DZIWNA HISTORIA PIOTRA SCHLEMIHLA
Adalbert von Chamisso
Adalbert Chamisso do Juliusza Edwarda Hitzig'a.
Nie zapominasz nikogo, więc przypomnisz sobie pewnego Piotra Schlemihl'a, którego dawnymi laty u mnie kilka razy widziałeś; był to wysoki chłopak, o którym mówiono że jest niezręcznym, gdyż był nieśmiałym, a jego ociężałość nazwano lenistwem. Ja lubiłem go jednak - nie zapomniałeś zapewne, Edwardzie, tej chwili z lat młodocianych, gdy on nam przeszkodził w sonecie; wziąłem go ze sobą na herbatę, a on już zasnął podczas pisania, nie czekając deklamacji. Przypominam sobie twój dowcip o Piotrze. Ty miałeś go Bóg wie jak dawno widzieć, w jego starej czarnej kurtce, którą i wówczas nosił i powiedziałeś: "- Ten chłopak mógłby się uważać za szczęśliwego, gdyby jego dusza w połowie była tak nieśmiertelną jak jego kurtka". Tak mało ceniliście go. Ja go lubiłem. Niniejszy tomik pochodzi od tegoż Schlemihl'a, którego dawno już straciłem z oczu. Tylko tobie, Edwardzie, memu najbliższemu, najserdeczniejszemu przyjacielowi, memu lepszemu oddaję ten zeszyt, tobie i naturalnie naszemu Fouqué, którego na równi z tobą kocham - lecz udzielając mu tej wiadomości przemawiam do przyjaciela, nie do poety. Zrozumiecie łatwo, jak niemiłym by mi było, spowiedź prawego człowieka, zawierzoną mi z całym zaufaniem w moją przyjaźń i rzetelność, ujrzeć na pręgierzu poezji, lub jak postąpiono by świętokradzko uważając ją jako lichy dowcip. Sam wprawdzie muszę przyznać, że szkoda tej historii, która pod piórem zwykłego człowieka wydaje się tylko nierozsądną, gdy obca zdolna ręka oddałaby cały jej komizm. Czymże by się stała pod piórem Jean Paul'a! Zresztą zważ i na to, kochany przyjacielu, że jest tu wymienionych wiele żyjących jeszcze osób.
Jeszcze słówko, co do sposobu otrzymania tych kartek. Wczoraj rano, gdym się przebudził, oddano mi je. Jakiś dziwny człowiek z długą siwą brodą, w zupełnie zniszczonej czarnej kurtce, z przewieszoną kapsułką botaniczną, noszący na butach pantofle przy wilgotnym choć bez dżdżu powietrzu, dowiadywał się o mnie i to dla mnie zostawił; mówił, że idzie z Berlina.
Kunersdorf, 27 września 1813.
Adalbert Chamisso
I.
Po szczęśliwej, chociaż dla mnie bardzo uciążliwej morskiej podróży, zawinęliśmy wreszcie do przystani. Skoro przybiłem łodzią do lądu, zabrałem sam mały mój pakunek, przecisnąłem się przez gromadę ludzi i wszedłem do najbliższego, najmniejszego domu, na którym wywieszony był szyld. Zażądałem pokoju; stróż zmierzył mnie wzrokiem i zaprowadził na poddasze. Kazałem przynieść świeżej wody i podać dokładny adres pana Tomasza John'a:
-Przed bramą północną, pierwszy dom po prawej ręce, wielki, nowy, z licznymi słupami z białego i czerwonego marmuru.
Dobrze. Była jeszcze wczesna godzina, rozwiązałem więc tłumoczek, wyjąłem mój nowy, ładny surdut, ubrałem się w najlepsze suknie, zabrałem list polecający i ruszyłem w drogę do człowieka, który w mych skromnych nadziejach miał mi być pomocnym.
Przeszedłszy długą ulicę północną, doszedłem do bramy i obaczyłem lśniące słupy przez zieleń drzew.
"- Więc tu" - pomyślałem sobie.
NAROŻNE OKNO
Ernst Theodor Amadeus Hoffmann
Memu biednemu kuzynowi przypadł los podobny, jak znanemu Scarronowi. Mój krewny, tak jak Scarrron, stracił zupełnie władzę w nogach i zmuszony był z łóżka do lektyki wysłanej poduszkami, a z lektyki do łóżka przenosić się przy pomocy tęgiej kuli i sprężystego ramienia zrzędnego inwalidy, który z upodobaniem pielęgnuje chorych. Ale jeszcze jedno podobieństwo łączy mego kuzyna z owym. Francuzem, który, mimo szczupłej twórczości, zajął poczesne miejsce w literaturze francuskiej dzięki humorowi osobliwego rodzaju, odmiennemu od dowcipu francuskiego. Podobnie jak Scarron pisuje mój kuzyn; jak on, posiada szczególną, żywą wesołość i własny sposób wypowiadania dziwacznych żartów. Jednak na chwałę pisarza niemieckiego należy zaznaczyć, że nigdy nie uważał za konieczne przyprawiać swoje małe pikantne miseczki asafetydą, aby drażnić podniebienie czytelnika niemieckiego, który podobnej potrawy by nie zniósł. Wystarczała mu szlachetna przyprawa, która podniecając pokrzepia zarazem. Publiczność chętnie czyta jego pisma; mają być dobre i zabawne; nie znam się na tym. Mnie osobiście bawiła raczej rozmowa z moim kuzynem i przyjemniej mi było z nim gawędzić, niż go czytać. Jednak ten niezwalczony pociąg do pisania czarne nieszczęście sprowadził na mego biednego kuzyna; najcięższa choroba nie zmogła kołowacizny jego fantazji, która w nim wewnątrz wciąż pracowała, tworząc wciąż a wciąż rzeczy nowe. Tak się złożyło, że opowiadał mi nieustannie rozmaite nader zabawne historie, które pomimo niezmiernych cierpień fizycznych ciągle mu przychodziły do głowy. Ale drogę, którą musi przepłynąć myśl, aby się utrwalić na papierze, zamknął zły demon choroby. Kiedy mój kuzyn chciał coś pisać, nie tylko palce mu odmawiały usługi, ale i sama myśl rozpraszała się i ulatniała. Z tego powodu popadł w najczarniejszą melancholię.
- Kuzynie, koniec mój nadchodzi. Jestem jak ów stary, szaleństwem złamany malarz, który całymi dniami siedział przed czystym płótnem, umocowanym na ramach, i wobec wszystkich gości, którzy go odwiedzali, wysławiał niezwykłe zalety wspaniałego obrazu, który właśnie wykończył. Zaniechałem czynnego, twórczego życia, które przybrawszy określoną formę opuściło mnie, radując się światem. Duch mój ciągnie do swej własnej pustelni.
WIGILIA ŚWIĘTEGO JANA
opowiadanie fantastyczne
Antoni Pietkiewicz
Opowiem wam, co mi się dawniej przywidziało:
Może we śnie - Bo kiedy sen uwięzi ciało,
Duch wolny może obiec rozległą krainę,
I długie pasmo życia w jedną zwić godzinę.
Sen (z lorda Byrona)
I.
Znasz mię Stefanie. Dziwiłeś się nieraz zbyt nagłym odmianom mojego humoru, który czasami aż do szalonej wesołości dochodził - czasami w niedocieczonym smutku mię pogrążał - albo też i marzeń krainę, w krainę lubego dumania unosił. Lecz jeślibyś, jakimkolwiek sposobem, potrafił przeniknąć moje dziwaczne marzenia; jeśliby one nagle się ukształtowały w obrazy widzialne dla oka, zlały się w dźwięki, które by ucho pochwycić zdołało: o, wtenczas byś pewno szaleńcem twórcę ich nazwał. Nic nie ma na świecie, aby, w marzeniach moich, dla mnie do spełnienia niepodobne było. W obłąkaniu moim, uważam siebie za jakieś bóstwo, za Czarnoksiężnika, któremu orszak Geniuszów posługuje, którego czarodziejska laska tłum dziwów skinieniem tworzy. Świat cały przede mną ugina kolana; anioły i czarty, niebiosa i piekło - na moje rozkazy!
W chwilach tych marzeń, lubię się pieścić z tajemniczo-poetycznymi podaniami gminu, które i bez tego, dla mnie, zawierają w sobie jakiś pociągający urok. Lubię im nawet i wierzyć; ale na niedolę, sam koniecznie pragnę o ich prawdzie się przeświadczyć! Powiadam - na niedolę - bo doświadczenie, wróg najzaciętszy idealizmu i marzeń, swoim wielowładnym berłem, potłukło ów rozkoszny urok niektórych z tych podań; jak niegdyś stary mój Pan Dyrektor, zabierając się do nauczania, i kładąc mi książkę przed oczy, nielitościwie niszczył moje hieroglify z kwiatów, i z kart pałace, poukładane na stole.
W wigilię Nowego Roku, w północ, siedziałem przed zwierciadłem, oczekując zjawienia się mojej narzeczonej i całej przyszłości. Z fajką w ustach, a piórem w ręku, usiadłem przy stole usłanym książkami i szpargałami papieru i długo dumałem, to w lustro spoglądając, to z dymu kółeczka rzucając w powietrze, a czasem myśli na papier. Minęła północ - i cóż widziałem? czego dociekłem? - prawdy! Wziąłem jedną lekcje doświadczenia, którego sposób nauczania śmiało porównać można do tego, jakim belfry bachorów po karczmach uczą.
Przede mną w zwierciadle była mroczna, nieprzejrzana przestrzeń, i ja, dokoła otoczony książkami z piórem w ręku, nad mym pamiętnikiem. Wprawdzie to można było przyjąć za istotną wróżbę. lecz ja nie lego żądałem. Widziałem moje przeznaczenie: przyszłość moja - tajemnica, jak przyszłość każdego człowieka. Przeczucie tylko powiada, że smutna. Praca moją przeznaczoną. Księgi i pióro - moi przyjaciele. Można to przyjąć za prawdziwą wróżbę, lecz jeszcze raz mówię, że ja nie tego żądałem.
W wigilią Ś. Jana, do której tyle dziwów lud nasz przywiązuje, wróciłem ze szkół do domu, i nasłuchawszy się gawęd staruszki, mojej i mego ojca piastunki, o strachach, czarownikach i wiedźmach, urokach, zawitkach w zbożu, o odbieraniu u krów i mleka itp., kiedy mi jeszcze oznajmiła, że ma gotować cedziłkę na osinowych drewkach, by poznać, kto mleko u krów odbiera; postanowiłem w tym jej dopomóc, i na zaś, po dokładnym opisaniu sposobów, rzecz całą zdała na moje ręce.
A tak! Więc, na dziedzińcu, który tylko parkanem był oddzielony od starej kapliczki i cmentarza, kazałem rozpalić ogień, i na trójnogu postawić kociołek z Jordańską wodą. Przyniosłem piasku z mogiły, który z cedziłką wrzuciłem do kociołka i tak już wszystko urządziwszy, o samej jedenastej w nocy, zasiadłem u ognia, oczekując zjawienia się wiedźmy. Ta zaś musiała przyjść do mnie koniecznie, bo to jej dusza z cedziłką się warzyła. Ona zaś, dla ulżenia sobie męki, powinna była nieodmiennie przyszedłszy prosić choć o szklankę wody, a zalecone mi było odmówić, a nawet drzazgi węgielka, piasku z dziedzińca wziąć nie pozwolić, bo uszłaby cała, i znowu szkodziłaby krowom. A tak zaś musi umierać lub czarów zaprzestać.
Dla większej pewności i bezpieczeństwa postawię strzelbę przy sobie i psu leżeć każę, i niecierpliwie oczekuję, zapowiedzianych odwiedzin czarownicy. Spoglądam to na zegarek, to na niebo, to drewek na ogień podrzucam, i marzę. Staram się myśleć o czymkolwiek rozsądniejszym, nie zaś o czarach, w które na ten raz pragnę nie wierzyć, bo włosy na głowie powstają!
Już blisko dwunastej. Dokoła uroczysta cisza, którą czasami tylko szczekanie psów wioskowych przerwie, lub pianie koguta. Już sama dwunasta. Wiatr dmuchnął. Płomień się zaiskrzył. Pies warcząc rzucił się ku furtce na cmentarz wiodącej, która się z wolna rozwarła, i - jakieś straszydło w bieli weszło na dziedziniec. Struchlałem ze strachu! Sam nie wiem, jakim sposobem porwałem za strzelbę, i chociaż ręce mi drgały, jak liść na osinie, jednakże niby to zmierzyłem - strzał huknął, i cała psiarnia, dotychczas uśpiona, rzuciła się z wrzaskiem na straszydło.
- Wszelki duch Pana Boga chwali! - rzekło to, chwiejącym się krokiem, zbliżając się do ognia.- Czarty przeklęte! Czego wy ode mnie chcecie? Wszelki duch Pana Boga chwali!
- I ja chwalę! - odrzekłem niewyraźnie, bo zęby strasznie dzwoniły.
- Cóż to, paniczu, robicie? - zapytało widmo ochrypłym głosem, słaniając się na nogach.
- To ty, Kazimierzu?
Widmem był szewc, zwolennik Bachusa, który, po śmierci żony, zazwyczaj każdej nocy sypiał na cmentarzu, w śmiertelnej koszuli, z butelką gorzałki w ręku.
- Czy nie raniłem ciebie? - spytałem, trochę ochłonąwszy.
- Czyż to panicz do mnie strzelili? Tak! Nu i powiedźcie! ja myślał, że do sowy, albo do tchórza, aż no do mnie! A gdyby panicz mnie zabili?
- A czegóż włóczysz się po nocy, jakby upiór jaki?
- Byłem u nieboszczki żonki; pogawędziliśmy trochę, daj wydziubali ot tę buteleczkę - rzekł, pokazując garncową flaszę. - Chodziłem do Żydów, ale te łajdaki nie dali mi więcej gorzałki na kreskę. Za to jutro łotrów Jordańską wodą wykropię, a tymczasem panicz niechaj mi sypnie do flaszy krembambuili garsteczkę, to, i za panicza zdrowie gągniemy z żonunią.
- Oj! warto ci sypnąć! Tylko nie gorzałki, ale brzozowego kwasu! Czego się włóczysz po nocy, i nawet po śmierci, pokoju żonie nie dajesz?
- Kwita byka za indyka! Nie miałem ja od niej pokoju za życia!
Westchnął nieborak, podrapał się w głowę, i rzekł po chwili:
- To panicz taki bez żartu nie da mi wódeczki?
- Więcej jak pewno, bo śpią już wszyscy i tobie radziłbym takoż pójść wyspać się w domu, a nie na mogile, a jutro...
- Jutro! dobrze, jutro znowu przyjdę, a panicz za to da mi naliweczki! Dobranoc!
I poszedł śpiewając: