Przepraszam, że będę mówił o rzeczach bardzo banalnych; ale niedole
życia wynikają głównie z rzeczy banalnych źle załatwionych; z
rzeczy o których się nie mówi. Będę więc mówił naiwnie, tak jakbym
odkrywał Amerykę. Mam zresztą pewien barometr żywotności dla
kwestji, które zdarzy mi się potrącić; mianowicie listy
nieznajomych czytelników. Otóż kiedy przypadkowo poruszyłem, z
okazji rosyjskiej premjery (
Kwadratura koła), sprawę małżeństwa i rozwodów, z
oddźwięku, jaki znalazłem u czytelników, zrozumiałem jak piekącej
dotknąłem bolączki. Może więc warto powiedzieć o tych rzeczach
kilka słów mniej wzniosłych a bardziej prawdziwych niż się mówi
zazwyczaj. W jednym z listów, jakie dostałem, uderzył mnie pewien rys - też
zapewne banalny, ale który mnie zainteresował. Chodzi o normalny
prawie tok kościelnego unieważniania małżeństw zapomocą fałszywych
świadectw i krzywoprzysięstwa. "Co do tych krzywoprzysięstw (pisze
mi ktoś z kresów), to mówił mi jeden adwokat, iż nawet jest tak
utarte, że świadek krzywoprzysięga, a później tenże ksiądz spowiada
go i rozgrzesza, nakazując przytem odpowiednie zadośćuczynienie, t.
j. pokutę..." Istotnie, kombinacja, o której sam Pascal nie pomyślał w swoich
Prowincjałkach. Ale nie przypuszczam, aby to było tak
powszechne. Zazwyczaj - przy wielkim aparacie - rzecz odbywa się
delikatniej: świadka naprowadza się na to, co potrzeba aby
zaprzysiągł; kto inny konferuje ze świadkiem, kto inny odbiera
przysięgę, może więc ją przyjąć z dobrą wiarą lub przynajmniej nie
wchodząc w to bliżej; od kogo innego świadek dostaje pieniądze (o
ile nie świadczy z przyjaźni lub z ludzkiego współczucia), sprawę
zaś zbawienia duszy świadka zostawia się zwykle jego własnej
trosce. Jeżeli chce, może się wyspowiadać; grzech się zmaże, a
rozwód został. Umyślnie mówię "rozwód"; mimo iż wiadomo, że rozwodu w Kościele
katolickim niema, głos ludu nigdy inaczej nie mówi tylko "rozwód".
I w rezultacie, ma rację. Poprostu, skoro w małżeństwie jest
żądanie rozwodu, szuka się nieformalności celem unieważnienia
małżeństwa; nie kijem to pałką, dla pacjenta wszystko jedno jak się
nazywa. Różnica jest ta, że gdy
rozwód jest w zasadzie rzeczą rzetelną i poważną,
unieważnienie bywa najczęściej dość gorszącą komedyjką. Znałem blisko pewnego kanonika-filozofa, który mawiał, że
najlepiej już przy ślubie dać w łapę zakrystjanowi, aby popełnił
jaką nieformalność, zapalił o jedną świeczkę mniej niż trzeba, czy
coś podobnego, a w potrzebie można mieć za to unieważnienie
małżeństwa. Tenże kanonik mawiał, iż akta takich spraw mają to do
siebie, że każda kartka powinna być przekładana grubym banknotem. Ach, gdyby tak móc zajrzeć do tych aktów, co za cudaby się tam
znalazło, co za materjał dla komedjopisarza. Naprzykład świadectwa
lekarskie niezdolności "skonsumowania" małżeństwa, wystawiane
kobietom, które żyły parę lat z mężem i miały kilku zdrowych
kochanków. Bo każdy, kto się w jakikolwiek sposób zetknie ze sprawą
"unieważnienia", musi kłamać. Jak w tylu sprawach obyczajowych, tak i tu wojna stała się
przełomem. Zamęt, jaki nastał w stosunkach ludzkich przez masowe
rozłączenia, przez zmianę warunków, pojęć, nastrojów, wymagał
regulowania tych spraw również niemal masowego. Znaleziono jedyne
wyjście w gromadnych zmianach religji. To, co dawniej było
wyjątkiem, stało się rzeczą potoczną; nikt się nie wahał. Wśród
kłopotów i trudności, jakie pociągała sprawa rozwodowa, zmiana
religji odgrywała najmniejszą rolę: symptom niewątpliwie poważny!
Wędrówka ta od jednej religji do drugiej była tak powszechna, że
ambitni pastorowie protestanccy - nie chcąc widzieć że owieczki,
które im przybywają niespodziewanie, mogą być już w drugiem
pokoleniu wcale rzetelną zdobyczą - uważali sobie za ujmę
pomnażanie reformowanego kościoła takim materjałem i branie udziału
w komedji "nawrócenia"; trzeba było wyszukiwać gminy, gdzie pastor
był pobłażliwszy na tym punkcie. Wyrobiły się specjalne
miejscowości, okręgi, znane z tego, że tam można się wślizgnąć na
łono kościoła reformowanego. Chaos, jaki to wytwarza w pojęciach religijnych, jest znaczny,
zwłaszcza u kobiet. Przytoczę jeden przykład. Jedna z takich
rozwodniczek, aktorka, musiała przejść na protestantyzm dla
uzyskania rozwodu. Przed tak ważnym aktem poszła oczywiście do
kościoła i spłakała się. Później musiała chodzić na nauki pastora;
wreszcie przyszedł uroczysty dzień zmiany wyznania. Pastor mówił
tak pięknie, tak podniośle, że wrażliwa artystka znowu się
spłakała. Jeszcze z wilgotnemi oczyma spotyka znajomego na ulicy;
opowiada mu swoją przygodę. "No i cóż, teraz już pani nie będzie
chodziła do dawnego kościoła, tylko do
ich kościoła? - Ależ nie, odpowiada, przeproszę Matkę
Boską i będę chodziła po dawnemu". Niewątpliwie, wolę takie pomięszanie pojęć od ich dawnej precyzji,
która sprawiała, że ludzie wzajem palili się na stosach; ale z
punktu widzenia religji - jakiejkolwiek - nie może to być pożądane.
Najuroczystsze akty życia stają się formalistyką i komedją, boć i
rola kapłana, który w niej bierze udział, bywa dość dziwna... Rzecz prosta, że Kościół katolicki nie mógł patrzeć obojętnie na
te objawy; zrozumiał, że niepodobna stać na dawnem nieprzejednanem
stanowisku. Nowa - mimowolna - ofenzywa protestantyzmu na Polskę
mogła się stać groźniejsza od owej z czasów reformacji... Dla
zatrzymania uciekających, rozszerzono znakomicie możliwość
katolickiego rozwodu czyli unieważnienia małżeństwa. Już nie w
dalekim i luksusowym Rzymie, ale na miejscu toczą się procesy,
liczba ich mnoży się, jest tendencja aby raczej ułatwiać niż
utrudniać. (Z największemi trudnościami spotyka się arystokracja,
ponieważ wiadomo jest, że, przez cześć dla tradycji, zmienia wiarę
jedynie w ostateczności, więc można ją pocisnąć bez obawy.) Już nie
czysto formalne motywy, jak np. nieprawidłowość w ogłoszeniu
zapowiedzi, etc., ale przyczyny natury bardziej ludzkiej zaczynają
wchodzić w grę. Rozmawiałem kiedyś z poważnym adwokatem z
Poznańskiego; ze zdziwieniem dowiedziałem się, jak daleko się to
posunęło; naprzyklad stwierdzenie, że małżeństwo zostało zawarte
bez miłości, może wystarczyć do kościelnego unieważnienia. Jeżeli
naprzykład znajdzie się list, w którym panna pisała do swej
przyjaciółki coś w tym rodzaju: "Droga Maniu, wychodzę za mąż; nie
mogę powiedzieć, bym kochała mego przyszłego, ale rodzice namawiają
mnie abym za niego wyszła, że to dobra partja, porządny człowiek"
etc... wówczas przedstawienie takiego listu może być punktem do
unieważnienia małżeństwa, choćby były dzieci. Słowem, klasyczne
"małżeństwo z rozsądku", z posłuszeństwa, jest - nieważne, i może
być w każdej chwili kościelnie unieważnione!... To istna rewolucja!
Oto przykład, jak wiele się zmienia, w rzeczach które pozornie są
niezmienne i niewzruszone. Jedno się tylko nie zmienia, mianowicie to, że - jak w owem znanem
określeniu prowadzenia wojny - trzeba tu pieniędzy, pieniędzy, i
jeszcze pieniędzy; no i że zwykle znów zachodzi potrzeba... pomocy
ludzkiej w przeprowadzeniu dowodu. Co innego fakty, a co innego
udowodnienie ich. Czyż można wątpić, że
ad usum procesu rozwodowego będą się mnożyć antydatowane
listy do przyjaciółek? Czy można przypuszczać, że przyjaciółka
będzie tak bez serca, aby, w razie potrzeby (dziś tobie, jutro
mnie), nie stwierdziła tego i owego przysięgą, zwłaszcza jeżeli na
miejscu otrzyma rozgrzeszenie?... Stosunki zatem dążą do pewnej ludzkości: wojewodzina Amelja z
Mazepy mogłaby dziś otrzymać kościelne unieważnienie
małżeństwa, przedstawiwszy odpowiedni list do przyjaciółki, no i
mogłaby nawet wyjść szczęśliwie za swego pasierba. O trzy trupy
mniej; czysty zysk dla życia, strata dla teatru. Ale każdy też
przyzna, że ma to i słabe strony. Opieranie tak poważnej, a coraz
częstszej sprawy na formalistyce i fałszu, z drugiej zaś stwarzanie
jaskrawej nierówności w prawach wobec sakramentu, nie jest ideałem.
Bo nierówność ta akcentuje się dziś tem więcej przez większe
zbliżenie i rozpowszechnienie sprawy: dawniej rozwód katolicki był
rzadki, odbywał się przeważnie w tak wysokich sferach, że
chudopachołkowi nie przyszło na myśl przymierzać go do siebie;
obecnie rzecz układa się tak, że najbogatsi mogą zostać przy wierze
ojców, średniaczki muszą zmienić wiarę (bo taniej i prędzej), a
biedacy mogą sobie żyć "na wiarę". Trzy klasy, jak na kolei
żelaznej. I może trzeba odkryć wreszcie tę Amerykę: w debatach, które się
toczą na temat rozwodów, świętoszki bronią "nierozerwalności
małżeństwa"; ależ o tej nierozerwalności dawno już mowy niema; może
tedy chodzić jedynie o utrzymanie przywileju rozwodu dla bogatych.
W stokilkadziesiąt lat po zrównaniu ludzi w prawach świeckich, tak
jaskrawa nierówność jest trochę rażąca, zwłaszcza w religji, którą
przyniesiono na świat głównie dla ubogich. Ale wyznaję, że najbardziej wstrząsnęło mnie co innego. Ludzie
żywi zawsze sobie jakoś dadzą radę, mogą się bronić, walczyć,
szamotać. Pomyślałem o tych, których już niema, których życie się
skończyło; o tych niezliczonych naszych babkach i prababkach, które
wszak wszystkie wychodziły zamąż z namowy lub rozkazu rodziców, w
zbożnem posłuszeństwie, ani śmiejąc pytać swego serca o zdanie.
Myślały bidulki, że Bóg wie jakie zasługi sobie zaskarbią,
tymczasem dziś okazuje się, że wszystkie te małżeństwa były wobec
Kościoła nieważne, że dziś, gdyby babule dożyły, mogłyby te ich
związki być unieważnione; a wszak unieważnienie nie jest niczem
innem, niż stwierdzeniem nieważności. Tyle łez ludzkich, tyle
zmarnowanych egzystencyj, tyle złamanych serc, zdławionych
pragnień, i wszystko na darmo, dla nikogo, dla niczego. Biedne
babuleńki! I jeszcze inna, straszniejsza myśl: jeżeli te małżeństwa
z posłuszeństwa były nieważne - a wszak inaczej prawie ich nie
zawierano - w takim razie my wszyscy jesteśmy bękartami, i to do
sześcianu, z pokolenia na pokolenie. Ładnych rzeczy dowiaduje się
Polska na swoją dziesiątą rocznicę!