Rozdział -02
Dziewczyna zamierzyła się na Marka. Gdy jej pięść śmignęła mu koło twarzy, zrobił krok w tył, potknął się i upadł. Ona zaś skoczyła na niego kocim ruchem i przygwoździła go do ziemi.
- Wiesz chociaż, co narobiłeś?! - krzyknęła. - Czekałam cały rok szkolny, żeby go dorwać! Joe się na mnie uwziął, wyzywał mnie. I właśnie kiedy... - Westchnęła gniewnie, przełykając ślinę. Chrapliwym głosem powtórzyła pytanie: - Wiesz chociaż, co narobiłeś?
Mark nie był pewien, czy powinien uwolnić się z uścisku. Wiedział, że dałby radę to zrobić, ale mimo to nie ruszył się z miejsca. Powiedział za to spokojnie:
- Natychmiast ze mnie złaź.
- Wszystko zepsułeś! Wszystko! Joe Devlin nagrabił sobie przez cały rok, zasłużył na solidne lanie.
- Przepraszam - odparł Mark. - Nie wiedziałem.
- Przepraszasz?! - wykrzyknęła.
- Taaa, naprawdę mi przykro. - Mark ściszył głos.
Dziewczyna wyglądała na zakłopotaną.
- Naprawdę ci przykro?
- Naprawdę.
Raz i drugi zamrugała, po czym osunęła się na ziemię, zwalniając uścisk.
- Aha - rzuciła i nieco zmieszana usiadła na trawie obok Marka.
Chłopak podparł się na łokciach i głęboko odetchnął.
- Cóż... - kontynuowała dziewczyna, wciąż nieco zdenerwowana - to dobrze, że jest ci przykro, powinno być.
Mark podniósł się z ziemi i wyciągnął z kieszeni list. Był cały wymięty i czuć go było potem. Nie wygląda aż tak źle, pomyślał.
Odwrócił się do dziewczyny.
- Muszę spadać - rzucił i przeszedł przez skwer prosto w stronę budynku poczty.
Zanim zdążył wejść na chodnik, dziewczyna dogoniła go, prowadząc przy boku swój rower.
- Nie znam cię - oznajmiła. - Jesteś nowy w Odysei, co?
- Tak. - Mark przyspieszył kroku.
- Mieszkasz w domu po starej pani Schaeffer, prawda?
Mark skinął głową. Stara pani, zadumał się. Ciekawe, czy tak ją tu nazywają?
"Stara pani" Schaeffer była jego babcią, mamą mamy. Dom należał do niej, mieszkała tam aż do śmierci. Kiedy kilka lat temu zmarła, wszystko, co posiadała, przeszło w spadku na mamę Marka, również ten dom. Chłopak nie znał babci zbyt dobrze, w zasadzie wymieniali się tylko kartkami na Boże Narodzenie i urodziny.
- Przyjechałeś tu z mamą, mam rację?
Mark wiele by dał, aby dziewczyna zostawiła go w spokoju. Zadawała zbyt wiele pytań. Prędzej czy później zacznie wypytywać o ojca.
- Słuchaj - powiedział Mark, raptownie przystając. - Przeprosiłem przecież, że pokrzyżowałem ci plany. Ale muszę już lecieć. Miło było cię poznać.
Ruszył, znacznie wydłużając krok, w nadziei, że dziewczyna się od niego odczepi. Usłyszał za plecami terkotanie roweru. Może po prostu na niego wsiądzie i sobie pojedzie, pomyślał.
Ale ona znów się z nim zrównała.
- Idziesz do Whit's End? To dokładnie w tę stronę. Ja też akurat tam idę.
- Idę na pocztę. Nie wiem, co to jest Whit's End.
- Nie wiesz nic o Whit's End? To chyba od przeprowadzki musiałeś się ukrywać w jakiejś dziurze.
- Byliśmy dość zajęci. Musieliśmy wypakować wszystkie pudła - odparł Mark, przechodząc do defensywy.
- Rozumiem. No więc tak... Whit's End to najlepsza miejscówka w całej Odysei. To trochę jakby lodziarnia, ale mają tam też dużo różnych urządzeń, wynalazków i... - zawahała się - po prostu sam musisz to zobaczyć. Zabiorę cię tam, jak wyjdziemy z poczty.
Jak wyjdziemy z poczty? Markowi się to nie spodobało. Plan jego misji nie przewidywał udziału nieznajomych dziewczyn.
- Ale ja... - zawiesił głos. Mógł być niemiły i kazać jej spływać, ale nie tego nauczyła go mama. - Okej - zgodził się w końcu.
Droga do centrum Odysei zajęła im nie więcej jak pięć minut. Równie dobrze mogłoby to jednak być pięć godzin. Oprócz odpowiedzi na jej pytanie, jak ma na imię, Mark nie miał okazji odezwać się ani słowem, bo dziewczyna trajkotała bez opamiętania.
Poinformowała go, że nazywa się Patti Eldridge, a potem zaczęła opowiadać:
- Lubię robić to, co zwykle robią chłopcy, ale inne dzieciaki się ze mnie śmieją, bo jestem przecież dziewczyną. A wiesz, właścicielem Whit's End jest taki jeden facet, nazywa się John Avery Whittaker. Kiedyś był nauczycielem, ale rzucił to, bo lubi budować różne wynalazki dla dzieci.
Potok zdań nie miał końca. Po prostu mówiła "A wiesz..." i zaczynała kolejne. Po jakimś czasie Mark zrobił to, co robił zawsze w towarzystwie ludzi nad wyraz gadatliwych: przestał słuchać i odpłynął myślami gdzieś bardzo daleko.
Był znów w swoim pokoju. Nie tym w domu babci, ale w swoim własnym pokoju, tym prawdziwym, w Waszyngtonie. Zapinał koszulę, pospiesznie szykował się do szkoły. Trochę się denerwował.
Z innej części domu dobiegały podniesione głosy mamy i taty. Znów się kłócili. Wyglądało na to, że kłócą się ostatnio coraz częściej. Mark podejrzewał, że chcą to przed nim ukryć, ale się nie dało. Słyszał ich od rana, a czasami późno wieczorem. A nawet kiedy się nie kłócili, Marka wykańczała grobowa cisza przy posiłkach. Tata często mówił, że musi posiedzieć do późna w pracy, ale chłopak wiedział, co to tak naprawdę oznacza.
Mark drżącymi palcami zapinał guziki, nasłuchując głosów rodziców. Padło jego imię. Zastygł. W głowie wybrzmiało mu milion pytań, a żołądek przeszył skurcz niczym od potężnego ciosu pięścią. Nie były to pytania z rodzaju tych na szkolnym sprawdzianie. Bardziej przypominały uczucia, którym towarzyszą liczne niewiadome: Dlaczego rodzice muszą się tak bardzo kłócić? Dlaczego mówią o nim?
Może to on zrobił coś, o co teraz się sprzeczają? Może to dlatego, że znów zaspał do szkoły? Może znów zostawił buty na środku salonu? Może... może... to wszystko jego wina? Może nie kłócą się w jego obecności właśnie dlatego, żeby nie musiał wysłuchiwać całej listy swoich przewinień, które tak ich poróżniły?
Głosy raz jeszcze się podniosły, po czym całkiem ucichły. Jak gdyby na ringu ktoś uderzył w gong i odesłał pięściarzy do narożników po zakończonej rundzie.
Mark usłyszał miękkie szuranie na schodach. Ktoś wszedł na piętro, przeciął korytarz i zatrzymał się pod jego pokojem. Drzwi się otworzyły, to był tata. Ze znajomym wyrazem dezaprobaty rzucił okiem na pomieszczenie.
- Jesteś jeszcze niegotowy - powiedział. - Chcesz znów spóźnić się do szkoły?
- Nie, tato - wyszeptał Mark.
- I spójrz tylko na ten pokój. Ile razy mam ci powtarzać, żebyś tu posprzątał? - Pokręcił głową. - Pospiesz się. Matka czeka na dole ze śniadaniem.
Ojciec Marka odwrócił się na pięcie i wyszedł. Po chwili trzasnęły drzwi w pokoju rodziców.
Mama czekała w kuchni; nie odezwała się ani słowem. Kiedy podawała mu śniadanie, Mark zauważył, że ma zaczerwienione i wilgotne oczy. W pewnej chwili podeszła i pocałowała go w czoło. Nie przypominał sobie, żeby robiła to kiedykolwiek wcześniej. Zwykle dostawał buziaka dopiero w drzwiach. Ten gest go przestraszył; nie zdołał już nic przełknąć.
W końcu założył kurtkę i wziął plecak, gotowy zetknąć się z porannym chłodem. Mama otworzyła przed nim drzwi, pochyliła się i jeszcze raz go ucałowała. Jedna z jej łez rozmazała mu się na policzku. Była jeszcze ciepła.
Wychodząc na lutowy mróz, Mark wetknął ręce do kieszeni kurtki. Usłyszał, jak śmieją się i gawędzą dzieciaki czekające przy końcu ulicy na szkolny autobus. Zastanowiło go, czy i one miewały poranki takie jak on dzisiaj. Czy ich rodzice też zaczynali się kłócić jeszcze przed śniadaniem?
Zszedł po schodkach werandy i przez ramię zerknął na mamę, która zamykała właśnie drzwi. Jego wzrok powędrował w górę, ku oknu w sypialni rodziców. Nieznacznie poruszyła się firanka. Przez krótką chwilę Markowi wydawało się, że ojciec mu się przygląda.
Kiedy po południu zdyszany wrócił ze szkoły, mama poprosiła go, żeby usiadł i uważnie posłuchał. Łamiącym się głosem oświadczyła, że tata od nich odszedł. Podała kilka wątpliwych wyjaśnień: był ponoć przepracowany, mieli jakieś kłopoty i ojciec nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć.
Ale Mark wiedział, jak było naprawdę. Ojciec odszedł z jego powodu. Zostawił ich, bo Mark znów zaspał i miał bałagan w pokoju; tata nie mógł tego dłużej znieść. To była wina Marka.
- O, jest już poczta. - Patti wyrwała Marka z rozmyślań.
Chłopak pospiesznie wszedł do małego ceglanego budynku, ustawił się za ostatnią czekającą osobą, a kiedy przyszła jego kolej, podał przez okienko swój list.
Obsługująca go kobieta leniwie się uśmiechnęła i wręczyła mu kopertę z powrotem.
- To jest za bardzo wymiętoszone - stwierdziła. - Włóż list do nowej koperty, złociutki. Nie chcesz chyba, żeby zagubił się po drodze?
Pokręcił głową i odszedł od okienka. Musiał jak najszybciej dostarczyć list tacie.
Wyszedłszy z poczty, zwrócił się do Patti:
- Muszę szybko wrócić do domu.
- Ale mieliśmy teraz przecież iść do Whit's End.
Zaczął protestować, ale dziewczyna złapała go za rękaw i pociągnęła za sobą.
- To już tutaj. - Wskazała. - Zaraz za parkiem McAlistera. No chodź.
Nie chciał być nieuprzejmy; pomyślał, że zmyje się przy najbliższej okazji. Kiedy szli przez park, Patti pokazywała mu, gdzie co jest. Ten budynek to siłownia, tam są boiska do koszykówki, tutaj hala sportowa. Ale jemu było to całkowicie obojętne. Wtedy ich oczom ukazał się budynek inny niż cała reszta. Był to duży dom, stojący w oddaleniu od innych obiektów, jak gdyby nigdzie nie pasował.
W miarę jak się zbliżali, Mark zauważył, że budynek przypomina raczej zlepek konstrukcji o przypadkowych kształtach: składały się na niego między innymi małe, średnie i duże sześciany oraz prostokątna część z oknami. Był pokryty wielospadowym dachem, łamanym pod tak dziwnymi kątami, jak gdyby architekt nie mógł się zdecydować, w którą stronę go ułożyć. Z jego czubka sterczała wieżyczka.
- To jest właśnie Whit's End - oznajmiła Patti.
Przez krótką chwilę Mark stał zauroczony tym dziwnym miejscem. Ale przypomniał sobie o swojej misji. Wcale nie chciał wchodzić do lodziarni. Chciał wrócić do domu. Chciał wziąć nową kopertę i wysłać list do taty. Chciał uwolnić się od Patti Eldridge, która ciągle gadała, mimo że on już dawno przestał jej słuchać. Już miał powiedzieć, że musi lecieć, kiedy nagle... nastąpił wybuch!