Dzikie domy - Colin Barrett

Reflow text when sidebars are open.
Dev Hendrick leżał na kanapie po ciemku, między snem a jawą, z laptopem wspartym o brzuch i ze słuchawkami sączącymi biały szum do uszu, kiedy na stoliku obok telefon zabrzęczał trzy razy i umilkł.
Dev bardziej poczuł wibracje, niż usłyszał dzwonek. Podniósł się, zatrzasnął laptop i odłożył go na stolik; szum w słuchawkach ucichł. Dev sięgnął po telefon; nie musiał sprawdzać, kto to. Trzy dzwonki oznaczały: "jesteśmy". Wyciągnął słuchawki, przechylił głowę i wsłuchał się w ciszę nocy; dobiegły go znajome dźwięki wolno toczącego się przez podjazd samochodu: pomruk silnika, chrzęst żwiru pod kołami - jakby ktoś zgniatał folię bąbelkową.
Na stoliku stała prawie pusta butelka Corony. Dopił resztki. Piwo było wygazowane i cierpkie; przywiędły plasterek limonki kulił się na dnie jak utopiony owad.
Pies Georgie, drzemiący w podniszczonym czerwonym uszaku, poruszył się i nagle zbudził, wydając z siebie skowyt.
- Spokój - rzucił Dev.
Georgie był psem malutkim i nerwowym, z futrem przypominającym watę cukrową, które kryło jego tułów wątły jak u kurczaka. Miał diaboliczne żółte zęby, pomarszczony, szczurzy pyszczek i wilgotne, przekrwione oczy o wiecznie błagalnym spojrzeniu, przez które Dev nieraz miał ochotę wyrzucić go za mur ogrodu. Nie żeby Georgie za często wychodził; podstarzały, skory do irytacji i coraz bardziej lękliwy, wolał przytulny bałagan salonu, w którym całymi dniami polegiwał to na jednym, to na drugim wygodnym meblu i gapił się w telewizor jak stara baba.
Znowu zaskowyczał.
- Przestań! - huknął Dev, a Georgie zabulgotał przepraszająco.
Nigdy za sobą nie przepadali, ale po śmierci matki Deva Georgie uświadomił sobie, że Dev to teraz jego jedyny żywiciel i towarzysz, i może nie zaczął darzyć go uczuciem, jednak wykonywał jego polecenia, jeżeli tylko były dość ostre i lekceważące. Georgie uznawał jedynie ostrość i lekceważenie, w każdym razie ze strony Deva.
Dev wsunął stopy w Crocsy i poczłapał na korytarz. Snop chłodnego światła przeszył szybę drzwi frontowych i rozświetlił złoto-zieloną tapetę korytarza oraz zatęchły gąszcz starych płaszczy matki spiętrzonych na wieszaku.
Dev przekręcił zamek i otworzył drzwi. Czujnik ruchu włączył lampę i podjazd zalało światło. Rozjarzone krople deszczu mieniły się jak iskry; kilka osiadło na twarzy Deva. Ucichł silnik, a później zgasły reflektory samochodu. Dev przyglądał się, jak od strony kierowcy wysiada jego kuzyn Gabe Ferdia, a potem tylnymi drzwiami wychodzi Sketch, młodszy brat Gabe'a, który pomaga wysiąść komuś trzeciemu, a raczej wywleka go z auta. Koleś był blady i młody, właściwie jeszcze dzieciak.
- Pogoda barowa - stwierdził Gabe.
- A ty co tu, kurwa, robisz? - odparł Dev.
- Jestem, a co? - W zacinającym deszczu Gabe mrużył oczy z udręczoną miną. Na jego pociągłej, chudej twarzy pojawił się chytry uśmieszek. - To jak, wpuścisz nas?
Stali zmoknięci, czekając, co powie Dev.
- Właźcie - zgodził się.
Sketch popchnął młodego, żeby ten się ruszył. Chłopak był w jednej tenisówce, drugą niósł w ręku i starał się nie dotykać skarpetką żwiru podjazdu. Z bliska Dev zobaczył świeżą ranę na jego twarzy; wokół oka biegło ciemne nacięcie, które nie zdążyło się jeszcze zasklepić. Chłopak omiótł pustym spojrzeniem dom, a potem Deva.
- Nie chcę - powiedział.
- Ale ja nie pytam - odrzekł Gabe.
- Ni chuja, nie idę - powiedział chłopak.
Stał bez ruchu, dopóki Sketch znów go nie popchnął. Wtedy zatoczył się przez próg do środka. Sketch i Gabe weszli za nim. Dev zamknął drzwi na klucz, a bracia powiedli młodego przez korytarz.
Kiedy Dev wszedł do kuchni, młody siedział już za stołem, a jego tenisówka spoczywała koło maselniczki. Sketch stał za młodym i trzymał go za ramiona. Gabe zdjął kurtkę, czarną bomberkę z wytłaczanym na plecach złotym napisem "TEQUILA PATROL", wprawnym ruchem strzepnął z niej krople wody i starannie rozwiesił ją na krześle. Otworzył lodówkę i sięgnął po cztery butelki Corony, które ustawił rządkiem na stole.
Młody miał piętnaście, może szesnaście lat. Twarz blada o niebieskawym odcieniu, jak surowe mleko w skopku. Był gładko ogolony i gdyby nie brakująca tenisówka oraz paskudna rana przy kąciku oka, wyglądałby jak jeden z tych, co włóczą się po mieście w piątek wieczorem, starannie odpicowani na dyskotekę: włosy czarne i krótkie, zaczesane zdecydowanie do przodu, błyszczące od deszczu i żelu niczym roztopiona smoła, błękitna koszula zapięta pod samą szyją, jakby byli urzędnikami, ciemne dżinsy i unoszący się wokół duszny zapach wody po goleniu.
- Pewnie skarpetka do wyżęcia - powiedział Dev.
- Co? - odparł chłopak.
- Masz mokrą skarpetkę, mówię.
Młody spojrzał na swoją stopę, po czym przeniósł wzrok na Deva.
- Wielki ten piździelec - burknął.
Dev poczuł zalewającą go falę gorąca. Usłyszał śmieszek braci Ferdiów.
- Mały to on nie jest - powiedział Gabe, otwierając piwa. Syk i pyknięcie dobywające się z kolejnych butelek mieszały się z brzękiem kapsli spadających na blat. Dwa upadły na podłogę i tam znowu brzęknęły.
- Łapska jak łyżki koparki - rzucił Sketch.
Dev spojrzał na swoje dłonie. Nie mógł zaprzeczyć. Były potężne, jak on cały. Kiedy siedział sam, a ostatnio przeważnie siedział sam, zapominał o swoich rozmiarach. Ale gdy pojawiali się ludzie, szybko mu o nich przypominali. Młody człowiek, który rozrósł się ponad miarę, bez umiaru - ludzie nie mogli się z tym pogodzić.
- Znasz go? - spytał Gabe.
Młody wzruszył ramionami.
- Nigdy go nie widziałeś w Ballinie?
- Chyba bym zapamiętał takiego jebanego olbrzyma. Ma ponad dwa metry, co?
- Jakoś tak - powiedział Gabe. - Ale Dev to spryciarz. Jak na te gabaryty dość słabo rzuca się w oczy. Łatwo go przegapić.
Młody popatrzył na Deva, jakby rozważał prawdopodobieństwo słów Gabe'a.
- Oddajcie mi telefon - powiedział.
- Nic mu się nie stanie, młody - odpowiedział Gabe.
- Ej, wielki - zwrócił się do Deva młody. - Pożyczysz na moment telefon?
- Nie ma takiej opcji - uciął Sketch, dźgając chłopaka pięścią w bark.
- Dev, to jest Doll English - powiedział Gabe. - Doll, to jest Dev.
- Co ja tu w ogóle robię? - zaprotestował Doll.
- Wyluzuj - cierpliwie odparł Gabe. - Devowi na przykład nie przeszkadza, że tu jesteś, co nie, Dev?
Dev potaknął głową.
- Pomyśleliśmy, że mógłbyś tu dziś przekimać - ciągnął Gabe.
- Ni chuja - powiedział młody.
- Zachowuj się - napomniał go Gabe, po czym spojrzał na Deva. - Nie masz nic przeciwko, nie?
- Wasz znajomy, więc niech będzie - odpowiedział Dev.
- To jest dobry chłopak. - Gabe sięgnął po Coronę. - Weź - powiedział, podając butelkę młodemu - ale masz być grzeczny.
- Dev zna Cilliana - odezwał się Sketch. - Wszyscy znamy twojego brata.
Wzmianka o bracie uspokoiła młodego, więc przyjął butelkę. Drugą Gabe podał Sketchowi, a ostatnią wyciągnął w stronę Deva.
- Nie, dzięki - powiedział Dev.
- No co ty - żachnął się Gabe, wciskając mu butelkę.
Gabe się napił. Doll się napił. Sketch się napił.
Dev się napił, opłukał usta syczącymi bąbelkami i przełknął.
Sketch Ferdia miał jakieś dwadzieścia pięć lat, o parę więcej niż Dev. Przystojniak z fryzem za trzydzieści euro, przylizanym jak u piłkarza Premier League, i muskulaturą bywalca siłowni. Na jego potężnych, wytatuowanych rękach było tyle rysunków i liter, że przypominały średniowieczny manuskrypt. Miał kanciastą szczękę z zuchwale uniesionym podbródkiem, ponure niebieskie oczy i skłonność do walenia frajerów przez łeb, gdy uznał, że się im należy.
Gabe, w przeciwieństwie do brata, był wychudzony - sama skóra i kości. Dobiegał czterdziestki, ale wyglądał na dziesięć lat więcej. Miał twarz jak ruinę kościoła: długą, graniastą i dziobatą, a oczy połyskiwały w głębokich oczodołach jak okna z powybijanymi szybami. Była to twarz człowieka po długich i okrutnych przejściach, co by się zgadzało, bo Gabe swoje przeżył. Przez blisko dziesięć lat szprycował się heroiną na sposób klasyczny, to znaczy dożylnie, co można uznać za swego rodzaju wyczyn, bo nie był to narkotyk popularny ani łatwo dostępny w zachodniej Irlandii. Dev nie tykał niczego mocniejszego od piwa, ale wiedział, że przeciętny mieszkaniec hrabstwa Mayo nie gustuje w farmaceutykach skutkujących ospałością, introwersją i melancholią - te cechy tubylcy w obfitości odziedziczyli po przodkach - ceni natomiast stymulanty: amfę, spid i koks, czyli substancje mające przyspieszyć puls i otworzyć cię na innych, a nie zamknąć w sobie.
Gabe był pod tym względem wyjątkiem. W końcu rzucił heroinę parę lat temu, ale dopiero po tym, jak w ciągu jednego sezonu letniego trzy razy udało mu się przedawkować na domówkach i zawsze lądował na oddziale ratunkowym szpitala w Castlebar. Twierdził, że w dwóch przypadkach zatrzymało mu się krążenie - przeżył śmierć kliniczną - i trzeba było go reanimować prądem z defibrylatora, jak na filmach. I chociaż od tamtego czasu wrócił do pewnych nawyków - popijał, popalał i nie odmawiał bucha, jeśli w koło szedł dżoint - to wciąż twierdził, że jest czysty, bo nie bierze heroiny. Dev uważał, że cóż, może sobie tak myśleć, jego prawo.
- Dev też chodził do Muredach - powiedział Sketch.
Muredach to była szkoła średnia dla chłopców w miasteczku Ballina. Cillian English i Sketch byli o kilka klas wyżej od Deva. Sketch w tamtym czasie w ogóle nie odzywał się do Deva, nie kiwnął też palcem, kiedy ten wpadł w kłopoty.
- Cillian robił chore akcje, ale łeb to miał jak sklep - ciągnął Sketch. - Rozszerzenie ze wszystkich przedmiotów, póki go nie wyrzucili, dawał radę, nie ma to tamto. Ty, Dev, to chyba dużo lepszy ode mnie nie byłeś. Podstawa ze wszystkiego.
Dev zjeżył się na uwagę Sketcha, ale się nie odezwał. Wszyscy zakładali, że Dev jest tępy, z trzech powodów. Po pierwsze, był tęgi, a ludzie myślą, że jak ktoś jest tęgawy, to musi być tępawy. Po drugie, rzadko się odzywał, a ludzie myślą, że jak ktoś mało mówi, to nie ma nic do powiedzenia. I po trzecie - tak, Dev uczył się wszystkich przedmiotów na poziomie podstawowym i ostatecznie nawet nie ukończył szkoły, ale to nie świadczyło o jego inteligencji.
Obserwował młodego. Mina Dolla wiele nie wyrażała, z kamienną twarzą gapił się na butelkę Corony, którą trzymał między kolanami. W pewnej chwili odchrząknął.
- Jak macie coś do Cilliana, to idźcie do niego, a nie do mnie - powiedział cicho, nie podnosząc wzroku.
Dev usłyszał tupot w korytarzu; do kuchni, pokonując zakręt, wpadł Georgie. Na widok trójki przybyszów stanął jak wryty, po czym, rozpoznawszy Gabe'a, zaczął szaleńczo szczekać przy jego łydkach.
- No hej, pokrako - rzucił Gabe.
- Spokój, Georgie! - nakazał Dev.
Georgie zamilkł, uniósł nos i znów się rozejrzał. Po chwili namysłu podszedł do stopy Dolla, obwąchał ją i z entuzjazmem zaczął lizać paluch przez mokrą skarpetkę.
Doll wyprostował się na krześle. Powoli, jakby nieświadomie, uniósł stopę. Dev przez sekundę pomyślał, że może chłopak zrobi coś strasznego, na przykład nadepnie psa, ale on tylko zaczął trącać paluchem jego bok, delikatnie, lecz uporczywie. Piesek się nie wystraszył ani nie sprzeciwił, tylko przewrócił na plecy, odsłaniając bladoróżowe podbrzusze z siną blizną i szarym kikutem tam, gdzie wcześniej była jego nieszczęsna moszna. Doll położył stopę na brzuchu Georgiego i energicznie nim kołysał, pobudzając do ochrypłego, zadowolonego dyszenia.
- Polubił cię - powiedział Gabe do Dolla. - A ten pies nie lubi nikogo.
- Nawet mnie - dorzucił Dev.
- Zadzwonię tylko do matki, dobra? - poprosił Doll. - Bo będzie się martwić.
- Jest druga w nocy, człowieku - powiedział Sketch. - Twoja stara leży w wyrze i śpi jak zabita.
- Ona ma płytki sen. Głowa ją łupie.
- Tym bardziej trzeba jej dać się wyspać - odparł Sketch.
Doll nachylił się, żeby lepiej przyjrzeć się Georgiemu.
- Jaka to rasa? - spytał.
- Nie wiem, nie mój, matki - odpowiedział Dev.
- Matki - powtórzył Doll. Wyciągnął do Georgiego otwarte dłonie, a piesek wskoczył mu na kolana, ku zaskoczeniu Deva; wcześniej gramolił się tylko na jego kolana. - To ją o to spytam.
- Nie bardzo.
- Bo ona nie żyje - domyślił się Doll.
Dev poczuł, że się rumieni.
Doll głaskał drżące, miękkie trójkątne uszy Georgiego, a ten usiłował polizać mu twarz. Za każdym razem, kiedy zakrzywiony języczek wystrzelał w jego stronę, Doll odsuwał brodę, by pies nie dosięgnął.
- Serio? Nie wiesz, jakiej on jest rasy?
Dev milczał.
- Wygląda mi na mieszankę szpica miniaturki i jack russell terriera. Moja ciotka miała podobnego. Potrafią narobić hałasu, ale o dziwo są delikatne. Na starość robią się im problemy z płucami.
Chwycił Georgiego za wątłe przednie łapy i uniósł z wprawą weterynarza. Potem przyłożył ucho do rozciągniętego brzucha.
- Słyszysz? - spytał. - Stary już jest?
- Puszczaj mojego psa - powiedział Dev.
- Twojego? Nie matki?
- Teraz jest mój. Puść go.
Doll delikatnie położył sobie Georgiego na kolanach i zwolnił uścisk. Pies zsunął się na podłogę, ułożył pod pustym krzesłem i znacząco popatrzył stamtąd na Dolla Englisha.
- Zwierzęta mnie lubią - stwierdził Doll.
- I jak tam ręka Cilliana? - spytał Gabe.
Doll nie spojrzał na niego, ale nieznacznie zmrużył oczy utkwione w Georgiem. Podrapał się po brodzie.
- Z ręką już wszystko w porządku - odparł.
- Mówił ci, jak ją sobie złamał?
- Powiedział, że się przewrócił.
- Przewrócił - odezwał się Sketch z uśmieszkiem.
- Nie była to przyjemna scena - stwierdził Gabe. - Tak przy okazji: poznałeś Mulrooneya?
- A bo ja wiem? - odpowiedział Doll.
- Nie wiesz?
- Nie. Nie znam nikogo takiego.
- Bo Cillian wisi mu kasę.
- To nie moja sprawa, u kogo Cillian ma długi.
- A jednak twoja - powiedział Gabe. Wyciągnął z kieszeni woreczek strunowy i rzucił go na stół. Był wypełniony po brzegi zbitymi, zielonymi kępkami zioła. - Chyba zrobiłeś furorę na tamtej domówce.
- To nic takiego. - Doll wzruszył ramionami. - Tylko odrobina dla mnie i dla kumpli.
- Dostałeś to od Cilliana?
- Ostatnio niewiele od niego dostaję.
- Ostatnio pewnie faktycznie nie - zgodził się Gabe. - Spytałem, czy znasz Mulrooneya, bo właśnie dla niego pracował Cillian. A my z bratem wciąż dla niego pracujemy.
- Nigdy ci nie mówił, dlaczego zrobił się kwas? - spytał Sketch.
Doll znowu wzruszył ramionami.
- Obawiam się, że twój brat zjebał sprawę na całego - rzucił Gabe.
Dev znał typa, dla którego pracowali bracia Ferdiowie, bo sam też był na jego liście płac; przechowywał dla Mulrooneya towar. Gabe i Sketch przyjeżdżali do Deva już prawie od roku - czasem co kilka tygodni, czasem rzadziej - z bagażnikiem pełnym dragów popakowanych w torby. Dev chował każdą partię w ciemnym i suchym miejscu i zapominał o niej, dopóki bracia po nią nie wrócili. Miał dobre skrytki: kilka opuszczonych szop na polach za domem albo po prostu jakiś kąt w domu, gdy towar zostawał u niego krócej. Nadawał się do tej roli, bo mieszkał na odludziu, sam, nie licząc psa, i prawie nie wychodził z domu. W zasadzie nie widywał nikogo poza Gabe'em i Sketchem.
- Jesteś głodny? - spytał Dolla Gabe.
- Co?
- Zaraz cię położymy spać. Zjesz coś wcześniej?
- Trochę się zaprawiłeś - dorzucił Sketch. - Kolacja dobrze ci zrobi.
- Nie zaprawiłem się. Czuję się dobrze.
- Widzieliśmy na ulicy, jak się zataczasz - stwierdził Sketch.
- Weź przestań. Nic mi nie jest. Szedłem na chatę. Chcę do domu.
- Chcesz coś zjeść czy nie? - przerwał mu Gabe. - Ostatnia okazja, potem dopiero śniadanie.
- Mam coś do odgrzania w mikrofali - odezwał się Dev.
Podszedł do lodówki i otworzył ją z takim impetem, że zadźwięczały słoiki i słoiczki poustawiane na wewnętrznych półkach. Kiedy dotarło do niego, co zrobili, poczuł, że dostaje białej gorączki. Zgarnęli tego chłopaka, Dolla Englisha, w środku nocy z ulicy i przywieźli tu, do domu Deva.
- Co tam, Dev? - rzucił Gabe do jego pleców.
Dev gapił się bezmyślnie na jaskrawe światło w lodówce. Zdjął ze środkowej półki kanapkę z mięsem z żeberek, wyciągnął ją z opakowania na talerz i włożył do mikrofalówki.
- Byłeś na imprezie z tą swoją panienką. Jak jej na imię? - zapytał Dolla Sketch.
Doll dopił piwo i odstawił butelkę na stół, obok swojego buta.
- W Stanach mówią na to "frędzle" - powiedział Sketch.
- Na co tak mówią? - spytał Gabe.
Sketch przejechał palcem w poprzek czoła.
- Na krótką grzywkę, jak ma jego dziewczyna. Amerykańcy mówią na to "frędzle". Tak czy siak, niezła z niej laska.
Mikrofalówka zapikała. Dev przyniósł młodemu rozgrzany talerz.
- Masz - powiedział.
- W sumie racja - odezwał się Doll do Deva. - Mam mokro w skarpetce.
Wstał z krzesła i zaraz usiadł z powrotem. Wziął tenisówkę ze stołu, znowu się zerwał i nagłym, pewnym ruchem uderzył Deva w skroń. Cios nie był silny, ale zaskakujący; Dev za późno się uchylił; młody zaczął szarpać go za ręce, szyję i głowę, jakby chciał się na niego wdrapać. Dev upuścił talerz i spróbował złapać Dolla, ale ten mu się wyśliznął.
- EJ!!! - Dev usłyszał ryk Sketcha.
Doll chwycił krzesło, na którym suszyła się kurtka Gabe'a, i cisnął nim o podłogę. Rzucił tenisówką w stronę głowy Sketcha i wybiegł z pokoju. Sketch się uchylił i pognał za chłopakiem, a zaraz po nim popędził Gabe.
Dev pobiegł za nimi na korytarz. Sketch zdążył złapać Dolla i przygwoździć go do podłogi. Wcisnął łokieć pod jego brodę i zdawało się, że opiera się na chłopaku całym ciężarem. Twarz Dolla poczerwieniała, charczał, ledwo łapiąc oddech przez wyszczerzone zęby.
Gabe tylko stał i patrzył. Wciąż z piwem w ręku. Georgie jazgotał przy nodze Deva. Ten chciał coś powiedzieć. Krzyknąć, przerwać to wszystko. Kołatało mu serce; z boku pola widzenia miał pełzające, srebrzyste mroczki.
Sketch się podniósł i pociągnąwszy Dolla za sobą, postawił go na nogi. Ten znów próbował się wyrwać; Sketch założył mu chwyt zapaśniczy na szyję. Szamotali się teraz w korytarzu, wywrócili wieszak i tłukli się o ściany.
- Przestań, DEBILU!!! - ryknął Sketch i walił Dolla w brzuch tak długo, aż pod tamtym ugięły się kolana. Potem zawlókł go z powrotem do kuchni i posadził na krześle.
- Powiedzcie mu, żeby się uspokoił, bo go potnę - warknął, gładząc potargane włosy.
- Co to niby miało być? - spytał Gabe, podniósł przewrócone krzesło i z powrotem rozwiesił na nim kurtkę.
- Chcę do domu! - krzyknął Doll.
- Czy ja cię nie prosiłem, żebyś usiadł z nami, napił się i zachowywał jak normalny człowiek? Za dużo wymagam? - pytał dalej Gabe.
Doll kulił się w sobie i trzymał za brzuch. Ciosy Sketcha sprawiły, że przez dłuższą chwilę nie mógł złapać oddechu. Koszulę miał rozdartą na ramieniu, górne guziki pourywane, kołnierzyk przekrzywiony. Omiótł wzrokiem pokój - Gabe'a, Sketcha, psa, Deva - po czym przesunął dłońmi po skroniach i pochylił głowę do kolan. Zacisnął palce na potylicy, aż mu zbielały knykcie. Oddech miał spokojniejszy, ale wciąż nierówny, i przez kilkadziesiąt sekund tylko on rozlegał się w pokoju: rwane, ciche wdechy i wydechy. Doll English siedział z twarzą wciśniętą w kolana, a jego ramiona unosiły się i opadały.
Dev starał się opanować oddech i mruganie. Na korytarzu prawie zasłabł, ale teraz kołatanie serca ustało. Srebrne mroczki na skraju pola widzenia malały, zmieniały się w czarne nitki, a potem znikały zupełnie.
- Proponuję wrzucić młodego do piwnicy - powiedział po chwili Gabe.
Do piwnicy. A więc naprawdę zamierzali to zrobić - trzymać chłopaka tutaj. Znów zapadła cisza; Dev zorientował się, że Gabe patrzy na niego, oczekując jakiejś reakcji.
- Trzeba pościelić. - Nie potrafił zdobyć się na nic więcej.
- No to dajesz - odpowiedział Gabe.
Zapasowa pościel znajdowała się w schowku na piętrze, który był ciasny i ciemny, a jego zapach przywołał wspomnienie matki. Ze stosu prześcieradeł Dev wyjął jedno, dobrał do niego grubszą narzutę z gryzącej wełny i stęchłą poduszkę bez poszewki. Poduszka miała wielkość ludzkiego tułowia, zawilgocona wsypa zbiła się w bryłki jak mięsień, który stracił jędrność.
Kiedy wrócił do kuchni, wciąż panowała tam cisza. Gabe małymi łykami pił piwo, Sketch wwiercał się wzrokiem w potylicę Dolla. Ten uniósł głowę z kolan i teraz dłonie zwisały mu między nogami; miał zarumienione policzki, a skórę pod oczami różową i nabrzmiałą. Dev położył pościel na stole i delikatnie uklepał worek ze zbryloną wsypą w kształt poduszki.
Drzwi do piwnicy mieściły się we wnęce, koło lodówki. Dev otworzył je i wyciągnął rękę w chłodny mrok, żeby włączyć światło. To była goła żarówka upstrzona plamkami kurzu, które przypalały się, gdy szkło się nagrzało, i wypełniały wilgotne powietrze słabym, metalicznym zapachem spalenizny. Do niskiego, zagraconego pomieszczenia prowadziło kilkanaście schodków. Dev widział z góry całość piwnicy. Wysoka na mniej niż dwa metry, podłogę miała z surowego, niepomalowanego betonu, wyglądającą jak tafla zamarzniętego jeziora. Może jedną czwartą przestrzeni zajmowała instalacja grzewcza domu - rury, zawory, kocioł i zbiornik na wodę, oba o słoniowatych kształtach. Po kątach upchnięto pudła pełne wiekowych zabawek, zepsutych urządzeń i gadżetów, pleśniejących komiksów, szkicowników Deva z jego nastoletnich czasów oraz ksiąg przychodów i rozchodów z pożółkłymi, pozwijanymi stronami, które wypełniał ojciec, kiedy wciąż pracował na własny rachunek jako taksówkarz. Przy jednej ścianie stały metalowe łóżko z cienkim materacem oraz biurko, a na nim wielki, kanciasty monitor komputera, cały oblepiony kurzem. Pod biurkiem leżała jednostka centralna wielkości walizki, a obok niej - przypominający jelita, niemiłosiernie splątany kłąb kabli i wtyczek, których już do niczego nie dało się wetknąć.
Domy w Irlandii najczęściej nie mają piwnic, tylko strychy. Ojciec Deva zaczerpnął pomysł z amerykańskich seriali - to była jedna z jego wcześniejszych i mniej szkodliwych fantazji. Kiedy powstawał wykop pod piwnicę, ojciec snuł dalekosiężne projekty: miał zamiar umieścić tam salę gier i zabaw, domową siłownię albo warsztat; zanim jednak ukończono prace, jego uwagę, jak to często bywało, zaprzątnęło już coś zupełnie innego, a piwnica zaczęła pełnić rolę graciarni aż do momentu, kiedy młody Dev urządził w niej swój kącik. To z tamtych czasów pochodziły metalowe łóżko oraz biurko z komputerem. Dev spędził w piwnicy sporą część dzieciństwa, często tam nawet nocował. Inne dzieciaki wychodziły z domu; Dev schodził pod dom.
Teraz zszedł po schodkach i skierował się do metalowego łóżka, z konieczności schylony. Rozłożył prześcieradło na materacu i zawinął brzegi pod spód, po czym starannie je wygładził. Rozpostarł narzutę i ułożył poduszkę w głowach.
Wrócił do kuchni, a Ferdiowie sprowadzili młodego na dół. Doll nie protestował; robił, co mu kazano. Dev usiadł przy kuchennym stole. Georgie wyżarł kanapkę z żeberkiem spomiędzy kawałków rozbitego talerza i teraz zlizywał z podłogi plamę tłuszczu. Z piwnicy dochodziły odgłosy rozmowy, stłumione i niezrozumiałe: niski, rytmiczny głos Gabe'a przerywany chrząknięciami i stęknięciami, może Sketcha, może młodego, a może obu. Potem - zgrzyty i stukoty, jakby odgłosy przesuwania mebli. Następnie bracia wrócili na górę.
- Masz klucz do piwnicy? - spytał Gabe.
Dev odszukał klucz w jednej z szuflad i podał Gabe'owi. Ten przekręcił go w zamku i schował do kieszeni.
- Nie lubisz mocniejszych, co? - zwrócił się do Deva, przeglądając szafki nad blatem.
- Mocniejszych?
- Trunków. Whiskey, rumu, czegoś w tym rodzaju... O!
W głębi jednej z szafek Gabe wypatrzył butelkę Baileysa.
- To mojej matki - powiedział Dev.
- Ano - odrzekł Gabe. Odkręcił butelkę i powąchał. - Myślisz, że starsza pani Moira miałaby coś przeciw? Butelka stoi i tylko się kurzy.
Nalał trzy kieliszki i uniósł swój.
- Za braci Englishów!
Alkohol smakował słodko, a potem wypełnił klatkę piersiową Deva narastającą, duszącą falą ciepła.
- Umieram z głodu - oznajmił Gabe i ziewnął.
Przyszykował dla Sketcha i dla siebie po miseczce płatków śniadaniowych z czekoladą. Bracia jedli miarowo i w skupieniu. Dev słuchał mechanicznego, rytmicznego chrupania dochodzącego z ich ust i co jakiś czas zerkał na drzwi do piwnicy. Spodziewał się, że młody lada chwila zacznie walić w nie od środka i domagać się, żeby go wypuścili.
- Jak tam, Dev? Trzymasz się jakoś? - spytał Gabe.
- Czuję się dobrze.
- Zdziwiony, że to zrobiliśmy? - dołączył do rozmowy Sketch.
- Że zgarnęliście młodego z ulicy?
- Mówiliśmy, że tak będzie.
Jak mówili, tak zrobili. Kilka miesięcy wcześniej odwiedzili Deva, jak to mieli w zwyczaju, i przez cały wieczór siedzieli na jego kanapie, pili jego piwo i bez przerwy opowiadali o tym bezczelnym chujku, Cillianie Englishu. O tym zawziętym i tępym piździelcu. Wisiał Mulrooneyowi pieniądze, całą, kurwa, furę kasy, i nie oddawał o wiele za długo. Bracia Ferdiowie uznali, że czas się policzyć. Młodszy brat Englisha i jego matka mieszkali w mieście; może należało zająć się nimi i zrobić im coś takiego, żeby Cillian uświadomił sobie, że żarty się skończyły. Stwierdzili, że można by zgarnąć młodego i potrzymać go tutaj. Chata Deva byłaby idealna, orzekli; Dev przypomniał sobie teraz, jak się nakręcali, omawiając logistykę, cali szczęśliwi, że wreszcie odegrają się na Cillianie Englishu.
Wyszli wtedy o trzeciej nad ranem, a później już nie podejmowali tematu w obecności Deva. Mijały kolejne dni i tygodnie. Przez cały ten czas nic się nie wydarzyło. Kiedy Ferdiowie znów przyjechali z torbami sportowymi wypchanymi towarem, ani słowem nie wspomnieli o Cillianie ani o jego rodzinie, Dev doszedł więc do wniosku, że tamtej nocy bracia snuli pijackie fantazje o wyrównywaniu rachunków, a potem się opamiętali i o wszystkim zapomnieli.
- Ale jak to sobie wyobrażacie? - spytał teraz Dev. - Jak długo chcecie go tu trzymać?
Sketch posłał Gabe'owi uśmiech zadowolonego wilka.
- Wiedziałem, że typ nam nie wierzy. Nie myślał, że jesteśmy do tego zdolni.
Dev przycisnął język do podniebienia. Poczuł śmietankowy, sfermentowany posmak Baileysa.
- Faktycznie pomyślałem, że pierdolicie od rzeczy - powiedział. - Że tak tylko se gadacie, bo English was wkurzył.
- Tu nie chodzi o emocje - odparł Gabe. - To jest sprawa zawodowa.
- Mnie tam English wkurza - przyznał Sketch.
- Ale co pomoże zgarnięcie jego braciszka? - spytał Dev.
Gabe nalał sobie drugi kieliszek Baileysa. Wyciągnął paczkę papierosów i zapalił.
- Przed decyzją, że to zrobimy - powiedział - podjechaliśmy pod dom Englisha i spuściliśmy mu łomot na oczach jego rozbeczanej dziewczyny. Na koniec wsadziłem mu rękę do szuflady, a Sketch zatrzaskiwał ją tak długo, aż się rozpadła na strzępy, ręka też. Usłyszał, że jak nie odda kasy Mulrooneyowi, to następnym razem pierdolniemy jego truchło do rzeki Moy.
Gdy Gabe to sobie teraz przypomniał, wyglądał na przeszczęśliwego.
- I co, pomogło? - ciągnął. - To jest właśnie cały problem z młodym Englishem. Można kogoś zastraszać, ale musi mu zależeć na ratowaniu skóry. Więc jeśli straszenie nie skutkuje, trzeba zmienić podejście.
Strzepnął popiół z papierosa do zabarwionej czekoladą resztki mleka na dnie swojej miseczki. Spojrzał na drzwi do piwnicy, wyszczerzył zęby i wolno wypuścił kilka kłębów dymu.
- Jeśli to nie zrobi wrażenia na młodym Englishu, to już nic nie zrobi.
Bracia rzucili monetą, Sketch wygrał. Dev zaprowadził go do matczynej sypialni na piętrze. W swoim pokoju Dev połknął tabletkę z fiolki leżącej przy łóżku, po czym zszedł z powrotem na dół i czekał, aż zrobi się senny.
Na korytarzu podniósł przewrócony wieszak i znowu powiesił na nim stare płaszcze matki. Poszedł do salonu po laptop. Gabe siedział na kanapie, z kłębami dymu nad głową, pił kolejne piwo i oglądał wyciszony telewizor. Jacyś ludzie z błyskami w oczach i wyrazem oszołomienia na uśmiechniętych, lecz nieobecnych twarzach udzielali wywiadów, mówiąc bardzo szybko do mikrofonu w ciemnym pomieszczeniu wyglądającym jak nocny klub. Wokół kłębili się inni ludzie, których blade, połyskujące kończyny wchodziły w kadr.
- A co, jeśli spróbuje uciec? - spytał Dev.
- Dlatego tu dzisiaj śpię.
- W piwnicy są różne rzeczy. Narzędzia.
- Narzędzia?
- Może ich użyć jako broni.
- Na przykład tego wielgachnego komputera? No tak, można go komuś zrzucić na nogę. - Gabe popatrzył na Deva. - Nie przejmuj się młodym. On zrobi, co mu się powie. Inaczej nie zaszlibyśmy z nim tak daleko.
W kuchni Dev nasypał sobie miseczkę płatków z czekoladą i zjadł je samotnie przy stole. Przeżuwał z uwagą i gdy tylko zdawało mu się, że słyszy odgłosy z piwnicy, wstrzymywał oddech i z ustami pełnymi na wpół pogryzionych płatków wpatrywał się nieruchomo w drzwi, aż się nie upewnił, że to tylko złudzenie.
Nie mógł do końca uwierzyć, że tam, na dole, ktoś jest.
Zastanawiał się, czy Ferdiowie go związali. Albo zastraszyli. Albo pobili. Wyobrażał sobie, jak wraca do salonu, żąda od Gabe'a zwrotu klucza, gwałtownym ruchem otwiera drzwi i mówi młodemu, żeby spadał.
Ale dalej jadł płatki.
W domu zrobiło się cicho. Georgie ułożył się w swoim koszyku przy tylnych drzwiach i wrócił do drzemki.
Chociaż wiedział, że to bez sensu - był środek nocy, Ferdiowie zgarnęli młodego ledwie kilka godzin wcześniej, więc nawet jeśli ktoś to widział i zaraz zgłosił na policję, a policja zaraz przekazała informację do mediów, nie było możliwości, żeby gdzieś to już rozgłosili - Dev przejrzał strony internetowe wszystkich gazet lokalnych i regionalnych, aby się upewnić, że nie ma wzmianki o zaginionym chłopaku.
Kiedy już się upewnił, wpisał w wyszukiwarkę "SZPIC MINIATURKA JACK RUSSELL CHORE PŁUCA" i "SZPIC MINIATURKA JACK RUSSELL KŁOPOTY Z ODDYCHANIEM". Znalazł kilka wpisów przestrzegających przed skłonnością tego rodzaju mieszańców do podobnych schorzeń, ale nawet więcej komentarzy twierdziło coś wprost przeciwnego - że to pieski zaskakująco odporne i rzadko chorujące. Kiedy przeglądał kolejne strony, przyczłapał Georgie i kręcił się koło nóg Deva, wydając ochrypłe, błagalne skomlenie, co oznaczało, że trzeba go wyprowadzić. Dev też potrzebował się odpryskać. Zamknął laptop, ziewnął i potarł twarz. Czuł, że tabletka już wyczarowuje senność, uspokaja jego krwiobieg, zagęszcza myśli, spowalnia je i osadza jak muł na dnie jego stopniowo gasnącego umysłu.
Wypuścił psa tylnymi drzwiami. Już nie padało. Nocne powietrze miało zapach czysty i mineralny, jak często po deszczu. Georgie truchtał przez ogród, a Dev szedł za nim. Ogród był rozległy i pusty, otoczony betonowym murem, niewidocznym teraz w ciemności. Dev zawędrował po trawie spory kawałek w jego głąb. Wiejska ciemność jest bez porównania; czerń na polach za domem była tak głęboka, że nie mógł dojrzeć, gdzie kończy się ziemia i zaczyna niebo. Jedna wielka otchłań. Pojedynczy prostokąt okna w kuchni rzucał światło na fragment trawnika, ale Dev stał sporo dalej. Wyciągnął fiuta. Słyszał, jak niedaleko Georgie przedziera się przez trawę i szuka najlepszego miejsca do oddania moczu. Sikając, Dev odchylił się do tyłu tak bardzo, jak się dało, i patrzył prosto w górę. Na tle najwyższych, najciemniejszych przestworzy gwiazdy jawiły się jaśniej i wyraźniej, aż miał poczucie, że mógłby wyciągnąć rękę i dotknąć ich zimnych, fosforyzujących wnętrz. Ciepły, zakrzywiony strumień, który z niego tryskał, zafalował i zanikł. Dev strząsnął ostatnie krople i zasunął rozporek.
Jeszcze przez chwilę tam stał, wiedząc, że zostało mu już tylko pójść z powrotem do domu.
- Władowaliśmy się w gówno, Georgie - rzucił w ciemność.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.