszysko piwu imbirowemu, całą resztę zaś - brakowi higieny. Tłuste rzadkie włosy błagały o wizytę u jakiegoś szaleńczo odważnego fryzjera. Chudzielcowi zrobiło się niedobrze, gdy dojrzał podobny zarost wyłażący z uszu faceta i identyczne kłaki szukające drogi ewakuacji przez każdą szczelinę przepoconej koszuli.
- Niczego nie kupuję! Spierdalaj, mały, bo wściekłym ptakosmokiem poszczuję! - warknął facet i zatrzasnął młodzikowi drzwi przed nosem. W tym samym momencie w środku dało się słyszeć jakby szamotaninę, stłumioną eksplozję, a potem skowyt zwierzaka. - Do mnie?! Do mnie wyskakujesz z tymi płomieniami, ty pierzasty popaprańcu?! Ja ci zaraz dam płomienie!
"Chryste! Marcelina, komu oni przydzielili twój dom?!".
Chłopak stał jeszcze chwilę, gapiąc się z przerażeniem w zamknięte drzwi. Gwałtowne mruganie i szybkie pociąganie nosem były sygnałem, że lada chwila może się rozpłakać. Tymczasem awantura za drzwiami nasilała się, podobnie jak zawodzenie maltretowanego zwierzaka.
"Mniejsza o dom, ale jemu trzeba pomóc".
Amanda zawahała się i zajrzała przez okno. Rozterki minęły jednak natychmiast, gdy zobaczyła, w jakim stanie jest zwierzak. Niemal pół pokoju usłane było wyrwanymi piórami. Ich końcówki jeszcze nie zdążyły obeschnąć z krwi. Sam ptakosmok kulił się w kąciku i coraz ciszej skamlał, podczas gdy but menela unosił się i opadał, zadając cios za ciosem. W dziewczynie wszystko się zagotowało. Jednym skokiem dopadła do drzwi, zaklęciem wyrwała je z futryn. Przeleciały koło głowy faceta i z hukiem roztrzaskały się na najbliższej ścianie. Następnym urokiem odwróciła menela do siebie, zakneblowała i przygwoździła do muru. Podczas gdy jego własny but zaczął go okładać, wrzeszcząc przy tym: "Nigdy więcej nie podniesiesz ręki na nikogo słabszego!", Amanda uklękła koło ptakosmoka i uważnie go obejrzała.
- Spokojnie, mały, mnie nie musisz się bać.
Wyjęła z plecaka chusteczkę, namoczyła ją w świętej wodzie, którą miała w manierce, i przetarła zwierzakowi rany. Kilkoma kroplami napoiła go, a potem zwyczajnie przytuliła. Ptakosmok był mocno poturbowany, lecz bardziej chyba trząsł się ze strachu niż z bólu. Z jego nozdrzy przy każdym spazmatycznym oddechu wydobywały się drobne obłoczki dymu. Małe szpony wczepiły się kurczowo w dłoń dziewczyny niczym palce przerażonego dziecka ściskające rękę rodzica. Miodowe oczy zerkały raz po raz na Amandę. Dziewczyna delikatnie chwyciła ptakosmoka i włożyła do plecaka.
- Chodź, znajdziemy ci lepszy dom. A ty, bohaterze - warknęła do menela - od dziś masz zakaz posiadania jakichkolwiek zwierzaków. Jeśli się dowiem, że masz choćby pchły, wrócę tu...
Nie musiała kończyć. Wiedziała, że nauczka była skuteczna, o czym świadczył smród wydobywający się ze spodni szmaciarza.
"No proszę, a taki był odważny - pomyślała z niesmakiem. - No to dom Marceliny odpada - westchnęła. - Zdaje się, że został mi tylko stary Orestes. Gdzie indziej mogłabym się skryć?".
Chwyciła plecak i unikając wzroku przechodniów, zaczęła szybko się oddalać. Inny chłopak - w czerwonym podkoszulku i za dużych gaciach - zszokowany zajściem, którego dopiero co był świadkiem, ponownie podążył za nią...
*
- Amanda?! - krzyknął stary czarownik na widok chudzielca, który dopiero co zmienił się w ciemnowłosą dziewczynę w przetartych dżinsach.
- Portale pewnie są pod kontrolą, a lustra na podsłuchu - burknęła w odpowiedzi.
- To nie mogłaś się normalnie teleportować? Przecież wiem, że umiesz. - Zdziwienie uniosło krzaczaste brwi Orestesa na podobieństwo zdeformowanych znaków zapytania.
- Za dużo huku i zamieszania. Poza tym nie wiedziałam, co tu zastanę. Masz pojęcie, jaka patologia mieszka u Marceliny?! Zobacz, uratowałam tego biedaka z łap jakiegoś opryszka.
Wyjęła z plecaka nadal słabego ptakosmoka i podała staremu.
- To jak, wpuścisz mnie, Orestes?
- A mógłbym nie? Wchodź, wchodź, dziecino!
Odebrał z jej rąk zwierzaka, przepuścił ją w drzwiach, omiótł wzrokiem pobliskie uliczki, a potem trzaśnięciem w przycisk zamknął drzwi na dobre.
- Słyszałem komunikat z ratusza. Chyba powinnaś być w Oazie? - Ojcowskim gestem przytulił ją do swojego ogromnego brzuszyska, niemal miażdżąc w uścisku. - Renee!
Elfka natychmiast wyrosła jak spod ziemi.
- Zajmij się tym nieborakiem. - Ostrożnie podał jej ptakosmoka. - Wołowina powinna mu smakować, tylko uważaj przy karmieniu, potrafi boleśnie dziobnąć. Jak skończysz, podaj nam jakieś kanapki i nalewkę antydepresyjną dla Amandy. A dla mnie kubek kawy.
- Dwa kubki - poprawiła go dziewczyna. - Dla mnie bez dodatków. A za nalewkę dziękuję, nie będzie potrzebna.
Amanda uśmiechnęła się blado do Renee. Gdy elfka zamknęła za sobą drzwi, opowiedziała staremu czarownikowi o ostatnich wydarzeniach.
"Czyli Jake miał rację: Naczelni są zazdrośni" - pomyślał Orestes pod osłoną adger, a już na głos zapytał: - A co z tą aferą w ratuszu? To prawda, że Strażnik zaatakował?
- Nie jestem pewna. - Amanda upiła łyczek kawy i ugryzła kanapkę. - Kazałam Irfanowi zrobić porządek z prochami Strażnika po tym, jak Julien się rozsypał.
- Jak to rozsypał? Nikt się tak po prostu nie rozsypuje.
- Jak widać od tej zasady też są wyjątki. W ogóle to wszystko jest coraz dziwniejsze. Najpierw pozwolono mi pełnić obowiązki Naczelnego, potem nagle zakazano. Strażnik, istota - zdawałoby się - niezniszczalna, rozsypuje się w moim gabinecie, a przed śmiercią oświadcza, że nastąpił kres żywota jego ludu. No i jeszcze ten liścik...
Wpatrzyła się zamyślona w zawartość kubka, jakby tam spodziewała się znaleźć odpowiedzi na wszystkie swoje pytania.
- Jaki liścik?
- Co? - Zerknęła z roztargnieniem na czarownika.
- Liścik, mówiłaś coś o jakimś liściku.
- A tak. Rzuć na to okiem. Znalazłam go w moich rzeczach parę dni temu.
Wyjęła z kieszeni pomięty świstek.
- Co o tym sądzisz? - spytała, nim Orestes zdążył cokolwiek przeczytać.
- Daruj sobie - powiedział, gdy skończył. - To może być wszystko: poważna sprawa, w którą nie powinnaś się mieszać, ale równie dobrze głupi dowcip albo ktoś zwyczajnie cię podpuszcza. Nie wiadomo, co ktoś chce przez to osiągnąć. Radzę ci zignorować te bazgroły.
Oddał jej karteluszek.
- Dowcip? - Amanda skrzyżowała ramiona, zerknęła na czarownika z ukosa - No, nie wiem. Coś jest nie tak. Czuję to. Wiesz, zanim Julien się rozsypał, powiedział, że jacyś Rozpaczający wyjdą z Otchłani, że Fabien im uciekł, że Strażników już nie ma i żeby nie zmarnować jego prochów. W tym samym czasie Naczelni mnie wywalili, a jakiś osobnik poinformował, że zabicie Oriany było poważnym błędem. Zbyt dużo tych dziwactw jak na jeden zbieg okoliczności, nie uważasz, Orestes?
- Hm, niby tak. Rozpaczający? Nigdy o nich nie słyszałem. A ten elfi bękart, Fabien, zdechł w Kamieniołomach. Przecież Naczelny Cyrus wydał w tej sprawie oświadczenie. To wszystko jest zamulone jak bajorko bagiennika... Ariel wiedziałaby, co robić. Inteligentna, choć impulsywna, była z niej kobitka. Szkoda, że nie ma jej z nami - szepnął Orestes, zamyślony. - Wybacz, dziecko - zreflektował się.
- Mama? - Amanda przyjrzała się staremu uważnie. Zerwała się z taboretu, na którym od dłuższej chwili siedziała i zaczęła energicznie przemierzać pokój. Potarła płatek ucha i ponownie zerknęła na czarownika. - Chyba powinieneś o czymś wiedzieć przez wzgląd na waszą dotychczasową znajomość. Ale musisz to utrzymać w tajemnicy. Posłuchaj...
Stary czarnoksiężnik aż przysiadł z wrażenia po nowinach, jakie usłyszał chwilę później, osłupiały i niezdolny do ruchu czy mowy.
- Orestes, odezwij się. - Amanda pomachała mu dłonią przed oczami. - Orestes, zaczynam się bać!
Spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem.
- Nooo - wyszeptał w końcu - różne cuda już widziałem, ale żeby w jednym świecie umrzeć, a zmartwychwstać w drugim...
- W tamtym świecie to się nazywa śmiercią kliniczną i reanimacją. Tak, udało się.
- Istnieje inny świat i ona tam żyje, nie pamiętając, kim jest?
- Przynajmniej na razie. Nie obawiaj się, wychowała się tam, a teraz ma naprawdę dobre warunki. Mieszkają z Marcusem w pięknym domu. On zajmuje się końmi, a ona prowadzi księgarnię. Zasłużyła na spokojne życie. Obydwoje zasłużyli. Jestem pewna, że są szczęśliwi. Regularnie dostaję o nich wiadomości. Sprowadzę ją tylko wtedy, jeśli będę musiała. A teraz posłuchaj, zamierzam dowiedzieć się, kto stoi za tym liścikiem.
- Tak wielka czarownica prowadzi banalną księgarnię? No ale skoro ją to uszczęśliwia... - Ta nowina najwyraźniej jednak nie uszczęśliwiła Orestesa. - Co do liściku... Jeśli nie chcesz wracać do Oazy, to po prostu powiedz. Zawsze znajdziesz u mnie schronienie. Nie musisz się w to pakować tylko dlatego, że nie masz dokąd pójść. Mogę pogadać z Naczelnymi, powiem im, że cię adorowałem, że zapewnię ci dom, edukację...
- Mówi się "adoptowałem". - Kąciki ust Amandy drgnęły w uśmiechu - Dzięki, Orestes, ale nie. Tu naprawdę nie chodzi o to, że chwilowo jestem bezdomna. To akurat mały problem. Chodzi o liścik. Już postanowiłam: dowcip czy nie, rozwikłam tę zagadkę. Nie musisz się o mnie martwić. - Pogładziła go po dłoni. - Pokonałam Orianę, pamiętasz? A potem zajmę się czymś jeszcze... To dla mnie dużo ważniejsze.
Zobaczyła pytanie w oczach czarownika, pospieszyła z wyjaśnieniem.
- Nikomu tego nie mówiłam, ale chyba w końcu muszę. - Dolała sobie kawy, upiła łyczek, zerknęła z wahaniem na starego - Orestes, nie mam pojęcia, jak to możliwe, ale byłam gotowa na starcie z Orianą. Wiesz, teoretycznie mam jedenaście lat, wyglądam na szesnaście-siedemnaście, ale moja wiedza i emocje należą do osoby dojrzałej i bardzo doświadczonej. Czuję, jakby w moim ciele, w moim umyśle żyło kilka osób, które podpowiadają mi, co mam robić w konkretnej sytuacji. Kiedy przybyłam do tego świata... Wiesz, myślałam, że nie dam rady nauczyć się tych wszystkich zaklęć. Że nigdy nie ugotuję eliksiru, nie polecę na pegazie, nie rzucę uroku. Bałam się, że zwyczajnie sobie nie poradzę. I nagle okazało się, że po prostu to wszystko umiem. Ot tak! - Pstryknęła palcami. - Oaza nic mi nie dała. Księgi z ratusza jedynie uzupełniły moją wiedzę. Wyprawy do lasu... - Uśmiechnęła się. - Cóż, poznałam wiele interesujących istot, jednak ciągle nie wiem, skąd tę wiedzę mam!
- Ariel to twoja matka. - Dla Orestesa to było oczywiste. - Po prostu masz to po niej.
- Nie. - Dziewczyna pokręciła głową. - Ona sama wszystkiego się uczyła. Szybko, ale jednak się uczyła. Ja nie. Ale dowiem się, skąd mam te magiczne umiejętności, po prostu muszę się tego dowiedzieć. Dobra, więc zamierzam zrobić tak...
Kilka następnych minut objaśniała swoje plany, jednocześnie pakując resztę bułek do plecaka. Orestes nie wyglądał na zadowolonego, właściwie był zły.
- Nie jestem twoim piastunem z Oazy i zabronić ci tego nie mogę, ale uważam, że głupio i niepotrzebnie narażasz życie. Normalnie powinienem donieść Naczelnym, gdzie się podziewasz i co robisz. W końcu jesteś dzieciakiem, więc niby jestem zobowiązany cię chronić, ale po tych nowinach to kompletnie nie ma sensu. Jednak Ariel nigdy by tego nie pochwaliła! - burknął i machnął ręką.
- Nie wyjeżdżaj mi tu z matką! I nie opowiadaj bzdur. Znasz ją i doskonale wiesz, że postąpiłaby dokładnie tak samo, tyle że jeszcze szybciej!
- Ech, kobiety z rodu Odgeon! Jestem zdumiony, że przy waszym stopniu szaleństwa jeszcze was nic nie zeżarło! Jak sobie coś wbijecie do łbów, jesteście uparte niczym wodniki w zalotach!
Amanda zaśmiała się tylko i cmoknęła starego w rumiany policzek.
- Dobra, czyli wszystko ustaliliśmy? - upewniła się.
Nie zdążył odpowiedzieć, bo nagle dziewczyna wyciągnęła rękę w stronę drzwi, mruknęła: "Chcę" i po chwili w dziurce od klucza pojawiło się coś, co miało kształt... ucha! Nie wiadomo, czy to zamek w drzwiach stał się taki plastyczny, czy tkanki intruza, ale w ślad za uchem wyłoniła się płoworuda czupryna, a jeszcze później kawałek czoła i jedno oko. Szmaragdowozłote.
- Jake! - krzyknęli jednocześnie stary czarnoksiężnik i dziewczyna.
Zaskoczona Amanda odruchowo cofnęła zaklęcie i głowa chłopaka - niczym naciągnięta guma w procy - z impetem wróciła na swoje miejsce, tą samą drogą zresztą. Po drugiej stronie drzwi dało się słyszeć głośne "łup", gdy chłopak wyrżnął o posadzkę, a potem jęki i przekleństwa. Dziewczyna szybko się zreflektowała, kolejnym zaklęciem otworzyła drzwi i wciągnęła intruza do wnętrza kanciapy.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.