"Już nie pójdą za tobą, Orfeuszu, ani wolne
stada dzikich zwierząt, ani szemrzące dęby, ani
skały, roztkliwione twoim śpiewem. I nie
zatrzymasz padającego gradu, ani wściekłości
fal morskich, ani gwałtownych wichru
podmuchów, ani nieskończonego pasma
obłoków, które ciągną po niebie, bo - już
niema cię, Orfeuszu... Napróżno leje łzy twoja
matka, Kalliope. Daremne żale, skoro nawet
wielcy bogowie nie mogą własnych dzieci
uratować od zgonu..."
Podczas jednego z ostatnich wcieleń na ziemi, Orfeusz wziął
na siebie postać dziecka, z niezwykle długiemi palcami i mocno
odstającemi uszami. Ponieważ stało się to wśród muzykalnej rodziny,
odrazu odgadnięto, że nowonarodzony będzie wielkim fortepianistą i
w tym kierunku zaczęto go kształcić.
Talent istotnie był ogromny. Chłopak całe godziny spędzał
nad fortepianem, nuty poznał w ciągu tygodnia, a najtrudniejsze
melodje grał po jednorazowem usłyszeniu. W ósmym roku wcielenia
grywał pod serwetą i na serwecie, nigdy nie chybiając klawisza, a
ucho miał tak muzykalne, że naśladował nietylko sposób mówienia
każdej znanej osoby, lecz w dodatku umiał udawać głosy wielu ptaków
i zwierząt domowych, co było dowodem poczucia natury.
Odznaczał się pracowitością, dzięki której skończył parę
konserwatorjów, brał lekcje od najznakomitszych wirtuozów i
ostatecznie wyrósł na niepospolitego wykonawcę i erudyta. O
erudycji najlepiej świadczyły jego własne kompozycje, oparte na
motywach najmniej znanych światu autorów, których, jak mówili
krytycy, rozwijał i uszlachetniał.
Ponieważ rodzina wciąż wyrażała przekonanie, że przy swoim
genjuszu powinien zrobić majątek, więc młody Orfeusz dosyć wcześnie
począł zastanawiać się nad sposobami przetwarzania muzyki na
pieniądze. Pewnego dnia, uzyskawszy posłuchanie u Liszta, padł
przed nim na kolana; innym razem miał szczęście ucałować rękę
Verdiego; później napisał pochwałę Meyerbeera, a w pół roku odbył
pielgrzymkę do Bayreuthu, aby tam, u stóp twórcy muzyki
przyszłości, odwołać swoje dawniejsze błędy, usprawiedliwiając je
nadmiarem zapału dla sztuki.
Tym sposobem pozyskał życzliwość różnych szkół i mistrzów.
Otrzymał też lekcje u bankierów, zaprzyjaźnił się z dziennikarzami
i wystąpił w kilku koncertach dworskich, jako fenomen. Za marsz
wojenny dla armji księcia Monaco dostał order, a kontredans na
cześć cesarzowej Eugenji zrobił go lubianym w kolach, nadających
ton modzie.
Po wojnie w r. 1870, będąc w Paryżu, urządził koncert na
rzecz Alzacji i Lotaryngji. Popularność jego dosięgła szczytu. Był
już taką znakomitością, że go wzywano o pisywanie aforyzmów na cele
dobroczynne. Pisał więc w Paryżu - o wolności i braterstwie ludów,
w Madrycie - o wzniosłości religji katolickiej, w Berlinie - o
filozofji muzyki, w Warszawie - o miłości ojczyzny, w Rzymie -
przeciw doczesnej władzy papieża, a w Petersburgu - o pięknej
przyszłości ludów słowiańskich. W owym czasie posiadał za
kilkadziesiąt tysięcy franków akcyj najpewniejszych i największe
przynoszących procenta, miał własnego sekretarza i jeździł darmo
głównemi kolejami.
Jego system koncertowy był bardzo prosty. Co roku
komponował jakiś utwór, o którym dużo, choć niewyraźnie pisali jego
osobiści przyjaciele, znani w świecie krytycy, i uczył się grać
jakiegoś trudnego kawała, ale tak biegle, że mu nikt nie wyrównał.
Z temi nabytkami objeżdżał całą Europę, grając po jednym razu w
Paryżu, Londynie, Berlinie i Wiedniu. Ze stolic świata wywoził
przychylne recenzje, oprawne w album (nieprzychylnemi gardził),
tudzież autografy miejscowych znakomitości. Ale cyfrę akcyj
powiększał zapomocą koncertów w miastach drugorzędnych i w
miejscach kąpielowych, gdzie zwykle na kilka dni przed występem
poprzedzała go wiadomość, że "przyjeżdża," a potem druga, "że dał
się namówić do zrobienia przyjemności miastu, głośnemu z amatorstwa
i znawstwa muzyki."
Rzeczy te załatwiał jego sekretarz, do którego obowiązków
należało też odszukiwanie w różnych stronach świata wpływowych
miłośników muzyki, tudzież dawnych przyjaciół i kolegów znakomitego
fortepianisty, a przynajmniej ich imienników. Dziwnym zbiegiem
okoliczności, starzy przyjaciele mistrza znajdowali się wszędzie,
nie wyłączając Pekinów, Tonkinów i Chartumów.
Umiał też sekretarz wybierać czas przejazdu przez każdą
miejscowość i zawsze trafiał w taką porę, kiedy tamtejsza śmietanka
towarzystwa przygotowywała jakiś duży koncert na cele dobroczynne.
Naturalnie maestro był proszony o udział naprzód nieśmiało, potem
natarczywie, i grał - nie dużo, jakby od niechcenia, ale grał, za
co dawano mu szalone oklaski.
Po pierwszym przygodnym występie, miasto zaczynało "pałać
żądzą powtórnego usłyszenia mistrza." Dawni przyjaciele i koledzy,
znawcy, pełnoletnie entuzjastki, bogate damy, pragnące ukazać się
publicznie w nowych strojach, panny na wydaniu, młodzież,
wynajdująca sposoby na zabijanie czasu, mężowie i ojcowie, chcący
mieć spokój w domu, wszystko to rzewnie błagało wielkiego muzyka,
ażeby pozwolił uwielbiać się na swój własny dochód.
Po niejakiem wahaniu mistrz ulegał.
Wynajęcie sali zazwyczaj kosztowało drogo, gdyż, jak
mówili do sekretarza intendenci gmachów, "po każdym takim koncercie
posadzka jest jak w stajni." Opłacało się to jednak. Zresztą
dywanów i kwiatów na estradę dostarczali dawni przyjaciele i
entuzjastki, a ceny miejsc były poczwórne. Ten ostatni wzgląd
decydował o powodzeniu koncertu. Do garstki bowiem publiczności,
chorującej na muzykalność, albo na nadmiar czasu, która mogła
zapełnić ledwie parę rzędów krzeseł, przybywały legjony osób, które
cenią tylko to, co dużo kosztuje, albo chcą się między takimi
pokazać.
Wybija godzina uroczysta. Na schodach, wiodących do sali,
cisną się strojne i pachnące tłumy, w przysionkach klną lokaje,
kontramarkarze nie mogą nastarczyć z przyjmowaniem okryć i
parasolów, policja jest zakłopotana. W sali ciasno i duszno, ludzie
nie mogą wyszukać swoich krzeseł, damy lękają się o kwiaty i
koronki, starzy mężowie o żony, emeryci o nagniotki. Na fotelach
obok estrady dumają krytycy, nie o tem, co usłyszą, ale o tem,
jakieby nowe zwroty napisać. Przyjaciele mistrza i znawcy tworzą
grupy i szepczą:
I. - No, patrzcie na cud! Idzie hrabina X.
- Jeszcze dziś z rana miała być ciężko chora.
- A od dziesięciu lat nic nie słyszy.
- Przyszła tu przez wdzięczność za jego udział w koncercie
dobroczynnym.
II. - Widzi pan, ile zbiera się u nas osób na koncerta?...
A mówiłem Iksińskiemu: wydaj pan koncert, to będziesz miał z czego
zwrócić mi dwieście rubli. I myślisz pan, że on co powiedział?
Powiedział: "Nie warto, nasza publiczność nie zna się na muzyce."
Słyszałeś pan co podobnego?
- Dziwak.
- Niech on będzie dziwak, to jego interes, ale za co ja
mam tracić moje dwieście rubli?... On musi wydać koncert, albo ja
wytoczę mu proces i zajmę ruchomości.
III. - Jego kompozycje niebardzo mi się podobały.
- Ale co to za wykonawca! jaka biegłość!... Naśladuje
style najznakomitszych mistrzów.
- To dzisiaj jest dosyć pospolite.
- Ale biegłość, panie, biegłość!... Słowo honoru daję, że
grał przy mnie wyjątki z "Lohengrina" nogami!...
Wtem: aaa!... rozległo się po sali, i wybuchły oklaski,
zainicjowane odrazu w kilku punktach. Wszystkie oczy i lornetki
skierowały się na estradę. Wszedł mistrz, łagodnie promieniejący,
jak pierwsza kwadra w maju.
Ukazanie się jego stanowiło epokę w miejscowych poglądach
na sztukę. Finansiści zobaczyli na własne oczy muzyka, który
posiadał akcje. Krytycy doszli do wniosku, że można być wielkim
artystą, a jednak ubierać się według ostatniej mody. Panny
przekonały się, że można głęboko poruszać serca, a mimo to wyglądać
czerstwo i starannie utrzymywać włosy. Arystokracja patrzyła na
niego z podwójnem uznaniem, dostrzegłszy, że nietylko jest
dobroczynny, ale, że na czarnym fraku nosi olbrzymią gwiazdę.
Demokraci zachwycali się, że ową gwiazdę do połowy przysłonił klapą
fraka.
Wreszcie, ponieważ miał ogniste oczy i stojące wąsiki,
okrzyknięto go za pięknego; krzywe zaś nogi policzono na karb
naturalności.
Zagrał raz, zagrał drugi raz i - zupełnie oczarował
słuchaczy. Dojrzałe entuzjastki wąchały trzeźwiące sole, ratując
się od zemdlenia, a jedna z namiętnych pań uroniła aforyzm, który
natychmiast zanotował sekretarz mistrza: - Raz przetańczyć z nim walca i umrzeć!... Po paru godzinach koncert skończył się, artyście rzucono
pod nogi należytą liczbę bukietów, słuchacze zaczęli się
rozchodzić. - Djabelne nudy - rzekł jakiś profan, ziewając. - Tak przecie mówić nie wypada - odparł kandydat na
amatora. - Jego gra robi nadzwyczajne skutki. Moja żona, wyobraź
pan sobie, płakała, a mnie samego tak wytrawiło w środku, że
pierwszy raz od tygodnia będę jadł obiad z apetytem... - No, tak, ale co po nim zostanie? Z pewnością ani ta
suita, ani nokturn, któreśmy słyszeli. - Jakto, co zostanie? - oburzył się kandydat na znawcę. -
Pan wiesz, że on już dzisiaj ma ze trzysta tysięcy franków... Taki
młody człowiek! Na drugi dzień maestro odebrał kilka miłosnych listów od
dojrzałych entuzjastek i raczył przyjąć obiad honorowy, na którym
jeden z przyjaciół i kolegów nazwał go chlubą narodu. Krytyka,
wedle zasady: "Sława obowiązuje," upadła przed nim na twarz,
podziwiając szczególniej czarodziejską biegłość gry i nadmieniając
dyskretnie, że król fortepianu potrafi ze swego narzędzia wydobywać
harmonijne kombinacje nietylko palcami, lecz łokciami, nogami etc.
Te jednak pochwały nie weszły już do aksamitnego albumu. Wreszcie - odjechał, obiecując, że może jeszcze kiedy
powróci do miasta, które posiada tylu prawdziwych znawców sztuki. I tak podróżuje wciąż. Nie roztkliwia skał, nie porusza
dębów, nie uspakaja burz morskich, niemniej jednak, wierny
legendowej roli, ściąga chmury słuchaczy i grad - bankocetli. Więc nie umarłeś, Orfeuszu... Ze wszystkich swoich dzieci,
ciebie jednego uratowali od zgonu wielcy bogowie, przynajmniej,
dopóty, dopóki będą istnieć na ziemi trzy gracje: muzyka, spryt i
pieniądze.