Dziwne kraje - Sara Gallardo

-
Proszę czekać

Teraz jest inaczej. W tamtych latach nic, tylko tępiliśmy Hiszpanów.

Widziałem kiedyś grenadiera ze stopą zajętą przez robaki, które wydłubywał sobie patyczkiem. Powtarzał przy tym: "Jeszcze jeden, zdychaj" - w dzień i w nocy. W gruncie rzeczy byliśmy jak on. W dzień i w nocy ta sama obsesja: wytępić Hiszpanów w Ameryce. Byli robakami toczącymi wolność. I na odwrót. Byliśmy robakami toczącymi imperium. Bez litości.

Uznawszy mnie za martwego, zostawili w strasznym miejscu, w Andach. Bardzo wysoko w górach, gdzieś w Peru.

Pochodzę z pampasów. Skały, wiatr, kondory moich rozmiarów, papierowe niebo... Góry mnie przerażają. Z towarzyszami mogłem je znieść. Ale otworzyłem oczy pośród milczenia, znalazłem się sam...

Kondor przysiadał na głazie, przyglądał się mi okrągłym okiem.

"Jeśli przestanę na niego patrzeć, zacznie", tak sobie myślałem. Zacznie co? To, czego świadkiem byłem tyle razy: wybałuszone okrągłe oczy, łopot skrzydeł, łapczywość, gołe szyje, które nurkują i wynurzają się umazane wnętrznościami. Pośród piór ludzkie ciało zdaje się ruszać.

"Jeśli przestanę na niego patrzeć". I przestawałem, nie sposób powiedzieć, na jak długo. No bo moje rany.

No i słońce. Na tej wysokości jest inne, niewyobrażalne. Podobnie i cień jest inny. Szukać ochłody znaczy zagłębiać się w lód, szukać ciepła - w ogień. Tak się umiera, raz, dwa, w górskiej obojętności.

Bez gór, bez kondorów, bez słońca, bez cienia - wystarczyłyby te rany: złamana noga, złamane ramię, pogruchotane żebra, coś z boku twarzy.

No i pragnienie. Pragnienie ponad wszystko.

Wkoło ośnieżone szczyty, cięcia w żywym mięsie, fałszywe jak śmierć złoto pampasów.

Dlaczego byłem sam? Podkowa obok stopy oraz działko nieco dalej stanowiły całe moje towarzystwo. Żadnego trupa, żadnego głosu, żadnej innej broni. I kondor na czatach.

Pomyślałem: nie żyję. Ból wyprowadził mnie z błędu.

Zrozumiałem, że spadłem ze zbocza, bez wątpienia z winy muła. Zawsze się nienawidziliśmy. Musiał się stoczyć z czystej złośliwości, pociągając za sobą kamienie, pociągając za sobą mnie; przy okazji działko zleciało mu z grzbietu. Dałbym głowę: osunął się niżej - podkowa została na pożegnanie - i leżał tam, jak sugerował rejwach kondorów nad czymś w pobliżu. Jeśli byłem w stanie się ucieszyć, to się ucieszyłem.

Posłużyły jako sygnał, przypuszczam, te kondory.

Otworzyłem oczy - światło tymczasem się zmieniło - dusił mnie jakiś knebel: własny język. Nieopodal ruszał się grzyb albo może żółw (znowu pomyślałem, że nie żyję), albo raczej odziany w skóry ludzki stwór - ostrożny, przygarbiony, z bronią. Odganiał kondory od muła.

Powiedziałem:

- Na Boga...

Nie wydobył się ze mnie żaden głos.

Krzyknąłem:

- Bracie, na miłość boską.

Dalej pamiętam ciemność, pragnienie ustało, leżę związany jak szynka. Słychać ciche trzaski: to moje krzesiwo. Pojawia się płomyk, widzę tamtego stwora, widzę połysk na jego łysej czaszce. Stwór schyla się, by rozpalić ogień. Ogień rośnie. Tamten szlocha, wciąż schylony nad płomieniem.

Jest dzień. Miejsce okazuje się jaskinią. Nadal leżę skrępowany - leczniczo - futrzanymi pasami. Wejście blokują głazy. W pewnej chwili słyszę, że ktoś je odsuwa, przymykam oczy, podglądam. Osobnik w jasnych skórach znów zamyka wejście; nim spojrzy na mnie, skupia się na żarze, który interesuje go dużo bardziej niż ja.

Dlaczego tak mi trudno powiedzieć o nim "człowiek"? Poruszenie, jakie budzi w nim ogień, okazywana mi troska są bardzo ludzkie. Jego łysina świadczy o białej krwi. Coś mnie w nim przeraża. Przede wszystkim to, że nie mówi.

Zmieniam się przy nim. Ja, tak spontaniczny, staję się przebiegły. Odważny - ulegam lękowi. Skłonny do wdzięczności - czuję instynktowną niechęć.

Jeszcze dwa wspomnienia: dni, kiedy wędził odebrane kondorom kawałki muła, papka, którą mnie karmił. Gdy doszedłem do siebie, odkryłem, że było to przeżute przez niego mule mięso.

Minęły miesiące. Zmarszczony, olbrzymi, z błękitnymi oczami przyklejonymi do nosa o czerwonym czubku, skulony przy ogniu. A ja, chcąc skłonić go do mówienia, opowiadam historie, śpiewam, ba, recytuję dziesięciozgłoskowce - na nic. Głuchoniemy, nie ma rady. Ileż to razy do niego mówiłem, niepokojąc go dźwiękiem, sprawiając, że wściekły odwracał się do mnie plecami. Moja walka polegała na mówieniu. Jego - na milczeniu. Ponieważ nie mógł inaczej na mnie wpłynąć, raz cisnął kamieniem. Niewielkim, ale przy moich ranach wystarczyło. Zaakceptowałem milczenie. I zrezygnowałem z przyjaźni.

Hiszpan, uznałem. Bask, góral. Dezerter. Albo jak ja: odpadek. Skąd takie wnioski? Że Bask - z jego wyglądu. Reszta - wrażenia.

Przyszło mi do głowy, że powodem, dla którego nie chce ze mną rozmawiać, jest mój mundur. Mundur robaka toczącego imperium. Ale tam, na górze, co to w sumie znaczyło?

Puste słowa. Prawda wyglądała dla mnie tak, że odrzucał człowieczeństwo. Mimo że ocalił mnie za cenę wielu wysiłków, pozostawaliśmy wrogami. Właśnie przez to: przez milczenie.

Ale dlaczego wolał milczeć?

Przed snem znikał w jakimś kącie, założyłem, że jaskinia zakręca, co później się potwierdziło.

Strach - jak gdyby całe zło gór skupiło się w jego osobie - powodował, że zdrowiejąc, udawałem słabszego, niż się czułem. Gdy wychodził i zapadała cisza, jeśli nie liczyć wiatru i odgłosów wysokości, zdobywałem się na wysiłek, by usiąść.

Potem zacząłem się czołgać, z jękiem, pojmując, że do zdrowia jeszcze mi daleko i że jeśli chcę przeżyć, muszę zdać się na czas i na swego gospodarza.

Zdać się, co za słowo. Zdać się znaczy przemówić, podać swoje imię, stopniowo zyskiwać ogląd sytuacji.

Kiedy udało mi się postąpić kilka kroków, zobaczyłem jego leże, jego skarby: działko, rzemienie, resztki mundurów, naszej i hiszpańskiej broni, uprząż muła, kamienne narzędzia.

Długie godziny spędzałem sam. On polował. Zrozumiałem, że przygotowuje się do zimy. Zimy! Ranny zostałem wiosną, a i wtedy chłód w obozie panował nie do wytrzymania, nie wspominając o marszach. Zima. Wczepiałem się w jaskinię jak w brzuch matki. Umrzeć - to się zdarza. Ale w górach...

Przechodzimy do pierwszego śniegu.

Ziąb w jaskini nastał poważny.

Dźwignąłem się, jak zawsze, kiedy tamten wychodził. Ależ zawroty głowy - wsparłem się o skałę. Jak zawsze jąłem uginać nogi i ramiona. Jedną nogę i jedno ramię. To drugie było niczym para kołków. Poprzysiągłem, że je sobie podporządkuję, i całymi godzinami rozcierałem, zmuszając do ustąpienia. Kończyny buntowały się, ale robiłem postępy. I te postępy stanowiły moją obsesję, sens moich dni.

Zmiana światła sprawiła, że zerknąłem na dwór. Ujrzałem świeży śnieg. Ujrzałem ślady stóp.

Niemal okrągłe. O średnicy łokcia. Z odsuniętym paluchem i zatartą resztą. Ich właściciel szedł na dwóch nogach, boso. Sądząc po zagłębieniach w śniegu, ważył odpowiednio dużo.

Zacząłem trząść się jak zając. Wyobraziłem sobie, jak dobry węch ma to monstrum, wyobraziłem sobie własną słabość. I swojego wybawcę tam po drugiej stronie, na łasce potwora. Już miałem czołgać się w poszukiwaniu szabli, kiedy głazy u wejścia drgnęły. Cofnąłem się w stronę ognia, zdecydowany podpalić koc w ramach improwizowanej obrony, ledwie jednak dostrzegłem znaną mi, owiniętą w strzępy wełny dłoń, przebiegłość znów wzięła we mnie górę, padłem na ziemię, okryłem się kocem, udałem, że śpię.

Tym razem popatrzył najpierw na mnie, nie na ogień. Owszem, nie leżałem w zwykłym miejscu, ale w takich warunkach trudno się było dziwić, że szukałem ciepła. Chciał sprawdzić coś innego. Oddychał spokojnie, miarowo. Sam też zobaczył ślady i chciał sprawdzić, czy na pewno śpię. Wiedział o potworze. Niepokoiło go tylko to, czy wiem o nim i ja.

Potrząsnął mną. Udałem, że dopiero się budzę, choć łomotało mi w skroniach. Wskazał mój kąt. Ja wskazałem palenisko. I zaraz potem, żeby nie zarazić się tą mową na migi:

- Od dziś zamierzam spać przy ogniu.

Pokręcił głową, okalające łysinę szare kosmyki omiotły mu ramiona. Szarpnął koc, rzucił go do mego kąta.

Potem jest okres, w którym zaszły pewne zmiany. Moje nogi działały lepiej, moje ramię mnie słuchało.

Zdawał się na to czekać. Przystąpił do prac kowalskich, których początkowo nie pojmowałem. Lufy od karabinów za obcęgi, kamienie za kowadło. No i ogień naturalnie. Oraz miech ze skór, uszyty na moich oczach, nim się zorientowałem. Ogarnął mnie podziw.

A harowałem jak niewolnik. Już wcześniej zauważyłem, że ludzie z gór, ludzie z Europy, pracują jak istoty bez serca, przez cały czas. Kazał mi stać przy tym miechu w nieskończoność. Chodziło o to, żeby przekuć moje działko w coś innego. Udało mu się. Udało się nam. W dwa szpadle, rodzaj szpadli.

Gdybyśmy tylko użyli ich do odśnieżania.

Czasami myślałem o tamtych śladach stóp jak o przywidzeniu. Czasami pod wpływem byle odgłosu zrywałem się na równe nogi, gotów się bronić. I widziałem, jakby to się naprawdę działo, swoją szablę przełamaną niczym słomka w łapach niedźwiedzia, widziałem szarżującego na mnie mastodonta, jego kły. Jednego dnia był włochaty, drugiego pokryty łuskami, kiedy indziej stawał się olbrzymem, który w każdej ręce dzierży człowieka i jednym chapnięciem pozbawia go głowy. Trzymałem się pomysłu z ogniem: na początek żar w oczy, następnie łuczywo w pysk, piersi i kałdun. Już słyszałem ten ryk. Widziałem, jak skulony potwór się cofa, schowawszy pazury.

I nigdy o nim nie mówiłem.

W samotności, międląc skóry, tnąc je na pasy, szyjąc, wędząc mięso (moja aktywność ograniczała się do wnętrza; nie było dobrze widziane, żebym wychodził), rozmyślałem. Wyobrażałem sobie wiele rzeczy. Światło dnia - jak dobrze na nas wpływa. Ja żyłem w mroku. Wyobraziłem sobie, że mój gospodarz oswoił tamto monstrum i kazał mu dla nas polować. Wyobraziłem sobie zbyt wiele. Niby to dla osłony przed wiatrem otoczyłem swoje legowisko kamieniami, chciałem mieć pod ręką pociski.

Ależ się ku nim tamtej nocy rzuciłem. Obudził mnie straszny głos. Potwór. Nie. Łagodny blask paleniska kładł się na ciemne sklepienia. Wszystko w porządku. Poza tym głosem, tym echem, poza tym nieludzkim językiem, z którego wypryskują znane słowa: María Luisa, Cayetano.

Mój towarzysz śnił po baskijsku.

Przyzwyczaiłem się w tamtym czasie do tylu rzeczy, że przyzwyczajenie się do jego snów nie było wysiłkiem nie z tego świata. Nie z tego świata był jego głos, jego słowa, ich dźwięk. Oraz ziąb.

Podczas jednej ze swoich inspekcji odkryłem zatkaną skalnym odpryskiem niszę, a w niej bardzo wymiętoszony wojskowy dokument wystawiony na Miguela Cayetana Echeverrigoitíę, urodzonego w Hornachuelos, w Biskai, żołnierza 4. Pułku Piechoty Strzelców Królewskich. Jakże inteligentny się poczułem. Nawet się roześmiałem. Ja, na jego łasce, przez chwilę poczułem się jego panem.

To pobudziło moją gadatliwość, zmarniałą do monosylab, i to w sposób niespodziewany: jąłem opowiadać sprośne żarty. Nigdy mnie nie bawiły; w obozowym życiu słyszy się ich za dużo. Powtórzyłem jeden po drugim. Moim zamiarem było pobudzenie w nim czegoś, nie bardzo wiedziałem czego. Śmiechu. Właśnie, śmiechu. Po mowie to najbardziej ludzka rzecz (wyjąwszy zdradę). Poczułem, że śmiech czy uśmiech może zwiastować słowo. Jedno słowo - i mury jego szaleństwa mogły runąć.

Wciąż go widzę, tak jak tamtej nocy, w czerwonawym świetle, z kością przy wysysaniu szpiku wetkniętą w usta niby flet. Żarty go nie śmieszą. Jego oddech przyspiesza. Żałuję, że prawdopodobnie poruszyłem w nim cielesne żądze. Milknę, zasmucony.

Wyznaczyłem sobie, kiedy porozmawiam z nim o potworze. "Jutro, ledwie zaświta".

Świt to najokrutniejsze górskie kłamstwo. Wydaje się wręcz niewinny, wręcz piękny.

Nie nastał. Obudziłem się bez światła. Śnieg zamknął nas w jaskini. Na nic szpadle.

Zostaliśmy pogrzebani.

On sprawiał wrażenie spokojnego. Postanowiłem pójść w jego ślady. Jeśli umrzeć, to z godnością. Jedno zastrzeżenie: skoro przeznaczono mi śmierć w górach - to czemu nie wcześniej, w tamtej rozpadlinie, między działkiem a podkową; po co ta znajomość w grocie, długie leczenie, żeby na jedno wyszło? Cóż. Nie było kondorów, a to już coś. Były za to...

Na pamięć znałem listę tego, co było. Zapasy uwędzone, zioła ususzone, opał zgromadzony. Mój Bask okazał się zapobiegliwy jak marynarz.

Zawsze wierzyłem, że opuszczę to miejsce, nim trzeba będzie sięgnąć po pewne zapasy, które uwędziłem latem i jesienią. Na przykład po węże, wydarte kondorom przez mojego towarzysza ciskającego kamienie jak gromy. Podszedłem do nich filozoficznie, wspominając pożywienie, któremu zawdzięczałem siły.

Zaczęło się współegzystowanie, które często wiedzie do morderstwa - współegzystowanie dwóch więźniów.

Owinięci w skóry, nachyleni do ognia podtrzymywanego w zagłębieniu - żyliśmy. Głowy obwiązane strzępami najróżniejszych mundurów, pokryte szronem, z zasłoniętymi oczyma; nogi i stopy w workach ze słomą i z kozią sierścią. Na zewnątrz wiatr był... sam nie wiem - jak gdyby góry przybrały konsystencję powietrza i się rozszalały. A my w jego brzuchu jak żyjątka gotowe do wydalenia w nicość.

Robak imperium, robak wolności, oba wijące się jeszcze przez chwilę - jak długo i po co?

I bez słowa.

Rządził on. Jako pan domu. Żadnych zastrzeżeń. Co się w takich sytuacjach je, co się pije, co się wytwarza i kiedy ćwiczy - a wszystko, wszystko w milczeniu.

Co się pije? A, tak. Do każdego posiłku był napar. Ten mój, jak odkryłem, tylko dla mnie. Gorzki, z korzeni jakiejś czarniawej rośliny.

Późno zdałem sobie sprawę, że to narkotyk. Coraz więcej spałem. Budziłem się ociężały, śniłem, cały dzień chodziłem otumaniony. To i lepiej, pomyślałem. Nawet wrzaski o Maríi Luisie i Cayetanie do mnie nie docierały.

Spać musiałem i tej nocy, kiedy potwór wszedł do jaskini. Spać przez te godziny, które zajęło mu przekopanie śniegu na zewnątrz, spać przez te dni, kiedy mozolnie przesuwał się ku wejściu, spać, gdy odwalił blokujące je głazy. Wiatr nie zagasił ognia. Ziąb nas nie zabił. Bo czyjaś ręka w porę osłoniła żar kamieniami, zamknęła wejście od wewnątrz, potem wypuściła gościa i znów zamknęła otwór. Ręka wspólnika monstrum.

Zmiany zauważyłem nazajutrz: światło w szparach, osłonę wokół ognia, ułożone inaczej głazy u wejścia. I ten zapach.

Moje przebudzenie było przedmiotem obserwacji tak uważnej, że pojąłem: życie albo śmierć. Postanowiłem udawać głupka. Uradowałem się:

- O! Stopniał śnieg na dworze!

Sojusz don Cayetana Echeverrigoitíi z monstrum nieznanego gatunku wystarczył, żeby zniwelować działanie narkotyku. Spożytkowałem swoją rzekomą radość. Pochylony nad dwoma kamieniami, które od wielu tygodni obijałem o siebie nawzajem, chcąc uzyskać coś w rodzaju topora, zmusiłem swój system nerwowy, aby dostosował się do miarowego rytmu uderzeń. Mój czujny towarzysz mógł wychwycić byle zmianę.

Zrozumiałem, zupełnie jakbym zobaczył to wypisane wielkimi literami na ścianie, że moja śmierć została przesądzona, teraz wszystko zależało od tego, jak dobrze będę udawał. Że topór, skóry, które międliłem i zszywałem, mięso, które wędziłem, moje własne mięso, też uwędzone - wszystko to miało posłużyć przetrwaniu mego wybawcy, ponieważ surowe warunki zimy nie pozwalały mu dłużej ukrywać przede mną sekretu. Jego odsłonięcie zagrażało mojemu życiu. Postanowiłem rzecz odwlekać. Zamierzałem być tępakiem nad tępakami.

Ale że ciekawość cechuje tępaków tak samo jak resztę, nie chciałem pić naparu. Wykorzystałem wstydliwość mojego towarzysza, który, kiedy tylko szedłem do dziury wykopanej pod osypiskiem piaskowca, odwracał się tyłem. Tam wylałem swoją herbatkę, a bijący z niej opar wmieszał się w inne, bardziej dla tego miejsca typowe.

Upozorowałem nieprzezwyciężoną senność. Położyłem się spać. I spałem, tak jak przez wszystkie następne noce. Bo potwora ani śladu. Aż można by o nim zapomnieć. Aż można by uznać, że chodziło o jeszcze jedno przywidzenie.

Zapomnieć - nie do końca. Przekop, który doprowadził go pod nasze drzwi, utrzymywaliśmy we dwóch ciężką pracą swoich szpadli. Można było od tego umrzeć ze zmęczenia. A od białej nieskończoności - ze smutku. Niepytanie zaś o ten cud, który otworzył owo przejście, zakrawało niemal na samobójstwo.

Skomentowałem raz szczęśliwy traf, który zapewnił nam te "roztopy". Wywołałem najdziksze, najpodejrzliwsze ze spojrzeń. Skulony nad szpadlem wyglądałem niewinnie. Moje żałosne pochodzenie z równin mogło tłumaczyć ten i inne błędy.

Czy mówiłem, że ciekawość cechuje wielu? Tak. Również potwory.

Mój towarzysz zmajstrował sobie coś na podobieństwo rakiet na stopy. Zakładał je, by chodzić po najbliższej okolicy - bał się, że większa śnieżyca odetnie go od jaskini. Czyli znów spędzałem dużo czasu samotnie. Jakaż ulga.

Siedziałem więc sam, polerując topór, kiedy poczułem się obserwowany. Włosy powoli stanęły mi dęba. Nie przerwałem swojego zajęcia. Pomyślałem, że Bask w jakimś nowym obrocie swego szaleństwa postanowił jednak mnie zabić. Albo może...

Niby to chcąc dorzucić do ognia, dyskretnie się rozejrzałem. Coś zerkało do środka zza kamieni. Coś, co przysłaniało więcej światła w szczelinach, niż przysłoniłby człowiek, choćby i w skórach, choćby i w zawoju na głowie. Wielki cień.

Przyniosłem pochodnie. Przyniosłem leżącą przy łóżku Baska strzelbę z bagnetem. Przyniosłem szpadel i nabrałem nim żaru. Ułożyłem wokół siebie kamienie.

Cień zniknął. Smutne światło z zewnątrz znowu wpadało przez szczeliny.

Powziąłem decyzję: skończmy z tym szczurzym życiem; do walki, do walki.

A potem się zastanowiłem. Zastanowienie natchnęło mnie, jak wielu innych, sceptycyzmem. Nawet gdybym zabił potwora i swego dobrodzieja, co miałbym dalej robić zimą w takim miejscu? Nim przedsięweźmie się cokolwiek, należało poczekać na topnienie śniegów.

Dobrze. Poczekam.

Teraz pora opisać noc, kiedy ujrzałem, jak potwór wchodzi. Kiedy obudził mnie zimny podmuch. Kiedy zobaczyłem włochaty kształt kierujący się ku legowisku Baska.

Zerwałem się, mój ostrzegawczy okrzyk został zagłuszony przez czyjś głos, głos mojego towarzysza, który wydał krótki rozkaz. Później... niech mi Bóg wybaczy, tamte pomruki - co mogę o nich powiedzieć? Co mogę powiedzieć o księżycu, który oświetlił oddalające się ogromne stworzenie z piersiami zwisłymi na brzuch - tak, wzdęty ciążą. To była samica.

O życiu, które nastąpiło po owej nocy, powiem tyle: z bronią w ręku, z plecami przyklejonymi do ściany jedliśmy bez słowa, bez gestu. Sekret okazał się potężniejszy niż wszelkie sojusze. I nabrałem sympatii dla tego, który nie chciał wracać do świata słów, dla wielkiego wygnańca, który uległ współczuciu - ku własnej hańbie. No i tak.

No i tak aż do roztopów.

No i tak aż do chwili, kiedy zastukotały kopyta, zadźwięczała trąbka na przełęczy poniżej.

Skoczyłem, gorączkowo machałem rękami. Potem zobaczyłem sztandar, czerwony i złoty. Królewski.

Coś złapało mnie za ramiona. Nie potwór, chociaż z potworną siłą. Mój towarzysz, z oczkami jak szkiełka w słońcu, wciska mi w dłoń jakiś papier - swój dokument. Popycha mnie, zrzuca ze zbocza, tak jak wcześniej muł.

W ten sposób stoczyłem się nieprzytomny między królewskich żołnierzy, robaki wolności, ja, robak imperium. W ten sposób znowu złamałem nogę. W ten sposób stałem się Miguelem Cayetanem Echeverrigoitíą, z Biskai, odzianym w skóry, niemym z ostrożności, ale nie głuchym, jak skonstatowali moi towarzysze.

Przywiązany do grzbietu muła, unieruchomiony, wyczerpany, zrozumiałem, że przepaście, zbocza, jaskinie i skały powoli zostają z tyłu. Tylko o to prosiłem.

Wtedy rozbrzmiał ryk. Najdziwniejszy, najstraszniejszy. Poniósł się echem w górze. Uderzył w czeluście, raz i drugi odbił się od pustki.

Moi andaluzyjscy towarzysze popatrzyli po sobie z drżeniem. Pewien artylerzysta z Aragonii szepnął:

- Irrintzi...

Już wcześniej o nim słyszałem: o tym baskijskim okrzyku.

Podejrzenia zaczęły się później. Chwilowo przyczajone.

- Ten okrzyk... To na znak radości z czego? - spytał jakiś młodzieniec obok mnie.

A ja, w duchu, wciąż niemy:

- Z powstania nowej rasy.

Zaśmiałem się przeraźliwie. Ale wszyscy brali mnie za wariata.

Opowiem, czego się dowiedziałam.

Był rok 1942. Rok, w którym Silvina Ocampo przedstawiła publiczności swoje Epitafia dla dwunastu chińskich chmur. Pewien wysoki i melancholijny mężczyzna chciał z nią wtedy porozmawiać. Typograf. Przez przypadek zobaczył gdzieś na stole odbitki jej wierszy. Kasłał, jak wielu typografów; ostatecznie zrezygnował z rozmowy. Tak tylko sobie marzył, co zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę przedsięwzięcie, któremu poświęcił życie.

Opowiedział mi o nim jego następca - w pokoiku w suterenie nieopodal rzeki.

Przedsięwzięcie miało postać sterty papierów, w części pożółkłych. Arturo Manteiga, ów typograf, i Claudio Sánchez, mój rozmówca, byli trzecim i czwartym z linii tych, którzy je dziedziczyli i kontynuowali.

Najbardziej pożółkłą część kryła okładka z rubrykami starannie wyrysowanymi ręką autora. Pośrodku widniały jego nazwisko, data oraz tytuł dzieła.

Giacomo Pizzinelli. 1852. Wpływ chmur na historię.

Pizzinelli prowadził swoje obserwacje przez lat trzydzieści siedem. Dzień po dniu opisywał kształty chmur, ich przepływy, dzień po dniu - w miarę możliwości - zmiany w polityce oraz stanie ducha elit tudzież ludu. Od roku 1852 do 1889.

Początkowo ograniczał się do swojego rodzinnego miasta, Werony. Potem przeniósł się do Turynu. Z uwagą śledził wydarzenia. Potrafił narysować chmury, które wisiały na niebie dwudziestego czwartego maja 1856, kiedy Austriacy wycofywali się z Toskanii, i siedemnastego marca 1861, gdy proklamowano Królestwo Włoch.

Polecony przez kogoś jako inżynier kolejowy przybył do Argentyny w 1889 roku. Umarł w Concordii niecały miesiąc później. Leżąc w łóżku, zdołał między atakami gorączki skaptować adepta.

José Manteiga, bardzo blady, robiąc wtedy notatki w świetle lampki oliwnej, postawił sobie za zadanie oddać Pizzinellemu sprawiedliwość. Był młodym aptekarzem, z pochodzenia Hiszpanem. Przeprowadzka zajęła mu trochę czasu, więc dotarł do Buenos Aires pierwszego stycznia 1890. Rysował chmury nad Fabryką Broni podczas wymiany ognia między rewolucjonistami a oddziałami rządowymi. Z jakimże drżeniem stwierdził, iż ich kształty odpowiadają tym, które Pizzinelli zarejestrował w Paryżu w kwietniu 1871, w dniach Komuny.

Postanowił poświęcić się pewnej niepokojącej Pizzinellego kwestii. Kształt chmur zależy od ich położenia względem morza, od wilgotności, wiatru, temperatury i od usytuowania na jednej lub drugiej półkuli. W jakim stopniu to, co oni dwaj uważali za wpływ chmur, stanowiło raczej skutek ogólnych warunków atmosferycznych, których chmury były jedynie widomym znakiem?

Żeby zgłębić ten problem, prowadził obfitą korespondencję, wszedł w kontakt z dwoma meteorologami z Włoch, ze znajomym swego przyjaciela w Hiszpanii, z ekspertem wojskowym w Buenos Aires. Ponadto uzupełnił podstawową morfologię stworzoną przez Pizzinellego. Chodziło o Katalog kształtów chmur z ich możliwymi konsekwencjami historycznymi, politycznymi i ekonomicznymi. Składał się on z czterystu analitycznych szkiców.

Do roku 1920 wytrwał José Manteiga. Wylew krwi do mózgu unieruchomił go na długo. Umarł, nie odzyskawszy mowy.

Do tego czasu nowa nauka liczyła sobie sześćdziesiąt osiem lat nieprzerwanych studiów. Jej archiwa zawierały: 1267 akwareli, szkiców węglem i ołówkiem wykonanych przez Pizzinellego oraz 4305 rysunków ołówkowych, gwaszów i fotografii autorstwa Manteigi. Do tego należało dodać notatki obydwu, poczynione rozmaitymi charakterami pisma, ilustrowane raporty korespondentów Manteigi, teczki z opatrzonymi komentarzem wycinkami prasowymi z lat 1852-1920. Kto by się im przyjrzał, mógłby zauważyć zdumiewające zbieżności.

Arturo Manteiga od dzieciństwa pomagał swemu przybranemu ojcu. W ostatnich latach jako fotograf. Pizzinelli już w 1852 roku odkrył, że historia ulega fluktuacjom zawsze w nocy, nawet jeśli na szczęście lub nieszczęście obywatele zauważają to dopiero po przebudzeniu. Arturo nauczył się fotografować chmury właśnie nocą.

Manteiga, znaczy Arturo, zrezygnował z małżeństwa. Zrezygnował ze wszystkiego, by oddać się swojemu dziełu. Tyle że typografia nie jest dochodowa, a fotografia kosztuje.

W tym miejscu annały nowej nauki odnotowują pojawienie się kobiety. Nory. W annałach nowej nauki nie zachowało się jej nazwisko. Była dyrektorką domu mody, tęgawą i wesołą - jak wynika ze zrobionego w Parku Lezama zdjęcia z Arturem. Przez dziewięć lat Arturo i ona się kochali. Potem wyszła za mąż za właściciela fabryki makaronu. I nie była to wcale zdrada nauki o chmurach. Makaronowy potentat nigdy się nie dowiedział, że część jego dochodów pozwalała Arturowi prowadzić dalsze badania. Arturo zawsze mógł liczyć na wsparcie, automobil i zdolności obserwacyjne Nory.

W uderzająco schludnych teczkach znajdowały się zdjęcia chmur, które przesądziły o zamachu stanu w 1943. Po głębszej analizie okazały się niemal identyczne z tymi, które wisiały na niebie szóstego września 1930, kiedy kadeci Akademii Wojskowej maszerowali na stolicę. Później odnotowane i zanotowane zostało podobieństwo między chmurami, które zadecydowały o ludowych wystąpieniach w 1916 i 1945.

Przesądziły, powiedziałam. Zadecydowały, powiedziałam. Tak.

Największa wątpliwość Pizzinellego i Josego Manteigi została przez Artura rozwiana.

To chmury, a nie smętne czynniki atmosferyczne, które je kształtują, wywierają wpływ na zbiorowe doświadczenia ludzkości. Odmieniają ich bieg, regulują je, wywołują.

Rzecz stała się w końcu jasna. Udowodniona.

Jak?

Muszę się tu odwołać do swojej niewiedzy. Claudio Sánchez, ostatni z adeptów nowej nauki, w suterenie nieopodal rzeki pokazał mi stronice pokryte liczbami. Ja w ogóle nie znam się na liczbach. Jeśli jednak miałabym zaufać swojej pamięci, powiedziałabym, że ich wyjaśnienie brzmiało mniej więcej tak: to prawda, że chmury są wynikiem splotu czynników atmosferycznych. Niemniej same nie są tymi czynnikami, dysponują swoistą energią, zdolne tworzyć historię.

W dniu tamtego spotkania miałam dwadzieścia trzy lata. Był lipiec 1954 roku. Panował wilgotny ziąb. Młody człowiek przede mną tłumaczył mi te wszystkie sprawy. Gruby, sumienny, ubogi. Rozrzucone na stole dokumenty zdawały się kwintesencją niezliczonych żywotów.

Był chrześniakiem Nory. Jako dziecko bywał u niej w niedziele, sieroctwo uczyniło go bardziej gorliwym. I bardzo przez Norę kochanym. Odziedziczył jej niepokoje. Potem miał odziedziczyć również fabrykę spaghetti.

Claudio Sánchez. Studia Pizzinellego i Manteigów, Josego i Artura, nabrały dzięki niemu aury pewnej nowości. Tamtego popołudnia przejrzałam dwa jego zeszyty. Hipotezy historyczne, tak je zatytułował. Opisywał w nich, opierając się na podstawach ściśle naukowych, chmury z dnia zabójstwa Cezara, z dnia koronacji Napoleona, chmury znad Maipú i znad Caseros.

To w tamtej suterenie, w tamtym chłodzie, tamtego lipca 1954 roku dowiedziałam się rzeczy, o których opowiadam.

Podobnie jak sztuka, także i nauka nie zwykła liczyć się z kosztami.

Claudio miał pomysł.

Wiek i dwa lata nieprzerwanych dociekań. Niepodważalne dowody. Żadnej publikacji. Tak Claudio Sánchez podsumowywał stan nowej nauki. Oburzał się. Czy nieświadomość była ważniejsza od nieba? Czy od nieba były ważniejsze pieniądze? Złościł się naprawdę imponująco.

I ponieważ nauka nie liczy się z kosztami, a godna publikacja stała się sprawą pilną, Claudio się nie wahał. Zamierzał zwrócić się do rządu.

Jego narzeczona znała pewnego franciszkanina, którego polityczne kazania były na ustach wszystkich. Ów franciszkanin, ze szczerego serca wychwalając pod niebiosa rządzących, znalazł do nich dojście. Prawdę mówią, że miłość wzbudza miłość.

Od tego właśnie franciszkanina Claudio Sánchez uzyskał wspaniały odzew. Traktat z zakresu niebiańskiej nauki o polityce dobrze pasował do rządu godnego wychwalania pod niebiosa. Zakon miał się zająć publikacją. Dziesięć tomów. Kolorowe zdjęcia i biogramy pionierów nowej nauki. Wszystko. Pełna gwarancja.

Muszę powiedzieć, że nie zrobiłam nic, aby odwieść Claudia od tego projektu. W każdym razie był już najwyższy czas, żeby świat zapoznał się z tak ważnym odkryciem. Poza tym nasza rozmowa tamtego czerwcowego dnia, w tamtym chłodzie, miała całkiem niezobowiązujący charakter.

Niewiele potem słyszałam o Claudiu Sanchezie. To znaczy: usłyszałam o nim tylko dwie rzeczy.

Pierwszą - rok później.

W lipcu 1955, kiedy jacyś nasłani przez rząd młodzieńcy podpalali kościoły, pewien człowiek rzucił się ratować, co się dało, z płonącej świątyni pod wezwaniem Świętego Franciszka. Jak wiadomo, nic się stamtąd nie dało uratować. Policja aresztowała tego człowieka i zamknęła go w więzieniu. Kiedy zmienił się rząd, próbowano zrobić zeń bohatera.

W 1975 roku pewien program telewizyjny gościł otyłego, astmatycznego pana, właściciela sieci fabryk makaronu. Człowiek ten opowiadał, czym zajmuje się w czasie wolnym, którego miał sporo. Przez czas jakiś jego wystąpienie bawiło chyba wszystkich w kraju. Ów jegomość fotografował i klasyfikował chmury. To był Claudio Sánchez.