Celia
Nie czułam się dziś najlepiej, męczył mnie potworny ból głowy i mięśni. Po raz kolejny czekała mnie samotna zmiana w barze. Jo po powrocie do swojego mężczyzny marzeń wyruszyła z chłopakami do Polski. Przez ten krótki czas, kiedy razem pracowałyśmy i czasami spotykałyśmy się z jej znajomymi, poczułam, jak bardzo stajemy się sobie bliskie. Mogłam nieśmiało zacząć nazywać ją przyjaciółką. Odliczałam minuty do zakończenia zmiany, bo umówiłam się dziś z Jo na video rozmowę. Z każdym kolejnym dniem Josephine się przede mną bardziej otwierała i dowiadywałam się nowych rzeczy na temat Jamesa. Z każdą rozmową z Jo moja fascynacja jego osobą słabła, a jej miejsce zastępowała niechęć. Był załamany po rozstaniu z partnerką. Ciągle rozpamiętywał przeszłość, rozdrapywał stare rany i nie dostrzegał, jak cudownych ludzi ma obok siebie i jak wielkie szczęście go spotyka. Automatycznie wykonywałam swoje obowiązki w barze; posprzątałam po zamknięciu i pojechałam z Naną do domu. Nie zważając na nic, wpadłam do swojego pokoju i włączyłam laptopa. Jo była dostępna, więc od razu się połączyłam.
- Witaj, piękna, jak tam w raju z gwiazdą rocka.
Zobaczyłam na ekranie roześmianą twarz przyjaciółki. Porozmawiałyśmy o wszystkim i o niczym. Zapewniłam, że wcale nie tęsknię za jej towarzystwem, tylko zwyczajnie potrzebuję pomocy w pracy. Było to wielkie kłamstwo, bo brakowało mi przede wszystkim naszych rozmów, wygłupów i wieczornych wyjść. Dobrze było widzieć radość w jej oczach, która zagościła w nich i nie znikała od momentu pogodzenia się z Liamem. Dowiedziałam się również, że James znowu przysparza zmartwień, bo ponownie ogląda zdjęcia swojej byłej. Gmera w przeszłości jak w cuchnącej brei i nie próbuje wyjść z dołka. Wręcz przeciwnie, ciągle ten dołek powiększa i wpędza się w coraz gorsze samopoczucie, wszystkim psując tym humor. Jo na zakończenie zaprosiła mnie na imprezę do domu Kelly i Matta. Podobno jej kuzynka miała dla nas dobre wieści, no i mogliśmy oblać sukces King Of Sin. Teraz tym bardziej nie mogłam doczekać się ich powrotu.
***
Dni ciągnęły się niemiłosiernie, każdy taki sam i każdy przybliżający mnie do powrotu Jo. Dziś miałam zjawić się na grillu u Kelly, kupiłam piwo, którego nie powinno zabraknąć na imprezie. Oczy zaświeciły mi się z radości, gdy dotarłam na miejsce. Niestety musiałam czekać na Jo i jej księcia z bajki. Nie nudziłam się jednak, bo Kelly zleciła mi zadania: miałam do wyboru albo pomóc jej przy kolacji, albo Mattowi przy rozkładaniu sprzętu grającego. Spojrzałam w kierunku tarasu, gdzie Matt walczył z głośnikami, i postanowiłam zostać z Kelly w kuchni. Kroiłam paprykę, zastanawiając się, kiedy w końcu zjawi się Jo. Wreszcie usłyszałam dzwonek do drzwi i pobiegłam do nich, jakbym była u siebie w domu.
- Tak się cieszę, że was widzę.
Przytulałam Jo i zastanawiałam się, jak to możliwe, że w tak krótkim czasie wpadłam w rewelacyjną paczkę przyjaciół.
- Ciebie również dobrze widzieć, mamy co świętować. Chłopcy podpisali ważny kontrakt, ale o szczegółach sami wam opowiedzą. Czekamy tylko na Jamesa, który powinien się zjawić za moment - trajkotała moja przyjaciółka.
Obserwowałam jej radość z nutką zazdrości. Też pragnęłam znaleźć faceta, przy którym promieniałabym tak, jak ona teraz. Obserwowałam, jak tych dwoje zakochanych przytula się i patrzy na siebie z pożądaniem. Ich idyllę przerwał dzwoniący telefon Liama. Słyszałam tylko urywki rozmowy, słowo wypadek majaczyło w mojej głowie. W domu Kelly panował chaos, wszystko działo się jak w filmie. Najpierw byliśmy szczęśliwi, cieszyliśmy się z sukcesu chłopaków, potem całą radość szlag trafił. Każdy z członków imprezy wskoczył do samochodu i odjechał. Każdy poza mną. Stałam jak kołek i zastanawiałam się, co też, do jasnej cholery, się dzieje. Zostałam w obcym dla mnie miejscu zupełnie sama... Sięgnęłam po telefon i wybrałam numer Jo, dzwonek brzęczał, ale nikt nie odbierał. To samo było, gdy dzwoniłam do Kelly. Przecież nie mogłam wrócić do siebie, zostawiając otwarty dom przyjaciół.
- Kurwa! - wrzasnęłam.
Żeby zająć czymś myśli, zaczęłam sprzątać po niedoszłej imprezie. Mieszkanie Kelly było przytulne i pełne rozmaitych bibelotów. Moją uwagę przykuła jednak półka z książkami. Śledziłam wzrokiem tytuły umieszczone na regale. To właśnie świat książek był moją odskocznią od problemów, jeśli te mnie przytłaczały. To literatura pomogła mi wyjść z dołka, w którym się znalazłam. Literatura i Nancy. Dochodziła północ, telefon nadal milczał jak zaklęty, nie miałam zamiaru dłużej czekać. Napisałam wiadomość do Jo i Kelly, że wracam do siebie, klucze będą mogli odebrać w barze. Zrobiłam jeszcze obchód po pomieszczeniach, żeby sprawdzić, czy wszystkie okna są pozamykane. Upewniwszy się, że wszystko jest tak, jak być powinno, wyszłam na zewnątrz. Przywitał mnie przyjemny chłód i lekki deszczyk. Będąc już w ciepłym pokoju w niewielkim domku Nancy, dostałam wiadomość od Jo. Napisała tylko, że rano wpadną po klucze. Nie odpisałam, nie chciałam pytać, co się wydarzyło.
Położyłam się na łóżku w swoim pokoju i założyłam ręce za głowę. To pomieszczenie było moją samotnią, zawsze mogłam tutaj w spokoju pomyśleć. Może wystrój nie prezentował się jak z katalogu, chyba że takiego z wczesnych lat osiemdziesiątych. Nic nadzwyczajnego: niewielkie biurko założone stertą kartek, notatek z uczelni. Szafa, z której ubrania niemalże same wychodziły przez niedomykające się drzwi. Do tego najlepsze miejsce w świecie - dwa wielkie regały książek. Dla większości ludzi powieści, które czytałam, były literaturą niskich lotów. Mnie nie przeszkadzało takie gadanie. Uwielbiałam romanse, nawet jeżeli w niektórych z nich wampiry świeciły. Przytuliłam głowę do poduszki i zamknęłam powieki z nadzieją, że wkrótce Morfeusz mnie utuli.
- Celia, wstań! Ktoś do ciebie! - krzyczała mi wprost do ucha Nancy, wyrywając mnie ze snu. - Wstawaj, dziecko, na dole czeka Jo. Zlituj się nad nią, wygląda, jakby coś ją trapiło.
Przypomniałam sobie wczorajszy wieczór i zerwałam się na równe nogi. Byłam ciekawa, co się wydarzyło. Wiedziałam, że coś niedobrego spotkało Jamesa, tylko tyle udało mi się wywnioskować z ich wczorajszych rozmów. Założyłam szybko jeansy i bluzę z kapturem. Wyszłam z pokoju, przemierzając szybkim krokiem wąski korytarzyk łączący moją sypialnię ze schodami prowadzącymi do salonu. Domyśliłam się, że właśnie tam Nancy zaprosiła Jo. Nie myliłam się. Gdy weszłam do pokoju, zobaczyłam moją przyjaciółkę siedzącą w wielkim kwiecistym fotelu. Wyglądała, jakby nie spała całą noc, białka miała przekrwione. Wyglądała źle, a sińce pod oczami i trupioblady kolor cery nie dodawały jej uroku.
- Cześć - powiedziała cicho. - Wybacz, że tak cię wczoraj zostawiliśmy. James miał wypadek, nadal jest nieprzytomny... najbliższe dni będą decydujące - mówiła, nie patrząc mi w oczy, przy ostatnich słowach głos zaczął jej się łamać.
Podeszłam i przytuliłam ją, we mnie również zaczynały budzić się emocje. Nie znałam Jamesa wystarczająco długo, ale był przyjacielem, a przede wszystkim był człowiekiem i zasługiwał na zainteresowanie. Miał na świecie ludzi, którym na nim zależało. Tym bardziej nie rozumiałam, dlaczego nie szanował swojego życia. Jak nikt inny wiedziałam, że życie jest darem... Choć nauczyła mnie tego dopiero Nancy.
- Tak bardzo mi przykro, Jo. Mogę jakoś pomóc? - zapytałam i wypuściłam ją z objęć.
- Dzięki, Celia, ale nie wiem, jak miałabyś pomóc. Wezmę klucze i pojadę z Liamem do Kelly. Spotkamy się dopiero jutro w pracy, dziś Nancy kategoryczne zabroniła mi przychodzić do baru. Pewnie wystraszyłabym wszystkich klientów.
Skinęłam głową, Jo musiała odpocząć i pozbierać myśli.
Pożegnałyśmy się, a potem powlekłam się do kuchni w poszukiwaniu kawy. Jeżeli miałam przetrwać dzisiejszy dzień, potrzebowałam kawy... Najlepiej dożylnie. Byłam uzależniona od kofeiny i nie mogłam nic na to poradzić. W kuchni zastałam Nancy na honorowym miejscu przy niewielkim okrągłym stoliku, który lata świetności miał już dawno za sobą.
- Jo to bardzo dobra dziewczyna - odezwała się moja przyszywana babcia, nie odrywając wzroku od gazety.
- Zgadzam się, Nancy, ale ty w każdym widzisz dobro.
- Bo ono jest w każdym, Celio. Tylko niektórzy nie pozwalają, aby zwyciężyło nad złem.
Nie mogłam uwierzyć, że w tej kobiecie jest tak wiele miłości i empatii. Była jedyną znaną mi osobą, która kochała wszystkich i wszystko. Aż dziw, że nigdy nie założyła własnej rodziny. Może dlatego z taką ochotą wyciągnęła do mnie pomocną dłoń i stworzyła dla mnie dom, którego nigdy wcześniej nie miałam.